Przedmowa
Przedmowa
Świat zalewa ściema, a my w niej toniemy.
Politycy nie przejmują się faktami. Nauka rozwija się pod dyktando
prasy. Start-upy z Doliny Krzemowej podnoszą ściemę do rangi sztuki.
Uniwersytety i inne uczelnie przedkładają ją nad myślenie analityczne.
Wydaje się, że większość działalności administracyjnej sprowadza się do
zaawansowanych ćwiczeń z kombinatoryki ściemy. Reklamodawcy mrugają do
nas porozumiewawczo i zapraszają do obserwowania wraz z nimi różnych
bredni. My też puszczamy do nich oko - ale robiąc to, opuszczamy gardę i dajemy sobie wcisnąć głębiej ukryty kit, którym nas szczodrze faszerują.
Ściema zatruwa nam świat - wprowadza ludzi w błąd w najzupełniej
konkretnych kwestiach i podkopuje w całej rozciągłości nasze zaufanie do
docierających do nas informacji. Właśnie temu próbujemy dać odpór tą
naszą, cokolwiek skromną, książką.
Filozof Harry Frankfurt uznał wszechobecną ściemę za cechę definiującą
nasze czasy. Swój klasyczny wykład O wciskaniu kitu1 rozpoczął
od słów:
Jedną z najbardziej uderzających cech naszej kultury jest ogromna ilość
wciskanego kitu. Wszyscy o tym wiemy. Każdy z nas dorzuca swój kamyczek.
Jednak przyjmujemy tę sytuację za oczywistą [...]. W rezultacie nie
wypracowaliśmy precyzyjnego poglądu na temat specyfiki, przyczyn
powszechnego występowania oraz funkcji wciskania kitu. Nie opracowaliśmy
również pogłębionej analizy roli, jaką odgrywa w naszym życiu. Innymi
słowy, brakuje nam podbudowy teoretycznej.
Rozprawianiu się ze ściemą pomaga precyzyjna orientacja, z czym mamy do
czynienia. A to już wejście na grząski grunt.
Przede wszystkim "ściema" to rzeczownik odczasownikowy. Mogę nie tylko
czuć się zmęczony twoją ściemą (rzeczownik), ale też wziąć odwet i naściemniać (czasownik) tobie. To dosyć oczywiste. A ściemnianie to, by
ująć rzecz najprościej, produkowanie ściemy.
Ale do czego właściwie odnosi się rzeczownik "ściema"? Jak w przypadku
wielu prób wyrażenia koncepcji filozoficznych w języku codzienności,
szaleństwem byłoby pokuszenie się o definicję uwzględniającą wszystko,
co należy, a wykluczającą zbędne elementy. Zamiast tego zaczniemy od
kilku przykładów, a potem spróbujemy opisać pewne cechy, które je
kwalifikują do tej kategorii.
Większość ludzi uważa, że nieźle sobie radzi z rozpoznawaniem ściemy. To
możliwe, gdy pojawia się ona w postaci figury retorycznej lub wymyślnej
konstrukcji słownej, nazywanej przez nas staromodnym wciskaniem kitu.
Takiej jak:
Naszą wspólną misją jest wprowadzanie bilateralnych rozwiązań na rzecz
tworzenia sposobności do aktywizowania niedostatecznie
wykorzystywanych zasobów ludzkich.
(Inaczej mówiąc, prowadzimy agencję pracy tymczasowej).
Stanowimy linie przesyłowe. Wpisując się w ten mit, łączymy się z nim
w jedno.
(To zabrzmiało jak staromodne wciskanie kitu w wersji New Age).
Wzorem naszych przodków kierujemy wzrok ku bezkresnemu widnokręgowi
naszego wielkiego narodu, niosąc w umysłach i sercach żar, który na
nowo podsyci zawilgłe skry naszego zbiorowego przeznaczenia.
(Litości! Jak zamierzacie przywrócić w regionie zapotrzebowanie na
pracowników?)
Stara szkoła wciskania kitu nie odchodzi w niepamięć, możliwe jednak, że
przyćmiewa ją zjawisko, które nazywamy nowoczesną ściemą. Posługuje się
ona językiem matematyki, nauk ścisłych i statystyki, by tworzyć pozory
porządku i dokładności. Wątpliwym tezom nadaje nimb wiarygodności,
ubierając je w liczby, wyliczenia, dane statystyczne i wykresy.
Nowomodne wciskanie kitu może więc wyglądać przykładowo tak:
Po dostosowaniu do różnic kursowych nasz najlepszy globalny fundusz
podbijał rynek przez siedem z minionych dziewięciu lat.
(Jak dokładnie korygowano zwroty? Ilu funduszom tej firmy nie udało
się podbić rynku i jak bardzo zniżkowały? I - konkretnie - czy to
jeden określony fundusz zwyżkował przez siedem z dziewięciu lat, czy
różne w różnych latach?)
Nasze wyniki, mieszcząc się w granicach błędu statystycznego (p =
0,13), potwierdzają istotną klinicznie skalę skuteczności naszej
celowanej terapii nowotworowej (relatywne szanse przeżycia pięciu lat
= 1,3), rzucając wyzwanie aktualnemu paradygmatowi terapeutycznemu.
(Jakim sposobem za wyniki istotne klinicznie uważa się dane
pozostające w granicach błędu statystycznego? Czy przeżycie pięciu lat
stanowi relewantną miarę przy tej postaci choroby nowotworowej, czy
większość pacjentów umiera przed upływem trzech lat? Dlaczego
powinniśmy przyjąć, że to coś stanowi dla "aktualnego paradygmatu
terapeutycznego" jakiekolwiek wyzwanie?)
Opracowany algorytm konwolucyjnej sieci neuronowej czerpie zasadniczą
logikę sterowania z multipleksowej sieci ludzkiego metabolomu,
transkryptomu i proteomu.
(Co to za multipleksowa sieć? Dlaczego powiązania tych różnych "omów"
mają takie znaczenie i jak się je mierzy? Co autor tych słów rozumie
pod pojęciem "logika sterowania"? Skąd wiemy, że te układy łączy jakaś
zasadnicza logika, a jeśli tak w istocie jest, to jaką mamy pewność,
że takie podejście rzeczywiście jest w stanie ją uchwycić?)
Nasze systematyczne badania przesiewowe wykazały, że 34% zaburzonych
behawioralnie drugoklasistów przyznaje się do wąchania markerów do
pisania przynajmniej raz w ciągu minionego roku.
(Czy to coś znaczy? A jeśli tak, to czy wąchanie markerów stanowi
przyczynę zaburzeń behawioralnych, czy ich skutek? Jaki procent
"niezaburzonych" drugoklasistów przyznaje się do wąchania markerów?
Możliwe, że będzie ich więcej!)
Nowa szkoła wciskania kitu może być nadzwyczaj skuteczna, gdyż wielu z nas nie czuje się na siłach kwestionować informacji podawanych w formie
liczb. A nowomodni ściemniacze właśnie na to liczą. Żeby dać im odpór,
trzeba się nauczyć, kiedy i jak podważać tego typu stwierdzenia.
Nasze życie zawodowe poświęciliśmy uczeniu studentów logicznego i kwantytatywnego podchodzenia do danych. Tej książce początek dały
prowadzone przez nas na Uniwersytecie Waszyngtońskim warsztaty "Sztuka
walki ze ściemą". Wierzymy, że nasza praca pokaże wam, iż krytyczny
stosunek do argumentów liczbowych nie jest domeną zawodowego statystyka,
specjalisty w dziedzinie ekonometrii czy analityka, a rozpoznanie
wciskanego kitu nie wymaga obszernych zbiorów danych i tygodni żmudnych
interpretacji. Często wystarcza elementarny zdrowy rozum, wsparty w miarę potrzeby informacjami łatwymi do znalezienia przez wyszukiwarkę.
Pomóc ludziom rozpoznawać i sprostowywać ściemę chcemy z obywatelskich
pobudek. To nie są sprawy ideologii, lewicowych albo prawicowych
poglądów: po obu stronach tego podziału znajdą się ludzie wprawni w dziele tworzenia i szerzenia dezinformacji. Po prostu wierzymy
(narażając się na zarzut megalomanii), że należyte wykrywanie ściemy
jest kluczowe dla przetrwania liberalnej demokracji. Ta zawsze opierała
się na myślącym krytycznie elektoracie, ale nigdy nie było to tak ważne,
jak w obecnej dobie fake newsów i ingerowania w procesy wyborcze poprzez
zagraniczną propagandę, rozsiewaną w mediach społecznościowych. W jednym
ze wstępniaków w "New York Timesie" w grudniu 2016 roku Mark Galeotti
tak oto określił, co jest najlepszą obroną przed tą formą wojny
informacyjnej:
Zamiast próbować zwalczyć każdy kolejny przeciek, rząd Stanów
Zjednoczonych powinien uczyć obywateli rozpoznawania, kiedy się nimi
manipuluje. Poprzez szkoły, organizacje pozarządowe i kampanie społeczne
powinno się wpajać Amerykanom umiejętności niezbędne świadomym
użytkownikom mediów - od weryfikowania faktów w doniesieniach prasowych
po uprzytamnianie sobie, jak kłamliwe bywają obrazy.
Jako wykładowcy akademiccy o wieloletnim doświadczeniu w nauczaniu
analizy danych, statystyki i pokrewnych im przedmiotów na uczelni
publicznej wiemy, jak uczyć takiego sposobu myślenia. Jesteśmy
przekonani, że nie wymaga to określania się po którejś ze stron
politycznego sporu. Może masz odmienne niż my zdanie w kwestii
optymalnej liczebności władz federalnych, rozmiaru dopuszczalnej
ingerencji państwa w naszą prywatność czy też jego polityki na scenie
światowej - nam to nie przeszkadza. Zwyczajnie chcemy pomóc ludziom we
wszelkich barwach politycznych stawić opór ściemie, uważamy bowiem, że
demokracja jest najzdrowsza wtedy, gdy wyborcy są w stanie przejrzeć
wszechogarniający kit.
Nie wznosimy ambony, z której wszystkiemu, co nam się nie podoba,
będziemy nadawać miano ściemy. Dlatego z rzadka przytaczamy w tej
książce przykłady, które zaliczamy do najbezczelniejszych, jakie znamy,
nie mówiąc już o takich, które nas najbardziej złoszczą. Dobraliśmy je
raczej tak, by służyły celowi edukacyjnemu, uwypuklając szczególne
pułapki i wskazując właściwe strategie reakcji na nie. Mamy nadzieję, że
książkę przeczytasz, przemyślisz i sam zaczniesz zwalczać ściemę.
Ponad stulecie temu John Alexander Smith, filozof, powitał nowicjuszy na
Oxfordzie następującymi słowami:
Nic, czego się nauczycie w toku waszych studiów, w najmniejszym możliwym
stopniu się wam nie przyda, poza tym tylko, że jeśli będziecie pracować
ciężko i rozumnie, powinniście [potem] umieć wykryć, że ktoś bredzi, a to, z mojego punktu widzenia, stanowi główny, jeśli nie jedyny, cel
kształcenia.
Pomimo wszelkich osiągnięć szkolnictwa wyższego w dziedzinach nauk
przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki pozostawia ono
według nas pod tym względem wiele do życzenia. Generalnie, dobrze
wychodzi wpajanie mechaniki: studenci uczą się manipulowania macierzami,
doprowadzania do transfekcji komórek, skanowania genomów i implementacji
algorytmów uczenia maszynowego. Rzecz w tym, że takie koncentrowanie się
na faktach i umiejętnościach odbywa się kosztem kształcenia i doskonalenia sztuki myślenia krytycznego. Nauki humanistyczne i społeczne uczą studentów konfrontacji sprzecznych idei i mierzenia się z rozbieżnymi argumentami. Natomiast w dziedzinach ze wskazanego wyżej
obszaru rzadko mają oni do czynienia z paradoksami, które muszą
rozstrzygnąć, niespójnymi dowodami, jakie należy rozważyć, albo z mylnymi twierdzeniami, wymagającymi analizy krytycznej. W rezultacie
absolwenci wyższych uczelni wydają się dobrze przygotowani do sporów
werbalnych oraz identyfikowania niedostatków logiki, ale też są
zaskakująco ustępliwi w obliczu argumentacji odwołującej się do liczb.
To samo oczywiście odnosi się także do absolwentów szkół średnich. Gdyby
w edukację z nauk ścisłych, technicznych i przyrodniczych wpisano
praktyki uczenia interrogatywnego, powszechne już w humanistyce,
uczelnie mogłyby wykształcić pokolenie studentów gotowych na zwalczanie
ściemy odwołującej się do statystyk i analiz sztucznej inteligencji ze
swobodą równą tej, z jaką dziś polemizują w kwestiach dotyczących
polityki, etyki, sztuki i filozofii. Szereg powodów sprawia, że w dalszych rozdziałach w dużej mierze odwołujemy się do przykładów z nauk
ścisłych i medycyny. Po pierwsze uwielbiamy naukę i w tej dziedzinie
mamy największe doświadczenie. Po drugie nauki ścisłe opierają się na
różnorakich argumentach liczbowych, a do nich odnosimy się w tej
książce. Po trzecie ze wszystkich dziedzin wynalezionych przez człowieka
to właśnie nauki ścisłe, jak się wydaje, powinny być wolne od ściemy -
ale nie są. I wreszcie po czwarte wierzymy, że powszechne zrozumienie
nauki jest dla doinformowanego elektoratu sprawą kluczową - chcemy więc
wskazać liczne blokujące je przeszkody. Pragniemy też jednak podkreślić,
że nic z tego, co twierdzimy, nie podważa nauki jako skutecznego,
zinstytucjonalizowanego środka do zrozumienia świata fizycznego.
Niezależnie od całego naszego narzekania, od wszelkich błędów, jakie
identyfikujemy, od wszystkich problemów i kitu, który poprzez naukę się
nam wciska, ona ostatecznie się sprawdza. Dzięki temu, że mamy ją za
sojusznika, latamy samolotami, rozmawiamy przez wideotelefony,
eliminujemy choroby zakaźne i badamy zjawiska tak różne jak pierwsze
chwile po Wielkim Wybuchu i molekularne podstawy życia. Nowe formy
technologii informatycznych zmieniły sposób komunikacji zarówno w ramach
nauki, jak i w skali powszechnej. W miarę doskonalenia dostępu do
informacji zwiększył się ich natłok. Oby ta książka pomogła ci oprzeć
się temu natarciu i oddzielić fakty od fikcji.
Rozdział 1. Na każdym kroku ściema
Rozdział 1
Na każdym kroku ściema
To jest książka o ściemie. O tym, jak
bardzo jesteśmy nią zasypywani, a także jak ją przejrzeć i móc zwalczyć.
Ale po kolei. Należałoby zrozumieć, czym jest ściema, skąd się bierze i dlaczego produkuje się jej takie mnóstwo. Chcąc odpowiedzieć na te
pytania, warto się cofnąć w głęboką przeszłość, do początków zjawiska.
Ściema bowiem nie jest wynalazkiem naszych czasów. W Eutydemie, jednym
ze swoich dialogów z Sokratesem, Platon żali się, że filozofowie ze
szkoły sofistów są obojętni na to, co rzeczywiście jest prawdą, i zainteresowani jedynie wygrywaniem sporów. Inaczej mówiąc, uprawiają
sztukę ściemy. Jeśli jednak chcemy tropić ściemę aż po jej początki,
musimy sięgnąć znacznie głębiej, poza wszelkie ludzkie cywilizacje.
Zrodziło ją szerzej pojmowane oszustwo, a zwierzęta oszukują się
wzajemnie od setek milionów lat.
Kantujące skorupiaki i przebiegłe krukowate
Oceany są pełne dzikich i cudownych stworzeń, ale trudno tam o większych
twardzieli niż skorupiaki znane jako krewetki modliszkowe, w kręgach
bardziej naukowych zaliczane do ustonogów. Część z nich wyspecjalizowała
się w zjadaniu morskich ślimaków, chroniących się w twardych i grubych
skorupach. Żeby móc się przebić przez zwapniałe pancerze, krewetki
modliszkowe wykształciły na drodze ewolucji sprężynujący napęd przednich
kończyn, umożliwiający im zadawanie niebywale silnych ciosów. Ich
młotkowate szczypce w momencie uderzenia osiągają prędkość 80 kilometrów
na godzinę. Cios jest tak mocny, że wywołuje pod wodą zjawisko nazywane
"bąblem kawitacyjnym", odpowiednik komiksowego "BANG!" Batmana,
objawiający się głośnym hukiem i błyskiem. W niewoli krewetki
modliszkowate potrafią się przebić przez szklane ścianki akwariów.
Impet ciosu służy jeszcze innemu celowi. Skorupiaki te żyją w płytkich
rafach, narażone na ataki muren, ośmiornic, rekinów i innych drapieżców.
Dla bezpieczeństwa większość czasu spędzają w zagłębieniach rafy,
wystawiając jedynie swe potężne szczypce. Tyle że odpowiednich zagłębień
zawsze jest za mało, co czasem prowadzi do utarczek. Jeżeli intruz
znajduje w jakimś miejscu lokatora mniejszego od siebie, ten zazwyczaj
czmycha. Jeśli jednak mieszkaniec zagłębienia należy do tych dużych,
zawzięcie wymachuje szczypcami, prezentując ich rozmiary i rzucając
przeciwnikowi wyzwanie.
Krewetka modliszkowa, jak każdy superbohater, ma jednak swoją piętę
achillesową. Zrzuca ona pancerz osłaniający szczypce, żeby zastąpić go
twardszym - co, jak można sobie wyobrazić, czyni z niej łatwą ofiarę. W ciągu dwóch, trzech dni linienia zwierzę jest praktycznie bezbronne. Nie
jest w stanie uderzyć, brakuje mu też twardej skorupy, chroniącej przed
drapieżnikami. Na rafach zaś niemal każdy jest czyimś pokarmem, a krewetka modliszkowa to w zasadzie ogon homara, tyle że wyposażony w szczypce.
Dlatego jeśli jesteś taką krewetką w okresie linienia, ukrytą w niepozornej szczelinie, ostatnie, co ci się marzy, to wyjście stamtąd i narażenie się na wszechobecne niebezpieczeństwo. I właśnie tutaj zaczyna
się oszukiwanie. Normalnie duże krewetki modliszkowe wymachują wymownie
szczypcami, a małe uciekają. Jednak w porze zrzucania pancerzy każda z nich, bez względu na rozmiary, będzie spektakularnie nimi wygrażać, choć
nie byłaby w stanie uderzyć mocniej niż rozzłoszczona żelka. To jedynie
pusta groźba - ale niebezpieczeństwo wiążące się z opuszczeniem
zagłębienia przerasta obawy przed narażeniem się na starcie. Intruzi,
świadomi, że może ich spotkać gwałtowny atak krewetki modliszkowej, wolą
jednak nie sprawdzać, czy to blef.
Skorupiaki więc nieźle blefują i można dopatrywać się w tym swoistej
ściemy - jednak niezbyt wymyślnej. Choćby dlatego, że takie zachowanie
nie jest czymś, co te stworzenia obmyśliły i postanowiły wprowadzić w czyn. To tylko wypracowana na drodze ewolucji, instynktowna czy też
odruchowa reakcja.
Przemyślnemu ściemniaczowi potrzebna jest teoria umysłu - musi umieć
postawić siebie na miejscu swojego celu. Musi potrafić myśleć o tym, co
inni wokół niego wiedzą, a czego nie. Musi też umieć sobie wyobrazić,
jakie wrażenie wywoła dany rodzaj ściemy, i odpowiednio go dobrać.
Tak zaawansowana zdolność rozumowania to w królestwie zwierząt rzadkość.
Cechuje nas, ludzi, i możliwe, że także naszych najbliższych krewnych z kręgu naczelnych, szympansy i goryle. Inne małpy, duże czy małe, raczej
nią nie dysponują. Za to pewna rodzina z gatunku całkiem odmiennego od
nas - tak: to Corvidae.
Wiemy, że krukowate - kruki, wrony i sójki - są zaskakująco
inteligentnymi ptakami. Wytwarzają bardziej wymyślne narzędzia niż
jakikolwiek gatunek poza człowiekiem. Manipulując przedmiotami w swoim
otoczeniu, rozwiązują różnego rodzaju zagadki. Bajka Ezopa o wronie
wrzucającej kamyki do urny, by podnieść poziom wody, opierała się
prawdopodobnie na obserwacji: wrony w niewoli potrafią robić takie
rzeczy. Kruki planują przyszłość z wyprzedzeniem, wybierając przedmioty,
które kiedyś mogą okazać się przydatne. Wrony rozpoznają ludzkie twarze,
żywią niechęć do tych, którzy im grozili lub źle je traktowali. A nawet
przekazują te urazy swoim pobratymcom.
Nie bardzo wiemy, skąd u krukowatych taka zmyślność, ale ich sposób
życia sprzyja rozwojowi inteligencji. Żyją długo, są w dużej mierze
stadne, a badając swoje otoczenie w poszukiwaniu wszystkiego, co może
być jadalne, wykazują kreatywność. Zwłaszcza kruki, jak się zdaje,
ewoluując obok takich gatunków o instynktach łowieckich jak wilki i my
sami, dochodzą do doskonałości w podstępnym pozbawianiu ssaków ich
pożywienia.
Jako że jedzenia czasem bywa mnóstwo, a kiedy indziej go brakuje,
większość krukowatych zabezpiecza się, magazynując zapasy w bezpiecznym
miejscu, z którego będą mogły je później wydobyć. Tyle że magazynowanie
skazane jest na przegraną, jeżeli inni patrzą. Gdy ptak zobaczy innego
osobnika chowającego pożywienie, często je potem kradnie. Dlatego
krukowate są bardzo ostrożne, gdy ukrywają jedzenie. Starają się tego
nie robić na oczach innych ptaków. Obserwowane, szybko chowają pokarm
lub przed ukryciem go starają się zniknąć z pola widzenia obserwatorów.
Bywa, że fingują magazynowanie, udając, że pozostawiają zapasy, podczas
gdy w rzeczywistości trzymają je bezpiecznie w dziobie lub wolu i chowają później z zachowaniem należytej ostrożności.
A więc, czy to, że kruk udaje chowanie pożywienia, można zakwalifikować
jako ściemnianie? Naszym zdaniem zależy to od kierującego nim powodu
oraz od tego, czy myśli on o wrażeniu, jakie to oszustwo wywoła w umyśle
obserwującego. Pełnowymiarowa ściema ma za zadanie dekoncentrować,
dezorientować lub wprowadzać w błąd - a zatem ściemniacz musi umieć
stworzyć mentalny model wpływu swoich działań na ten umysł. Czy
krukowate posiadły teorię umysłu? Czy rozumieją, że inne ptaki mogą
zobaczyć, jak ukrywają pokarm, i prawdopodobnie zechcieć, jeśli nadarzy
się okazja, je okraść? Czy po prostu kierują się jakąś prostą regułą
kciuka - choćby taką, że "chowam tylko wtedy, kiedy wokoło nie ma innych
kruków" - nie wiedząc, dlaczego właśnie tak postępują? Na badaczy
zachowania zwierząt naciska się, by wykazali, że wszystkie zwierzęta
wypracowały teorię umysłu. Ostatnie badania sugerują jednak, że kruki
mogą stanowić wyjątek. Chowając przysmaki, myślą o tym, co wiedzą ich
pobratymcy. I działają nie tylko tak, by oszukać dostrzeżone ptaki;
uwzględniają to, że mogą też nie widzieć innych, a te także należy
zwieść2. Wyraźnie przypomina to nasze podejście do ściemniania
przez internet. Chociaż nikogo nie widzimy, spodziewamy się, a wręcz
liczymy na to, że nasze słowa dotrą do odbiorców.
Kruki to sprytne stworzenia, ale my, ludzie, wynosimy ściemnianie na
kolejny poziom. Tak jak te ptaki dysponujemy teorią umysłu. Jesteśmy w stanie przewidzieć, jak inni zinterpretują nasze zachowanie, i wykorzystujemy tę umiejętność, bo daje przewagę. W odróżnieniu od kruków
wykorzystujemy bogaty system językowy. Ludzki język daje olbrzymie
możliwości wyrazu, możemy przecież łączyć słowa na rozliczne sposoby,
przekazując rozmaite idee. Język i teoria umysłu wspólnie pozwalają nam
przekazywać szeroką gamę komunikatów i modelować w myślach to, jak
wpłyną one na tych, którzy je usłyszą. To cenna umiejętność, gdy
próbujemy się skutecznie porozumiewać - i równie użyteczna, kiedy
wykorzystujemy komunikowanie się do manipulowania czyimiś przekonaniami
lub działaniami.
W tym sęk, gdy mowa o porozumiewaniu się. Jest ono obosiecznym mieczem.
Komunikując się, możemy osiągać zadziwiające poziomy współpracy. Ale
przykładając wagę do porozumiewania się, dajesz też innym możliwość
manipulowania twoim zachowaniem. Przejęcie kontroli nad zwierzętami
dzięki ich ograniczonym systemom komunikacji - sprowadzającym się,
powiedzmy, do paru różnych ostrzeżeń - jest dużo trudniejsze. Kapucynki
informują się o zagrożeniu za pomocą okrzyków. Przeważnie wielu z nich
ratuje to życie. Umożliwia też jednak małpom o niższej pozycji w stadzie
odstraszanie dominujących osobników od cennego pożywienia: wystarczy, że
pomimo braku zagrożenia wyślą fałszywe ostrzeżenie. Ale że kapucynki
niewiele są w stanie powiedzieć, mają niewielkie możliwości oszukiwania
innych osobników. Taka małpka może kazać mi uciekać, nawet gdy nie leży
to w moim interesie. Nie zdoła jednak mi wmówić, że naprawdę ma
dziewczynę w Kanadzie, tyle że jeszcze nie miałem okazji jej poznać. Nie
nakłoni mnie też do przelania 10 tysięcy dolarów na konto wdowy po
magnacie górniczym, która ni stąd, ni zowąd poprosiła mnie o pomoc w zamianie jej fortuny na walutę obowiązującą w USA.
Dlaczego ściema czyha na każdym kroku? Częściowo dlatego, że wszyscy,
czy to ustonogi, czy krukowate, czy ludzie, próbują ci coś sprzedać.
Inna sprawa, że człowiek dysponuje narzędziami poznawczymi
umożliwiającymi określenie, jaki typ ściemy okaże się skuteczny. I wreszcie: złożoność naszego języka pozwala na produkowanie różnorakiej
ściemy w nieskończoność.
Dwuznaczniki i język prawniczy
Na łgarzy nakładamy dotkliwe sankcje towarzyskie. Możesz stracić
przyjaciela, kiedy przyłapie cię na poważnym kłamstwie. Możesz oberwać.
Stanąć przed sądem. I, co chyba jest najgorsze, twoja dwulicowość może
stać się tematem plotek wśród znajomych i współpracowników. Możliwe, że
odkryjesz, iż nie jesteś już uważany za zaufanego przyjaciela, partnera
w miłości czy w biznesie.
Ze względu na te wszystkie potencjalne kary często lepiej jest
wprowadzać w błąd niż jawnie kłamać. Ma to swoją nazwę: zwodzenie.
Zwodzę cię, gdy świadomie doprowadzam do niewłaściwych wniosków
mówieniem rzeczy zasadniczo nieodbiegających od prawdy. Za klasyczny
tego przykład, zaczerpnięty z nieodległej historii, można uznać słynne
oświadczenie Billa Clintona, które padło podczas wywiadu z Jimem
Lehrerem w programie Newshour: "Nie ma żadnej relacji o charakterze
seksualnym [z Moniką Lewinsky]". Gdy wyszły na jaw dalsze fakty,
Clinton bronił się, że powiedział prawdę: użył czasu teraźniejszego,
wskazując, że taka relacja obecnie nie zachodzi. Owszem, miała ona
miejsce, ale w tamtym oświadczeniu wcale się do niej nie odnosił.
Zwodzenie oferuje do pewnego stopnia możliwość zaprzeczenia - niekiedy
wiarygodnego. Przyłapanie na tym procederze może nadszarpnąć twoją
reputację, ale większość ludzi traktuje go mniej surowo niż jawne
kłamstwo. Zazwyczaj, gdy damy się złapać, nie zmusza nas to do tak
absurdalnych prawniczych wykrętów, jak "To zależy od znaczenia słowa
jest" Billa Clintona.
Zwodzenie jest możliwe dzięki temu, w jaki sposób posługujemy się
językiem. To, co się mówi, przeważnie nie w pełni odpowiada temu, co się
zamierza zakomunikować. Przypuśćmy, że zapytałeś mnie, co sądzę o reaktywacji Twin Peaks, dokonanej przez Davida Lyncha na ćwierćwiecze
tego serialu, a ja odpowiadam: "Nie jest zła". Zinterpretujesz to
naturalnie jako: "Dobra też nie" - chociaż niczego takiego nie
powiedziałem. Albo załóżmy, że podczas rozmowy o stosowanych przez
mojego współpracownika patentach na relaks, mówię: "John nie ćpa w pracy". Zinterpretowane dosłownie, stwierdzenie to sprowadza się jedynie
do tego, że John nie narkotyzuje się, gdy pracuje, i nie dostarcza
powodu do podejrzeń, że robi coś takiego po godzinach. To zdanie jednak
implikuje coś całkiem innego. Wskazuje na to, że John jest narkomanem,
ale jeszcze trochę nad sobą panuje.
W lingwistyce ten rodzaj znaczenia implikowanego przynależy do obszaru
pragmatyki. Filozof języka Herbert Paul Grice ukuł określenie
implikatura, wskazujące nie tyle na dosłowny przekaz zawarty w danym
zdaniu, co na to, czemu ma ono posłużyć. Implikatura umożliwia nam
skuteczne porozumiewanie się. Jeżeli zapytasz, gdzie możesz napić się
kawy, a ja oznajmię: "Przecznicę dalej jest knajpka", zinterpretujesz
moje stwierdzenie jako odpowiedź na swoje pytanie. Założysz, że ta
knajpka jest otwarta, że podają w niej kawę itp. Nie muszę tego
wszystkiego dosłownie wyliczać.
Implikatura jednak pozwala nam też na zwodzenie. Znaczeniem implikowanym
w zdaniu "John nie ćpa w pracy" jest to, że robi to gdzie indziej. Gdyby
było inaczej, czy nie powiedziałbym tylko, że John nie ćpa, i kropka?
Ludziom chcącym wprowadzać innych w błąd, a potem udawać niewiniątka,
implikatury pozostawiają wielkie pole dla pokrętności. Wyobraźmy sobie,
że John spróbował postawić mnie przed sądem za szkalowanie go
stwierdzeniem, że nie ćpa w pracy. Jak miałby wygrać? Moje zdanie jest
prawdziwe, a utrzymywanie, że jest inaczej, nie leży w interesie Johna.
Ten rozdźwięk między dosłownym znaczeniem a implikaturą ludzie nader
często wykorzystują dla szerzenia ściemy. "Nie jest to najbardziej
odpowiedzialny ojciec, jakiego znałem", mówię o kimś. To prawda, bo znam
jednego jeszcze lepszego tatę - ale ty zakładasz, że według mnie ten
ktoś jest okropnym rodzicem. "On spłaci długi, jeśli nim potrząśniesz".
I to prawda, bo jest uczciwym gościem i wszystkie swoje należności
pokrywa bezzwłocznie, tobie się jednak zdaje, że ja widzę w nim
kanciarza. "Miałem na studiach stypendium i grałem w futbol". Prawda,
chociaż stypendium było z programu National Merit, niewiele mającego
wspólnego ze sportem, a w futbol grywałem z kumplami w niedzielne
poranki. Ty jednak założyłeś, że na studiach był ze mnie wybitny
sportowiec.
Tę przepaść pomiędzy sensem dosłownym a implikowanym wykorzystuje też, w celu unikania odpowiedzialności za rozmaite twierdzenia, tak istotny typ
ściemniania jak stosowanie dwuznaczników. Jak się zdaje, w przypadku
wielu profesji to ważna umiejętność. Dwuznacznikami posługują się choćby
autorzy reklam, sugerując benefity, gdy z tych obietnic nie bardzo można
ich rozliczyć. Gdy utrzymujesz, że twoja pasta do zębów redukuje "do"
50%, płytki nazębnej, zarzucić fałsz można by ci jedynie wtedy, gdyby
zadziałała ona zbyt dobrze. Polityk, gdy stwierdzi pokrętnie, że "mówi
się", iż jego konkurent ma powiązania ze zorganizowaną przestępczością,
może uniknąć procesu o oszczerstwo. Dzięki klasycznemu "błędy się
zdarzają" szef zdoła złożyć przeprosiny tak, aby nikogo nie obwinić.
Dobrze to rozumiał Homer Simpson. W obronie swojego syna Barta
wypowiedział słynne słowa: "Marge, nie mieszaj chłopakowi w głowie.
Wywijanie się od odpowiedzialności to ważna nauka. To ono odróżnia nas
od zwierząt... z wyjątkiem wijów".
Mniejsza o żarty Homera, korporacyjna nowomowa też rozmywa
odpowiedzialność za zasłoną dymną eufemizmów i strony biernej. W 2019
roku raport NBC News ujawnił, że wielu światowych producentów
przypuszczalnie wykorzystuje wytwory katorżniczej pracy dzieci z Madagaskaru. Rzecznik koncernu Fiat Chrysler skomentował to następująco:
firma "włącza się na wszystkich etapach łańcucha wartości we wspólne z globalnymi udziałowcami różnych branż działania na rzecz organizowania i rozwoju naszego łańcucha dostaw surowców". Wspólne działania? Globalni
udziałowcy? Łańcuch wartości? Mówimy o czterolatkach przetwarzających
mikę wydobywaną w prymitywnych kopalniach. Całe rodziny pracują w upale,
noce przesypiając bez dachu nad głową, za 40 centów dziennie. Oto
ściema, która za korporacyjnym wodolejstwem skrywa straszną liczbę ofiar
w ludziach.
Część ściemniaczy mocno angażuje się w sprowadzanie na manowce,
odwodzenie od prawdy. Innym ta jest z zasady obojętna. By to wyjaśnić,
cofnijmy się od dwuznaczników do opowieści o sygnałach wysyłanych przez
zwierzęta, od których zaczęliśmy ten rozdział. Zwierzęta, komunikując
się, zazwyczaj wysyłają sygnały na swój temat. Takie komunikaty odnoszą
się bardziej do sygnalizującego niż do czegoś w otaczającym go świecie.
Przykładowo, "Jestem głodny", "Złość mnie bierze", "Jestem seksowna",
"Jestem jadowity" czy "Należę do tej grupy", wszystkie są informacjami o nas, przekazującymi coś na temat komunikującego.
Sygnały dotyczące innych stanowią odwołania do pozostałych elementów
świata. U zwierząt komunikaty tego rodzaju spotyka się nieczęsto,
pomijając szczególny wyjątek, jakim są okrzyki alarmujące. Większość
stworzeń, poza człowiekiem, po prostu nie ma możliwości odnoszenia się
do obiektów zewnętrznych. Ludzie mają inaczej. Jedną z oryginalnych lub
niemal niespotykanych cech ludzkiego języka jest ta, że dostarczając nam
słownictwo i gramatykę, umożliwia mówienie nie tylko o nas samych, ale
też o innych ludziach i obiektach w otaczającym nas świecie.
Człowiek jednak, nawet komunikując coś na temat swojego otoczenia, może
mówić o sobie więcej, niż mu się wydaje. Pomyśl o poznaniu kogoś na
jakiejś imprezie czy podczas innego wydarzenia towarzyskiego i nawiązaniu rozmowy. Dlaczego opowiadasz akurat to, nie coś innego? Czemu
w ogóle rozmawiasz? Twoje opowieści nie sprowadzają się do informowania
tej drugiej osoby o aspektach świata. Przekazują pewne rzeczy o tym,
jaki jesteś - a przynajmniej jaki chcesz być. Możliwe, że próbujesz się
pokazać jako ktoś nieustraszony i przebojowy. Albo może jako zatroskany
czymś wrażliwiec. Jako obrazoburca? A może mistrz sarkastycznego humoru?
Opowieści snujemy po to, by tworzyć swój obraz na użytek innych. W ten
sposób tworzy się całe mnóstwo ściemy. Kiedy mówisz o szalonej
przygodzie, którą miałeś, przemierzając z plecakiem Azję, to chcąc
wywrzeć oczekiwane wrażenie, nie musisz trzymać się prawdy. Częstokroć
wcale cię ona nie obchodzi. Ważne, żeby twoja opowieść była
interesująca, sugestywna czy porywająca. Wystarczy siąść ze znajomymi i puścić w obieg butelki z piwem, żeby się o tym przekonać na własne oczy
i uszy. Tak zwana ekonomia uwagi wyniosła ten rodzaj ściemy do rangi
sztuki. Pomyśl, jakie historie krążą w mediach społecznościowych jako
virale: o pociesznych rzeczach, jakie wygadują dzieci, o okropnych
pierwszych randkach, o kłopotach, w jakie pakują się zwierzaki. Może i są prawdziwe, a może nie, dla większości ich czytelników nie ma to
znaczenia.
Z samego faktu, że ludzie są w stanie szastać ściemą, nie wynika
jeszcze, że będą to robić i że nie ulegnie ona szybko prawdzie. Dlaczego
więc na każdym kroku natrafiamy na ściemę?
Fałsz wzlatuje, a prawda kuśtyka za nim
Najważniejsze w badaniach nad ściemą może być prawo Brandoliniego. Ukute
przez włoskiego programistę Andreę Brandolinego w 2014 roku, głosi, że
Ilość energii, jaką trzeba włożyć w sprostowanie ściemy, jest o rząd
wielkości większa niż energia potrzebna do jej wyprodukowania.
Ściemnianie wymaga znacznie mniej wysiłku niż usuwanie jego efektów.
Jest też o wiele prostsze i nie tak kosztowne. Już na kilka lat przed
sformułowaniem przez Brandoliniego jego zasady inny Włoch, bloger Uriel
Fanelli, zauważył - w wolnym tłumaczeniu - że "byle idiota jest w stanie
naprodukować tyle ściemy, że nijak się nie da jej obalić". Alex Jones,
osobowość radiowa i siewca teorii spiskowych, szerzący tak chore
nonsensy, jak negowanie masakry w szkole Sandy Hook3 i afera
Pizzagate4, wcale nie musi być geniuszem zła, możliwe, że to
jedynie idiota o złych intencjach - a przynajmniej ktoś mocno
nierozważny.
Na polu medycyny wymownym przykładem działania prawa Brandoliniego jest
szkodliwe kłamstwo, że szczepionka powoduje autyzm. Nie dość, że
dwadzieścia lat badań niczego takiego nie wykazało, to jeszcze
dostarczono całej masy dowodów, iż jest wprost przeciwnie. Mimo to
błędna opinia o działaniu szczepionki nadal się utrzymuje, w znacznej
mierze za sprawą szokująco marnego studium, opublikowanego w 1998 roku
na łamach tygodnika "Lancet" przez brytyjskiego lekarza Andrew
Wakefielda i jego współpracowników. Zarówno w tym artykule, jak i podczas licznych późniejszych konferencji prasowych zespół badawczy
Wakefielda wskazywał na możliwy związek objawów autyzmu oraz stanu
zapalnego jelita grubego z podaniem szczepionki przeciwko odrze, śwince
i różyczce (MMR)5.
Publikacja Wakefielda zelektryzowała ówczesnych "antyszczepionkowców",
wywołała zadziwiająco trwały lęk przed szczepieniami, a w różnych
zakątkach świata przyczyniła się do nawrotu odry. Nie miało znaczenia
to, że została zanegowana tak dogłębnie, jak rzadko który raport w dziejach nauki. Gruntowne i wielokrotne przebadanie jej tez pochłonęło
miliony dolarów i niezliczone godziny pracy. Zdyskredytowano ją
jednoznacznie i bezsprzecznie6. W miarę piętrzenia się
dowodów przemawiających przeciwko hipotezie o wpływie szczepionki MMR na
autyzm i gdy wyszedł na jaw konflikt interesów Wakefielda, większość
współautorów zaczęła powątpiewać w wiarygodność własnych badań. W roku
2004 dziesięcioro z nich formalnie się odcięło od interpretacji,
przedstawionej w artykule z 1998 roku. Wakefield się z nich nie wycofał.
Jednak w 2010 roku sam "Lancet" usunął tę publikację.
W tym samym roku Wakefield został uznany przez Generalną Radę Medyczną
za winnego poważnych wykroczeń zawodowych. Wytknięto mu nadużycia
związane ze wspomnianym artykułem, narażenie pacjentów na
nieuzasadnione, a inwazyjne, zabiegi medyczne, w tym kolonoskopię i punkcję lędźwiową, oraz nieujawnienie konfliktu interesów o podłożu
finansowym7. W rezultacie tego postępowania utracił prawo do
wykonywania zawodu lekarza na terenie Wielkiej Brytanii. W 2011 roku
Fiona Godlee, redaktorka naczelna "British Medical Journal", oficjalnie
uznała jego oryginalny raport z badań za kłamliwy, argumentując, że
zafałszowań dokonano w nim celowo, gdyż narosłych wokół artykułu
licznych wątpliwości nie sposób wytłumaczyć jedynie niekompetencją.
Jednak to nie te wykroczenia przeciwko etyce stanowią najmocniejszy
dowód przeczący zapewnieniom Wakefielda o powiązaniach autyzmu ze
szczepionką. Możliwe, że argumenty, które przedstawił, nie wystarczają
do potwierdzenia jego wniosków. Do danych też raczej podchodził co
najmniej niedbale, a jego niezdolność do kierowania się etyką zawodową
jest ewidentna. Całe studium wydaje się "rozbudowanym oszustwem",
podszytym konfliktem interesów i sfingowanymi odkryciami. Mimo to
zasadniczo twierdzenia Wakefielda mogłyby być trafne. Tyle że nie są.
Wiemy to dzięki zakrojonym na szeroką skalę, a zarazem drobiazgowym
badaniom. O braku związku między autyzmem a szczepionką świadczą nie
wady raportu, ale przytłaczająca masa późniejszych dowodów naukowych.
Gwoli jasności, w doszukiwaniu się powiązań pomiędzy autyzmem a szczepieniami nie ma nic niewłaściwego. Kłopot stanowi to, że tamte
pierwsze badania przeprowadzono co najmniej nieodpowiedzialnie - a kiedy
płynące z nich, zatrważające wnioski definitywnie nie znalazły
potwierdzenia, antyszczepionkowcy, by zataić prawdę, wymyślili bajkę o zmowie koncernów medycznych. Wakefield nawet zrealizował film
dokumentalny Wyszczepieni, w którym zarzucał amerykańskiemu Centrum
ds. Kontroli i Prewencji Chorób tuszowanie zagrożeń związanych ze
szczepionkami. Ten dokument odbił się szerokim echem w prasie i podsycił
lęk przed szczepieniami. Wakefield, pomimo wszystkich przeczących jego
tezom badań i miażdżących jego hipotezę dowodów, dla pewnego kręgu
odbiorców pozostaje wiarygodny, a bezzasadny strach przed związkiem
szczepionek z autyzmem trwa nadal.
Po dwóch dekadach skutki oszustwa Wakefielda są dla zdrowia publicznego
katastrofalne. Współczynniki szczepień wzrosły w porównaniu z tąpnięciem
odnotowanym niedługo po ukazaniu się raportu, ale pozostają
niebezpiecznie niskie, niższe niż na początku lat 90. XX wieku. W ciągu
pierwszego półrocza 2018 roku Europa odnotowała rekordowo wysoką liczbę
41 tysięcy przypadków odry. Stany Zjednoczone, które tę chorobę
wyeliminowały niemal całkowicie, teraz co roku borykają się z dużymi jej
ogniskami. Wracają też inne choroby zakaźne, choćby świnka i krztusiec
(koklusz). Wielu Amerykanów, zwłaszcza w zamożnych miastach portowych,
sceptycznie podchodzi do faktu, że szczepionki są bezpieczne. Jednym z ostatnich trendów jest eksperymentowanie przez rodziców z opóźnianiem
terminów szczepień. Ta niemająca żadnego oparcia w nauce strategia
naraża podatne dzieci na przedłużenie okresu narażenia na choroby wieku
dziecięcego. W szczególnym stopniu dotyczy to najmłodszych o osłabionym
układzie immunologicznym. Wielu z nich nie można szczepić, toteż ich
bezpieczeństwo zależy od odporności zbiorowej, występującej wtedy, gdy
zaszczepione są osoby z ich otoczenia.
Mamy tu więc hipotezę zdyskredytowaną tak jak rzadko która w całej
literaturze naukowej. Taką, która poważnie szkodzi zdrowiu publicznemu.
A mimo to nie odchodzi w przeszłość. Dlaczego tak trudno obalić plotki o powiązaniu szczepionek z autyzmem? Tak działa prawo Brandoliniego.
Badacze na zbicie argumentów Wakefielda muszą poświęcić znacznie więcej
czasu, niż niegdyś on na ich przygotowanie.
O tym, że akurat to przekłamanie jest trwalsze od innych błędnych
przeświadczeń, decyduje szereg jego cech. Autyzm przeraża rodziców, a jak dotąd nie wiemy, co go powoduje. Podobnie jak w najbardziej
popularnych miejskich legendach, narracja jest prosta i chwytliwa.
"Bezbronnemu dziecku wbija się igłę, by wstrzyknąć mu obcą substancję.
Przez kilka dni lub tygodni wydaje się, że wszystko układa się jak
najlepiej, a potem następuje gwałtowny i często nieodwracalny regres
zachowania". Ta opowieść gra na naszych najgłębszych obawach - w tym
przypadku, związanych z higieną i zakażeniem - oraz na strachu o zdrowie
i bezpieczeństwo naszych dzieci. Zaspokaja naszą potrzebę znajdowania
wyjaśnień i tendencję do doszukiwania się związków przyczynowych,
ilekroć widzimy dwa wydarzenia następujące jedno po drugim. Sugeruje też
sposób, w jaki moglibyśmy sami siebie chronić. Definitywne odrzucenie
czegoś takiego zdecydowanie równałoby się odbieraniu sobie szans.
Ściemę nie tylko łatwo się tworzy; z łatwością też się ją szerzy.
Satyryk Jonathan Swift napisał w 1710 roku, że "fałsz wzlatuje, a prawda
kuśtyka za nim"8. Powiedzenie to doczekało się wielu wcieleń, ale
naszym ulubionym jest to autorstwa sekretarza stanu w administracji
Franklina D. Roosevelta, Cordella Hulla: "Kłamstwo przegalopuje pół
świata, zanim prawda zdąży wciągnąć bryczesy". Jakbyśmy widzieli
nieszczęsną Prawdę, na wpół biegnącą korytarzem, na wpół potykającą się
o własne nogi, zmagającą się z portkami, oplątującymi kostki, w beznadziejnej pogoni za od dawna już będącym w drodze Kłamstwem.
Powyższe trzy zasady razem wzięte mówią nam, że (1) stworzenie ściemy
wymaga mniej wysiłku niż posprzątanie po niej, (2) do ściemniania
wystarczy mniej inteligencji niż do usunięcia skutków ściemy, (3) ściema
rozprzestrzenia się tak szybko, że nie nadążamy za nią sprzątać.
Oczywiście to tylko aforyzmy. Dobrze brzmią, wydają się prawdą, ale też
przecież mogą być ściemnianiem. Aby zmierzyć szerzenie się ściemy,
potrzebujemy pola, na jakim da się ją uchwycić, zmagazynować i uporządkować dla dokonania szeroko zakrojonej analizy. Takich obszarów
dostarczają nam Facebook, Twitter i inne media społecznościowe. Wiele
spośród wiadomości przesyłanych na tych platformach stanowią trafiające
do coraz to kolejnych osób plotki. Nie są one tym samym co ściema, ale
jedne i drugie mogą być efektem celowego wprowadzania w błąd.
Tropienie szlaków rozprzestrzeniania się plotek sprowadza się w dużej
mierze do sprawdzenia kto, czym i z kim się podzielił, i w jakiej
kolejności; dotarcie do tych wszystkich informacji przychodzi z łatwością, o ile mamy odpowiedni dostęp do systemu. Nad wyraz często
powtarzają się tweety dotyczące sytuacji kryzysowych. Skupienie uwagi na
tych wydarzeniach tworzy zarówno bodziec do generowania dezinformacji,
jak i pilną potrzebę jej negowania.
Jednym z takich kryzysów był zamach bombowy podczas Maratonu
Bostońskiego w 2013 roku. Niedługo po tym ataku zaczęła krążyć na
Twitterze opowieść o pewnej tragedii. Jak podawano, pośród zabitych
przez bombę była ośmiolatka, która biegła z numerem 1035. Dziewczynka
ta, uczennica szkoły podstawowej Sandy Hook, wzięła udział w maratonie
dla upamiętnienia koleżanek i kolegów z klasy, ofiar masakry, która
miała miejsce w jej szkole parę miesięcy wcześniej. Straszliwa ironia
losu tej, która przeżyła Sand Hook tylko po to, żeby zginąć w Bostonie,
nadała jej historii taki pęd, że ta szerzyła się w twitterowym świecie
niczym pożar w lesie. Zdjęcie dziewczynki - z numerem 1035 na plastronie
nałożonym na jaskraworóżową koszulkę i powiewającym na wietrze końskim
ogonem - wywołało u tysięcy odbiorców smutek i współczucie.
Byli też i tacy, którzy w tę opowieść powątpiewali. Jedni podkreślali,
że Maraton Bostoński nie dopuszcza do udziału dzieci. Inni zwrócili
uwagę na to, że plastron z numerem pochodził z innego biegu, Joe Casella
5K. Specjalizujący się w tropieniu plotek serwis internetowy Snopes.com
szybko zdemaskował tę pogłoskę, podobnie inni weryfikatorzy faktów.
Dziewczynka nie została zabita; nawet nie biegła w tym maratonie.
Użytkownicy Twittera próbowali skorygować tę nieprawdę ponad 2 tysiącami
tweetów dementujących plotkę. Na próżno. Zmyśloną historię dziewczynki
udostępniło przeszło 92 tysiące osób. Przytaczały ją ważne agencje
informacyjne. Mimo licznych prób stłumienia plotki, nadal się ona
rozprzestrzeniała. Teoria Brandoliniego znów się potwierdziła.
Badacze Facebooka zaobserwowali podobny problem i na tej platformie.
Tropiąc plotki rozpoznane przez Snopes.com, odkryli, że nawet po
informacji o zdementowaniu uzyskują one większy zasięg niż prawdziwe
informacje. Posty szerzące te kłamliwe pogłoski przeważnie są po
interwencji serwisu usuwane, ale rzadko dzieje się to na tyle szybko, by
powstrzymać upowszechnianie fejkowych pogłosek.
Innych badaczy zainteresowała pożywka dla takiego rozgłaszania plotek.
Gdy zestawi się posty dotyczące teorii spiskowych z postami odnoszącymi
się do innych tematów, te pierwsze wyróżnia znacznie większy zasięg.
Dlatego szczególnie trudno jest prostować fałszywe pogłoski.
Spostrzeżenie Jonathana Swifta odnośnie do ściemy znajduje
potwierdzenie. Ludzie ją uprzątający znajdują się na pozycji znacznie
gorszej od tych, którzy szerzą brednie.
Głosiciele prawdy stają w obliczu jeszcze jednego utrudnienia:
raptownych zmian sposobów pozyskiwania informacji i dzielenia się nimi.
W przeciągu siedemdziesięciu pięciu lat przeszliśmy od gazet do serwisów
informacyjnych, od cotygodniowych telewizyjnych wiadomości Face the
Nation do Facebooka, od pogwarek przy kominku do bombardowania tweetami
o czwartej nad ranem. Zmiany te dostarczają pożywki gwałtownemu
rozrostowi dygresji, dezinformacji, ściemy i fake newsów. W następnym
rozdziale przyjrzyjmy się temu, jak i dlaczego do tego doszło.
Rozdział 2. Środki masowego przekazu, przekaz i przekłamanie
Rozdział 2
Środki masowego przekazu, przekaz i przekłamanie
Gdybyś w 1990 roku powiedział nam, że około
2020 roku większość mieszkańców naszego globu będzie nosiła przy sobie
nie większe od portfela urządzenie, umożliwiające natychmiastowe
zapoznanie się z dowolnym faktem - tak zwany smartfon - upatrywalibyśmy
w tym kresu wszelkiej ściemy. Jak bowiem można by naściemniać komuś, kto
z łatwością, od razu i bezkosztowo sprawdzi wiarygodność twoich
twierdzeń?
Najwidoczniej jednak ludzie nie mają ani czasu, ani chęci, by korzystać
ze smartfonów w taki sposób. Zamiast tego urządzenia te stały się
jeszcze jednym narzędziem rozsiewania ściemy. Po stronie pozytywów
należy zapisać fakt, że gdy zapragnie się sympatycznie pokonwersować
przy kolacji, obejdzie się bez przerywania co chwilę przez rozmówców
weryfikujących fakty. Negatywem zaś jest to, że bzdura rozprzestrzenia
się niekwestionowana.
Technologia nie tylko nie wyeliminowała naszego problemu ściemy, ale
nawet go spotęgowała. W tym rozdziale przyjrzymy się, w jaki sposób się
to dzieje. W dużym skrócie, internet zmienił to, jaki rodzaj informacji
się wytwarza i jak jest ona rozpowszechniana, a także kanały, którymi
docieramy do tych informacji, które chcemy uzyskać. Rewolucja
internetowa wniosła wiele dobrego, miała też jednak znaczące minusy.
Miejsce poważnych, głębszych treści, dających do myślenia, zajęły
głupoty i błahostki. W serwisach podających wiadomości coraz bardziej
dominuje stronniczość. Aż się roi od przekłamań, dezinformacji i fake
newsów. Kolejno przyjrzymy się tym kwestiom.
"Bordel z prasą drukarską"
Żałować trzeba biednej duszy, która liczy na powstrzymanie przewrotu,
który dokonał się w technologiach informacyjnych. Taką rewolucję przeżył
niegdyś mnich i skryba Filippo di Strata. W 1474 roku uskarżał się na
szkody wyrządzane przez wynalezienie prasy drukarskiej. Drukarze, jak
dowodził, "bezwstydnie drukują, za niewielkie grosze, materię, która
może, o zgrozo, rozpalać podatną młódź, podczas gdy prawdziwy pisarz
umiera śmiercią głodową". Ogromnie obniżając koszt wytwarzania ksiąg,
prasa drukarska musiała spowodować obniżenie wartości i wagi tekstów.
Dopóki wszystkie księgi pisano ręcznie, jedynie rodziny królewskie i duchowieństwo mogły powierzyć szkolonemu skrybie, takiemu jak Filippo di
Strata, sporządzenie kopii którejś z nich. Olbrzymi koszt najmowania
kopistów służył za filtr przelewanych na papier treści. Zapotrzebowanie
na księgi służące jedynie trywialnej rozrywce było niewielkie, większość
nowych woluminów stanowiły egzemplarze Biblii oraz inne dokumenty
wielkiej wagi. Pojawienie się prasy drukarskiej otworzyło jednak kanał,
którym rynek mogła zalać literatura znacznie mniej poważna. Filippo di
Strata publicznie dawał wyraz obawom, że "bordel z prasą drukarską"
poprowadzi czytelników ku taniej, sprośnej uciesze - takiej jak dzieła
Owidiusza. Możliwe, że była to też kwestia osobista - bardziej go
trapiły perspektywy jego własnej profesji.
Inni obawiali się szerzenia błahostek mogących przyćmić ważne
informacje. Pionierzy katalogowania ludzkiej wiedzy, choćby Konrad
Gesner w XVI i Adrien Baillet w XVII stuleciu, ostrzegali, że prasa
drukarska powstrzyma kształcenie się, gdyż czytelników przytłoczy skala
możliwości edukacyjnych. Mylili się. Z perspektywy kilku stuleci
wynalazek Gutenberga przyniósł więcej dobrego niż złego. Prasa drukarska
- przy późniejszym wsparciu bibliotek publicznych - zdemokratyzowała
słowo pisane. W roku 1500 niemiecki pisarz Sebastian Brant tak opisywał
ten przełom:
W naszych czasach (...) książki pojawiają się w wielkiej obfitości.
Księgę, niegdyś należącą jeno do człeka możnego - bogać tam! do króla -
ujrzy się dziś pod skromną strzechą. (...) Nie ma już nic, czego nasze
dzieci (...) miałyby nie wiedzieć.
Mimo to Filippo di Strata miał rację, że kiedy cena dzielenia się
informacją radykalnie się obniży, nastąpią zmiany zarówno w charakterze
dostarczanych treści, jak i w podejściu do nich ludzi9.
Mniej więcej 500 lat po tym, jak włoski mnich bił na alarm z powodu
prasy drukarskiej, obawom podobnym do tamtych dał wyraz socjolog Neil
Postman:
Wynalezienie nowych i różnorakich rodzajów komunikacji obdarzyło głosem
i publiką wielu ludzi, których opinii inaczej by nie rozpowszechniano i którzy praktycznie niewiele, poza słowną defekacją, wnieśliby w dyskurs
publiczny.
Gdybyśmy chcieli potępić blogi, internetowe fora i platformy mediów
społecznościowych, chyba sami nie wyrazilibyśmy tego lepiej. Postman
jednak nie miał na myśli tych mediów ani nawet internetu. Wypowiedział
te słowa pół wieku temu. W 1969 roku w swoim wykładzie ubolewał nad
prostactwem w programach telewizyjnych, bezsensownymi artykułami w prasie codziennej i magazynach oraz nad powszechną w środkach masowego
przekazu bezmyślnością. Tego rodzaju materiały, jak stwierdził,
odciągają odbiorców od informacji istotnych - a już samo odciąganie
można uznać za formę dezinformowania. Jeżeli religia to opium dla ludu,
programy Ekipa z New Jersey i Wyspa pokus są pojemnikami z aerozolem, za sprawą których masy otumaniają się metalicznymi oparami
sprayu.
Już po wykładzie Postmana przeżyliśmy kolejną rewolucję. Internet
zmienił nasze podejście do wytwarzania, udostępniania i konsumowania
informacji. Przeistoczył nasz sposób wyszukiwania treści, dowiadywania
się o aktualnych wydarzeniach, komunikowania się z rówieśnikami,
korzystania z rozrywek, a nawet myślenia. Tylko dlaczego wywołał przy
tym pandemię ściemniania o bezprecedensowej skali?
Zacznijmy od przyjrzenia się temu, co się publikuje. Jeszcze do lat 80.
XX wieku publikowanie wymagało pieniędzy - i to mnóstwa. Kosztowne było
składanie tekstu, drukowanie wymagało znaczących nakładów, a dystrybucja
wiązała się z dostarczaniem czytelnikom papierowych wydań. Dzisiaj każdy
posiadacz komputera osobistego i połączenia z internetem może tworzyć
profesjonalnie wyglądające dokumenty i nie ponosząc kosztów,
rozpowszechniać je na całym świecie. I to wszystko w piżamie.
Oto właśnie uspołeczniająca oferta internetu: bezlik nowych głosów
splecionych w ogólnoświatowych pogawędkach. Przedstawiciele
marginalizowanych grup, którym uprzednio mogło brakować kapitału
finansowego i społecznego, by wydać i upublicznić ich dzieła, teraz mogą
sprawić, że ich opowieści zostaną usłyszane. Równocześnie nowe
technologie podchwytują każdy rodzaj zainteresowań i budują społeczności
nawet wokół najrzadziej spotykanych obsesji. Marzą ci się organy parowe
własnej roboty? Chcesz zbadać kreskówki o psie Scooby Doo z perspektywy
teorii krytycznej? Pragniesz poznać tajniki gry w kości, zajmującej
bohaterów Opowieści kanterberyjskich? Internet ci to ułatwi.
Ta demokratyzacja ma też swoją ciemną stronę. Dzięki wirusowemu
rozprzestrzenianiu się w mediach społecznościowych amatorska pisanina
może dotrzeć do nie mniejszej liczby odbiorców niż dokonania
profesjonalnych dziennikarzy. Za to różnica jakości doniesień bywa
ogromna. Typowemu użytkownikowi sieci internetowej brak dziennikarskiego
doświadczenia, nie mówiąc już o skłonności do wiernego relacjonowania
faktów. Możliwe, że uzyskamy więcej niż zwykle informacji, ale będą one
mniej wiarygodne.
Zanim nastał czas internetu, środki masowego przekazu zapełniały nasze
salony odległymi głosami - które jednak były nam dobrze znane.
Słuchaliśmy Eda Murrowa; czytaliśmy teksty autorstwa nieobcych nam
felietonistów; oglądaliśmy Waltera Cronkite'a, "najbardziej godnego
zaufania człowieka w Ameryce", i zagłębialiśmy się w fikcyjne światy
stworzone przez sławnych pisarzy. W dzisiejszym świecie mass mediów
znajomi podsuwają nam przesłodzone brednie o ich najaktualniejszych
bratnich duszach, kwadratowe fotki organicznych brunchów inspirowanych
lokalną kuchnią oraz nużące przechwałki na temat osiągnięć sportowych,
artystycznych czy szkolnych ich dzieciaków. W naszych domach panoszą się
też obce - nierzadko anonimowe - wypowiedzi, które znajomi uznali za
warte udostępnienia. Tych ludzi nie znamy. To, co piszą, rzadko cechuje
ścisłość, jakiej oczekiwalibyśmy od mediów zadomowionych na rynku. A niektórzy z tych "autorów" to albo płatni pismacy, albo programy
komputerowe, szerzące dezinformację dla potrzeb korporacyjnych interesów
lub obcych mocarstw.
W czasach, gdy wiadomości sączyły się małym strumieniem, byliśmy w stanie skutecznie je selekcjonować. Dzisiaj jednak mierzymy się z potopem. Pisząc ten rozdział, obaj mamy otwarte liczne okna
wyszukiwarek. Każde z nich ma około dziesięciu zakładek, pod którymi
kryją się aktualności, artykuły prasowe, wpisy na blogach oraz inne
źródła informacji; zamierzamy do nich wrócić, choć nigdy do tego nie
dochodzi. Dodatkowe historie i ciekawostki przewijają się przez nasze
tablice w mediach społecznościowych szybciej, niż moglibyśmy za nimi
nadążyć, nawet gdybyśmy nie zajmowali się niczym innym. Przez to, że
treści jest o wiele więcej, a jej filtrowanie staje się coraz
trudniejsze, czujemy się jak uczeń czarnoksiężnika: przytłoczeni,
wyczerpani i coraz mniej chętni do walki z zalewającym nas z godziny na
godzinę coraz większym potokiem.
Niedoskonałość prawdy nieretuszowanej
Filippo di Strata obawiał się, że dzieła Owidiusza przyćmią Biblię. My
boimy się, że przemyślane analizy, jakie widuje się na łamach "New York
Timesa" czy "Wall Street Journal", zostaną wyparte przez bezmyślne
rankingi, konkursy, memy i plotki o celebrytach, panoszące się w mediach
społecznościowych. Każde pokolenie posądza swych następców o lenistwo
umysłowe, wiodące do upadku kulturowego i intelektualnego. Może to
sztywniackie marudzenie, powtarzające się od tysięcy lat, ale teraz
nasza kolej i nie zamierzamy zmarnować okazji do zrzędzenia.
Przed erą internetu gazety i magazyny zarabiały na sprzedaży
prenumerat10. Prenumerując jakiś periodyk, budowało się
długotrwałą więź z nim. Człowiek przejmował się jakością informacji
dostarczanych przez to źródło, ich trafnością i znaczeniem dla jego
codziennego życia. Wydawcy, chcąc przyciągnąć czytelników i ich
zatrzymać, dostarczali nowe i dobrze sprawdzone wiadomości.
Ekonomią internetowych aktualności rządzą kliknięcia. Gdy klikasz link i oglądasz stronę, do której cię odsyła, twoje działanie generuje przychód
z reklam dla właściciela portalu. Takie portale internetowe
niekoniecznie projektuje się tak, by utrwalały długotrwałe więzi; służą
temu, żeby skłaniać do kliknięć tu i teraz. Jakość informacji i ich
trafność są natomiast mniej ważne niż chwytliwość. Link musi wpaść w oko
i przyciągnąć. Internetowi wydawcy nie szukają Woodwardów i Bernsteinów11. Zamiast nich chcą "siedmiu koteczek,
wyglądających jak księżniczki od Disneya", "ośmiu niesamowitych sekretów
dobrego odżywiania, które ukrywa przed tobą twój trener personalny",
"dziewięciu nigdy niepublikowanych zdjęć Elvisa, znalezionych na strychu
u emeryta" i "dziesięciu sposobów na fachowe namierzenie ściemy w statystykach".
Wydawcy produkują takie brednie dlatego, że je klikamy. Możemy mieć
ambicje korzystania z serwisów informacyjnych wysokiej jakości,
dostarczających zniuansowanych analiz. Mimo to, w obliczu pokusy
kliknięcia informacyjnego odpowiednika pustych kalorii, śmieciowe żarcie
dla umysłu zwykle wygrywa.
Tę modę na bzdury widać już w nagłówkach. Przyciągają one naszą uwagę -
a w środowisku mediów społecznościowych, gdzie wiele osób nie czyta nic
innego, stanowią znaczące źródło informacji. Pewien satyryczny portal
zamieścił nagłówek głoszący, że "70% użytkowników Facebooka przed
skomentowaniem artykułów dotyczących nauki czyta tylko ich nagłówki".
Towarzyszący mu tekst zaczynał się od stwierdzenia, że większość ludzi
przed udostępnieniem takich materiałów w internecie nie zapoznaje się z ich treścią. Po paru zdaniach tekst w kolejnych akapitach ustępował
miejsca standardowemu "lorem ipsum dolor", pseudołacińskim frazom,
stosowanym jako wypełniacze kolumn w makietach stron. Artykuł ten
udostępniono w serwisach społecznościowych dziesiątki tysięcy razy i nie
sposób stwierdzić, ilu użytkowników zrobiło to dla żartu.
Nagłówki, częściej pisane przez redaktorów wydania, a nie przez
dziennikarzy, zawsze się rozmijają pod jakimś względem z historiami,
jakie zapowiadają. Mimo to w żadnym wydaniu przykładowo "New York
Timesa" artykuły nie rywalizują ze sobą o twoją uwagę. Gazeta stara się
tak zestawiać teksty, by razem dostarczały one maksymalnie wiele
wartościowych treści. Media kierujące się klikalnością narzucają
natomiast nagłówkom wyścig zbrojeń. Na portalach mediów
społecznościowych i serwisów informacyjnych tytuły pochodzące z konkurujących stron widnieją jeden obok drugiego. Czytelnicy rzadko
czytają wszystko - dostępnych treści jest po prostu zbyt dużo. Zamiast
tego klikają najatrakcyjniejsze czy wręcz najbardziej kuszące nagłówki.
Jak wygrać wyścig o chwytliwe nagłówki? Dobrze się sprawdza
sensacyjność. Tabloidy od dawna posługiwały się sensacyjnymi nagłówkami,
by zwabić czytelników pod kioski z gazetami, jednak większość tytułów
rozchodzących się w prenumeracie przeważnie wystrzegała się takich
praktyk. Ale to niejedyny sposób. Firma Entrepreneur Steve Rayson od
marketingu internetowego zbadała 100 milionów artykułów, opublikowanych
w 2017 roku, żeby określić, jakie frazy łączyły najszerzej udostępniane
nagłówki. Rezultat cię zaskoczy - o ile w przeciągu paru ostatnich lat
nie spędziłeś choć kilku minut w internecie.
Badanie wykazało, że nagłówki cieszące się największym powodzeniem nie
odnoszą się do faktów, a obiecują doznania natury emocjonalnej. Na
Facebooku frazą najczęściej (niemal dwukrotnie częściej niż inne) w nich
spotykaną było: "sprawi, że" w sformułowaniach takich jak: "że pęknie ci
serce", "że się zakochasz", "że do tego wrócisz" czy "że się zdziwisz".
Ten sam zwrot odnosi sukcesy także na Twitterze. Pośród przodujących
fraz znalazły się też "doprowadzi do łez", "wywoła dreszcz" i "serce
zmięknie". Doznania intelektualne nie mają przy tym szans. Zatrzymaj się
na chwilę i pomyśl, jak wielką zmianę to oznacza. Wyobrażasz sobie "New
York Timesa" czy twoją lokalną gazetę codzienną z nagłówkami, które
zamiast sygnalizować, co znajdziesz w artykule, podpowiedzą ci, co masz
odczuwać?
Kiedyś nagłówki miały za zadanie przekazywać w skrócie sedno informacji:
"Kennedy zabity przez snajpera podczas przejazdu samochodem przez
Dallas; Johnson zaprzysiężony już w samolocie"; "Ludzie na Księżycu.
Astronauci lądują, zbierają próbki skał, zatykają flagę"; "NRD otwiera
mur i granice. Obywatelom wolno swobodnie odwiedzać Zachód".
Odkąd branżę reklamową napędza klikalność, nagłówki nie mogą mówić zbyt
wiele, bo nie skłonią nikogo do kliknięcia. Obecnie wyczynia się z nimi
akrobacje, byle tylko nie ujawniały, co zawiera tekst. "Zajawki" tego
rodzaju najczęściej stosują firmy specjalizujące się w mediach
internetowych, ale i tradycyjne media równie dobrze wpasowują się w tę
grę. "Jedna piąta tej profesji ma poważny problem alkoholowy" ogłasza
"Washington Post". "Jak uniknąć głównej przyczyny śmierci w Stanach
Zjednoczonych?" obiecuje wyjawić CNN. "Islandia była przebojem
turystycznym. Co się stało?" pyta USA Today. (Żeby nie trzymać cię w napięciu: 1. prawnicy; 2. nie bierz udziału w wypadku samochodowym; 3.
nikt nie wie). Nagłówki wabią nas także opowieściami o nas samych. W świecie mediów społecznościowych wiadomości są niczym dwukierunkowa
ulica, na której każdy jest jednocześnie konsumentem i producentem. Gdy
pisaliśmy ten rozdział, przez nasze tablice w tych mediach przewinęły
się następujące nagłówki:
"Ludzie
oszaleli na punkcie tego zdjęcia, być może dowodzącego, że
Amelia Earhart przeżyła katastrofę" (Buzzfeed).
"
To prawdziwa bomba. Tak na aresztowania FBI w NCAA [Narodowym
Stowarzyszeniu Sportów Akademickich] zareagował Twitter" (IndyStar).
"McDonald's wynalazł frorki [widelce z frytek], a internet nie
przestaje o nich mówić" (HuffPost).
To, co się mówi, staje się ciekawsze od tego, co się dzieje.
Banalność tematów i chwytliwe hasła nie tylko sprowadzają dyskurs w mediach krajowych na niższy poziom, ale też otwierają drogę ściemie.
Przestaje wystarczać nieretuszowana prawda. Na nowym rynku zwykła
informacja się nie przebije.
Popieranie, personalizacja i polaryzacja
Tak jak wynalazek prasy drukarskiej umożliwił zróżnicowanie oferty
księgarzy, pojawienie się telewizji kablowej pozwoliło ludziom na
wybieranie mediów o poglądach bliskich ich zapatrywaniom. Przed rokiem
1987 kontrolę nad kontrowersyjnymi treściami w programach informacyjnych
zapewniała doktryna uczciwości FCC (Federalnej Komisji Łączności). Mimo
to wycofano się z niej za prezydentury Ronalda Reagana. Przez wymóg
nadawania wiadomości w dwudziestoczterogodzinnym cyklu przybyło w telewizji kablowej kanałów informacyjnych specjalizujących się w prezentowaniu polityki z określonych perspektyw. Od dwudziestu lat taka
stronniczość przybiera na sile też w głównym nurcie amerykańskich
serwisów wiadomości. Poniższy wykres przedstawia narastanie rozdźwięku
ideologicznego między trzema najważniejszymi telewizyjnymi kanałami
informacyjnymi, oszacowane w oparciu o transkrypcje emitowanych
materiałów.
W internecie rzecz ma się tak samo, tyle że w jeszcze większym stopniu.
Nawet głównonurtowi nadawcy serwują wiadomości stosunkowo tendencyjnie.
Widać, że izoluje się nas w odrębnych "kabinach pogłosowych". Wydawcy
tacy jak Breitbart News i The Other 98% idą o krok dalej, podsuwając
odbiorcom wiadomości zasługujące tylko na miano hipertendencyjnych. Ich
przekaz może i jest oparty na faktach, ale też tak mocno przepojony
ideologią, że często w dużej mierze zawiera nieprawdę.
Wydawcy produkują treści tendencyjne i hipertendencyjne, ponieważ im się
to opłaca. Media społecznościowe wysoce cenią sobie taki przekaz.
Udostępniany jest częściej niż treści głównonurtowe, a po udostępnieniu
bardziej zachęca do klikania. Pogłębianie przepaści ideologicznej stało
się lukratywnym biznesem.
Profesor Judith Donath z MIT (Massachusetts Institute of Technology)
zauważyła, że ludzie, pozornie rozmawiając na inne tematy, często mówią
o sobie. Załóżmy, że loguję się na Facebooku i udostępniam nieprawdziwą
- a nawet absurdalną - opowieść o tym, że smugi kondensacyjne,
powstające po przelocie samolotu, to środki chemiczne zaburzające
gospodarkę hormonalną, które rozsiewa się w ramach uknutego przez
liberałów planu obniżenia poziomu testosteronu u amerykańskiej
młodzieży. Możliwe, że interesuje mnie nie tyle to, czy uwierzysz w moje
wywody na temat smug, co zasygnalizowanie w ten sposób moich sympatii
politycznych. Udostępnienie takiego artykułu stanowi znak, że należę do
grupy osób dających wiarę teoriom spiskowym i nieufnych wobec
amerykańskiej agendy liberalnej. A jeśli właśnie to stawiam sobie za
cel, nieistotne, czy historyjka jest prawdziwa, czy też nie. Może jej
nawet nie czytałem. Może też nie obchodzi mnie, czy się z nią zapoznasz,
chcę bowiem tylko, żebyś zobaczył we mnie pokrewnego tobie foliarza.
Celem więc staje się sam sygnał. Jeżeli udostępniam artykuł o tym, jak
skarbówka bada umowy biznesowe zawierane przez Donalda Trumpa w okresie
poprzedzającym wybory w 2016 roku, nie określa to bliżej mojej
orientacji politycznej. Ale jeśli udostępnię tekst głoszący, że Trump
sprzedał rosyjskiemu oligarsze pomnik Waszyngtona, oczywiste staje się,
że Trumpa nie znoszę. A co więcej, okazuję swoje sympatie polityczne tak
dobitnie, że w przypadku historyjek o zaprzaństwie Trumpa niedowierzanie
zawieszam na kołku.
Spostrzeżenie profesor Donath odwołuje się do szerszej tradycji
związanej z dziedziną zwaną teorią komunikacji. Często uważa się, że
komunikacja to wyłącznie transmisja informacji od nadawcy do odbiorcy.
Ignoruje się przy tym jej drugi, szerszy aspekt mający korzenie w łacińskim czasowniku communicare (dzielić się, czynić wspólnym).
Komunikacja obejmuje więc tworzenie, umacnianie i kultywowanie wspólnego
modelu myślenia o świecie. Weźmy obrzędy religijne czy nawet
przebiegające według ustalonych scenariuszy, regularne serwowanie
wieczornych wiadomości. Z komunikacją w mediach społecznościowych jest
tak samo: tworzy ona i kształtuje społeczności. Ilekroć wysyłamy tweeta,
wstawiamy post na Facebooku czy zdjęcie na Instagramie, potwierdzamy
nasze przywiązanie do wartości i wierzeń tej naszej sieciowej wspólnoty.
Ona również, w odpowiedzi, afirmuje je poprzez polubienia,
udostępnienia, komentarze i retweety. Zanurzony w basenie, z zasłoniętymi oczami, krzyczę: "Marco!". Jeżeli robię to jak należy,
znajomi z sieci społecznościowej odkrzykną ochoczo: "Polo! Polo! Polo!".
W mediach społecznościowych dzielenie się nowymi informacjami zajmuje
dopiero drugie miejsce; przede wszystkim chodzi w nich o utrzymywanie i wzmacnianie więzi między użytkownikami. Niebezpieczeństwo tkwiące w tym
procesie wynika z rozdrabniania się tego, co niegdyś było ogólnokrajową
konwersacją. Ludzie zaczynają hołdować epistemologiom plemiennym,
grupowym prawdom, w których chodzi nie tyle o fakty i obserwacje
empiryczne, co o to, kto się wypowiada, i w jakim stopniu to, co ma do
przekazania, jest tożsame z poglądami całej grupy.
Algorytmy tylko to pogarszają. Facebook, Twitter i pozostałe platformy
mediów społecznościowych posługują się algorytmami, by wyszukiwać
"odpowiednie" dla ciebie wpisy i artykuły, personalizować twoją tablicę.
Zadaniem tych algorytmów nie jest dbałość o doinformowanie ciebie, ale o twoją aktywność na platformie. Ich cel stanowi podawanie na tyle
zajmujących treści, żeby powstrzymać cię od myszkowania po sieci czy
też, o zgrozo, od pójścia spać o przyzwoitej porze. Problem jest taki,
że algorytmy zakreślają złowrogi krąg, podsuwając ci coraz więcej tego,
co według nich pragniesz wiedzieć, a zarazem ograniczając okazje do
zapoznania się z innymi punktami widzenia. Szczegółowy obraz tych
algorytmów jest utajony, ale wszystko to, co lubisz i co czytasz, jakich
masz znajomych, twoja geolokalizacja i sympatie polityczne, ma wpływ na
to, co za chwilę obejrzysz. Algorytmy nagłaśniają treści zgodne z ich
domniemaniami na temat twojej orientacji socjopolitycznej, ograniczając
odmienne punkty widzenia.
W sieci wszyscy jesteśmy obiektami testów. Komercyjne portale bez
ustanku prowadzą zakrojone na szeroką skalę eksperymenty, by wiedzieć,
co przyciąga nas do sieci i w niej zajmuje. Internetowe firmy medialne
eksperymentują z różnymi wariantami wyglądu nagłówków, towarzyszących im
obrazów, a nawet rodzajami fontów lub przycisków "kontynuuj".
Równocześnie Facebook oraz inne platformy oferują reklamodawcom -
również tym ze sfery polityki - możliwość celowania w określonych
klientów przekazami dopasowanymi do ich zainteresowań. Takie komunikaty
nie zawsze klasyfikowane są jednoznacznie jako reklamy.
Pomyśl, czego może się dowiadywać serwis YouTube, eksperymentując z rekomendowaniem rozmaitych filmików i obserwując, jakiego wyboru
dokonują użytkownicy. Zważywszy na to, że każdego dnia oglądane są
miliardy nagrań wideo, a portal ma ogromne zasoby obliczeniowe, może w ciągu tego jednego dnia dowiedzieć się o psychologii człowieka więcej
niż niejeden akademicki badacz przez całe swoje życie. Kłopot w tym, że
algorytmy komputerowe nauczyły się, iż jedynym sposobem na utrzymanie
widzów jest podsuwanie im coraz bardziej ekstremalnych treści.
Użytkowników oglądających materiały o zabarwieniu lewicowym szybko
kieruje się ku skrajnie lewackim teoriom spiskowym; gustującym w programach prawicowych rychło poleca się filmy białych supremacjonistów
lub osób negujących Holocaust. Doświadczyliśmy tego na własnej skórze.
Kiedy Jevin i jego sześcioletni syn oglądali nadawany na żywo reportaż z międzynarodowej stacji kosmicznej, okrążającej kulę ziemską na wysokości
przeszło 400 kilometrów, YouTube zapełnił boczny pasek ekranu
materiałami głoszącymi, że Ziemia jest w rzeczywistości płaska.
Parafrazując Allena Ginsberga, Jeff Hammerbacher, przedsiębiorca z branży technologicznej, żalił się w 2011 roku: "najlepsze umysły mego
pokolenia12 rozmyślają o tym, jak skłaniać ludzi do klikania
reklam. To chore". Problem nie leży jedynie w tym, że wspomniane
"najlepsze umysły" mogłyby poświęcić się działalności artystycznej bądź
naukowej dla dobra ludzkości. Chodzi o to, że cała ta intelektualna
potęga skupia się na przykuwaniu naszej, cennej przecież, uwagi i marnowaniu pracy również naszych umysłów. Internet, media
społecznościowe, smartfony - używa się coraz wymyślniejszych metod
zaprzątania naszej uwagi. Uzależniamy się od utrzymywania łączności, od
bezsensownego sprawdzania kont, od życia z uwagą rozproszoną przez
bezlik strumieni cyfrowej informacji. Mówiąc krótko, algorytmy
zarządzające zawartością mediów społecznościowych to ściemniacze. Treść,
jaką przekazują, jest im obojętna. Zależy im jedynie na naszej uwadze i powiedzą nam cokolwiek, byle ją przyciągnąć.
Niedoinformowanie i dezinformacja
Media społecznościowe sprzyjają niedoinformowaniu - szerzą błędne, choć
nie celowo fałszywe wiadomości. Na platformach tych mediów większość
internetowego ruchu przypada temu, kto pierwszy wystartuje z nową
informacją. W tym wyścigu o pierwszeństwo nadawcy, przygotowując nowinę
do upublicznienia, często pomijają etap weryfikacji faktów. Zatrzymując
się, żeby drobiazgowo zbadać prawdziwość danej historii, nie wyprzedzi
się napierającej konkurencji. Ostrożność jest godna podziwu, ale nie
sprzeda reklam.
Media społecznościowe stanowią żyzną glebę także dla dezinformacji i rozpowszechnianych celowo kłamstw. Badanie przeprowadzone w roku 2018
wykazało, że w amerykańskich serwisach informacyjnych około 2,6%
artykułów mijało się z prawdą. Skala może nie wydawać się wielka, ale
jeśli przyjąć, że każdy Amerykanin czyta choć jeden artykuł dziennie, z takim kłamstwem dzień w dzień ma do czynienia prawie 8 milionów
czytelników.
Bywa, że fałszywa informacja jest jedynie niedogodna. Pewien satyryczny
portal informacyjny ogłosił, że piosenkarka Taylor Swift spotyka się z osławionym antykomunistą, senatorem Josephem MacCarthym - zmarłym
czterdzieści dwa lata przed jej narodzinami. Część fanów, co można było
przewidzieć, nie zdołała dostrzec absurdalności tej historii i zareagowała zniesmaczeniem. Nie zachwiało to jednak żadnym biznesem, nie
zagroziło niczyjemu życiu i nawet reputacja pani Swift raczej zbytnio
nie ucierpiała.
Błędne wiadomości i dezinformacja mogą jednak okazać się o wiele
poważniejsze. Problem ten przybiera na sile, gdyż w sieć internetową
łapią się coraz większe połacie świata. Dla przykładu, między rokiem
2010 a 2020 po raz pierwszy dostęp do internetu uzyskało prawie pół
miliarda mieszkańców Indii. Generalnie, tak szybki rozwój sieci połączeń
sprzyja zarówno dołączającym, jak i tym, którzy już są w sieci. Niestety
nowi użytkownicy internetu bywają bardziej podatni na manipulację.
WhatsApp, poza podstawowymi funkcjami komunikatora społecznościowego,
stanowi też dla półtora miliarda użytkowników tej aplikacji źródło
informacji. Jest również potężnym roznosicielem dezinformacji. Na
początku 2018 roku użytkownicy z Indii masowo udostępniali serię
fejkowych filmów, jakoby potwierdzających porywanie dzieci przez
zorganizowane gangi. Szerzący się lęk przed obcymi niósł katastrofalne
skutki. Pewna rodzina, planująca odwiedzić świątynię w Tamil Nadu,
zatrzymała się, by zapytać o drogę. Miejscowi nabrali podejrzeń, że mają
do czynienia z porywaczami, jakich widywali w filmach na WhatsAppie.
Zebrał się tłum, członków rodziny wyciągnięto z samochodu, tłuszcza
rozebrała ich do naga i brutalnie pobiła metalowymi prętami oraz
pałkami. Jedna osoba została zabita, a pozostałe trwale okaleczone. Pod
wpływem tej samej kłamliwej opowieści inne grupy zaatakowały jeszcze
dziesiątki niewinnych osób, co często kończyło się ich śmiercią.
Policja usiłowała zaprzeczać tym internetowym blagom i położyć kres
zabójstwom. Plotki jednak krążyły zbyt szybko. W niektórych regionach,
żeby spowolnić ich kursowanie, władze musiały całkowicie odciąć
internet, WhatsApp próbował interweniować we własnym zakresie,
ograniczając liczbę udostępnień wiadomości. Uprzednio można było
przesyłać jedną wiadomość dwieście pięćdziesiąt razy. Limit ten obniżono
do pięciu. Mimo to grupowe napaści trwały nadal.
Ogłupić udaje się nie tylko nowych użytkowników internetu. W grudniu
2016 roku na portalu AWD News ukazał się zatrważający nagłówek:
"Minister obrony Izraela: Jeśli Pakistan pod jakimkolwiek pretekstem
wyśli do Syrii wojska lądowe, zniszczymy ten kraj bronią nuklearną".
W tekście znalazło się kilka tropów, które powinny uczulić uważnego
czytelnika. Nagłówek napisano z błędem gramatycznym ("wyśli", zamiast
"wyśle"). W artykule błędnie wskazano izraelskiego ministra
obrony13. Nagłówek figurował obok innych równie
nieprawdopodobnych, jak choćby "Clinton szykuje wojskowy zamach stanu w celu obalenia Trumpa". A jednak zwiódł osobę, w przypadku której było to
najbardziej niepożądane, Khawaję Muhammada Asifa, Ministra Obrony
Pakistanu. Asif, na Twitterze, również odpowiedział groźbą: "MO Izraela
grozi nuklearnym odwetem, zakładając udział Paku w Syrii przeciw
Daeshowi... Izrael zapomina, że Pakistan to też państwo nuklearne".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W postaci książki został opublikowany w 2005 r., a wydania polskiego doczekał się w 2008 r. dzięki wydawnictwu Czuły Barbarzyńca Press i przekładowi Hanny Pustuły. Informacje o źródłach cytatów znajdują się w Bibliografii zamieszczonej na końcu książki. O ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty w przekładzie Jarosława Irzykowskiego - przyp. tłum. [wróć]
Oto co pokazał jeden z eksperymentów. Jednemu krukowi dano pożywienie do ukrycia, co drugi, przebywający w przyległym pomieszczeniu, obserwował przez duże okno. Pierwszy, wiedząc, że jest śledzony, chował jedzenie pospiesznie i unikał zaglądania do skrytki, by nie wyjawić jej położenia. Gdy eksperymentatorzy wstawiali w okno drewnianą przesłonę, tak by kruki nie mogły się widzieć, ten mający pożywienie poświęcał więcej czasu na jego ukrycie i bez oporów doglądał skrytki. Potem badacze zrobili w przesłonie zakrywającej okno mały wizjer i dali krukom dość czasu, by pojęły, że zaglądając do niego, widzą siebie wzajemnie. Następnie zabrali kruka z przyległego pomieszczenia, żeby przy wizjerze nikogo nie było. Kluczowe pytanie brzmiało: "Co zrobi kruk, gdy pomimo otwartego wizjera nie będzie widział, czy w drugiej klatce jest ptak, który go obserwuje?". Jeżeli kruki posługiwały się prostą regułą kciuka, taką jak: "widząc innego ptaka, zachowuj się tak, jakby cię obserwował", powinien zignorować wizjer. Jeśli posiadły teorię umysłu, powinny sobie uświadamiać, że mogą być obserwowane przez wizjer nawet wtedy, gdy tego drugiego ptaka nie widzą, i zachowywać się tak, jakby ten je śledził. I właśnie tak postępowały kruki. Badacze doszli do wniosku, że kruki uogólniają własne doświadczenie podglądania przez wizjer i pojmują, że jeśli jest on otwarty, może przez niego je obserwować ptak dla nich niewidoczny. [wróć]
Chodzi tu o masakrę, która miała miejsce w szkole podstawowej Sandy Hook w Newtown w stanie Connecticut 14 grudnia 2012 roku. Zginęło w niej 28 osób (łącznie ze sprawcą i jego matką), w tym 20 dzieci w wieku 6 i 7 lat. Choć uważa się ją za czwartą najkrwawszą strzelaninę w dziejach USA, Jones, założyciel portalu Infowars (Wojny informacyjne) i propagator prawicowych teorii spiskowych, utrzymywał, że była to mistyfikacja, i bronił tej tezy nawet podczas procesów wytaczanych mu przez rodziny ofiar - przyp. tłum. [wróć]
Ta teoria wiązała się z amerykańską kampanią prezydencką 2016 roku i ujawnieniem przez portal WikiLeaks zawartości konta e-mail szefa sztabu Hillary Clinton. Według zwolenników tej blagi znalazły się tam zakodowane informacje na temat udziału jego i innych członków waszyngtońskich elit politycznych w procederze przestępczym związanym z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich - przyp. tłum. [wróć]
Problemem, który szczególnie rzucał się w oczy w przypadku studium Wakefielda, była znikoma wielkość badanej grupy. Obejmowała ona tylko 12 dzieci, u większości których opisywana przypadłość miała się rozwinąć niedługo po podaniu im szczepionki MMR. Wysnucie jakichkolwiek wiążących wniosków odnośnie do rzadko występującego zjawiska w oparciu o przebadanie tak nielicznej grupy byłoby nadzwyczaj trudne, o ile w ogóle możliwe. A i tak jej liczebność była najmniejszym z problemów Wakefielda. Późniejsze dochodzenie wykazało, że przytoczone przez "Lancet" opisy przypadłości i historii chorób wielu pacjentów z tej dwunastki nie znajdują potwierdzenia w ich dokumentacji medycznej i relacjach rodziców. Publicysta Brian Deer w zjadliwym artykule napisanym dla "British Medical Journal" przywołał szereg takich przypadków, łącznie z tym, że trzech pacjentów z tego tuzina, wymienionych jako cierpiący na autyzm regresywny, w ogóle nie miało autyzmu, w kilku innych przypadkach niedokładnie określono czas wystąpienia pierwszych objawów, a u pięciorga dzieci, przedstawionych jako nieodbiegające od normy do czasu zaszczepienia, odnotowano je w dokumentacji znacznie wcześniej. [wróć]
Drobiazgowe analizowanie tez Wakefielda rozpoczęło się niemal natychmiast po ukazaniu się jego artykułu. W niespełna rok po opublikowaniu go "Lancet" zamieścił kolejne studium na temat możliwych powiązań szczepionki z autyzmem. W badaniu tym odwoływano się do znacznie staranniej przeprowadzonych analiz statystycznych, dotyczących znacznie większej grupy badanych - 498 dzieci dotkniętych autyzmem - mimo to nie wykazało ono takich współzależności. To był dopiero początek. Inni badacze wykazali, od strony technicznej, niemożność potwierdzenia, że wirus odry jest w stanie przetrwać w jelitach pacjentów z chorobą Crohna. Jeśli zaś chodzi o aspekt epidemiologiczny, żadne z przeprowadzonych licznych badań nie wykazało jakichkolwiek powiązań pomiędzy szczepionką a autyzmem. Przykładowo w 2002 roku na łamach "Pediatrics" ukazało się studium dotyczące przeszło pół miliona dzieci z Finlandii, a "New England Journal of Medicine" opublikował raport z przebadania podobnej liczby małych Duńczyków. Żadna z tych publikacji nie wykazała takich związków, a w konkluzji raportu dotyczącego Danii znalazło się jednoznaczne stwierdzenie: "Niniejsze badanie dostarcza mocnych dowodów przeczących hipotezie, że szczepionka MMR powoduje autyzm". W 1993 roku w Japonii przeprowadzono eksperyment w warunkach naturalnych, w którym szczepionkę MMR zastąpiono szczepionkami monowalentnymi (przeciwko jednej konkretnej chorobie). Zgodnie z hipotezą Wakefielda - że połączenie zawarte w szczepionce MMR może powodować autyzm, natomiast potrójne szczepienie na każdą chorobę z osobna powinno być bezpieczne - obserwowalibyśmy więc w Japonii obniżenie skali zachorowań na autyzm. Niczego takiego nie odnotowano. Niedawno zaś poddano metaanalizie dane z licznych badań, dotyczących 1,3 miliona dzieci, i znów nie doszukano się powiązań szczepionki z autyzmem. [wróć]
Dziennikarskie śledztwo Briana Deera ujawniło skalę konfliktu interesów ukrywanego przez Wakefielda. Kiedy prowadził badania zwieńczone artykułem z 1998 roku, finansował je prawnik szykujący właśnie pozew przeciwko pewnemu producentowi szczepionek. Odniesienie do domniemanego związku szczepień z autyzmem miało stanowić znaczący wątek w tym procesie. W tym samym czasie za swoją pracę Wakefield otrzymał od brytyjskiej Komisji Służb Prawnych w przeciągu dekady dobrze ponad 400 tysięcy funtów. Etyka zawodowa wymaga, by autor ujawniał wszelkie korzyści finansowe związane z publikacją. Wakefield w odniesieniu do studium opublikowanego w "Lancecie" tego nie dopełnił. Co więcej, współautorzy nie byli podobno świadomi, że za tę pracę ktoś mu płaci. W grę wchodził jeszcze jeden poważny konflikt interesów finansowych. Przed opublikowaniem swojego studium Wakefield złożył co najmniej dwa wnioski patentowe, na test diagnostyczny na chorobę Crohna i wrzodziejące zapalenie jelita grubego, spowodowane obecnością wirusa odry w jelitach, oraz na wytwarzanie "bezpieczniejszej" szczepionki na odrę. Wartość rynkowa obu była uzależniona od udowodnienia jego teorii o związkach szczepionki MMR z autyzmem i zapaleniem jelita grubego. Według Deera Wakefield pomógł też w tworzeniu start-upów działających na tym właśnie polu i miał w nich pokaźne udziały. [wróć]
W całości cytat ten brzmi: "Fałsz wzlatuje, a prawda kuśtyka za nim, tak więc, gdy ludzie odkrywają oszustwo, jest już za późno; żarty się skończyły, a opowieść zrobiła swoje": jak u człowieka, który liczył na dobry pojedynek słowny, lecz ton dyskursu uległ zmianie lub towarzystwo się rozeszło; albo jak u doktora, który odkrył niezawodne lekarstwo już po śmierci pacjenta" (z "Examinera", pisma redagowanego przez Swifta, nr 14 z 11 września 1710 r. - przyp. tłum.). [wróć]
Eörs Szathmáry i John Maynard Smith w swojej książce The Major Transitions in Evolution z 1995 roku (w Polsce wydanej w 2000 roku przez PWN, pt. Tajemnice przełomów w ewolucji - przyp. tłum.) odnotowali to samo w odniesieniu do żywych organizmów. Zawarte w niej koncepcje biologicznego przekazywania informacji zostały przez nas wykorzystane przy opracowaniu tego rozdziału. [wróć]
Znaczna część przychodów większości wydawców gazet i magazynów ilustrowanych zawsze pochodziła z reklam, ale pieniądze od reklamodawców zależały od bazy prenumeratorów, toteż wydawcy musieli maksymalizować prenumeraty. [wróć]
Bob Woodward i Carl Bernstein, dziennikarze śledczy z "The Washington Post". W pierwszej połowie lat 70. XX wieku wykryli aferę Watergate, w wyniku czego prezydent USA, Richard Nixon ustąpił z urzędu, a gazeta otrzymała Nagrodę Pulitzera - przyp. tłum. [wróć]
Nawiązanie zarówno do frazy z poematu Skowyt autorstwa Allena Ginsberga, amerykańskiego poety i nieformalnego lidera generacji bitników ("Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia..."), jak i do jego książki The Best Minds of My Generation A Literary History of the Beats (Najlepsze umysły mego pokolenia. Literacka historia bitników) - przyp. tłum. [wróć]
Ministrem obrony był wówczas Avigdor Lieberman, ale artykuł przypisał przywołane słowa Moshemu Ya'alonowi, jego poprzednikowi na tym stanowisku. [wróć]