MVP. The Most Valuable Person - Ola Rochowiak

Reflow text when sidebars are open.
Emily
Gdyby nauka była nielegalna, pewnie zdecydowana większość dzieciaków łamałaby prawo, żeby nocami studiować podręczniki i rozwiązywać skomplikowane działania pogłębiające wiedzę. Uczniowie zakładaliby tajne stowarzyszenia, ukradkiem zakradali się do bibliotek i przepisywali informacje, których na co dzień nikt nie mógłby im udostępniać. W końcu zakazany owoc smakuje najlepiej. Jednak w świecie, w którym dostęp do edukacji jest wręcz przymusem, ta sprawa wygląda dokładnie odwrotnie.
Aby potwierdzić tę tezę, wystarczyły obserwacje z pierwszych tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego w Weston High School. Gdybym miała określić swoje spostrzeżenia jednym słowem, wybrałabym określenie: chaos. Tylko nie taki mitologiczny, który towarzyszył początkom świata, a taki zwyczajny, który niezbyt korzystnie wpływa na przyszłość ludzkości. Nauczyciele dwoili się i troili, by zainteresować uczniów zagadnieniami, a ci wykazywali się nad podziw luźnym podejściem do nauki i niemal zerowym zaangażowaniem w prezentowane treści. Może i ciałem znajdowali się w zamkniętych salach lekcyjnych, ale myślami wciąż wracali do beztroskich wakacyjnych wspomnień i ukradkiem grzebali w telefonach. Naprawdę uzależnienie od mediów społecznościowych to nasza zguba. Jestem przekonana, że kiedyś naukowcy wspomną moje słowa.
Jedynie pierwszoroczniacy przykładali większą wagę do wypowiadanych przez nauczycieli gróźb związanych z ciężką harówką i zakuwaniem do późnych godzin nocnych. Reszta skupiała się raczej na bujnym życiu towarzyskim albo licząc na łut szczęścia, przedstawiała spisane w szkolnej łazience prace domowe i wypełniała testy, dając z siebie absolutne minimum, żeby jakimś cudem zaliczyć wszystkie przedmioty i prześlizgnąć się do następnej klasy.
Maturzyści myśleli jedynie o balu na zakończenie roku, a do tego wydarzenia zostało jeszcze kilka miesięcy! Poważnie, jak dla mnie nadmiar wolnego czasu mogliby przeznaczyć na czytanie książek lub chociaż powtórkę materiału z zeszłego roku.
Atleci bez przerwy dyskutowali na temat zbliżających się zawodów, a koszykarze całą swoją uwagę skupiali na tym, by kolejny rok z rzędu wygrać mistrzostwa i zdobyć jak najwięcej ofert od rekruterów i z prestiżowych uczelni.
Drużyna Błyskawic, która od lat nie miała sobie równych, była wizytówką Weston High School. Należący do niej sportowcy mieli zagwarantowane miejsca na najlepszych uniwersytetach i w składach drużyn stanowych, ale też cieszyli się powodzeniem u płci przeciwnej. Sama już nie wiedziałam, na czym zależało im bardziej.
Zawodnicy mogli liczyć na taryfę ulgową u kibicujących im nauczycieli - muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z równie wielką niesprawiedliwością. Otrzymywali też w pakiecie niezdrowe uwielbienie biegających za nimi cheerleaderek. Jeśli uczestniczyli w meczach wyjazdowych, sprowadzano specjalne autokary, które dowoziły kibicujących im licealistów. W końcu nasi nie powinni stracić ducha walki, a aplauz ze strony widowni nie mógł ucichnąć nawet na moment...
Oczywiście ta koszykarska gorączka nie dotyczyła ani mnie, ani moich przyjaciół. Zdecydowanie woleliśmy zgłębiać fascynujące tajemnice biologii i chemii niż obserwować, jak inni celują gumową piłką w obręcz.
Już od podstawówki wiedziałam, że obcowanie ze zwierzętami to moje przeznaczenie. Kochałam otaczający mnie świat równie mocno jak moja mama, a do tego darzyłam ogromnym szacunkiem każdą żywą istotę, bez względu na to, czy była ona bezkręgowcem, płazem, czy stawonogiem. Nie pozwalałam, by ktokolwiek krzywdził niewinne pająki, które tkając swoje sieci w naszym domu, jedynie szukały schronienia bądź pokarmu. Gdybym mogła, przygarnęłabym wszystkie bezdomne psy i koty błąkające się po ulicach naszego miasta.
Żyłam w zgodzie z naturą. Ubierałam się w second handach, by zmniejszyć ilość tekstylnych odpadów zalegających na wysypiskach, i używałam jedynie wegańskich kosmetyków. Zrezygnowałam też z jedzenia mięsa, by nie być winną śmierci żadnego stworzenia. Oddałam się opiece nad mieszkającymi w moim domu psiakami i każdego dnia realizowałam swoją misję: pogłębiałam wiedzę i dążyłam do tego, by zostać weterynarką.
Mój pokój wypełniały encyklopedie i atlasy zwierząt, które przeglądałam w wolnych chwilach. Kolekcjonowałam zatopione w żywicy owady, dokarmiałam ptaki i wiewiórki, a do tego co roku, przed Świętem Dziękczynienia, prowadziłam zbiórkę żywności dla mieszczącego się w Weston schroniska dla zwierząt - niestety, te akcje cieszyły się dość niskim zainteresowaniem. Może gdybym była popularna, biedne psiaki dostałyby coś więcej niż pięć kilo suchej karmy i kilka puszek z mięsem. Mimo to nie zamierzałam się poddawać.
Bywało, że w ciągu roku zajmowałam się w szkole kolportażem ulotek, które nawoływały licealistów do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla. Wraz z przyjaciółmi chcieliśmy zachęcić starszych uczniów do zamiany auta na inny, bardziej ekologiczny środek transportu i uświadomić im, jak nadprodukcja dwutlenku węgla wpływa na ekosystem. Byłam upierdliwą aktywistką, a moja siostra uważała, że niedługo przywiążę się do jakiegoś drzewa, byle tylko uratować je przed ścięciem. Cóż, nie wykluczam, że kiedyś znajdą mnie przypiętą do palmy albo starego dębu wirginijskiego.
Na szczęście Tiffany Martin, moja najlepsza przyjaciółka, podzielała te same wartości co ja i wspierała mnie w każdym podjętym przeze mnie działaniu. Od pierwszej klasy szkoły średniej razem dbałyśmy o środowisko, dzieląc się z uczniami Weston High School swoją wiedzą na temat ekologii i negatywnego wpływu śladu węglowego na bioróżnorodność Ziemi. Gdy tylko udawało się nam przekonać do naszych racji choć jednego licealistę, czułyśmy się jak superbohaterki, a to doznanie warte było wszystkich podjętych wysiłków. A nawet upokorzeń, z którymi musiałyśmy się mierzyć.
Kiedyś Jessica Chapman z równoległej klasy celowo ochlapała mnie błotem, gdy razem z Tiffany, Liamem McCraftem i Noahem Lyonsem protestowaliśmy przeciwko renowacji trawnika wokół liceum. Według założeń architekta krajobrazu plac miał zostać wyłożony kostką brukową, przez co wiele gryzoni i owadów straciłoby życie i dach nad głową. Dyrekcja była głucha na nasze prośby, wskazując, że powstają tam rozległe błotne kałuże, przez które cierpi estetyka terenu wokół szkoły. Na każdej przerwie i podczas lunchu razem z przyjaciółmi z kółka biologicznego wystawialiśmy banery nawołujące radę pedagogiczną do zmiany zdania. Nie spodobało się to jednak Jessice, która w akcie protestu postanowiła obrzucić nas zawartością jednej z kałuż. Oczywiście, jako cheerleaderka i duma naszej szkoły, nie poniosła z tego tytułu żadnych konsekwencji. Ja za to do końca dnia musiałam chodzić w brudnych ubraniach, wyczesując z włosów drobinki mokrej ziemi.
Nasz sprzeciw mimo to nie ustawał. W końcu zmęczeni nawoływaniem pod oknami pokoju nauczycielskiego pracownicy liceum zdecydowali się na kompromis. Trawnik podzielono na dwie części - jedną wyłożono kostką, drugą obsadzono kwiatami i posiano tam trawę. Mogliśmy odetchnąć.
Ostatni rok, który spędzałam w murach znajomej placówki, miał być taki sam jak każdy poprzedni. Zamierzałam skupić się przede wszystkim na nauce, by za kilkanaście miesięcy rozpocząć studia na wybranym uniwersytecie i zostać najlepszą, najbardziej empatyczną lekarką od zwierząt w Stanach Zjednoczonych. Z niecierpliwością wyczekiwałam pierwszego spotkania kółka biologicznego najstarszych klas, na które jak zwykle zapisała się garstka tych samych osób. Kiedy więc wkroczyłam do znajomego pomieszczenia, mieszczącego się w tym samym skrzydle co szatnie sportowców, uśmiechałam się szeroko. I nawet woń stęchlizny nie mogła zaburzyć mojej radości.
Olivia Blake, przyszła lekarka o wiecznie zarumienionych policzkach, pomachała do mnie energicznie, wskazując na wolne krzesło. Usiadłam obok koleżanki i przywitałam się z kartkującą stary, zużyty segregator, skrytą za czarnymi oprawkami okularów Bellą Moore. Potem przybiłam piątki z Liamem i Noahem, specjalistami od biologii molekularnej. Tiffany jak zwykle się spóźniała, jednak nikt nie był tym zaskoczony. Nawet profesor Hardy, która przygotowywała nas do egzaminów z biologii, zdawała sobie sprawę, że to u niej norma.
- Co dziś robimy? - zapytałam, zerkając na przeglądany przez Bellę zbiór tematów. Jej proste czarne włosy przysłaniały niektóre strony, przez co ciężko było mi cokolwiek przeczytać.
- Profesor Hardy kazała jej znaleźć tabelę krzyżówek genetycznych - oświadczył Liam, zakładając za uszy swoje długie blond fale.
- Czyli omawiamy dziś prawa Mendla. - Z lnianej torby w matematyczne wzory, którą dostałam od pracującej na Uniwersytecie Chicagowskim siostry, wyciągnęłam zeszyt i ołówek.
- Właśnie tak, Emily. - Profesor Hardy wkroczyła do sali, niosąc w dłoniach plansze z przedstawieniem cech dziedziczenia. - Ale bądźmy precyzyjni w nomenklaturze. Bella nie szuka krzyżówek genetycznych, tylko szachownicy Punnetta*, panie McCraft.
- Co będziemy rozpisywać? - zwróciłam się do nauczycielki.
- Omówimy zagadnienia związane z dziedziczeniem grupy krwi. Zbadamy też prawdopodobieństwo dziedziczenia chorób, między innymi hemofilii czy fenyloketonurii. Potraktujmy to jako powtórkę z zeszłego roku, nim przejdziemy do bardziej skomplikowanych zagadnień, których znajomość może się wam przydać podczas egzaminów końcowych.
- Mam! - zawołała zadowolona Isabella, wymachując nad głową kartką z tabelkami.
- Pobiegnij do ksero i zrób dwadzieścia kopii, trochę ich dziś wypełnimy - poprosiła nauczycielka. Gdy Bella opuściła klasę, profesor Hardy dodała: - A może ktoś chce przypomnieć, na czym polega prawo Mendla?
Moja ręka błyskawicznie wystrzeliła do góry. Uwielbiałam tę dziedzinę biologii. Właściwie to uwielbiałam wszystko, co było związane z tym przedmiotem.
- Emily, chodź. - Nauczycielka przywołała mnie do tablicy.
- Dzień dobry, profesor Hardy! - Tiffany wpadła do klasy niczym huragan. Sięgające uszu brązowe włosy z różowymi końcówkami falowały wokół jej twarzy, gdy zajmowała miejsce między Noahem a Liamem. Tego ostatniego cmoknęła w usta i zabrała się do wypakowywania podręczników i zeszytów z ozdobionego kolorowymi naszywkami plecaka. - Przepraszam za spóźnienie, ale tłumaczyłam jednej drugoklasistce, dlaczego nie powinna wyrzucać plastikowej butelki do odpadów zmieszanych. - Wywróciła oczami.
- Spokojnie, jeszcze nie zaczęliśmy. - Nauczycielka poprawiła okulary w prostokątnych oprawkach i pomachała do mnie zachęcająco. - Emily właśnie zamierza przybliżyć nam najważniejsze założenia dziedziczenia genetycznego, później przejdziemy do zadań praktycznych. Możesz zaczynać. - Uśmiechnęła się do mnie.
Chwyciłam marker, bujne rude loki wsunęłam za lekko odstające uszy i przyłożyłam końcówkę pisaka do lśniącej bielą tablicy. Czułam się, jakbym była co najmniej wykładowczynią, która przygotowuje swoich studentów do egzaminu. Podobało mi się to! Prawie tak bardzo jak obcowanie ze zwierzętami.
***
Godzinę później, po zajęciach dodatkowych, tylnym wyjściem przeszliśmy prosto na szkolny parking. Żadne z nas nie jeździło autem, ale Olivia i Bella zostawiały tam swoje rowery, podobnie jak kiedyś moja siostra, gdy pracowała w tutejszej stołówce. Tiffany, która gardziła wszelkiego rodzaju środkami transportu (chyba że musiała dojechać do centrum lub innego miasta), mieszkała na sąsiedniej ulicy i wracała do domu razem ze swoim chłopakiem Liamem pieszo. W dni, w które odbywało się spotkanie kółka biologicznego, zazwyczaj czekała na młodszą o rok siostrę. Dziewczyna o tej samej porze kończyła trening cheerleaderek. Tiffany uwielbiała droczyć się z Lisą, manifestując swoją niechęć do wszystkiego co związane z koszykówką.
Ja jak zwykle przyjechałam na rolkach.
- Szykuje się jakaś akcja na wrzesień? - Noah zarzucił ramię na szyję niższego od niego o głowę Liama i uśmiechnął się do mnie znacząco.
Wyglądał o wiele dojrzalej niż przed wakacjami. Miałam wrażenie, że urósł o kilka cali, jego sylwetka zdawała się lepiej zbudowana, a na podbródku i żuchwie pojawił się mikroskopijny ciemny zarost. Brwi jakby zgęstniały, a kości policzkowe dodały charakteru jego owalnej twarzy. W pierwszej klasie spotykaliśmy się przez parę tygodni, ale pomijając kilka niewinnych pocałunków, trudno było nazwać tę relację związkiem. On był zbyt wycofany, a z mojej strony zabrakło zaangażowania, by to ciągnąć. Od tamtego czasu po prostu się przyjaźniliśmy i to w zupełności nam obojgu odpowiadało. Nie było między nami żadnych niedomówień czy ukrytej urazy. Łączyła nas pasja do nauki i chęć zmiany świata na lepsze.
- Słyszałam, że za miesiąc artyści organizują wystawę swoich zeszłorocznych prac - oświadczyłam. - Zajmą całą halę i będą ją okupować aż trzy dni. Możemy się do nich podłączyć i otworzyć stoisko z petycją, o której wspominała Tiffany.
- Stop zmianom klimatycznym! - wykrzyknęła moja przyjaciółka. Jej piskliwy głos poniósł się echem po niemal pustym parkingu.
Niemal, bo ostatnie sześć miejsc zajmowały auta członków drużyny Błyskawic, sportowców, którzy zamiast przy każdej możliwej okazji dbać o kondycję, paradoksalnie wozili swoje leniwe tyłki w wypasionych, zanieczyszczających powietrze furach. Na hali, której okna wychodziły prosto na ogrodzony plac, właśnie odbywał się trening. Profesor Hardy na naszą prośbę wypuszczała nas z zajęć kilka minut wcześniej, byśmy w drodze do wyjścia nie musieli przeciskać się obok spoconych i aroganckich koszykarzy.
Jako grupa licealistów zafiksowanych na punkcie środowiska i ekologii nie byliśmy szczególnie lubiani, dlatego woleliśmy unikać osób, które znajdywały przyjemność w naśmiewaniu się z naszej misji, a tak się nieszczęśliwie składało, że chłopcy będący dumą naszej szkoły często umniejszali naszym osiągnięciom.
Czy słusznie? Szczerze wątpię.
W końcu oni trafiali kawałkiem nadmuchanej gumy do metalowej obręczy, a my dbaliśmy o to, by pszczoły nie wyginęły, a co za tym idzie, przetrwała ludzkość.
- Przygotuję ulotki - zaproponowała Olivia, a jej policzki stały się niemal bordowe z ekscytacji.
- A ja pogadam z chłopakami z rzeźbiarstwa, czy zgodzą się na nasz udział - dodał Noah.
Liam i Tiffany obiecali zaprojektować plakaty, ja miałam się zająć wyposażeniem stoiska i wymyślić hasła, które zachęcą uczniów do poparcia idei ochrony klimatu.
Siedziałam na krawężniku i zapinałam swoje odrobinę zniszczone, lawendowe rolki, gdy do moich uszu dotarł dźwięk dzwonka ogłaszającego przerwę. Za kilkadziesiąt sekund koszykarze wybiegną na parking. Musiałam się zmywać.
W uszy wcisnęłam słuchawki i uruchomiłam ulubioną playlistę. Wstałam, otrzepałam z piasku luźne, sięgające kolan spodenki z białego jeansu i wyjechałam poza teren liceum. Słońce wciąż znajdowało się wysoko na niebie, gdy uśmiechnięta, z rudymi lokami spływającymi mi na ramiona i plecy, przemierzałam ulice Weston.
***
- Emily, wykąpiesz Bruncha? Znów wytarzał się w jakiejś padlinie w parku.
Zmęczona mama wsunęła głowę do mojego pokoju, gdy przepisywałam notatki z biologii do specjalnego notesu, który miał mi służyć jako skarbnica najcenniejszej wiedzy. Jej miedziane loki kontrastowały z jasną cerą, obie te cechy odziedziczyłam właśnie po niej. Wciąż była piękna, pomimo kilku zmarszczek w kącikach jej dużych oczu.
- Już idę. - Uśmiechnęłam się do niej. W przeciwieństwie do mamy, na mnie cuchnące psiaki nie robiły żadnego wrażenia. - A co z Ore?
- Jego też możesz wykąpać. Przecież wiesz, jak lubi wodę.
Brunch i Ore to moi dwaj psi bracia. Tata znalazł ich kilkanaście lat temu na stacji benzynowej na obrzeżach Weston i od tego czasu obaj stali się członkami naszej odrobinę szalonej rodziny. Całe dzieciństwo kojarzy mi się ze wspólnymi wyścigami po podwórku, z drzemkami w ich posłaniach, ułożonych w ciasnym korytarzu łączącym kuchnię z łazienką, i szukaniem schronienia w ich budach po tym, jak coś zbroiłam. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że pewnego dnia może ich zabraknąć. Na szczęście, choć obaj byli już staruszkami, nadal rozpierała ich energia.
Zgodnie z obietnicą kilka minut później zbiegłam boso na dół i zabrałam z łazienki specjalny szampon i dwa ręczniki. Na podwórku napuściłam wody do wielkiej miski i zaciągnęłam do niej Bruncha, który w przeciwieństwie do brata nienawidził kąpieli. Walcząc z upartym psiakiem, zmoczyłam nie tylko jego puszystą, rudą sierść, ale i samą siebie. Odór padliny długo nie chciał się ulotnić, i to mimo użycia podwójnej porcji kosmetyku.
Opłukanego i obrażonego psiaka wytarłam porządnie ręcznikiem i zaprowadziłam do domu, żeby przypadkiem w ramach zemsty nie wytarzał się w piachu. Szczotką wyczesałam powstałe kołtuny, łapy posmarowałam balsamem ochronnym i nagrodziłam go kilkoma przysmakami. Oczywiście łakomczuch zjadł je w mgnieniu oka, ale na znak protestu odwracał ode mnie łepek, gdy tylko pojawiałam się w zasięgu jego wzroku.
Kąpiel Ore przebiegła dużo sprawniej i przyjemniej. Gdy szorowałam mu plecy, prężył się niczym kot, byle tylko jak najdłużej cieszyć się pieszczotami. Po wszystkim podobnie jak Brunch wrócił ze mną do środka, gdzie zaznał odrobiny luksusu w postaci czesania i zabezpieczania opuszków. Zadowolony, zaraz po tym jak najadł się przysmaków, zasnął, a ja mogłam wrócić do nauki, która bez przerwy zaprzątała moją głowę.
Ktoś mógłby pomyśleć, że to odrobinę szalone, ale w naszej rodzinie to dziedziczne, całkiem jak w prawie Mendla, o którym rozmawialiśmy na kółku biologicznym. Wyglądało na to, że rodzice byli nosicielami genu odpowiadającego za potrzebę pogłębiania wiedzy, a ja i moja starsza siostra Mia zgodnie z szachownicą Punnetta zgarnęłyśmy po dwie gamety tych cech. Jedyne, co nas różniło, to fakt, że ona swoje serce oddała matematyce i pewnemu popularnemu koszykarzowi, a ja biologii.
Samuel
Początek roku szkolnego nadszedł o wiele szybciej, niż się tego spodziewałem. Wakacje minęły w mgnieniu oka, choć jeszcze dwa miesiące temu dałbym sobie uciąć rękę, że będą trwały wieki.
A wszystko to przez tragiczne wydarzenia, które dotknęły naszą rodzinę, ale też z powodu przeprowadzki, która - chcąc nie chcąc - stała się dla mnie nowym początkiem
W ciągu sześciu lat aż cztery razy zmieniałem miejsce zamieszkania. A teraz każdy dzień przybliżał mnie do opuszczenia Phoenix. Nie przeszkadzały mi zmiana otoczenia, pachnący nowością dom czy rozległy ogród, w którym moja mama godzinami będzie pieliła rabatki i przycinała trawę. Jednak w mojej piersi niemal bez przerwy panoszył się niepokój. W ostatnich tygodniach wszystko, co brałem za pewnik, wywróciło się do góry nogami. Miałem świadomość, że życie to nie klepsydra, nie da się cofnąć czasu, sprawić, że ziarna piasku, które opadły na dno, wrócą na poprzednie miejsce.
I właśnie dlatego się bałem.
Kiedy kilka miesięcy temu tata dostał awans i oświadczył, że wraca zarządzać siedzibą firmy, w której pracował, gdy miałem dwanaście lat, wiedzieliśmy z mamą, że czeka nas kolejna życiowa rewolucja. Mimo to się ucieszyłem. Z Weston łączyły się dobre wspomnienia i powrót tam budził we mnie same pozytywne emocje. Zignorowałem jednak zbliżającą się datę wyjazdu i wyparłem z umysłu nadchodzące zmiany. Zamiast przygotowywać się do wyprowadzki, oddawałem się ulubionym rozrywkom.
Pewnej nocy, na jednej z imprez, dostałem telefon, który wszystko zniszczył. Tata zginął w wypadku samochodowym. Zostawił mnie i mamę samych, przytłoczonych cierpieniem i czekającą nas przeprowadzką, od której nie było odwrotu. Dom, w którym mieszkaliśmy, mieli zająć nowi lokatorzy, a na mamę czekała już nowa posada w Weston.
Po pogrzebie przestałem widywać się z dawnymi kumplami. Jedyne wytchnienie odnajdywałem na niewielkim boisku za domem, gdzie ciskając piłką do kosza, mogłem na chwilę pozbyć się żalu i wierzyć, że tata nadal jest obok.
Nim się zorientowałem, minął miesiąc, a później kolejny, aż w połowie lipca pod naszym starym domem w Phoenix zjawiła się firma przeprowadzkowa.
Pudła, które powinienem zawczasu przygotować, wciąż stały puste. W ostatnich tygodniach zamiast skupić się na segregowaniu i układaniu ubrań i zgromadzonych pamiątek, trwoniłem czas, leżąc w łóżku, bo nie mogłem pogodzić się z tym, co spotkało naszą rodzinę. Podczas prac ekipy, właściwie w ostatnim momencie, zdobyłem się na to, by wrzucić wszystko na chybił trafił do przygotowanych przez mamę kartonów podpisanych moim imieniem.
Za to teraz mierzyłem się z konsekwencjami swojego nieodpowiedzialnego postępowania. W przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego niechętnie zabrałem się do zapełniania pustej szafy. Zmięte T-shirty rozciągnąłem na drewnianej podłodze z nadzieją, że powstałe na nich zagniecenia same znikną. Spodnie wcisnąłem na dno głębokiej szuflady, a bluzy i nowy strój sportowy starannie rozwiesiłem na wieszakach. Miałem nadzieję, że miejsce tego ostatniego szybko zajmie pomarańczowa koszulka drużyny, w której barwach chciałem grać.
Liczyłem, że tata, patrząc na mnie z góry, będzie trzymał kciuki za ich... nasz kolejny sukces.
Jeśli ktoś kazałby mi wskazać jedną, jedyną rzecz, która po jego stracie przynosi mi w życiu najwięcej satysfakcji, to byłaby to właśnie gra w kosza. Ale nie zwykłe rzucanie piłką do obręczy, a rywalizacja podczas meczu, adrenalina płynąca wraz z krwią i szumiąca w uszach wrzawa kibiców siedzących na trybunach.
Nie wyobrażałem sobie, bym kiedykolwiek miał zrezygnować z uprawiania tej dyscypliny, tym bardziej że to właśnie tata zaraził mnie miłością do tego sportu. Żartował, że pewnego dnia jego syn zdobędzie tytuł MVP, a teraz nie mogłem znieść myśli, że ojciec tego nie zobaczy. Jako przyszły uczeń najstarszej klasy w Weston High School zamierzałem zawalczyć o członkostwo w najlepszej szkolnej drużynie koszykówki stanu Floryda i dzięki temu dostać się na wymarzoną uczelnię. W Phoenix, a wcześniej w Minnesocie, przez cztery lata grałem na pozycji rozgrywającego. Choć moim kolegom wiele brakowało do poziomu prezentowanego przez chłopaków z Weston High School, wierzyłem, że przy odpowiednim wsparciu dobrego trenera w pełni rozwinę swoje umiejętności i zostanę najlepszym zawodnikiem podstawowego składu. Miałem już okazję kilkukrotnie zmierzyć się z Błyskawicami na boisku. Za każdym razem oczywiście skopywali nam tyłki, jednak udało mi się - i to nie jeden raz - przełamać ich obronę i zmniejszyć przewagę dzielącą nasze drużyny. Nadeszła pora, bym stał się jednym z nich.
Budynek, w którym obecnie mieszkaliśmy z mamą, mieścił się w tej samej okolicy co dom, w którym wychowywałem się jako dziecko. Co prawda był o wiele mniejszy, za to bardziej nowoczesny i w pełni wyposażony. Kiedy wyszedłem na jego tył, by obejrzeć wypielęgnowany ogród i otaczające nas sąsiedztwo, dotarło do mnie, że to całkiem miłe doświadczenie patrzeć na znajomy krajobraz, który nie zmienił się aż tak bardzo, jak sądziłem. Pierwszy raz od czasu pogrzebu miałem ochotę zapłakać, bo pamiętałem, jak tata tęsknił za tym miastem.
Weston opuściliśmy zaraz po moich dwunastych urodzinach. Rozgoryczony, przez kilka tygodni nie odzywałem się do taty nawet słowem. W opinii zbuntowanego dwunastolatka, którym w tamtym momencie byłem, to właśnie on był winien całego zamieszania. To była nasza pierwsza przeprowadzka. Strach przed zmianą i tęsknota za przyjaciółmi sprawiły, że nie miałem pojęcia, jak poradzić sobie z targającymi mną emocjami. Zostawiałem tu nie tylko ulubione miejsca, w których potrafiłem spędzać całe dnie na wygłupach z dzieciakami z osiedla, ale i masę wspomnień. Nie wierzyłem, że gdziekolwiek mógłbym czuć się choć w połowie tak dobrze jak w Weston. Co zaskakujące, bardzo szybko okazało się, że byłem w błędzie. W nowej szkole niemal natychmiast zawarłem znajomości i pozwoliłem sobie na chwile beztroski. Mimo to czułem na plecach oddech kolejnej przeprowadzki, dlatego też starałem się do nikogo nie przywiązywać. Traktowałem wszystkich powierzchownie i nie miałem potrzeby zacieśniania więzi. Kolejne dwa miasta, które były jedynie przystankiem w drodze przez moje nastoletnie życie, również nie zdobyły mojego serca.
Nauczony doświadczeniem, za każdym razem bez słowa sprzeciwu akceptowałem nową rzeczywistość. Spotykałem się ze znajomymi po szkole i świetnie się bawiłem. Trochę randkowałem, czasem wpadałem w tarapaty, ale zawsze wychodziłem z nich obronną ręką. Pech trzymał się ode mnie z daleka - tak sobie wmawiałem, skacząc na główkę do zbiornika wodnego, w którym zakazano kąpieli. Gdy jednak doszło do wypadku, w którym straciłem jedną z najważniejszych dla mnie osób, kompletnie się od wszystkich odciąłem.
Za nikim nie tęsknię.
Bo tęsknota za tatą nie zostawia miejsca dla nikogo innego.
***
Ze względu na niefortunny błąd w dokumentacji byłego liceum, rok szkolny rozpocząłem z tygodniowym opóźnieniem. Dotarłem na miejsce chwilę przed pierwszym dzwonkiem. Po przekroczeniu głównej bramy przystanąłem na moment, by podziwiać ogromny budynek z czerwonej cegły. Wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętałem. Ze znajomymi często przejeżdżaliśmy obok na rowerach i zastanawialiśmy się, jak to będzie, gdy sami zostaniemy licealistami. Wydawało nam się, że wtedy wszystko zrobi się łatwiejsze, a my będziemy nie do zatrzymania. Nie mieliśmy pojęcia, jak dalecy od prawdy jesteśmy.
Zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami udałem się do sekretariatu mieszczącego się w zachodnim skrzydle i odebrałem plan zajęć razem z rozkładem pomieszczeń. Błądząc po szerokich, pustych korytarzach i klatkach schodowych, spóźniłem się kilka minut na matematykę. Po wejściu do sali przeżyłem mocno niezręczne powitanie z nowym nauczycielem i uczniami.
- Samuel Lee Anderson - przywitał mnie krępy mężczyzna w okularach, odczytując moje dane z przekazanego mu dokumentu. - Ostatnia klasa.
- Zgadza się - przytaknąłem, poprawiając pasek od plecaka.
- Świetnie cię widzieć, witamy w Weston! - Nauczyciel szybko wsunął do teczki papiery z moimi danymi i uśmiechnął się zachęcająco.
- Dziękuję - mruknąłem, kątem oka zerkając na pogrążonych w rozmowach uczniów. Miałem ochotę uciec.
- Powiesz nam coś o sobie? Zdradzisz, czym się interesujesz? - Nie przestawał mnie przepytywać.
Gdybym mógł, przewróciłbym oczami.
Czy nikt nie nauczył nauczycieli, że tego typu wystąpienia są niesamowicie niekomfortowe?
Człowieku, dopiero co zmieniłem szkołę, nikogo tu nie znam, a ty nie masz pojęcia, co siedzi w mojej głowie. Pozwól mi zniknąć na końcu sali i jakoś przetrwać ten dzień.
Poza tym to chyba oczywiste, że wszyscy mieli mnie gdzieś. Jakiś przypadkowy koleś wkroczył nieproszony pomiędzy bliższych i dalszych znajomych, a ci nie zamierzali poświęcać mu więcej uwagi, niż to konieczne. Nie wypadało jednak przeciwstawiać się nauczycielowi, dlatego odparłem:
- Przyjechałem z Phoenix, ale kiedyś mieszkałem już w Weston. Lubię grać w kosza. I... to chyba tyle. - Wzruszyłem ramionami.
- Kosza? Może w takim razie dołączysz do naszych Błyskawic - skomentował z ożywieniem nauczyciel.
Po jego słowach większość obojętnych do tej pory twarzy spojrzała w moim kierunku. Na niektórych malowało się zainteresowanie. Jeden chłopak szepnął coś do kolegi, inny wykrzywił usta w fałszywym uśmiechu. Słyszałem, że nie przyjmują do drużyny byle kogo, wierzyłem jednak, że uda mi się osiągnąć zamierzony cel.
- Taki właśnie jest plan.
- We wtorki i czwartki nasi mistrzowie mają treningi. Dobrze mówię, Phill? - zwrócił się do siedzącego w ostatniej ławce blondyna, a ten przytaknął niechętnie. - Powinieneś iść. Kompletują nowy skład.
- Zamierzam.
- Należałeś do jakiejś drużyny? - dociekał profesor.
- Tak, do Orłów z Phoenix.
- Gracie jak małe dziewczynki! - wykrzyknął blondyn z ostatniej ławki.
Cała klasa wybuchła śmiechem.
- Może oni tak, ale ja nie - oświadczyłem obojętnie, choć wewnętrznie kipiałem.
- To się okaże. - Blondyn zmierzył mnie oceniającym spojrzeniem i odwrócił się do siedzącej obok niego długowłosej dziewczyny.
Reszta uczniów zaczęła buczeć pod nosem. Oczywiście to ja zostałem adresatem ich nieżyczliwego zachowania. Czy to mnie zniechęciło? Nie. Jeszcze się zdziwią, gdy zobaczą, na co mnie stać.
Zakłopotany całym zamieszaniem nauczyciel poprosił, żebym usiadł. Nie miałem wyboru i zająłem miejsce zaraz przy biurku profesora Tylera, jak głosiła plakietka na blacie.
Przez resztę dnia musiałem uczestniczyć w jeszcze kilku podobnych niezręcznych wymianach zdań z nauczycielami. Na szczęście nie natknąłem się na opryskliwego blondyna i mogłem skupić się na tym, by przetrwać.
***
- Gotowy? - zapytał mnie Eliot Miller, którego poznałem w zeszłym tygodniu i z którym spędzałem większość przerw. Chłopak miał niewielu znajomych i trzymał się raczej na uboczu, a mnie to nawet odpowiadało. Nie przyszedłem tu, by bawić się w zdobywanie paczki przyjaciół. - Dziś kolejny trening. Poprzednio mieliśmy spotkanie organizacyjne, ale teraz trener zamierza wybrać nowych członków drużyny.
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się szeroko do chłopaka siedzącego obok mnie na angielskim.
- Jeszcze pytasz? Czekałem na ten dzień od miesięcy.
Eliot pokiwał głową z uznaniem i założył za uszy swoje proste, sięgające ramion czarne włosy, które podtrzymywała cienka opaska elastyczna.
- Nasz trener jest bezwzględny, pamiętaj o tym. Jeśli nie pokażesz się z jak najlepszej strony, wyrzuci cię po kilku minutach.
- Spokojnie, poradzę sobie. - Tego akurat byłem pewien.
W drużynach, w których do tej pory grałem, można było wskazać wiele słabych punktów, jednak ja nie zaliczałem się w ich poczet. Zamierzałem to udowodnić.
- Też tak mówiłem w zeszłym roku. - Roześmiał się Eliot. - Ale wciąż wystawia mnie tylko wtedy, gdy któryś z zawodników złapie kontuzję.
- Może tym razem będzie inaczej. Mówiłeś, że z drużyny wypadło dwóch graczy.
- Istnieje zbyt małe prawdopodobieństwo, by nowy i wystawiany w ostateczności rezerwowy zajęli ich miejsce. Bez urazy! - Poklepał mnie po ramieniu. - Oprócz mnie jest jeszcze trzech innych chłopaków, którzy trzymają się z podstawowym składem, i to raczej dwóch z nich wybierze trener.
W zamyśleniu skinąłem głową.
Eliot nie chciał mnie zniechęcać, po prostu starał się sprowadzić mnie na ziemię. Ale ja byłem świadomy swoich umiejętności i zamierzałem wykorzystać wszystkie posiadane atuty.
Salę lekcyjną wypełnił dźwięk dzwonka. Pozbieraliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy na korytarz.
- A jacy oni są? Reszta Błyskawic? - zapytałem, kiedy zbiegaliśmy po schodach do licealnej stołówki.
Eliot się zamyślił.
- Wiesz, nie jestem z nimi jakoś specjalnie blisko. Mogę ci tylko przedstawić swoje obserwacje.
- Dawaj.
- Robert Murphy, kapitan, jest świetny. Sprawiedliwy i stara się, żeby zawodnicy współpracowali. Zawsze można na nim polegać, no i nie wywyższa się tak jak Phill O'Kelly. Mówiłeś, że go poznałeś, masz z nim matmę.
- Blondyn. Ta, poznałem.
- Nie lubię go. - Westchnął. - Ze wszystkich się nabija i uważa się za najlepszego gracza.
- Mam nadzieję, że potknie się o swoje nogi, kiedy na własne oczy się przekona, co potrafię.
- Z przyjemnością na to popatrzę - skomentował ze śmiechem Eliot, kiedy zajęliśmy miejsce w kolejce do bufetu.
- Jest jeszcze Will Taylor. Niby spoko, i świetnie rzuca osobiste, ale na boisku robi się strasznie nerwowy. Lepiej mu wtedy nie podpadać. No i kumpluje się z Phillem.
- Będę o tym pamiętał, ale... - nie dokończyłem, ponieważ w tym samym momencie zauważyłem, że w stołówce wybuchło jakieś zamieszanie.
Razem z Eliotem odwróciliśmy się w stronę jednego ze stolików, na którego blacie stała niewysoka brunetka z różowymi końcówkami włosów. Wokół niej zebrało się kilkoro uczniów. Niektórzy się śmiali i wskazywali ją palcami, inni przewracali oczami, komentując głośno jej zachowanie. Dwóch chłopaków odgradzało ją od reszty, jakby byli ochroniarzami, a rudowłosa, niska licealistka, której twarzy nie mogłem dostrzec, podała koleżance jakiś karton. Ta uniosła go nad głowę i zawołała:
- Drugie spotkanie kółka biologicznego już dzisiaj! Wszystkich chętnych zapraszamy do zapisu! Omawiamy wszystkie zagadnienia, które pojawią się na egzaminach końcowych i nie tylko! Jeśli interesujesz się...
- Kto to? - Zmarszczyłem brwi, obserwując to osobliwe przedstawienie.
- Oni? Nie zawracaj sobie nimi głowy. To nasi szkolni ekolodzy. Coś z nimi nie tak, dlatego lepiej trzymać się od nich z daleka. Podobnie jak od wkurzonego Willa - dodał rozbawiony Eliot.
- Dlaczego? Są groźni?
Eliot parsknął śmiechem.
- Oni? No coś ty.
- To co takiego robią, że trzeba ich unikać?
- Wszystkich moralizują i uważają, że bojkotując latającą prywatnym odrzutowcem Taylor Swift, uratują świat. Jeśli nie chcesz, żeby oblali cię zieloną farbą w ramach jakiegoś chorego protestu, po prostu nie wchodź im w drogę.
- Jasne, zapamiętam to. - Pokiwałem głową i jeszcze raz utkwiłem wzrok w bujnych lokach koloru miedzi, które przypomniały mi o kimś, kto kiedyś był mi bliski.
***
Trening trwał od dziesięciu minut. Nauczyciel, którego członkowie drużyny tytułowali trenerem, kazał nam się w pierwszej kolejności rozgrzać, a następnie podzielić, tak by poćwiczyć rzuty osobiste do dwóch koszy i dwutakt. Oczywiście po jednej stronie boiska zebrał się cały podstawowy i rezerwowy skład Błyskawic, drugą przejęliśmy my, nowi.
Phill O'Kelly bez przerwy rzucał kpiące spojrzenia w moim kierunku, komentując coś do kolegów, a ci głośno zaśmiewali się z jego żartów, jednocześnie niemal bezbłędnie posyłając piłkę prosto do metalowej obręczy.
Niemal.
Byliśmy już po pięciu seriach osobistych, w których jako jedyny ani razu nie chybiłem, co przyciągnęło uwagę trenera. Usłyszałem kilka suchych pochwał, które O'Kelly skwitował bezczelnym parsknięciem. W pewnym momencie skrzywiony Eliot opuścił drużynę, by dołączyć do mnie i sześciu innych licealistów, których marzeniem była gra w Błyskawicach.
- Co jest? - Zdezorientowany oddałem mu piłkę.
Eliot westchnął, wykonał poprawny dwutakt, jednak piłka otarła się jedynie o metalową obręcz i wylądowała w jego wyciągniętych dłoniach.
- Mam dosyć Philla - prychnął. - Wkurzył mnie i przez to nie trafiam.
Obejrzałem się przez ramię i zerknąłem na wysokiego licealistę, który odgrywał jakąś scenkę w towarzystwie trochę niższego od niego bruneta. Willa.
- Zachowuje się, jakby był królem świata - mruknąłem.
- Bo tak się czuje. - Podał mi piłkę, obserwując, jak jeden z kandydatów zbyt wcześnie wyskoczył do rzutu, przez co piłka przeleciała nad tablicą. - W rzeczywistości jest po prostu dupkiem. Mam nadzieję, że pokażesz mu, gdzie jego miejsce.
- Możesz być tego pewien - obiecałem. - Czym cię tak zdenerwował?
Eliot ściągnął usta i wypuścił powietrze ze świstem.
- Nabija się z was. - Skinieniem głowy wskazał chłopaków przymierzających się do kolejnego dwutaktu. - A później snuł teorie, że trener i tak już ma wybrany skład, a ten trening to tylko przykrywka dla dyrekcji, że niby szuka kogoś nowego.
- Wierzysz mu?
- Wolałbym nie. Ale O'Kelly zazwyczaj wie o wszystkim, co dzieje się w drużynie. Zresztą sam ci mówiłem, że walka o miejsce rozegra się między trzema rezerwowymi. Wygląda na to, że plotka była prawdziwa.
- Więc zróbmy wszystko, by tym razem ten gnojek się mylił. - Poklepałem Millera po ramieniu i zakozłowałem piłką.
Nadeszła moja kolej. Przymierzyłem się do rzutu, ale wtedy halę wypełnił ostry gwizd.
- No dobra, chłopaki, na tym skończymy - oświadczył trener, po czym wskazał dłonią grupę ustawioną pod drugim koszem. - Wy zostajecie, reszta może iść.
Zagotowała się we mnie krew. A więc Eliot miał rację.
- Ale dlaczego? Lekcja jeszcze trwa! - warknąłem.
- Nie dla was - odpowiedział nauczyciel.
O'Kelly udał, że ociera łzy, a później zaczął przybijać piątki kolegom z drużyny.
- Nie pokazałem jeszcze wszystkiego, co potrafię - upierałem się.
- Widziałem wystarczająco dużo. Może zobaczymy się za rok.
- Jestem w ostatniej klasie - wycedziłem.
Eliot zacisnął rękę na moim ramieniu, chcąc mnie powstrzymać.
- Tracimy przez ciebie czas, spadaj - syknął Phill.
Nauczyciel udał, że go nie słyszy. Wiedziałem, że nic więcej nie ugram.
- Chodźmy, Sam. - Eliot pociągnął mnie w kierunku wyjścia.
Wściekły nie odłożyłem piłki, tylko wybiegłem z nią na mieszczące się pod halą boisko. Kierowany złością, zacząłem ciskać nią do kosza, zdobywając dziewięć na dziesięć punktów. Mimo to uczucie zawodu nie ustępowało.
- Blokuj mnie! - zażądałem. Zdezorientowany Eliot posłał mi pytające spojrzenie. - Blokuj mnie. Muszę się wyładować. Obiecuję, że nie będę faulował.
- Och, no dobra.
Ustawił się pod koszem i rozłożył ręce. Bez trudu pokonałem jego obronę i wykonałem dwutakt.
- Postaraj się! - warknąłem. Dawno nie kotłowało się we mnie aż tyle negatywnych emocji. Byłem zły, zawiedziony, a co gorsza, poczucie niesprawiedliwości paliło mnie od środka. - Traktuj mnie jak przeciwnika, nie kolegę!
Tym razem Eliot trochę ze mną powalczył. Mimo jego usilnych starań piłka i tak wylądowała w koszu.
- Nie dawaj mi forów! - Posłałem mu spojrzenie pełne wyrzutu. - Zatrzymaj mnie, zabierz mi piłkę, cokolwiek!
Chłopak skinął głową i przybrał pozycję obrońcy. Natarłem na niego i w ostatnich chwili wyminąłem. Mimo to nie odpuścił. Jego ciało zderzyło się z moim. Piłka niemal wypadła mi z rąk. Niemal. Utrzymałem ją i zwiodłem Eliota, po czym wybiłem się na jednej nodze i zdobyłem punkt. Powtórzyliśmy tę akcję jeszcze kilka razy, aż znów usłyszałem ten przeklęty gwizdek.
- Wy dwaj! - Obróciliśmy się i spojrzeliśmy w twarz trenera. - Wracać do środka.
Wymieniliśmy z Eliotem skonsternowane spojrzenia i posłusznie wkroczyliśmy do hali. Niezadowolony O'Kelly, podobnie jak reszta drużyny, stał ze skrzyżowanymi rękoma na środku parkietu.
- Ty! - Trener wskazał na mnie. - Pokaż mi dwutakt.
Coś mi mówiło, że właśnie dostałem drugą szansę. By uspokoić zszargane nerwy, nabrałem kilka głębokich wdechów i przymknąłem powieki. W końcu spojrzałem na zawieszony nad moją głową kosz i wypuściłem powietrze z płuc. Byłem gotów.
Stawiając pierwszy, możliwie jak najdłuższy krok, chwyciłem szorstką piłkę w obie ręce. Następnie postawiłem drugą stopę na gładkiej powierzchni, ale tylko na moment, by wybić się na niej możliwie jak najwyżej. Jeszcze chwilę temu zamierzałem wykonać tradycyjny dwutakt od boku, jednak po tym, co się wydarzyło, zmieniłem decyzję. Nadeszła pora, by O'Kelly nabrał trochę pokory, a trener zrozumiał, że popełnił błąd.
Zamiast wyrzucić piłkę tak, by odbiła się od tablicy i wylądowała w siatce, włożyłem całą energię w to, by wznieść się wysoko, a potem przeszedłem do wsadu, pakując ją bezpośrednio do obręczy. Kiedy już byłem pewny, że zdobyłem punkt, chwyciłem się metalowego okręgu i na sekundę na nim zawisłem, po czym opadłem miękko na wypolerowany parkiet.
Na hali zapadła cisza, którą przerwał donośny gwizd.
Uwaga wszystkich zebranych skupiła się wyłącznie na mnie.
A więc nie wszystko stracone.
- Nazwisko. - Trener wyszedł na boisko, celując we mnie palcem.
Rozejrzałem się po wpatrujących się we mnie uczniach.
- Anderson.
- Grałeś już?
Skinąłem głową.
- Gdzie?
- W Phoenix. W Orłach.
Mężczyzna potarł się po podbródku i pokiwał w milczeniu głową.
- Skopaliśmy wam tyłki w zeszłym sezonie.
- Zgadza się - przytaknąłem. - Ale ze mną skopiecie im jeszcze bardziej.
Trener przeciągnął palcami po gładko ogolonej twarzy i uśmiechnął się krzywo.
- Podobasz mi się, Sanderson.
- Anderson - poprawiłem go, na co machnął ręką od niechcenia. - Zrób to jeszcze raz - polecił.
Wycofałem się i zgodnie z prośbą nauczyciela wykonałem kolejny spektakularny wsad. Tym razem pozwoliłem sobie zawisnąć na obręczy parę sekund dłużej. Kilka osób siedzących na trybunach zagwizdało z uznaniem.
Trener skinął kilkukrotnie głową.
- Murphy, Taylor, O'Kelly na boisko, reszta siedzi. Zagracie mecz na jeden kosz. Sanderson, będziesz w parze z Robertem przeciwko Phillowi i Willowi. Pokaż, co potrafisz.
Widziałem, jak Eliot uśmiecha się do mnie szeroko i podnosi kciuk. Twarz O'Kelly'ego wykrzywił obrzydliwy grymas. A nie, przepraszam, on zawsze był obrzydliwy.
A ja? Pokazałem, że nie można mnie lekceważyć, i zakończyłem ten trening jako nowy członek drużyny Błyskawic.
Emily
Na wybrzeżu odbywały się zawody w surfowaniu. Bella i Tiffany próbowały mnie na nie wyciągnąć, ale z niespodziewaną wizytą wpadli do nas Mia i jej narzeczony Troy. To trochę pokrzyżowało moje plany, ale nie na tyle, bym miała im to za złe. Stęskniłam się za moją starszą siostrzyczką. Od kilku lat mieszkała razem z Troyem w okolicy uniwersytetu, na którym wykładała matematykę, i zazwyczaj odwiedzała nas kilka razy w roku. Ostatnio jednak wpadali do Weston, by nadzorować sprawy związane ze zbliżającym się ślubem.
Ich ślubem.
I organizowali go w rezydencji Evansów.
Osobiście nie jestem zwolenniczką instytucji małżeństwa (ponadto nie uznaję urodzin, walentynek i tym podobnych świąt), ale jako dobra młodsza siostra staram się ją wspierać. Tym bardziej że jej przyszły mąż to gwiazda koszykówki i rzucający obrońca Milwaukee Moose. O ich wielkim dniu brukowce będą rozpisywały się tygodniami, a to z kolei spędza sen z powiek przyszłej pannie młodej. Mia chce, by wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Planowała wystrój, menu, zadbała nawet o zakwaterowanie gości. Była perfekcjonistką o ścisłym umyśle, który nie akceptował żadnych niedociągnięć. Znałam ją jednak na tyle, by być pewna, że za jej przesadnym przejęciem stał lęk przed tym, jak zostanie odebrana przez media.
Moja siostra poznała Troya w liceum, kiedy ten był kapitanem Błyskawic, a rok starsza od niego Mia pracowała w szkolnej stołówce. Najpierw jedynie udawali parę (do czego przyznali się nam dopiero jakiś czas później), ale dość szybko zdali sobie sprawę, że nie mogą bez siebie żyć. Przetrwali wiele wzlotów i upadków. I tak od niemal ośmiu lat spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Dwa lata temu, przed świętami Bożego Narodzenia, najlepszy zawodnik Milwaukee Moose niespodziewanie klęknął na środku boiska i poprosił siedzącą na trybunach Mię o rękę, czym zdobył serca tysięcy i tak już zapatrzonych w niego kobiet. Chociaż na co dzień nie ruszają mnie takie ckliwe pary jak ta dwójka, musiałam przyznać, że to, w jaki sposób okazywali sobie uczucia, często chwytało mnie za serce. Czasem, kiedy na nich patrzyłam, odnosiłam wrażenie, że Troy, gdyby tylko mógł, oblałby się superglue, byle tylko nie odstępować mojej siostry na krok. Obawiałam się, że w ich obecności moja trzustka odmówi współpracy, zaprzestanie produkcji insuliny, w wyniku czego nabawię się cukrzycy. Mimo to cieszyłam się ich szczęściem. Oboje byli piękni i wpatrzeni w siebie jak łabędzie, które łączą się w pary na całe życie. Oczywiście, żeby wkurzyć Mię, nazywałam ich sępami płowymi, które również zakochują się tylko raz (i, delikatnie mówiąc, są odrobinę mniej urodziwe od łabędzi).
- Jak w szkole? - Mia siedziała na kanapie ze skrzyżowanymi nogami. Długie, proste włosy w kolorze palonej kawy spływały jej na ramiona, a usta układały się w szeroki uśmiech.
Moja siostra uwielbiała gadać o Weston High School. Z tym miejscem wiązało się wiele jej wspomnień. I historia tej pierwszej, prawdziwej miłości.
Bez pytania umościłam się na ziemi, między jej nogami, i wcisnęłam jej w dłoń zakręcone pukle, by zaplotła mi kłosa, jak miała to w zwyczaju, gdy byłyśmy młodsze, a moje włosy łatwiejsze do ujarzmienia. Brunch i Ore ułożyli się tuż obok, trącając mnie raz za razem pyskami i dopraszając się pieszczot. W tym samym czasie Troy i tata oglądali nowy, wypasiony samochód hybrydowy tego pierwszego, a mama przygotowywała warzywną zapiekankę.
- Dobrze.
- I tylko tyle? No, nie bądź taka! - Pociągnęła delikatnie za jeden z kosmyków. - Zapowiada się łatwy czy trudny rok? Błyskawice mają ten sam skład co w ostatnim semestrze?
Przewróciłam oczami.
- Zapowiada się tak jak zawsze: większość przedmiotów nudna, za to chemia i biologia jak zwykle fantastyczne. - Poprawiłam niewygodną pozycję i zerknęłam przez ramię. - A co cię obchodzą koszykarze? Masz jednego, nie wystarczy ci?
Mia zachichotała. Brunch wpakował się całym swoim cielskiem na moje kolana, a zazdrosny Ore zaczął dreptać w miejscu, jakby liczył, że w ten sposób wyrośnie mi trzecia noga, na której mógłby się ułożyć.
- Oczywiście, że mi wystarczy. Ale wiesz, że odkąd jestem z Troyem, trochę się tym interesuję.
- W przeciwieństwie do mnie. Lubiłam, kiedy zabieraliście mnie na jego mecze, ale teraz mam lepsze rzeczy do roboty.
- Na przykład jakie? - Mia nachyliła się nad moją głową i spojrzała mi prosto w oczy.
- Mieliśmy już pierwsze spotkanie kółka biologicznego i zamierzamy zbierać podpisy pod kolejną petycją. Właśnie! Muszę dziś zrobić specjalne przypinki dla uczniów i nauczycieli! - przypomniałam sobie. - Chcemy walczyć ze zmianami klimatu. No i wciąż próbujemy wpłynąć na dyrektora, by zwiększono liczbę wegańskich dań serwowanych w stołówce.
Moja siostra wtuliła plecy w oparcie kanapy i palcami przeczesała moje długie pukle. Kiedy to robiła, znów czułam się jak kilkuletnia dziewczynka.
- Czyli jak zwykle masz nawał zajęć.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej