Na rozdrożu - Jonathan Franzen

Kup ebooka

50.00 zł
38.90 zł (38,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poprzecinane nagimi dębami i wiązami niebo nad New Prospect wzbierało wilgotną obietnicą, w miarę jak układy frontów atmosferycznych zmawiały się w szarości, żeby przynieść białe Boże Narodzenie, kiedy Russ Hildebrandt w swoim plymouth fury kombi dokonywał porannego objazdu po domach zniedołężniałych parafian, przykutych do łóżek. Niejaka Frances Cottrell, jego parafianka, zaoferowała mu pomoc w dostarczeniu zabawek i konserw do Wspólnoty Bożej, i chociaż zdawał sobie sprawę, że tym jej aktem wolnej woli ma prawo się cieszyć wyłącznie jako pastor, nie mógł prosić o lepszy prezent bożonarodzeniowy niż cztery godziny sam na sam z tą kobietą.

Po upokorzeniu, jakiego Russ doznał trzy lata wcześniej, Dwight Haefle, starszy pastor w ich kościele, podjął decyzję o zwiększeniu udziału pastora pomocniczego w wizytach duszpasterskich. Russ nie potrafił powiedzieć, co dokładnie, poza częstymi urlopami i pracą nad długo wyczekiwanym tomikiem poezji lirycznej, Dwight robił z czasem, który dzięki Russowi zaoszczędzał. W swojej nowej sytuacji cenił między innymi to, jak kokieteryjnie przyjmowała go pani O'Dwyer, która z powodu silnego obrzęku po amputacji nie mogła podnieść się ze szpitalnego łóżka ustawionego w jej dawnej jadalni. Doceniał rutynę służenia ludziom, zwłaszcza tym, którzy w przeciwieństwie do niego zupełnie nie pamiętali wydarzeń sprzed trzech lat. W domu opieki w Hinsdale, gdzie zmieszane zapachy świątecznych wieńców sosnowych i odchodów geriatrycznych przywodziły mu na myśl woń latryny w górach w Arizonie, wręczył staremu Jimowi Devereaux broszurę ze zdjęciami parafian, z której korzystali w celu zagajenia rozmowy, i zapytał, czy Jim pamięta rodzinę Pattisonów. Dla pastora, nieco rozzuchwalonego adwentowym nastrojem, stary Devereaux okazał się idealnym powiernikiem, był jak studnia życzeń, w której upuszczony grosz nigdy nie spadnie na dno, by tam się rozdźwięczeć.

- Pattison - powtórzył Jim.

- Mieli córkę, Frances. - Russ pochylił się nad wózkiem inwalidzkim parafianina i kartkując broszurę, wrócił do litery C. - Teraz nosi nazwisko po mężu: Frances Cottrell.

W domu nigdy nie wymawiał jej imienia, nieważne, jak niewinnie by to brzmiało, z obawy przed tym, co żona może usłyszeć w jego głosie. Jim jeszcze niżej pochylił się nad zdjęciem Frances i dwójki jej dzieci.

- Och... Frannie? Pamiętam Frannie Pattison. Co się z nią stało?

- Wróciła do New Prospect. Półtora roku temu straciła męża. Coś strasznego. Był oblatywaczem w General Dynamics.

- Gdzie ona teraz jest?

- Wróciła do New Prospect.

- Och, no proszę. Frannie Pattison. Gdzie ona teraz jest?

- Wróciła do domu. Teraz jest panią Frances Cottrell. - Russ wskazał zdjęcie i powtórzył: - Frances Cottrell.

Miał się z nią spotkać na parkingu kościoła Pierwszego Reformowanego o drugiej trzydzieści. Jak chłopiec, który nie może doczekać się świąt Bożego Narodzenia, pojawił się tam już za piętnaście pierwsza i w samochodzie zjadł drugie śniadanie. Kiedy miał zły dzień, a w ciągu ostatnich trzech lat wiele takich było, uciekał się do skomplikowanej trasy okrężnej - wchodził do kościoła przez aulę, w górę klatką schodową i korytarzem wypełnionym stosami zapomnianych zbiorów pielgrzymich hymnów; dalej przez magazyn z poprzekrzywianymi pulpitami na nuty i figurami ze żłóbka (ostatnio wystawiano go jedenaście lat temu): stadem drewnianych owiec i jednym jedynym, szarym od kurzu potulnym wołem, z którym czuł smętne braterstwo; następnie w dół wąskimi schodami, gdzie tylko Bóg mógł go zobaczyć i osądzić, do prezbiterium przez "sekretne" drzwi w boazerii za ołtarzem, i na koniec na zewnątrz przez boczne wejście do sanktuarium - żeby nie przechodzić obok gabinetu Ricka Ambrose'a, dyrektora do spraw programów młodzieżowych. Nastolatkowie, którzy zwykle gromadzili się na korytarzu, byli zbyt młodzi, żeby na własne oczy widzieć upokorzenie Russa, ale z pewnością znali jego historię, a on, patrząc na Ambrose'a, nigdy nie potrafił ukryć tego, że nie poszedł za przykładem Zbawiciela - i Ambrose'owi nie wybaczył.

Ale dzisiaj był bardzo dobry dzień, a sale Pierwszego Reformowanego świeciły pustkami. Russ udał się prosto do swojego gabinetu, wsunął kartkę papieru do maszyny do pisania i zamyślił się nad wciąż jeszcze nienapisanym kazaniem na niedzielę po Bożym Narodzeniu, kiedy to Dwight Haefle znowu będzie na urlopie. Siedząc zgarbiony na krześle, przeczesał brwi paznokciami, chwycił grzbiet nosa w dwa palce, dotykając kanciastych konturów swej twarzy, które, o czym dowiedział się zbyt późno, podobały się kobietom, nie tylko jego żonie, i zaczął wyobrażać sobie kazanie o swojej bożonarodzeniowej misji do South Side. Zbyt często głosił o Wietnamie, zbyt często nawiązywał do Nawaho. Przyjemnie byłoby móc śmiało wypowiedzieć z ambony słowa: "Frances Cottrell i ja mieliśmy zaszczyt..." - wymówić jej imię, kiedy ona siedzi w czwartym rzędzie i słucha, a oczy wiernych, być może zazdrośnie, łączą ich ze sobą - ale tę radość udaremniłaby jego żona, która czytała każde jego kazanie przed wygłoszeniem, i ona również zajmowała miejsce w jednej z ławek, a przecież nie wiedziała, że Frances dziś do niego dołączy.

Na ścianach biura wisiały plakaty przedstawiające Charliego Parkera z saksofonem i Dylana Thomasa z papierosem; mniejsze zdjęcie Paula Robesona, oprawione wraz z ulotką informującą o wizycie Robesona w kościele Judson Memorial w 1952 roku; dyplom Russa z Seminarium Biblijnego w Nowym Jorku, a także powiększone zdjęcie, na którym widać go z dwoma przyjaciółmi z plemienia Nawaho w Arizonie w 1946 roku. Dziesięć lat temu, kiedy objął posługę pomocniczą w New Prospect, ta zręcznie dobrana manifestacja własnej tożsamości trafiła do nastolatków, których rozwój w Chrystusie należał do obowiązków Russa. Ale dla poubieranych w dzwony, ogrodniczki i bandany dzieciaków obecnie wypełniających kościelne korytarze oznaczała już tylko odległą historię. Gabinet Ricka Ambrose'a, obdarzonego czarnymi strąkami na głowie i lśniącymi czarnymi wąsami Fu Manchu, przypominał wystrojem przedszkole: ściany i półki zdobiły prymitywne malarskie produkcje jego młodych uczniów, kamienie o specjalnym znaczeniu, wyblakłe kości i naszyjniki z polnych kwiatów, które mu wręczali, odbijane sitodrukiem plakaty na koncerty połączone ze zbiórką pieniędzy, i trudno byłoby znaleźć w tym wszystkim związek z jakąkolwiek uznawaną przez Russa religią. Po tym, jak został upokorzony, Russ zaszył się w swoim biurze i tam cierpiał wśród blaknących symboli młodości, których nikt oprócz jego żony nie uważał już za interesujące. A Marion się nie liczyła, ponieważ to właśnie Marion pchnęła go do Nowego Jorku, Marion wzbudziła jego zainteresowanie Parkerem, Thomasem i Robesonem. Marion, która zachwycała się jego opowieściami o Nawaho i namawiała go, żeby poszedł za głosem powołania i zajął się kapłaństwem. Marion była nierozerwalnie związana z tą jego tożsamością, która okazała się upokarzająca. I trzeba było Frances Cottrell, żeby to odkupić.

- Mój Boże, czy to ty? - zapytała Frances, przyglądając się zdjęciu z rezerwatu Nawaho, gdy po raz pierwszy była w jego gabinecie latem zeszłego roku. - Wyglądasz jak młody Charlton Heston.

Przyszła do Russa po poradę, jakich udzielał w ramach pomocy dla osób cierpiących po stracie bliskich; było to kolejne zadanie wchodzące w zakres jego obowiązków i bynajmniej nie ulubione, ponieważ największą stratę, jakiej do tej pory doświadczył, stanowiło odejście Skippera, psa z dzieciństwa. Z ulgą usłyszał, że najpoważniejszym problemem Frances po tragicznej śmierci męża w płomieniach rok wcześniej w Teksasie jest poczucie pustki. Na propozycję dołączenia do jednej z kobiecych grup w Pierwszym Reformowanym machnęła tylko ręką.

- Nie chadzam na kawę z paniami - odparła. - Zdaję sobie sprawę, że mój syn zaczyna liceum, ale mam dopiero trzydzieści sześć lat.

I rzeczywiście, na twarzy Frances nie było śladu zmarszczek, podobnie na ciele żadnych fałd, bruzd czy tłuszczu; widział w niej uosobienie witalności w zdobionej tureckim wzorem obcisłej sukience bez rękawów: włosy miała chłopięco krótkie w naturalnym kolorze blond, a dłonie chłopięco małe i kwadratowe. Russ nie miał wątpliwości, że kobieta wkrótce ponownie wyjdzie za mąż - że pustka, którą czuła, prawdopodobnie nie jest związana jedynie z brakiem męża - ale przypomniał sobie własną złość, kiedy matka zbyt wcześnie po śmierci Skippera zapytała, czy nie chce nowego psa.

Podczas tamtych pierwszych odwiedzin powiedział Frances, że przy parafii działa też pewna szczególna kobieca grupa, inna niż pozostałe; grupa, którą on sam kieruje i która współpracuje z parafią Wspólnoty Bożej w centrum miasta, parafią partnerskiego kościoła Pierwszego Reformowanego.

- Te panie nie spotykają się na kawie - ciągnął. - Malujemy domy, czyścimy pędzle, wywozimy śmieci. Osobom starszym pomagamy dotrzeć na umówione wizyty, z dziećmi odrabiamy lekcje. Zajmujemy się tym co drugi wtorek, przez cały dzień. I muszę przyznać, że z wytęsknieniem czekam na każdy taki wtorek. To jeden z paradoksów naszej wiary: im więcej dajesz tym, którym się gorzej powodzi, tym bardziej czujesz się spełniony w Chrystusie.

- Tak łatwo wymawiasz jego imię - zauważyła Frances. - Od trzech miesięcy co niedziela chodzę na nabożeństwo i jeszcze niczego nie poczułam.

- Nawet moje kazania cię nie poruszyły.

Zarumieniła się lekko, uroczo.

- Nie to chciałam powiedzieć. Masz piękny głos. To po prostu...

- Szczerze mówiąc, prędzej poczujesz coś we wtorek niż w niedzielę. Ja sam wolałbym być w South Side, niż wygłaszać kazania.

- Czy to kościół murzyński?

- Tak, kościół czarnoskórych. Kitty Reynolds jest naszą prowodyrką.

- Lubię Kitty. Miałam z nią angielski w ostatniej klasie.

Russ też lubił Kitty, chociaż wyczuwał, że jest sceptycznie nastawiona do niego jako mężczyzny; pod wpływem Marion zaczął myśleć, że Kitty, która nigdy nie wyszła za mąż, prawdopodobnie jest lesbijką. Na odbywające się co dwa tygodnie wyjazdy do South Side ubierała się jak drwal. Szybko zawłaszczyła Frances, nalegając, żeby w obie strony jeździły razem jej samochodem, a nie w kombi Russa. Pomny jej sceptycyzmu, spasował, czekając na dzień, kiedy Kitty w końcu będzie niedysponowana.

We wtorek po Święcie Dziękczynienia, gdy okolicę opanowało grypopodobne przeziębienie, na parkingu Pierwszego Reformowanego pojawiły się tylko trzy kobiety, same wdowy. Frances, ubrana w kraciastą wełnianą czapkę myśliwską - taką samą nosił Russ, będąc jeszcze chłopcem - wskoczyła na przednie siedzenie jego samochodu i przez całą drogę nie zdejmowała czapki, być może z powodu awarii systemu ogrzewania, przez którą parowała przednia szyba, jeśli boczna nie była opuszczona. A może zdawała sobie sprawę z tego, jak piorunujące wrażenie robiła na Russie w tej czapce, jak wystawiała na próbę jego wiarę i jak androginicznie zachwycająca mu się jawiła? Dwie starsze wdowy musiały to zauważyć, ponieważ przez całą drogę do miasta, aż za Midway i na drugą stronę Pięćdziesiątej Piątej, zadręczały Russa z tylnego siedzenia pozornie podchwytliwymi pytaniami o żonę i czwórkę dzieci.

Wspólnota Boża mieściła się w niewielkim kościele z żółtej cegły, bez wieży, pierwotnie zbudowanym przez Niemców, z przylegającym do niego z jednej strony, przykrytym smołowanym dachem centrum kultury. Parafią, składającą się w większości z kobiet, opiekował się Theo Crenshaw, pastor w średnim wieku, który zachowywał się tak, jakby wyświadczał członkiniom wtorkowej grupy przysługę, i bez słowa podziękowania przyjmował ich podmiejską dobroczynność. Co drugi wtorek Theo po prostu wręczał Russowi i Kitty uporządkowaną pod względem ważności listę rzeczy do zrobienia; nie przyszli, żeby im służono, lecz żeby służyć. Kitty już wcześniej brała udział w marszach w obronie praw obywatelskich czarnoskórych Amerykanów, ale pozostałym kobietom Russ musiał wyjaśniać, że chociaż mają trudności ze zrozumieniem języka tutejszych biedaków, wcale nie muszą mówić głośno i powoli, żeby je rozumiano. Dla tych, które sobie to uświadomiły i nauczyły się przezwyciężać strach przed South Side i poruszaniem się po położonym przy Morgan Street kwartale z numerami powyżej 6700, praca w grupie była ważnym doświadczeniem. Natomiast te panie, do których to nie dotarło - a których część dołączyła do grupy z powodów czysto ambicjonalnych, by nie zostać pominiętymi - Russ musiał upokorzyć, podobnie jak sam został upokorzony przez Ricka Ambrose'a, i poprosić, żeby więcej nie przychodziły.

Ponieważ Kitty nie odstępowała jej na krok, Frances nie miała jeszcze okazji się sprawdzić. Kiedy przybyli na Morgan Street, z ociąganiem opuściła samochód i dopiero gdy ją poproszono, zaczęła pomagać we wnoszeniu do centrum kultury skrzynek z narzędziami oraz toreb z używanymi zimowymi ubraniami. Jej wahanie wzbudziło w Russie falę obaw - że pomylił formę z treścią, kraciastą czapkę z duchem przygody - ale rozproszył je przypływ współczucia, gdy Theo Crenshaw, ignorując Frances, polecił dwóm starszym wdowom skatalogować używane książki przeznaczone dla szkółki niedzielnej. Mężczyźni mieli zainstalować w piwnicy nowy grzejnik na wodę.

- Razem z Frances - powiedział Russ.

Czekała przy drzwiach od ulicy. Theo spojrzał na nią chłodno.

- Jest mnóstwo książek.

- Chodź, pomożesz nam z Theo - zdecydował Russ.

Gorliwość, z jaką skinęła głową, była dla niego potwierdzeniem, że kierowało nim współczucie, a nie, jak podejrzewał, chęć pokazania, jaki jest silny, jak zręcznie posługuje się narzędziami. W piwnicy rozebrał się do podkoszulka, niczym niedźwiedź chwycił oburącz paskudny, pokryty azbestem, stary grzejnik i dźwignął go z miejsca. W wieku czterdziestu siedmiu lat nie był już wysokim młodym drzewem; rozrósł się w klatce piersiowej i ramionach niczym dąb. Ale Frances poza obserwowaniem go nie miała tam wiele do roboty, a ponieważ rura wlotu powietrza odłamała się wraz z kawałkiem ściany, co wymagało pracy z dłutem i gwintownicą, dopiero po pewnym czasie zauważył, że kobieta wyszła z piwnicy.

Russ najbardziej cenił w Theo jego powściągliwość, dzięki której nie uległ próżnej pokusie, by wyobrażać sobie, że mogliby zostać międzyrasowymi kumplami. Theo znał najistotniejsze informacje o Russie - że Russ nie unikał ciężkiej pracy, że przez całe życie borykał się z biedą, że wierzył w boskość Jezusa Chrystusa - i nigdy nie zadawał otwartych pytań ani takich nie chciał też słyszeć. Na przykład o Ronniego, opóźnionego w rozwoju chłopca z sąsiedztwa, który przychodził do kościoła niezależnie od pory roku, czasami zatrzymywał się, żeby z zamkniętymi oczami pokiwać się w jakimś dziwnym tańcu lub żeby wycyganić dwudziestopięciocentówkę od którejś kobiety z Pierwszego Reformowanego. Theo mówił tylko: "Lepiej zostawić chłopca w spokoju". Kiedy Russ mimo to próbował nawiązać kontakt z Ronniem, pytając go, gdzie mieszka i kim jest jego matka, a ten odpowiadał: "Czy mogę dostać dwudziestopięciocentówkę?", Theo, już surowiej, upominał Russa: "Lepiej dać mu spokój".

Takiej instrukcji nie dostała Frances. W porze lunchu znaleźli ją i Ronniego na górze, w świetlicy, z pudełkiem kredek na podłodze. Ronnie miał na sobie znoszoną kurtkę, podarowaną zapewne przez kogoś z New Prospect, i kołysał się na kolanach, podczas gdy Frances rysowała na papierze gazetowym pomarańczowe słońce. Theo zamarł, zaczął coś mówić, po czym pokręcił głową. Frances podała Ronniemu kredkę i radośnie spojrzała na Russa. Znalazła swój własny sposób na to, żeby służyć i dawać z siebie jak najwięcej, a on cieszył się, że jej się to udało.

Nie można było tego powiedzieć o Theo, który ruszył za Russem do kościoła.

- Musisz z nią porozmawiać. Powiedz jej, że z Ronniem nie wolno się bawić.

- Naprawdę nie widzę w tym nic złego.

- Nie o to chodzi.

Theo poszedł do domu na przygotowany przez żonę gorący posiłek, a Russ, jak najdalszy od krytykowania aktu dobroczynności Frances, zabrał drugie śniadanie do salki szkółki niedzielnej, gdzie starsze wdowy zdołały przeprowadzić całkowitą reorganizację księgozbioru. Kiedy człowiek jest chory na ciele, traci nad nim kontrolę, a kiedy jest chory z ubóstwa, przestaje przynależeć do swojego środowiska. Nie pytając o pozwolenie, wdowy posortowały książki dla dzieci i przygotowały dla nich kuszące, jasne nalepki. Gdy człowiek jest biedny, może mu być trudno zorientować się, co należy zrobić, dopóki ktoś nie da przykładu. Russ nie miał w zwyczaju nie pytać o pozwolenie, ale takie zachowanie wydawało się właściwe w sytuacji, kiedy nie oczekuje się podziękowań. Zapuszczając się na podwórko porośnięte jeżynami i sięgającą do ramion ambrozją, pastor nie pytał właścicielki, starszej pani, które krzaki i które pordzewiałe rupiecie są nic niewarte, a gdy praca została już wykonana, najczęściej starsza pani mu nie dziękowała. Mówiła tylko: "I chyba teraz wygląda to lepiej".

Rozmawiał właśnie z dwiema wdowami, kiedy z dołu dobiegł ich trzask drzwi i wzbierający gniewem kobiecy głos. Zerwał się na równe nogi i pobiegł do świetlicy. Z kartką papieru gazetowego w zaciśniętej dłoni Frances cofała się przed młodą kobietą, której Russ nigdy wcześniej nie widział. Kobieta była wychudzona i miała brudne włosy. Nawet przez pół pomieszczenia czuł bijący od niej zapach alkoholu.

- To mój syn, rozumiesz, co mówię? Mój syn.

Ronnie nadal klęczał z kredkami, kołysał się.

- Hola, hola - odezwał się Russ.

Młoda kobieta odwróciła się gwałtownie.

- Ty jesteś mężem?

- Nie, jestem pastorem.

- No to powiedz tej, kimkolwiek jest, że ma się trzymać z dala od mojego syna. - Zwróciła się ponownie do Frances: - Trzymaj się z dala od mojego syna, suko! Co tam w ogóle masz?

Russ stanął między kobietami.

- Proszę pani. Proszę.

- Co tam masz?

- To rysunek - powiedziała Frances. - Ładny rysunek. Ronnie go narysował. Prawda, Ronnie?

Rysunek był przypadkowym czerwonym bazgrołem. Matka Ronniego sięgnęła ręką i wyrwała Frances kartkę.

- To nie jest twoja własność.

- Nie - odparła Frances. - Myślę, że zrobił to dla pani.

- Ona jeszcze do mnie mówi? Czy ja dobrze słyszę?

- Myślę, że wszyscy powinniśmy się uspokoić. - Russ starał się opanować sytuację.

- Ona powinna zabrać stąd swój biały tyłek i odczepić się od mojego syna.

- Przepraszam - powiedziała Frances. - On jest taki kochany, ja tylko...

- Dlaczego ona wciąż do mnie mówi? - Matka podarła rysunek na cztery części i gwałtownym szarpnięciem postawiła Ronniego na nogi. - Powiedziałam ci, żebyś trzymał się z dala od tych ludzi. Czy nie mówiłam ci tego?

- Nie wiem - odparł Ronnie.

Uderzyła go otwartą dłonią.

- Nie wiesz?

- Proszę pani - odezwał się Russ - jeśli jeszcze raz uderzy pani chłopca, będą z tego kłopoty.

- Tak, tak, tak. - Kierowała się w stronę drzwi od ulicy. - Chodź, Ronnie. Nic tu po nas.

Po ich wyjściu Frances zalała się łzami; Russ objął ją, czując nie tylko, jak jej strach rozpływa się w dreszczach, lecz także, jak jej szczupłe ciało zgrabnie mieści się w jego ramionach, a jej drobna głowa w jego dłoni; on sam również był bliski łez. Powinni byli poprosić o pozwolenie. Powinien był bardziej jej strzec. Powinien był nalegać, żeby pomogła starszym paniom przy książkach.

- Nie wiem, czy się do tego nadaję - powiedziała.

- Po prostu miałaś pecha. Nigdy wcześniej nie widziałem tej kobiety.

- Ale ja się ich boję. I ona o tym wiedziała. Ty się nie boisz i ciebie uszanowała.

- Będzie ci łatwiej, jak zaczniesz regularnie tu przyjeżdżać.

Pokręciła głową z niedowierzaniem.

Kiedy Theo Crenshaw wrócił z lunchu, Russ był zbyt zawstydzony, żeby wspomnieć o tym, co się wydarzyło. Nie miał żadnego planu dla siebie ani Frances, żadnej konkretnej wizji, nic poza pragnieniem bycia blisko niej, a teraz przez swoją próżność i błędy zmarnował szansę widywania jej dwa razy w miesiącu. Był na tyle złym człowiekiem, żeby pożądać kobiety, która nie jest jego żoną, ale był też kiepski w tym swoim byciu złym. Jakże koszmarnie bierną taktykę wybrał, ciągnąc Frances do piwnicy. Jeśli wyobrażał sobie, że ona, patrząc na niego przy pracy, zapragnie go tak mocno, jak on pragnął jej, to tylko świadczyło o tym, że nie jest mężczyzną, jakiego zapragnęłaby kobieta taka jak Frances. Znudziła się patrzeniem, i słusznie spadła na niego wina za to, co nastąpiło potem.

Nie odzywała się w samochodzie w trakcie powolnej jazdy z powrotem do New Prospect, dopóki jedna ze starszych wdów nie zapytała, jak Larry'emu, synowi Frances, uczniowi dziesiątej klasy, podoba się w Crossroads. Wiadomość, że jej syn dołączył do kościelnej grupy młodzieżowej, była dla Russa całkowitą nowością.

- Rick Ambrose jest chyba jakimś geniuszem - opowiadała Frances. - Kiedy dorastałam, w tej grupie było najwyżej trzydzieścioro dzieciaków.

- Należałaś do nich? - zapytała starsza wdowa.

- Nie. Za mało słodkich chłopców. A właściwie żadnego.

Słowo "geniusz" w ustach Frances podziałało na mózg Russa jak LSD. Powinien znieść je ze stoickim spokojem, ale kiedy miał zły dzień, zwyczajnie nie potrafił nie robić rzeczy, których później żałował. Jakby celowo je robił, żeby potem móc żałować. Właśnie tak odnajdował drogę do miłosierdzia bożego, gdy płonął ze wstydu, korzył się w samotności.

- Czy wiesz - zapytał - dlaczego grupa nazywa się Crossroads? Tu nie chodzi tylko o samo słowo "rozdroże". Rick Ambrose uważał, że do dzieciaków przemówi tytuł popularnej piosenki rockowej.

To była pokrętna półprawda. Pierwotnie to Russ zaproponował tę nazwę.

- Zapytałem go więc... musiałem zapytać... czy zna oryginalną piosenkę Roberta Johnsona. A Rick patrzy na mnie obojętnym wzrokiem. No bo wiesz, dla niego historia muzyki zaczęła się od Beatlesów. Słyszałem wersję Crossroads w wykonaniu Cream i możesz mi wierzyć, że doskonale wiem, w czym rzecz. To banda facetów z Anglii, którzy okradają czarnoskórego mistrza bluesa, a przy tym zachowują się tak, jakby to była ich muzyka.

Frances, w myśliwskiej czapce na głowie, wpatrywała się w jadącą przed nimi ciężarówkę. Starsze wdowy wstrzymały oddech, słysząc, jak pastor pomocniczy ich kościoła miesza z błotem dyrektora do spraw programów młodzieżowych.

- Tak się składa, że mam oryginalne nagranie Johnsona śpiewającego Cross Road Blues - chełpił się w sposób wręcz odrażający. - Kiedy mieszkałem w Greenwich Village... bo kiedyś tam mieszkałem, w Nowym Jorku... wyszukiwałem w sklepach ze starzyzną płyty na siedemdziesiąt osiem obrotów. Podczas Wielkiego Kryzysu wytwórnie płytowe ruszyły w teren i wkrótce nagrały niesamowicie ciekawych artystów: Leadbelly, Charley Patton, Tommy Johnson. Prowadziłem zajęcia pozalekcyjne w Harlemie i co wieczór po powrocie do domu słuchałem tych płyt; miałem wrażenie, jakbym przenosił się prosto w lata dwudzieste na Południu. W tych starych głosach było tyle bólu. Pomogło mi to zrozumieć cierpienie, z jakim miałem do czynienia w Harlemie. Bo o to tak naprawdę chodzi w bluesie. To właśnie się zatraciło, gdy białe zespoły zaczęły małpować ten styl. W nowej muzyce nie słyszę żadnego bólu.

Zapadła kłopotliwa cisza. Ostatni dzień listopada dogasał w pastelowych kolorach pod chmurami przykrywającymi podmiejski horyzont. Russ miał teraz aż zbyt wiele powodów do tego, żeby się później wstydzić, zbyt wiele, żeby nie mieć wątpliwości, że zasłużył na cierpienie. To właśnie dzięki przekonaniu, że najgorsze dni przytrafiają mu się nie bez powodu, dzięki witaniu upokorzeń jak starego przyjaciela, wiedział, że Bóg istnieje. Jadąc w stronę gasnącego światła, czuł już przedsmak ponownego z nimi spotkania.

Na parkingu Pierwszego Reformowanego Frances nie spieszyła się z wyjściem z samochodu, chociaż pozostałe panie już wysiadły.

- Dlaczego ona mnie nienawidzi? - zapytała.

- Matka Ronniego?

- Nikt nigdy tak do mnie nie mówił.

- Bardzo mi przykro, że ci się to przydarzyło - powiedział Russ. - Ale to właśnie miałem na myśli, mówiąc o cierpieniu. Wyobraź sobie, że jesteś tak biedna, że masz na świecie tylko dzieci, to jedyni ludzie, którzy się o ciebie troszczą i ciebie potrzebują. I co by było, gdybyś zobaczyła inną kobietę, która traktuje je lepiej, niż ty możesz je traktować? Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, jakie to uczucie?

- Postarałabym się lepiej traktować swoje dzieci.

- Tak byś zrobiła, ale to dlatego, że nie jesteś biedna. Ludziom biednym pewne rzeczy po prostu się przydarzają. Oni mają wrażenie, że nie mogą nad niczym zapanować. Są zdani całkowicie na łaskę Boga. Dlatego Jezus mówi nam, że ubodzy są błogosławieni... ponieważ nieposiadanie niczego zbliża nas do Boga.

- Ta kobieta nie wydała mi się szczególnie bliska Bogu.

- Prawdę mówiąc, Frances, nie możesz tego wiedzieć. Była wyraźnie zła i zmartwiona...

- I cuchnęła alkoholem.

- I cuchnęła alkoholem w środku dnia. Ale z tych wtorków musimy nauczyć się przynajmniej tego, że ani ty, ani ja nie mamy prawa osądzać biednych. Możemy tylko próbować im służyć.

- Więc twierdzisz, że to moja wina.

- Ani trochę. Posłuchałaś wielkodusznego głosu w swoim sercu. To nigdy nie jest błąd.

Sam słyszał w swoim sercu coś wielkodusznego: wciąż mógł być dla niej dobrym pastorem.

- Wiem, że niełatwo to dostrzec, gdy jesteś zdenerwowana - powiedział łagodnie - ale doświadczyłaś dziś tego, czego ludzie w tej okolicy doświadczają na co dzień. Obelżywe słowa, uprzedzenia rasowe. A wiem też, że nieobce ci jest cierpienie... Nie mogę sobie nawet wyobrazić, przez co przeszłaś. Jeśli postanowisz, że masz dość cierpienia, i zdecydujesz nie pracować z nami, wcale nie będę miał ci tego za złe. Ale jeśli jesteś na to gotowa, masz teraz okazję zmienić swoje cierpienie we współczucie. Co tak naprawdę chce nam przekazać Jezus, kiedy mówi, żebyśmy nadstawili drugi policzek? Że osoba, która się nad nami znęca, jest skończenie zła i po prostu musimy to znosić? A może przypomina nam, że ta osoba jest takim samym człowiekiem jak my, człowiekiem, który cierpi podobnie jak my? Wiem, że trudno to dostrzec, ale przynajmniej możemy próbować tak na to spojrzeć.

Frances przez chwilę rozważała jego słowa.

- Masz rację - przyznała. - Trudno mi to dostrzec.

I wydawało się, że to koniec. Kiedy zadzwonił do niej następnego dnia, tak jak zrobiłby każdy dobry pastor, powiedziała, że nie może w tym momencie rozmawiać, bo córka ma gorączkę. Nie widział jej na nabożeństwach przez kolejne dwie niedziele i opuściła następny wyjazd wtorkowej grupy do South Side. Chciał ponownie do niej zadzwonić, choćby po to, żeby uzupełnić niedobór wstydu, ale czystość bólu po jej stracie idealnie wkomponowała się w ciemne popołudnia i długie noce tej pory roku. I tak, wcześniej czy później, straciłby ją - najpóźniej w chwili śmierci jednego z nich, a prawdopodobnie znacznie wcześniej - lecz jego potrzeba ponownego połączenia się z Bogiem była tak silna, że niemal pożądliwie chwytał się tego bólu.

Ale wtedy, cztery dni temu, sama do niego zadzwoniła. Jest okropnie przeziębiona, powiedziała, ale wciąż myśli o tamtych jego słowach w samochodzie. Nie sądziła, że ma na tyle siły, żeby być taka jak on, lecz już się trochę pozbierała, a do tego Kitty Reynolds wspomniała o bożonarodzeniowej dostawie na South Side. Czy mogłaby wybrać się tam z nimi?

Russ był gotów uradować się tym wyłącznie jako jej pastor, jako opiekun pomagający Frances stanąć na nogi, gdyby nie zapytała wtedy, czy mógłby pożyczyć jej jakieś bluesowe płyty.

- Nasz gramofon odtwarza płyty na siedemdziesiąt osiem obrotów - powiedziała. - Myślę, że jeśli mam się tymi ludźmi zajmować, powinnam postarać się lepiej zrozumieć ich kulturę.

Skrzywił się na sformułowanie "ich kulturę", ale nawet on nie był na tyle zły w tym byciu złym człowiekiem, żeby nie wiedzieć, co oznacza dzielenie się muzyką. Wspiął się na wiecznie niedogrzane drugie piętro przeogromnego domu, którego użyczał mu Kościół, i przez ponad godzinę na kolanach przebierał w płytach na siedemdziesiąt osiem obrotów, próbując wydedukować, jaką dziesiątkę wybrać, żeby wzbudzić we Frances uczucia podobne do tych, które on żywił do niej. Gdzieś zniknęła jego więź z Bogiem, ale w tej chwili nie to było jego zmartwieniem. Zmartwieniem była Kitty Reynolds. Koniecznie musi mieć Frances wyłącznie dla siebie, tyle że Kitty jest bystra, a on nie potrafił kłamać. Wszystkie wybiegi, jakie przychodziły mu do głowy, na przykład żeby umówić się z Kitty na trzecią, a potem wyjechać z Frances o drugiej trzydzieści, z pewnością wzbudziłyby podejrzenia tej pierwszej. Wiedział, że nie ma innego wyboru, jak tylko być z nią szczery, przynajmniej do pewnego stopnia: powiedzieć jej, że Frances przeżyła traumę we Wspólnocie Bożej i że powinien być z nią sam na sam, kiedy odważy się tam powrócić.

- Brzmi to tak - odparła Kitty, gdy do niej zadzwonił - jakbyś zawalił robotę.

- Masz rację. Zawaliłem. A teraz muszę spróbować odzyskać zaufanie Frances. To pokrzepiające, że chce wrócić, ale to wciąż bardzo delikatna sprawa.

- Ona jest taka słodka, i mamy Boże Narodzenie. Oj, Russ... Gdyby chodziło o kogoś innego, zaczęłabym się martwić o prawdziwe motywy.

Zastanawiał się nad znaczeniem słów Kitty - czy uważa go za wyjątkowo dobrego i godnego zaufania, czy też wyjątkowo aseksualnego, niemęskiego i niegroźnego. Tak czy inaczej, wyglądało na to, że jego zbliżająca się randka z Frances stawała się coraz bardziej ekscytująco zakazana. W oczekiwaniu na nią przemycił z domu do kościoła specjalnie wybrane na tę okazję płyty bluesowe oraz stary, brudny kożuch z Arizony; przeczuwał, że to okrycie doda mu nieco klasy. W Arizonie miał klasę - i teraz uważał, słusznie lub nie, że do jej straty przyczyniło się jego małżeństwo. Kiedy Marion po jego upokorzeniu lojalnie zobowiązała się nienawidzić Ricka Ambrose'a, wyzywając go od szarlatanów, a Russ warknął - wprost naskoczył - na nią, oświadczając, że o Ricku wiele można powiedzieć, ale nie to, że jest szarlatanem, oczywiste stało się, że on, Russ, stracił klasę i nie trafia już do młodych ludzi. Umartwiał się i miał za złe Marion, że przeszkadza mu w tej jego przyjemności. Późniejsze codzienne zawstydzenie, czy to kiedy przechodził obok gabinetu Ambrose'a, czy też kiedy tchórzliwie wybierał okrężną drogę, żeby go ominąć, łączyło Russa z cierpieniem Pana. To były męczarnie, które karmiły jego wiarę, podczas gdy zbyt delikatny dotyk dłoni Marion na jego ramieniu, kiedy próbowała go pocieszyć, był męczarnią bez duchowych korzyści.

Siedział w gabinecie, gdy wskazówki zegara w końcu zbliżyły się do godziny drugiej trzydzieści, a strona w maszynie do pisania wciąż była pusta; słyszał popołudniowy napływ nastoletnich członków Crossroads, którzy jak pszczoły do miodu ciągnęli do gabinetu Ambrose'a, tupot biegnących nóg, wykrzykiwanie przekleństw, do stosowania których pan Kurwa-Dupa-Pierdolić sam zachęcał przez ciągłe ich używanie. Do Crossroads należało teraz ponad sto dwadzieścioro dzieciaków, w tym dwoje dzieci Russa; a miarą tego, jak sam Russ bardzo skupiał się na Frances, do jakiego szaleństwa doprowadzało go oczekiwanie na ich randkę, było to, że dopiero teraz, kiedy już wstał od biurka i włożył kożuch, uzmysłowił sobie niebezpieczeństwo spotkania się ze swoim synem Perrym.

Mierni przestępcy przeoczają rzeczy oczywiste. Jego relacje z córką Becky stały się napięte, odkąd w październiku dołączyła do Crossroads, bez żadnego konkretnego powodu; ale ona przynajmniej była świadoma tego, jak głęboko go tym zraniła, i rzadko widywał ją w kościele po szkole. Natomiast Perry'emu zupełnie brakowało taktu. Perry, którego IQ wynosił sto sześćdziesiąt, widział za dużo i zbyt często znacząco się uśmiechał na widok tego, co zobaczył. Perry z pewnością potrafiłby nawiązać rozmowę z Frances, jego zachowanie z pozoru było szczere i pełne szacunku, ale w rzeczywistości takie nie było, i na pewno nie umknąłby jego uwadze kożuch Russa.

Mógł wybrać drogę okrężną na parking, ale takie postępowanie świadczyłoby o tym, że nie jest tym mężczyzną, którym miał dzisiaj być. Wyprostował ramiona, celowo nie wziął płyt, żeby wraz z Frances mieli po co wracać do jego gabinetu po zmroku, i wkroczył w gęste kłęby dymu z papierosów palonych przez kilkanaścioro koczujących na korytarzu dzieciaków. Ani śladu Perry'ego. Jakaś pucołowata dziewczyna o jabłkowatych policzkach leżała rozwalona radośnie na kolanach trzech chłopców zajmujących zapadniętą starą sofę, którą ktoś mimo cichych protestów, jakie Russ składał u Dwighta Haefle'a (korytarz stanowił drogę ewakuacyjną), wtaszczył tu dla dzieciaków czekających na swoją kolej, żeby stanąć do konfrontacji z Ambrose'em, z okrutną, ale pełną miłości szczerością, w zaciszu jego gabinetu.

Ruszył naprzód, nie odrywając wzroku od podłogi, omijając spowite w niebieskie dżinsy golenie i obute w tenisówki stopy. Ale kiedy zbliżał się do gabinetu swego przeciwnika, kątem oka zauważył do połowy otwarte drzwi; a potem usłyszał jej głos.

Zatrzymał się, zupełnie mimowolnie.

- To jest tak niesamowite - z pokoju docierał potok słów Frances - rok temu musiałam mu niemal przykładać pistolet do głowy, żeby poszedł do kościoła.

Przez uchylone drzwi widać było tylko poszarpane dżinsowe mankiety i sfatygowane robocze buty Ambrose'a. Krzesło, na którym siedziała Frances, zwrócone było w stronę korytarza. Zobaczyła Russa, pomachała do niego i powiedziała:

- Do zobaczenia na zewnątrz?

Bóg jeden raczy wiedzieć, jaki wyraz miała jego twarz. Szedł dalej, niczym ślepiec minął główne wejście i znalazł się przed aulą. Czuł się jak kadłub przez wielkie dziury nabierający ciemnej wody, by ostatecznie pójść na dno. Ta jego głupota! Żeby nie pomyśleć, że ona może pójść do Ambrose'a! I jeszcze wizjonerska pewność, że Ambrose mu ją zabierze. Poczucie winy, że stał się nieczuły dla żony, którą przyrzekł otaczać opieką. Próżność myślenia, że w kożuchu nie wygląda jak głupkowaty, podstarzały, odrażający klaun. Chciał zerwać z siebie ten kożuch i odzyskać swój zwykły wełniany płaszcz, ale był zbyt wielkim tchórzem, by wracać korytarzem, i bał się też, że jeśli w tym stanie ducha pójdzie okrężną drogą i zobaczy zakurzonego wołu ze żłobka, może wybuchnąć płaczem.

O Boże, modlił się z głębin swojego obmierzłego kożucha. Proszę, pomóż mi.

Jeśli Bóg odpowiedział na jego modlitwę, to tylko przypominając mu, że by poradzić sobie z nieszczęściem, należy się upokorzyć, myśleć o ubogich i im służyć. Skierował się więc do kancelarii kościoła, a potem znosił na parking kartony z zabawkami i konserwami. Z każdą mijającą minutą coraz dotkliwsza stawała się tak późno ujawniająca się okropność tego dnia. Dlaczego Frances była z Ambrose'em? O czym mogli rozmawiać, że trwało to tak długo? Wszystkie zabawki wyglądały na nowe lub na tyle niezniszczone, że mogły uchodzić za nowe, ale kolejne minuty Russ przetrwał tylko dzięki grzebaniu w kartonach z jedzeniem, wybieraniu darów nietrafionych z lenistwa lub bezmyślności (cebulki koktajlowe, kasztany wodne) i odnajdywaniu pociechy w ciężarze dużych puszek wieprzowiny z fasolą, makaronu Chef Boy-R-Dee, gruszek w syropie: dzięki myśleniu o tym, jak cieszyłby się tym każdy człowiek, który cierpi prawdziwy głód, a nie jak on cierpi jedynie na duchu.

Była druga pięćdziesiąt dwie, kiedy Frances podbiegła do niego w podskokach, niczym pełen werwy chłopiec. Miała na sobie czapkę myśliwską, do której dzisiaj dopasowała wełnianą kurtkę.

- Gdzie jest Kitty? - zapytała radośnie.

- Kitty bała się, że się nie zmieści z tymi wszystkimi pudełkami.

- Nie jedzie z nami?

Nie potrafił spojrzeć Frances w oczy, nie miał więc pewności, czy jest rozczarowana, czy, co gorsza, nabrała podejrzeń. Pokręcił głową.

- To głupie - powiedziała. - Mogłam usiąść jej na kolanach.

- Masz coś przeciwko?

- Przeciwko? Przecież to przywilej! Czuję się dzisiaj wyjątkowo. Już się pozbierałam.

Wykonała lekki, baletowy ruch pokazujący, jak to się zbierała. Zastanawiał się, czy w tym nastroju była przed wizytą u Ambrose'a, czy to raczej wynik tego spotkania.

- W takim razie dobrze. - Zatrzasnął tylne drzwi samochodu. - Powinniśmy już chyba ruszać.

Pozwolił sobie jedynie na taką bardzo subtelną aluzję do jej spóźnienia, ale Frances jej nie wychwyciła.

- Czy coś powinnam zabrać?

- Nie. Tylko siebie.

- To jedyne, bez czego nigdy nie wychodzę z domu! Sprawdzę tylko, czy zamknęłam samochód.

Patrzył, jak sprężystym krokiem zmierza do swojego auta. Miał wrażenie, że Frances jest w lepszym nastroju, niż on był nie tylko w tej chwili, ale prawdopodobnie kiedykolwiek w życiu. W każdym razie na pewno w tak dobrym humorze nigdy nie widział Marion.

- Ha! - Frances nie posiadała się z radości po drugiej stronie parkingu. - Zamknięty!

Pokazał jej dwa uniesione kciuki. Nigdy nie pokazywał nikomu dwóch uniesionych kciuków. Wydawało mu się to tak dziwne, że nawet nie wiedział, czy zrobił to dobrze. Rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś inny, w szczególności Perry, tego nie obserwuje. W zasięgu wzroku nie było nikogo prócz dwójki nastolatków zmierzających z futerałami na gitary w kierunku kościoła, ale oni nie patrzyli na Russa, być może celowo. Jednym z nich był chłopiec, którego znał, bo widywał go na lekcjach drugiej klasy szkółki niedzielnej.

Jak mogłoby wyglądać życie z osobą potrafiącą się cieszyć?

Kiedy Russ wsiadał do samochodu, pojedynczy płatek śniegu, pierwszy z mnóstwa, które niebo zapowiadało przez cały dzień, spoczął na jego przedramieniu, po czym się rozpłynął. Wsiadająca z drugiej strony Frances powiedziała:

- To wspaniały stary kożuch. Skąd go masz?

Teza: dusza jest niezależna od ciała i niezmienna. Pierwszy mówca strony propozycji: Perry Hildebrandt, New Prospect Township High School.

Uhm.

Choć może się to wydawać kuszące, starajmy się nie popełnić błędu polegającego na złym odczytaniu doświadczenia, znanego każdemu ćpunowi godnemu tego miana, przebywania w jednym miejscu, robienia jednej rzeczy - powiedzmy, walki z torebką pianek marshmallows w kuchni Ansela Rodera - a następnie, chwilę później, stwierdzenia, że cielesne "ja" wykonuje zupełnie inne zadanie w zupełnie innym otoczeniu. Takie elizje czasoprzestrzenne lub (w potocznym, ale mylącym żargonie) "zaćmienia" nie muszą świadczyć o rozdziale duszy i ciała; może je wyjaśnić każda przyzwoita mechanistyczna teoria umysłu. Zamiast tego zacznijmy od rozważenia pytania, które na pierwszy rzut oka może wydawać się trywialne, skazane na pozostanie bez odpowiedzi lub nawet bezsensowne: Dlaczego jestem sobą, a nie kimś innym? Zajrzyjmy w oszałamiającą głębię tego pytania...

Jakże dziwnie czas zwalniał, prawie się zatrzymywał, kiedy było mu dobrze: cudowna szybkość (ale też niezupełnie, z powodu bezsennej nocy, którą to zapowiadało), z jaką krążyły jego myśli w ciągu tych kilku sekund, które zajmowało mu pokonanie jednych schodów. Pulsująca aktualność tego wszystkiego, ciało i dusza zsynchronizowane, skóra rejestrująca każdy stopień spadającej temperatury, kiedy zbliżał się do drugiego piętra Gównianej Plebanii, nos wyczuwający stęchły zapach zimnego powietrza spływającego w kierunku drzwi u dołu schodów, tych drzwi, które zostawił otwarte na wypadek, gdyby matka niespodziewanie wróciła do domu; uszy odbierały zapewnienie, że nie wróciła, siatkówki - to nieco mniej ponure grudniowe światło w oknach bliższych nieba, mniej ocienionych drzewami, a dusza - tę swojskość, z pogranicza déja vu, wchodzenia samotnie po tych schodach.

Raz (tylko raz) zapytał siły wyższe, czy może dostać jeden z pokoi na drugim piętrze, choć może raczej nie tyle zapytał, ile racjonalnie wskazał, że drugie piętro nadaje się dla trzeciego dziecka, którym on nieodwracalnie jest, a kiedy z macierzyńskich wyżyn zstąpiła odpowiedź - nie, kochanie, tam jest za zimno w zimie, za gorąco w lecie, a Judson lubi mieszkać z tobą w jednym pokoju - przyjął to bez protestu i ponownych próśb, ponieważ, zgodnie z własną racjonalną oceną, był jedynym dzieckiem w rodzinie, które nie miało prawa do własnego pokoju, nie będąc ani najstarszym, ani najmłodszym, ani najładniejszym, więc przywykł do funkcjonowania na niedostępnym dla innych poziomie racjonalności.

Ale i tak, jego zdaniem, drugie piętro należało do niego. Nieraz z okna składziku wydobywał się wypuszczany z płuc zużyty dym, nieraz w warstwie pyłku kwiatowego pokrywającej zewnętrzny parapet pojawiały się smugi popiołu, a domowy gabinet Wielebnego Ojca, gdzie teraz Perry bezczelnie wszedł, nie miał przed nim tajemnic. Przeczytał, częściowo z ciekawości, częściowo chcąc ocenić, jak nędzną gnidą sam potrafi być, całą korespondencję przedmałżeńską matki z ojcem, z wyjątkiem dwóch listów, których ojciec nigdy nie otworzył. Szukając, bez specjalnych nadziei na sukces, egzemplarzy "Playboya", przekopał stosy ojcowskich magazynów chrześcijańskich "The Other Side" i "The Witness", owoce umysłów tak spróchniałych, że nie można było z nich wycisnąć ani kropli słodyczy, a także cały rocznik "Psychology Todays", zatrzymując się nad znalezionymi w jednym z numerów słowami "łechtaczka" i "orgazm łechtaczkowy", niestety niezilustrowanymi. (Ojciec Ansela Rodera przechowywał swoją kolekcję "Playboyów" w archiwizacyjnych pudłach z uchylnym wiekiem, oznaczonych rokiem kalendarzowym, co robiło spore wrażenie, ale też zniechęcało do podkradania). Po jazzowych i bluesowych płytach Wielebnego zostały już tylko niemal bezdźwięczne kawałki plastiku i zmurszałe okładki, a stare płaszcze we wciśniętej pod ukośny dach szafie wnękowej nie stanowiły obiektu pożądania, ponieważ skrojone były dla mężczyzny znacznie większego niż Perry, który czuł dosłownie w kościach, że skończy jako fizycznie najsłabszy z miotu Hildebrandtów, a jego rzekomy gwałtowny wzrost rok wcześniej można było porównać do wystrzału rakiety butelkowej, która startuje pod nieodpowiednim kątem i kończy z głuchym trzaskiem. Szafa interesowała go jedynie w grudniu, kiedy jej podłoga zapełniała się prezentami.

Godnym odnotowania i być może wpływającym na kwestię niezmienności duszy jest fakt, że osoba o nazwisku Perry Hildebrandt już dziewięć razy przeżyła święta Bożego Narodzenia, w tym pięć z żywą i prawidłowo funkcjonującą świadomością, zanim przyszło jej do głowy, że prezenty, które pojawiały się pod choinką w Wigilię, musiały być w domu, jeszcze niezapakowane, kilka dni lub nawet tygodni wcześniej. To jego zaślepienie nie miało nic wspólnego ze Świętym Mikołajem. O Świętym Mikołaju Hildebrandtowie zawsze mówili: "E tam, bzdury". A jednak, chociaż Perry już dawno przekroczył wiek, w którym uświadamiamy sobie, że prezenty nie kupują ani pakują się same, przyjmował ich nagłe coroczne pojawienie się może niekoniecznie jako cudowną przesyłkę, ale jako coś równie normalnego jak napełnianie się pęcherza moczem. Jak mógł w wieku dziewięciu lat nie dostrzec prawdy tak oczywistej dla niego w wieku lat dziesięciu? Przypadek absolutnej dysjunkcji epistemologicznej. Jego dziewięcioletnie "ja" wydawało mu się zupełnie obce, i to wcale nie w pozytywnym sensie. Stanowiło postać nieokreślonego zagrożenia dla starszego Perry'ego, który nie mógł się wyzbyć podejrzenia, że chociaż twarz cherubinka na zdjęciach z 1965 roku była wyraźnie jego własną, dwóch Perrych nie miało tej samej duszy. Że gdzieś doszło do zamiany. W takim razie skąd się wzięła jego obecna dusza? I gdzie poszła ta pierwsza?

Otworzył drzwi szafy i upadł na kolana. Wyraźna nagość prezentów na podłodze stanowiła smutną zapowiedź ich nagiej przyszłości, po krótkiej chwili fałszywej chwały w opakowaniu. Koszula, welurowy pulower, skarpetki. Sweter ze wzorem w romby, kolejne skarpetki. Przewiązane wstążką pudełko z domu towarowego Marshall Field - prawdziwa klasa! Delikatne potrząsanie zapowiadało umieszczoną wewnątrz lekką część garderoby, bez wątpienia dla Becky. Sięgnął głębiej i zaczął rozprostowywać pogniecione torby z książkami i płytami. Wśród tych ostatnich był album grupy Yes, o którym wspomniał matce podczas prowadzonej nie wprost rozmowy, jakie oboje lubili najbardziej. (Podawanie listy upragnionych prezentów bez nawiązywania do Bożego Narodzenia było prostą grą, a mimo to Wielebny Ojciec nie radził sobie z nią bez mrugania okiem, a Becky z kolei była w stanie wszystko popsuć: "Czyżbyś starał się powiedzieć mi, co chcesz dostać pod choinkę?". Tylko matka i młodszy brat mieli odpowiednie do tego zdolności). Z perspektywy czasu żałował, że wspomniał o płycie Yes, zanim podjął nowe postanowienie. Muzyka Yes wyjątkowo pasowała do skręta, ale obawiał się, że może stracić nieco blasku, jeśli zacznie jej słuchać z niezmąconym umysłem.

Z tyłu szafy znajdowały się cięższe przedmioty: mała żółta walizka marki Samsonite (na pewno dla Becky), coś, co wyglądało na używany mikroskop (musiał być dla Clema), przenośny magnetofon kasetowy (wspomniany, ale na pewno nie oczekiwany!) i, ojej, elektryczna gra w futbol amerykański. Biedny Judson! Był jeszcze na tyle mały, że trzeba było dawać mu gry, ale Perry bawił się już tą grą u Rodera i prawie umarł ze śmiechu, taka była beznadziejna. Elektrycznie napędzane blaszane boisko wibrowało, wydając dźwięk przypominający golarkę Norelco, na nim znajdowały się dwie drużyny maleńkich plastikowych zawodników z przyklejonymi do stóp wydłużonymi prostokącikami murawy: rozgrywający, którzy na wieki znieruchomieli w pozie siłacza wykonującego podanie do przodu, pomocnicy, którzy nieśli "piłkę", do złudzenia przypominającą wyjętą z kieszeni kulkę kłaczków, a do tego często ją upuszczali lub tak się gubili podczas ożywionych wznowień, że pędzili w kierunku własnego pola punktowego i tracili tam punkty na rzecz przeciwnika. Trudno o coś bardziej zabawnego dla ogarniętego głupawką naćpanego chłopaka niż zachowanie kogoś wyglądającego, jakby był naćpany i miał głupawkę; ale Judson, oczywiście, nie miał w to grać po dragach.

Dostrzegł też pewien plus: ani śladu aparatu. Perry był prawie pewien, że tylko on wie, czego młodszy brat pragnie najbardziej, ponieważ Judson był wyższą istotą ludzką, której nie przyszłoby do głowy robienie pazernych aluzji w rozmowie z matką, a podejście ojca było tak antymaterialistyczne, że nigdy nie zwracano się do niego w sprawie prezentów świątecznych. Jednak zawsze mogło się zdarzyć coś takiego jak pech, intuicyjne domysły, więc musiał przeszukać szafę - małe wykroczenie, tym bardziej małe, że w imię większego dobra.

Bo właśnie takie było jego nowe postanowienie: być dobrym.

Lub jeśli to się nie uda, przynajmniej być mniej złym.

Chociaż motywy, które skłoniły go do takiego postanowienia, wskazywały, że to zło jest głęboko ukryte w samej istocie i prawdopodobnie nie do naprawienia.

Na przykład: niechęć, którą teraz odczuwał, kiedy wstał i zaczął schodzić po ciągnących przeciągami schodach, żeby pójść upłynnić aktywa. Upłynnienie było wyrokiem, który na siebie wydał, mandatem karnym, który nałożył, podejmując swoje postanowienie, choć teraz zastanawiał się, czy rzeczywiście koniecznym. W portfelu miał dwudziestodolarowy banknot, otrzymany od matki na świąteczne zakupy, plus jedenaście dolarów, których udało mu się nie przepuścić na zatrucie centralnego układu nerwowego. Aparat fotograficzny, który wraz z Judsonem podziwiali w witrynie New Prospect Photo, kosztował dwadzieścia cztery dolary i dziewięćdziesiąt dziewięć centów, nie licząc podatku od sprzedaży ani kosztu rolek filmu. Nawet gdyby udało mu się znaleźć tanią używaną ramkę do wykonanego własnoręcznie gwaszowego portretu matki, a wszystkim innym kupił książki w miękkiej oprawie - już sama irytacja, że musi cokolwiek kupować Becky, Clemowi lub Wielebnemu, stanowiła bezpardonowe naruszenie jego postanowienia - wiedział, że mu nie wystarczy.

Było też tańsze rozwiązanie. Judson chciał także dostać grę Ryzyko, nową, która kosztowała o połowę mniej niż aparat, i zagrać w nią z Perrym w ich sypialni, co Perry, który sam lubił tę grę, chętnie by zrobił w ramach kolejnego prezentu dla brata. Ale podobnie jak każda inna gra mająca związek z wojną lub zabijaniem, każda zabawka, która albo strzela pociskami, albo pozwala przypuszczać, że nimi strzela, podobnie jak i wszelkie wyobrażenia żołnierzy, samolotów wojskowych, czołgów i temu podobnych - krótko mówiąc, wszystko, czego najbardziej pragnie normalny chłopiec, taki jak Judson - również Ryzyko było w ich domu zabronione ze względu na zagorzały pacyfizm pastora. Perry dysponował co prawda całym arsenałem racjonalnych argumentów: czyż celem wszystkich gier nie jest rodzaj wojennego pogromu? Niby dlaczego wirtualna rzeź w szachach i warcabach nie narusza zakazu? Czy koniecznie trzeba postrzegać miłe dla oka emaliowane romby Ryzyka jako "armie", a nie jako abstrakcyjne znaczniki w grze opartej na topologicznej strategii i rzucaniu kostką? Gdyby tylko potrafił spierać się z ojcem, nie rumieniąc się i dławiąc łzami złości, bez nienawiści do siebie za to, że jest mądrzejszy, ale też mniej dobry niż jego stary! Awantura w poranek Bożego Narodzenia na pewno byłaby niezłym prezentem dla Judsona.

Doszedłszy, choć niechętnie, do wniosku, że nie da się oszczędzić aktywów, zamknął za sobą drzwi klatki schodowej i znalazł Judsona w ich sypialni, tam, gdzie go zostawił, czytającego książkę pod lampką, którą Perry dla niego sklecił i zainstalował nad jego łóżkiem z szufladami. Należący do Judsona róg pokoju przypominał kabinę na łodzi Spray, którą Joshua Slocum, bohater brata, opłynął świat - wszystko na swoim miejscu, ubrania poskładane i schowane pod łóżkiem, broszurowe wydania książek po pięćdziesiąt centów każda uporządkowane alfabetycznie według tytułów, na małej półce autka Dinky zaparkowane pod kątem w równoległych rzędach, budzik mocno nakręcony - a wokół szalało morze Perry'ego, dla którego składanie ubrań było bezsensowną stratą czasu, porządkowanie rzeczy zupełnie zbędne, ponieważ dokładnie pamiętał, gdzie co zostawił. Aktywa znajdowały się pod jego łóżkiem, w zamkniętym na kłódkę sejfie ze sklejki, który zbudował w ramach ostatniej pracy na warsztatach w ósmej klasie.

- Hej, młody, przepraszam, że przeszkadzam - powiedział od drzwi. - Ale musisz gdzieś sobie pójść.

Judson czytał książkę The Incredible Journey Sheili Burnford. Zmarszczył wymyślnie brwi.

- Najpierw każesz mi tu zostać, a potem mówisz, że muszę wyjść.

- Tylko na chwilę. W czasie Bożego Narodzenia należy słuchać niezwykłych poleceń.

Judson, nie ruszając się z miejsca, zapytał:

- Co zamierzasz dzisiaj robić?

Typowe pytanie nie wprost.

- Teraz - odparł Perry - zamierzam zrobić coś, co wymaga twojego wyjścia z pokoju.

- Ale później.

- Muszę jechać do centrum. Może byś poszedł do Kevina? Albo Bretta.

- Obaj są chorzy. Jak długo cię nie będzie?

- Prawdopodobnie do kolacji.

- Mam nowy pomysł, jak ustawić grę. Czy mogę to zrobić, gdy cię nie będzie, a potem, po kolacji, zagralibyśmy?

- Nie wiem, Jay. Może.

Ślad rozczarowania na twarzy Judsona przypomniał Perry'emu o podjętym postanowieniu.

- To znaczy tak - poprawił się. - Ale wcześniej ani słowa o grze, rozumiesz?

Judson skinął głową i zeskoczył z łóżka z książką.

- Obiecujesz?

Perry obiecał i zamknął za nim drzwi. Odkąd z tektury usztywniającej opakowanie koszuli dość zmyślnie zrobił kopię planszówki Stratego, jego brat uwielbiał z nim w nią grać. Ponieważ, zgodnie z nazwą, była to gra z bombami i zabijaniem, istniało ryzyko jej konfiskaty przez wyższe moce, i Judsonowi nie trzeba było mówić, żeby zachował ją w tajemnicy. W New Prospect było wielu gorszych młodszych braci. Judson nie tylko był dla Perry'ego najlepszym dowodem istnienia miłości, lecz także tak uroczym i zdyscyplinowanym młodym chłopakiem, prawie tak inteligentnym jak Perry, i zdecydowanie lepiej od niego spał w nocy, że Perry czasami żałował, iż on sam, Perry, nie jest swoim młodszym bratem.

Ale co to w ogóle oznaczało? Jeśli dusza to jedynie psychiczny artefakt stworzony przez ciało, tautologicznie oczywiste jest, dlaczego dusza Perry'ego należy do niego, a nie do Judsona. A jednak nie wydawało się to tak oczywiste. Od dawna nie odstępowała go uporczywa myśl, jak dziwne i z pozoru przypadkowe jest to, że jego dusza trafiła tam, gdzie akurat była, i właśnie dlatego zastanawiał się, czy dusza może być niezależna i niezmienna. Mimo wszelkich starań, czy to z umysłem zmąconym, czy trzeźwym, nigdy nie był w stanie w pełni rozwiązać - ani nawet właściwie wyartykułować - tajemnicy tego, że to właśnie on jest Perry. Zupełnie nie wiedział, co na przykład zrobiła Becky, żeby móc być Becky, ani kiedy dokładnie (we wcześniejszym wcieleniu?) uzyskała ten przywilej. Po prostu odkryła, że jest Becky, wokół której obracają się niebiosa; i to też wprawiło go w zakłopotanie.

Kiedy otworzył sejf, z aktywów uniósł się rozkoszny, delikatny zapach skunksa. Aktywa składały się z trzech uncji zielska w podwójnych torebkach i dwudziestu jeden dawek metakwalonu, pozostałość po hurtowym zakupie, który, jak każdy poprzedni, Perry przypłacił dokuczliwym niepokojem i wstydem. Wpatrywał się w nie teraz ze szczerym niedowierzaniem, że jest w stanie rozstać się z nimi, nie otrzymując w zamian nic poza rzekomą radością ze świątecznego dzielenia się. Ależ okrutne jest to jego postanowienie. Pomyślał, że być może rzeczywiście trochę mniej kocha bycie naćpanym niż brata, ale nie był pewien, czy jednak w chwili, kiedy jego myśli galopują, a po jednej nocy w łóżku miał wrażenie, jakby spędził w nim cały miesiąc, nie kochał jednak bardziej dwóch dawek metakwalonu. Tak właśnie, oto było pytanie: czy włożyć całe pieprzone aktywa do kieszeni kurtki i skończyć z tym raz na zawsze, czy spać dzisiejszej nocy. Za samą trawkę mógł dostać trzydzieści dolców, czyli więcej kasy, niż potrzebował. Może by jednak zachować kilka działek? A w zasadzie dlaczego nie zachować ich wszystkich?

Jedenaście dni wcześniej, w niesamowitym korelacie kosmicznej loterii, w której kiedyś jego dusza wyciągnęła imię Perry, on sam ze stosu karteczek poskładanych na linoleum w auli w Pierwszym Reformowanym wyciągnął imię Becky H. (Jakie były szanse? Mniej więcej jeden do pięćdziesięciu pięciu - sto milionów razy większe niż szanse, że to on będzie Perry, ale i tak raczej małe). Gdy tylko zobaczył imię siostry, starał się przesunąć z powrotem w stronę stosu, w nadziei, że uda mu się zamienić karteczkę na inną, ale stał tam doradca Crossroads, pilnujący, żeby nie dochodziło do tego rodzaju oszustw. Zazwyczaj, kiedy mieli dobierać się w pary do ćwiczenia w diadach, Rick Ambrose polecał wszystkim, żeby szukali sobie osoby, której dobrze nie znali lub z którą ostatnio nie ćwiczyli. Ale poprzedniej niedzieli Ike Isner, należący do wewnętrznego grona dwunastoklasistów, wstał i zgłosił zarzut, że zbyt często wybiera się "bezpiecznych" partnerów, a unika tych ryzykownych. W starym dobrym stylu stalinowskiego procesu pokazowego, z dodatkowym ładunkiem silnych emocji, Isner przyznał, że również on jest temu winny. Grupa natychmiast obsypała go pochwałami za tę odważną szczerość. Wówczas ktoś zaproponował system loterii, przeciw czemu zaoponował ktoś inny z wewnętrznego grona, argumentując, że powinni brać na siebie odpowiedzialność za swoje wybory, a nie polegać na automatycznym systemie, lecz ostatecznie podczas głosowania ta propozycja wygrała ze znaczną przewagą - Perry, jak to miał w zwyczaju, czekał, żeby zobaczyć, skąd wieje wiatr, zanim podniósł rękę za tym pomysłem.

Becky była jedną z nielicznych osób, które głosowały przeciw. Widząc jej imię na kartce, zastanawiał się, czy przewidziała taką właśnie ewentualność; czy była, w tym rzadkim przypadku, bystrzejsza od niego. Ludzie rozbiegli się po auli do swoich partnerów, a Becky rozglądała się niewinnie, ciekawa, kto jej się trafił. Zbliżając się do niej, Perry widział, jak siostra zaczyna pojmować sytuację. Wyraz jej twarzy odpowiadał jego własnemu. "Och, cholera".

- W porządku, posłuchajcie - burknął Ambrose. - W ramach tego ćwiczenia macie powiedzieć partnerowi, za co tak naprawdę go podziwiacie. Najpierw jedno z was, potem drugie. A potem każdy ma wskazać swojemu partnerowi coś, co on czy ona robi, a co stanowi barierę w lepszym ich poznaniu. Mówię o barierach, a nie o szkalowaniu. Wszyscy zrozumieli? Czy wszyscy wiemy, od czego zaczynamy?

Grupa była na tyle duża, że Perry i Becky z łatwością unikali się od sześciu tygodni, czyli od tamtego wieczoru, kiedy zszokowała świat, wstępując do Crossroads. On sam był zszokowany, ponieważ dla wszystkich było jasne, że Becky jest ulubionym dzieckiem Wielebnego Ojca i doskonale wiedziała, jak bardzo ojciec nienawidzi Ricka Ambrose'a; przejście Perry'ego do Crossroads jedynie zwiększyło istniejący chłód między nim a pastorem, podczas gdy decyzja Becky była okrutną zdradą. Dla innych szokujący był sam widok jej twarzy w niedzielny wieczór w Pierwszym Reformowanym. Perry był tam wówczas. Widział odwracające się głowy, słyszał szepty zdumienia. Wyglądało to tak, jakby Kleopatra pojawiła się na jednym z wieców Jezusa w Galilei: przystrojona w diadem królowa usiadła wśród dziwaków i trędowatych, próbując wtopić się w otoczenie; ponieważ Becky również pochodziła z innego świata - społecznych wyżyn liceum New Prospect Township.

Perry jako mały chłopak nie zastanawiał się nad poczynaniami siostry. Wraz z Clemem, z którym trzymała się bardzo blisko, stanowili modelowy przykład starszego rodzeństwa, wyróżniającego się przede wszystkim tym, że zawsze potrafili więcej niż Perry, lepiej radzili sobie z nożyczkami, lepiej grali w klasy, lepiej (dużo lepiej) panowali nad emocjami i nastrojem. Dopiero gdy zaczął naukę w gimnazjum, uświadomił sobie, że Becky jest odrębną osobą, o której szeroki świat miał wyrobione zdanie. Była kapitanką drużyny cheerleaderek Lifton Central i mogła wygrać wszystkie konkursy na najbardziej lubianą osobę, w których wzięłaby udział. Każdy stolik, przy którym siadała w czasie lunchu, natychmiast zapełniał się najpiękniejszymi dziewczynami i najbardziej pewnymi siebie chłopakami. Co dziwne, ona sama też była uważana za bardzo ładną. Zdaniem Perry'ego wysoka, koścista dziewczyna, z którą, zirytowany tym, musiał dzielić łazienkę i której twarz wykrzywiała się w wiedźmowatym grymasie, gdy poprawiał jakiś jej błąd faktograficzny czy gramatyczny, była raczej odrażająca, ale grupa starszych chłopców z Lifton Central, wśród których był Ansel Roder i do których Perry szybko się przyłączył, zapewniła go, że się myli. Nigdy się z nimi w pełni nie zgodził, chociaż ostatecznie przyznał, że jego siostra ma w sobie coś - jakąś aurę niezwykłości, jakąś atrakcyjność i nieprzystępność (żaden chłopak nigdy nie ośmielił się twierdzić, że jest jej chłopakiem), coś w rodzaju drogocenności, która nie miała nic wspólnego z pieniędzmi (mówiono, że nie była nadęta jak inne cheerleaderki, jakby nawet nie zauważała wzbudzanej przez siebie mimochodem uwagi) - ponieważ on sam, Perry, marginalny satelita swojego rodzeństwa, też pławił się w blasku jej sławy.

W New Prospect nazwisko Becky Hildebrandt miało niemal magiczną moc, wystarczyło je wypowiedzieć, żeby zapewnić tłumy na przyjęciu lub wywołać wzwody na warsztatach szkolnych, o czym informowali bezpośrednio zainteresowani (i to akurat, niestety, w zasięgu słuchu Perry'ego). Jako współwłaściciel jej nazwiska natychmiast został zauważony w Lifton Central, przynajmniej przez grupę chłopców z ósmej i dziewiątej klasy, cieszących się nieco wyższym statusem ze względu na spore dochody rodziców i ich imponujące domy. Zaczynał jako ich maskotka, ale wkrótce udowodnił, że nie jest od nich gorszy, a może nawet lepszy. Nikt nie potrafił dłużej utrzymać w płucach sztacha z fajki, nikt nie mógł wypić więcej kielonków, jednocześnie nie bełkocząc, nikt nie znał więcej słów w języku angielskim. Nawet jego sięgające ramion włosy w kolorze lnu, naturalnie faliste i puszyste, wyglądały lepiej niż tej samej długości włosy kolegów. Roder, znużony ciągłym odgarnianiem prostych, matowych strąków z oczu, w końcu je ściął; to on był największym oryginałem z nich wszystkich - teraz wyglądał jak żołnierz.

Perry nie widział niczego niestosownego w tym, żeby mieć tylko starszych kolegów. To dzięki Becky znalazł się pośród nich i chociaż pewnie nigdy nie zapomną, czyim jest bratem, on też na swój sposób był wyjątkowy. Stało się to szczególnie widoczne w dziewiątej klasie, kiedy ostatni z jego kumpli poszedł do liceum. Otoczony rówieśnikami o marniejszej inteligencji i nie mając nikogo, z kim mógłby się naćpać w porze lunchu, czuł się jak kosmonauta, który zbyt długo spacerował po Księżycu i spóźnił się na lot do domu. To wtedy zaczęły się jego problemy ze snem. Między styczniem a marcem, przez kilka tygodni, które teraz na szczęście prawie zupełnie odeszły w niepamięć, zdarzały mu się noce bezsenne do samego świtu, w inne poranki czuł się fizycznie niezdolny do podniesienia powiek i nieraz rano z powrotem zakradał się do Gównianej Plebanii i wspinał po schodach na drugie piętro, i tam pod starą narzutą przesypiał czas aż do kolacji; wielokrotnie zdarzało mu się zasypiać na niezmiennie bezproduktywnych lekcjach, był też świadkiem koszmarnej narady dyrektora z jego rodzicami, podczas której zasnął na krótko, chwilami bardzo silnej fobii matki, a także wygłaszanych spokojnym głosem kazań ojca. Czyż to nie imponujące, że w tamtym semestrze mimo wszystko udało mu się nadal mieć same piątki? Mógł za to podziękować swoim bezsennym nocom. Psychiczne wytchnienie znajdował podczas spotkań z kolegami po szkole i w weekendy, ale w tych mrocznych miesiącach te chwile były przesłonięte jego pragnieniem - wręcz potrzebą - większej niż u innych ilości tego, co akurat palono lub połykano. Wszyscy jego kumple bez wyjątku mogli sobie pozwolić na zakup odpowiedniej działki narkotyków. Tylko on, który największą ulgę odczuwał, dopiero gdy znalazł się sam w domu, gdzie czekały go kolejne nocne męczarnie, miał ojca biednego jak mysz kościelna.

To właśnie mniej więcej wtedy, kiedy doszedł do wniosku, że jedynym wyjściem jest zacząć handlować narkotykami, trzech jego najlepszych kumpli wstąpiło do Crossroads. Dla Bobby'ego Jetta powodem była dziewczyna, za którą się uganiał, Keitha Strattona nęcił urok dziewięciu dni z ograniczonym nadzorem podczas wiosennego wyjazdu Crossroads do Arizony, a dla Davida Goi, którego matka należała do Pierwszego Reformowanego, była to niezbyt dotkliwa kara za wielokrotne naruszenie wyznaczonej godziny powrotu do domu. Pod przewodnictwem Ricka Ambrose'a Crossroads zaczęło podważać tradycyjny porządek społeczny. Trafiali tu i próbowali się odnaleźć z pozoru mało obiecujący kandydaci do wspólnoty chrześcijańskiej. Ku zdziwieniu Perry'ego wśród tych, którzy pozostali wierni tej idei, byli wszyscy trzej jego koledzy. Nadal imprezowali w weekendy, ale charakter ich konwersacji uległ zmianie. Kiedy ciepło komentowali wycieczkę do Arizony albo bardziej łobuzersko ćwiczenia wrażliwości, które odbywali w niedzielne wieczory, czy też jeszcze bardziej lubieżnie wybrane dziewczyny z ekipy Crossroads, Perry czuł się wykluczony z czegoś, co wydawało mu się bardzo fajne.

Po okropnej wiośnie, a potem lecie spędzonym na wdychaniu spalin z kosiarki i ćpaniu oraz ponownym czytaniu Tolkiena zaproponował Anselowi Roderowi, żeby we dwóch rozeznali się w Crossroads. Roder stanowczo odmówił ("Nie interesuję się sektami"), więc pewnego niedzielnego wieczoru, pierwszego w dziesiątej klasie, Perry wszedł sam do mieszczącej się na drugim piętrze sali ze sklepionym sufitem, którą Crossroads przywłaszczył sobie w kościele jego ojca. Powietrze było sine od dymu tytoniowego, a ściany i sufit pokryte ręcznie malowanymi cytatami z E.E. Cummingsa, Johna Lennona, Boba Dylana, a nawet Jezusa, a także bardziej enigmatycznymi, nieprzypisanymi nikomu hasłami, takimi jak Po co zgadywać? Poznaj fakty. ŚMIERĆ ZABIJA. Zanim Perry się zorientował, już przytulał go David Goya, facet, z którym kontaktów fizycznych dotąd oczywiście unikał. W ciągu kolejnych minut był dotykany - obejmowany, przyciskany do fascynujących piersi - przez dwadzieścia razy więcej kobiecych ciał, niż zdarzyło mu się przez całe jego dotychczasowe życie. Bardzo to było miłe! Po powitaniach i załatwieniu spraw administracyjnych licząca sto osób grupa pomaszerowała na dół, do auli, gdzie przez następne dwie godziny kontynuowano dotykanie, w różnych - męskich i damskich - konfiguracjach. Tylko raz zrobiło się nieprzyjemnie, gdy Perry, przedstawiając się grupie, zrobił aluzję do tego, że jego tata jest "tutaj" pastorem pomocniczym. Kiedy spojrzał na Ricka Ambrose'a, przeszył go wzrok pary płonących ciemnych oczu, lekko zwężonych ze zdziwienia lub podejrzenia, jakby pytały: "Czy twój tata wie, że tu jesteś?".

Wielebny o tym nie wiedział. W związku z tym, że Perry nie potrafił powstrzymać łez, kiedy się z nim spierał, zwykle starał się ukrywać wszystko, co mógł, tak długo, jak tylko to było możliwe. W następną niedzielę, żeby uprzedzić wszelkie pytania, powiedział matce, że zje obiad u Rodera, i rzeczywiście zatrzymał się tam na jakiś czas. Siedząc przed kolorowym telewizorem w komfortowo urządzonej piwnicy Roderów, pochłonęli pizzę z zamrażarki i dość dużo, jak się później okazało, ginu z winogronowym napojem gazowanym. Perry znany był z tego, że ma mocną głowę, ale kiedy dotarł do Crossroads, wydarzenia potoczyły się tak szybko, że nie mógł ich sobie później przypomnieć. Możliwe, że się potknął lub zatoczył. W pewnym momencie znalazł się twarzą w twarz z dwoma starszymi doradcami, wychowankami grupy, którzy poinformowali go, że jest pijany. Rick Ambrose przecisnął się przez tłum i wyprowadził go na korytarz.

- Nie obchodzi mnie, czy chcesz się upijać - powiedział Ambrose - ale nie będziesz tego robił tutaj.

- W porządku.

- Dlaczego w ogóle tu jesteś? Dlaczego przyszedłeś?

- Nie wiem. Moi koledzy...

- Czy są pijani?

Strach przed karą rozwiewał zamroczenie Perry'ego. Chłopak pokręcił przecząco głową.

- Zgadza się, do cholery, nie są - rzucił Ambrose. - Powinienem po prostu odesłać cię do domu.

- Przepraszam.

- Naprawdę? Chcesz o tym porozmawiać? Chcesz należeć do tej grupy?

Perry jeszcze nie podjął decyzji. Ale na pewno miło mu było skupić na sobie uwagę wąsatego przywódcy, o którym z podziwem mówili jego raczej niechętni do okazywania szacunku kumple; przynajmniej raz szczerze porozmawiać z kimś dorosłym.

- Tak - powiedział. - Chcę.

Ambrose zabrał go z powrotem do zadymionego pokoju i przerwał normalne zajęcia na rzecz jednej z plenarnych konfrontacji, które stanowiły istotę działań w Crossroads. Tematami do omówienia były: spożywanie alkoholu, szacunek dla rówieśników i szacunek dla samego siebie. Prawie zupełnie obce Perry'emu dzieciaki zwracały się do niego tak, jakby bardzo dobrze go znały. David Goya powiedział, że uważa go za niesamowitą osobę, ale czasami martwi się, że Perry sięga po narkotyki i alkohol, żeby uciec od swoich prawdziwych emocji. Keith Stratton i Bobby Jett popiskiwali na tę samą nutę. Ciągnęło się to bez końca. Mimo że pod pewnymi względami Perry nigdy nie doświadczył czegoś okropniejszego, był również przejęty ilością i natężeniem uwagi, jaką zyskał, on - dziesiątoklasista i nowicjusz, tylko dlatego, że wypił trochę ginu. Kiedy wreszcie się złamał, roniąc autentyczne łzy wstydu, grupa zareagowała swoistą ekstazą wsparcia, doradcy chwalili go za odwagę, dziewczyny przyczołgały się, żeby go przytulić i głaskać po włosach. Odbywał przyspieszony kurs podstaw ekonomii Crossroads: publiczne okazywanie uczuć zaskarbiało wszechogarniające uznanie. Poparcie i czułości ze strony całej sali młodych ludzi, w większości nieco od niego starszych, w tym wielu atrakcyjnych, były szalenie przyjemne. Perry zapragnął więcej tego narkotyku.

Gdy grupa udała się na dół do auli na zajęcia, Rick Ambrose przytrzymał go i objął za szyję w uchwycie, który najwyraźniej miał być serdeczny.

- Brawo - powiedział Ambrose, puszczając Perry'ego.

- Szczerze mówiąc, zakładałem, że zostanę surowo ukarany.

- Nie sądzisz, że to było surowe? Naprawdę dali ci popalić.

- Rzeczywiście, czuję się, jakbym dostał niezły wycisk.

- Musisz jedno wiedzieć. - Ambrose zniżył głos. - Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale kiedy twój ojciec opuścił grupę, pozostały pewne urazy. Czuję się z tym źle i naprawdę nie mam pojęcia, co robić. Ale jeśli chcesz tu być, muszę być pewny, że twojemu ojcu to nie przeszkadza. Muszę wiedzieć, że jesteś tu ze względu na siebie, a nie z powodu czegoś, co się między wami dzieje.

- On nic nie wie. Nawet o nim nie myślałem.

- W takim razie musisz to załatwić. On musi wiedzieć. Rozumiemy się?

Rozmowa Perry'ego z Wielebnym, do której doszło jeszcze tego samego wieczoru, była na szczęście krótka. Ojciec ułożył palce w drżącą piramidkę i patrzył na nie ze smutkiem.

- Skłamałbym - zaczął - mówiąc, że wraz z twoją matką nie martwimy się o ciebie. Myślę, że potrzebujesz jakiegoś celu w życiu. I jeśli to właśnie ma nim być, nie będę cię powstrzymywał.

Perry doszedł do wniosku, że w rzeczywistości tak mało obchodzi Wielebnego, że nawet decyzja o dołączeniu do obozu wroga nie zasługuje na ojcowski gniew.

Zanim Becky wstąpiła do Crossroads, on już opanował zasady tej gry. Celem było zbliżenie się do centrum grupy i znalezienie się w jej wewnętrznym gronie, czemu służyło trzymanie się zasad, które wyjaśniali im Ambrose i inni doradcy. Zasady wymagały zachowań sprzecznych z intuicją. Zamiast pocieszać przyjaciela kłamstewkami, mówiło mu się niewygodne prawdy. Zamiast unikać spraw niezręcznych społecznie, beznadziejnie niefajnych, trzeba było je wyszukiwać i starać się z nimi sobie poradzić (upewniając się, oczywiście, że ktoś to zauważy). Zamiast dobierać się do ćwiczeń w pary z kolegami, należało przedstawiać się (w sposób jak najbardziej widoczny) nowo przybyłym i wyrażać swoją wiarę w ich  b e z w z g l ę d n ą   w a r t o ś ć.  Zamiast być silnym, trzeba było się mazać. Jego łzy po wieczorze spędzonym na piciu ginu miały charakter oczyszczający, później łzy przychodziły mu już łatwiej i stały się praktyczniejszą walutą, dzięki której można było jeszcze bardziej zbliżyć się do centrum ścisłego grona. A ponieważ była to gra, Perry potrafił się w niej odnaleźć, i choć trudno było odczuwać autentyczne zadowolenie z intymności osiągniętej na drodze kalkulacji opartej na teorii gier, wyczuwał, że inni naprawdę cenią jego spostrzeżenia i są poruszeni okazywaniem przez niego uczuć.

Obawiał się, że jest jedna osoba, której nie oszuka, a był to ktoś, czyje uznanie naprawdę się dla niego liczyło - Rick Ambrose. Podziwiał Ambrose'a między innymi za jego intelektualnie przekonującą wiarę w Boga. Sam Perry jeszcze nie usłyszał nic od Boga; może linie były zerwane, a może po prostu na drugim końcu nikogo nie było. Nudząc się pewnego letniego popołudnia, przejrzał z długopisem w dłoni jeden z ojcowskich magazynów religijnych i zamienił każde odniesienie do "Boga" na "Steve'a", bo wydawało mu się to zabawne. (Kim był Steve? Dlaczego ludzie, którzy pod każdym innym względem wydawali się zdrowi na umyśle, ciągle gadali o Stevie?) Ale pomysł Ambrose'a był tak zgrabny, że Perry zastanawiał się, czy może coś w tym jednak jest. Chodziło o to, że Boga należy szukać w relacjach, a nie w liturgii i obrzędach, a sposobem na wielbienie Go i zbliżanie się do Niego jest naśladowanie Chrystusa w jego relacjach z uczniami, poprzez uczciwość, konfrontację i bezwarunkową miłość. Ambrose potrafił mówić o tych rzeczach tak, że nie wydawało się to szalone. Zainspirował Perry'ego do opracowania teorii funkcjonowania wszystkich religii: otóż pojawia się przywódca, który jest na tyle nieskrępowany w swoim myśleniu, żeby wypowiadać się za pomocą zwyczajnych słów, ale w nowy, mocny i sprzeczny z intuicją sposób, co ośmiela otaczających go ludzi do używania tej retoryki, a samo to już wywołuje doznania odmienne od wszystkiego, do czego na co dzień są przyzwyczajeni; odkrywają, że wiedzą, kim jest Steve. Perry był w pełni zafascynowany Ambrose'em i uważał, że jego własna niezwykłość upoważnia go do zajęcia miejsca obok Ricka, więc był rozczarowany, kiedy Ambrose po tamtym wieczorze, gdy Perry nadużył ginu, wydawał się od niego stronić. Doszedł zatem do wniosku, że mężczyzna wykrył fałsz w jego grze w Crossroads i nie ufał mu. Drugie prawdopodobne wyjaśnienie - że Ambrose jest przewrażliwiony na punkcie kontaktów z rodziną pastora - zostało odrzucone, gdy do grupy dołączyła Becky, którą Rick darzył wyraźnie widocznym zainteresowaniem.

A teraz niebezpieczny system loterii, który Perry nierozsądnie poparł w głosowaniu, zderzył ich ze sobą. Jako przebiegła i ciekawska mała gnida znał każdy zakątek Pierwszego Reformowanego. W auli znajdowały się drzwi, z pozoru zamknięte, ale w rzeczywistości otwarte, wiodące do obszernej garderoby na odzież wierzchnią, i kiedy pozostali partnerzy diad rozeszli się po parterze kościoła, on zaprowadził tam siostrę. Usiedli ze skrzyżowanymi nogami na linoleum pod rzędami pustych drewnianych wieszaków. Naga żarówka nad ich głowami oświetliła zakurzoną misę na poncz, paczki kubków z woskowanego papieru i dwa osierocone parasole.

- A zatem - powiedział, wpatrując się w podłogę.

- Tak, zatem.

- Może powinniśmy używać jakiegoś systemu znakowania karteczek, żeby tego uniknąć.

- Zgoda.

Spojrzał na nią, wdzięczny, że się zgodziła. Nie nosiła jeszcze stroju typowego dla Crossroads: kombinezonu, spodni malarskich czy kurtki wojskowej, ale miała na sobie stary sweter, który przynajmniej był dziurawy. Perry nadal nie mógł uwierzyć, że dołączyła do wspólnoty; coś takiego zaburzało naturalny porządek rzeczy.

- Naprawdę podziwiam twoją bystrość - powiedziała to takim tonem, jakby recytowała z pamięci, i nawet na niego nie spojrzała.

- Dziękuję, siostrzyczko. I, jak zawsze, naprawdę podziwiam twoją szczerość. Masz wielu fałszywych przyjaciół, ale ty nie jesteś fałszywa. Prawdę mówiąc, to coś niesamowitego. - Widząc, że jej usta tężeją, dodał: - Nie tak to miało zabrzmieć. Nie chciałem krytykować twoich znajomych. Próbowałem powiedzieć coś pozytywnego o tobie.

Jej usta pozostały zaciśnięte.

- Może powinniśmy od razu zająć się tymi barierami - spróbował. - Podejrzewam, że to bardziej obiecujący obszar.

Skinęła głową.

- Co takiego robię, co przeszkadza ci w lepszym poznaniu mnie?

Perry zdał sobie sprawę, że samo sformułowanie ćwiczenia pozostawia sporo do życzenia. Zakłada, na przykład, że on i Becky chcą się lepiej poznać.

- Powiedziałbym - zaczął - że skoro wygląda na to, że mnie nie lubisz i zawsze, także teraz, zdajesz się być na mnie trochę wkurzona, a przez ostatnie trzy lub cztery lata ani razu nie spróbowałaś odbyć ze mną szczerej rozmowy, a przynajmniej takiej próby nie pamiętam, mimo że mieszkamy w tym samym domu, to w takim razie coś takiego można by uznać za barierę.

Roześmiała się, ale dosyć niepewnie, jakby równie dobrze mogła też uderzyć w szloch.

- Przyznaję się do winy - powiedziała.

- Nie lubisz mnie.

- Mam na myśli fragment o tym, że nigdy nie prowadzimy szczerej rozmowy.

Jej twarz, której przy tej niezwykłej okazji przyjrzał się z bliska, była bez zarzutu. Jego oko poszukiwało pryszczy (u niego samego panoszyło się ich kilka) lub jakiejś ukrytej niedoskonałości, która psułaby wizerunek: cienkiej wargi, kwadratowej szczęki, wady nosa, ale nie znalazło niczego. Podobnie z jej długimi, prostymi, lśniącymi włosami o bogatszym kolorze niż jego nieco sztucznie wyglądający żółty blond: miała platońskie włosy nastolatki, do których inne dziewczyny zawsze z zazdrością porównywały swoje. Perry zaczął dostrzegać, dlaczego świat uważa Becky za atrakcyjną, a także dlaczego dotąd sam się mylił. Brak cech negatywnych niekoniecznie jest pozytywny. Mogło przecież chodzić o rzecz, która po prostu nie stawia oporu wzrokowi, jak niewidzialny balonik na sznurku. Doprowadzeni do szału widokiem napiętego pionowego sznurka, który kończył się w nicości, ludzie podążali za nim krok w krok i dochodzili do wniosku, że musi być wysoce pożądany.

Perry też jej nie lubił.

- Czyli chodzi o coś, co ja robię - podsumowała. - O to chodzi, tak?

- W tej połowie ćwiczenia tak. Próbuję określić to, co wydaje mi się barierą.

- W takim razie dla mnie pewną barierą jest to, w jaki sposób ty się wypowiadasz. Czy wiesz, jak brzmią twoje słowa?

- Zaczynamy szkalowanie, proszę bardzo.

- O tym właśnie mówię. O sposobie, w jaki to teraz powiedziałeś. Jakbyś był angielskim hrabią.

- Becky, ja mam akcent ze Środkowego Zachodu.

Na jej twarzy wystąpiła plama czerwieni.

- Powiedz, jak my się możemy czuć, przebywając w towarzystwie osoby, która zawsze patrzy na nas z góry, jakbyśmy byli dla niej zabawni? Która zawsze się uśmiecha z wyższością, jakby wiedziała coś, czego my nie wiemy.

Perry zmarszczył brwi. Gdyby się sprzeciwił i powiedział, że nie patrzy z góry na Judsona, może z wyjątkiem najbardziej dosłownego znaczenia, oddałby jej ważny punkt w tej rozgrywce.

- Która zachowuje się tak, jakbym była ograniczona umysłowo, bo dostałam czwórkę z chemii.

- Nie wszyscy muszą rozumieć chemię.

- Ale ty dostaniesz piątkę z plusem, prawda? Nawet się nie starając. Nawet mając to w dupie.

- Tak może się zdarzyć. Ale ty też mogłabyś to zrobić, gdybyś naprawdę chciała. Nie uważam cię za głupią, Becky. To nieprawda.

Czuł, że robi się sentymentalny, a przecież w zaciszu tej garderoby nie można było za to zdobyć punktów w rywalizacji z siostrą.

- Mówię o swoich uczuciach - odparła. - Nie możesz powiedzieć, że jakieś uczucie jest nieprawdziwe.

- Tak, zgadza się. Więc chcesz powiedzieć, że czujesz, że moje osiągnięcia w szkole stanowią barierę.

- Nie. Chcę powiedzieć, że nie czuję, że w ogóle gdzieś tam jesteś. Jakbyś był tysiące kilometrów od nas wszystkich. Chcę powiedzieć, że to nie zachęca mnie, żeby cię lepiej poznać.

Pomimo wszystkich możliwych przywilejów towarzyskich w liceum Becky nie zachowywała się tak, jakby wpadła na jeden dzień do Crossroads, zajrzała tam z ciekawości jak do slumsów - to musiał jej przyznać. Naprawdę się starała, otwarcie wyrażała swoje uczucia, wykazując się uczciwością, angażując się w konfrontację, choć z tą bezwarunkową miłością może nie do końca jej wychodziło. Była w początkowej fazie zapału ogarniającego członków Crossroads. On sam przeszedł przez ten etap tak szybko, że kiedy byli na pierwszych weekendowych rekolekcjach grupy, w październiku, w chrześcijańskim centrum konferencyjnym nad jeziorem w Wisconsin, ogarnęło go jakieś nostalgiczne współczucie dla kolegi z dziesiątej klasy, Larry'ego Cottrella, który uroczyście zbliżył się do niego z pękniętym kamieniem. Kamyki nad jeziorem popękały na mrozie, co zainspirowało któregoś z członków wewnętrznego grona do wręczenia komuś połowy kamyka i zatrzymania jednocześnie drugiej połówki na znak tego, że są dwiema połówkami jednej całości, i ten zwyczaj szybko się spopularyzował. Perry, który nie znał dobrze Cottrella, był poruszony, gdy ten podarował mu pół kamyka, a następnie serdeczny uścisk, choć z zupełnie innego, niż zamierzony, powodu. Poruszyła go naiwność Cottrella. Perry wiedział już, że to gra, a Cottrell jeszcze nie. Podobnie byłby pewnie poruszony żarliwością Becky, gdyby tylko potrafił zrozumieć, dlaczego ona, niekwestionowana królowa swojej klasy, w ogóle raczyła wstąpić do Crossroads.

Już miał ją o to zapytać - skonfrontować się z nią - kiedy Becky rozpoczęła najbardziej niesamowitą diatrybę.

- Bariera - powiedziała - polega na tym, że nie wierzę, że jesteś dobrym człowiekiem. Czy masz pojęcie, jak obłędne było dla mnie pojawienie się w Crossroads? Czy wiesz, co ludzie mi powtarzali pierwszego wieczoru, zaraz po moim przybyciu? Jakiż to wspaniały jest mój młodszy brat. Emocjonalnie otwarty, łatwo się z nim dogadać, niewiarygodnie pomocny. A ja się zastanawiałam, czy mówimy o tej samej osobie. Nawet zaczęłam myśleć, że jestem złą siostrą. No wiesz, może nigdy nie poświęciłam dość czasu, żeby poznać, jaki naprawdę jesteś. Może byłam zbyt zapatrzona w siebie, żeby zauważyć, jak bardzo jesteś emocjonalnie otwarty. Ale wiesz co? Wydaje mi się, że wcale tak nie jest. Myślę, że byłam dokładnie taką siostrą, jakiej chciałeś. Czy kiedykolwiek powiedziałam tacie lub mamie o tym, o czym wszyscy wiedzą? A przecież mogłam. Mogłabym powiedzieć: "Hej, tato, czy wiesz, że Perry jest największym ćpunem w Lifton Central? Czy zdajesz sobie sprawę, że przez cały rok nie było ani jednego dnia, żeby nie był nawalony? Że kiedy kładziesz się spać, on idzie na drugie piętro i bierze narkotyki? Że wszyscy jego kumple są młodocianymi alkoholikami i wie o tym całe liceum?". Chroniłam cię, Perry. A ty tylko szydzisz ze mnie. Szydzisz z nas wszystkich.

- Nieprawda - odparł. - W rzeczywistości uważam, że wy wszyscy jesteście lepsi ode mnie. Mówisz: szydzisz? Naprawdę? Myślisz, że szydzę z Jaya?

- Judson jest jak twój piesek. Właśnie tak go traktujesz. Wykorzystujesz go, kiedy jest ci potrzebny, a ignorujesz, kiedy go nie potrzebujesz. Wykorzystujesz swoich kumpli, używasz ich narkotyków, korzystasz z ich domów. I, przysięgam na Boga, wykorzystujesz też Crossroads. Jesteś dostatecznie bystry, żeby uszło ci to na sucho, ale widzę, co robisz. Tamtej pierwszej niedzieli, gdy ludzie mówili mi, jaki jesteś wspaniały, pomyślałam, że zwariowałam. Ale wiesz, kto się ze mną zgadza? Rick Ambrose.

Chociaż podłoga z linoleum była zimna, Perry'emu pomieszczenie wydało się nagle zbyt ciepłe, pozbawione tlenu, niczym batyskaf.

- On uważa, że jest z tobą problem - ciągnęła bezlitośnie Becky. - Tak właśnie mi powiedział.

Myśli Perry'ego pobiegły ku wyobrażeniom okoliczności, w których usłyszała te słowa od Ambrose'a, ale zatrzymały się i zawróciły. Miał wrażenie, że już od narodzin był wydziedziczony, przez własną siostrę. Ledwo znalazł sobie grę, w której okazał się dobry, a także miejsce, w którym był ceniony za swoje umiejętności, oraz dorosłego, którego naprawdę mógł podziwiać, a natychmiast pojawiła się Becky i z dnia na dzień najpierw Ambrose'a nastawiła przeciwko Perry'emu, a potem Ambrose'a zawłaszczyła.

- Czyli nie chodzi o to, że mnie nie lubisz - powiedział drżącym głosem. - Nie to jest barierą. Bariera polega na tym, że mnie nienawidzisz.

- Nie. Chodzi o to, że...

- A ja nie czuję do ciebie nienawiści.

- Nawet nie znam cię na tyle, żeby żywić wobec ciebie jakieś uczucia. Nie sądzę, żeby istniał ktoś, kto naprawdę cię zna. Podejrzewam, że ludzie, którym wydaje się, że cię poznali, są w błędzie. I trzeba przyznać, że w wykorzystywaniu ich jesteś naprawdę niezły. Czy choć raz w życiu zrobiłeś dla innej osoby coś, co wymagało od ciebie jakiegoś wyrzeczenia? Bo ja w twoim zachowaniu widzę tylko samolubstwo, egocentryzm i egoistyczną przyjemność.

Osunął się do przodu i pozwolił łzom płynąć w nadziei, że może nieco rozmiękczą Becky, skłonią ją do objęcia go w zbawczym uścisku. Ale tak się nie stało. Usiłował przypomnieć sobie, czy zrobił kiedykolwiek coś, żeby ją skrzywdzić, coś bardziej widocznego niż przypadkowe niemiłe myśli na jej temat, a co mogłoby wyjaśnić tę jej nienawiść. Nie przychodziła mu na myśl żadna konkretna rzecz, więc doszedł do wniosku, że siostra nienawidzi go dla zasady, ponieważ Perry jest złą, samolubną gnidą, a teraz zdobyła się na te wynurzenia tylko po to, żeby zadośćuczynić abstrakcyjnej niesprawiedliwości, jaką było wychwalanie go przez innych.

- Przepraszam - powiedziała. - Wiem, że nie jest ci łatwo tego słuchać. No wiesz, chodzi o to, że jesteś moim bratem. Ale może dobrze się stało, że dziś wieczorem wylosowałeś moje imię, ponieważ mieszkam z tobą przez całe życie. Widzę więcej niż inni. Ja... Chcę cię lepiej poznać. Jesteś moim bratem. Ale najpierw muszę zobaczyć osobę, którą warto poznać.

Wstała i zostawiła go w garderobie niczym miasto zrównane z ziemią przez wybuch bomby wodorowej. Z wysiłkiem odtwarzał z gruzów istotę tego, co właśnie usłyszał. Becky wiedziała o wiele więcej o jego zajęciach ponadprogramowych, niż to sobie wyobrażał (na szczęście chyba nie wiedziała, że sprzedawał narkotyki uczniom siódmej klasy). Ambrose sądził, że jest z nim "problem" (pocieszająca była tylko pewność, że Ambrose byłby zły, gdyby wiedział, że Becky się wygadała). Jego pozornie dobre uczynki w Crossroads się nie liczyły (ale przynajmniej powiedziała, że ludzie dobrze o nim myślą). Był złym człowiekiem. Tylko wykorzystywał Judsona.

Zbyt zawstydzony i rozgoryczony, żeby wyjść z garderoby, słuchał odgłosów grupy na powrót schodzącej się do auli, radosnego gwaru partnerów diad, którzy z powodzeniem pracowali nad swoimi relacjami, wrzasków Ambrose'a, umiejętnego brzdąkania na gitarach, wspólnego śpiewania All Good Gifts z musicalu Godspell i You've Got a Friend Carole King. Zastanawiał się, czy ktoś zauważył jego nieobecność. Chociaż nie awansował jeszcze do wewnętrznego grona, był wśród tych dziesiątoklasistów, którzy mieli największe szanse się tam znaleźć, już jako dość jasna gwiazda na nieboskłonie Crossroads, a on przecież z pewnością zauważyłby, gdyby, powiedzmy, zgasła jedna z gwiazd w Pasie Oriona. Kiedy spotkanie dobiegło końca, czekał, czy ktoś zapuka do drzwi garderoby - może skruszona Becky, może zmartwiony doradca albo niosący otuchę Ambrose, może jakiś kolega, który go cenił, przynajmniej ktoś, kto zobaczył smugę światła pod drzwiami, gdy wyłączono lampy w auli. Nikt jednak do niego nie przyszedł, a on odebrał to jako potwierdzenie obciążającej go opinii Becky. Nie był osobą, którą warto poznać.

Częściowo właśnie dlatego, żeby udowodnić, że siostra się myli, a częściowo dlatego, że chciał stać się osobą, której Rick Ambrose powinien ufać (a może nawet bardziej lubić niż Becky), podjął tamtej nocy nowe postanowienie. Motywacja z pewnością nie wypływała z najczystszego serca, ale od czegoś trzeba było zacząć.

Zostawiwszy w sejfie tylko dwie dawki metakwalonu, swój prezent świąteczny, ponownie wpuścił Judsona do ich pokoju. Pod niebem grożącym opadem śniegu pospieszył w kurtce z kapturem do domu Ansela Rodera. Plusem Gównianej Plebanii było to, że chociaż nadawała się raczej do zburzenia niż do remontu, znajdowała się w zdecydowanie bardziej elitarnej części miasta niż dom starszego pastora. W pobliżu mieszkali wszyscy kumple Perry'ego od narkotyków. Niechętny, by upłynniać aktywa, wahał się przez pierwsze dni ferii świątecznych, i teraz nie mógł liczyć na spotkanie pod siatką osłaniającą na boisku baseballowym Lifton Central któregoś ze swoich stałych klientów, ale Roder zawsze był królem upłynniania. Ozdobiony sztukaterią dom Rodera wieńczyła okrągła wieżyczka pokryta gontem z terakoty. Nawet najmniej piękny mebel w pokojach z odkrytymi belkami stropowymi był piękniejszy od najpiękniejszych w domu Perry'ego. Ogrzewanie było tak ustawione, że Roder podszedł do drzwi wejściowych boso i bez koszuli, niczym amerykański żołnierz na wakacjach.

- Oto człowiek, którego mi potrzeba - przywitał go. - Z moich głośników dobywa się jakiś dziwny, rozmyty dźwięk.

Perry wszedł za przyjacielem po szerokich schodach.

- Z obu?

- Tak, ale tylko z gramofonu, a nie magnetofonu.

- To może być istotne. Przyjrzyjmy się.

Nie miał ani czasu, ani ochoty na odgrywanie lekarza sprzętu audio, ale jeden ze sposobów na rozliczanie się z kolegami polegał na korzystaniu z wielorakich talentów Perry'ego do rozwiązywania ich problemów, takich jak drobne awarie urządzeń gospodarstwa domowego, zatkany wężyk w akwarium, kaligrafowanie napisów okolicznościowych, podrabianie rodzicielskiego pisma, interpretacja snów oraz wszystko, co wiąże się z klejem lub pincetą. Po wejściu na piętro Roder puścił w swojej sypialni kawałek Whiskey Train na bardzo mocnym sprzęcie stereofonicznym, a Perry z łatwością zdiagnozował i skorygował luz wkładki gramofonowej. Bezceremonialnie wyjął aktywa z kieszeni kurtki i rzucił je na łóżko Rodera.

Oczy chłopaka się rozszerzyły.

- To iście królewski prezent świąteczny, Perry.

- Miałem nadzieję, że może to ode mnie odkupisz.

- Odkupisz, powiadasz.

Nagle stanęła między nimi niewypowiedziana kwestia wieloletniej hojności Rodera, a także pytanie, dlaczego Perry niezmiennie z niej korzystał, skoro miał własne narkotyki, którymi się nie dzielił.

- Potrzebuję kasy - wyjaśnił. - Chcę coś kupić Jayowi na Boże Narodzenie.

- Naprawdę? A więc sprzedajesz... To tak jak w tej historii Henry'ego Dar Trzech Królików?

- Króli.

- Czy nie byłoby zabawnie, gdyby Jay sprzedał swoje, sam nie wiem co, żeby móc kupić ci fajkę wodną? I dalej, jak w tej historii.

- Zgadza się, Dar Trzech Króli to opowieść ironiczna.

Roder szturchnął aktywa, być może liczył tabletki.

- Ile pieniędzy ci trzeba?

- Czterdzieści dolarów byłoby w sam raz.

- Dlaczego nie chcesz, żebym ci po prostu pożyczył?

- Ponieważ jesteśmy przyjaciółmi i nie wiem, jak ci zwrócę.

- Znowu będziesz kosić trawniki następnego lata?

- Powinienem oszczędzać na studia. Moje zarobki są pod nadzorem.

Roder zamknął oczy, próbując zrozumieć to wszystko.

- Więc jak udało ci się kupić to gówno? Kradłeś?

Perry poczuł, że dłonie zaczynają mu się pocić.

- To naprawdę nie ma nic do rzeczy.

- Ale nie wydaje ci się, że byłoby to trochę dziwne, gdybyś na koniec wypalił to ze mną po tym, jak to od ciebie odkupię?

- Nie zrobię tego.

Roder wydał z siebie sceptyczny dźwięk. Nadeszła chwila, w której Perry powinien ogłosić, zgodnie z warunkami własnego postanowienia, że niczego już z nikim nie będzie palił. Ale znowu zaczął się ociągać.

- Posłuchaj - powiedział. - Wiem, że nie mogę być tak szczodry jak ty. Ale rozważ to racjonalnie, bo ja nie rozumiem, jakie ma znaczenie, od kogo to kupiłeś, jeśli wydatek jest taki sam.

- To ma znaczenie i jestem zaskoczony, że nie rozumiesz.

- Nie jestem głupi. Patrzę na to racjonalnie.

- Wiesz, przez chwilę naprawdę myślałem, że dałeś mi prezent.

Perry widział, że zranił uczucia przyjaciela; że dotarli do rozdroża. "Czy jesteś gotów porzucić bierną współwinę?" Głos Ricka Ambrose'a w jego głowie. "Czy masz dość odwagi, żeby zaryzykować czynne obserwowanie prawdziwego związku?" Nie przyszedł do Rodera z zamiarem zakończenia ich (biernej, współwinnej, narkotykowej) przyjaźni. Ale prawdą było, że jedyne, co wspólnie robili, to ćpanie.

- A co powiesz na trzydzieści dolarów? - Twarz Perry'ego pokryła się potem. - W ten sposób mielibyśmy częściowo prezent, a częściowo...

Roder odwrócił się i otworzył szufladę komody. Rzucił na łóżko dwie dwudziestki.

- Mogłeś zwyczajnie poprosić o te czterdzieści dolarów. Dałbym ci je. - Zebrał tabletki i włożył je do szuflady. - Od kiedy jesteś dealerem?

Kiedy znalazł się już na dworze i szedł Pirsig Avenue, Perry próbował zrozumieć, dlaczego kwadrans wcześniej nie pomyślał, żeby zwyczajnie poprosić Rodera o pieniądze, być może w formie "pożyczki", o której obaj wiedzieli, że nie zostanie spłacona, a następnie aktywa spuścić w toalecie, osiągając ten sam rezultat i nie raniąc przy tym przyjaciela; dlaczego nie przyszło mu na myśl, że Roder może zareagować właśnie w ten sposób, choć teraz wydawało mu się to bardzo sensowne. I co tu mówić o dziewięcioletnim Perrym? Obcy dla niego był ten sprzed piętnastu minut! Czy jego dusza zmieniała się za każdym razem, gdy czegoś nowego się dowiadywała? Sama definicja duszy to niezmienność. Być może źródłem jego dezorientacji było połączenie duszy i wiedzy. Być może dusza jest jednym z narzędzi stworzonych do wykonywania wyłącznie jednego konkretnego zadania: tego, żeby wiedzieć, że  j a   t o   j a,  i jest zmienna w odniesieniu do wszelkich innych form wiedzy?

Nie wiedział, czy chodziło o ograniczoność intelektu wobec tajemnicy duszy, czy o trudność pogodzenia jego nowego postanowienia z bezmyślnym ranieniem uczuć starego przyjaciela, ale kiedy zmierzał do dzielnicy handlowej w New Prospect, poczuł gdzieś w środku lekkie szarpnięcie, coś pociągnęło go w dół, jakby poślizg biegów w samochodzie, pierwszy cień końca dobrego samopoczucia. Zwykle uwielbiał blask sklepowych witryn w ciemne zimowe popołudnia. W niemal każdym sklepie znajdowało się coś, czego pragnął, a wszystkie latarnie były o tej porze roku oplecione sosnowymi gałęziami i zwieńczone czerwoną kokardą, która dodatkowo podkreślała sens kupowania i obdarowywania. Teraz jednak, stopniowo, przypominał sobie, jak to jest być obojętnym na oferty sklepów, nie pragnąć niczego, i jak dużo bledsze wydają się wówczas światła wystaw, a gałęzie sosnowe na latarniach - martwe.

Chcąc uciec przed tym uczuciem, potruchtał do New Prospect Photo. Wyszukał tam wcześniej aparat dla Judsona, dwuobiektywową lustrzankę marki Yashica w idealnym stanie. Stała w witrynie, na małym białym postumencie, wśród dwudziestu innych używanych i nowych aparatów, i również Judson uznał, że jest piękna.

Ledwo spojrzał w okno wystawy, wchodząc do sklepu. Ale i tak jego uwagę przykuła biel pustego postumentu.

Yashica zniknęła.

Dar Pieprzonych Króli.

Wnętrze wypełniał zapach kwasu docierający z ciemni na zapleczu. Właściciel sklepu, mężczyzna z lśniącą łysiną, wyglądał na rozdrażnionego i przygnębionego zarazem, co było zrozumiałe w czasach, gdy drogerie i centra handlowe rujnowały jego interes. Nietrudno było zauważyć, że kiedy podniósł głowę znad czyszczonego właśnie obiektywu i zobaczył Perry'ego, długowłosego nastolatka, w pierwszej chwili pomyślał, że to złodziej sklepowy lub ktoś, z kim tylko straci czas. Perry rozwiał jego obawy, życząc mu, z intonacją, która niepokoiła Becky, bardzo dobrego dnia.

- Miałem nadzieję, że kupię dwuobiektywową lustrzankę Yashica, która stała w pańskiej witrynie.

- Przykro mi - odparł właściciel. - Sprzedałem ją dziś rano.

- To wielka szkoda.

Właściciel próbował go zainteresować gównianym kodakiem instamatic, a potem jakimiś beznadziejnymi starszymi aparatami, a Perry starał się nie okazywać, jak obraźliwe są te propozycje. Kiedy w końcu znaleźli się w impasie, wzrok Perry'ego padł na piękny obiekt pod szklaną ladą. Kompaktowa kamera filmowa wyprodukowana w Europie. Korpus z wypolerowanego litego metalu. Regulowana przysłona. Przypomniał mu się leżący w domowym składziku stary projektor filmowy, pozostałość z bardziej pogodnych czasów, kiedy Hildebrandtowie wciąż jeszcze mogli stać się zżytą rodziną, która wspólnie ogląda amatorskie filmy, i zanim Wielebny, zaatakowany przez osy, zgubił kamerę za burtą łodzi wiosłowej.

- Kosztuje czterdzieści dolarów - powiedział właściciel. - W latach czterdziestych kosztowała dwa razy tyle, nowa, w tamtych dolarach. Ale to jest zwykła ósemka. Trzeba zakładać film w torbie.

- Mogę ją zobaczyć?

- Kosztuje czterdzieści dolarów.

- Mogę ją zobaczyć?

Kiedy Perry nakręcił sprężynę napędową i spojrzał przez cudny układ optyczny wizjera, zapragnął tej kamery dla siebie. Może Judson podzieli się nią z nim? Ale to była dokładnie taka myśl, jakich miał się wyzbyć zgodnie ze swoim postanowieniem.

I wyzbył się. Wyszedł ze sklepu uboższy o czterdzieści osiem dolarów, ale wyraźnie bogatszy na duchu. Wyobrażając sobie zdumienie Judsona, że nie dostał aparatu, który pożerali wzrokiem, ale coś jeszcze piękniejszego i fajniejszego, był pewien, że wreszcie choć raz cieszy się radością innej osoby. Z nieba nad Illinois zaczął padać śnieg, białe krystalizacje wody były tak czyste, jak czysty on sam się czuł po rozstaniu z aktywami. Jego myśli zwolniły, osiągając idealnie pośrednie tempo, nie wolniejsze, jeszcze nie teraz. Stał przez chwilę na chodniku, pośród topniejących płatków śniegu, i marzył o tym, żeby świat po prostu znieruchomiał.

Z ulicy dobiegło go znajome dudnienie silnika. Odwrócił się i zobaczył rodzinnego plymoutha fury hamującego przed znakiem stopu na Maple Avenue. Tył samochodu był wyładowany kartonami. Za kierownicą siedział ojciec, ubrany w stary kożuch, którego braku w szafie na drugim piętrze Perry jakoś nie zauważył. Miejsce pasażera zajmowała, zwrócona twarzą do ojca, z jedną ręką wyciągniętą na oparciu fotela, seksowna matka Larry'ego Cottrella. Pomachała radośnie do Perry'ego, a Wielebny dopiero teraz go dostrzegł. Nie próbował się uśmiechać. Perry miał wyraźne wrażenie, że przyłapał staruszka na robieniu czegoś złego.

Tego ranka Becky obudziła się przed świtem. To był pierwszy dzień ferii, w minionych latach dzień, kiedy można było dłużej pospać, ale tego roku wszystko wydawało się inne. Leżąc w ciemnościach, wsłuchiwała się w stukanie i świstanie kaloryfera oraz szczęk rur w pokoju poniżej. Jakby po raz pierwszy miała okazję docenić, jak przytulnie może być w ciepłym domu w zimny poranek. A także, co nie mniej ważne, jak dobre jest zimno, dzięki któremu możliwa jest ta przytulność; te dwie rzeczy pasują do siebie jak dwoje ust.

Aż do wczorajszego wieczoru sesje obściskiwania się umieszczała w kategorii zajęć nieobowiązkowych. Od pięciu lat widywała wokół siebie obściskujących się ludzi, znała też dziewczyny, które podobno poszły na całość, ale nie wstydziła się swojego braku doświadczenia. Dziewczyny często wpadały w pułapkę takiego wstydu. Nawet naprawdę ładne bały się, że nie będą lubiane, jeśli nie spełnią oczekiwań chłopców. Jak powiedziała jej ciotka Shirley: "Jeśli ty będziesz miała o sobie niskie mniemanie, tak samo oceni cię świat". Becky nie dążyła do tego, żeby być lubianą, ale kiedy okazało się, że ma wzięcie, odkryła w sobie wrodzoną umiejętność radzenia sobie w takich sytuacjach i czerpania z nich korzyści. Rola laski jakiegoś sportowca prowadziła w ślepą uliczkę. Ale leżąc sama w łóżku, Becky nigdy nie dowiedziałaby się, jak słodko jest spaść, jak bardzo chce spadać, a także jak później czuje się odmieniona.

Za oknami niespiesznie jaśniało, wciąż jeszcze w czarno-białych barwach rysowały się wiszący nad biurkiem plakat przedstawiający wieżę Eiffla, oryginalny akwarelowy obraz Pól Elizejskich, który zostawiła jej Shirley, oraz tapeta z motywem kucyka, którą ojciec położył zgodnie z życzeniem córki na jej dziesiąte urodziny, kiedy była zbyt mała, by zrozumieć, że będzie musiała już z tym żyć. W szarym świetle łatwiej było znieść ten wzorek. Zachmurzone niebo stanowiło wymarzoną pogodę w dzień następujący po nocy, gdy życie Becky nabrało powagi. Żadnego słońca, które wskazywałoby godzinę, jego promienie nie zmieniały kąta padania, co mogłoby ją wyrwać ze stanu zanurzenia w pocałunku.

Kiedy w położonej za sąsiednimi drzwiami sypialni rodziców zadzwonił budzik, nie był to zwykły okrutny dźwięk poranka, ale obietnica tego wszystkiego, co może przynieść nadchodzący dzień. A gdy usłyszała ciche brzęczenie golarki ojca i kroki matki na korytarzu, ze zdumieniem stwierdziła, że aż do dziś nie zwróciła uwagi na to, jak drogocenne jest zwyczajne życie i jakie ona ma szczęście, że może być jego częścią. Tyle dobroci. Inni byli dobrzy. Ona sama była dobra. Miała w sobie życzliwość dla całej ludzkości.

Jeśli mimo to ociągała się ze wstaniem z łóżka, dopóki rodzinny samochód nie obudził się z wyciem na podjeździe, a matka nie poszła na górę, żeby się ubrać, to dlatego, że chciała dłużej cieszyć się w samotności tym, co się stało. Owinęła się japońskim jedwabnym płaszczem kąpielowym, który kupiła jej Shirley, i bezgłośnie, na bosaka, zeszła do łazienki na pierwszym piętrze. Ta, która usiadła, żeby się wysikać, była teraz kobietą pocałowaną przez mężczyznę. Obawiając się, że zmiana może okazać się z zewnątrz tak niewidoczna, jak doniosła wydawała się jej wewnątrz, Becky unikała patrzenia w lustro.

Resztki zapachu tostów i jajek skłoniły ją do zmiany kierunku i zamiast do kuchni poszła z powrotem do swojego pokoju. Jej żołądek zdawał się trzepotać od tysięcy rzeczy, które teraz miały się nagle rozpocząć, ale myśleć mogła jedynie o tym, żeby się z kimś podzielić nowiną. Chciała najpierw porozmawiać z bratem, ale nie przyjechał jeszcze z college'u. Stała przy oknie od ulicy i obserwowała wiewiórkę, która ze złością próbowała zmusić inną wiewiórkę, żeby tamta wdrapała się po pniu dębu. Może chodziło o kradzież żołędzia, a może Becky pomyślała tak, ponieważ ona sama kogoś ukradła. Za nerwowość w żołądku częściowo odpowiadała adrenalina złodzieja. Przez chwilę wydawało się, że agresywna wiewiórka jest gotowa zapomnieć o sprawie, ale zaraz potem konflikt się nasilił - zaciekła pogoń w górę pnia, dalszy pościg w poziomie, skok i lot w zarośla przy podjeździe.

Zastanawiała się, czy już się obudził, co o niej myśli, czy tego żałuje.

Judson był już na nogach i za drzwiami jej pokoju rozmawiał z matką o kruchych ciasteczkach. Becky nie lubiła prac domowych i dziękowała Bogu, że ma brata, który się tym zajmuje, zwłaszcza w grudniu, kiedy matka czuła się w obowiązku podtrzymywać wymyślone przez siebie rodzinne tradycje, takie jak produkcja lasek cukrowych i kruchych ciasteczek w kształcie choinek. Z tego, co Becky zauważyła, święta dla matki stanowiły po prostu kolejny uciążliwy obowiązek, i wyglądało na to, że ta jej nowo odkryta życzliwość wobec świata jest dosyć abstrakcyjna, bo przecież dobry uczynek zrobiłaby wtedy, gdyby poszła do kuchni i tam posiedziała z matką, być może pomogła przy ciasteczkach. Nie chciała jednak tego robić.

Idąc na kompromis, ubrała się w najlepsze wyblakłe dżinsy i zaniosła materiały aplikacyjne do salonu (jedyny domownik, którego  z d e c y d o w a n i e  unikała, Perry, raczej nie pojawiał się przed południem), tam rozbiła obóz w fotelu obok choinki, której dekorowanie też należało do obowiązków matki. Zapach lasu przywodził na myśl rozgorączkowanie, w jakie ona i Clem, jeszcze jako dzieci, nawzajem się wprowadzali, kiedy pod choinką piętrzyły się prezenty; ale teraz Becky była o wiele starsza. Światło w oknach było ponure, a odgłosy pieczenia ciastek w kuchni dziwnie odległe. Jakby siedziała gdzieś na dalekiej północy, gdzie pachnie drzewami iglastymi. Po tym pocałunku miała wrażenie, że patrzy na siebie z punktu położonego tak wysoko, że dostrzega krzywiznę Ziemi, cały świat, który nagle stał się trójwymiarowy i rozciągał się od jej fotela we wszystkich kierunkach.

Składała dokumenty do sześciu college'ów, w tym pięciu prywatnych i drogich. Jeszcze w październiku fantazjowała o przyszłości - katalogi uczelni kryły rozmaicie pachnące obietnice ucieczki z domu, z którego wyrosła, i ze szkoły, której możliwości towarzyskie wyczerpała. Ale potem odkryła Crossroads, przez co osłabła niecierpliwość, z jaką wyglądała opuszczenia New Prospect, a teraz, kiedy otworzyła teczkę z podaniami, zauważyła, że ten pocałunek drastycznie skrócił jej perspektywę. Wszystko poza nadchodzącym dniem wydawało się nieistotne.

Opowiedz o osobie, którą podziwiasz lub od której nauczyłaś się czegoś ważnego.

Zdjęła pogryzioną nasadkę długopisu BIC i zaczęła pisać w notesie w spiralnej oprawie. Jej pismo, wyprostowane i korpulentne litery, dziś rano wydało jej się dziecinne. Wydrapała je i próbowała stawiać litery smuklejsze i bardziej pochylone, bardziej śmiałe, żeby wyglądały jak pismo kobiety, którą poczuła się poprzedniej nocy na parkingu za Grove.

Osobą, którą podziwiam najbardziej, jest

Moja rodzina mieszkała na południu stanu Indiana, dopóki nie skończyłam ośmiu lat. Mój ojciec był pastorem w dwóch małych wiejskich parafiach. Okolica była wiejska, ale były tam lasy i strumienie, w których bawiłam się wraz z moim bratem Clemem. W przeciwieństwie do większości braci Clem nigdy się nie złościł, gdy za nim szłam. Clem niczego się nie bał. Nauczył mnie stać nieruchomo, gdy atakowała mnie pszczoła. Lubił wszelkiego rodzaju stworzenia. Nazywał zwierzęta "stworzeniami" i wszystkie go interesowały. Pewnego dnia podniósł dużego pająka i pozwolił mu pełzać po swojej skórze, a następnie zapytał, czy może położyć go na moim ramieniu. Dowiedziałam się, że pająki nie gryzą, jeśli ich się nie przestraszy. Nad głębokim strumieniem znajdowała się kłoda, przez którą Clem przebiegał, jakby nie było nic łatwiejszego. Pokazał mi, jak przekroczyć strumień, siedząc na kłodzie i przesuwając pupę. Myślę, że większość braci wolałaby zostawić swoją młodszą siostrę, ale nie Clem. Miał rękawicę baseballową.

Ogarnęło ją zmęczenie. A do tego jej słowa wydawały się dziecinne. Wymyśliła sobie, że uczelnie będą oczarowane, jeśli napisze o bracie, i że z łatwością uda jej się przedstawić, dlaczego podziwia Clema; dziś rano jednak nie miała do tego głowy. Po pierwsze, gdy Clem wrócił do domu w Święto Dziękczynienia, w ścisłej tajemnicy powiedział jej, że ma w Champaign dziewczynę, pierwszą w życiu. Choć Becky powinna po prostu cieszyć się jego szczęściem, w rzeczywistości miała wrażenie, jakby nie nadążała. Mimo że była młodsza, dotychczas uważała się za bardziej światową i zaawansowaną towarzysko.

W liceum większość kumpli Clema wyglądała tak, jakby pochodzili z innej epoki: faceci w okularach przysypanych łupieżem i o trudnym do zniesienia zapachu ciała. Było jej przykro, że nie trafił lepiej, ale on twierdził, że nie zazdrości Becky pozycji społecznej, a jej znajomi interesują go tylko  z   s o c j o l o g i c z n e g o  punktu widzenia. Zawsze, kiedy wracała późno do domu w sobotni wieczór, widziała światło w szczelinie pod drzwiami jego pokoju. Jeśli pukała do niego, odkładał książkę, którą czytał, lub problem naukowy, nad którym się głowił, i wysłuchiwał, jak tylko on jeden w rodzinie potrafił, opowieści o życiu w jej własnym Camelocie. Z przenikliwością osądzał jej przyjaciół, i choć z miejsca odrzucała te opinie ("Nikt nie jest doskonały"), w głębi serca uznawała ich słuszność. Szczególnie surowy był wobec niektórych jej kolegów, takich jak Kent Carducci, który nieustannie zapraszał ją na randkę i który, zdaniem Clema, dręczył w szatni jego kumpla Lestera. Choć wciąż jeszcze była w dziesiątej klasie, pewnego dnia w porze lunchu podeszła do Kenta i na oczach jego kumpli sportowców precyzyjnie wyjaśniła, dlaczego nigdy nie będzie z nim chodzić: "Ponieważ jesteś łobuzem i palantem". I chociaż Kent chyba nadal strzelał mokrym ręcznikiem w tyłek Lestera, to Becky świetnie wyczuwała hierarchię i zauważyła, że najwyższe szczeble zaczęły subtelnie unikać Kenta. Kusiło ją, żeby pochwalić się tym osiągnięciem Clemowi, ale wiedziała, że brat gardzi samą hierarchią, i to bardziej niż którymkolwiek z jej członków. Mimo to, jakby uznając, że dla niej stanowi pewien rodzaj doskonałości, nigdy nie nakłaniał Becky, żeby sama z tej hierarchii zrezygnowała. Jakże była mu za to wdzięczna! Dzięki temu i stu innym rzeczom wiedziała, że ją kocha. Czasami zdarzało się, że zasnęła na jego łóżku, a gdy się budziła, pieczołowicie otulona kołdrą, Clem spał na dywanie obok łóżka. Być może martwiłaby się, że jest coś dziwnego w ich przyjaźni, że jest z bratem blisko w sposób niemal małżeński, który może wydawać się niewłaściwy, że jego przypominające łodygę fasoli ciało, jego pokryta bliznami i wypryskami twarz nie budzą w niej fizycznej odrazy, jaką zazwyczaj czują siostry, gdyby nie była taka pewna, że wszystko, co robi Clem, jest dobre i słuszne.

Nawet jak już poszedł na studia, pozostał gwiazdą wskazującą Becky właściwą drogę. Kiedy organizowano bez nadzoru rodziców dość rozwiązłe imprezy, uważała za konieczne w nich uczestniczyć, ponieważ nie zapraszano na nie żadnych uczniów z dziesiątej ani prawie żadnych z jedenastej klasy. Clem nawet bardziej niż rodzice nienawidził tego rodzaju ekskluzywizmu, ale gdy ojciec łagodnie ją pouczał o pamiętaniu o tych, którzy mieli mniej od niej szczęścia, a matka głośno martwiła się, że córka jest zbyt pewna siebie, Clem rozumiał, dlaczego tak ważne jest dla niej, żeby być w centrum wydarzeń. "Po prostu uważaj - mówił. - Nie zapominaj, że jesteś lepsza niż reszta tego tłumu razem wzięta". Na imprezach była do pewnego stopnia "chroniona", ponieważ zgarniała najwięcej głosów w ogólnoszkolnych wyborach cheerleaderek, a tym samym automatycznie zostawała współkapitanką drużyny, mimo że chodziła dopiero do jedenastej klasy; wystarczyło, że głośno jęknęła, sygnalizując niechęć do jakiejś muzyki, i już, voila, niewidzialna ręka podnosiła igłę i nakładała album Santany. Ale presja, żeby coś spieprzyć, była nadal intensywna. Może nie potrafiłaby odmówić proponowanych jej zapalonych skrętów, gdyby Clem nie ostrzegł Becky, że wciąż nie ma wiarygodnych badań długoterminowego wpływu marihuany na mózg. Na niesławnym przyjęciu noworocznym u Bradfieldów, gdzie rzygano w śniegu za domem, a w piwnicy odbywały się gry towarzyskie, pewnie poszłaby na górę z dwudziestoletnim i nieustępliwym Tripem Bradfieldem, gdyby nie potrafiła spojrzeć na niego oczami Clema.

Impreza u Bradfieldów była ostatnią tego rodzaju, w której uczestniczyła. Ciotka Shirley zmarła kilka tygodni później, a Becky odeszła z drużyny i bardziej przyłożyła się do zajęć szkolnych. To Shirley nauczyła ją, że pozostając w domu i czytając dobrą książkę, podczas gdy ludzie zastanawiają się, gdzie jesteś, może osiągnąć więcej, niż biegając z imprezy na imprezę. Ponieważ obowiązki cheerleaderek nie zwalniały jej już z panujących w rodzinie zasad, po lekcjach zaczęła pracować w kwiaciarni przy Pirsig Avenue. Od dawna miała pewność, że jest powszechnie lubiana, więc wiedziała, że nie grozi jej zapomnienie. Wręcz przeciwnie. Opuszczając drużynę, przytłumiła blask otaczający dziewczyny, które w niej pozostały. Shirley podarowała jej granatowy płaszcz z merynosów i kiedy Becky szła w nim Pirsig Avenue w towarzystwie Jeannie Cross, najlepszej przyjaciółki i już od siódmej klasy lojalnej asystentki, wyczuwała, jak atrakcyjnie prezentują się w oczach rówieśników spoglądających z przejeżdżających obok samochodów. Shirley określała to słowem "mistycznie".

Zmusiła się i ponownie sięgnęła po długopis. Jej dzisiejsze plany zakładały ukończenie eseju przed obiadem.

Pewnego ciepłego, gorącego i wilgotnego letniego popołudnia Clem i ja zwiedzaliśmy okolicę wiejskiego domu, w którym na łańcuchu trzymano dużego, złego psa. Nawet Clem bał się trochę tego psa. W każdym razie, jakoś tTego dnia pies nie był uwiązany na łańcuchu, przeskoczył przez płot i zaczął mnie gonić. Ugryzł mnie w kostkę i upadłam. Mogłabym odnieść bardzo poważne obrażenia, gdyby Clem nie rzucił się na psa i nie zaczął z nim walczyć. Jednak to Clem odniósł poważne obrażenia, zanim gospodyni przybyła na ratunek. Pies pogryzł mu twarz i obie ręce i musieli mu założyć trzydzieści czterdzieści pięćdziesiąt czterdzieści szwów. Miał szczęście, że pies nie okaleczył mu ręki ani nie przegryzł tętnicy. Do dziś, ilekroć widzę blizny na jego ramionach i policzku, pamiętam, jak on

Zawsze postępuje właściwie, nie przejmując się tym, co myślą o nim inni ludzie

Staje w obronie dzieci, które są zaczepiane, nie boi się agresorów (na przykład psa)

Pomógł mi uświadomić sobie, że w życiu są ważniejsze rzeczy niż bycie

Dlaczego to pisanie sprawiało, że czuła się jak idiotka? Wyrwała budzącą w niej zażenowanie kartkę z notesu. Z kuchni dobiegał zapach rozgrzanego piekarnika, poranek umykał niepostrzeżenie. Miała wrażenie, że nieodpowiednie słowa na kartce niesprawiedliwie krzyżowały jej plany, jakby to nie ona osobiście je tam umieściła.

W tym momencie do salonu weszła matka z dzbankiem wody.

- Och - odezwała się. - Wstałaś.

- Tak - powiedziała Becky.

- Nie słyszałam, jak wstawałaś. Jadłaś śniadanie?

Matka miała już na sobie strój do ćwiczeń, bezkształtną bluzę sportową i sięgające łydek obwisłe spodnie z syntetycznej dzianiny. Zdaniem Becky ten wygląd idealnie obrazował różnicę między jej matką a ciotką, która była tak szczupła, jak Marion zwalista, i najpewniej nie miała wśród swoich rzeczy takiej bluzy. Kiedy matka uklękła, żeby podlać choinkę, Becky odwróciła wzrok od nieuchronnie nadciągającego obnażenia części lędźwiowej matczynego ciała. Kolejną, tym razem bardziej tragiczną różnicą między matką a Shirley było to, że Marion żyje. Shirley w zachowaniu figury pomagało palenie dwóch paczek chesterfieldów dziennie.

Matka zapytała Becky, czy ma jakieś plany.

- Praca nad podaniami na uniwersytet - odparła Becky. - Świąteczne zakupy.

- No cóż, w każdym razie wróć do domu przed szóstą, żeby mieć czas na przygotowanie się na przyjęcie u Haeflesów. Wyjeżdżamy, gdy tylko ojciec wróci do domu.

- Mam iść na imprezę?

Matka wstała z dzbankiem.

- Dwight zaprosił wszystkich, żeby przyszli z rodzinami. Perry zostaje w domu z Judsonem, a nie wiem, o której godzinie przyjedzie Clem.

- Przepraszam, ale co to za przyjęcie?

- Dzień otwarty dla duchownych. Clem był z nami w zeszłym roku.

- Czy ja mówiłam, że tam pójdę?

- Nie. To ja mówię ci teraz, że tam pójdziesz.

- Przykro mi, ale mam inne plany. Idę na koncert do Crossroads.

Odwróciła wzrok, lecz mogła sobie wyobrazić minę matki.

- Ojciec nie będzie zadowolony. Ale jeśli tego chcesz, wrócimy do domu od Haeflesów o ósmej trzydzieści.

- Koncert zaczyna się o siódmej trzydzieści.

- Nic się nie stanie, jeśli się spóźnisz, to nawet modne. Strata godziny, żeby zachować pozory spokoju w świąteczny czas, to chyba nie jest tak wielkie poświęcenie.

Becky pochyliła głowę w zawziętym geście. Miała swoje powody, ale nie zamierzała ich wyjawiać.

- Jak ci idzie pisanie eseju? - zapytała matka.

- W porządku.

- Mogę ci pomóc, jeśli pokażesz mi, co napisałaś. Pokażesz?

Powiedziała to tonem słodziutkim, jakby w geście pojednania, ale Becky uznała, że matczyne słowa miały jej przypomnieć, że Marion jest lepsza od niej w pisaniu, a ona sama nie jest lepsza w niczym, co matka ceni.

- Myślę - odpowiedziała atakiem na atak - że mogłabym napisać o cioci Shirley.

Matka zesztywniała.

- Myślałam, że piszesz o Clemie.

- To wypracowanie o moich sprawach. Mogę pisać, o kim chcę.

- Poniekąd masz rację.

Marion wyszła z pokoju. Za oknami nieco pojaśniało i Becky ucieszyła się, że jej życzliwość pozostała w stanie nienaruszonym. Jej matka nie była bynajmniej złą osobą. Po prostu nie rozumiała, o ile lepsze były plany Becky od wyjścia na imprezę do Haeflesów.

Po ataku psa w Indianie, kiedy rany na twarzy Clema zostały obmyte jodyną i zszyte, a jego ramiona zawinięto w bandaże, ojciec wrócił do domu z kościoła i zaczął na niego wrzeszczeć. "Jak mogłeś do tego dopuścić? Co, do licha, robiłeś na tej farmie? Byłeś odpowiedzialny za siostrę! Mogła zginąć! Takie rzeczy ciągle się zdarzają - pies zagryzł dziecko nie mniejsze niż Becky! Co ty sobie myślałeś?" I wszystko to do dziesięcioletniego chłopca, który został pokiereszowany, kiedy chronił siostrę. A potem pojawiło się zarządzenie: Clem miał odtąd zakaz zabierania Becky poza granice ich domostwa z wyjątkiem chodzenia z nią drogą powiatową do szkoły i z powrotem. Kiedy Becky rozmyślała o łączącej ją z Clemem niezwykłej przyjaźni, wracała myślami do słowa "zakaz". Rzeczy zakazane często odpowiadały dokładnie temu, czego serce najbardziej pragnęło. Stawały się atrakcyjniejsze, ponieważ jakaś okrutna lub niczego nierozumiejąca władza zabroniła ich. Kiedy Becky była nastolatką, widok światła pod drzwiami Clema późną sobotnią nocą był kuszącą poświatą czegoś zakazanego. Ona i Clem zjednoczyli się przeciwko władzy, która chciała ich rozdzielić.

W konsekwencji własnego zarządzenia ojciec zobowiązał się zastąpić Clema w roli osoby, z którą Becky chodziła na spacery. Dla Clema wszystko na dworze było przygodą - winorośl, na której można się bujać, stare studnie rozbrzmiewające odgłosami wrzucanych kamyków, okropne stonogi odkrywane pod głazami, torebki nasienne, które można obwąchiwać i rozłupywać, konie, które można wabić jabłkiem. Dla ojca natura była po prostu czymś stworzonym przez Boga, wspaniałym, choć mało konkretnym. Rozmawiał z córką o Jezusie, co ją krępowało, a także o ciężkim życiu miejscowych rolników, co było ciekawsze, choć może niezbyt roztropne z jego strony. Historie, które mogła opowiadać na placu zabaw - Boylanowie mieli syna w zakładzie dla obłąkanych, pani Boylan mogła jeść tylko przez słomkę, matka Carla Jacksona tak naprawdę była jego babcią - pozwoliły jej już w bardzo młodym wieku zasmakować popularności. Szokujące fakty o dorosłych okazywały się bezcenne wśród dzieciarni w szkole podstawowej.

Po przeprowadzce rodziny do Chicago ojciec kontynuował "tradycję" zabierania Becky na spacery w niedzielne popołudnia, zazwyczaj zataczali tylko pętlę wokół Scofield Park. Odrzucenie jego zaproszenia rzadko warte było poczucia winy, w jakie wpędziłaby ją matka. Becky już teraz czuła się dostatecznie winna tego, że niezbyt troszczy się o wspólnotę kościelną, a jeszcze mniej o ciemiężonych, i naprawdę doceniała, że ojciec traktuje ją jak dorosłą i jako taką szanuje oraz że wciąż mówi jej rzeczy, których być może nie powinien. Dużo dowiedziała się o jego marzeniach o pełnieniu ważniejszej funkcji w służbie chrześcijańskiej, o jego rozczarowaniu rolą pastora pomocniczego na zamożnych i zamieszkanych przeważnie przez białych przedmieściach, a to, co usłyszała, przekazywała zaraz Clemowi. ("Jest sfrustrowany - mówił Clem - bo ma żonę i czworo dzieci". Albo, już złośliwiej: "Mama cieszy się, że to z tobą tata chodzi na spacery, ponieważ wie, że z tobą nie ucieknie"). Ona sama mimo zachęty ze strony ojca nie rewanżowała się jednak opowieściami o swoich marzeniach i frustracjach.

Zdjęła zębami nasadkę długopisu. Pierwsza partia kruchych ciasteczek właśnie się piekła.

Szesnastego stycznia minie rok od śmierci mojej cioci Shirley.

Od razu wyglądało to lepiej. Była w tym powaga i z miejsca budziło współczucie dla pogrążonej w smutku kandydatki do college'u.

Była sama na świecie, straciwszy jedyną prawdziwą miłość podczas drugiej wojny światowej. Miałam zaszczyt poznać Shirley, kiedy już była starsza, i nauczyć się od niej, jak ważne są kultura i elegancja, wiara w siebie oraz odwaga w obliczu samotności i choroby. Choć moja matka może myśleć inaczej, ciocia nie kupiła mojego uczucia. Naprawdę ją kochałam. W każde wakacje, od kiedy skończyłam dziesięć lat, wyjeżdżałam i spędzałam tydzień w jej małym, ale elegancko gustownie urządzonym mieszkaniu na Manhattanie w Nowym Jorku.