20 kwietnia 2011 roku. Moje urodziny.
Dzisiaj w Piekle były urodziny Hitlera.
I się synuś działo. Bo to przecież u nas wydarzenie ważne
i w rzeczy samej celebracji godne. Bo Adolf H. jak mało kto
zasługami swoimi Piekło rozpowszechnił. Powiedziałam im, że
mnie to bardzo interesuje, bo Hitler mi największą miłość
odebrał, ale kolejną spotkać pozwolił. O wiele ważniejszą. I że ja
Hitlerowi wiele zawdzięczam. Chyba najwięcej w życiu. I dlatego
urodziny Hitlera obchodzę. Ale inaczej zupełnie. Nie w jakiejś
orgii radości. W spokoju i z nostalgią. I dlatego, jak powiedziałby
mój mąż Leon Wiśniewski, syn Leona, "niech spierdalają ze
swoją akademią". A on przeważnie co mówi wiedział, chociaż
często grubiańsko to wyrażał.
I właśnie wczoraj coś mnie tak mocno i dotkliwie tknęło, że
"podłączyć się" do Ciebie na Fejsie postanowiłam. I podłączyłam.
To znaczy Ty mnie podłączyłeś. Pod jakimś numerem powyżej
trzy tysiące kilkaset na liście Twoich "przyjaciół" fejsowych.
I potem mi pisałeś, że zawsze byłeś przy mnie w czasie
urodzin. Nawet gdy Ciebie dzisiaj nie było. Bo byłeś daleko, ale
i tak byłeś. I że się cieszysz, bo brakowało Ci mnie. A czasami
to Ci tak mnie brakuje, że Cię aż boli. I że świece lub znicze mi
w Toruniu na grobie zapalasz, a jak kwiaty kupujesz, to tylko
róże białe. I gdy w Zaduszki Cię w Toruniu być nie może, to
wieczorem płoty innych cmentarzy w krajach różnych
przeskakujesz, na różnych kontynentach, i tam świece mi zapalasz.
Oraz się za mnie modlisz. I za ojca, i za babcię Martę, i nawet
za dziadka Brunona, który w domu klasówki z matematyki Ci
nieustannie robił. Ale najdłużej i ze łzami w oczach Twoich
smutnych się za mnie modlisz, bo wtedy największą bliskość
czujesz. I płakałeś chyba, albo piłeś, albo płakałeś i piłeś
jednocześnie, bo w prawie każdym Twoimi dłońmi słowie napisanym
jakieś "literówki" były.
Co Ty synku bredzisz? Ja wiem, Nuszku, że Ty zawsze byłeś.
Wczoraj także. I wiedz, że nigdy nie byłeś za daleko. Zawsze
byłeś najbliżej. Od chwili najpierwszej. Gdy mi Cię z brzucha
wycięli i po wybudzeniu z narkozy na piersiach moich
obrzmiałych położyli, to mi aż dech zaparło. I to nie z powodu siły
grawitacji, ale z powodu miłości, synuś. Bo tak do utraty tchu się
w Tobie zakochałam. Główkę Twoją łysą i bardzo niekształtną,
bez włosa jednego, milimetr po milimetrze całowałam i dotykiem
warg miłość Ci wyznawałam bez słowa jednego. Leon wieczorem
po służbie z bukietem leśnych kwiatów, które na łące zerwał,
i z tabliczką czekolady do szpitala przyszedł - wpuścili go jedynie po wielkiej znajomości, ponieważ w służbie zdrowia
pracował - i przy nas na skraju łóżka usiadł. I na Ciebie przez łzy
patrzył i dłonie moje obie całował i za urodzenie mu Ciebie
słowami czułymi mi dziękował. I ja wtedy taką jedność ze światem
całym poczułam. Ja w sobie - w owym momencie - dopaminy
nie miałam. Ja tą dopaminą synuś w tym momencie po prostu
byłam. Przez chwilę wrażenie, że mi się spirala DNA prostuje,
miałam. Wzruszenie niezwykłe i trzepot skrzydeł kolorowych
motyli w dopiero co rozciętym i bardzo ciągle obolałym brzuchu
poczułam. I to tak mocno, że pęknięcia szwów przez chwilę się
poważnie obawiałam. Nigdy nie byłeś za daleko. Nigdy! Ja to
synku wiem i abyś Ty to wiedział pragnę...
Nusza, Nuszku, Nuszeńko, Nuszątko, synku mój ukochany,
dzisiaj stary jesteś.
Gruby i brzydki.
Twój ojciec w Twoim wieku o wiele lepiej wyglądał. Geny
pewnie lepsze miał. Chociaż to dziwne, bo geny z jego genów
mieć powinieneś. Nieważne. Leon, Twój Ojciec, zawsze mnie
kręcił, więc pewnie sprawiedliwa nie całkiem jestem. Ty także
mnie kręciłeś. Ale w zupełnie innym kontekście, synuś. W każdym
razie coś z tym zrób. Wyładniej. Schudnij. Zadbaj o siebie. I nie
pij aż tyle. Twój Ojciec pił dużo, ale chudł od tego. A Ty tyjesz
chyba. Mówią tutaj w Piekle, że pisarze nienormalnie dużo piją.
Ale co z Ciebie synuś za pisarz? Ty żaden pisarz nie jesteś. I tak
im w zgodzie z sumieniem i przekonaniem swoim odpowiadam.
Nusza mój żaden pisarz nie jest. On od wiele ważniejszych rzeczy
jest. Bo pisanie niepoważne jest. Pisać każdy może, ale dłubać
w tej chemii to nie każdy potrafi. Uczyć się tego trzeba. Długo.
A uczyć się nie każdy chce. Ale Ty, synuś, zawsze chciałeś.
Wszystko wiedzieć chciałeś. Zrozumieć wszystko chciałeś. Bo
im się więcej wie, tym mniej się człowiek boi. Twój ojciec Tobie
i Kazikowi to kiedyś powiedział i wy chyba to pojęliście.
Ty jesteś "niekażdy". Zawsze byłeś "niekażdy". I dlatego zawsze
bałam się o Ciebie.
Dziwnie mi pisać "Ciebie" wielką literą. Bo Ty ciągle mały dla
mnie jesteś. Malutki. Kruszyna taka.
Nuszek mój ukochany...
Ale w listach tak się pisze. Z szacunku chyba albo
z przyzwyczajenia. Chyba bardziej z przyzwyczajenia. Bo gdy ja pisałam
listy do Ciebie, jak w technikum byłeś, to nie pisałam wtedy
wielką literą. Małą pisałam. Bo wtedy bliższy mi byłeś. A teraz
to jesteś jakiś taki poważny. Wyhabilitowany, wydoktorowany,
w telewizorze Cię pokazują i w gazetach drukują. W Piekle się
o tym mówi. Bo to próżność ogromna. I pokusa, i zepsucie. I to
dla Piekła jest wiadomość dobra. Bo tacy tutaj przybywają
zdecydowanie częściej niż ci wyciszeni, co to tylko akt urodzenia im
wydali, czasami akt ślubu, a potem akt zgonu. A Tobie akty różne
co kilka dni wydają. W gazetach, w portalach i na Fejsie.
U nas w Piekle synuś to Fejs ostatnio en vogue
bardzo jest.
Tam się grzeszy masowo, regularnie i na dodatek publicznie,
co zachętą się jawi. Na Fejsie grzech jest siłą przewodnią.
A najbardziej przewodni pierwszy z listy B7, co na angielski rozwinięte Big Seven oznacza, a na nasz prosty polski Wielka Lista
Siedmiu (WL7) się tłumaczy, czyli pychą albo próżnością się
nazywa. A pamiętać synku musisz, że ja jeszcze za Gierka umarłam,
gdy siła była albo siłą w generatorze, albo "wrogą siłą", ale przede
wszystkim "siłą przewodnią". Facebook w Piekle jest kultowy
i szanowany. Jak pewny płatności inwestor. Zdobywa tu u nas
nagrody w konkursach wszelkich, a w kategorii "technologia
w służbie Piekłu" od kilku lat jest niepokonany. Bo u nas wszystko,
co grzech ziemski masowo i skutecznie rozprzestrzenia, szanuje
się i docenia. A Fejs nam, Piekłu, grzech generuje energią
porównywalną z tsunami. I to za darmo zupełnie. Istnieją oczywiście
krytycy nie do końca zadowoleni, ale tacy są zawsze. Ponieważ
przywalić "utworowi" nie mają powodu żadnego, więc
w bezsilności swojej "autorowi" przywalają. Tak najłatwiej przecież jest.
Co ja Ci synuś dużo mówić będę. To Cię synuś przecież spotkało
i spotyka, więc sam najlepiej wiesz. Złą książkę napisałeś,
ponieważ: obciachowe wąsy zapuściłeś, z prowincji pochodzisz,
wykształcenia humanistycznego żadnego nie posiadasz, po polsku
pisać nie potrafisz, erotomanem jesteś i do tego onanistą zafiksowanym na menstruacyjnej krwi kobiecej, w Niemczech
mieszkasz, więc Polski, Polek oraz Polaków za grosz zrozumieć nie
jesteś w stanie. A tak w ogóle to za bogaty jesteś, bo u Ciebie
w książkach wszyscy z laptopami od lotniska do lotniska biegają
i pierwszą klasą w samolotach latają, zamiast w pocie czoła
i smrodzie niemiłosiernym obcasy do kaloszy w fabrykach przyklejać.
W przypadku utworu pod tytułem Facebook autora o nazwisku
Zuckerberg się czepiają. Pomysłodawcy i założyciela. Żydostwo
przede wszystkim i tendencje masońskie mu zarzucając. Chciałby
świat w sieć rodzinno-towarzyską połączyć i panowanie nad nim
posiąść, a potem to panowanie do Piekła przenieść. Ja Cię synuś
w tym momencie za wulgarność przepraszam, ale jak Leon powiadał, "niech te belzebuby spierdalają".
Różne sugestie optymalizacji Fejsa proponują i do różnorakich
komisji o dofinansowanie swoich projektów wnoszą. Chcieliby
funkcje Fejsa rozszerzyć i bardziej ku potrzebom Piekła
dostosować. Na przykład opcję "Nienawidzę tego" pod postami wprowadzić (co rzekomo poziom negatywnych emocji i agresji podwyższyć
by miało) albo obok opcji "Pokaż wszystkie komentarze" opcję
"Pokaż tylko negatywne komentarze" umieścić, co podobny skutek
by miało. Ja tam w petycji przeze mnie osobiście prawą ręką
podpisanej zdecydowanie się temu sprzeciwiłam, ponieważ to
prawdziwego obrazu życia na ziemi ukazać nie potrafi i tylko Niebu
służyć może. Ludzie się od Fejsa odłączyć zdecydują, bo z natury
Dobro nad Złem ciągle przewagę wśród ludzi posiada i prawdziwy
obraz życia na ziemi zniekształcić by mogło. A to w długiej
perspektywie Piekłu nie służy i tylko krótkofalowe zyski przynieść
by mogło, a Piekło na długofalowe prognozy nastawione być
winno i "spekulacyjnej bańki grzechu" wydmuchiwać nie może.
Ponieważ wielkim kryzysem zakończyć by się to mogło, o czym
ostatnie wydarzenia na ziemi zaświadczają w rozciągłości całej.
Ale analizy aktywności na Fejsie ku pozytywnym i radosnym
generalnie wnioskom mnie skłaniają. Szczególnie jednemu.
Bo Ty synku prosto ku Piekłu zmierzasz.
Tak mówią tutaj po kątach. A ja się cieszę. Bo wiem, że do
Nieba pójść byś nie chciał. Bo tam nudno, prawda? Tobie zawsze
i wszędzie po krótkim czasie nudno było. Zapalałeś się do czegoś,
dowiadywałeś się o tym jak najwięcej i potem jak przestarzałą
zabawkę lub niepożądaną już więcej niewiastę porzucałeś. Do
normalnej szkoły w Toruniu pójść nie zechciałeś. Bo to nudne i świata
przez to poznać nijak nie można. Dlatego do technikum
podróżniczego, co oficjalnie inaczej się nazywało, egzaminy w trudzie
zdałeś i w moim mniemaniu na koniec świata poszedłeś. Tam
gdzie diabeł mówi dobranoc.
Krzywdę mi tym technikum uczyniłeś. Ogromną krzywdę.
Porzuciłeś mnie, synuś. Nigdy Ci tego nie mówiłam, ale teraz Ci
powiem. Opuściłeś mnie. Zostawiłeś. Zostawiłeś mnie w takiej
tęsknocie, że no nie wiem, jak to napisać, ale ogromnej. Nie
potrafiłam się z tego otrząsnąć. Przez pięć lat nie potrafiłam. Od
31 sierpnia 1969 do 26 czerwca 1973. I pisałam Ci o tym. Każdego
dnia Ci pisałam. Przez pięć lat. Gdyby nie te listy i polska poczta,
byłoby mi na tamtym świecie nieznośnie. Nie do wytrzymania
byłoby mi. A tak sobie popisałam wieczorem i było mi lepiej.
Twój ojciec to dobry człowiek był, tyle że gruboskórny. Pragmatyk.
Chociaż Polak. Powiedział mi, że moje listy na śmietnik
wyrzuciliście. Bo za dużo ich, bo całą walizkę by zajęły, bo niby po co.
On czasami nad przejechanym kotem przez trzy dni i trzy noce
płakać potrafił, a na pogrzebach sióstr własnych jednej łzy nie
uronił. Bo niby po co? Był nieprzewidywalnie nieprzewidywalny.
Do końca nie wiedziałam, co może mnie przy nim spotkać.
Bo Twój Ojciec tajemnicę kobiety poznał.
Niezwykle prostą. Nie zdradzać swoich sekretów do końca.
Nigdy nie wiedziałam wszystkiego o Twoim ojcu. I dlatego
pewnie trwałam przy nim. Bo wiedzieć o nim wszystko chciałam.
Jak to kobieta. Gdy umierałam, ciągle nie wiedziałam o nim
wszystkiego. I może być, że dlatego nawet dzisiaj, tutaj, nadal
mnie fascynuje...
Spotykam go czasami. Bo on także tutaj jest. Bo gdzie miałby
być. Pijak, krnąbrny ateista i rozwodnik do tego. Tylko tutaj. Ale
nawet tutaj jest na czarnej liście. Bo się stawia i zadaje trudne
pytania. I niczego się nie boi. Bo on w Stutthofie przestał się bać.
I pieców, i płomieni, i zła. Tutaj całe cierpienie jest zbudowane
na lęku. Że wiecznie będzie boleć, że nie ma nadziei, że trzeba
odpokutować tysiącami lat za kilka sekund zapomnienia. A Twój
ojciec się tego nie boi. Chodzi sobie po zakamarkach i opowiada
wszystkim, że w dupie to ma.
Twój ojciec był zawsze na czarnej liście. Najpierw, bo był
Polakiem. Potem, bo był Polakiem nie po tej stronie. Potem, bo nie
chciał być Polakiem czerwonym. Potem, bo nie chciał być
Polakiem czarnym. Potem, bo gardził ZBoWiD-em. Z tym
ZBoWiD-em to była jakaś jego chora obsesja. Ty za mały byłeś, aby
to zarejestrować i zrozumieć, a on sobie postanowił nie obnosić
się ze swoim życiorysem. O Stutthofie nawet swoim najbliższym
mało mówił, prawie nic. Więc tym bardziej nie uważał, że
powinien o tym opowiadać innym. Ci "działacze", do "kości
zbowidziali", jak ich nazywał, nieustannie go kusili. Legitymację mu
dawać chcieli, bilety na tramwaje i pociągi miałby zniżkowe,
obiecali, że w kolejkach po mięso nie będzie musiał stać, że synom
w przyszłości "wygodniej" będzie, że większe deputaty na węgiel
dostanie, że w domach wczasowych nad morzem z rodziną będzie
mógł się byczyć. A on nie i nie. Któregoś razu tak się zdenerwował,
że swój numer na ręce ze Stutthofu zasmarował. Dał sobie na
tym numerze co innego wytatuować, tak aby widać go nie było.
Po pijanemu to zrobił. To prawda. Ale immer hin, jak z dumą po
niemiecku sąsiadom opowiadała babcia Marta, która Twojego
ojca szanowała, choć nigdy mu tego nie powiedziała. Bo nawet
jej - na początku - to, że bękarty urodziłam z jego powodu, nie
bardzo się podobało. Twój ojciec był politycznym daltonistą. I ta
wada wzroku jego duszy mu przez całe życie psuła życie. Do
samego końca.
A nawet jeszcze po końcu.
Pamiętasz, jak z Twoim bratem Kazikiem do księdza
chodziliście, aby ojca pochował? Po prośbie chodziliście. Jak żebracy
jacyś. Wasz ojciec się za Was wstydził, bo jego godność
pomniejszano, chociaż wasze intencje doceniał. Leżał w kostnicy
i robił się jeszcze bardziej zimny, niż był. Zamarzał tam na lód
ze wstydu. A gdy Ty najpierw prosiłeś, a potem z kieszeni dolary
wyciągałeś i płaciłeś, a potem zaklinałeś i błagałeś, "że to Twój
ojciec i należy mu się godny pochówek", to on chował się w tym
czasie w swoim wyimaginowanym krematorium, co to z obozu
pamiętał, i niecierpliwie na pierwszy żar płomienia czekał. Aby
spłonąć przed tym poniżeniem. I powiem Ci teraz, że ten ksiądz,
który ojca pochować nie zechciał, wałęsa się tutaj między nami.
I wszyscy nim gardzą. Bo nawet grzech tutaj u nas w Piekle
godność swoją ma. A jego grzechy niegodne są nadzwyczajnie.
A ojca Twojego niech raczej nie spotka. Tak byłoby dla
wszystkich lepiej. Szczególnie jednak dla tego czarnego w sukience. Bo
Leon nerwowy jest i gdy wypowiedzieć się nie może - bo
wszystko już powiedział - to nieobliczalny się staje. A tutaj
w Piekle nieobliczalność w cenie jest. Tutaj ceni się, gdy ludzie
się słowami jak nożami lub brzytwami chlastają. Bo Piekło bardzo
polskie jest. Tutaj, gdy ludzie słowami sobie krzywdę wyrządzają,
to opowiada się o tym z uwielbieniem i podziwem. Takie
piekiełko tu w naszym Piekle jest. Sam synuś przyznasz, że polskie
bardzo. Dlatego Polakom tutaj łatwiej. Bo do Piekła już na ziemi
przyzwyczaić się zdążyli.
A propos Polaków, synku. Syczą tutaj jadowicie, że Ty żaden
Polak. Że Ty Niemiec jesteś.
Że się wrogom sprzedałeś. Dla pieniędzy się sprzedałeś. Bo
mózg swój masz w Polsce wypełniony, a Niemcom za grosze go
wypróżniasz. Że Cię Niemcy wydrenowali, bo mercedesem
jeździć chciałeś. Tak tutaj nienawistnie syczą i ja się potem pozbierać
nie mogę. Bo Ty synuś nigdy sprzedawczykiem nie byłeś. I jest
mi wtedy podwójnie źle. Bo ja Niemką jestem i czuję się z nimi
związana. Ale Polką jestem bardziej. Przy polskim hymnie płaczę.
Przy niemieckim tylko na baczność staję, co by inni widzieli.
I chodzą tutaj ludzie i takie bzdury o Tobie rozgłaszają. To mali
grzesznicy są. Kanalie takie. Zazdrośnicy i zawistnicy. Bo tutaj
w Piekle zła jest wiele. O wiele więcej niż w Niebie. A Czyściec
to moralna pustynia jest. Ani Zła, ani Dobra tam nie ma i nuda
tam śmiertelna dominuje. W związku z czym w Czyść cu najwięcej
ludzi wpada w samozapomnienie.
Synuś. Bo Ty Niemcem nigdy nie będziesz, prawda?
Ty tylko tam mieszkasz, prawda? Bo tak Ci się, prawda,
przydarzyło? Tylko tymczasowo, nawet jeśli to ponad dwadzieścia
lat już jest? Pytam tak, bo gdybym Twojego ojca Leona spotkała,
to chciałabym wiedzieć, aby mu prawdziwe Twoje przekonania
przekazać. On z natury ortodoksyjny nie jest. Sam pamiętasz, że
nigdy Cię Niemców nienawidzić nie uczył. Chociaż powody
liczne miał. Ani ja Cię Niemców kochać nie nauczyłam. Bo żadnych powodów nie miałam. Ale dobrze się z Niemcami czułam.
Nie opowiadałam Ci o tym. Pewnie nie. Bo czasy na opowieści
o Niemcach korzystne za bardzo nie były. Ale co by nie mówić,
od 1941 do lutego 1945 roku kelnerką byłam. W niemieckiej
tymczasowo Gdyni. W dystyngowanej restauracji o najwyższej
reputacji. Przychodzili tam Niemcy tylko. I nie jacyś zwykli
Niem cy. Tych zwykłych nie było na to stać. Tam głównie
SS-mani przychodzili. Ich stać na to było. A ja tam SS-manów
lubiłam. Dżentelmeńscy byli, nigdy się nie upijali, nigdy nie
dotykali ud moich, ogromne napiwki zostawiali. Nigdy nie
przeklinali. I smakowicie przystojni byli. W tych swoich idealnie
czystych - jak ich rasa - mundurach czarnych. A jak tańczyć
synuś potrafili. Czasami, gdy wieczorami zbyt mało kobiet na
sali bywało, to kierownik restauracji nam kelnerkom fartuchy
ściągać nakazywał i tańczyć kazał. Więc z SS-manami z nakazu
przełożonego tańczyłam. Czasami tango, czasami walca,
a czasami poloneza. SS-mani poloneza uwielbiali. Był dla nich
dostojny taki. A ja z najgłębszego przekonania i polskości mojej
zawsze starałam się w trakcie poloneza jak najbardziej dostojna
być. Bo gdy tak z SS-manem poloneza tańczyłam, to mi się
Wyspiański kojarzył. Bo ja prosta chłopka, kelnerka z zawodu,
z inteligentem, co Polskę posiadł, tańczę. Jak jakiś chochoł. A to
przecież tango jest, Mrożkowe, taka parodia pełna pogardy dla
Wyspiańskiego. Tak wtedy się synuś czułam, gdy cholernego
poloneza z tangiem w głowie z gestapowcem tańczyłam. Dumna
i polska bardzo... Podczas gdy z SS-manami tańczyłam, to im
o Szopenie opowiadałam, chociaż oni przytulać się tylko do mnie
chcieli. Ale oni o tym polonezie wszystko wiedzieli. Szopena
znali i sens poloneza w pełni - ten patriotyczny także - rozumieli.
Przy czym żadnej nienawiści i złości w międzyczasie nie wyrażali.
I ze mną tańczyli, jakby to na balu przed polską maturą było.
SS-mani prawdziwi, co Ty ich na filmach widujesz. Niektórzy
z nich na jednodniowym urlopie ze Stutthofu przebywali. Bo
Stutthof to niedaleko od Gdyni jest. Może być, że rano ojca
Twojego katowali albo przyjaciół ojca Twojego, a wieczorem ze
mną poloneza dostojnie tańczyli. Może tak synuś być miało.
Taki dziwny świat był wtedy. Bardzo dziwny. Całe szczęście, że
dziwny. Bo gdyby nie był dziwny, to Twój ojciec nie przeżyłby
Stutthofu. A ja nigdy bym go nie spotkała. Ale tak się zdarzyło,
że go spotkałam. W Piekle mówią, że to jawna namowa do
grzechu była. Do kolejnego grzechu.
Bo ja tutaj w Piekle jestem dla wielu przykładem grzesznicy
z okresu Młodej Polski.
Bo ja jestem taka, że o mnie w "Bluszczu" by napisali. Tak
mówią te starsze ode mnie i oczytane w literaturze rezydentki.
Takie w wieku Twojej babci Marty lub babci Cecylii. Obu
Twoich babć nie ma u nas w Piekle. Bo to cnotliwe kobiety były
i niestety im się na Piekło załapać nie udało.
Ale do "Bluszcza" wróćmy. Nie w tym nowym bym była, co
się na siłę do starego upodobnić chce, choć mu się nie udaje, ale
w tym starym, prawdziwym. Wiesz synuś, o czym mówię, bo
"Bluszcz", ten nowy, Cię trochę skusił i się tam udzieliłeś. Raz,
albo dwa, albo nawet trzy razy. Te młode grzesznice z przełomu wieków albo z końca dwudziestego wieku czasami siadają
przy mnie i na ich prośbę opowiadam im, jak grzeszyło się
w okresie międzywojennym. Muszę im tłumaczyć czasami, co to jest
"okres międzywojenny". Bo niektóre to głąby okropne są. Niby
maturę mają, ale głąby. Bo matura po wojnie na nierasowe psy
zeszła. Twoja matura synuś także. Ale to tak na marginesie. Ale
tym dziewczynom nie o okresy chodzi, tylko o szczegóły. Chcą
wiedzieć, czy i wtedy facetom także tylko o to jedno chodziło
i jak się "to jedno" wtedy robiło. Oczywiście, że i wtedy facetom
także wyłącznie o to jedno chodziło. Bo niby o co miało im
chodzić? I robiło się to także bardzo podobnie. Bo niby jak miało
się to robić? Ale tego im w szczegółach nie opowiadam. Bo to
moja najbardziej intymna rzecz jest i jak się zdradza taką
tajemnicę, to jest to prostytucja największa. Każda kobieta jest
w przybliżeniu taka sama. I każda kobieta robi to w przybliżeniu w taki
sam sposób. I Ty to synuś wiedzieć musisz, bo parę lat masz
i parę kobiet w międzyczasie w życiu swoim napotkałeś.
Natomiast to, co różni jedną kobietę od drugiej, jest zawarte
w tajemnicy tego, jak to na poziomie oddechu, szeptu, dotyku,
westchnienia lub krzyku się odbywa. I co wydarza się przed. I co się
po wydarza. Zresztą co ja Ci tłumaczyć synuś będę. Ty przecież
to wszystko wiesz...
Opowiadam im o czym innym. Opowiadam im o moich
mężczyznach w kontekście romantycznym. Te młode ten kontekst
nie za bardzo rozumieją, ale ich uwagę momentami przykuwa.
Najczęściej chcą słyszeć o Twoim ojcu, ale o moich mężach
przed Twoim ojcem także.
O moim pierwszym mężu im tylko wzmiankuję, bo to nic
ważnego w moim życiu nie było.
To zły mężczyzna dla mnie był, albo ja za młoda
i nieodpowiedzialna byłam. Dla mnie zły, bo powinnam wiedzieć, że
mężczyzna, który żyje z rzeźnictwa, książek nie czyta, kwiatów na
urodziny kobiecie swojej nie kupuje, butów nie czyści, nigdy
ładnie nie pachnie, oper nie słucha, na niewiasty krzyczy, obsikane
kalesony nosi, tańczyć nie potrafi i na bilety do kina sknerzy,
niczym zaimponować mi nie może. Czułam, że przy nim czas
tracę, że swoją młodość w kuchni spędzę albo przy miotle,
sprzątając nasze mieszkanie. Bo on chciał, aby ugotowane było,
posprzątane, wyprane, wyprasowane, poukładane, odkurzone,
wymyte, wypastowane, pościelone, wykrochmalone, wymaglowane
i wypieszczone. Ale żeby on mnie pieścił, to nigdy. Światło
w sypialni gasił, wchodził na mnie jak ogier na klacz i ciałem swoim
otyłym pokrywał. Zadyszał kilka razy i to wszystko było. Ja
cieszyłam się, bo mi szybko wielki ciężar - bo on wypasiony był -
z piersi i z serca spadał. Na początku płakałam, bo to w końcu
mąż i mu w kościele wierność do końca życia przysięgłam. Ale
potem łez mi nie starczało, a gdy mu o miłości mówiłam, to nie
wiedział, o co mi chodzi. Bo przecież wszystko miałam. I dom
ładny, i pieniądze na sukienki, i szanowanego w sąsiedztwie
mężczyznę, i czasu pod dostatkiem. I pewnie od nadmiaru tego
czasu chimery mi do głowy przychodziły. I pewnego razu mi
taka chimera do głowy przyszła. Do Bydgoszczy z koleżanką
pojechałam, tuż przed Trzema Królami. Operetki chciałyśmy
wysłuchać. Koleją pojechałyśmy, bo zima była taka, że drogi
nieprzejezdne. Po operetce skrzypek, co w orkiestrze przygrywał,
na ciepłą herbatę z imbirem do lokalu nas zaprosił. Nie mogłam
na niego za długo patrzeć, bo taki piękny był, że aż dech mi
zapierało. Moja koleżanka, panienka jeszcze, sama to widziałam,
zęby na niego sobie ostrzyła od pierwszej minuty. Butem jego
nogi pod stołem dotykała. Wiem to, bo czasami się myliła i moją
pończochę swoim trzewikiem niszczyła. Ale on na mnie tylko
patrzył i tylko mnie herbaty do filiżanki dolewał. Potem
w pociągu powrotnym do Torunia grzeszyłam i tylko o skrzypku
myślałam. Dokładnie tak samo jak moja koleżanka, która też
grzeszyła, ale inaczej, mniej trochę, bo mężatką jeszcze nie była.
Najbardziej tutaj w Piekle te "młode" mój skrzypek interesuje.
Mąż mój drugi. I jak on mnie całował bardzo je interesuje, gdy
rozmarzenie lub zwyczajny brak chłopa ich najdzie. I gdy mi
wtedy na opowieść prawdziwą śmiałości brakuje, to Klimta
w swoją opowieść wplatam. Gustava, tego malarza, co obrazy
swoje we Wiedniu malował w czasach, gdy babcia Twoja Marta
ciągle młoda była, na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego
wieku, czyli dla Ciebie jak w historii odległej. A to, że babcia
Marta podlotkiem kiedyś była, do uwierzenia trudne jest. No
więc Klimt Gustav obraz pod tytułem Pocałunek namalował, co
to u nas w Piekle w wielu galeriach wisi i grzeszność ludzką ma
dokumentować. Że oprócz grzeszności to niby emblemat secesji
jest i Monę Lizę przypomina. Mnie tam Leonarda za nic nie
przypomina, ale to do rzeczy nic nie ma, bo piękno swoje
niepowtarzalne w sobie nosi. Falliczny zdaniem krytyków jest, czyli
na nasz polski "symbolikę prącia" w sobie zawiera, co samo
w sobie przy scenie pocałunku uroczą obietnicą dalszego ciągu zachęca
i kobiety prowokować może. Ja tam w Pocałunku Klimta żadnego
prącia za diabła dostrzec nie mogę, ale ekspertem w tych sprawach
nie jestem, bo tylko pięć prąci w życiu z bliska widziałam. Tylko
trzech mężów miałam, a Twój i Kaziczka to się liczyć nie mogą,
bo to w innym kontekście było. Więc tak naprawdę tylko trzy,
więc jak sam synuś rozumiesz, żaden ze mnie specjalista w sprawie falliczności secesyjnego malarstwa jest. Chociaż sam Klimt
megafalliczny był i ukryć się tego nie da. Czternaścioro dzieci
po sobie na świecie zostawił, przy czym żadnego ze swoją
prawowitą małżonką, bo takiej nie posiadał. Sperma i łono go
niezwykle interesowały, łechtaczki prostytutek i modelek na płótnach
lub grafikach swoich w dużym powiększeniu i ze szczegółami
wszelkimi obrazował, czym skandale nieustanne wywoływał. To
akurat za dobre poczytać mu w Piekle można, pomijając, że to
strategia marketingowa mogła być i ze szczerością twórczą nic
do rzeczy nie miała. Wyświetliłam sobie ostatnio donosy na
Klimta na naszej www.hellpedia.hell i wzruszył mnie niezmiernie,
jak w swoich sandałach i brunatnej sutannie przepasanej białym
sznurem malował. W Piekle u nas opowieści krążą, że pod
sutanną zupełnie nagi był, co by modelki szybko i bez przeszkód
penetrować mógł, ale to chyba tylko plotka, którą szmatławce
powielają, aby do Klimta naród w Piekle przyciągnąć. W pewnym
sensie to percepcji sztuki służy, bo jak już się do muzeum pójdzie
i łechtaczki nastolatek na obrazach Klimta obejrzy, to może i jego
krajobrazom, które też malował, czas się poświęci. Co w efekcie
na poziom kultury Piekła wpłynąć może. To dla starych ważne
nie jest, ale młodzieży bardzo przysłużyć się może. Klimt się
w piekle nie za bardzo udziela, ale czasami na seminariach
z neosinizmu wykłady prowadzi. Ten kierunek w malarstwie jest
w Piekle bardzo popularny, bo od angielskiego słowa sin
pochodzi, co na polski "grzech" znaczy. Ja tam na te wykłady regularnie
chodzę, bo za życia na ziemi muzea, z braku czasu i ignorancji,
zaniedbywałam, to teraz nadrobić chcę i w trendach
awangardowych się połapać.
Ale poza tym malunki Klimta lubię, ponieważ on chętnie rude
kobiety malował, co mnie trochę komplementuje, ponieważ
zanim osiwiałam, sama ruda byłam i we wpływie czerwieni włosów
kobiet na ich życie pewnej specyfiki się od dawna dopatruję.
Staroświeckie dyrdymały, które z nadprzyrodzonymi mocami
rude kobiety łączyły i jako sprowadzające nieurodzaj, głód,
epidemię lub pomór czarownice przedstawiały, dawno już w Piekle
szacunku nie mają, co jednakże nie oznacza, że rude na równi
z blondynkami, szatynkami lub brunetkami są traktowane.
Historia rudego Judasza, rudowłosej Marii Magdaleny i Lilith za
mocno w pamięci Piekła siedzi i rude pukle z grzechem, śmiercią,
wiecznym potępieniem, zdradą, nieuczciwością i szatanem
kojarzone ciągle jednak są, co szacunku im w piekle przydaje. Ale
ponieważ to wierzenia tylko były, to danych naukowych
o większej grzeszności rudych kobiet w piekle się doszukuje. Ostatnio
dwóch profesorów z Hamburga, Welpe i Bernhard, takich danych
dostarczyło. Okazało się, że rude niewiasty częściej uciechom
cielesnym się oddają, i to z większą liczbą młodzieńców, którzy
niekoniecznie są ich małżonkami. W Piekle więc natychmiast
się korelacji statystycznej z grzechem dopatrzono i etykietę
lubieżnych, rozwiązłych i wyuzdanych im przyklejono. Szczególne
zainteresowanie wzbudziła wiadomość, że to genetycznie
uwarunkowane być może, czyli w istocie zamysłem Boga jest, bo
któż jak nie Bóg tę spiralę DNA w ciągu sześciu dni sobie skręcił,
a dnia siódmego po ciężkiej pracy w laboratorium swoim
odpoczywał.
I powiem Ci synuś, że czasami mnie takie myśli dziwne,
surrealistyczne bardziej nachodzą, że Bóg tę najważniejszą przepiękną spiralę jak jointa jakiegoś sobie skręcił.
Podpalił, głęboko zainhalował i gdy swój trip zaczynał, to
samotność dotkliwą i doskwierającą nagle poczuł i dym z siebie
wypuścił. A dym ten - niepowtarzalny do dzisiaj szczególny był.
Boski dym słowem jednym, synuś. Absolutnie przezroczysty, bo
tylko prawa i twierdzenia Twojej ukochanej fizyki zawierał. W tym
dymie nie było póki co jeszcze żadnych cząstek. Tych
elementarnych także nie. Żadnych fotonów, leptonów, bozonów, gluonów
czy nawet kwarków. Ani kwarków wysokich, ani niskich, ani
górnych lub dolnych, ani powabnych kwarków lub kwarków
dziwnych. Moim zdaniem, synuś, ten dym jedynie z bogonów się
składał. Tak je sobie teraz ad hoc nazwałam. Każdy bogon kawałek
Teorii, czyli tego, co sobie Bóg obmyślił, zawierał. Taki rozbity
na bogony Wielki Projekt. Człowiek żadnego bogona nie upoluje
nigdy. Nawet gdyby ten swój akcelerator przy CERN większym
od całej Afryki uczynił. Bo bogony tylko wtedy, kiedy się w nie
wierzy, istnieją. A każda próba polowania na bogon aktem
niewiary jest. W CERN synuś, zdaniem moim, armia jajogłowych,
niewiernych Tomaszów pracuje i dlatego żadna powtórka ze
Stworzenia Świata udać się im za diabła nie może. Ja nigdy się
w tych armiach, dywizjonach, korpusach rozeznać nie potrafiłam,
więc może to wcale nie armia. W polowaniu tak razem to dziesięć
tysięcy fizyków udział bierze, czego w Genewie samej, na pierwszej
linii strzału, trzy tysiące. Protony sobie tam pod ziemią w tunelu
rozpędzają do szybkości niewiarygodnych i je ze sobą kolidują.
Wytłumaczysz synuś kiedyś swojej matce starej, jakim to cudem
można czymś tak małym jak proton w inne coś tak samo małego
trafić, bo to wydaje mi się cyrkową magią królika z czarnego
kapelusza wyjmowanego. Ale oni trafiają. A potem wieczorem
zarozumialcy jedni wywiady do gazet przeróżnych dają, że niby
"boskiej cząstki szukają". Bo im jej do teorii brakuje. Jaka ona
boska synuś! Im się bozon z Bogiem myli, albo celowo dla wywiadów przejęzyczają, aby pospólstwu w fizyce niezorientowanemu
w głowach namieszać. Ty synuś ze szkoły wiesz, a ja z Google'a,
że oni bozonu jakiegoś tam Higgsa szukają, bo gdyby go znaleźli,
daj im Panie Boże szczęście, to mogliby jakoś pojęcie masy
wytłumaczyć. A jak to wytłumaczą, to im się teoria potwierdzi
i w kroku następnym może sobie "jakiś malutki, nowy
Wszechświacik przy okazji wykolidują". Tak buńczucznie dziennikarzom
opowiadają, ale wtedy dopiero, gdy ci swoje dyktafony wyłączą.
Wydaje się tym arogantom z wieloma tytułami przed nazwiskiem,
że rozumy wszelkie pozjadali.
A ja Ci synuś powiadam, że nigdy nie będzie w laboratorium
żadnym Wielkiego Wybuchu II, chociażby się Ruscy,
Amerykańcy i Chińczycy swoimi budżetami całymi do jednego kapelusza
na ten projekt zrzucili. Bo bogony do tego potrzebne są, a one
przecież natychmiast anihilują, gdy nauka nad wiarą przewagę
osiągać zaczyna. A przy tym synuś zauważ, że jeśli są bogony -
sam przecież w mig pojmujesz - to przecież jakieś antybogony
muszą być. Więc plan na Piekło jak gdyby w pomysł Boga się
samoczynnie wpisał.
A teraz Ci Nusza szczerze wyznam, że o ile bogony to sobie
sama z potrzeby chwili i na potrzebę mojej własnej, unikalnej
i w eksperymentach - póki co - jeszcze niepotwierdzonej
W-teorii wykoncypowałam (na świecie ziemskim M-teoria, taka Teoria
Wszystkiego, przez genialnego matematyko-fizyka Wittena
Edwarda z Ameryki Północnej pochodzącego wymyślona głowy
najtęższe obecnie zaprząta, bo podobnie jak moja, trudna jest do
sprawdzenia), o tyle idea istnienia gotowej teorii przed
powstaniem Wszechświata nie ode mnie niestety synuś pochodzi (śmiej
się, Nusza, śmiej się rzewnie, uwielbiam, gdy się synuś śmiejesz,
wtedy takie piękne zmarszczki wokół oczu swoich masz).
Chociażby z powodu braku wykształcenia i w konsekwencji matury
(przedwojennej!). Pięknie, chociaż językiem trudnym i skupienia
ogromnego wymagającym, pisał o tym pewien niezwykle światły
katolicki ksiądz z diecezji tarnowskiej. Przy tym magister filozofii
oraz doktor kosmologii. Oraz profesor zwyczajny, ale dla mnie
synuś zwyczajnie nadzwyczajny. Michał Kaziczek Heller
z naszego polskiego Tarnowa. W świecie powszechnie znany
i szanowany. Heller, pomimo wiary swojej niewzruszonej, szkiełkiem
i okiem na Boga spogląda. Co ja synuś bredzę! Jakim szkiełkiem!
On Boga, jak ameby w kropli utopione, pod mikroskop wpycha.
To jego myśli synuś do swoich celów wykorzystałam. To Heller
o aksjomacie konieczności istnienia praw fizycznych przed
powstaniem Wszechświata rozważania interesujące toczył. I to
w taki sposób, że nawet ja je zrozumiałam. Wprawdzie moich
bogonów nie wspomniał, ale tylko - jak mniemam - przez
przeoczenie. Bo Heller moje bogony na myśli miał, ale tego -
z nieznanych mi dotychczas przyczyn - nie wyartykułował. Bo on
skromny bardzo jest.
Ja synuś Hellera Michała książki chyba częściej niż Ty czytam.
Bo ja czasu nieskończenie więcej od Ciebie posiadam. Od drugiej
połowy dwudziestego wieku go czytam. Głębokiego skupienia
i zamyślenia wymagają, ale przy czytaniu wyraźną podnietę intelektualną człowiek poczuć w sobie może. A po zakończeniu
czytania sam sobie o wiele mądrzejszym się wydaje. Zaczęłam
od książki A.D. 1984 wydanej Usprawiedliwienie wszechświata.
Na początku trudno było, ale potem w rezonans z myślami
Hellera wpadłam. I się w tym rezonansie zatrzęsłam. Potem była
Moralność myślenia A.D. 1993. Tam mnie Heller kilka razy
rozbawił. Następnie przepiękna rozprawa pod tytułem Czy
fizyka jest nauką humanistyczną? A.D. 1998 mnie oczarowała. Po
przeczytaniu tej pozycji do wniosku doszłam, że Ty synuś, czy
chcesz, czy nie chcesz, humanistą o umyśle ścisłym jesteś. Co,
tak szczerze mówiąc, od dawna podejrzewałam. I co mnie cieszy
ogromnie. Potem, ale to już w wieku dwudziestym pierwszym,
tytułem zafascynowana, po Ostateczne wyjaśnienia wszechświata
(A.D. 2008) sięgnęłam. Wprawdzie ostatecznego wyjaśnienia
tam nie znalazłam, ale takich oczekiwań synuś nie miałam. Nawet
Heller takiego wyjaśnienia nie mógł przedstawić. Na całe
szczęście. Ten rok 2008 dla Hellera Michała Kazimierza szczególny
być musiał. I dla mnie także. Fundacja Templetona naszemu
polskiemu księdzu wyróżnienie przyznała. Za - jak zacytuję -
"działania związane z pokonywaniem barier pomiędzy nauką
a religią". Ksiądz z Tarnowa otrzymał za to "działanie" 1,6
miliona dolarów amerykańskich. Od tej fundacji. I powiem Ci
synuś, że ja natychmiast przelew na konto tej fundacji dokonałam.
Prawie całe oszczędności dla Hellera na rachunek Templetona
przelałam. Zostawiłam sobie na koncie tylko na papierosy, wino,
książki i czasopisma. Templeton się na naszego Hellera Michała,
z krwi, kości i mózgu Polaka, bardzo wykosztował. Więc ja
wspomóc chciałam. I gdy dotarcie przelewu mi jakiś bank
potwierdził, to niewiele dolarów synuś było, ale jednak, to mnie
Heller wzruszył tak bardzo, że z wina na miesiąc zrezygnowałam
i przelewu kolejnego dokonałam. Bo Heller całe 1,6 miliona
dolarów amerykańskich na konto Centrum Kopernik przekazał.
I je ze swoich pieniędzy tak naprawdę utworzył. "Ks. prof. dr
hab. Michał Heller przekazał otrzymaną w roku 2008 Nagrodę
Templetona na powstanie Centrum Kopernik". Tak napisali
nawet u nas w Piekle. A to ewenement przecież, bowiem Heller
w Piekle za bardzo kochany nie jest. Heller w Piekle
znienawidzony jest. Ksiądz katolicki Boga naukowo ateistom objaśniający,
w pokorze i równaniami. To dla Piekła o wiele gorsze niż
Kołakowski podający komunię. Dlatego na Hellera w Piekle klątwa
jest nałożona. Jego książki są w drugim obiegu. Podziemne, co
w Piekle zupełnie innego znaczenia nabiera. Heller jest u nas
obecnie tym, czym Michnik oraz Kuroń w Polsce za Jaruzelskiego
byli. Symbolem opozycji. Ale trochę synuś od tematu kosmologii
odeszłam, więc pośpiesznie wracam.
To, że Wszechświat prawie od osobliwego Początku (przez
wielkie "P") zgodnie z istniejącymi prawami się zachowywał, jest
znane fizykom powszechnie. "Prawie od Początku" synuś piszę,
ponieważ przez bardzo malutki ułameczek sekundy - bardzo
krótko, dwoma słowami - po Początku tak naprawdę co się ze
Wszechświatem działo, nie do końca wiadomo. Co wcale nie
musi oznaczać, że prawa nie obowiązywały. Zauważyłeś synuś
słowo "istniejącymi", prawda? Te prawa PRZED powstaniem
Wszechświata istnieć już musiały. Ktoś je wcześniej (cokolwiek
"wcześniej niż Początek" oznaczać może) sformułować musiał
i Wszechświat, który jeszcze nie istniał, im następnie
podporządkować. Inaczej być przecież Nusza nie mogło, prawda?
Wyprowadź matkę swoją starą z błędu, jeśli w jakiś nonsens logiczny się
wkręciłam, proszę. Ja te istniejące już prawa tylko z hipotetycznymi
bogonami powiązałam. Bo mi ich - nazwijmy je cząstkami
przedelementarnymi - do skonstruowania mojej własnej W-teorii
brakowało. To nic synuś, jak sam wiesz, specjalnie oryginalnego
nie jest. Tutaj się trochę do plagiatu przyznaję. Ale wiedzieć
powinieneś, iż z najlepszych wzorców przy tym czerpałam. Z moim
ulubionym Hellerem Michałem włącznie. Gdy fizykom czegoś
w teorii dotkliwie brakowało lub się im z nią niewytłumaczalnie
nie zgadzało, to całą winę na jakieś brakujące, hipotetyczne
"cząstki" zrzucali. Gdy w roku 1930 bilans energii w niektórych
reakcjach jądrowych się fizykom w remanencie nie zgadzał, to
fizyk Pauli Wolfgang z Austrii sobie cząsteczkę - jak najbardziej
elementarną - o nazwie neutrino wymyślił. A czemu by nie? Jakiś
czas później neutrino inny fizyk - nazwiska jego synuś w tej chwili
nie pomnę - namierzył. Teoria się dzięki temu ostała, Pauli
mnóstwo dolarów z Nagrody Nobla otrzymał, podobnie jak ten drugi
fizyk, także Noblem wyróżniony. Dwójka ludzi straszną kasę na
tym neutrino zarobiła. I bardzo słusznie, ponieważ tym
przewidzeniem, a następnie przydybaniem neutrina, to oni bardzo się
fizyce i światu w ogóle przysłużyli. Bo neutrino to bardzo figlarna,
tajemnicza i nieustanne problemy przysparzająca cząsteczka jest.
Ty synuś jeszcze tego nie wiesz (bo dopiero w październiku
A.D. 2011 się z mediów wszelakich dowiesz), ale my tutaj w Piekle
już wiemy. Bo u nas jakość szpiegostwa na poziomie znacznie
przekraczającym skuteczność izraelskiego Mosadu jest. Neutrino
według badaczy z genewskiego, francusko-szwajcarskiego CERN
(póki co w tajemnicy przed światem to utrzymującym) w pewnych
okolicznościach prędzej niż foton, czyli szybciej niż światło, się
porusza. Ta wiadomość Einsteina Alberta w rozpacz najczarniejszą
wprowadzić powinna. Ostatnio Alberta na drogach swoich
w Piekle nie napotykam, więc pewnie ze wstydu się gdzieś po
kątach ukrywa. To może być plotka tysiąclecia, ale w CERN z całą
doniosłością ją traktują. Nie chcą tego, póki co, w żadnej poważnej
naukowej gazecie opublikować, bo potwierdzenia prawdziwości
pomiarów swoich u kolegów fizyków z innych miast i miasteczek
oczekują. Neutrina w CERN głęboko pod ziemią - coby nic
im w podróży nie przeszkadzało - wystrzelone drogę 730
kilometrów do włoskiego laboratorium w Gran Sasso o całe 60
nanosekund (60 miliardowych części sekundy) prędzej niż światło
pokonały. Jest to wiadomość dla Einsteina przerażająca zapewne,
więc to, że gdzieś się ewakuował, wcale mnie nie dziwi. Według
Alberta nic, dosłownie nic, szybciej niż światło poruszać się nie
może i nie powinno. A tu masz babo placek. Nieświadome oraz
teorii Einsteina nieznające neutrino szybciej się poruszyło. I to
szybciej istotnie, bowiem 60 nanosekund przewagi na mecie przed
światłem, na króciutkiej drodze 730 kilometrów, to sprawa jak
najbardziej poważna jest. To wiadomość niezwykła nie tylko dla
neutrin i Einsteina. To dla wszystkich wiadomość niezwykła jest.
Z filozofami i futurystami włącznie. Bo gdyby neutrino do
lokomotywy porównać, to im szybciej maszynista jedzie, tym wolniej
czas mu i lokomotywie płynie (według Einsteina, który to
w szczególnej teorii względności zawarł). Gdy maszynista lokomotywę
do prędkości światła rozpędzi, to jego pociąg się nigdy nie spóźni,
bowiem czas się dla maszynisty zatrzyma. A gdy, jak neutrino,
ponad prędkość światła przyśpieszy, to mu czas się cofać zacznie.
Tego synuś nawet niemiecki Deutsche Bahn, aby z Frankfurtu
nad Menem do Berlina nad Sprewą i Hawelą przed czasem
przybyć, nie osiągnął. Ale neutrina - według ostatnich poważnie
naukowych plotek z CERN - osiągają. W czasie się cofają.
Z nanosekundy na nanosekundy młodnieją. Jezu mój drogi, synuś, ja
bym także tak chciała!!! Niech mnie w tym CERN ze swoich
magicznych dział wystrzelą. Niech mnie czym tylko chcą
przyśpieszą, niech mnie z czymkolwiek zderzą, abym tylko się
neutrinem stała. I taka maksymalnie rozpędzona w czasie się cofnęła.
Do dnia jakiegoś, obojętnie jakiego, ale koniecznie takiego sprzed
pogrzebu mojego, szesnastego grudnia A.D. 1977. Abym
ponownie zobaczyć Cię Nusza mogła. I dotknąć. I usłyszeć. I utulić.
I ukochać. Ja synuś neutrinom tego bezgranicznie zazdroszczę.
Ta ostatnia i świeża historia z CERN to wcale nie pierwszy
taki numer, który neutrina światu i fizykom wycięły. W ważnym
dla Ciebie, synuś, roku 1987 pewna gwiazda Supernowa o 160 tysięcy lat świetlnych od Ziemi oddalona przepięknie wybuchła
(bo wybuchy Supernowych to prawdziwe astronomiczne
spektakle są, o czym Ci każdy astrofizyk zaświadczy) i neutrina
w wyniku tej eksplozji powstałe do naszej Ziemi o trzy godziny
wcześniej niż światło dotarły. Wówczas żaden poważny mózg nad tym
paradoksem się nie pochylił. Bo cóż to jest 3 godziny przy odległości 160 tysięcy lat świetlnych. Jakiś błąd pomiaru i drobiazg
zaniedbywany. Ale gdyby tamte neutrina, rocznik 1987, tak samo
szybkie jak te z eksperymentu w CERN były, to winny na Ziemię
w roku 1982 przybyć!
To byłby dopiero przekręt. Ale gdy się tak głębiej nad tym
"przekrętem" rzekomym zastanawiam, to wątpliwości poważne
mnie synuś nachodzą. Załóżmy bowiem, że sobie na szybszym
od światła neutrinie okrakiem w roku 1987 siadam. To już
ekstremalnie surrealistyczne jest, ale dajmy na to. Dziesięć lat po
śmierci mojej na neutrino sobie wsiadam i podróż na nim
w kierunku planety Ziemia rozpoczynam. U Ciebie na Ziemi jest rok
1987 i u mnie dokładnie taki sam. Co do miesiąca, tygodnia,
dnia, godziny. Minuty i sekundy. Załóżmy ponadto, że to
zdziczałe neutrino diabelnie i CERN-owsko szybkie jest, a Piekło
w pobliżu wyżej wymienionej Supernowej się znajduje (tak
naprawdę to my tutaj w Piekle nie wiemy, gdzie nasze Piekło na
mapie Wszechświata się znajduje, ponieważ publikacje na ten
temat surową cenzurą są objęte). Po drodze do ucha neutrina
błagalnie i czule szeptam, aby znacznie przyśpieszyło, bo ja na
wiosnę A.D. 1977 i zakwitanie bzów w parku na Bydgoskim
Przedmieściu w Toruniu zdążyć bym chciała. Załóżmy, że
neutrino moich próśb wysłuchuje i gaz do dechy wciska. W moim
synuś układzie odniesienia, o czym Ty wiesz doskonale i na tę
wiedzę odpowiednie równania znasz, przy całej dobroczynności
neutrina do maja A.D. 1977 przy lądowaniu w Toruniu cofniemy
się. Ale w Twoim układzie odniesienia to żaden maj, żadne bzy
i żaden rok 1977 nie będzie. Ty synuś w swoim układzie od niesienia znajdować się będziesz. I wydostać się z niego nigdy
niestety nie zdołasz. Z powodu istniejących praw i Einsteina,
który je odkrył zresztą. Ja do Ciebie długo później po Twoim
roku 1987 powrócę, chociaż w moim układzie A.D. 1977 jako
data lądowania będzie. Bo to synuś, tak na poważnie, dylatacja
czasu się nazywa. Chociaż także pod nazwą tak zwanego
paradoksu bliźniąt się w opisach pojawia. U mnie czas zacznie wstecz
płynąć, ale u Ciebie niestety ciągle do przodu gnać będzie. Bo
w Twoim układzie odniesienia nic o mojej zwariowanie szybkiej
podróży do Ciebie wiedzieć nie możesz. U Ciebie żadna dylatacja
czasu nie nastąpi. Bo nas synuś te przeklęte układy odniesienie
jak jakaś nieprzekraczalnie gruba ściana z teorii dzielą. Obojętnie
jak czule szeptałabym do ucha neutrina, zawsze się w momencie
przybycia w Twoim układzie odniesienia spóźnię. Więc te
bajeczne i bajkowe podróże w czasie to bajer bulwarowych gazet
jest. Nigdy nam równoczesny powrót do przeszłości dany nie
będzie. Obojętnie jak neutrino szybko poruszać się będzie, to
i tak przed Tobą jak jakaś przerażająca zjawa z odległej przeszłości
się pojawię. Jak jedna z tych bezcielesnych dusz z poematu
Dantego. Realna niby, ale taka nie do dotknięcia. Przestraszysz się
jedynie synuś. Nie uwierzysz, że to ja prawdziwa, bo Ty na
układach odniesienia się niestety znasz. Bo egzamin z fizyki sobie
przypomnisz, ten, gdy ja ciągle jeszcze żyłam i układy odniesienia tematem wykładów Twoich były. Ten egzamin, który zdałeś
tak jak zawsze celująco. Bo Ty zawsze tak, abym się cieszyła,
zdawałeś. Czasami myślę, że Ty wszystkie egzaminy celująco
tylko dla radości i dumy mojej zdawałeś. A potem, gdy na serce
zaniemogłam i ku śmierci w chorobie swojej się zbliżałam, to
uważałeś, że to Twój wobec mnie terapeutyczny obowiązek jest.
Ja Nusza czasami myślę, że gdyby nie te Twoje egzaminy i to
czekanie na Ciebie, i wyglądanie Twojej radości w oczach po
egzaminach, to ja bym o wiele wcześniej umarła. Ostatnie, co
pamiętam z połowy grudnia A.D. 1977, to jak bardzo uważnie
się do egzaminu z mechaniki kwantowej u szanowanego
i podziwianego przez Ciebie prawdziwego, belwederskiego profesora
doktora habilitowanego Wolniewicza Lutosława uczyłeś. Ale
dzielenia Twojej radości po tym egzaminie nie doczekałam,
ponieważ on dopiero w zimowej sesji następnego roku miał się
odbyć. A ja do Piekła już w grudniu roku poprzedniego trafiłam.
Ale ja synuś wcale nie o tym chciałam.
Ja o udziale Boga w stworzeniu Wszechświata tak naprawdę napisać zamierzyłam.
Ale jak zawsze w przydługą dygresję wpadłam. Wszechświat
z takiego boskiego dymu powstał i w dym taki się kiedyś obróci,
bo Bóg koniec Wszechświata także sobie obmyślił. A zdaniem
moim skromnym, synuś, Bóg dymu owego by nigdy z Siebie nie
wypuścił, gdyby na pomysł skręcenia spirali DNA nie wpadł. Bo
tak naprawdę tylko dla tej najświętszej spirali życia warto Bogiem
być. Dlatego, iż tylko chemia tej spirali koniec samotności każdego
Boga w każdym Wszechświecie obiecuje. Przez szansę stworzenia
człowieka na podobieństwo Swoje. A to projekt niezwykły był.
Człowiek to nie jakaś tam jednokomórkowa ameba. Człowiek to
setki bilionów komórek. Bóg nic prostego na "Swoje
podobieństwo" przecież by nigdy nie stworzył. No nie synuś, o takie coś
Boga podejrzewać grzechem pospolitym się jawi. Bóg zbyt dumny
jest. Człowiek to nie jakieś tam klocki lego. Człowiek to Cud,
Tajemnica i Mądrość. Trójca Święta w postaci trzech zasad
rozpiętych pomiędzy nićmi z fosforanów i cukrów, przeistaczająca
się w akcie transkrypcji i translacji w aminokwasy, a potem
w białka, które życie definiują.
Przepięknie prosty synuś pomysł Bóg miał. Na prostotę, która
zawsze się sprawdza, jak widać, już od zupełnie pierwszego razu
postawił. Trójca prostych zasad przekładana na dwadzieścia li ter
alfabetu z aminokwasów i potem całą bibliotekę zapisanych
literami owego alfabetu białek, jak księgami życia, wypełnił. Genialny
i ściśle tajny pomysł na samotność Boga. Przepięknie
i przewidująco przy tym Bóg pomyślał, gdy DNA konstruował. W pewnym
sensie nieśmiertelność każdemu człowiekowi zafundował, bowiem
geny, które matka i ojciec swoim dzieciom dają, informacje o nich
samych przekazują. W każdym z nas w ten sposób prosty geny
pierwszej pary Adama i Ewy, czy ją bajkowo i biblijnie, czy
antropologicznie traktować, znajdować się muszą.
Przy tym Bóg wykazał się cnotą niezwykłej cierpliwości
i pracowitości. Pracowitości, ponieważ szyfrantem gigantycznej ilości
kodów się okazał. Ziemia nosi na dzień dzisiejszy zaledwie 1%,
jak szacują znawcy sprawy, wszystkich powstałych gatunków.
A jeśli to za prawdę uznać i jednemu gatunkowi jeden kod
genetyczny przyporządkować, to wszystkich razem musiał Bóg
stworzyć 30 miliardów! Sam synuś przyznasz, że to dużo jest
oraz o lenistwie Boga zaświadczać nie może. A cnoty cierpliwości
dowiódł niepodważalnie, gdy na Człowieka czekał, swoje księgi
pisząc. Przez nieskończoność w bogony teorię swoją pakował.
Pewnego dnia około piętnastu miliardów lat temu z powodu
ataku samotności Wielki Wybuch odpalił. Przyglądał się, jak
gęsta zupa plazmowa z cząstek elementarnych złożona w zgodzie
z Teorią Jego w jądra atomów pod wpływem przewidzianych
oddziaływań się łączy, a potem w atomy, z których po dziesięciu
miliardach lat z hakiem Ziemia się uformowała. Po dalszych
dwóch miliardach świat żywy, czyli białkowy, w DNA sprytnie
zakodowany rozprzestrzeniać się zaczął. Pierwsze ssaki, które
najbliższe nam są, tak mniej więcej sto dwadzieścia milionów lat
temu na Ziemi się dopiero pojawiły.
A człowiek, także przecież ssak, to jeszcze później, bo dopiero
dwa z przecinkiem milionów lat temu, i to nie taki prawdziwy
i grzeszny Homo sapiens, tylko człowiek zręczny, czyli Homo habilis się pojawił. Przed nim byli jeszcze wprawdzie jeszcze inni
Homo, tacy jak na ten przykład Australopithecus afarensis, ale
w pamięci mi najbardziej ten człowiek zręczny utkwił. Z Australopithecus afarensis kojarzy mi się wielki naukowy hałas na zie mi,
gdy dnia pewnego odkryto - bodajże w Etiopii - jeszcze przed
śmiercią moją, szczątki dziewczynki o naukowym kodzie
AL 288-1. Dziennikarze natychmiast przechrzcili ją dla wygody
na Lucy i literami wielkimi w nagłówkach o "przełomowym
cofnięciu początku człowieka w czasie" pisali. Następnie synuś, jak
zawsze, ten wrzask wokół "przełomu" ucichł nagle, gdy odkrycie
Australopithecus africanus nastąpiło. Potem byli jeszcze inni Homo
z afrykańskim erectusem włącznie. I dopiero tak około dwustu
tysięcy lat temu Homo sapiens się dominująco wykształcił, erectusa
z różnych niezrozumiałych dla mnie przyczyn wypierając.
Jeśli o moment pojawienia się Homo sapiens na ziemi chodzi,
to jego określenie może bardzo duże rozbieżności w opiniach
powodować, przy czym niektóre z nich zabawnymi mi się wydają.
Na przykład wykształciuch siedemnastowieczny, po niezłej
całkiem szkole, niejaki doktor John Lightfoot, rektor uniwersytetu
w Cambridge i biskup zarazem, w wyniku intensywnego
studiowania, przypisywanej autorstwu Mojżesza, Księgi Rodzaju, czyli
Genesis, datę stworzenia człowieka (to znaczy tak naprawdę
dwójki ludzi, Adama i Ewy) na godzinę dziewiątą rano, w piątek,
dnia 23 października 4004 roku przed naszą erą ustalił. Lightfoot
John zachwyca mnie synuś swoją dokładnością ogromnie. Gdy
ból brzucha śmiechem spowodowany Ci minie, to obiecuję, że
także i Ciebie zachwyci. Żadne Wielkie Wybuchy, żadne
africanusy i erectusy, żadne bozony czy hipotetyczne bogony, żadna
ewolucja. Na rozkładzie lotów jest piątek, dziewiąta rano i koniec
dyskusji. Lightfoot w obliczeniach swoich z mądrości innego
kapłana korzystał, niejakiego Usshera Jamesa, anglikańskiego
arcybiskupa z północnoirlandzkiego miasteczka Armagh.
Chronologię powstania ziemi Ussher na podstawie studiowania Biblii
i posługiwania się astronomicznym kalendarzem Keplera ustalił i wyszło mu, że wszystko, łącznie z ziemią, 4004 lat przed
Chrystusem zacząć się musiało. Doktor Lightfoot początek ziemi
z Adamem i Ewą połączył i mu z rachunków czarno na białym
wy niknęło, że w swoim kalendarzu na piątek 23 października
4004 p.n.e., na godzinę dziewiątą rano, Bóg miał "stworzyć
Adama i Ewę".
Ale teraz żarty na bok odkładam. Sam synuś więc przyznasz,
że w czekaniu na Człowieka "na podobieństwo Swoje" Bóg
cierpliwość ogromną i w skali czasu boską wykazał. Ale jak się
samotnym bardzo jest i szansa na ulżenie tej samotności w zamyśle
się pojawia, to warto przecież czekać. Nawet 14,9999 miliarda
lat. Przy którejś dziewiątce po przecinku ssak Leon Wiśniewski
się na skali czasu pojawił, a potem Kaziczek, a jeszcze potem ty
ssać moje piersi zacząłeś. I dlatego ja Bogu za to DNA bardzo
dziękuję.
Bo, zdaniem moim skromnym, Bóg samotny był bardzo i dlatego sobie Życie stworzył.
Samiutki taki robaczek, bez nikogo w całej tej absolutnie pustej
jak idealna próżnia teorii Wszechświata. Bo naszego
Wszechświata synuś przed jego początkiem być przecież nie mogło,
prawda? Była jedynie teoria, niech już nawet będzie, że inflacyjna,
ale tylko teoria tego, co się zacznie dziać zaraz po Początku.
Więc Bóg tak naprawdę tą Teorią przez duże T był i jest nią do
dzisiaj. Wszechświat synuś powstał, zdaniem moim, jedynie
z powodu samotności Boga. On tę samotność najbardziej - tak
mniej więcej 15 miliardów lat temu - boleśnie poczuł. W punkcie
osobliwym się wówczas znajdował. Taki zupełnie sam. I chyba -
takie głębokie przekonanie posiadam - to wtedy pomysł na
spiralę DNA Mu się pojawił.
No bo sam sobie synuś pomyśl. Co byś Ty na miejscu Boga
w momencie owym uczynił? Też byś sobie jakiegoś Big Banga w końcu z powodu desperacji strzelił, prawda?
Świat jest tak psychodelicznie-pięknie-skomplikowany, że
tylko na jakimś megahaju można było go sobie wymyślić.
A takiego drugiego skręta jak DNA nie ma. Bo jak inaczej synuś
połączyć w jednym projekcie uśmiech dziecka i rozpacz matki,
której dziecko leży w trumience. Ja tego nie wiem i wiedzieć nie
chcę synuś, ale Bóg to jakoś jednak objął. Może przez nieuwagę,
albo może w tym jakiś cel miał. Pewnie to drugie, bo Bóg
cierpieniem ludzkim chyba się wyraźnie upaja, albo mu się poważny
błąd do spirali wkradł. Najpierw ludzie jako antidotum na Jego
samotność potrzebni mu byli, a potem z jakiegoś powodu
cierpienie na nich zesłał. Może cierpienie to fragment kodu poza
genami synuś jest? Może Bóg chciał przechytrzyć aroganckich
genetyków i najważniejsze ukrył w "genetycznych śmieciach"?
Może bez cierpienia Człowiek stałby się tylko człowiekiem?
A może szczęśliwość wieczna wtedy nagrodą by nie była, co
ludzkie życie celu wyższego by pozbawiało? Jak myślisz synuś?
Myślisz, że Bóg czuje się poetą bardziej niż genetykiem? Dla
poetów cierpienie jest - sam Nuszku wiesz przecież - jak
powietrze dla płuc i tlen dla krwi. Niezbędne.
DNA skręcone przez Boga tajemnicą wieczną do końca świata
pozostać miało, ale pewna przystojna Angielka, z żydowskich
rodziców, kobieta o imieniu Rosalind i nazwisku Franklin,
molekułę DNA promieniami X sfotografowała i jako pierwszy człowiek na świecie w zamysł Boga wgląd na własne oczy miała. To
w 1952 ro ku było, gdy ja Kaziczka urodziłam. Ta fotografia słynna się stała i pod nazwą Fotografia 51 do historii przeszła. Została
ona bez wiedzy Franklin dwóm mężczyznom pokazana. Jeden
Amerykaninem jest i James Watson się nazywa, podczas gdy drugi Anglikiem był i Crick Francis się nazywał, bowiem w 2004 roku
opuścił ziemię w wyniku śmierci naturalnej spowodowanej rakiem.
O jego pobycie w Piekle nic na dzisiaj konkretnego powiedzieć
nie potrafię, ale pewne prawdopodobieństwo istnieje.
Fotografię 51 Watsonowi i Crickowi ówczesny szef Franklin,
niejaki doktor Maurice Wilkins, pokazał. Tam czarno na białym,
bo to biało-czarna fotografia jest, widać było, że DNA w podwójną
spiralę się skręca. Crick i Watson w ciemię bici nie byli, więc
w krótkim czasie strukturę DNA sobie i światu wydedukowali
i w mądrej gazecie "Nature" z 25 kwietnia 1953 roku przedstawili,
za co na spółkę z Wilkinsem Nagrodę Nobla w 1962 roku
skasowali. Autorka Fotografii 51 Franklin Rosalind w międzyczasie
z powodu raka przydatków kobiecych ziemię opuściła, co wiele
bolesnego poniżenia, moim zdaniem synuś, jej oszczędziło,
ponieważ jej ważny udział w odkryciu tajemnicy DNA wrednie,
bezwstydnie i śmiem twierdzić, iż na podłożu seksistowskim,
pominięty został. Chociaż Watson James temu gorąco zaprzecza
w wypowiedziach swoich. W roku 2003, z okazji pięćdziesiątych
urodzin odkrycia swego, amerykańskiej naukowej gazecie
"Scientific American" obszernego wywiadu udzielił, gdzie o kontrowersje
z Franklin także go nagabywano. Z pytania, czy Nobel
Rosalindzie, a nie Wilkinsowi się należał, jakimś okrągłym zdaniem się
wywinął, Rosalindzie brak chęci współpracy zarzucając.
A w książce, co na te pięćdziesiąte urodziny DNA razem z innymi
napisał, trochę odpowiedź szczegółami rozwinął. U nas
w bibliotece ta książka się pojawiła, więc zerknąć na nią możliwość miałam.
W tytule DNA, tajemnica życia się pojawia i faktycznie tę tajemnicę
wyraźnie tłumaczy. A tam o Rosalindzie wypowiedzi są
nieprzyjemne synuś. Na ten przykład jeden z recenzentów doktoratu
Rosalindy, niejaki Ronald Norrish, co to noblistą swego czasu
został, niepochlebnie się o niej wypowiada: "głupia,
nietolerancyjna, zakłamana i źle wychowana tyranka". Ja Ci to synuś ku
sprawiedliwości historycznej cytuję, bowiem wiem, że Rosalind
Franklin kultem ogromnym otaczasz. Następnie Watson w książce
swojej informuje, iż Franklin "z racji pochodzenia z londyńskich
wyższych sfer należała do bardziej wyrafinowanego światka
towarzyskiego niż większość naukowców". Mnie na przykład ten
komentarz denerwuje, bo niby co to do rzeczy ma. Gdy tylko
Cricka w Piekle napotkam, to go o jakieś osobiste wyjaśnienia
poproszę, bo on blisko Rosalindy się przemieszczał, więc wiedzę
konkretną o niej posiadać musi.
Ciąg dalszy w wersji pełnej