Na Pomorzu. Zanim zapomni o nas wiatr tom3 - Marlena Wittstock


Reflow text when sidebars are open.
Od zawsze mówiono jej, że Radunia kończy się w Gdańsku. Alicja wiele razy wyobrażała sobie miejsce, w którym woda zatrzymuje się na zawsze, rozlewa szeroko i już nigdzie dalej nie płynie. Dlatego tak bardzo pragnęła to zobaczyć.
Miała osiem lat, kiedy po raz pierwszy ojciec zabrał ją do miasta. Podróż ciągnęła się w nieskończoność, a ona przez większość czasu wypatrywała rzeki. Zdawało jej się, że powinna ją zobaczyć gdzieś między polami, za drzewami, może przy drodze. Ale Radunia się przed nią ukrywała.
- Gdzie ona jest? - dociekała zniecierpliwiona. - Radunia.
Ojciec uśmiechnął się z pobłażaniem, przypominając sobie, po co właściwie tak bardzo chciała tu przyjechać.
- Jest - odpowiedział. - Pokażę ci.
Nie zaprowadził jej jednak nad szeroką rzekę, jakiej się spodziewała. Skręcili w boczną ulicę, potem jeszcze jedną, aż zatrzymali się nad wąskim kanałem. Dziewczynka wychyliła się ostrożnie i zajrzała w dół. Rzeka płynęła między dwoma szerokimi murami, które wyrastały niemal z wody. Zupełnie inaczej niż na wsi.
- To ona? - zapytała z rozczarowaniem.
To nie była rzeka, jaką znała. Tutaj woda była ciemniejsza, powolna, niemal nieruchoma. W Dobrowicach, skąd pochodziła, Radunia otoczona była trawami, trzcinami i gęstym sitowiem. Wokół rozciągały się lasy sosnowe i mieszane. Pachniało mokrą ziemią, a ćwierkanie ptaków zagłuszało naturalny szum wody.
- To Kanał Raduni - przyznał ojciec. - Dawno temu ludzie zmusili rzekę, żeby tędy płynęła. Wykopali kanał i zamknęli ją między murami.
Alicja spojrzała na wodę z niedowierzaniem.
- Rzekę można zamknąć?
- Można próbować.
- Ale gdzie się kończy? - dociekała.
- Nie kończy się - oznajmił, opierając dłonie o kamienny mur i patrząc gdzieś w dal, wzdłuż kanału. - Płynie dalej. Do Motławy, a potem do morza.
Zmarszczyła brwi. To nie była odpowiedź, której oczekiwała.
- Ale... gdzie jest koniec? - powtórzyła.
Ojciec wyglądał na zmieszanego. Chciał to wyjaśnić, ale nie potrafił.
- Czasem go nie widać - rzekł tylko.
Pochyliła się nad wodą. W lustrzanej tafli odbijały się fragmenty kamienic i pochmurne niebo. Zobaczyła też własną twarz.
- Chodź! - zawołał ojciec.
Ruszyli z powrotem tą samą ulicą, którą tu przybyli. Alicja szła obok taty, ale co kilka kroków oglądała się przez ramię. Czuła się oszukana. Radunia nie kończyła się w Gdańsku. Płynęła dalej, choć zamknięta między murami i tak odmieniona, że trudno było ją rozpoznać.
Alicja
Alicja odsunęła ciężką zasłonę w jadalni. Majowe słońce nieśmiało wdarło się do dworu w Dobrowicach, niepewne, czy wolno mu przekroczyć próg domu, który od dwóch lat żył w półmroku. Promienie odbiły się od szyb kredensu i rozświetliły pomieszczenie tak mocno, że dziewczyna musiała zmrużyć powieki. Przez moment stała bez ruchu, wpatrzona w kurz, który tańczył w smugach światła, a potem sięgnęła do okna. Skrzydła ustępowały z oporem, jak gdyby zdążyły przywyknąć do zamknięcia, zaduchu oraz cienia. Do jadalni natychmiast wpadł świeży zapach mokrej ziemi, lipowych pąków, a także rzeki płynącej za ogrodem.
- Nie rób tego.
Ostry głos matki sprawił, że dziewczyna zadrżała.
Odwróciła się. W progu stała Justyna Dobrowolska. Dłonie splotła na wysokości pasa, a urażony wzrok wbiła w otwarte okno. Ubrana była w tę samą żałobną suknię, którą zdawało się, że nosiła od zawsze. Czarny kolor sprawiał, że wyglądała jak cień. Podkreślał bladość jej cery i ślady zmęczenia pod oczami.
- Mamo, w domu jest duszno - zaczęła ostrożnie Alicja. - Trzeba przewietrzyć pokoje.
- Jeszcze nie czas - zaprzeczyła Justyna.
To zdanie powtarzała od miesięcy. Jeszcze nie czas na zdjęcie czarnych wstążek z luster. Nie czas na gości. Nie czas na muzykę. Nie czas na śmiech.
- Minęły dwa lata. - Alicja nerwowo wygładziła spódnicę. - Nawet ksiądz mówił...
- Ksiądz nie stracił syna - przerwała córce. Weszła do środka i utkwiła puste spojrzenie w poruszającej się na wietrze firance. - Zamknij to okno, Alu - poleciła.
- Nie zamknę.
- Co powiedziałaś? - W głosie matki zabrzmiało oburzenie. Córka nigdy wcześniej nie sprzeciwiała się jej decyzjom. Kobieta zatrzymała się w pół kroku.
- Powiedziałam, że nie zamknę - powtórzyła dziewczyna, hardo unosząc podbródek. Serce zabiło jej szybciej. - W domu pachnie stęchlizną, mamo. Wszystko jest zasłonięte, przygaszone, jakbyśmy wszyscy... - wzięła głęboki oddech i dokończyła: - ...mieli leżeć w grobie razem z Ignacym.
Justyna wykrzywiła twarz w grymasie bólu, który przypomniał, jak wiele przeszła wraz ze śmiercią pierworodnego syna.
- Nie waż się tak mówić!
- A jak mam mówić? Jak mam żyć, mamo? Ty całymi dniami snujesz się po domu jak duch, ojciec milczy, Józek ucieka, kiedy tylko nadarzy się okazja, a Michała nie ma już od lat.
W korytarzu rozległy się ciężkie, pewne kroki. Wkrótce w progu jadalni stanął Wiktor Dobrowolski. Ostrożnie zerknął najpierw na otwarte okno, następnie na żonę, wreszcie na córkę.
- Co tu się, do licha, dzieje od rana? - zapytał, marszcząc czoło.
Ojciec - wysoki, siwiejący już mężczyzna o szerokich ramionach i spokojnych oczach, po śmierci Ignacego przygarbił się trochę, jednak wciąż mówił tonem człowieka przywykłego do tego, że dom oraz ziemia muszą trwać bez względu na wszystko.
- Ala, wyobraź sobie, postanowiła, że wpuści do domu wiosnę - wyjaśniła zirytowanym tonem jego żona. - Według niej już czas.
Wiktor podszedł do okna i się wychylił.
- Ładny dzień - przyznał tylko. - To prawda.
Brwi Justyny ściągnęły się groźnie.
- Wiktorze... - rzuciła ostrzegawczo.
- Minęły dwa lata, Justynko - przypomniał spokojnie, a jednak zabrzmiało to jak rozstrzygnięcie. - To dość długo, żeby człowiek zaczął znów oddychać.
Małżonka wbiła w niego pełne urazy spojrzenie.
- Ale...
Ojciec przymknął powieki.
- Nie ma dnia, żebym o nim nie myślał - zapewnił. - Ale myślę też o tych, którzy zostali. O tobie, Ali, Józefie i Michale, który przecież niedługo wraca do domu.
Na dźwięk imienia najmłodszego syna twarz Justyny drgnęła.
- Tak. Michał wraca... - powtórzyła.
- Właśnie. Poza tym Józef przyjeżdża jutro z gośćmi.
- Z gośćmi? - Matka uniosła głowę z oburzeniem. - Jakimi gośćmi?
- Pisał, że przywiezie z Gdańska dwóch znajomych. To Konstanty Lipiński oraz Juliusz Bogusławski. Młodzi, porządni ludzie. Poznał ich na studiach... - Ojciec przełknął głośno ślinę, a potem dokończył: - Przed naszą żałobą.
Pani Dobrowolska pobladła jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle było możliwe.
- I ty się na to zgodziłeś? - rzuciła wściekłym tonem.
- Tak, zgodziłem się.
- Bez pytania mnie o zdanie?
- Justynko, od dwóch lat pytam cię, czy jesteś gotowa, a ty wciąż odpowiadasz, że nie.
Matka opadła bez sił na fotel.
- Niczego nie rozumiecie - żachnęła się. - Ludzie będą się bawić, śmiać, spacerować po ogrodzie. A on...
Nie dokończyła.
- Ignacy nie wróci. - Wiktor przesunął dłonią po czole, jakby chciał wyprostować zmarszczki. - Ale my musimy wrócić do życia.
- Ja się z tym nie pogodzę. - Pokręciła głową. - Nigdy!
- Nie każę ci się godzić - tłumaczył. - Tylko żyć dalej.
Alicja obserwowała rodziców, wstrzymując oddech. Ojciec odchrząknął nieznacznie.
- Na Zielone Świątki przyjąłem zaproszenie od Brzezińskich. Przed tą tragedią bywaliśmy u nich co roku. Nie widzę powodu, żeby w nieskończoność odmawiać. Nina także cierpi.
Przed oczami Alicji natychmiast pojawił się obraz Antoniny Brzezińskiej, narzeczonej Ignacego, której rodzina od wielu pokoleń zamieszkiwała sąsiednią wieś. Mieli się pobrać w Zielone Świątki przed dwoma laty. Wszystko było już przygotowane: goście zaproszeni, ciasta upieczone, suknia uszyta, przyszłość na wyciągnięcie ręki. W noc poprzedzającą ślub Ignacy wymknął się z dworu i popędził konno przez las. Nad ranem znaleziono jego ciało nad brzegiem Raduni. Snuto różne teorie - o nieszczęśliwym wypadku, przypadkowej kuli kłusownika, a nawet o planowanym morderstwie. Nikt nie potrafił jednak wyjaśnić, co w ogóle skłoniło go do tej nocnej jazdy i co się wtedy wydarzyło.
Matka ścisnęła dłonie.
- Antonina też nie potrafi się z tym pogodzić - westchnęła. - Kochała go.
Wszyscy go kochali, pomyślała Alicja, ale nie powiedziała tego na głos. Ignacy był radością tego domu. Najstarszy z całego rodzeństwa, żywiołowy, impulsywny, pełen planów i wielkich idei. Zawsze znalazł czas, by pójść z nią na spacer nad rzekę, poćwiczyć grę na pianinie lub pograć w krokieta. Gdy zginął, ważna część niej odeszła razem z nim.
- Tym bardziej nie wolno nam zamknąć się na zawsze - westchnął Wiktor. - Ani jej, ani nam. Żałoba nie może być jedyną rzeczą, jaka po nim została.
Justyna długo milczała. Wreszcie podniosła głowę. W jej oczach nadal widniało cierpienie, ale i zmęczenie walką z czasem, którego nie mogła zatrzymać.
- Niech będzie - zgodziła się tak cicho, że ledwie ją usłyszeli. - Możecie zdjąć zasłony, otworzyć okna, przyjąć gości, ale do pokoju Ignacego nie wolno wam wchodzić.
- Dobrze - przytaknęli oboje.
Sypialnia Ignacego stała zamknięta od dnia jego śmierci. Matka chodziła tam czasem sama, ale nikomu innemu nie pozwalała przekroczyć jej progu. Pokój stał się istnym mauzoleum pamięci i smutku, który zostawił po sobie syn.
- Pójdę na cmentarz - oznajmiła Dobrowolska i wyszła tym samym przytłumionym krokiem, którym zwykle poruszała się po domu.
Usłyszeli trzask zamykanych drzwi wejściowych.
- No, córko. Wygląda na to, że wygrałaś - pochwalił Alicję Wiktor.
Dziewczyna odetchnęła, jakby wcześniej bała się to zrobić.
- Nie wiem, czy to wygrana.
- W tym domu każda odrobina światła jest wygraną.
Obawiając się, że matka może się rozmyślić, natychmiast zabrała się do działania. Wyszła na korytarz, by przywołać służbę.
- Zosiu! Maryś! Proszę otworzyć wszystkie okna od frontu. I zdjąć te czarne zasłony z salonu oraz jadalni. W pokojach gościnnych też. Trzeba je schować do kufra.
Zosia, która przybiegła jako pierwsza, szeroko otworzyła usta, potem je zamknęła. Zerknęła niepewnie za plecy panienki, w obawie, że zaraz z cienia wyłoni się pani domu, by jednym spojrzeniem przywrócić dawny porządek.
- Ale pani dobrodziejka... - zakłopotała się Marysia, drobna służąca o rumianej twarzy i dłoniach zaczerwienionych od pracy, która zatrzymała się zaraz za Zosią.
- Pani się zgodziła. - Alicja poprawiła mankiet rękawa, dając tym do zrozumienia, że kończy sprawę. - Niech Zosia ściągnie te czarne kokardy z lustra na schodach.
Kiedy dziewczęta zabrały się do pracy, panna Dobrowolska przeszła do salonu. Ujęła zasłony palcami i szarpnęła tak energicznie, że kółka zgrzytnęły po karniszu, a do środka wlał się szeroki strumień słońca, oświetlając postać Franciszka, który właśnie stanął w progu. Stary, siwy, ze starannie przystrzyżonymi wąsami kamerdyner obdarzył ją spojrzeniem człowieka, który widział w tym domu wszystko, lecz nigdy nie wyrażał swego zdania, dopóki nie został o nie poproszony.
- Panienka kazała zdjąć zasłony? - zapytał z powątpiewaniem. Na jego czole pojawiła się głęboka bruzda.
- Owszem.
- Wszystkie?
- Pokój panicza Ignacego zostaje zamknięty. Nikomu nie wolno tam wchodzić.
Kamerdyner skinął ze zrozumieniem.
Kwadrans później w salonie zrobiło się gwarno. Maryśka przyniosła drabinę, na którą wspięła się Zosia, by odpinać kolejne klamerki. Franciszek zwijał ciężkie materiały, a potem odkładał je na bok z dumnie wyprostowanymi plecami i godnością niepasującą do tej czynności. Alicja otwierała kolejne okna. Wszyscy pracowali do późnych godzin wieczornych.
Nazajutrz rano, kiedy nowe porządki zostały zaprowadzone, dom wywietrzony, zasłony zmienione, czarne wstążki ściągnięte, a pokoje gościnne przygotowane na przyjazd gości, panna Dobrowolska wyszła do ogrodu, by zerwać kilka róż do wazonu w salonie. Ścieżka prowadząca ku różanym rabatom była wilgotna po nocnej rosie i moczyła jej pantofle. Alicja stanęła przed najstarszym krzewem, tym posadzonym jeszcze z Ignacym. Sięgała właśnie po bladokremową różę, gdy z oddali dobiegł ją znajomy turkot kół. Podniosła się, gdy lekki powóz, który Józef brał na krótsze wyjazdy do Gdańska, minął bramę z takim impetem, że żwir zachrzęścił pod kołami. Brat wyjechał kilka dni temu, by w imieniu ojca załatwić jakieś sprawy związane z majątkiem i spotkać się z przyjaciółmi, których teraz przywiózł ze sobą. Alicja zerknęła na dwóch mężczyzn siedzących z tyłu powozu i zaraz spuściła wzrok, zawstydzona. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, jak bardzo odzwyczaiła się od obcych twarzy. Przez ostatnie dwa lata matka niemal całkowicie odsunęła ją od świata. Nie było wizyt, spotkań ani letnich wyjazdów, które dawniej wydawały się czymś oczywistym. Poza domownikami widywała właściwie tylko Matyldę - swoją najbliższą przyjaciółkę i młodszą siostrę Antoniny Brzezińskiej.
- Ala! - Brat siedzący z przodu pomachał do niej radośnie. Zeskoczył z kozła i w dwóch krokach znalazł się przy niej. - Na Boga, siostrzyczko, człowiek wyjedzie na trzy dni, a tu...
- A tu? - powtórzyła z rozbawieniem.
- A tu sam nie wiem, czy mówić "siostrzyczko", czy "jaśnie pani"!
- Oj, Józefie. W dalszym ciągu wracasz do domu i zaczynasz od głupstw.
- To nie głupstwa, tylko szczere zdumienie - zaręczył, odsunąwszy się na krok, by obejrzeć ją od stóp do głów. - Z każdym dniem jesteś coraz piękniejsza!
- Nie przesadzaj! - Dziewczyna się roześmiała.
Brat zawsze witał się z nią w ten sam sposób, żartując, że przez tych kilka dni jego nieobecności zdążyła zmienić się nie do poznania.
- Wcale nie przesadza - odezwał się jeden z mężczyzn siedzących w powozie. - Józef mówił nam po drodze, że zastaniemy w Dobrowicach jego siostrę. Nie uprzedził tylko, że będzie to panna, przy której trudno zachować zdrowy rozsądek.
Alicja podniosła wzrok. Na ziemię zeskoczył właśnie pierwszy z przyjezdnych. Miał jasne włosy i stonowane rysy.
- Konstanty Lipiński - przedstawił go Józef. - Mój serdeczny druh, a przy tym jeden z najgorszych gawędziarzy w promieniu stu mil.
Mężczyzna skłonił się nisko.
- Jeden z najgorszych? - powtórzył z udawanym oburzeniem. - Jeśli panienka pozwoli, postaram się jeszcze dziś udowodnić, że panicz Dobrowolski oszczędza w ocenie.
- Będzie panu trudno, skoro brat uprzedził mnie już, czego mam się spodziewać.
- W takim razie pozostaje mi liczyć, że rzeczywistość okaże się milsza od ostrzeżeń.
- Zwykle bywa odwrotnie - wtrącił drugi z gości, schodząc z powozu znacznie ostrożniej.
Miał ciemniejsze włosy od Konstantego, uważniejsze spojrzenie, podkreślane przez orzechowe oczy, które natychmiast przyciągały uwagę.
- Juliusz Bogusławski - przedstawił się, kłaniając z elegancją. - Muszę jednak przyznać rację Konstantemu, że tym razem rzeczywistość wyraźnie przewyższyła opowieści pani brata.
Józef parsknął śmiechem.
- No, proszę. Koła nie zdążyły ostygnąć po drodze, a już obaj urządzają awantury.
- Awantury? - Lipiński udawał zdziwionego. - To niesłuszne słowo. Ja po prostu nazywam rzeczy po imieniu.
- A ja - odparł Juliusz - staram się mówić prawdę z większym umiarem.
- Umarłbym z nudów od tego umiaru - mruknął Konstanty.
Panna Dobrowolska nie mogła powstrzymać śmiechu. Brat popatrzył na nią z miną człowieka wielce zadowolonego z własnego pomysłu.
- Widzisz? Tak jak obiecałem, przywiozłem ci trochę świata. Oby się tylko nie kłócili przy stole...
- Zapewniam panienkę - Konstanty przyłożył obie dłonie do serca - że jeśli będziemy się spierać, to wyłącznie o to, kto będzie miał zaszczyt dłużej z panią rozmawiać.
- Właśnie o tym mówiłem - jęknął Józef i wywrócił oczami.
- Proszę wybaczyć mojemu przyjacielowi. W podróży staje się skłonniejszy do zachwytów niż zwykle - dodał Bogusławski.
- To nie podróż - odparł Konstanty, nie odrywając wzroku od panny Dobrowolskiej. - To okoliczności.
- No dobrze, dość tych poetyckich nadużyć - zarządził Józef. - Maciej! Bagaże!
Stary stangret wybiegł ze stajni i zajął się zdejmowaniem kufrów znajdujących się na tyle powozu.
- Witajcie w Dobrowicach. Mam nadzieję, że podróż nie zmęczyła panów aż nadto - przywitał się ojciec, który właśnie pojawił się na ganku.
Goście natychmiast ukłonili się nisko.
- Przeciwnie, panie Dobrowolski - odezwał się Juliusz. - Po drodze panicz Józef tyle opowiadał o dworze, że zaczęliśmy żałować, iż nie można było tu przyjechać wcześniej.
- W takim razie mój syn wyjątkowo nie przesadzał.
Majątek w Dobrowicach był w istocie miejscem wyjątkowym. Położony między Gdańskiem a Kartuzami, pośród malowniczych lasów, jezior i łagodnych pagórków, skrywał się w zakolu Raduni, jednej z najurokliwszych rzek przecinających Prusy Zachodnie. Wokół kilkudziesięciu morgów żyznych pól rozciągały się sady owocowe, pasieki i rozległe łąki schodzące ku rzece. Wiosną powietrze przesycał zapach kwitnących jabłoni i wilgotnej ziemi, a latem złocące się zboża falowały aż po linię lasu. Pośród wypielęgnowanych ogrodów wznosił się biały dwór ze smukłymi kolumnami podtrzymującymi frontowy ganek, bardziej przypominający spokojną siedzibę starego pomorskiego rodu niż magnacką rezydencję.
Okolica sprawiała wrażenie odciętej od świata, cichej i spokojnej, choć pod tą pozorną sielanką coraz wyraźniej pulsowały napięcia nowych czasów. Folwark Dobrowolskich należał do zaledwie trzech polskich dworów w okolicy, obok majątku Wybickich w Będominie i Brzezińskich w Raduniewie. Pozostałe ziemie od pokoleń znajdowały się w rękach niemieckich rodów lub zostały wykupione przez Komisję Kolonizacyjną, która od lat konsekwentnie prowadziła działania mające na celu germanizację tych ziemi i zamieszkujących je Polaków.
- Zapraszamy do środka. - Alicja wskazała na drzwi wejściowe. - Poproszę służbę, by pokazała panom ich pokoje.
- Gdyby poprowadziła nas pani nawet do stajni, uznałbym to za przywilej - zażartował Lipiński.
- Dziękuję - powiedział Juliusz z łagodnym ukłonem. - To dla nas uprzejmość z pani strony.
- Niech mnie licho, jeszcze godzina i obaj zaczną się pojedynkować, kto zasiądzie przy niej podczas kolacji! - roześmiał się Józef. - Jeżeli nie przestaniecie, ojciec gotów cofnąć wam zaproszenie.
Wiktor przyjrzał się młodzieńcom z uwagą, po czym niespodziewanie kąciki jego ust drgnęły pod wąsem.
- Niech mówią. W tym domu dawno nikt nie prawił z takim zapałem.