Oto "On", władca świata, pan ziemi wszystkiej i mórz niezmierzonych
i ludów nieprzeliczonych, już drugi dzień i noc drugą jakby na
krawędziach bytu rozkołysany, niby na wahadłach rozpaczy i nadziei,
czuwa zawieszony krwawemi oczami w przestrzeniach, w tragicznem
oczekiwaniu zwycięstwa lub śmierci.
Wszystek świat wypowiedział mu posłuszeństwo.
Wszystkie ludy ujarzmione zerwały kajdany.
Bunt ogarnął duszę, bunt mściwy i srogi.
I oto, już od wielu dni palący orkan zemsty przewala się po
świecie, wynosi się nieubłaganym kręgiem śmierci, idzie wskroś nocy
oślepłych słupami ognia, wskroś bladych rozdygotanych dni płynie
żałobną marą gniewu, pod której stopami drży ziemia i miasta walą
się w gruzy, huczy straszliwym zgiełkiem walk i zagłady.
I zbliża się do stolicy huraganem piorunów.
Już tam pod murami, niedaleko, waży się Jego dola.
A on czeka dnie długie i noce nieskończone na cios ostateczny,
patrzy z okien wysokiej, bronnej wieży w czarną, nieprzeniknioną
noc; olbrzymie, jakby umarłe miasto ściele mu się do stóp żałobnym
kirem ciemności - nigdzie świateł, ni lśnień, ni nawet gwiazd na
ołowianem niebie, nic, pustka mroczna grobów, tchnąca zgniłem,
niepokojącem milczeniem.
Czasem zrywa się i leci gorejącemi oczami nad majaki wież, krąży
obłędnie nad mgławemi zarysami miasta, spada jak sęp w czarne,
głuche i ślepe rozpadliny ulic, w samą głąb ciszy, i cofa się w
nagłem przerażeniu, opada z jękiem bezsilnej rozpaczy.
I znowu czuwa w ciszy godzin nieskończonych, w nieopowiedzianem
mrowisku niepokojów, i znowu toż samo pytanie podnosi głowę i
wlepia przeżarte strachem oczy w niemą jeszcze i nieodgadnioną...
Niekiedy wicher targa oknami, niekiedy deszcz pluszcze po
granitowych blankach, bełkocą rynny, a przez puste komnaty płyną
więdnące echa jęków, niekiedy śnieg prószy i cały świat rozwidnia,
że miasto szarzeje i wyłania się widmowo, a tysiące wież, niby
pięści zaciśnięte, zdają się pochylać ku niemu, a tysiące czarnych
okien patrzą jakby zmartwiałe oczy pobitych...
Cofa się wtedy i kamienieje w grozie, i trwa zawieszony nad
przepaścią, czując się niby drzewo pochylone, gdy las rąbią, jęk
walących się olbrzymów, wstrząsa ziemią, świszczą opadające konary,
a huk toporów bije dokoła, bije bezustannie i coraz bliżej, i coraz
boleśniej, i coraz okropniej...
I czeka ciosu, który się już wznosi.
- Choćby śmierć, byle prędzej! - jęczy bezsilnie.
Ale wieści nie przychodzą.
Posępny zamek milczy, a ślepe ulice leżą pomarłe.
A tam świat się wali, tam waży się Jego dola!
Naraz mury jakby zadrżały; cichym, przyczajonym krokiem rzucił się
do okien i nasłuchiwał trwożnie - wiatr przynosił konające echa
walki dalekiej, głuchy grzmot armat, trzaski salw karabinowych i
sypki gruchot kartaczownic, zaś chwilami jakby triumfalny hymn
śmierci się podnosił, a daleko, daleko tliły się jakieś łuny, i po
czarnem niebie krążyły czerwone, dzikie ślepia aerostatów.
Ale wiatr ucichł i wszystko zwaliło się w noc i martwą ciszę.
I znowu godziny ciągną się wolno, jak wieczność, wynoszą się
leniwie z nicości a przepadają w milczącem, nieodgadnionem nigdzie,
a niby płyty grobowe walą się na jego duszę męką oczekiwań.
Aż blady świt przyczołgał się litośnie na jego oczy umęczone.
A potem jawa dnia zajrzała sinemi źrenicami udręczeń, wyniosła z
mroków rzecz każdą, postawiła w jaśni rzeczywistości, a
potrząsnąwszy światłem, już poszła światem tęskna, smutna i
rozpłakana deszczem przejmującym, a za nią podnosiły się
nieprzeliczone stada wron, kruków i sępów, i płynęły niby czarne,
rozpuszczone warkocze. Na żer leciały, na obfity trupi żer...
Złowrogą, czarną chmurą krążyły nad zamkiem i, kracząc żałobnie,
długo, wstrząsające, poniosły się na pola walk i mordów. Przebudził
się i patrzył za niemi z dziwnie ściśniętem sercem. Były już
daleko, czerniejącą smugą kurzawy wlokły się wskroś dnia posępnego,
nad szarem, olbrzymiem miastem.
A jego źrenice, niby ptaki zbłąkane, krążyły ciężko nad tem
miastem-światem, co się wynosiło z mgieł na niskiem wybrzeżu morza,
nieprzejrzanem, szarem zsypiskiem głazów.
Tysiące wież sterczało kamiennym, nieprzebytym lasem, dźwigając
ciężką chmurę dymów i mgieł.
Wtapiał się chciwemi oczami w tę groźną potęgę, pragnął ją
przeniknąć aż do głębi, aż tam, gdzie zawsze tliły się zarzewia
buntów wszystkich, gdzie przyczajona nienawiść szczerzyła na niego
nieubłagane, żelazne kły zemsty...
Ale miasto leżało w nieodgadnionej grozie milczenia, szarzało jak
widmo w mgłach i deszczu ściekającym bezustannie, jakby z
przegniłej przędzy powietrza.
Morze złe burzyło się u wybrzeży, spiętrzone fale tłukły zielonemi
łbami o granity bulwarów i wracały spienione do wyspy, na której
stał zamek, mewy kołowały z krzykiem jękliwym. A on napróżno
słuchał wrzaw i bełkotów dalekich, napróżno chciał zajrzeć w duszę
miasta - było posępne i nieme, jak wróg zakuty w zbroję
niezwalczoną.
Zatrzęsła nim dawna, wściekła nienawiść do tego wroga.
Nie przemógł, chociaż topił go we krwi, palił, bombardował,
rozmiażdżał, nie przemógł...
Bo oto znowu on rozpalił żagwię buntów.
Znowu on idzie na czele świata przeciwko niemu!
- Śladu nie pozostawię po tobie... Zatratuję cię na śmierć, a
trupa każę powiesić i chłostać rózgami - groził bezsilnie.
- A jeśli ty?... - nie skończył strasznej myśli, cofnął się w
głąb, daleko od okna, włosy mu się zjeżyły, bo naraz dojrzał, jakby
tuż przed sobą, jakąś przerażającą scenę.
- Nie! Nie! Nie! - krzyczał obłędnie, miotając się po komnacie,
ale wnet się uspokoił, strząsnął trwogę i rozkazał:
- Aerostat!
Ale w zamku nie było już ani jednego, nocy ostatniej reszta
aerostatów zniknęła gdzieś bez wieści.
Przeżuwał tę wiadomość, jakby garść gwoździ, które mu darły
wnętrzności, nie cofnął się jednak, nie słuchając próśb ni rad
dworaków, pojechał pancernym samochodem, nawet bez straży... Na
moście, łączącym zamek z miastem, panował nieopisany chaos,
tłoczyły się ciżby wojsk, słanych na pola walki, karawany
ambulansów, dział, wozów pancernych, koni, taborów amunicyjnych -
tysiące ludzi, wrzawa krzyków, turkotów i przekleństw, tętenty
przelatującej kawalerji, wszystko to niosło się z hukiem, niby fale
rzeki wzburzonej, a z przeciwnej strony, od miasta, ciągnęły całe
armje niedobitków, całe kohorty rannych, szli pieszo, bez broni, w
strzępach mundurów, bladzi, wynędzniali, poprzewiązywani krwawemi
łachmanami, do widm z pobojowisk podobni, szli posępnym, cichym
tłumem, niemą groźbą...
Jechał wolno, przepatrując badawczo twarze; wielu go poznawało,
ani jeden krzyk się nie podniósł na cześć jego, odwracano ciężkie
oczy, a niekiedy klątwa wyszemrała i bagnet zabłysnął złowrogo, i
twarde, ostre spojrzenia niby kamienie spadały mu na twarz.
Otrząsał się z nich z uśmiechem wzgardy.
Ale do miasta wjeżdżał z mdlącem uczuciem trwogi przyczajonej,
chociaż zuchwale spoglądał po ludziach, prężył się dumnie i
wyzywająco, czekał niebezpieczeństwa, chciał, by go poznali - lecz
miasto jakby go nie spostrzegło, przejeżdżał obcy i niepoznany
wśród tłumów nieprzeliczonych a dziwnie, złowrogo cichych; ulice
były pełne, place podobne do borów rozkołysanych, ruchome trotuary,
zapchane ludźmi, przesuwały się jak zwykle, olbrzymie kawiarnie
mrowiły się od ciżb, a na balkonach, słupach i dachach, wszędzie
powiewały sztandary buntu: groźna pięść z mieczem podniesionym do
ciosu. A przytem cicho było jak w grobie, tłumy snuły się jak
cienie, nigdzie gwaru, nigdzie krzyków, nigdzie słów żywszych, ni
nawet gestów, tylko wszystkie oczy ślizgały się wciąż z niepokojem
po czarnych, olbrzymich tablicach, poustawianych na placach, a
niekiedy całe miasto jakby zamierało na mgnienie, zasłuchane w
dręczącem oniemieniu, w jakichś echach dalekich, dalekich... Nie
stracił ani jednego szczegółu, ni twarzy jednej, ni nastroju;
widział z rozkoszą nędzę w każdym domu, w każdej twarzy sprawdzał
głód długi, głód uparty, a na każdej ulicy przyglądał się ruinom,
głodom i zniszczeniu.
I długo tak krążył po mieście, niby sęp głodny, upatrujący żeru,
gdy naraz na czarnych tablicach jęły wybłyskiwać złotawe litery
depesz z placu boju; nieprzejrzane tłumy czytały je w modlitewnem
skupieniu, nieprzejrzane ciżby piły je oczami zachwytów, aż nagle
szalony, wstrząsający ryk wyrwał się z gardzieli:
- Zwycięstwo! Zwycięstwo!
Szał ogarnął stolicę, wszystkie dzwony zajęczały radośnie, zagrały
orkiestry, tysiące sztandarów rozwinęło się nad głowami, a z piersi
tłumów runął śpiew niebosiężny, święty hymn ludów, hymn wolności,
głęboki jak niebo, potężny jak bój, bezgraniczny jak ból, hymn
huragan, i burza, i pioruny.
Porwał go ten śpiew i dreszczem przejmowała potęga radości, że
słuchał i patrzył na nich już bez gniewu i nienawiści, ale rozkazał
powracać, gdyż poczuł się dziwnie znużonym i strasznie smutnym, aż
do łez, które mu się cisnęły do oczów jadowitemi, palącemi żądłami.
A gdy się znowu znalazł w swojej wieży, gdy spojrzał na szare
olbrzymie miasto, uczuł się tak boleśnie samotnym, że zapragnął
towarzystwa ludzkiego, chciał posłyszeć głosy, chciał ujrzeć twarze
przyjazne i wierne spojrzenia - a gdzie się obrócił, rozlewało się
milczenie, stawała się trwożna pustka, ludzie kamienieli, służba
odpowiadała lękliwie, wszystko życie zamku zamierało pod jego
spojrzeniem, groza majestatu czyniła dokoła pustynię lodowatą, że
błądził wśród komnat niezliczonych, w głuchej ciszy murów i ludzi
samotny jak zawsze, i jak zawsze niby poza światem.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.