Muszę coś wyznać. Żeglarze przyznają się do swoich błędów - Paul Gelder

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (38,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­sta ob­sługa ża­gli

Bę­dąc żoną za­pa­lo­nego, choć nie­do­świad­czo­nego en­tu­zja­sty że­glar­stwa, przez cały ubie­gły rok sta­ra­łam się prze­zwy­cię­żyć strach i w końcu wy­ru­szy­łam na wodę na­szym 8-me­tro­wym jach­tem typu We­sterly Ti­ger.

Przy­znaję, że spę­dzi­łam wiele wspa­nia­łych dni na bu­ja­niu się po za­toce So­lent, cie­sząc się wi­do­kami, słoń­cem i sła­bymi wia­trami. Je­śli na tym ma po­le­gać że­glar­stwo, to się do niego prze­ko­na­łam!

Pew­nego szcze­gól­nie pięk­nego dnia prze­ję­łam ster, pod­czas gdy mój mąż ro­bił różne dziwne - jak mi się wy­da­wało - rze­czy z ża­glami: wy­bie­rał szoty, a po­tem je lu­zo­wał, coś do­krę­cał, coś in­nego lu­zo­wał, pa­trzył w niebo, a po­tem w dół na mo­rze. Dla­czego nie pój­dzie i nie zrobi cze­goś po­ży­tecz­nego, po­my­śla­łam, mógłby na przy­kład wsta­wić czaj­nik na gaz.

Na­gle zo­ba­czy­łam na jego twa­rzy wy­raz kon­ster­na­cji, bo za rufą sys­te­ma­tycz­nie pod­kra­dał się do nas inny We­sterly Ti­ger, pre­zen­tu­jąc w ca­łej oka­za­ło­ści swój wspa­niały spi­na­ker. W krót­kim cza­sie do­go­nił nas, a na­stęp­nie - ku zgro­zie mo­jego męża - wy­prze­dził. Wie­dzia­łam, że mąż za­su­ge­ruje, aby­śmy po­sta­wili po­dobny ża­giel.

- Czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej sta­wia­łeś taki ża­giel? - za­py­ta­łam do­syć ner­wowo; za­uwa­ży­łam, jak pa­trzył na drugą łódkę i coś no­to­wał w my­ślach.

Po chwili ża­giel po­szedł w górę, a gdy wiatr go wy­peł­nił, by­łam pod wra­że­niem!

- Wy­bie­raj go, wy­bie­raj, wy-bie-raj! - krzyk­nął mąż. - SZYBKO!

Za późno, ża­giel za­czy­nał się już owi­jać wo­kół forsz­tagu, wy­glą­dał jak klep­sy­dra.

- O mój Boże - usły­sza­łam. - Szybko, ster prawo na burtę.

Zro­bi­łam to, ale wy­glą­dało na to, że wy­ostrze­nie do wia­tru tylko po­gor­szyło sy­tu­ację, bo ża­giel za­czął się co­raz szyb­ciej okrę­cać wo­kół sztagu, aż w końcu cia­sno go oplótł.

- Ster lewo na burtę! - krzyk­nął mąż.

Szarp­nę­łam rum­plem; na­gle zro­bi­li­śmy zwrot przez rufę, bom prze­le­ciał na drugą burtę, omi­ja­jąc moją głowę o cen­ty­me­try i po­sy­ła­jąc na­szego psa do kok­pitu na gre­ting. Po­tem na­stą­piło to, co w po­rów­na­niu z nie­kon­tro­lo­waną rufą wy­da­wało się trwać wiecz­ność: po­wrót na po­przedni hals, cią­gnię­cie za szoty i okrężne ru­chy ra­mio­nami, pod­czas gdy mój mąż stop­niowo roz­wi­jał ża­giel.

Gdy ża­giel w końcu zo­stał roz­plą­tany, mąż znowu krzyk­nął:

- Wy­bie­raj!

O nie! Tylko nie to! Pu­ściły mi nerwy i czu­łam, jak w gar­dle ro­śnie mi gula. Oczy za­szły mi łzami i wie­dzia­łam, że dłu­żej tego nie zniosę.

- Czy nie mo­gli­by­śmy zrzu­cić tego ża­gla? - za­py­ta­łam nie­śmiało.

- A co ty, ****, my­ślisz, że niby co pró­bo­wa­łem zro­bić przez ostat­nie pół go­dziny! - ryk­nął czer­wony na twa­rzy, pie­niący się z wście­kło­ści PO­TWÓR!

Czy jest tu może ktoś, kto chciałby ku­pić spi­na­kera?

An­drea Har­mer

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przed­mowa

Że­glar­stwo przed każ­dym sta­wia te same wy­zwa­nia. W sy­tu­acji wlo­ką­cej się ko­twicy, wpad­nię­cia na mie­li­znę, to­nię­cia jachtu czy też nie­bez­piecz­nych zda­rzeń zwią­za­nych z pracą na masz­cie kwa­li­fi­ka­cje każ­dego że­gla­rza - za­równo do­świad­czo­nego Yacht­ma­stera, jak i skrom­nego szu­wa­rowca - by­wają wy­sta­wione na ciężką próbę. Po­czu­cie hu­moru nie­rzadko jest rów­nie przy­datne jak cer­ty­fi­kat RYA.

To re­dak­tor Des Sle­igh­tholme wy­my­ślił w 1983 roku, na rok przed odej­ściem na eme­ry­turę, aby w "Yach­ting Mon­thly" stwo­rzyć ko­lumnę za­ty­tu­ło­waną "Kon­fe­sjo­nał".

"Każdy że­glarz, który kie­dy­kol­wiek wy­pły­nął na mo­rze" - roz­my­ślał Des - "ma ja­kie­goś trupa w sza­fie, in­cy­dent, o któ­rym wo­lałby za­po­mnieć, ale który wciąż drę­czy jego su­mie­nie".

Jakże był prze­wi­du­jący. Czy­tel­nicy chęt­nie przy­zna­wali się do swo­ich naj­bar­dziej wsty­dli­wych se­kre­tów. Od po­nad 20 lat "Kon­fe­sjo­nał" cie­szy się po­pu­lar­no­ścią, jest jedną z tych stron, na które lu­dzie za­glą­dają co mie­siąc w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Czy­ta­li­śmy tu już o wszyst­kim: o tra­twach ra­tun­ko­wych, które sta­wały się tra­twami śmierci, o wy­pa­da­ją­cych za burtę sil­ni­kach przy­czep­nych, o zni­ka­ją­cych świa­tłach na­bież­ni­ków, o buksz­pry­tach uży­wa­nych do po­je­dyn­ków ry­cer­skich na ko­pie... Praw­dziwe wpadki by­wają dziw­niej­sze niż ja­ka­kol­wiek fik­cja, a lek­tu­rze opi­sów to­wa­rzy­szyła po­wta­rzana w du­chu myśl: "Dzięki Bogu, że to nie mnie przy­tra­fiło się coś ta­kiego".

Za­warty w tej książce ze­staw mor­skich wpa­dek wy­maga re­zy­gna­cji z za­du­fa­nia. "Do­świad­cze­nie to na­zwa, jaką na­da­jemy po­peł­nio­nym przez nas błę­dom" - po­wie­dział Oscar Wilde. Ale dla­czego nie uczyć się na cu­dzych błę­dach? Po co być grzesz­ni­kiem, skoro można być świę­tym? Czyż nie by­łoby czymś ob­raź­li­wym igno­ro­wa­nie prze­stróg wy­gła­sza­nych przez że­gla­rzy tak bez­in­te­re­sow­nie otwie­ra­ją­cych przed nami swoje serca i du­sze? Czy­taj­cie więc i niech opisy tych nie­kom­pe­tent­nych za­cho­wań przy­da­dzą wam się na wo­dzie.

Paul Gel­der

Za­stępca re­dak­tora na­czel­negomie­sięcz­nika "Yach­ting Mon­thly"