Na drugim końcu lata - Emma Mills

Kup ebooka

33.00 zł
27.78 zł (27,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ

-3-

Gdy w poniedziałek rano wchodzę na zajęcia z rozszerzonej biologii, okazuje się, że ktoś zajął moje miejsce.

Szczerze mówiąc, żadne z nas nie ma przypisanego na stałe miejsca w klasie, ale obowiązuje niepisana zasada, że siada się zawsze tak jak za pierwszym razem. Wszyscy tego przestrzegają.

- Sorry. - Stoję niezdecydowana przy drugim krześle obok ławki, którą dotychczas zajmowałam z Bree. - Ty... chcesz być w parze z Bree?

- Nie - odpowiada chłopak z mojego miejsca. - Zamieniliśmy się. Jestem Remy.

Remy ma krótkie włosy i sypiącą się kozią bródkę, trochę jakby chciał sprawdzić, jak będzie w niej wyglądał, ale jego twarz nie jest jeszcze wystarczająco przekonana do eksperymentu.

Rozglądam się i z daleka widzę Bree, jak siada na samym końcu klasy, obok jakiegoś postawnego blondyna. Macha do mnie, kiedy widzi, że jej szukam, po czym przesyła uśmiech i unosi kciuki.

Heh. Czyli albo Bree ma jakieś plany wobec tego blondyna, albo Remy wobec mnie. To nie jest tak, że każdy zmienia sobie miejsce wedle uznania. Bo: patrz punkt pierwszy. Niepisane prawo. Ogólne poszanowanie dla zasady, że kto pierwszego dnia zajął jakieś miejsce, a potem mu się odwidziało, niech lepiej się z tym nie zdradza i nie wprowadza zamętu.

Siadam więc na krześle Bree i spoglądam na Remy'ego. Na palcu wskazującym nosi błyszczący pierścień, który otrzymują uczniowie z danego rocznika. Dostrzegam na nim emblematy drużyny sportowej: po jednej stronie kryształka kij bejsbolowy, a po drugiej piłka do futbolu.

- Sloane - przedstawiam się.

- Wiem - odpowiada.

W tej samej chwili w przejściu między naszą ławką a następną pojawia się Mason Pierce. Siada naprzeciwko Remy'ego, spogląda na nas, odwraca głowę, a potem znów rzuca nam szybkie spojrzenie. Wodzi wzrokiem między mną a Remym i uśmiecha się szyderczo. Remy wita się z nim skinieniem głowy.

- Co, Johnson - mówi Mason oschle - nowa znajomość?

W jakiś sposób udaje mu się wypowiedzieć słowo znajomość w obraźliwy sposób.

- Nowe miejsce, tak bym to ujął i nie drążył - odpowiada Remy z uśmiechem, który podkreśla zdecydowanie w jego głosie.

Mason nie ma już czasu na reakcję, bo nauczyciel głośno odchrząkuje i zaczyna się lekcja.

Dzisiaj zajęcia teoretyczne, żadnych doświadczeń, więc pracujemy z Remym osobno. W pewnej chwili łamie mi się grafit ołówka automatycznego i kawałek leci w jego stronę, ale na moje "ups, sorry" nie reaguje. Po lekcji zbiera swoje rzeczy, żegna się skinieniem głowy i zostawia mnie samą.

Wychodzi na to, że to Bree zależy na tamtym blondynie. Nie udaje mi się jej dogonić i zapytać, ale taki scenariusz jest najbardziej prawdopodobny.

Przynajmniej do chwili, kiedy Vera siada w stołówce naprzeciwko mnie i pyta:

- Pamiętasz mnie?

Siedzę z tyłu, w narożniku, jem jabłko i czytam Księgę przypadków Sherlocka Holmesa.

- No, z imprezy - dodaje, kiedy podnoszę wzrok.

- Pamiętam.

- Świetnie, bo ja nie mogłam przestać o tobie myśleć. Jeszcze nigdy nikt nie wkurzył tak Gabe'a. Poza mną, oczywiście.

- To dobrze, czy źle?

- Bardzo dobrze. Wkurzanie Gabe'a jest super - zapewnia mnie i uśmiecha się szeroko. Potem przekrzywia głowę i odczytuje tytuł mojej książki. - Sherlock?

- Aha. - Nie wiem dlaczego, ale dodaję: - Mój... tata... czytał mi to na dobranoc, kiedy byłam dzieckiem.

Teraz czyta to Laney... a jeśli przypadkowo stanę akurat w drzwiach jej pokoju i słucham, to przecież nie jego wina.

- Oni są najlepsi. - Uśmiecha się. - Żałuję tylko, że w żadnym miejscu nie wyznają sobie w końcu uczucia.

- Że co?

- No, Sherlock i Watson. W żadnej z oficjalnych wersji nie wyznają sobie miłości, a to przecież bije po oczach. Sherlock zabiłby dla Watsona, gdyby było trzeba, każdy to widzi.

Uśmiecham się.

- Czekasz na znajomych? - pyta, rozglądając się. - Nie chcę nikomu zająć miejsca.

Unoszę książkę.

- Moi znajomi już tu są. To Sherlock i Watson.

Patrzy na mnie przez chwilę, w jej oczach pojawia się błysk. W końcu mówi:

- Zjemy razem lunch, okej? - I nie czekając na odpowiedź, wyjmuje z torby kanapkę i jabłko.

- Okej.

Vera podtrzymuje rozmowę i z wdziękiem konsumuje lunch. Widzę, że światło reflektora nad garażem nie do końca oddało jej sprawiedliwość. Moja mama chcąc ją opisać, użyłaby jakiegoś "ulala!" albo innego wykrzyknika w tym stylu. Coś mi mówi, że ani świat nauki, ani świat przyrody nie mają w swoich arsenałach środka, który mógłby nadać moim włosom podobnego blasku, a Sephora poniosłaby porażkę, próbując znaleźć kosmetyk równie mocno podkreślający blask moich oczu.

Jednocześnie kiełkuje we mnie niejasne przekonanie, że takie wrażenie nie jest wywołane ani jej wyglądem, ani fryzurą czy makijażem, bo nawet gdyby jej tego wszystkiego pozbawić, wciąż byłoby w niej coś specjalnego, jakiś magnetyzm. Vera nachyla się w moją stronę - jakbyśmy konspirowały - a delikatnie uniesione kąciki ust sprawiają, że też chcę się uśmiechnąć.

Dopiero po wyjściu ze stołówki, już na korytarzu, Vera patrzy na mnie z boku i pyta:

- Robił ci jakieś problemy? Na zajęciach?

- Słucham?

- Mason. Zachowywał się jak dupek?

- Nie. Zaraz... skąd wiesz, że mamy razem zajęcia?

- Remy mi powiedział.

- Znasz Remy'ego?

- Oczywiście. Jak myślisz, kto go poprosił, żeby usiadł z tobą w ławce?

Uśmiecha się szeroko, po czym chwyta mnie za ramię i ciągnie w kierunku najbliższej łazienki, gdzie poprawia makijaż (idealny). Kiedy kończy, unosi telefon, bardzo starannie kadruje obraz, a gdy już jej talia wydaje się nieprawdopodobnie wąska, a biust i tyłek nieprawdopodobnie... wydatne... uśmiecha się i strzela fotkę.

I zaraz:

- Sorry! To nie było fajne. Chcesz wspólne zdjęcie? Możemy zrobić kilka.

- Ja nie...

- Uśmiech!

Szybko ustawiam się profilem, jak Vera, a ona uruchamia migawkę. Przyglądam się wynikom sesji i stwierdzam, że ona wygląda jak modelka Victoria's Secret, a ja jak ktoś łamiący warunki zwolnienia warunkowego.

- Oznaczę cię! Podasz mi swój Instagram?

- Tylko że ja raczej nie...

Nie dokumentuję swojego życia w internecie.

- Luzik! - Wybiera odpowiedni filtr, a jej kciuki śmigają po ekranie. - Polunchowe selfie z moją nową przyjaciółką. - Chwila przerwy. - Sto polubień. Super.

- Czekaj... - wychodzę za nią z łazienki. - Sto polubień? W dziesięć sekund? Przecież dopiero umieściłaś to zdjęcie!

- Wiem. Mówią, że jesteś słodka.

- Mówią? Kto?

- Internet. Już jakiś czas się tym zajmuję. Fajna zabawa.

Dopiero później miałam się dowiedzieć, że "zajmowanie się internetem" oznacza mniej więcej tyle, że gdyby zebrać obserwujących jej konta w różnych serwisach społecznościowych, nie wystarczyłoby dla nich miejsc na trybunach dużego stadionu futbolowego. Trzeba by kilkunastu takich stadionów. Firmy przysyłają jej swoje produkty do testowania. Obcy ludzie obdarowują ją biżuterią.

W tej chwili wiem tylko jedno: w mniej niż minutę ponad stu ludzi polubiło nasze łazienkowe selfie, do którego byłam zupełnie nieprzygotowana, a część z nich uznała w dodatku, że jestem "słodka". Może przy Verze wygląda się po prostu lepiej niż w naturze? Planety też świecą tylko w pobliżu słońca.

Odprowadza mnie na kolejne zajęcia i mówi:

- Po lekcjach spotykamy się na przystanku. Musisz do nas dołączyć!

Jej słowa prowokują do kolejnych pytań, jak na przykład: "kto to my"? I "po co?", ale ich nie werbalizuję. Potakuję jedynie i potwierdzam.

- Pewnie, spoko.

- Super.

Uśmiecha się do mnie promiennie i po chwili już jej nie ma.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ

-2-

Sobota rano to czas na lekcje śpiewu, dwie godziny drogi od domu, na Uniwersytecie Stanowym Florydy w Tallahassee. Zawozi mnie mama, mimo moich protestów, że sama też bym dała radę.

"Nie znasz tutejszych dróg" - wyjaśniła po prostu, kiedy po raz pierwszy użyłam tego argumentu.

"No właśnie, nigdy nie wiesz, czy nie spotka cię coś, czego u nas nigdy nie było" - dorzucił swoje trzy grosze tata.

"Co takiego miałoby mnie spotkać?" - zapytałam. - "Droga to droga".

"Aligatory". - Tata wzruszył ramionami.

"Chcę zobaczyć aligatora!" - Do rozmowy dołączyła Laney.

"I taki entuzjazm to ja lubię!" - Tata się ucieszył.

"Wiesz co, Jill? Gdybyśmy zostali tu trochę dłużej, Laney mogłaby podłapać akcent i zaczęłaby mówić, zaciągając jak południowiec. Sam też bym chciał. Kupiłbym sobie wtedy taki strój, jaki nosił generał Sanders".

"Boże, miej nas w swojej opiece..." - jęknęła mama.

- Sloane?

- Co?

- Pytałam, czy masz coś przeciwko małej przerwie? Laney chciała tę zabawkę z filmu. Zjadłabyś Happy Meal?

Zaginam dolny narożnik strony - mimo że to zupełnie bezcelowe, bo jestem na samym początku pierwszego rozdziału - i zamykam książkę.

- Poświęcę się.

Wyposażone w zestawy Happy Meal wracamy na autostradę.

- Dobrze się wczoraj bawiłaś? - pyta mama, włączając się do ruchu. - Dość późno wróciłaś.

- Dwudziesta druga, wow. Będziemy obchodzić rocznicę tego wydarzenia?

- Jasne! Na wspomnienie i uwagę zasługuje każdy wieczór, kiedy o siódmej nie jesteś już w piżamie.

- Może wymykam się do klubu, do którego wpuszczają tylko gości w piżamach?

- Jeśli są takie kluby, na pewno nie wpuszczają do nich w takich piżamach, jakie ty nosisz.

Wcale nie jestem przekonana, może oczarowałabym bramkarza spodniami w SpongeBoba i starą bluzą od dresu z nadrukiem SUNY, którą zabrałam tacie.

- Jak było na imprezie? - pyta mama, zanim zdążyłam z ripostą.

- W porządku.

- Bree zrobiła bardzo miłe wrażenie.

Bree jest miła. Jedną z pierwszych rzeczy o sobie, którą się ze mną podzieliła, było to, że Kim Kardashian odpowiedziała jej kiedyś na Twitterze. Nie wiedziałam, jak powinnam zareagować. Może należałoby złożyć jej z tego powodu gratulacje, sama nie wiem.

Jesteśmy z Bree w parze na zajęciach laboratoryjnych. To pierwsza osoba, którą spotkałam w szkole, i prawdopodobnie moja jedyna znajoma tutaj. Nie żebyśmy spędzały ze sobą jakoś przesadnie dużo czasu, może poza wspólnym wypełnianiem kart pracy na rozszerzoną biologię i wczorajszą imprezą - na którą trafiłam tylko dlatego, że padło: "Serio, nigdzie jeszcze nie byłaś? Boże, Sloane! Gdzieś w końcu musisz się pojawić!". Nic dziwnego, że Bree przypadła mojej mamie do gustu - są wyciosane z tego samego kawałka drewna.

- Aha - potakuję, wsuwając do ust kolejną porcję frytek.

- Wydarzyło się coś fajnego?

Nie jestem pewna, czy spacyfikowanie Masona można zaliczyć w poczet fajnych zdarzeń, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie czułam satysfakcji. Spotkanie Very i Gabe'a samo w sobie też chyba nie było niczym fajnym, ale jednak... no cóż, na pewno nie przeżywa się czegoś takiego codziennie.

- Nieszczególnie. - Wzruszam ramionami.

- A lekcje? Bo nic nie mówiłaś.

- Nieprawda, mówiłam.

- Okej, powiedziałaś, że było dobrze. Mogłabyś sprecyzować, o co ci chodziło? Jako pasażerka samochodu jesteś zobligowana do zabawiania kierowcy rozmową.

To są słowa mojego taty, zawsze je powtarza. Chyba zdaje sobie z tego sprawę, bo szybko dodaje pytanie:

- Polubiłaś panią Eileen?

To moja nowa nauczycielka śpiewu. Nie czuję do niej wrogości. Ale...

- Brakuje mi pani Pauli.

Mama rzuca mi krótkie spojrzenie i teraz jest moja kolej, żeby szybko coś dodać.

- Ale to nie znaczy, że pani Eileen nie jest w porządku. Bo jest. Poza tym dobrze czasem... skorzystać z czyjejś świeżej opinii, prawda?

- Musisz być przygotowana do przesłuchań.

Moja mama chyba z szesnaście razy bardziej ode mnie denerwuje się egzaminami do college'u.

- Mam jeszcze sporo czasu - odpowiadam po prostu.

Przed przeprowadzką wysłałam swoje nagrania kwalifikacyjne. Z Eileen miałam uczyć się nowego materiału i ćwiczyć utwory na egzaminy, czyli kontynuować to, co zaczęłam przerabiać z panią Paulą.

Jemy w milczeniu. Mama trzyma na kolanach swój kartonik z zestawem i co pewien czas wyjmuje z niego frytki czy puszkę, żeby napić się dietetycznej coli.

- Chcesz, żebym ci poczytała? - proponuję po jedzeniu.

- Myślałam, że skończyłaś, zanim ruszyliśmy?

- Bo skończyłam. Ale wzięłam kolejną. Taty. - Podnoszę ją i pokazuję okładkę, ale mama nie odrywa wzroku od drogi.

Nie zmienia wyrazu twarzy, ale słyszę w jej głosie napięcie.

- Sprawdzę, co puszczają w radiu - decyduje i włącza muzykę. Stacja NPR, Fresh Air.

Nie przerywam czytania. Radio dość prosto jest wygłuszyć w głowie, a wejście na znajome terytorium jeszcze bardziej to ułatwia; przeczytałam każdą z książek taty co najmniej raz. "Niektórzy twierdzą, że jak się przeczyta jedną, to tak, jakby się przeczytało wszystkie" - powiedział niedawno. I coś w tym jest, w pewnym sensie. Są pewne schematy, które Everett Finch chętniej wybiera. Małe nadmorskie miasteczka. Miłość jako narzędzie wybawienia. Martwe zwierzę domowe - jeśli już w ogóle się zdarzy, że wszyscy bohaterowie dotrwają do finału, przynajmniej pies musi paść. Stary, dobry Rufus w Spadłeś mi z nieba musiał ruszyć za tęczowy most. Przybłęda Max ginie w Gorącym lecie. A w mojej obecnej lekturze, Piasek z naszej plaży, kopie w kalendarz dziesięciotygodniowy szczeniak Avery.

Zapytałam kiedyś taty, dlaczego szczeniaczek musiał odejść.

- Ironia losu - wyjaśnił po prostu.

Mimo to Piasek z naszej plaży to wciąż moje ulubione dzieło taty. Opowiada ono historię Sarah, która po poznaniu diagnozy przeprowadza się do nadmorskiego miasteczka, by w spokoju spędzić czas, który jej pozostał. Zaczyna pisać pamiętnik (Wiem, jak głupio to brzmi, ale młodzi ludzie też mogą spisywać wspomnienia - wyjaśnia Sarah w drugim rozdziale. - To, że ma się mniej lat, nie znaczy, że nie przeżyło się niczego ważnego), i odbudowuje swoją więź z morzem. (Pierwsze miejsce, które uświadomiło mi, że istnieje coś ważniejszego ode mnie - tłumaczy Jackowi w rozdziale dziesiątym).

To jeden z moich ulubionych fragmentów - gdy rozmawia z Jackiem o oceanie. Ciągnie mnie, żeby przerzucić kilka stron bez czytania, ale nie potrafię. Nawet jeśli spróbuję, i tak wracam i nadrabiam braki, choćbym wcześniej czytała to kilkanaście razy. Mam wrażenie, że ignorowanie słabszych i przeskakiwanie do najlepszych części jest nie fair.

W tej chwili jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Spoglądam na mamę, kiedy zjeżdżamy na A30. Nie mam pojęcia, dlaczego powiedziałam, że tęsknię za panią Paulą.

Wiem, że zostaliby, gdybym tylko poprosiła. Zostaliby w Nowym Jorku, aż skończę szkołę średnią tam, gdzie ją zaczęłam. Ale nie poprosiłam, bo mi nie zależało. Może coś ze mną jest nie tak? A może tak po prostu jest z córkami fikcyjnych morderców szczeniaczków. Inna wrażliwość. Inne priorytety.

- Jestem chyba na to za duża - opiera się Laney, kiedy po powrocie do domu dajemy jej zabawkę.

- Okej. To ja ją biorę. - Wyjmuję ją mamie z dłoni, ale Laney jest szybsza i mi ją odbiera.

- Nie, ja chcę!

- Tak właśnie myślałam - mówię, na co ona robi głupią minę, jednocześnie przytulając zabawkę do piersi.