Sobota rano to czas na lekcje śpiewu, dwie godziny drogi od domu, na Uniwersytecie Stanowym Florydy w Tallahassee. Zawozi mnie mama, mimo moich protestów, że sama też bym dała radę.
"Nie znasz tutejszych dróg" - wyjaśniła po prostu, kiedy po raz pierwszy użyłam tego argumentu.
"No właśnie, nigdy nie wiesz, czy nie spotka cię coś, czego u nas nigdy nie było" - dorzucił swoje trzy grosze tata.
"Co takiego miałoby mnie spotkać?" - zapytałam. - "Droga to droga".
"Aligatory". - Tata wzruszył ramionami.
"Chcę zobaczyć aligatora!" - Do rozmowy dołączyła Laney.
"I taki entuzjazm to ja lubię!" - Tata się ucieszył.
"Wiesz co, Jill? Gdybyśmy zostali tu trochę dłużej, Laney mogłaby podłapać akcent i zaczęłaby mówić, zaciągając jak południowiec. Sam też bym chciał. Kupiłbym sobie wtedy taki strój, jaki nosił generał Sanders".
"Boże, miej nas w swojej opiece..." - jęknęła mama.
- Sloane?
- Co?
- Pytałam, czy masz coś przeciwko małej przerwie? Laney chciała tę zabawkę z filmu. Zjadłabyś Happy Meal?
Zaginam dolny narożnik strony - mimo że to zupełnie bezcelowe, bo jestem na samym początku pierwszego rozdziału - i zamykam książkę.
- Poświęcę się.
Wyposażone w zestawy Happy Meal wracamy na autostradę.
- Dobrze się wczoraj bawiłaś? - pyta mama, włączając się do ruchu. - Dość późno wróciłaś.
- Dwudziesta druga, wow. Będziemy obchodzić rocznicę tego wydarzenia?
- Jasne! Na wspomnienie i uwagę zasługuje każdy wieczór, kiedy o siódmej nie jesteś już w piżamie.
- Może wymykam się do klubu, do którego wpuszczają tylko gości w piżamach?
- Jeśli są takie kluby, na pewno nie wpuszczają do nich w takich piżamach, jakie ty nosisz.
Wcale nie jestem przekonana, może oczarowałabym bramkarza spodniami w SpongeBoba i starą bluzą od dresu z nadrukiem SUNY, którą zabrałam tacie.
- Jak było na imprezie? - pyta mama, zanim zdążyłam z ripostą.
- W porządku.
- Bree zrobiła bardzo miłe wrażenie.
Bree jest miła. Jedną z pierwszych rzeczy o sobie, którą się ze mną podzieliła, było to, że Kim Kardashian odpowiedziała jej kiedyś na Twitterze. Nie wiedziałam, jak powinnam zareagować. Może należałoby złożyć jej z tego powodu gratulacje, sama nie wiem.
Jesteśmy z Bree w parze na zajęciach laboratoryjnych. To pierwsza osoba, którą spotkałam w szkole, i prawdopodobnie moja jedyna znajoma tutaj. Nie żebyśmy spędzały ze sobą jakoś przesadnie dużo czasu, może poza wspólnym wypełnianiem kart pracy na rozszerzoną biologię i wczorajszą imprezą - na którą trafiłam tylko dlatego, że padło: "Serio, nigdzie jeszcze nie byłaś? Boże, Sloane! Gdzieś w końcu musisz się pojawić!". Nic dziwnego, że Bree przypadła mojej mamie do gustu - są wyciosane z tego samego kawałka drewna.
- Aha - potakuję, wsuwając do ust kolejną porcję frytek.
- Wydarzyło się coś fajnego?
Nie jestem pewna, czy spacyfikowanie Masona można zaliczyć w poczet fajnych zdarzeń, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie czułam satysfakcji. Spotkanie Very i Gabe'a samo w sobie też chyba nie było niczym fajnym, ale jednak... no cóż, na pewno nie przeżywa się czegoś takiego codziennie.
- Nieszczególnie. - Wzruszam ramionami.
- A lekcje? Bo nic nie mówiłaś.
- Nieprawda, mówiłam.
- Okej, powiedziałaś, że było dobrze. Mogłabyś sprecyzować, o co ci chodziło? Jako pasażerka samochodu jesteś zobligowana do zabawiania kierowcy rozmową.
To są słowa mojego taty, zawsze je powtarza. Chyba zdaje sobie z tego sprawę, bo szybko dodaje pytanie:
- Polubiłaś panią Eileen?
To moja nowa nauczycielka śpiewu. Nie czuję do niej wrogości. Ale...
- Brakuje mi pani Pauli.
Mama rzuca mi krótkie spojrzenie i teraz jest moja kolej, żeby szybko coś dodać.
- Ale to nie znaczy, że pani Eileen nie jest w porządku. Bo jest. Poza tym dobrze czasem... skorzystać z czyjejś świeżej opinii, prawda?
- Musisz być przygotowana do przesłuchań.
Moja mama chyba z szesnaście razy bardziej ode mnie denerwuje się egzaminami do college'u.
- Mam jeszcze sporo czasu - odpowiadam po prostu.
Przed przeprowadzką wysłałam swoje nagrania kwalifikacyjne. Z Eileen miałam uczyć się nowego materiału i ćwiczyć utwory na egzaminy, czyli kontynuować to, co zaczęłam przerabiać z panią Paulą.
Jemy w milczeniu. Mama trzyma na kolanach swój kartonik z zestawem i co pewien czas wyjmuje z niego frytki czy puszkę, żeby napić się dietetycznej coli.
- Chcesz, żebym ci poczytała? - proponuję po jedzeniu.
- Myślałam, że skończyłaś, zanim ruszyliśmy?
- Bo skończyłam. Ale wzięłam kolejną. Taty. - Podnoszę ją i pokazuję okładkę, ale mama nie odrywa wzroku od drogi.
Nie zmienia wyrazu twarzy, ale słyszę w jej głosie napięcie.
- Sprawdzę, co puszczają w radiu - decyduje i włącza muzykę. Stacja NPR, Fresh Air.
Nie przerywam czytania. Radio dość prosto jest wygłuszyć w głowie, a wejście na znajome terytorium jeszcze bardziej to ułatwia; przeczytałam każdą z książek taty co najmniej raz. "Niektórzy twierdzą, że jak się przeczyta jedną, to tak, jakby się przeczytało wszystkie" - powiedział niedawno. I coś w tym jest, w pewnym sensie. Są pewne schematy, które Everett Finch chętniej wybiera. Małe nadmorskie miasteczka. Miłość jako narzędzie wybawienia. Martwe zwierzę domowe - jeśli już w ogóle się zdarzy, że wszyscy bohaterowie dotrwają do finału, przynajmniej pies musi paść. Stary, dobry Rufus w Spadłeś mi z nieba musiał ruszyć za tęczowy most. Przybłęda Max ginie w Gorącym lecie. A w mojej obecnej lekturze, Piasek z naszej plaży, kopie w kalendarz dziesięciotygodniowy szczeniak Avery.
Zapytałam kiedyś taty, dlaczego szczeniaczek musiał odejść.
- Ironia losu - wyjaśnił po prostu.
Mimo to Piasek z naszej plaży to wciąż moje ulubione dzieło taty. Opowiada ono historię Sarah, która po poznaniu diagnozy przeprowadza się do nadmorskiego miasteczka, by w spokoju spędzić czas, który jej pozostał. Zaczyna pisać pamiętnik (Wiem, jak głupio to brzmi, ale młodzi ludzie też mogą spisywać wspomnienia - wyjaśnia Sarah w drugim rozdziale. - To, że ma się mniej lat, nie znaczy, że nie przeżyło się niczego ważnego), i odbudowuje swoją więź z morzem. (Pierwsze miejsce, które uświadomiło mi, że istnieje coś ważniejszego ode mnie - tłumaczy Jackowi w rozdziale dziesiątym).
To jeden z moich ulubionych fragmentów - gdy rozmawia z Jackiem o oceanie. Ciągnie mnie, żeby przerzucić kilka stron bez czytania, ale nie potrafię. Nawet jeśli spróbuję, i tak wracam i nadrabiam braki, choćbym wcześniej czytała to kilkanaście razy. Mam wrażenie, że ignorowanie słabszych i przeskakiwanie do najlepszych części jest nie fair.
W tej chwili jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Spoglądam na mamę, kiedy zjeżdżamy na A30. Nie mam pojęcia, dlaczego powiedziałam, że tęsknię za panią Paulą.
Wiem, że zostaliby, gdybym tylko poprosiła. Zostaliby w Nowym Jorku, aż skończę szkołę średnią tam, gdzie ją zaczęłam. Ale nie poprosiłam, bo mi nie zależało. Może coś ze mną jest nie tak? A może tak po prostu jest z córkami fikcyjnych morderców szczeniaczków. Inna wrażliwość. Inne priorytety.
- Jestem chyba na to za duża - opiera się Laney, kiedy po powrocie do domu dajemy jej zabawkę.
- Okej. To ja ją biorę. - Wyjmuję ją mamie z dłoni, ale Laney jest szybsza i mi ją odbiera.
- Nie, ja chcę!
- Tak właśnie myślałam - mówię, na co ona robi głupią minę, jednocześnie przytulając zabawkę do piersi.