2
Colter Shaw miał wrogów.
W swojej profesji łowcy nagród starał się unikać zleceń od biur poręczycieli - nie przepadał za tropieniem ludzi, którzy płacili kaucję i nie stawiali się przed sądem - ale w ciągu wielu lat pracy nieraz odnajdywał osoby, które zdecydowanie nie chciały być znalezione.
Prawie wszystkie nagrody dotyczące poszukiwanych przestępców oferowano za "informacje prowadzące do ich aresztowania lub zatrzymania", zawsze z naciskiem na pierwsze słowo tej formułki. Ostatnią rzeczą, jakiej życzyłyby sobie władze, byli samozwańczy szeryfowie, którzy bawią się w antyterrorystów i odstawiają bandziora na policję w plastikowych kajdankach. Ale bez względu na to, czy Shaw dostarczał "informacji" na temat miejsca pobytu uciekiniera, czy sam fizycznie go zatrzymywał (na studiach był mistrzem zapasów), przeciwnicy nie byli zadowoleni.
I często chowali do niego urazę. Część z nich, przejawiająca więcej cech socjopatycznych, przysyłała mu nawet drastyczne opisy tego, co zamierzają mu zrobić po wyjściu na wolność. Jeden z nich przedstawił tortury w formie graficznej, a rysunki były zaskakująco dobre.
Ludzie za kratami mieli też przyjaciół i krewnych, którzy mogli swobodnie poruszać się po całym kraju, często nie mając do roboty nic lepszego, niż tropić człowieka, który wsadził do pudła ich tatusia, mamusię czy rodzeństwo.
W związku z tym Colter Shaw stworzył coś w rodzaju systemu wczesnego ostrzegania. Kiedy pytał o niego ktoś podejrzany, kontaktowali się z nim ludzie, których znał - prywatnie albo zawodowo.
Dlatego właśnie w tym momencie siedział w gabinecie swojego nieżyjącego ojca w górskim domu, gdzie spędził dzieciństwo i młodość, i przerzucał pięć tysięcy pozostawionych przez niego notatek i listów.
Szukał jakiejś wzmianki na temat pewnej osoby - jak dotąd bez powodzenia.
Wysoki i szczupły Shaw był ubrany do wyjścia: w czarne dżinsy, buty taktyczne 5.11 i bluzę, pod którą miał dwa T-shirty jako dodatkową warstwę termiczną. Zbliżało się lato, ale w tym roku czerwiec bardziej przypominał marzec - dżdżysty, zimny i wietrzny. Nic jednak nie przeszkodziłoby mu w zaplanowanej na dzisiaj pieszej wyprawie w głąb zajmującej setki hektarów Posiadłości rodziny Shawów w górach Sierra Nevada.
Tymczasem grzebał w papierach.
I niczego nie umiał w nich znaleźć.
Spróbował kawy. Straciła już resztki wspomnień ciepła, więc odstawił kubek. Zamierzał dolać sobie więcej - dzbanek czekał w kuchni - ale najpierw musiał dotrzeć do wyznaczonego miejsca w kolejnym pliku dokumentów grubości ponad centymetra.
Przeciągnął się na krześle, którego oparcie zdobił wyrzeźbiony łeb niedźwiedzia grizzly. Młodego Coltera fascynowała ta płaskorzeźba i raz zrobił jej odbitkę techniką frotażu, tak jak niektórzy uwieczniają nagrobki sławnych ludzi. Efekt na szarym papierze gazetowym wisiał dziś oprawiony w ramki na ścianie w jego domu na Wschodnim Wybrzeżu.
Rozejrzał się po pokoju, gdzie spędził mnóstwo godzin ze swoim ekscentrycznym ojcem Ashtonem, który wbijał mu do głowy niezliczone zasady surwiwalu. Shaw rozpoznawał dziesiątki przedmiotów i książek, które podobnie jak oparcie krzesła przykuwały w dzieciństwie jego uwagę: mapy, broń rdzennych Amerykanów, lakierowane skrzynki, książki o polityce i filozofii, obrazy, jeden z modeli lokomotyw należący do jego siostry, myśliwski nóż bowie wykuty przez jego starszego brata i ojca.
Miał różne wspomnienia, dobre i przykre.
Pora odłożyć przeszłość na bok. I dalej szukać zagrożenia - jeżeli zagrożenie rzeczywiście istniało.
Ostrzegawcza wiadomość nie brzmiała jednoznacznie. Jej nadawcą był wykładowca politologii z uniwersytetu znad Zatoki San Francisco, gdzie uczył też jego ojciec - z Berkeley, choć nie ze słynnego Kalifornijskiego. Wykładowca był kiedyś studentem Ashtona i dobrze wiedział o jego szalonej misji w tamtych czasach - i o wrogach, których sobie narobił. Napisał do Shawa:
Colter, powinieneś o czymś wiedzieć. Ktoś dzwonił na uniwersytet i pytał o Ashtona i jego rodzinę. Skierowano tę osobę do mnie, bo go znałem. Telefon odebrał mój asystent. Kobieta przedstawiła się jako Margaret. Nazwiska nie podała. Słyszała o Posiadłości, nie wiedziała jednak, gdzie jest, i jej szukała. Nie chciała zostawić numeru ani powiedzieć, dlaczego się tym interesuje. Dodała, że zadzwoni później, ale już się nie odezwała. Mój asystent twierdzi, że wydawała się zdenerwowana i szorstka. Może to nic takiego, ale uznałem, że powinieneś wiedzieć.
Margaret...
Imię nic Shawowi nie mówiło, a ponieważ wiadomość przyszła zaledwie godzinę temu, nie miał jeszcze okazji zapytać o to matki, która pracowała w ogrodzie.
Dalej brnął przez dokumenty - a trwało to długo, bo Ashton wszystko spisywał ręcznie.
Wstępne pytanie: kogo właściwie dotyczyło zagrożenie? Logiczne było, że to on jest głównym kandydatem, choćby z powodu liczby podejrzanych i uciekinierów, jakich udało mu się złapać. A jednak tajemniczej kobiety, która zadzwoniła na uczelnię, nie interesował sam Shaw, lecz "Posiadłość" i "rodzina". Może niebezpieczeństwo groziło komuś innemu - jego młodszej o trzy lata siostrze Dorion; bratu Russellowi, który był starszy o sześć lat; a może ich matce, Mary Dove. Albo na przykład całej rodzinie Shawów.
I dlaczego w ogóle ktoś miałby ich wziąć na cel?
Prawdopodobnie ze względu na patriarchę rodu, Ashtona Shawa.
Przed laty z żoną i dziećmi schronił się właśnie w tej Posiadłości, kiedy się dowiedział, że z powodu prowadzonych przez niego badań grozi mu niebezpieczeństwo. Nadepnął na odcisk kręgom biznesu i władzy uwikłanym w nadużycia i korupcję, a potem doszły go słuchy, że ktoś dybie na jego życie.
Ashtonowi nie udało się uciec przed zemstą, choć później Shaw i Russell połączyli siły i postarali się, aby główni sprawcy już nigdy nie mogli nikogo skrzywdzić.
Macki wrogów sięgały jednak daleko i nie można było wykluczyć, że jacyś spadkobiercy ich interesów zapragnęli odwiedzić Posiadłość Shawów, żeby wziąć odwet na rodzinie.
Następna porcja dokumentów. A potem następna.
Ashton był mistrzem tak zwanych "Zasad Nigdy", listy zakazów, które sformułował jako zapalony zwolennik surwiwalu.
Nigdy nie pozwól sobie na brak planu ucieczki. Nigdy nie pozwól sobie na brak dostępu do broni...
I jednej z podstawowych.
Nigdy niczego nie zapisuj w żadnym medium elektronicznym, ani istniejącym, ani takim, które powstanie w przyszłości...
Tej reguły Ashton przestrzegał rygorystycznie. Dlatego Shaw miał przed sobą dziesięć kilo papierzysk - pokrytych tak drobnym pismem, że graficy mogliby je nazwać "mysią czcionką".
Skończywszy przeglądanie części dokumentów, którą sobie wyznaczył, Shaw przejechał dłonią przez krótko ostrzyżone blond włosy i jeszcze raz się przeciągnął. Zerknął przez okno i zobaczył matkę, która siała coś w ćwierćhektarowym ogrodzie - zaczęła pracę wcześniej, by zdążyć przed przewidywaną na ten dzień ulewą. Mary Dove miała rękę do uprawy ziemi i można się było spodziewać, że zbierze obfite i zróżnicowane plony, których wystarczy na cały rok dla niej, odwiedzającej ją rodziny i sąsiadów. Colter Shaw lubił warzywa i owoce nie mniej niż inni. Trudno mieć coś przeciwko witaminom i innym cennym składnikom, ale zajmowanie się kawałkiem ziemi z pory roku na porę roku pozostawało dla niego niepojętą zagadką - jak zapewne dla każdego, kto tak jak on w ciągu roku pokonywał swoim kamperem niemal pół miliona kilometrów.
Wiecznie niespokojny...
Szczupła sześćdziesięciokilkuletnia Mary Dove o długich siwych włosach, dziś zaplecionych w warkocz, szła w stronę domu, zdejmując rękawice ogrodnicze. Jeszcze nie powiedział jej o ostrzeżeniu. Chciał teraz nalać sobie drugi kubek kawy i zapytać matkę, czy słyszała o jakiejś Margaret w czasach, gdy pracowali z Ashtonem w Berkeley, a jeżeli tak, to czy ona i jej zainteresowanie Posiadłością powinny ich niepokoić.
Może to przyjaciółka rodziny, która straciła z nimi kontakt. Nic więcej.
Oczywiście:
Nigdy nie zakładaj, że jeśli coś wydaje się niewinne, to nie stanowi zagrożenia.
Słyszał, jak Mary Dove krząta się po kuchni, zaszumiała woda w kranie, szczękały talerze. Wziął kubek i już chciał wyjść z gabinetu, gdy nagle jego wzrok padł na następną kartkę w pliku dokumentów.
Zamarł.
To był szkic listu, który pisał Ashton. Niektóre fragmenty były wykreślone, inne dopisane, typowe poprawki, które miały doszlifować efekt końcowy.
Tekst nie wyróżniałby się niczym szczególnym, gdyby nie jedno słowo.
Dr Sheridan Tillis
Zastępca dyrektora programowego
Rada Zintegrowanych Szkół San Francisco
Witaj, Sheridan,
dziękuję za polecenie szkół podstawowych dla mojej córki Margaret. Bardzo nam pomogłeś i powiadomię Cię o naszej decyzji. Jeśli przypomnisz sobie o jakichś szkołach w Marin albo Contra Costa, będą Ci bardzo wdzięczni. Informacje prześlij pod poniższy adres, proszę. I naprawdę będę Ci zobowiązany za dyskrecję.
Mam nadzieję, że u Ciebie i rodziny wszystko w porządku.
Serdeczne pozdrowienia
Ashton
Szokujące słowo: "córka".
No dobrze. Zastanówmy się.
Shaw nigdy nie słyszał, żeby Ashton miał wcześniej inną żonę albo został ojcem jakiegoś dziecka, zanim ożenił się z Mary Dove. Wiedział natomiast, że rodzice byli razem, odkąd w młodości przypadkiem spotkali się w parku narodowym, w części, do której wstęp był wzbroniony.
Czy jest taka możliwość, by list nie był dowodem na romans ojca?
Data nie oczyszczała go z podejrzeń. Wskazywała na to, że list został napisany, gdy Ashton od piętnastu lat był już mężem Mary Dove. Jeśli dziecko zaczynało wówczas naukę w szkole podstawowej, oznaczało to, że gdy zostało poczęte, małżeństwo rodziców Shawa trwało już w najlepsze.
Prócz tego pod adresem, pod który odbiorca listu miał przysłać swoje rekomendacje, mieścił się dom w San Francisco - kryjówka, której istnienie Ashton trzymał w sekrecie przed rodziną; Shaw i Russell odkryli ją dopiero niedawno, gdy ojciec od dawna już nie żył.
Było jeszcze to znamienne przypomnienie o zachowaniu dyskrecji.
- Colter, dobrze się czujesz?
W drzwiach stała Mary Dove.
Serce mu załomotało.
- Tak. Jestem tylko trochę zmęczony.
Uniwersalna odpowiedź, którą ludzie zbywali pytania. Shaw przypuszczał, że głównie mężczyźni.
Uniosła trzymany w ręce dzbanek z kawą.
- Chcesz jeszcze?
Gdyby zasłonił list, kiedy podejdzie, wydałoby się to podejrzane. Matka miała sokoli wzrok. Dlatego sam szybkim krokiem zbliżył się do niej, a Mary Dove nalała mu kawy. Lubił z mlekiem, ale obawiał się, że jeżeli pójdzie do kuchni, matka może się zainteresować plikiem dokumentów. Postanowił wypić czarną.
Odwróciła się, mówiąc coś o kolacji, na którą mieli przyjść sąsiedzi.
Shaw miał myśli zaprzątnięte listem.
- Dobrze - powiedział.
Mary Dove parsknęła śmiechem.
Uniósł brew.
- Właśnie mówię, że nie podamy grzybów, bo Kathy ma na nie ostrą alergię. A ty na to: "dobrze".
- Dobrze, że ich nie podamy - o to mi chodziło.
Jego siostrzenice - córki Dorion - nazwałyby tę ripostę "lamerską".
I miałyby rację.
Mary Dove posłała mu pytające spojrzenie, ale dała spokój. Nigdy nie naciskała w żadnej sprawie. Wiedziała, że gdyby chciał z nią o czymś porozmawiać, nie wahałby się ani chwili. Dotyczyło to zresztą całej rodziny Shawów. Jasne, były tajemnice. Ale gdy ktoś wyraźnie chciał zachować je dla siebie, reszta nie próbowała tego drążyć.
Tworzyło to ciekawą, ale bardzo skuteczną odmianę rodzinnej harmonii.
Stawiając na stole kubek z kawą, na którą już stracił ochotę, utkwił wzrok w kartce, a potem przerzucił kilkanaście następnych, ale żadna z nich nie była związana z listem, w którym pojawiło się imię Margeret.
Sekretna przyrodnia siostra...
Mary Dove przeszła niejedno w trakcie swojego małżeństwa z Ashtonem Shawem. Była utalentowaną, wziętą nauczycielką akademicką, zajmowała się medycyną i badaniami naukowymi; wspierała męża w jego krucjacie przeciwko skorumpowanym politykom i korporacjom; i cierpliwie zniosła przeprowadzkę do Posiadłości, a nawet ucieszyła się z niej, a potem, tak jak ich dzieci, uczyła się tam sztuki przetrwania.
Było to poważne wyzwanie dla jej ciała, ducha i umysłu.
Ostatecznie działania męża doprowadziły do tego, że została wdową.
Jej dzieci wiedziały jednak, że w głębi serca wierzyła w te same wartości, co on, i uważała, że podjął słuszne decyzje. W tej sprawie małżeństwo jak zawsze było zgodne.
Tak się w każdym razie wydawało.
Niewierność?
Rzecz absolutnie nie do przyjęcia.
Sprawdził jeszcze dwadzieścia kilka stron.
Niestety nic.
Znał tylko obecny wiek Margaret - między dwadzieścia pięć a trzydzieści lat. Imię wskazywało też na prawdopodobne pochodzenie anglosaskie, choć nie można wykluczyć przynależności do mniejszości etnicznej.
Dlaczego nie podała koledze Ashtona z Berkeley pełnego nazwiska, numeru i nie zdradziła, jakiego rodzaju relacje ich łączyły, jeżeli nie było nic do ukrycia?
I dlaczego nie skontaktowała się z Shawem za pośrednictwem jego strony internetowej, gdzie zrozpaczeni ludzie poszukujący bliskich zostawiali wiadomości o wyznaczonych nagrodach, a którą jego wspólnicy z Florydy, Teddy i Velma Bruinowie, sprawdzali kilka razy dziennie? Natychmiast przekazaliby mu taką informację.
Czego chciała?
Nigdy nie spekuluj. Jeżeli znasz dostatecznie dużo faktów, dokonujesz analizy - nie wdajesz się w spekulacje.
Jedyne rozwiązanie to przejrzeć pozostały plik papierzysk - ważący teraz już "tylko" około ośmiu czy dziewięciu kilogramów - zaglądając do każdego dokumentu. I szukając w nich "Margaret" lub słów "dziecko", "dziewczynka" albo "córka".
Znowu pochylił się nad papierami, ale w tym momencie przerwał mu sygnał odebranego SMS-a.
Pierwsze słowa błyskawicznie przykuły jego uwagę.
Potrzebuję pomocy. Natychmiast.
Przeczytał całą wiadomość i od razu przeniósł się myślami do zupełnie innego miejsca. Niewierność ojca zeszła na drugi plan, podobnie jak Margaret i jej zadanie.
Wysłał krótką odpowiedź, po czym wytyczył trasę do podanego w wiadomości miejsca.
Jeszcze raz rzucił okiem na dokumenty i podjął decyzję. Zebrał papiery do pustej pomarańczowej torby na ramię leżącej pod stolikiem. Nie chciał zupełnie rezygnować z poszukiwań Margaret. Zadzwonił do swojego miejscowego prawnika, Tony'ego Rossano, który miał kancelarię kilka kilometrów od Posiadłości. Adwokat był wstrząśnięty wiadomością, którą Shaw przekazał mu prawie szeptem. Zobowiązany przysięgą do zachowania dyskrecji, zgodził się podczas nieobecności Shawa kontynuować poszukiwania Margaret w labiryncie zapisków Ashtona.
Shaw rozłączył się, wziął swój czarny plecak leżący obok biurka, wszedł do kuchni, aby powiedzieć matce, że musi natychmiast wyjechać, i przekazał jej wszystkie szczegóły, o których wiedział.
- Ojej. Przykro mi to słyszeć.
Dodał, że nie wie, jak długo to potrwa, ale żeby raczej nie wliczała go w grono gości na bezgrzybnej kolacji.
Uścisnęli się i Shaw wybiegł w chłód poranka.
Odpalił silnik biało-beżowego Winnebago i ruszył długim podjazdem.
GPS zapewnił go, że dotrze do celu za czterdzieści pięć minut.
Kawałeczek.
Jeśli jednak chodziło o pytanie, czy na pewno zdąży - to była całkiem inna kwestia.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI