- Otóż i Kijów!
Tak mówił do siebie młody człowiek, nazwiskiem Józef Szwarc,
wjeżdżając do starożytnego miasta, gdy rozbudzony formalnościami
rogatkowemi, ujrzał się niespodzianie wśród ulic i zabudowań
miejskich.
Serce zadrgało mu radośnie: był młody, darł się do życia,
więc też wciągał w szerokie płuca, ile mógł, świeżego powietrza i z
wesołym uśmiechem powtórzył:
- Otóż i Kijów!
Buda żydowska toczyła się zwolna, podskakując na wystających
kamieniach. Szwarcowi sprzykrzyło się siedzieć w niej pod
przykryciem z płótna, kazał tedy żydowi skierować do najbliższego
zajazdu, a sam szedł obok piechotą.
Potoki ludzi, jak zwykle w mieście, płynęły w rozmaite
strony, sklepy błyszczały wystawą, powozy mijały się jedne z
drugiemi, kupcy, generałowie, żołnierze, żebracy, mnisi, snuli się
przed oczyma Szwarca. Dzień był handlowy, miasto więc przybrało
typowy widok tego rodzaju zbiorowisk. Tu nic nie było na darmo:
żaden ruch, żadne słowo nie zdawało się być zmarnowane. Kupiec za
handlem, urzędnik za urzędem, złodziej za oszustwem - wszystko
goniło przed siebie z jakimś wyraźnym celem, wszystko pchało przed
siebie życie, myśląc o jutrze, dążąc do czegoś... a po nad tym
gwarem i ruchem unosiła się atmosfera gorąca i słońce zarówno
odbijało się w błyszczących szybach gmachów, jak w pierwszem
lepszem okienku.
- A to zawierucha! - myślał Szwarc, który nie był nigdy w
Kijowie, ani w żadnem większem mieście. - To życie!
I zadumał się nad szaloną różnicą między ciasnem życiem w
małem miasteczku, a szeroką sceną działania w wielkiem, gdy w tem z
zadumy wyrwał go znany dobrze głos:
- Dalibóg Józef!
Szwarc obejrzał się, popatrzał kilka chwil na człowieka,
który go nazwał po imieniu, wreszcie roztworzył szeroko ręce i
zawołał:
- Dalibóg Gustaw!
Gustaw był to mały i chudy mężczyzna, lat około dwudziestu
trzech; długie włosy, kasztanowatego koloru, spadały mu prawie do
ramion, krótkie rude wąsy, obcięte równo z ustami, czyniły go na
pozór starszym, niż był w istocie.
- Cóż porabiasz, Józiu? Dlaczegoś przyjechał? Do
uniwersytetu? Nieprawdaż?
- Tak.
- Dobrze robisz. Nędzne bo to życie bez nauki - mówił,
sapiąc Gustaw. - Na jakiż fakultet myślisz chodzić, hę?
- Nie wiem jeszcze, zobaczę - wybiorę.
- Namyśl się dobrze. Ja tu już rok jestem, to się mogłem
rozpatrzyć. Wielu żałuje zawczesnego wyboru, ale cóż robić potem?
Wracać się za późno, iść naprzód nie ma sił. Łatwiej zrobić
głupstwo, niż je naprawić. Jutro zaprowadzę cię do uniwersytetu;
tymczasem, jeśli nie masz mieszkania, każ znieść rzeczy do mnie.
Mieszkam niedaleko. Możesz odemnie zacząć; jak ci się naprzykrzę,
poszukasz sobie innego kolegi.
Szwarc przyjął propozycję Gustawa i za chwil kilka byli już
w małej studenckiej izdebce.
- Hę, dawnośmy się nie widzieli; rok jak skończyliśmy szkoły
- mówił Gustaw, ustawiając kuferek i zawiniątko Szwarca. - Rok,
kawał czasu. Cóżeś robił przez ten cały rok?
- Siedziałem u ojca, który mi nie pozwalał iść do
uniwersytetu.
- A cóż mu to szkodziło?
- Człowiek był dobry, ale prosty - kowal.
- A cóż teraz pozwolił?
- Umarł.
- Dobrze zrobił - mówił, kaszląc Gustaw. - Przeklęta astma!
dręczy mnie od pół roku. Dziwisz się, że sapię?... Będziesz i ty
sapał, gdy posiedzisz nad książkami tak, jak ja. Z dnia na dzień,
ani chwili spoczynku. A i z biedą gryź się, jak pies z psem...
Pieniądze masz?
- Mam, sprzedałem domostwo po ojcu: mam dwa tysiące rubli.
- Setnie!... To ci wystarczy. Mnie bieda! przeklęta
astma!... Oj, tak! Trzeba się uczyć! Zaledwie wieczorem trochę
odetchnienia; dzień na prelekcyach, noc na robocie... Ani się
przespać! To u nas! Jak wejdziesz w nasze życie, zobaczysz, co to
uniwersytet! Dziś cię zaprowadzę do klubu, albo po prostu - knajpy,
trzeba się zapoznać z kolegami: dziś zaraz pójdziesz tam ze mną.
Gustaw bez przerwy kręcił się po pokoju, sapiąc i pokaszlując.
Patrząc na jego zgarbione plecy, zapadłą twarz i długie włosy,
możnaby go wziąć za człowieka zmęczonego wesołem życiem, nie pracą;
ale stosy książek i zapisanych papierów, ubóstwo w urządzeniu izby,
aż nadto świadczyły, że gospodarz należał do owego rodzaju nocnych
ptaków, co więdną zgarbieni nad książką i umierają z myślą o
kreskowaniu lub niekreskowaniu jakiejś litery.
Szwarc jednak oddychał pełną piersią atmosferą izdebki; był
to dla niego świat nowy i odrębny zarazem. Kto wie - dumał - jakie
myśli tryskają z tych głów, mieszkających na czwartych piętrach?
kto wie, jaką przyszłość gotują nauce takie poddasza?
- Poznasz dziś jeszcze wielu z naszych - mówił Gustaw,
wyciągając z pod łóżka samowar o jednej nodze i podstawiając pod
niego dla równowagi stłuczony garnek. - Niech cię nie zraża ten
wieczór - ciągnął, sypiąc węgle do samowara - zrobię herbaty...
niech cie nie rażą te szalone po części głowy. Jak się rozejrzysz w
mieście, poznasz, że i tu głupców nie brak, ale są i tęgie głowy.
Zresztą, zobaczysz. Życie to nasze trochę sztuczne, trochę szalone,
ale idzie naprzód niemałym krokiem. Oryginałów nie brak, chociaż i
bezbarwności pełno czczej, śmiesznej i najgłupszej ze wszystkich
głupot. W jednych głowach się pali, a w drugich ciemno - ot, jak
teraz na dworze.
Przez chwilę cisza panowała w izbie, słychać tylko było
sapanie i dmuchanie w samowar Gustawa. Rzeczywiście, wieczór powoli
zapadał, na ściany i podłogę izby padał mrok coraz większy; ogniste
kółko, odbite z samowara na podłodze, zwiększało się lub gasło w
miarę, jak Gustaw dmuchał, wreszcie woda zaczęła szumieć, sykać i
pryskać, Gustaw zapalił świecę.
- Masz tu herbatę. Pójdę na lekcyę - mówił dalej - ty
poczekaj tu na mnie, najlepiej prześpij się na mojem łóżku. Jak
wydasz pieniądze, musisz i ty postarać się o lekcye. Nudna to
rzecz, ale cóż robić? Jest przytem przykra strona życia
studenckiego, ale co tam ci naprzód mówić! Nasz świat i reszta
świata, to rzecz zupełnie odrębna. Ani nas tu lubią, ani przyjmują
i kłócimy się ze wszystkimi, nawet ze sobą... Trudne życie! Jak
zachorujesz, jeśli nie kolega, nikt ręki nie poda - to los nas
ubogich. Ba, zresztą gniewa ludzi, że my komedyi nie gramy, że
nazywamy rzeczy po prostu.
- Czarno rzeczy widzisz - zauważył Szwarc.
- Czarno czy nie czarno - odrzekł z goryczą Gustaw -
zobaczysz. A ja ci powiadam, że nie na różach będziesz sypiał...
Młodość ma swoje prawa, swoje wymagania. Z tych praw i z tych
wymagań w oczy ci się rozśmieją, powiedzą, żeś niedowarzony, nazwą
egzaltacyą. A tobie dyabli do tego, jak się to nazywa, kiedy cię to
pali lub boli... Zresztą, zobaczysz... Nalej sobie herbaty i połóż
się spać - za godzinę wrócę, a teraz daj mi tam czapkę i bywaj
zdrów.
Przez chwilę słychać było jeszcze sapanie i kroki Gustawa na
schodach. Szwarc został sam.
Słowa Gustawa dziwne na nim zrobiły wrażenie. Szwarc
pamiętał go innym: dziś w głosie jego brzmiała jakaś zrzędność i
zniechęcenie, jakiś ponury nastrój umysłu przebijał się przez te
słowa nawpół porwane, nawpół smutne. Dawniej był zdrów na umyśle i
ciele, dziś oddychał z trudnością, w mowie i ruchach jego była
dziwna gorączkowość, jak u człowieka, który się wyczerpał.
- Czy go tak już zmęczyło życie? - myślał Szwarc. - Więc to
tu trzeba walczyć, trzeba iść przeciw prądowi trochę, a ten biedak
widać sił nie miał. Tu trzeba zwyciężyć! Widać, świat nie nazbyt
lekką dłonią spoczywa na nas. Do licha, to tu nie łatwa sprawa...
Gustaw coś bardzo mizantrop, musiał nieźle osmalić piórka. Ależ on
tu nie próżnuje, więc jeszcze idzie naprzód. Może to tylko skorupa
ta mizantropia, pod którą wygodniej i bezpieczniej?... Ale jeśli
rzeczywiście trzeba iść na przebój lub zginąć? ha!... to pójdę! -
zawołał z mocą młody człowiek, lubo w tym wykrzykniku więcej było
stanowczości, niż zapału.
W godzinę po owym monologu sapanie znowu dało się słyszeć na
schodach i w tej chwili wszedł, a raczej wsunął się Gustaw.
- No, dalej za mną! - zawołał. Stoisz w przedsionku wiru
studenckiego życia; dziś zobaczysz jego stronę weselszą. A nie trać
czasu!
Mówiąc to, kręcił czapkę w ręku i rzucał oczyma na wszystkie
strony, potem przysunął się do stolika i, wydobywszy z niego
grzebień, począł czesać swe długie, płowego, a raczej wypłowiałego
koloru włosy.
Wreszcie wyszli na ulicę.
W Kijowie naówczas były knajpy, gdzie zbierali się studenci.
Okoliczności istniały takie, że nie można było żyć z całem
miejscowem towarzystwem. Już to tam owe rożne koterye miejskie
niechętnie u siebie widziały młodzież, którą dopiero przyszłość
miała wyrobić na ludzi. Z jednej strony brak statku, gwałtowność
słowa, buta i inne przyrodzone zwykle młodości cechy, nie bardzo
chciały się giąć do form towarzyskich; z drugiej, prowincya
dostarczała swojskiego żywiołu tylko w czasie zimy lub kontraktów;
- jakoś więc uniwersytet zawiązał się w ciało zamknięte w sobie,
żyjące życiem książkowem w dzień, klubowem w nocy. Z wielu nawet
powodów było to więcej dobrze, niż źle, bo jakkolwiek młodzież
wychodziła nieotarta w świecie, za to żartka i do czynów pochopna;
ludzi znudzonych i przeżytych między niemi, tak jakby, nie bywało.
Nasi znajomi przeszli szybko środek ulicy, kierując się ku
oświetlonym oknom klubowego domu. Po pod światło księżycowe można
było odróżnić szeroką i silną postać Szwarca, obok zgarbionych
pleców i wielkiej głowy Gustawa. Ten ostatni biegł nieco naprzód,
rozmawiając z Józefem lub z sobą na przemiany; następnie zatrzymał
się pod oknem, a ująwszy się za gzymsy i podciągnąwszy w górę, jął
pilnie rozpatrywać wnętrze kawiarni; wreszcie spuścił się na dół i,
otarłszy kolana z wapna, zawołał:
- Nie ma.
- Kogo?
- Albo już była, albo wcale nie przyjdzie.
- Kto taki?
- Która godzina?
- Po 10-ej. Kogo upatrywałeś przez okno?
- Wdowy.
- Wdowy? któż to jest?
- Boję się, czy nie chora.
- Znajoma twoja?
- Oczywiście. Gdybym jej nie znał, tobym się nią nie
zajmował.
- No, to jasne - odpowiedział Szwarc; chodźmy.
Przycisnął klamkę drzwi: weszli.
Gorąca a dymna atmosfera owiała ich. W perspektywie wnętrza
sali widniały rożnego wieku twarze, po części obce dla Szwarca.
Między kłębami dymu, zaciemniającemi światło kinkietów i wybuchami
śmiechu, błąkały się tony fortepianu, jakby zmęczone a niedbałe;
wtórowała im gitara, na której od czasu do czasu brzdąkał wysoki,
chudy młodzieniec, z przyciętemi przy samej skórze włosami i szramą
na twarzy. Długiemi palcami bałamucił po strunach, a wielkie
niebieskie oczy utopił w pułap, utonąwszy w zamyśleniu. Ten, który
siedział przy fortepianie, ledwo wyszedł z dzieciństwa; cerę miał
mleczną, włosy ciemne, zgarnięte ku tyłowi głowy, słodycz w
czerwonych ustach, a smutek w oczach; był delikatny i wątłej budowy
ciała a urodziwy. Widać, grał tu oddawna, bo już czerwone plamy na
obu policzkach zwiastowały w nim wielkie zmęczenie. Tyłem do
światła stało kilku Pińczuków, a wszystko chłopy jak dęby, a tak
przytem chciwe na wszelaką gędźbę, że byle zagrano w klubie,
obstępowali w koło grającego i ze zwieszonemi głowami słuchali
muzyki, wzdychając lub radując się z nią razem. Inna młodzież
siedziała na ławkach lub krzesłach; kilka młodych dziewcząt z
rodzaju koników polnych, prześpiewujących lato, kręciło się tu i
owdzie. Było gwarno; gdzie niegdzie brzękły kufle. W alkierzu obok
sali grano zapamiętale w karty, a przez nawpół przytwarte drzwi
widać było twarz jednego z grających: zapalał w tej chwili cygaro
od stojącej na rogu stołu świecy, a przytłumiony lub wznoszący się
chwilowo płomień oblewał od czasu do czasu ostre jego rysy.
Bufetowa z doskonałą obojętnością przypatrywała się pod światło
końcowi pióra, którym zapisywała dzienne wydatki; obok na stołku
drzemała z cudowną równowagą jej pomocnica, a kot, siedzący na rogu
stołu, otwierał czasami oczy i zamykał je z wyrazem godności i
filozoficznego spokoju.
Szwarc obrzucił wzrokiem zgromadzenie.
- Ho! jak się masz Szwarc? - odezwało się kilka głosów.
- Dobrze. Jak się wy macie.
- Do nas na stałe?
- Na stałe.
- Przedstawiam go jako członka szanownego zgromadzenia
klubowego. Ty zaś, wiedz raz na zawsze obowiązki: przychodzić tu
codziennie; przywileje: nie wysypiać się nigdy po ludzku - chrypał
Gustaw.
- Jako członka? tem lepiej! Zaraz tu usłyszysz mowę... Hej
tam, Augustynowicz, zaczynaj!
Z drugiego pokoju, w którym grali w karty, wyszedł młody
człowiek o przygarbionych plecach i prawie łysej głowie. Wyglądał
szpetnie, rzucił czapkę na stół i, siadłszy na krześle, tak mówić
zaczął:
"Panowie! Jeżeli nie będziecie cicho, zacznę mówić uczenie,
a wiem, moi drodzy, że nie ma nic dla was równie obmierzłego, jak
wszelka uczoność. Wreszcie, na Jowisza! przyzwyczajacie się do
życia parlamentarnego. Co to jest? Słyszę hałas? Cicho mi, cicho!
Zaczynam mówić uczenie!"
Jakoż, pod wpływem groźby, chwilę zapanowała cisza; mówca
spogląda tryumfalnie i mówi:
"Panowie! Jeśli zebraliśmy się tutaj, to nie na to, aby w
samym tylko spoczynku szukać wspomnienia chwil przykrych (bardzo
dobrze!). Powie mi ktoś, że zbieramy się tu codzień (bardzo
dobrze!). Wszak ja tu codzień przychodzę i wcale tego zaprzeczać
nie myślę - nie zaprzeczycie także, że dziś jestem! (oklaski; mówca
promienieje i mówi dalej): Cicho! Jeślibym miał sądzić, że wszelkie
moje usiłowania w celu nadania celowości naszym zebraniom, odbite
od lekkomyślności ogólnej, bo mogę ją nazwać ogólną (można!
można!), niekierowane prądem zgody powszechnej, rozdrabniając w
samym nawet zbiorze (uważcie panowie: w zbiorze) jednolite
usiłowania pojedyńczych, jeżeli dążności, oznamionowane prawidłowym
celem zjednoczenia luźnych myśli w jakąś organiczną całość, nie
zejdą nigdy z pola marzeń na realniejsze pole działania, tedy ja
pierwszy, panowie, a ręczę, że i wielu innych ze mną zgodzi się na
zaprzeczenie sensu dotychczasowemu sposobowi naszego bytu,
(oklaski!) i przedsięweźmie inne środki (tak! tak!), obowiązujące,
jeżeli już nie wszystkich, to wybranych" (oklaski).
- Co to znaczy? - spytał Szwarc.
Gustaw ruszył ramionami.
- Mowa.
- W jakim celu?
- Ale cóż to kogo obchodzi!
- Co to za jeden?
- Nazywa się Augustynowicz. To dobra głowa, ale w tej chwili
jest pijany, słowa mu się plączą: wie jednak, czego chce i dalibóg
ma racyę!
- Czegóż chce?
- Żebyśmy się tu daremnie nie schodzili, żeby zebrania nasze
miały jakiś cel, ale śmieją się i z celu i z mowy. Zresztą, z
konieczności pociągnęłoby to za sobą rozbrat ze swobodą i
spoczynkiem, które dotychczas w tych zebraniach panowały.
- A jakiż cel chce im nadać Augustynowicz?
- Literacki, naukowy.
- Dobrzeby było.
- Powiedziałem, że ma racyę i gdyby kto inny proponował,
rzeczby może przeszła.
- No, a on?
- Na wszystkiem, czego się dotknie, zostawia ślady własnej
śmieszności i poniżenia. Strzeż się Szwarc! tyś wprawdzie w niczem,
ile cię znam, do niego niepodobny, ale tu każdemu nie w ten, to w
inny sposób noga może się pośliznąć...
Gustaw powiódł zamglonemi oczyma po Augustynowiczu, ruszył
ramionami i mówił dalej:
- Dziwnie się los składał na tego człowieka. Mówiłem ci: to
zbiór wszelkich zdolności a małego charakteru, wyniosłych chęci a
nędznych czynów - wieczny rozbrat! Niema w nim żadnej równowagi
między żądaniem a siłą, dlatego marnuje się.
Tymczasem zbliżyło się kilku znajomych Szwarca; przy kuflu
pogawędka stała się ogólną. Szwarc wypytywał o uniwersytet.
- Żyjecie wszyscy razem?
- Niepodobna - odrzekł jeden z Litwinów. - Masz tu ludzi z
najróżniejszemi pojęciami, stąd i rożne koterye.
- To źle.
- Nieprawda! Przypuszczam jedność jakichś wyższych celów;
jedność w pożyciu koleżeńskiem jest niemożliwa, dlatego na nie się
nie przyda starać się o nią.
- A niemieckie uniwersytety?
- I tam masz ferajny, żyjące tylko w sobie. Życie uczuć i
myśli, przynajmniej u nas, winno być zgodne z praktycznem, dlatego
różność pierwszego rodzi różność w drugiem.
- Nigdy się więc nie łączycie?
- To znowu co innego. Łączymy się w interesie
uniwersyteckim, lub obchodzącym wszystkich. Zresztą, myślę, że
sprzeczności, jakie tu napotkasz, dowodzą naszej żywotności; to
znak, że żyjemy, czujemy i myślimy. W tem nasza jedność, to, co nas
rozdziela, łączy nas.
- Pod jaka tedy chorągwią wy stoicie?
- Pracy i biedy. My nie mamy swojego nazwiska. Chłopomani
zwą nas piekarczykami.
- Co?
- A tak. Życie cię nauczy, co to jest. Każdy z nas stara się
zamieszkać tam, gdzie piekarz, zaznajomić się z nim i wyrabiać
sobie kredyt. To nasz sposób; zaufanie mamy. Większość z nas nie
jada nic ciepłego, ale bułek na kredyt dostaniesz tak długo, jak
zechcesz.
- To wesoło!
- A wesoło. Prócz naszej koteryi, nie mającej węzłów zbyt
ścisłych, masz tu chłopomanów; założył ich i sformował Antoniewicz,
prowadzili czasowo Rylski i Stępkowski, ale dziś to są już głupcy,
którzy nie wiedzą, czego chcą; mówią po małorusku i piją prostą
wódkę - oto wszystko.
- A więcej jakież są koterye?
- Jasno określonych nie ma więcej, ale są rozmaite odcienie.
Jednych łączy wspólność idei naukowych, drugich wspólność
towarzyskiego stanowiska. Masz tu demokratów, arystokratów,
liberalnych, ultramontanów, wreszcie hultajów, kobieciarzy,
próżniaków, jeżeli chcesz, i nakoniec zagorzałych pracowników.
- Kto tu uchodzi za najtęższą głowę?
- Między studentami?
- Tak.
- Stosownie do fachu. Mówią niektórzy, że Augustynowicz umie
wiele - ja dodam, że niedobrze. Ścisłą, jednolitą pracą i nauką
odznacza się Gustaw.
- Aa!
- Tylko, że rozmaicie o nim mówią. Niektórzy go nie cierpią.
Mieszkając z nim razem, ocenisz go najlepiej... Albo, naprzykład,
stosunek jego do wdowy? Ot, egzaltowana sztuka! inny nie takby
sobie postępował. Prawda, że z nią dziś niełatwo.
- Słyszałem mówiącego o niej Gustawa; powiedz-że mi raz
przecie, co to za jedna?
- Jest to młoda osoba, znajoma nas wszystkich. Smutne
przechodziła koleje. Kochała dawniej Potkańskiego, jurystę, a
kochała go podobno szalenie. Ja tam już nie pamiętam tych czasów,
Potkańskiego pamiętam jednak. Był to chłopiec zdolny, ogromnie
bogaty i pracowity; był w swoim czasie bożyszczem kolegów. Jakim
sposobem poznał wdowę, nie wiem, różnie mówiono; to tylko pewna, że
kochali się do upadłego. Ona nie miała wówczas więcej nad ośmnaście
lat. Nakoniec, Potkański postanowił się z nią ożenić! Co wyrabiała
jego rodzina, by temu przeszkodzić, trudno opisać, ale Potkański,
energiczna sztuka, postawił na swojem i wziął z nią ślub, mimo
wszelkich przeszkód. Żyli z sobą rok jeszcze. Raptem on zapadł na
tyfus i umarł, pozostawiwszy ją tak, jak na bruku, bo majątek
zabrała rodzina. Dziecię już żyjące, umarło także wkrótce, ona
została sama i gdyby nie Gustaw, to - ot, zmarniałaby ze szczętem.
- Cóż Gustaw?
- Cudów dokazywał. Z nędznemi środkami pozywał Potkańskich -
Bóg wie, czy byłby sprawę wygrał, bo to rodzina magnacka, tyle
jednak zrobił, że, chcąc uniknąć skandalu, obowiązali się wypłacać
wdowie jakąś szczupłą pensyę do śmierci.
- Dzielnie się spisał.
- Ba, ba! Niech go, co za energia! A pamiętaj, że był wtedy
pierwszy rok na uniwersytecie, bez znajomych, w obcem mieście, bez
środków; ale to tak, mój kochany: bogaty może sobie radzić - biedny
musi.
- Ale co miał dla niej za obowiązki?
- Był przyjacielem Potkańskiego, ale to jeszcze mało, kochał
ją podobno, nim została jego żoną, trzymał się jednak zdaleka,
teraz już się z tem nie kryje.
- A ona?
- E! e! ona od czasu nieszczęść, jakie przeszła, wpadła w
zupełne odrętwienie - po prostu zwaryowała. Ani wie, co się z nią
dzieje, obojętna na wszystko, zresztą, zobaczysz ją dziś pewno, bo
codziennie tu przychodzi.
- I w jakim celu?
- Mówię, waryatka. Wieść chodzi, że pierwszy raz poznała
Potkańskiego w knajpie, owóż teraz nie wierzy podobno, że umarł i
chodzi po całym świecie, zwyczajnie, jak waryatka! Istotnie, gdyby
zmartwychwstał, a nie poszedł prosto do niej, pewnoby go tu, nie
gdzieindziej, znalazła. Ha! może przypominamy jej Potkańskiego; u
nich wielu młodzieży bywało.
- Że to jej Gustaw pozwala tu przychodzić?...
- Potkański-by nigdy na to nie pozwolił... ale Gustaw, ten
jej niczego nie wzbroni.
- Jakże ona go traktuje?
- Jak stół, jak stołek, talerz lub kłębek nici. Zdaje się go
nie widzieć, ale i nie unika, zawsze obojętna, apatyczna. Musi go
to gryźć, ale to jego rzecz... A! ot, masz ją! ta, co wchodzi na
prawo.
Gdy wdowa weszła, uciszyło się cokolwiek, wejście tej
tajemniczej postaci zawsze robiło wrażenie. Wzrostu więcej niż
średniego, szczupła, twarz miała pociągłą, jasno-blond włosy i
ciemne oczy; ramiona jej i piersi, jakkolwiek szczupłe, miały
okrągłą pełność form dziewiczych, czoło zaledwie dostrzegalne, w
tył posunięte, wznosiło się smutno, poważnie, jakby marmurowe. Oczy
głęboko pod czołem osadzone, jakby w cieniu, obrysowane były z góry
jednym delikatnym łukiem brwi. Dziwne były jej oczy: koloru stali,
świeciły jak stal polerowana, ale było to prawdziwe światło. Było
to światło i nic więcej; pod owym blaskiem brakło ciepła i
głębokości myśli. Możnaby rzec o tych oczach: patrzą, ale nie
widzą. Nie wytwarzały wyobrażenia przedmiotu, ale tylko odbijały
go. Był w nich chłód nie do opisania; dodajmy, że powieki ich nie
mrużyły się prawie nigdy, a źrenice posiadały jakoby pewny ruch,
niby śledczy, badawczy, poszukujący, a jednak mechaniczny.
Reszta twarzy wdowy odpowiadała oczom, usta były zagięte
nieco ku dołowi, posągowe, a płeć jednostajna, matowa, blada,
nosiła cokolwiek śniadawy odcień. Nie była ani śliczna, ani ładna,
była tylko dokładnie piękna. To było w niej dziwnego, że z twarzy
zdawała się być zamarłą, a w całej postaci było coś takiego, co
ciągnęło ku sobie niewypowiedzianie męską stronę ludzkiej natury.
Stanowiło to jednak wdzięk. Była do najwyższego stopnia posągiem,
ale i do najwyższego stopnia kobietą. Ciągnęła i odpychała. Gustaw
to czuł najlepiej. Trudno to było pogodzić z ową chłodną martwotą,
dlatego wrażenie, jakie budziła, zdawało się jakby nie od niej,
jakoby obce dla niej.
Był to niby kwiat uśpiony; boleść ją tak uśpiła.
Rzeczywiście ciosy, jakie wytrzymała, były uderzeniem niby obucha w
głowę. Pamiętajmy, że na drodze tej kobiety krótkie chwile
szczęścia kończyły dwie trumny. Jako dziewica, umiała kochać, ten,
którego kochała, nie żył, jako żona i matka, porodziła dziecię,
dziecię umarło. To, co dawało prawo, co było powodem i skutkiem jej
życia, zniknęło. Odtąd przestała żyć, istniała tylko. Wyobraźmy
sobie roślinę, którą podcięto z góry i z dołu - to była ona. Odarta
z przeszłości i przyszłości, z początku nosiła w sobie mętne
pojęcie bezczelnej krzywdy, którą jej wyrządzono. W pierwszej
chwili bólu rzuciła - trudno wiedzieć komu - to bezdenne, jak
otchłań, pytanie: dlaczego się to stało? Odpowiedź nie przyszła ani
z błękitów, ani z ziemi, ani z pól, ani z lasów; krzywda została
krzywdą, słońce świeciło i ptaki śpiewały, jak dawniej. Potem to
nieszczęsne serce ścisnęło się w sobie własnym bólem i zmartwiało.
Odpowiedź nie przyszła, ale przyszedł obłęd, straciła wtedy wiarę w
śmierć męża, sadziła, że, wziąwszy na ręce rozpłakane dziecię,
poszedł gdzieś, ale że wróci lada chwila. Tymczasem, zgoła
niezdolna już do żadnej innej myśli, szukała go owym przykrym
mechanicznym ruchem oczu. Chodziła do klubu, myśląc, że tam go
znajdzie, gdzie go poznała. Na nieszczęście, nie umarła.
Natychmiast znalazła się dzielna ręka, co ją usiłowała wyrwać z
obłędu, i pierś, która chciała ją rozgrzać. Marne to było
usiłowanie, ale przecież uratowało jej życie. Miłość Gustawa,
oplotłszy ją, niby pajęczą nicią, ratunkiem i opieką, nie puszczała
jej od ziemi. Jego głos wołał na nią: "zostań!" więc, choć nie było
w niej nań echa, została jednak, ale bez świadomości o sobie,
bierna, jakby rzecz, a nie istota ludzka.
Taką była wdowa.
Weszła do izby i jak kamienny posąg stanęła przy drzwiach w
smętnym majestacie. W klubie było dymno i parno; w powietrzu drgały
jeszcze ostatnie dźwięki piosenki trochę rozpustnej i rubasznej
zarazem, a na owem nieczystem tle zakwitła wdowa, jak wodny kwiat
na mętnej fali. Uciszyło się. Szanowano ją tam - w jej obecności
nawet Augustynowicz stawał się znośnym; niektórzy pamiętali
Potkańskiego, inni schylali głowy przed jej nieszczęściem, byli i
tacy, co czcili w niej piękność! Zebranie przybrało tedy
przyzwoitszy pozór.
Gustaw podsunął przybyłej krzesło i, zdjąwszy z niej szal
ciepły, odszedł w kąt do Szwarca, który zajęty i zdziwiony, zwracał
na nią błyszczące oczy.
Gustaw począł rozmowę ze Szwarcem.
- To ona! - rzekł półgłosem.
- Rozumiem.
- Nie pokazuj jej się bardzo. Biedactwo! każda nowa twarz
sprawia zawód, wciąż szuka męża.
- Dawno ją znasz?
- Drugi rok. Na ślubie Potkańskiego byłem świadkiem i drużbą
(Gustaw uśmiechnął się gorzko). Po jego śmierci widuję ją codzień.
- Mówił mi Wasilkiewicz, że dałeś jej pomoc i opiekę.
- Dałem, nie dałem; musiał się tem ktoś zająć, to ja się
zająłem, ale taka też to i opieka. Rób, co chcesz, pracuj, lataj,
zabiegaj - bieda i bieda! Ot, czasem rozpacz ogarnia.
- A rodzina?
- Jaka?
- Jego?
- Krzywdzą ją! - wołał gwałtownie Gustaw.
- Ale to bogaci ludzie podobno?
- Krzywdzą ją! Panki! nabożnisie! Jeszcześmy nie skończyli;
długo popamiętają krzywdę tego gołębia. Słuchaj, Szwarc! żeby
maleńkie dziecko z tego rodu prosiło mnie o kawałek chleba z głodu,
tobym go wolał psu rzucić!
- Romanse!
- Szwarc, nie krzywdź mnie! Ja biedny człowiek słów nie
marnuję; ale Potkański już w szpitalu, przed sama śmiercią
oprzytomniał trochę i powiada: "Gustawie, zostawiam ci żonę,
przyjmij ją." Powiadam: "Biorę ją w opiekę." On pyta: "Nie dasz jej
głodu mrzeć?" Mówię: "Tak!" On znowu: "Nie daj, pomścij, jakby ją
kto chciał krzywdzić". Ja na to: "Jak mi Bóg i życie miłe,
pomszczę!" Potem zgasł jak gromnica - ot, masz wszystko!
- Nie wszystko! nie wszystko, bracie!
- Mówił ci i resztę Wasilkiewicz. To dobrze! Powtórzę ci toż
samo: Nie mam nikogo na świecie: ani ojca, ani matki, sam bieduję z
dnia na dzień, a z życiem wiąże mnie (pokazał oczyma wdowę) ta
jedna.
A tu mało świadomy jeszcze Szwarc miał sposobność ocenić to,
co jest namiętność, gdy wzbierze w młodej piersi i ognia do krwi
doleje. Ów suchy i skurczony Gustaw zdawał się w tej chwili
nabierać sił i życia, zdawał się wyższym i mężniejszym, wstrząsnął
włosami jak lew grzywą, na twarz wystąpił rumieniec.
- No, panowie! - zabrał głos Wasilkiewicz - godzina późna, a
nie wszystkich czeka sen po wyjściu stąd. Jeszcze jedna nasza
piosneczka, a potem, kto wola, dobra noc!
Siedzący przy fortepianie, o dziewiczej twarzy, młodzieniec
wziął kilka znanych akordów; wkrótce zabrzmiała, z początku na
kilka, potem na cały chorał młodych głosów rozłamana, miła
młodzieży piosenka: "
Gaudeamus".
Szwarc zbliżył się więcej, niż inni, do fortepianu. Stał
bokiem odwrócony do wdowy, pod światło, ale kinkiet, wiszący przy
ścianie, obrzucał profil jego, jakby jedną ognistą linią. Za chwilę
promienie oczu wdowy padły na ową linię, niespokojnie wiążąc ją z
własnemi myślami; nagle podniosła się blada jak marmur, z
gorączkowem światłem w oczach i, wyciągnąwszy ręce przed siebie,
krzyknęła:
- Kazimierzu mój, znalazłam cię!
W głosie jej czuć było nadzieję, trwogę, radość i
przebudzenie. Ucichło. Wszystkich oczy zwróciły się na Szwarca, i
tych, którzy znali Potkańskiego, dreszcz przebiegł. W świetle i
cieniu ta, wysoka, silna postać była jakby odbiciem postaci
Potkańskiego.
- Nie spostrzegłem się - mruczał Gustaw, wracając o świcie
do domu - hm! no, już jej przeszło, ale gorączka była!... Podobny
jest w istocie... Niech to dyabli porwą!... A dusi mnie dziś w
piersiach przeklęcie.