CZTERDZIESTU MAŁYCH KOCHANKÓW
Czerwona kałuża rozlewała się coraz szerzej, gęsta i spoista. Kobieta wpatrywała się w nią z bliska, oparłszy brodę na piegowatych piąstkach. Mówiła do siebie, ledwie poruszając wargami.
- Krew ziemi, krew owoców, krew dzieci, kobiet i mężczyzn, winnych i niewinnych...
- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytał barman, młody wysoki chłopak ze śladami trądziku na twarzy. W ręku trzymał gąbkę i miał wyraźną chęć, aby podnieść przewróconą puszkę soku, z której wciąż z cichymi bulgnięciami wyciekał lepki płyn.
- Nie! - Odgoniła go jak natrętną muchę. - Albo tak. Daj mi papierosa, młody człowieku. Czy wiesz, że jesteś przystojny? Macie tutaj telefon?
- Oczywiście. Tam, w lewo, przy wejściu do toalety.
Weszła do toalety. Lubiła zapach delikatnie perfumowanych środków dezynfekcyjnych, biel glazury i głębię obustronnie rozmieszczonych luster. Spojrzała na tę drugą Alison, leworęczną, małpującą jej ruchy w ciut poszarzałym świecie, ciemniejszym o pół działki na skali diafragmy, jak powiedziałby George...
Wpiła się wzrokiem w swoją twarz, trójkątną i trochę nieforemną, z męskim nosem, nienaturalnie szerokim u nasady, żółtozielonymi oczami i grzywką atramentowoczarnych włosów nad niskim czołem.
- Nieźle, nawet całkiem dobrze. Figura również, lepszej nie miałam i dwadzieścia lat temu. Och, czuję się jeszcze taka młoda, a tutaj to całe bagienko. Tak, George, to jest myśl.
Szczęknęły drzwi, weszła ciemnoskóra sprzątaczka. Idąc kołysała się na boki, włosy miała obwiązane beżową chusteczką.
- Czy pani wołała? - spytała i zatrzymała się, trzymając w jednej ręce plastikowy pojemnik, a w drugiej szczotkę. Białka jej oczu przywodziły na myśl otwory wycięte w czarnej masce.
- Ależ skąd, nie!
Alison odwróciła się i uchwyciła brzeg umywalki, aż zbielały stawy jej palców. Tak, place miała długie, lecz trochę za grube. Cóż to szkodzi? Z takimi palcami, trochę krzywymi nogami i zbyt dużymi kolanami dawała sobie świetnie radę. Ważne są chęć i radość życia, cała reszta układa się sama.
George, tak, on mógłby pomóc. Jak to dobrze, że przypomniała sobie o nim. Ciągle robił zdjęcia, jej portretami zapełniał całe staromodne albumy. Potem, gdy na jakiejś szkolnej zabawie poznała tego młodego nauczyciela - już zapomniała, jak miał na imię - George sprawiał wrażenie kompletnie zaskoczonego. Nie mógł uwierzyć, niemądry, że to już koniec, i że powroty są niemożliwe. A teraz ona sama chce wrócić. Po prostu potrzebuje jego pomocy.
- Jesteśmy w niebezpieczeństwie - powiedziała do tej leworęcznej. I poszła do telefonu.
Gdy ujęła słuchawkę, wydało jej się, że ktoś obserwuje ją od strony baru. Przed lokalem rozległ się pisk opon. Nie, lepiej będzie przenieść się w inne miejsce. Tutaj spędziła wystarczająco dużo czasu.
Na zewnątrz świeciło słońce, wiał ciepły wiatr i kwitły azalie. Furkotały sznury kolorowych chorągiewek, starszy mężczyzna niósł hamburgery w styropianowych pudełkach, przejechał samochód policyjny.
Alison nie zamykała dachu swojego kabrioletu. Lubiła ostry pęd powietrza, czuła wtedy ruch, szybkość, życie. Nie zastanawiała się nad tym, że jest dobrze widoczna.
Podjechała do stacji benzynowej. Telefon umocowany był na zewnątrz. Połączyła się z operatorem, a potem w zniecierpliwieniu zagryzała wargi, gdy tamten szukał numeru Georga. Nie było go w domu, ale kobieta o ciepłym głosie podała numer do pracy. Tak, George na pewno ma żonę, dzieci, dom z ogrodem, psa i akwarium z rybkami. I spokojne, przyzwoite życie.
- Niestety, wyszedł na lunch - poinformowała ją sekretarka. - Czy to bardzo pilne?
- Nie, to znaczy... tak. Bardzo.
- Powinna go pani jeszcze zastać w restauracji Amigos, tej przy ulicy Walnut.
- Och, dziękuję!
George postarzał się, najbardziej wokół oczu. Postarzało się też jego spojrzenie. Włosy miał szpakowate, bardziej pochylał głowę. Jego śmiech brzmiał jednak tak samo wesoło jak piętnaście lat temu.
Alison poczuła się niepewnie. Co będzie, jeśli ją zignoruje? Albo nie pozna? Wciąż jeszcze może wyjść i próbować dawać sobie radę na własną rękę. Nie, to byłoby dziecinnie głupie.
Podeszła kilka kroków i pomachała ręką. Nareszcie ją zauważył. Jego twarz znieruchomiała, zastygła w połowie uśmiechu, przez policzki przebiegł rumieniec. Przeprosił swoje towarzystwo, wstał i podszedł.
- Nie pomyliłaś mnie z kim innym, Alison?
- Cześć, George. Nie będziemy chyba tak stali na środku?
Był wyraźnie poruszony, ale już włączyły się neutralizujące mechanizmy obronne. Patrzał na nią niechętnie spod opuszczonych powiek. Z bliska okazał się jeszcze starszy, oczy miał podkrążone i trochę podpuchnięte.
- Jeśli masz ważny powód, możemy porozmawiać. - Wskazał wolny stolik.
- Mam. Inaczej bym cię nie szukała. George, zrozum, jestem w niebezpieczeństwie. Musisz mi pomóc! Kiedyś mówiłeś, że ilekroć będę w potrzebie...
- Kiedyś to było kiedyś. Słońce świeciło jaśniej, gwiazd było więcej. Potrzebujesz pieniędzy?
- George, mój drogi, nie bądź taki - z wystudiowanym roztargnieniem szukała właściwego słowa - zasadniczy.
- Nie jestem. Tylko trochę się spieszę. Czekają na mnie.
- No to idź do nich. - Podniosła się, lecz przytrzymał ją, przykrywając jej dłoń swoją.
- Już dobrze, Al. Dadzą sobie jakoś radę. - Machnął im ręką, że zostaje. - Mów, w co wdepnęłaś.
Alison uśmiechnęła się. Na razie szło dobrze. To był wciąż ten sam wrażliwy George, który starał się być uczciwy i sprawiedliwy, no, przynajmniej we własnych oczach. W gruncie rzeczy był sentymentalny do znudzenia, ale teraz okazał się niezastąpiony.
- Wiedziałam, że mogę na tobie polegać, Jo - pochyliła się nad stolikiem i ściszyła głos. - Chodzi o Adama. Prawda, ty go nie znasz. Byłam z nim jakiś czas. Okazał się nie taki, no, nie dla mnie.
George pobladł. Alison pochyliła się jeszcze bardziej i nagle zaczęła mówić głośniej, próbując w ten sposób przerwać niedobre skojarzenia.
- Był zupełnie inny niż ty. Oszukiwał mnie, nie szanował moich uczuć. A potem udawał zdziwionego, nawet zaskoczonego. Mało tego, stwierdził, że go zniszczyłam. Źle się to skończyło, musiał mieć jakieś odchylenia! - Wykonała ruch dłonią koło czoła. - Nie czuję się winna, ach skąd, zupełnie sam to sobie zrobił, schizol jeden. Ale nie lubię glin, przesłuchań i tak dalej. Dokopią się jeszcze nie wiadomo czego.
- Masz coś do ukrycia?
- Co ci przychodzi do głowy?!
- Więc czym się martwisz, skoro jesteś czysta?
- Och, nie znasz jego rodziny... nigdy nie wiadomo, co wymyślą. To czubki, jak i on sam. Obawiam się, że mogą dochodzić sprawiedliwości, tej w swoim rozumieniu, na własną rękę. Po prostu boję się, George!
- W porządku, nie denerwuj się. Masz jakiś plan?
- Owszem. Chcę wyjechać.
- Dokąd?
- Na Północ.
- Zwariowałaś?!
Zapadło niezręczne milczenie. Goście przy sąsiednich stolikach, którzy na chwilę odwrócili głowy, ostentacyjnie podjęli rozmowy, zajęli się niedopitą kawą lub napoczętą tortillą.
Alison wyciągnęła papierosy. Paliła tylko przy gościach lub gdy była zdenerwowana. Gwałtownymi ruchami przeszukała torebkę.
- Przynieś mi zapałki - poprosiła i spróbowała się uśmiechnąć. Jej uśmiech miał coś z reakcji podrażnionej kotki: unosiła górną wargę, odsłaniając małe, stłoczone ząbki. Oczy, zwykle pogodne, pozostały skupione i poważne.
George nie wiedział, co zrobić z rękami. Splatał dłonie, chował je do kieszeni, rysował palcem na serwecie. Potem przyniósł zapałki i rzucił je na stół.
- Czy mówisz poważnie?
- Jak najpoważniej.
- Do czego ja jestem ci potrzebny?
- Chcę cię prosić, żebyś mi towarzyszył. Niedaleko, do Astorii, najwyżej do Aberdeen. Boję się, ale dalej pojadę sama.
- Czy wiesz, że stamtąd jeszcze nikt nie wrócił?
- Nie mam zamiaru wracać. Postanowiłam patrzeć w przyszłość. Życie wspomnieniami nie ma sensu.
George pochylił głowę i zasłonił się filiżanką. Także czynił kiedyś różne postanowienia, na przykład że należy planować pragmatycznie i żyć rozważnie, dążyć do awansu, przestać żyć sentymentami. Zawsze jednak robił wszystko po staremu. Co ma odpowiedzieć tej kobiecie, do której powinien żywić tylko niechęć? Zamiast pożegnać się i odejść, skinął głową.
- Zgoda. Odwiozę cię kawałek i wrócę. Uważam, że postępujesz niemądrze, pod wpływem impulsu. Po drodze będziesz miała czas na zastanowienie.
- Och, wiedziałam! Jesteś kochany. Sądzę jednak, że byłeś mi coś dłużny. Tak, jak mnie traktowałeś...
- Moja droga, pozostawmy nasze rzeczywiste i wyimaginowane winy za grubą kreską, zwłaszcza jeśli chcemy spędzić kilka dni wspólnie.
- Już dobrze, cicho, będę grzeczna. Nawet przestanę palić. Czy jesteś gotów? Wyruszamy natychmiast.
- Co? Przecież...- zająknął się. Znów ta narwana trzpiotka przejmowała inicjatywę. Siedziała naprzeciw z pałającymi oczami, jej wargi, zwykle blade, teraz podbiegły czerwienią. Naprawdę niewiele zmieniła się przez te lata.
- Jo, zrozum, że nie mogę czekać ani chwili dłużej. Nawet jeśli niebezpieczeństwo wymyśliłam sobie sama, co nie jest prawdą, to i tak odczuwam je równie silnie. Wszystko, co będzie potrzebne, kupimy po drodze. Weźmiemy mój kabriolet, a z Aberdeen wrócisz wynajętym samochodem. Zatelefonuj stąd do pracy i do domu, tylko, błagam, skończ z tym w ciągu dziesięciu minut. Ja tymczasem zapłacę. Zaczekam w samochodzie, okay?
- Ładnie to sobie ułożyłaś - wysapał George i wstał. Wahał się jeszcze chwilę. Odczuł dawno zapomniany dreszczyk emocji i pomyślał, że przez ostatnie szare lata może zasłużył sobie na jakąś małą przygodę. Poszedł zadzwonić.
Alison czekała w swoim czerwonym wozie tuż przed wyjściem, z zapuszczonym silnikiem. Ruszyła ostro, wymuszając pierwszeństwo przejazdu. Pęd powietrza rozwiewał im włosy, zmuszał do mrużenia oczu.
- Aż się prosisz o mandat, a przy okazji o kontrolę policyjną - z uśmiechem zauważył George.
Alison, jak niegdyś, natychmiast zaczarowała go swoim zwariowanym nastrojem. Coś znowu zaczynało się dziać, sypnęło szaleństwem i ryzykiem, słońce ostro zaświeciło znajomą barwą z tamtych lat.
Alison, Al. Jej ciało zawsze tak mocno reagowało na jego bliskość. Stale go uwodziła, przy niej czuł się piękny i wielki. Był macho, ale w gruncie rzeczy pragnął, aby z baranka, którego wodził za nos i często upokarzał, choć na jeden dzień zamieniła się w lwicę i pokazała mu jego miejsce. Chciał jej powiedzieć, że kocha się mimo wszystko i że wszystko można wybaczyć, ale również i to, że miłość bez godności rodzi niechęć i brak szacunku. Psychiczne atawizmy istnieją zawsze i u każdego. Marzył o tym, aby dała mu po pysku, nie przestając kochać. Stało się inaczej - z wyczekującej dziewczynki zamieniła się od razu w atakującego grzechotnika. Na stałe.
Puściła kierownicę i wyrzuciła ręce w górę, zakrzywionymi palcami chwytając strugi zgęstniałego powietrza.
- Nie myślałeś, Jo, że to wszystko może być wielkim blefem? Adam, Droga Na Północ, i te de? Po prostu gwałtem wyciągnęłam cię z wygrzanego gniazdka, porwałam, aby w końcu uwieść w przydrożnym hoteliku?
Georgowi szpilka obróciła się w żołądku. Nie odpowiedział.
- Nie obawiaj się, mój drogi, wiesz, że lubię pleść głupoty. Naprawdę, proszę cię jedynie o przyjacielską przysługę.
Przystanęli na krańcu miasteczka. Alison tankowała wóz, a George kupił w podręcznym sklepiku dżinsy, tenisówki i czapkę. Wyglądali teraz jak para wakacyjnych kochanków.
- Prowadź - zadecydowała Alison. - W razie kontroli pokazuj swoje prawo jazdy. Mnie dopiero co poznałeś w barze i nic o mnie nie wiesz.
- To niemal prawda. Co robiłaś przez ostatnie piętnaście lat?
Odwróciła głowę, spoglądając na oddalające się pudełka domków pośród gładko wystrzyżonych trawników.
- Żegnaj, moja rodzinna wiosko. Tutaj przyszłam na świat, tutaj robiłam głupie kawały w szkole, tutaj miałam wszystkich swoich kochanków. Ale umrę gdzie indziej. Co robiłam? Żyłam. Bawiłam się. Pracowałam w sklepie. Wyszłam za mąż. Miałam dziecko - Dominikę zostawiłam u swoich rodziców. Ona doskonale czuje się z koleżankami i komputerem, teraz nie potrzebuje mnie aż tak bardzo. Za miesiąc lub dwa, jak zrobi się spokojniej, wrócę i zabiorę ją stąd na zawsze. Poświęcę się dla niej, bo jest moją jedyną prawdziwą miłością.
Wyjechali na nadmorską szosę. Kamienne ściany opadały prawie pionowo do oceanu, rozmydlone fale przewalały się po płyciznach. W zatokach, na kamienistych plażach i na wystających z wody płaskich skałach wylegiwały się stada fok. Daleko na północy piętrzyła się czapa sinoszarej mgły, która przykrywała widnokrąg jak monstrualnej wysokości zlodowacenie.
- Nie boisz się? - cicho spytał George.
- Czego mam się bać? Bardziej boję się tego tam - wskazała za siebie. - Szukasz, rzucasz się, za każdym razem myślisz, że to już, że wreszcie wyciągnęłaś swój los, a potem koniec, mniej lub bardziej smutny czy tragiczny. Ile razy można zaczynać, jak długo poszukiwać?
- Dopóki masz chęć rano zaparzyć sobie kawy, a potem sięgnąć po telefon.
- Ech, nic nie rozumiesz. Wszystko mnie nudzi. Chłopy trafiają mi się coraz gorsze, a tak naprawdę ja jestem coraz gorsza.
Spojrzał na nią z boku, lustrując chłopięcy profil, uparcie wysuniętą brodę, gęstwę matowoczarnych włosów, w których jeszcze nie było najmniejszego pasemka siwizny.
- Wielu ich miałaś?
- Może czterdziestu. Nie wiem. To przecież nieważne, nie pamiętam nawet ich imion.
- Nie jedź tam, to idiotyczny pomysł. Odpoczniesz z tydzień w jakimś nadmorskim pensjonacie i wrócisz gotowa do dalszego życia. Z Północy już spod Anacortes ludzie wracali inni. Opamiętaj się!
Był pewien, że zdoła ją przekonać. Miał jeszcze trochę czasu, ale wolał zacząć już teraz.
- Tak, ale przecież wracali. Co oznacza, że nie ma tam wampirów ani wilkołaków. Po prostu jest inaczej. Może lepiej?
- Posłuchaj! - Mocniej ścisnął kierownicę. - Przez Boga lub Naturę dany jest nam świat jedynie dostępny. Musimy go polubić, innej drogi nie ma.
- Jest! - zaśmiała się wysokim, trochę skrzekliwym głosem. - Droga Na Północ. Jo, za Rockport uważaj, w lewo odchodzi boczna szosa. Chcę kogoś odwiedzić.
Wkrótce zjechali na lokalną drogę. George musiał zwolnić, lawirując między dziurami w asfalcie. Gałęzie jakiegoś dziwnego gatunku wierzb zwieszały się nisko, stukając w maskę samochodu i sięgając ich twarzy. Zrobiło się ciemniej w tle, ale jakby bardziej świetliście, bo jasne przedmioty emanowały słaby poblask, widoczny także poza ich konturami. Niepostrzeżenie wjechali w obłok rozrzedzonej mgły.
- Zasuń dach, robi się chłodno. - Alison skrzyżowała ramiona i skuliła się. Wyglądała teraz jak wystraszona dziewczynka.
Droga była nierówna, samochód kołysał się jak łódź. Nagle pozostawili strefę mgły za sobą, słońce ostro zalśniło na niklowanych częściach wozu.
- Skręcaj! - Alison chwyciła go za rękę. Jedź tą utwardzaną drogą aż do brzegu.
Ocean wyglądał jak zajmująca połowę świata, parująca misa - zalegająca nad wodą mgła sięgała górnego brzegu urwiska. Jej zgęstniałe fale i garby przemieszczały się powoli, czasem z pęczniejącego pagórka odrywał się bury strzęp i z podmuchem wiatru szybował nad ląd, rozpościerając się jak wachlarz.
- To żyje - szepnęła Alison. Bezwiednie zacisnęła palce na ramieniu Georga. Oddychała płytko i szybko.
- Już się boisz? Na samym początku?
- Nie... To jest bardziej fascynujące, niż straszne.
Przy drodze stał człowiek. Wielki i barczysty, nagie ramiona wzniósł w górę, jakby chciał objąć niebo, lecz opuszczona głowa świadczyła o zwątpieniu i rezygnacji. W tym zestawieniu uniesienie rąk można było odczytać jako gest wyrażający bezradność. Na głowie mężczyzny siedział ptak, który ociężale odleciał w zarośla.
- Jedna z rzeźb Billa - powiedziała Alison. Wjeżdżamy na jego teren.
Inne posągi stały w polu, między drzewami, lub były wyrzeźbione bezpośrednio w skale, stanowiąc jej integralną część. Przedstawiały hybrydy ludzi i zwierząt, zastygłe w umęczonych pozach na szczątkach potrzaskanego świata. Dopełnieniem kształtu były syczące lub głucho wibrujące dźwięki - rzeźby, rozcinając podmuchy wiatru, zdawały się rozmawiać ze sobą.
- Niektóre z nich mają systemy przewodów, funkcjonujących podobnie do fletni - wyjaśniła Alison. - O, tam, widzisz skalną pustelnię? Jest domem tego wariata.
Kilkakrotnie nacisnęła klakson. Ostry dźwięk powrócił echem od skał i przepadł we mgle nad oceanem.
Ruszyli piechotą wzdłuż szpaleru niedokończonych figur. Zwracały się do nich twarze bez oczu, pół-ludzie pół-ptaki wyciągały skrzydła lub zniekształcone dzioby pełne zębów. Nagie kobiece torsy miały głowy gadów i były wtopione w chaotyczne nagromadzenie szkieletów, poskręcanych kadłubów ludzkich i zwierzęcych, rybich oczu wyzierających spoza szczątków konstrukcji mechanicznych.
Z kamiennej chaty, przyklejonej do zbocza jak jaskółcze gniazdo, wyszedł zwalisty mężczyzna. W ogromnej szopie włosów miał źdźbła słomy, dziko rosnąca broda zasłaniała większą część twarzy. Oczy miał zaczerwienione, z daleka czuć było przetrawionym alkoholem.
- Znowu piłeś! - wysyczała Alison. - Cóż, teraz, na szczęście, to już tylko twoje własne zmartwienie. Poznajcie się: mój dawny znajomy George, mój mąż Bill. Z Billem jesteśmy w separacji od dwóch lat.
Mężczyzna zbliżył się i wyciągnął do niej obie dłonie. Pokrywały je niezliczone blizny.
- Daj spokój, Bill. Wiesz przecież, że wszystko się skończyło. Twoje marzenia i plany zlewają się w jedno i są nierealne jak zawsze. Kiedyś mówiłeś, że chcesz jechać Na Północ. To jedno marzenie ma szanse spełnienia, możemy zabrać cię ze sobą. Zastanów się jednak dobrze, bo zapewne już nigdy nie zobaczysz swoich gadających rzeźb.
Bill natychmiast skinął głową, przeciągnął czubkami palców wzdłuż tułowia, po czym wskazał na samochód.
- Jesteś gotowy, tak jak stoisz? Dobrze, po drodze kupimy, co trzeba. Jedziemy, szkoda czasu.
- Zaraz, chwileczkę - wtrącił się George. - Czy ja jestem wam jeszcze potrzebny?
- Też coś! Czy uważasz, że będę bezpieczna z tym wiecznie pijanym, nieodpowiedzialnym, tylko trochę wyrośniętym chłopcem?
Gdy zajmowali miejsca, Bill ukradkowym gestem zaproponował Georgowi butelkę, a gdy ten odmówił, sam pociągnął tęgi łyk. Alison przestała się nim interesować.
- A zatem, w Drogę Na Północ! - zaczęła z animuszem, lecz nie dała sobie rady z załamującym się głosem.
Silnik pracował niemal niedosłyszalnie. Od razu wjechali pod jęzor mgły, sięgający od oceanu aż po pobliskie skalne urwiska. Posąg stojący na straży wciąż unosił ramiona w teatralnym upojeniu lub może bezsensownej rozpaczy. Ptak, który najwidoczniej obrał sobie jego głowę za stały punkt obserwacyjny, odleciał w ostatniej chwili, machając skrzydłami bezgłośnie lecz gwałtownie, jakby ze złością. Powietrze było gęste, wytwarzając opalizujący ośrodek słabo przepuszczalny dla dźwięków. Dopiero na głównej szosie do Rio Dell zza rdzawych oparów wyjrzało słońce. Wtedy natknęli się na pierwszy posterunek.
Szosa była zupełnie pusta. Policjant zauważył ich z dużej odległości i włączył wirujące niebiesko-czerwone światła, po czym wysiadł i pomachał ręką.
- Pamiętaj! - Alison była bardziej wściekła niż przestraszona. - Co za pech!
- Spokojnie, ten glina nie wygląda na ludojada.
Policjant był mocno szpakowatym mężczyzną pod sześćdziesiątkę. Na jego jowialnej twarzy gościł permanentny, służbowy uśmieszek. W cywilu mógłby być właścicielem sklepu z antykami i ojcem wielodzietnej rodziny. Nie spieszył się.
- Dzień dobry. Ruch lokalny, czy dłuższa wycieczka?
- Jedziemy do Aberdeen - powiedział George.
- Ja bliżej, do Eureka. Tam mieszkam - wtrąciła Alison. Bardzo starała się być swobodna.
- A pan? - policjant zwrócił się do Billa.
- Och, on jest za mną. To mój mąż. Nie mówi, ma raka krtani.
- Aha. Jesteście świadomi faktu, że obszar za Aberdeen należy do tak zwanej Strefy Północnej, a wpływ tej Strefy sięga znacznie dalej na południe, być może nawet do tego miejsca?
- Tak. Wszyscy o tym wiedzą.
- Ale nie wszyscy wiedzą, że stamtąd można nie wrócić. Albo wrócić innym i nie znaleźć pracy. Albo nie znaleźć pracy bez żadnych określonych powodów. Czy to, co mówię, jest zrozumiałe?
Policjant wiódł zmęczonym wzrokiem od twarzy do twarzy, aż wszyscy troje kolejno przytaknęli. Wtedy wręczył im ulotki informacyjne.
- Żyjemy w wolnym kraju, gdzie podróżowanie nie jest ograniczone, ale osobiście radzę zawrócić. Tak czy inaczej życzę szerokiej drogi. Jedziecie z Fort Bragg? - zagadnął, zatrzymując się w pół kroku.
- Nie, to znaczy byliśmy tam przejazdem - nerwowo wyjaśniła Alison.
- W porządku. Do widzenia.
Ruszyli ostro.
- Słyszałeś?! Pytał o Fort Bragg! - Alison pobladła, jej wargi stały się prawie tak białe jak policzki.
- Cóż z tego? Czy musiał zaraz mieć na myśli twoje ostatnie wyczyny? One zapewne nie mają wystarczającego ciężaru gatunkowego. - George nie mógł się powstrzymać, ale Alison skwitowała jego złośliwość wyniosłym milczeniem.
Jechali bez przerwy, aż słońce zniknęło we mgle nad oceanem. Ruch był niewielki, z rzadka mijały ich brudne terenowe jeepy miejscowych farmerów lub poobijane samochody młodych wiejskich dziewcząt, spieszących na randki. Przejeżdżali przez zwyczajne miasteczka, składające się z domków przypominających białe skrzynki, ustawionych na wystrzyżonych trawnikach, z pawilonów handlowych i stacji benzynowych. Bill spał z otwartymi oczami. Wydawało się, że wypatruje czegoś za oknem w szarym, skotłowanym mleku nad oceanem.
Zanocowali w lichym motelu, odwiedzanym głównie przez kierowców ciężarówek i mieszkających w pobliżu nastoletnich zakochanych. Alison wzięła dwułóżkowy pokój. Prześcieradła były gładko zasłane i tylko miejscami zabrudzone zakrzepłą spermą.
- Będę spała z Billem - zdecydowała. - W końcu wciąż jest moim mężem.
Noc była duszna i pełna szmerów. Bill nie poruszył się ani razu, nie słychać było nawet jego oddechu, natomiast Alison kręciła się, ciągle wstawała, czegoś szukała w torbie i w szufladach. George słyszał jej ciche stąpanie po miękkiej wykładzinie podłogowej, raz podeszła nawet tak blisko, że poczuł jej zapach, prawie zapomniany, a jednak tak intensywnie znajomy. Nie mógł spać i wstał pierwszy, gdy tylko zaczęło świtać. Odsunął kotarę i pokój wypełnił brudnoszary blask.
Bill leżał nieruchomo ze wzrokiem skierowanym w sufit. Jego wzdęty brzuch okryty był stertą koców. Alison drgnęła i osłoniła dłonią usta, powstrzymując krzyk, a może tylko westchnienie. Zawsze ukrywała emocje, dusiła je w sobie ujawniając tylko te, które miała chęć pokazać. Przy stosunku krzyczała wyłącznie dlatego, żeby słyszała ją sąsiadka za ścianą, pomyślał George z uczuciem pokrewnym Schadenfreude. Potem przemógł się i przyłożył ucho do tłustej i wilgotnej piersi leżącego mężczyzny. W środku coś poruszało się z heroicznym trudem, jak na wpół uduszony płód.
- Żyje. Ale jego serce, nie do wiary, bije najwyżej raz na pięć sekund!
- No to co? - Alison drżącymi palcami manipulowała przy papierosie. - Czy cokolwiek tutaj jest normalne? Daj mi zapałki!
Ale nie zapaliła. Podeszła i uderzyła Billa w splot słoneczny. Bosą piętą, z rozmachem. Potem jeszcze raz, i jeszcze. Przypadła i grzmotnęła go dłonią w twarz, aż poszło echo. George nie posądzał jej o tyle siły. Gdy podszedł i usiłował ją odciągnąć, dostało się i jemu. Strzeliła go w twarz z taką siłą, że świat gwałtownie zmienił współrzędne i potrzebował kilku sekund na powrót do stanu wyjściowego. Zatoczył się i to przerwało jej furię.
- Przepraszam - powiedziała szeptem. - Naprawdę nie chciałam.
Za to Bill poruszył się i usiadł, a potem wstał. Wszystkie ruchy wykonywał nienaturalnie powoli. Jego oczy pozostały nieruchome, łzawiące, rybie.
- Dzięki Bogu, jeszcze nie urżnął się w trupa. - Alison odetchnęła. - Tęsknię za mocną, gorzką kawą.
W recepcji serwowano na śniadanie, a raczej zamiast niego, napoje bezalkoholowe. Na zewnątrz, za przyciemnianymi szybami trwała mleczna biel, gęsta i nieporuszona; otaczała, oblewała ich szklaną klatkę ze wszystkich stron. Gdy zakończyli przygotowania do drogi, zasłony mgły rozsunęły się, najpierw jakby specjalnie dla nich, a potem podniosły się ponad okoliczne domy i drzewa, otwierając przestrzeń dla światła i wiatru.
Znów jechali bez wytchnienia wiele godzin, wciąż Drogą Na Północ, mając po lewej ręce ocean. Gdy zwalniali w osadach i przy wjazdach na farmy, widzieli ludzi siedzących w kucki lub nieruchomo stojących, zawsze pojedynczo, i zawsze wypatrujących czegoś od strony oceanu.
Alison była skrupulatna. Przed wyrzuceniem przejrzała ulotki informacyjne, otrzymane od policjanta.
- Co za bzdury! Posłuchajcie tylko: oni tu piszą, że to może być smog przemysłowy! Bill, czy ty jeszcze żyjesz? Ech, szkoda słów. Pomyśleć, że kiedyś mogliśmy być szczęśliwi. I z tobą też, ty durniu. - Gwałtownie zwróciła pobladłą twarz do Georga.
Zacisnął zęby i policzył do dziesięciu. A potem do dwudziestu.
- Zaczęłaś coś o smogu.
- Uniki, ucieczka od decyzji, wygodnictwo. Cóż, tak też można iść przez życie, pewnie nawet lepiej niż w inny sposób. Powiedz, ale szczerze: dobrze ci tak, jak jest?
- Mam mniejsze poczucie winy. I spokój.
- Spokój, spokój. Czy właśnie on jest jedynym celem?
- Zależy, co życie ci dało. Lub wzięło.
- Och, z tobą nie można rozmawiać. Gadanie bez sensu.
- Co z tym smogiem?
Zapadło milczenie. Alison tasowała ulotki.
- No dobrze, wiem, że nie powinnam cię zaczepiać, w końcu wyświadczasz mi tylko drobną przyjacielską przysługę i nic ponadto. Lepiej nie budzić demonów przeszłości. Naprawdę interesują cię te informacje?
Skinął głową.
- Otóż... Mam trzy teksty różnych sekt religijnych. Wiadomo - jeśli dzieje się cokolwiek dziwnego, stanowi to zapowiedź rychłego końca świata lub nadejścia Mesjasza. Sąd Sprawiedliwości Moralnej, Czyściec Retrospektywny i podobne historie. Dalej mam oficjalne informacje rządowe. Zjawisko bada się, nie ma prawdziwego zagrożenia, sytuacja jest pod kontrolą, występują zasłabnięcia i zachorowania, ale ich liczba jest "dopuszczalna względem statystycznej normy". Tyle służby federalne. Jakiś lekarz ostrzega, że mają miejsce przypadki śpiączki i katatonii. Klimatolodzy twierdzą, że obserwujemy pierwsze symptomy zlodowacenia po koreańskich eksperymentach z bronią jądrową, które zmieniły klimat nad północnym Pacyfikiem. Towarzystwo Ufologiczne donosi, że mgła jest zasłoną maskującą kosmiczne przedsięwzięcia transportowe na dużą skalę. Według "PCAT Friends" szybkość transmisji danych przez sieć w Kanadzie i na północy Stanów Zjednoczonych wzrosła ostatnio pięciokrotnie. Czytać dalej?
- Nie. Popatrz.
Na poboczu stał samochód policyjny, tak usytuowany, że zobaczyli go dopiero w chwili mijania. Nie włączył sygnalizacji świetlnej ani nie ruszył za nimi. Jeden z policjantów rozmawiał przez radiotelefon.
- Cholera! - Alison uderzyła dłonią w kolano.
- Ty chyba naprawdę coś przeskrobałaś. - George usiłował zażartować, ale nie wyszło mu zbyt dobrze.
- Nie staraj się być dowcipny.
W milczeniu dojechali do Aberdeen i minęli to miasto. Gdy zapuścili się między lesiste wzgórza, zaczął padać śnieg tak drobny, jakby składał się z zamarzniętych kropelek mgły. Szosa pokryła się białym pyłem, rozwiewanym w gwałtownych zawirowaniach powietrza. Pnie sosen błyszczały w lodowej polewie, ich gałęzie przypominały kryształowe żyrandole. Droga pięła się w górę, a jej korytem z wiatrem spływał potok twardych śnieżynek, oblewając samochód, napierając, grzechocząc o szybę i blachy. Wydostali się na nadmorski płaskowyż.
- Zatrzymaj się na tym postoju - poprosiła Alison. - Widzę, że Bill ma nieprzepartą ochotę na przechadzkę.
Z półmroku stopniowo wyłaniały się drewniane stoły piknikowe przykryte śniegowymi obrusami, beczkowate zbiorniki na odpadki wyposażone w przemyślne zabezpieczenia przed niedźwiedziami, pawilon sanitarny z przyklejonymi z dwóch stron bańkami kabin telefonicznych, wyglądający jak owadzie monstrum z filmu grozy.
Bill z trudem wydostał się z samochodu, potknął się, długo nie mógł złapać równowagi. Jego oddech był chrapliwy i nienaturalnie powolny. Jak starzec szukając oparcia dla stóp przekroczył szosę i zmierzał ku nadmorskiemu urwisku. George ruszył za nim.
- Zostaw go! - Alison machnęła ręką. - Zawsze lubił plenery.
Rzeźbiarz zatrzymał się w bezpiecznej odległości od obrywu i patrzał w kierunku zasnutego mgłą oceanu. W pewnej chwili poruszył ramionami; wydawało się, że chce je unieść ponad głowę, ale zatrzymał się w połowie gestu z łokciami zabawnie odsuniętymi na boki. George podążył za jego spojrzeniem, ale nie widział niczego poza kłębowiskiem zmiennych kształtów. Coś przemieszczało się tam, falowało, po dłuższej obserwacji zmęczone oczy rejestrowały rozbiegające się ludzkie cienie, rozpadające się bryły i trzepoczące ptasie skrzydła.
Z tyłu, od lądu, dobiegły odgłosy rozmowy. Czerwone i niebieskie lampy alarmowe wzniecały fajerwerki blasku. Mgła odpowiadała odbitym światłem, dodając aureole i zjawiska barwnego rozszczepienia. Alison po przyjacielsku gawędziła z dwoma policjantami. Cała trójka paliła, dym tworzył świecące chmury, co raz rozjaśniane od wewnątrz.
- Zaraz wrócę, musimy coś wyjaśnić! - krzyknęła do Georga, pomachała mu dłonią i zręcznie wsunęła się do policyjnego wozu. Odjechali na pełnym gazie buksując oponami po lodowej skorupie, pozostawiając śnieżną kurzawę i żarzące się niedopałki.
George strzepnął śnieg i przysiadł na jednym ze stołów. Nie czuł zimna, chociaż włosy na jego rękach pobielały od szronu. Nie spieszył się, wszystkie ruchy wykonywał z niedbałą godnością. Z zaciekawieniem przyglądał się zamglonemu krajobrazowi, analizując efekt pogłębionej trójwymiarowości. Chętnie napiłby się mocnej kawy lub spróbował papierosa, ale nie były to naglące potrzeby, rodzące się z napięcia nerwowego. Mógłby stanowić wzór niewzruszonego spokoju i zrozumienia dla wszystkiego i wszystkich. Dlaczego Bill ma cierpieć za to, że życie ułożyło mu się niezupełnie tak, jakby chciał? A może właśnie ten wariant losu był optymalny, wszystkie inne okazałyby się wyraźnie gorsze? Trzeba pójść i bez zwłoki powiedzieć mu o tym.
Podniósł się powoli, nie czując nóg. Wtedy mgła w dole drogi podpłynęła czerwienią i błękitem, trzasnęły drzwi, rozległy się zniekształcone głosy. Alison wróciła. Ile czasu minęło? Po co pojechała? Nie było to ważne. Nic nie było ważne poza majestatem przestrzeni na zewnątrz i ciepłą życzliwością, którą miał w sobie.
Podeszła nieśmiało, z dłońmi splecionymi na podołku. Ubrana była jakoś inaczej niż poprzednio, w obszerny puszysty sweter, oczywiście szary, czarne obcisłe spodnie z trykotu i białe tenisówki.
- Nie gniewasz się? - spytała pojednawczo, tonem wykluczającym wszelkie wątpliwości. Uśmiechnęła się, ukazując stłoczone, małe zęby, a w jej oczach wciąż było pytanie. Georgowi wydało się, że znów, jak przed laty, stoją przy oknie w niewielkim pokoiku, na parapecie kwitnie amarylis, a za oknem, w pejzażu pełnym domków o ceglastoczerwonych dachach, dominuje pojedyncza grupa wysokopiennych sosen. Ona wspina się na palce, bo jest dla niego trochę za niska, obejmuje go z oddaniem i namiętnością, ale bez czułości. Żaden z jej kochanków nie potrzebował czułości, brali ją pospiesznie, twardo, niektórzy lubili artyzm techniczny, jak wytrysk we włosy, no i oczywiście orgazmy, jak najwięcej orgazmów. Ale ona jest wielkoduszna, także jemu wszystko wybacza, więc nie daje z siebie zbyt wiele. Czasami naprawdę chce, ale nawet nie wie, jak zacząć.
I choć od tamtego czasu minęła epoka, znów, jak wtedy, przyciągnął ją do siebie. Pachniała słonym wiatrem, miodem i czymś jeszcze, czego nie da się ani opisać, ani wyrzeźbić, ani namalować.
Nie, to bez sensu! Nic nie wróci. Odsunął ją, niemal odepchnął. Nie warto niczego tłumaczyć ani wyjaśniać, powroty nad przepaścią czasu nie istnieją.
Stała przed nim z opuszczoną głową, blada jak śnieg, znów zawzięta i uparta.
- Nie jest ci chłodno? - spytał, aby przerwać niechętne milczenie. Mówił z trudem, gardło miał zdrewniałe i suche.
Potrząsnęła głową. Odwróciła się i pobiegła truchtem w kierunku Billa, który zastygł z częściowo uniesionymi ramionami, w dziwacznej pozie zranionego ptaka.
- Jesteś skończony, całkowicie gotowy, mój były mężu. Rozumieliśmy się tak dobrze, w pół słowa. Kochałam cię. Nawet teraz jeszcze...
Dotknęła jego oszronionej twarzy i uniesionych rąk.
- Chciałeś objąć niebo, wykuć je całe w niebieskim marmurze, ale na koniec starczyło ci gestu tylko na objęcie butelki. Biedny Bill. Jeśli przyczyniłam się choć trochę do twojego upadku, wybacz. A teraz - zjeżdżaj!
Popchnęła go, lecz stał twardo, nieporuszony, jak swój własny posąg. Z uśmiechem zastygłym na szarej twarzy wpatrywał się we mgłę, jakby właśnie tam dostrzegł nareszcie doskonałą harmonię kształtu i treści.
- Pomóż mi - stęknęła, mocując się z ciężką bryłą. Naparli oboje, i wtedy posąg przewrócił się z głuchym tąpnięciem. Bill, rzeźbiarz i alkoholik, kochanek i małżonek, pełen pasji, błąkający się między sukcesem a klęską, niebem a piekłem. Cóż...
- Trzeba sprowadzić lekarza - powiedział.
- On nie żyje. Zapił się na śmierć i zamarzł, to widać. Stworzył autoposąg alkoholika. I tak miał szczęście, że nie męczył się zbyt długo. Ma, na co zasłużył. Każdy dostaje w życiu tylko tyle, ile jest wart.
- Poczekaj. Masz lusterko?
Przyklęknął i zbliżył mężczyźnie lustro do ust, lecz szkło pozostało czyste. Bill nie oddychał.
- Zostawimy go tak? - zapytał.
- Owszem. Sprawę zgłosimy na posterunku w Anacortes. Przecież nie będziemy się z nim mocować, waży ze sto kilo. Możesz prowadzić?
- Mogę.
George czuł balsam, który oblewał jego duszę. Nie dziwił się niczemu, był spokojny jak nigdy, wydawało mu się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Poruszał się bez pośpiechu, rozkoszował widokami, obserwował opalizującą mgłę.
Pojaśniało, czasami rozlana plama pokazywała pozycję słońca. Wjeżdżali w coraz bardziej zaśnieżone obszary i w coraz wyższe góry. Samochód dzielnie piął się oblodzonymi drogami, ani na chwilę nie tracąc przyczepności. Mgła w powietrzu zrzedła, za to w dziwny sposób skupiła się wokół przedmiotów, tworząc otuliny zmiękczające fakturę i nadające łagodność konturom. Szosa biegła półkami i tarasami, a w dolinach wpadała w świerkową gęstwinę, tworzącą ponad nimi ośnieżone okapy ze splątanych gałęzi.
- Nie jestem pewien, czy my żyjemy, Alison - zażartował.
- Och tak, ja mam jeszcze dużo do przeżycia, czuję się wciąż taka młoda - odparła poważnie, szybko wyrzucając słowa. - Nie umrę szybko, wszyscy mówią, że dopisuje mi szczęście.
Przysunął się bliżej, objął ją. Otrząsnęła się niecierpliwie.
- Nie w głowie mi teraz amory! W ogóle... tamtej chwili, przy stole, nie traktuj poważnie. Ot, taki sobie kaprys po wódce. Ci policjanci dali mi kielonka. Fajne chłopaki, tyle że żółtodzioby, dzieci jeszcze. Łatwiej z nimi poszło, niż przypuszczałam. Kiedyś byłeś ty, przeminąłeś, kropka. Mówiłam ci już, że się nie wraca. Nie rozumiem sentymentalnych bab, patrzę wyłącznie w przyszłość, chwytasz?
George uśmiechnął się. Pamiętał dobrze, jak kiedyś, przed laty, jej słowa raniły i cięły. Teraz dobrotliwie przyglądał się tej kobiecie, dla której esencję życia stanowiła świeża namiętność. Tkliwa uległość i gloryfikacja dla tych, których kochała, mściwa nienawiść dla tych, przez których czuła się w jakikolwiek sposób pokrzywdzona czy odtrącona. Szczególna postać zespołu Clerambaulta? Może winiła ich za własne znudzenie?
Więc co z tego? Warto być przez nią kochanym, nie nienawidzonym. Być wielbionym przez taką kobietę to wspaniałe przeżycie dla mężczyzny. Podwójnie piękne, jeśli potrafi on docenić tę miłość w czasie jej trwania, a nie dopiero wtedy, gdy zamieni się w niechęć i pragnienie niszczenia. Trzeba wszelkimi siłami opóźniać nieuniknione nadejście tego drugiego etapu. Dla nich teraz rozpoczynał się etap trzeci.
Po drodze nie spotkali już nikogo. Dawno minęli opuszczone Anacortes i jechali białą drogą w kurzawie rozjarzonych śnieżynek, w pyle świecącego konfetti. Świerki wyciągały ku nim brodate gałęzie, a niebiesko żyłkowane skały piętrzyły się wokół kpiąc z prawa grawitacji. Mgła otulała wszystkie przedmioty tak szczelnie, że zdawała się wnikać do ich wnętrza i zespalać się z nimi jak dusza z ciałem, i może dlatego kontury nabierały niezwykłej ostrości, a barwy stawały się ciemne i głębokie.
W pewnej chwili George gwałtownie zahamował, aż zarzuciło wozem, a potem powoli podjechał do samej krawędzi urwiska. Kiedyś był tu punkt widokowy, teraz barierki i ławki dokładnie oblepił zlodowaciały śnieg.
Mgła rozwiała się, a na wprost rozpościerał się najniezwyklejszy widok, jaki zdarzyło im się kiedykolwiek oglądać. Z niknącej w chmurach góry spływał spękany lodowiec. Był olbrzymi jak młody łańcuch górski, żłobiące jego cielsko rozpadliny wypełniał niebieskawy mrok, a spiętrzone tafle lodu prześwitywały na zielono. Chmury lodowych igieł wirowały nad zębami turni. Kolos drżał, przestrzeń rozbrzmiewała trzaskami pękającego szkliwa. Lodowy nawis dotykał powierzchni morza, zjeżonej grzebieniami krótkich fal. Biel lodu ostro kontrastowała ze stalowogranatową głębią.
- Chciałabym tam wejść - powiedziała Alison. - Do środka.
George poczuł pewność, że nie musi już robić niczego więcej. Wystarczy poszukiwań, skrzętności, kalkulowania, wyborów. Dosyć! Miał przed sobą pierwotne piękno, wiecznie odtwarzające się w ruchu fal i zastygłe w bajkowy lodowy zamek. Nareszcie będzie mógł nasycić się nie tylko widokiem, ale także spędzić tu wystarczająco dużo czasu, aby zrozumieć sens poprzez harmonię. Ludzie... Odczuwał ich życzliwą bliskość, choć nie pragnął ich widzieć.
- I ty też? - spytała Alison, obchodząc go dokoła. Tkwił nieruchomo jak posąg, z twarzą skierowaną ku monstrualnej zastygłej rzece. Musnęła jego oszronione policzki, wskazującym palcem dotknęła otwartego oka. Rejestrował jej obecność, lecz nie zwracał na nią uwagi. Była postacią utkaną z mgły i cienia, trzepotała wokół niego jak ćma.
- Może myślisz, że to już koniec? O nie, mój drogi. Tak naprawdę nie było jeszcze prawdziwego good-bye. Czasem lubię tak komuś dopiec, żeby poczuł, że naprawdę żyje. Ty też poczujesz, nawet jeśli umierasz. Za to wszystko, co mi zrobiłeś...
Ujęła go pod ramię, naparła. Chwyciła za koszulę, której materiał zesztywniał jak żaglowe płótno. Uwiesiła się na nim, wbiła obcasy w zlodowaciały śnieg. Byłą mała i filigranowa, ale zawzięta i nadspodziewanie silna. Udało jej się trochę obrócić jego posąg. Jeszcze trochę. I jeszcze. Stał teraz twarzą do szarej skalnej ściany, z faktury przypominającej skórę słonia.
- Czyż nie należało ci się? - spytała, uśmiechając się samymi żółtymi oczami. - Sam przecież wiesz.
Odeszła do samochodu, kołysząc biodrami. Ta praca została zakończona.
George nie miał do niej żalu, wybaczył jej wszystko na kredyt. Teraz lubił ją nie za to, co zrobiła lub czego zaniechała, lecz po prostu za to, że istnieje właśnie taka, tak dobrze mu znana. Nie wiedziała, jeszcze nie wiedziała, że już nic nie może mu zrobić. George odczuwał obecność innych ludzi jak ciepło, chociaż jego ciało pokryło się szronem. Widział za pomocą ich własnych oczu, a wielu z nich patrzyło na ocean, niektórzy nawet na ten sam lodowiec. Gdzie byli? Może wtopili się w skały, lód i drzewa, a może byli falami na morzu?
Alison wyjęła z bagażnika torbę z zapasowym ubraniem. Zrzuciła z siebie wszystko i spróbowała przejrzeć się w bocznym lusterku. Tak, ciało dożywotnio dziewczęce, piersi wciąż jędrne i sterczące, choć na skórze coraz więcej przebarwień. Głowa niestety trochę ptasia, jakby doklejona. Cóż, całość ciągle jeszcze zupełnie niezła.
Przebrała się w czerwoną sukienkę mini i czarne szpilki, włosy upięła w kok. Wargi lekko pociągnęła szminką i zapaliła papierosa.
- Już - powiedziała.
Oparła się o maskę wozu i dalej paliła. Po jej plecach przemknął zimny dreszcz, palce sztywniały.
- Już!! - krzyknęła i uderzyła obydwiema pięściami w blachę karoserii. Rzuciła niedopałek i grzęznąc w śniegu, nabierając go do czółenek butów, podbiegła do krawędzi urwiska. - Także jestem gotowa!
Nawis lodowca oderwał się i z łoskotem runął do morza. Na wznieconej fali gwałtownie zakołysał się wycieczkowy stateczek, przystrojony kolorowymi chorągiewkami, ale nawet w najmniejszym stopniu nie zakłóciło to zabawy na jego pokładzie. Orkiestra grała popularne melodie, a rozbawiony tłumek tańczył na obszernym parkiecie.
Kapitan w biało-czarnym mundurze ze złotymi epoletami krzyczał coś z dołu i dawał znaki. Statek zbliżył się do urwiska i wysunięto drabinę pożarową. Po chwili drżąca i zziębnięta Alison znalazła się na pokładzie.
- Czekaliśmy na panią - zagrzmiał kapitan czystym barytonem, przekrzykując orkiestrę. - Zapraszamy do zabawy!
Wtedy dotarła do niej fala ciepła od tańczących ludzi, od parującego alkoholu, od drżących do taktu desek pokładu. Podniecające gorąco powoli przenikało przez wszystkie pory skóry, ogrzewało mięśnie, przyjemnie łaskotało w głębi piersi.
Nagle dostrzegła Johna, tego młodego nauczyciela. Tańczył z jakąś blond strzygą. Nie poznał jej, ale ze spojrzenia jakim ją obrzucił wywnioskowała, że zdobędzie go bez trudu. Był tam również Adam, Martin, Christian, Albert i wielu innych, których imion już nie pamiętała. Nigdzie nie dostrzegła Billa i Georga, ale miała nadzieję, że dołączą, bo bez nich zabawa straciłaby swój smaczek.
Po krótkim wahaniu poszła do nich. Już zaczynała cieszyć się na myśl o tych wszystkich rozkosznych błędach, jakie miała powtórnie popełnić. Czy aby naprawdę były to stuprocentowe błędy?
Przyłączyła się do tańczących, od razu wczuła się w ekscytujący rytm. Mężczyzna, który trzymał ją w ramionach, kogoś jej przypominał. Przez chwilę wytężała umysł, ale szybko dała za wygraną. Potem usiłowała przywołać z pamięci swoją największą życiową pomyłkę, aby tym razem się jej ustrzec, ale i ta próba spełzła na niczym. Taniec wciągał ją coraz bardziej, krew musowała jak szampan, zapowiadała się piękna noc.
Statek zawracał na południe.