Na krawędzi - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NA KRAWĘDZI

(opowiadanie)

Oto "On", władca świata, pan ziemi wszystkiej i mórz niezmierzonych i ludów nieprzeliczonych, już drugi dzień i noc drugą jakby na krawędziach bytu rozkołysany, niby na wahadłach rozpaczy i nadziei, czuwa zawieszony krwawemi oczami w przestrzeniach, w tragicznem oczekiwaniu zwycięstwa lub śmierci. Wszystek świat wypowiedział mu posłuszeństwo. Wszystkie ludy ujarzmione zerwały kajdany. Bunt ogarnął duszę, bunt mściwy i srogi. I oto, już od wielu dni palący orkan zemsty przewala się po świecie, wynosi się nieubłaganym kręgiem śmierci, idzie wskroś nocy oślepłych słupami ognia, wskroś bladych rozdygotanych dni płynie żałobną marą gniewu, pod której stopami drży ziemia i miasta walą się w gruzy, huczy straszliwym zgiełkiem walk i zagłady. I zbliża się do stolicy huraganem piorunów. Już tam pod murami, niedaleko, waży się Jego dola. A on czeka dnie długie i noce nieskończone na cios ostateczny, patrzy z okien wysokiej, bronnej wieży w czarną, nieprzeniknioną noc; olbrzymie, jakby umarłe miasto ściele mu się do stóp żałobnym kirem ciemności - nigdzie świateł, ni lśnień, ni nawet gwiazd na ołowianem niebie, nic, pustka mroczna grobów, tchnąca zgniłem, niepokojącem milczeniem. Czasem zrywa się i leci gorejącemi oczami nad majaki wież, krąży obłędnie nad mgławemi zarysami miasta, spada jak sęp w czarne, głuche i ślepe rozpadliny ulic, w samą głąb ciszy, i cofa się w nagłem przerażeniu, opada z jękiem bezsilnej rozpaczy. I znowu czuwa w ciszy godzin nieskończonych, w nieopowiedzianem mrowisku niepokojów, i znowu toż samo pytanie podnosi głowę i wlepia przeżarte strachem oczy w niemą jeszcze i nieodgadnioną... Niekiedy wicher targa oknami, niekiedy deszcz pluszcze po granitowych blankach, bełkocą rynny, a przez puste komnaty płyną więdnące echa jęków, niekiedy śnieg prószy i cały świat rozwidnia, że miasto szarzeje i wyłania się widmowo, a tysiące wież, niby pięści zaciśnięte, zdają się pochylać ku niemu, a tysiące czarnych okien patrzą jakby zmartwiałe oczy pobitych... Cofa się wtedy i kamienieje w grozie, i trwa zawieszony nad przepaścią, czując się niby drzewo pochylone, gdy las rąbią, jęk walących się olbrzymów, wstrząsa ziemią, świszczą opadające konary, a huk toporów bije dokoła, bije bezustannie i coraz bliżej, i coraz boleśniej, i coraz okropniej... I czeka ciosu, który się już wznosi. - Choćby śmierć, byle prędzej! - jęczy bezsilnie. Ale wieści nie przychodzą. Posępny zamek milczy, a ślepe ulice leżą pomarłe. A tam świat się wali, tam waży się Jego dola! Naraz mury jakby zadrżały; cichym, przyczajonym krokiem rzucił się do okien i nasłuchiwał trwożnie - wiatr przynosił konające echa walki dalekiej, głuchy grzmot armat, trzaski salw karabinowych i sypki gruchot kartaczownic, zaś chwilami jakby triumfalny hymn śmierci się podnosił, a daleko, daleko tliły się jakieś łuny, i po czarnem niebie krążyły czerwone, dzikie ślepia aerostatów. Ale wiatr ucichł i wszystko zwaliło się w noc i martwą ciszę. I znowu godziny ciągną się wolno, jak wieczność, wynoszą się leniwie z nicości a przepadają w milczącem, nieodgadnionem nigdzie, a niby płyty grobowe walą się na jego duszę męką oczekiwań. Aż blady świt przyczołgał się litośnie na jego oczy umęczone. A potem jawa dnia zajrzała sinemi źrenicami udręczeń, wyniosła z mroków rzecz każdą, postawiła w jaśni rzeczywistości, a potrząsnąwszy światłem, już poszła światem tęskna, smutna i rozpłakana deszczem przejmującym, a za nią podnosiły się nieprzeliczone stada wron, kruków i sępów, i płynęły niby czarne, rozpuszczone warkocze. Na żer leciały, na obfity trupi żer... Złowrogą, czarną chmurą krążyły nad zamkiem i, kracząc żałobnie, długo, wstrząsające, poniosły się na pola walk i mordów. Przebudził się i patrzył za niemi z dziwnie ściśniętem sercem. Były już daleko, czerniejącą smugą kurzawy wlokły się wskroś dnia posępnego, nad szarem, olbrzymiem miastem. A jego źrenice, niby ptaki zbłąkane, krążyły ciężko nad tem miastem-światem, co się wynosiło z mgieł na niskiem wybrzeżu morza, nieprzejrzanem, szarem zsypiskiem głazów. Tysiące wież sterczało kamiennym, nieprzebytym lasem, dźwigając ciężką chmurę dymów i mgieł. Wtapiał się chciwemi oczami w tę groźną potęgę, pragnął ją przeniknąć aż do głębi, aż tam, gdzie zawsze tliły się zarzewia buntów wszystkich, gdzie przyczajona nienawiść szczerzyła na niego nieubłagane, żelazne kły zemsty... Ale miasto leżało w nieodgadnionej grozie milczenia, szarzało jak widmo w mgłach i deszczu ściekającym bezustannie, jakby z przegniłej przędzy powietrza. Morze złe burzyło się u wybrzeży, spiętrzone fale tłukły zielonemi łbami o granity bulwarów i wracały spienione do wyspy, na której stał zamek, mewy kołowały z krzykiem jękliwym. A on napróżno słuchał wrzaw i bełkotów dalekich, napróżno chciał zajrzeć w duszę miasta - było posępne i nieme, jak wróg zakuty w zbroję niezwalczoną. Zatrzęsła nim dawna, wściekła nienawiść do tego wroga. Nie przemógł, chociaż topił go we krwi, palił, bombardował, rozmiażdżał, nie przemógł... Bo oto znowu on rozpalił żagwię buntów. Znowu on idzie na czele świata przeciwko niemu! - Śladu nie pozostawię po tobie... Zatratuję cię na śmierć, a trupa każę powiesić i chłostać rózgami - groził bezsilnie. - A jeśli ty?... - nie skończył strasznej myśli, cofnął się w głąb, daleko od okna, włosy mu się zjeżyły, bo naraz dojrzał, jakby tuż przed sobą, jakąś przerażającą scenę. - Nie! Nie! Nie! - krzyczał obłędnie, miotając się po komnacie, ale wnet się uspokoił, strząsnął trwogę i rozkazał: - Aerostat! Ale w zamku nie było już ani jednego, nocy ostatniej reszta aerostatów zniknęła gdzieś bez wieści. Przeżuwał tę wiadomość, jakby garść gwoździ, które mu darły wnętrzności, nie cofnął się jednak, nie słuchając próśb ni rad dworaków, pojechał pancernym samochodem, nawet bez straży... Na moście, łączącym zamek z miastem, panował nieopisany chaos, tłoczyły się ciżby wojsk, słanych na pola walki, karawany ambulansów, dział, wozów pancernych, koni, taborów amunicyjnych - tysiące ludzi, wrzawa krzyków, turkotów i przekleństw, tętenty przelatującej kawalerji, wszystko to niosło się z hukiem, niby fale rzeki wzburzonej, a z przeciwnej strony, od miasta, ciągnęły całe armje niedobitków, całe kohorty rannych, szli pieszo, bez broni, w strzępach mundurów, bladzi, wynędzniali, poprzewiązywani krwawemi łachmanami, do widm z pobojowisk podobni, szli posępnym, cichym tłumem, niemą groźbą... Jechał wolno, przepatrując badawczo twarze; wielu go poznawało, ani jeden krzyk się nie podniósł na cześć jego, odwracano ciężkie oczy, a niekiedy klątwa wyszemrała i bagnet zabłysnął złowrogo, i twarde, ostre spojrzenia niby kamienie spadały mu na twarz. Otrząsał się z nich z uśmiechem wzgardy. Ale do miasta wjeżdżał z mdlącem uczuciem trwogi przyczajonej, chociaż zuchwale spoglądał po ludziach, prężył się dumnie i wyzywająco, czekał niebezpieczeństwa, chciał, by go poznali - lecz miasto jakby go nie spostrzegło, przejeżdżał obcy i niepoznany wśród tłumów nieprzeliczonych a dziwnie, złowrogo cichych; ulice były pełne, place podobne do borów rozkołysanych, ruchome trotuary, zapchane ludźmi, przesuwały się jak zwykle, olbrzymie kawiarnie mrowiły się od ciżb, a na balkonach, słupach i dachach, wszędzie powiewały sztandary buntu: groźna pięść z mieczem podniesionym do ciosu. A przytem cicho było jak w grobie, tłumy snuły się jak cienie, nigdzie gwaru, nigdzie krzyków, nigdzie słów żywszych, ni nawet gestów, tylko wszystkie oczy ślizgały się wciąż z niepokojem po czarnych, olbrzymich tablicach, poustawianych na placach, a niekiedy całe miasto jakby zamierało na mgnienie, zasłuchane w dręczącem oniemieniu, w jakichś echach dalekich, dalekich... Nie stracił ani jednego szczegółu, ni twarzy jednej, ni nastroju; widział z rozkoszą nędzę w każdym domu, w każdej twarzy sprawdzał głód długi, głód uparty, a na każdej ulicy przyglądał się ruinom, głodom i zniszczeniu. I długo tak krążył po mieście, niby sęp głodny, upatrujący żeru, gdy naraz na czarnych tablicach jęły wybłyskiwać złotawe litery depesz z placu boju; nieprzejrzane tłumy czytały je w modlitewnem skupieniu, nieprzejrzane ciżby piły je oczami zachwytów, aż nagle szalony, wstrząsający ryk wyrwał się z gardzieli: - Zwycięstwo! Zwycięstwo! Szał ogarnął stolicę, wszystkie dzwony zajęczały radośnie, zagrały orkiestry, tysiące sztandarów rozwinęło się nad głowami, a z piersi tłumów runął śpiew niebosiężny, święty hymn ludów, hymn wolności, głęboki jak niebo, potężny jak bój, bezgraniczny jak ból, hymn huragan, i burza, i pioruny. Porwał go ten śpiew i dreszczem przejmowała potęga radości, że słuchał i patrzył na nich już bez gniewu i nienawiści, ale rozkazał powracać, gdyż poczuł się dziwnie znużonym i strasznie smutnym, aż do łez, które mu się cisnęły do oczów jadowitemi, palącemi żądłami. A gdy się znowu znalazł w swojej wieży, gdy spojrzał na szare olbrzymie miasto, uczuł się tak boleśnie samotnym, że zapragnął towarzystwa ludzkiego, chciał posłyszeć głosy, chciał ujrzeć twarze przyjazne i wierne spojrzenia - a gdzie się obrócił, rozlewało się milczenie, stawała się trwożna pustka, ludzie kamienieli, służba odpowiadała lękliwie, wszystko życie zamku zamierało pod jego spojrzeniem, groza majestatu czyniła dokoła pustynię lodowatą, że błądził wśród komnat niezliczonych, w głuchej ciszy murów i ludzi samotny jak zawsze, i jak zawsze niby poza światem.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.