Prolog
Andrzej Kucharski jest prawicowy do szpiku kości. Mówią, że politykiem jest bardziej PiS-owskim, niż PiS-owski jest sam PiS. Liberałom i lewicy się nie kłania, swoje mówi wprost - czy to na sesji rady miasta, czy w rozmowach z dziennikarzami. A to pisanie listów w obronie Jerzego Owsiaka przyrówna do pisania listów do Stalina, a to udział młodych w czarnych marszach skojarzy mu się z wykorzystaniem przez Niemców polskich dzieci podczas oblężenia Głogowa, gdy przywiązano je do maszyn oblężniczych. Albo znowu o kandydatce na prezydentkę miasta powie, że popierają ją Żydzi. Ładnie powie, eufemistycznie, cytując Jana Pawła II: bracia starsi.
Gdy w 2021 roku w mieście zmienia się układ, a PiS wchodzi w koalicję z prezydentem i jednocześnie przejmuje starostwo, Kucharski przejmuje działkę, na której najbardziej mu zależy - zostaje naczelnikiem oświaty w starostwie. W końcu młodzi to przyszłość Narodu. Koniecznie przez duże "N".
Jako naczelnik spełnia się w polityce kadrowej. W nieco wolniejszych chwilach sugeruje i namawia. Choćby do udziału w Procesji Jadwiżańskiej. Organizowane rokrocznie wydarzenie religijne ku czci patronki miasta - przemarsz ulicami z relikwiami Świętej Jadwigi Andegaweńskiej - niby jest ważne i poważne, ale z frekwencją zawsze kłopoty. Na miejscu zbiórki pod kościołem stawiają się władze, elity polityczne i samorządowe, biskup z proboszczami, tak zwani przedstawiciele stowarzyszeń, instytucji, szkół - i tyle. Zwykłych mieszkańców garstka.
Zatem naczelnik Kucharski apeluje. Pisze pismo do dyrektorów szkół, w którym prosi o "należyte umotywowanie" uczniów. Ładnie pisze:
Procesje Jadwiżańskie na trwałe wpisały się w klimat uroczystości społecznych i kościelnych w naszym mieście, na czele których stają władze samorządowe miasta i powiatu. Nawiązują niejako do wielowiekowej tradycji krakowskiej procesji na Skałkę z relikwiami św. Stanisława i roszczą sobie pretensje do stania się równie ważnym wydarzeniem w dziejach Radomska.
Pozwolę sobie zaapelować do Państwa o zaangażowanie społeczności szkolnej do udziału w nich, szczególnie proszę o zwrócenie się o to do uczniów, z uwagi na warte upowszechniania bardzo istotne walory wychowawcze, patriotyczne, religijne i kultywujące wiedzę historyczną, odwołując się do chlubnej przeszłości naszej ojczyzny.
Liczę na Państwa działania nakierowane na wzięcie w niej udziału jak najliczniejszej grupy uczniów. Proszę zatem o ich należyte umotywowanie2.
Pismo trafia do dyrektorów, dociera też do dziennikarzy. Gdy je upubliczniają, wybucha awantura. Należyte umotywowanie? Znaczy co - pytają ludzie w komentarzach w społecznościówkach - zaliczenie za procesję? A może wzorowe na koniec roku? W internecie huczy, ludzie pod własnym nazwiskiem nie zostawiają na Kucharskim suchej nitki, bo jakże to, świeckie państwo, świecka szkoła, a tu procesja? Jeszcze będą stawiać piątki za uczestnictwo, jak w PRL-u za pochody pierwszomajowe? Dyrektorzy szkół, nad którymi formalnie Kucharski ma nadzór, zbywają apel. Jeden wiesza w pokoju nauczycielskim. Kto chce, to sobie przeczyta. Inny przekazuje katechetom, to ich sprawa. Kolejny nic nie robi, na procesję nie pójdzie, ma inne plany. I nikogo namawiać nie będzie.
Coś tu zgrzyta. Ludzie w małym mieście wypinają się na władzę, Kościół i wytyczne? Przecież to prowincja. Tu rządzi proboszcz z biskupem, wszyscy głosują na PiS lub Konfederację, osoby LGBT+ wytykają palcami, a kobiety żyją pod męskim butem, jak to w konserwatywnej rodzinie.
Takie mamy wyobrażenia.
A potem zderzamy się ze ścianą. Jak wtedy, na tamtej sesji.
*
Rok wcześniej był sam. Zawziął się, zebrał pięćdziesiąt podpisów, złożył w urzędzie i przyszedł dyskutować. Ma swoje stowarzyszenie, prowadzi dużego walla na Facebooku, z 40 tysięcy obserwujących ma, działa, no i ma perspektywę. Wyjechał, postudiował, popracował i wrócił. Dobry czas, by robić hałas. Tak się właśnie zarzeka: "Wróciłem, by robić hałas".
Zapisał się na tę debatę. PiS-owska władza wprowadziła nowe zasady i teraz w każdej gminie przed głosowaniem nad absolutorium dla prezydenta musi się odbyć dyskusja. Formalnie - dyskusja nad raportem o stanie miasta. Niby taka diagnoza. Jak jest, co robi władza w mieście, jakie są problemy. Wróć, tego ostatniego nie ma w raportach, jak Polska długa i szeroka, jaka władza będzie pisać, że ma jakieś problemy? Więc ich nie ma. Jest pięknie, cudownie i wspaniale. Nawet słonko z tej okazji świeci. Ktoś to dobrze przemyślał: głosowania nad absolutorium i dyskusje nad raportami odbywają się w czerwcu.
Teoretycznie nie tylko władza może sobie dyskutować, mieszkańcy też. Tylko te nieszczęsne podpisy. Aż pięćdziesiąt! Toż to na radnego wystarczy w mieście czasami ledwie dwa razy więcej głosów. Komu by się chciało chodzić po znajomych i namawiać? Więc w pięknie wyremontowanej za stosik pieniędzy sali obrad rady miasta w słoneczne czerwcowe południe siedzi sam Paweł Aulich. Plus władza.
Facet po trzydziestce, włos modny, postawiony na sztorc, i nieodłączny uśmiech od ucha do ucha. Siedzi i siedzi, bo najpierw radni muszą podyskutować, ich pierwszeństwo. Ci koalicyjni stawiają sprawę jasno: mieliśmy siedem tłustych lat. Dlaczego akurat siedem? Oczywista oczywistość, od siedmiu rządzi nasz prezydent. Znaczy ich. Ci z opozycji rytualnie narzekają, jak to opozycja. To źle, to niedobrze, to nie działa, tamto zepsute.
W końcu przychodzi kolej na Aulicha. Pyta władzę:
- A jak drugi basen za 36 milionów otwieraliście, to mówiliście, że to poprawi jakość życia. I co, poprawiła się?
- A była taka sprawa w prokuraturze, że miejska spółka coś tam, coś tam z zakupem węgla. W raporcie nie znalazłem ani słowa. Dlaczego? To nieważne?
- Był też temat sześciu urzędników, którzy podpisali się pod dokumentem z niewłaściwą datą. Co jest z tymi sprawami?
- Nie ma też nic o odszkodowaniu dla byłego prezesa MPK. Pół bańki dostał, bo go nowa władza wyrzuciła z roboty, a sąd miał inne zdanie. Ktoś coś?
Prezydent gładko się rozprawia z wątpliwościami Aulicha, głosowanie, rączki w górę, kwiatki, oklaski, absolutorium. Rozchodzimy się do swoich zajęć.
Rozeszli się, ale po roku wrócili. W czerwcu 2023 roku też jest sesja, też raport i też dyskusja. I też słonko świeci. Ale na sali w kolejce do dyskusji czeka dwunastu mieszkańców. Tylu się przeszło po sąsiadach po podpisy i tylu się zapisało. Może to wybory niedalekie, może przykład Aulicha, a może nerwy ich wzięły i muszą wyrzucić to z siebie? Znów: muszą poczekać, aż się radni wygadają. Gdy przychodzi ich kolej, strzelają celniej, niczym ukraińscy snajperzy.
No bo ten mieszkaniec z osiedla pod autostradą to on przeczytał w urzędowym raporcie o stanie miasta, że jest mieszkańcem miasta przyjaznego i otwartego, które dba o mieszkańców, buduje kompleksy sportowe i rekreacyjne, rozbudowuje strefę ekonomiczną. A on właśnie pod strefą mieszka. I jak jest czternasta, i zmiana w zakładach się kończy, to on stoi w korku. Bo samochodem nie przejedzie. Darmowa komunikacja odpada, bo też stoi, a rowerem się nie da, bo nie ma ścieżek. Wszystko stoi, bo do strefy, gdzie pracuje kilka tysięcy ludzi, prowadzi jedna droga. Cały ruch przechodzi przez jedno rondo. W dodatku to samo, które prowadzi na autostradę. Gaudí normalnie to wymyślił, taka odjechana wizja.
A tamta mieszkanka, co dopiero od dwóch lat w Radomsku mieszka i sama je sobie do życia wybrała, to ona młoda jest i działa społecznie. Trochę pojęcia o świecie ma, bo pracuje na terenie całego województwa, dużo jeździ, więc wie, co można i co się da. A tu się nie da. Jak chciała coś zgłosić w budżecie obywatelskim, to dostała obuchem w łeb. Tak profilaktycznie, oczywiście symbolicznie. Musiała biegać do urzędu poprawiać kropki i przecinki, a jak chciała dostać zgodę od dyrektora domu kultury, by zrobić tam warsztaty śpiewu, to usłyszała, że pewnie ona sama chce te warsztaty prowadzić i jakieś korzyści czerpać. A przecież ona śpiewać nie potrafi. Chciała wziąć udział w takich warsztatach. Już się jej odechciało. Choć jest społeczniczką od dwunastu lat i niewiele może ją zniechęcić.
Inny przeczytał w raporcie o demografii. Jego dziecko za sześć lat pójdzie do szkoły, a w mieście katastrofa demograficzna. Szkół podstawowych jest dziesięć, a dzieci rodzi się tyle, że za sześć lat starczy na sześć klas pierwszych. Jak on chodził do szkoły, to tylko w jego podstawówce w roczniku było klas do "e". To jak to rozwiążą, bo on nic w raporcie o tym nie znalazł?
Ktoś zwraca uwagę, że w Radomsku jest kilka tysięcy Ukraińców, a w raporcie stoi, że dokładnie dwustu czterdziestu ośmiu oraz siedmiu Włochów. A przecież tylko w Pizzerii Venezia w weekend samych Włochów siedzi więcej. No to kto ten raport pisał?
Inny dodaje, że z tym dronem antysmogowym, co to go miasto musiało kupić, bo wygrał w budżecie obywatelskim, to żart jest, bo lata w godzinach pracy urzędu, a największy smog jest ranko i wieczorem.
Prezydencka świta słucha tego z musu, przewodniczący wtrąca się co jakiś czas z komentarzami, dopiero gdy na koniec pojawia się troje zwolenników, można odetchnąć z ulgą. Co prawda na twarzach publiczności widać uśmieszki, bo przecież słyszeli, że jeszcze dzień wcześniej władza na gwałt szukała takich, co się zgłoszą do dyskusji w jej obronie (znaleźli działacza prezydenckiego stowarzyszenia, pracownicę miejskiej spółki i pewną emerytkę), ale przecież każdy ma prawo. Płynie laudacja dla prezydenta. Miasto pięknieje, tereny zaniedbane i zdegradowane przywracane są do życia, wiele inwestycji zostało zrealizowanych, odwiedzający zauważają zmiany. Prezydent przytakuje ukontentowany, to naprawdę wielka sprawa, więc płyną podziękowania dla prezydenta i władz, że tak zgodnie pracują i działają na rzecz miasta i jego mieszkańców.
I miło by się wszystko zakończyło, przyjemnie i bezproblemowo, gdyby nie ten Aulich. Bo on przyjrzał się wypunktowanym w raporcie wydarzeniom z ubiegłego roku i nie znalazł ani słowa o tym, że w tymże ubiegłym roku ukazała się książka o radomszczańskiej władzy i jej mechanizmach. Nie znalazł o tym ani słowa. Dlaczego?
*
Często sami się na tym łapiemy - gdy mowa o małych polskich miejscowościach, włącza nam się specjalny tryb, jakbyśmy mieli odrębną sztancę. Mieszkańcy, którzy występują z otwartą przyłbicą przeciwko władzy, skuteczne bunty szkolne przeciw partyjnym nominatom na dyrektorskich stołkach, transpłciowa dziewczyna robiąca coming out przed całą klasą, rodzice i dziadkowie, którzy ją przytulają, a nie wyklinają... Do wielkiego miasta takie sytuacje nam pasują, ale do lokalnej społeczności? Przecież to inny świat, powtarzamy. Robimy to bezwiednie, jakby słowa "prowincja", "lokalność" automatycznie przenosiły dyskusję na inne tory, biegnące równolegle i tylko z rzadka przecinające się z tymi wielkomiejskimi.
Sami przed sobą nie chcemy tego przyznać, ale zdarza się nam myśleć o prowincji jako miejscu niepełnym, takim trochę niedorobionym. Nie ma w tym myślenia wyższościowego, wszak to nasze miejsce życia, jednak w namyśle, analizie, obserwacjach z tyłu głowy kołacze nam słowo "brak". Może trochę w tym perspektywy ogólnopolskich mediów, którą przesiąkliśmy, bo przecież w ich opisie prowincja to miejsce trochę ułomne, gdzie na porządku dziennym są deficyty. A może to siedzi w nas tak głęboko, bo sami mieszkańcy często tak o swoich lokalnych ojczyznach opowiadają?
Liczba mitów, wyobrażeń, przekłamań na temat polskiej prowincji jest odwrotnie proporcjonalna do tempa zmian, jakim ta prowincja podlega. Polska lokalna buzuje - społecznie, politycznie, światopoglądowo - ale jej obraz w debacie publicznej malowany jest wciąż tymi samymi kolorami: szarością przetykaną czernią. Czerń to oczywiście Kościół, wśród wielkomiejskich elit to wciąż władca dusz mieszkańców mniejszych miejscowości, szarość to jakość życia - nudno, nijak, wciąż pod butem. Czy to władzy, czy rodziny - nieistotne, grunt, że prowincja tkwi w kajdanach, których ani nie potrafi, ani nie ma chęci zerwać.
Owa prowincja - z uporem trzymamy się tego określenia, bo traktujmy je geograficznie, a nie wartościująco, podobnie jak choćby interior - zżyma się na te opowiastki, ponieważ nie rozpoznaje w nich siebie. To nawet nie karykatura, lecz kompletnie zamazany obraz, nijak nieprzystający do świata, który ludzie znają i w którym żyją.
Nawet twarde dane nie są w stanie podważyć wyobrażeń. A podstawowym błędem jest traktowanie prowincji jako jednorodnej struktury. Społeczno-polityczno-gospodarcza rzeczywistość miasteczek Podkarpacia czy ściany wschodniej jest zupełnie inna niż tych z Zachodniopomorskiego czy Wielkopolski. A jednak zamiast się im przyjrzeć za pomocą szkiełka i oka, wyciągamy pasujący nam element i machamy nim przed publicznością, przekonując, że to niepodważalny dowód. Chcemy udowodnić, że Kościół jest głównym rozgrywającym? Odwołujemy się do Małopolski albo wschodniej części kraju. Chcemy przekonać, że na prowincji bieda i brak perspektyw? Wskazujemy na popegieerowskie Mazury. Że się laicyzuje? Sięgamy do Łódzkiego i Lubuskiego.
Co to pokazuje? Że ignorujemy fakty. Najwięcej młodych kobiet deklarujących niechęć do posiadania dzieci żyje w malutkich miasteczkach. W wielu małych miejscowościach liczba ślubów cywilnych przekroczyła liczbę kościelnych. Błyskawicznie spada liczba młodzieży uczęszczającej na lekcje religii i osób uczestniczących co niedziela we mszy. Prawica - choć często wygrywa w wyborach - w średnich miastach wcale nie ma dominującej większości. Widać wzrost aktywności obywatelskiej, publiczną obronę własnych interesów przez mieszkańców, ścieranie się z lokalną władzą i publiczną krytykę jej działań.
Podobna pobieżność zdominowała perspektywę polityczną. Choć w miastach powyżej 50 tysięcy mieszkańców żyje tylko 27,7 procent ludności Polski, wiemy bardzo dużo o zmianach politycznych, społecznych, światopoglądowych mieszkańców wielkich miast i niewiele albo nic o tych z prowincji. Taka struktura samorządowa jak powiaty miga nam w kampaniach wyborczych, gdy kandydaci ścigają się, kto pierwszy odwiedzi wszystkie. Niewiele wiedzą o miejscach, do których zjeżdżają, nie chcą rozmawiać z lokalnymi dziennikarzami, bo szybko obnażyliby ich ignorancję, a na pytania o propozycje dla Polski lokalnej odpowiadają monotematycznie o pieniądzach dla samorządowców. I dalej w drogę. W takich warunkach trudno o sensowną dyskusję.
To nie jest rzeka płynąca w jedną stronę. W sferze obyczajowej konserwatyzm w wielu miejscach na prowincji jest martwy, ludzie żyją po swojemu, nie przejmując się proboszczem i pomstowaniem dziadków. Jeśli przywiązanie do wartości i tradycji się pojawia, to w sferze werbalnej i publicznej, tam wciąż jest najpowszechniejszym wytrychem do opisu rzeczywistości. Radni, nawet ci bardziej liberalni, wciąż są bardziej konserwatywni niż ich wyborcy. Sfera wyborów indywidualnych odcięta jest już od presji społecznej. Babki przymykają oczy na to, że wnuczki żyją bez ślubu, rodzice nie ganiają dzieci do kościoła, a młodzi nie za bardzo rozumieją, o co chodzi w awanturze o LGBT+. No jest. Zuzia jest lesbijką, Mateusz gejem i co z tego?
Inaczej jest w sferze publicznej. Tu mankamenty systemu widać jak na dłoni. Węzły, które wiążą prowincjonalne elity, silniejsze są niż więzy krwi. Nikołaja Gogola. Ale widać je tylko z bliska. Utyskiwanie krajowych liberalnych mediów na brak zainteresowania sprawami fundamentalnymi - jak choćby wymiarem sprawiedliwości i konstytucją - nijak nie świadczy o prowincji, wiele natomiast mówi o ograniczonych horyzontach Warszawy. Na prowincji relacje między prokuratorami a lokalną władzą to żadna tajemnica, mieszkańcy widzą je na co dzień. Nieważne, czy na górze Ziobro czy Bodnar, decyzje zapadają tu, na dole. Jak więc tego systemu bronić?
*
Skąd te zmiany? Dlaczego teraz? Co jest katalizatorem? Czy to trend społeczno-kulturowy, który naszą środkowoeuropejską cywilizację powoli przesuwa na nowe, nie do końca rozpoznane tory, gdzie stosunek do władzy zmienia się z wiernopoddańczego na kontrolny? A może wolnorynkowa, indywidualistyczna zmiana po 1989 roku, dzięki której odkryliśmy, że publiczne wyrażanie swojego zdania to norma, a nie odstępstwo? Albo jeszcze inaczej: dokręcanie śruby przez Prawo i Sprawiedliwość w latach 2015-2023 tak się nam dało we znaki, że jedyną możliwą reakcją były bunt i jawny sprzeciw?
W tej książce nie będziemy mówić o Polsce lokalnej jako takiej. Wspominaliśmy już o jej różnorodności. Skupimy się na jednym mieście w województwie łódzkim, które opisujemy i badamy od lat. Czterdziestotysięczne Radomsko ma długą historię i wąską perspektywę (takiego zwrotu używamy w redakcyjnych rozmowach na określenie niskiego poziomu myślenia strategicznego, które nie wychodzi poza horyzont jednej samorządowej kadencji). Ma ponad pięćdziesiąt lat, przeżyło dwie rewolucje przemysłowe - jedną w XIX wieku, gdy do miasta zjechali zagraniczni fabrykanci; drugą w PRL-u, gdy dzięki nowym zakładom przemysłowym w kilkanaście lat podwoiła się liczba ludności - i ledwie przeżyło plan Balcerowicza. Przez ostatnie trzydzieści lat próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości, z lepszym lub częściej gorszym skutkiem.
Takich miast jest w Polsce wiele. Bałwochwalczy stosunek do władzy był tu przez lata normą, przy czym bez znaczenia były jej odcień i przynależność partyjna. Jeśli spojrzeć z socjologicznej perspektywy, nic w tym nadzwyczajnego - Radomsko przeżyło swój rozkwit w latach 1966-1989, gdy liczba ludności wzrosła z niecałych 30 tysięcy do 30 tysięcy. Napływowi, którzy zjechali do miasta w większości z okolicznych wsi, dostali nowe mieszkania i pracę. Dostali od władzy, to jej zawdzięczali stabilizację. Ta opowieść przechowywana jest w zakamarkach społecznej pamięci i od lat wpływa na stosunek mieszkańców do sfery publicznej.
W tej książce skupiamy się na zmianach zachodzących na prowincji. To nie będzie socjologiczna analiza, tylko opowieść o ludziach, którzy tych zmian dokonują. Czasami nieświadomie, czasami z premedytacją, czasami z wściekłości. Prowincja zmienia się od dołu, od jednostek. Po latach obserwowania lokalnego świata wiemy, że to one są motorem zmian. Nie władza. Ta zawsze jest z tyłu. To jednostki zmieniają rzeczywistość, to jednostki wydobywają na światło dzienne tematy, o których ludzie wcześniej rozmawiali półgębkiem.
Wybraliśmy historie według nas reprezentatywne, skupiając się na perspektywie społecznej. Jeśli pojawia się w nich władza, to raczej w tle, zwykle jako katalizator procesów (wcale nie pozytywny) albo hamulcowy.
Czy nasz opis jest w jakiś sposób kompatybilny z tym, co zachodzi w innych miejscowościach? Na to pytanie muszą Państwo odpowiedzieć sobie sami.