Na skraju Imperium i inne wspomnienia - Mieczysław Jałowiecki

Kup ebooka

59.50 zł
46.89 zł (38,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Kim są kniaziowie Jałowieccy?

Mojego dziadka po raz pierwszy spotkałem w roku 1957, na jednym z londyńskich dworców. Wydawał mi się bardzo stary, oschły i powściągliwy. Stał oparty o laskę. Stał znieruchomiały, wyobcowany, z pogardliwym wyrazem twarzy.

Na głowie miał szkocki beret, po którym go poznałem.

Obojętnością, niczym stary wódz Indian, odgradzał się od obcego mu tłumu, który opuszczał peron.

Zmierzył mnie pozbawionym sympatii spojrzeniem.

Dostosowałem się do gry. Poczuliśmy się obco, pełno było w nas wzajemnych uprzedzeń. On był dla mnie człowiekiem przegranym, a ja dla niego kimś niewiadomym.

Przyjechałem z kraju, który on uważał za komunistyczny, a systemu tego nienawidził. W swojej wrogości wydawał mi się jednak bezsilny. Nie przywiązywałem wagi do jego słów, tak jak on nie dostrzegał, że moje życie toczyło się w tamtym kraju i nie miałem innego wyboru. Jego nie interesowały moje plany, a mnie jego wspomnienia.

Moje pojawienie, zdaje się, zaburzyło mu spokój, a dla mnie spotkania z nim były raczej obowiązkiem. Dzielił nas wiek, przeszłość i jego brak przyszłości. Zasady i doświadczenie życiowe, które mógł mi przekazać, nie miały dla mnie żadnej wartości.

Łączyło nas tylko wspólne nazwisko, z tym że on podpisywał się dodatkowo Pieriejasławski.

Według bowiem starych kronik i Księgi Atłasowej Bojarstwa Rosyjskiego protoplastą rodu kniaziów Jałowieckich był potomek wielkiego księcia Ruryka, książę udzielny Michaił Dawidowicz Pieriejasławski. Jego prawnuk, który objął na Rusi Wołyńskiej włości jałowieckie, zaczął się mianować Pieriejasławskim-Jałowieckim. Ja z takim nazwiskiem, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych nie dostałbym się na studia.

Był on jednak dla mnie ojcem mojego ojca. Ale z kolei mój ojciec był człowiekiem, którego prawie nie pamiętałem i który po prostu zginął w czasie wojny, jak niemal jedna trzecia ojców moich kolegów ze szkoły.

Dla niego byłem synem jego syna. Nie był jednak najtroskliwszym ojcem. Żeniąc się po raz drugi, pozostawił wychowanie swoich dzieci angielskiej guwernantce.

Nie było między nami ciągłości. On pogodził się dawno ze stratą syna, a ja byłem zbyt mały, by stratę ojca odczuć. On spędził wojnę w Anglii, a ja przyjechałem na wakacje z Polski, i to nie do niego.

Łączyło nas tylko to wspólne nazwisko, do którego on przywiązywał bardzo dużą wagę, a dla mnie było ono raczej kłopotliwe. Zmuszało mnie do wysiłku nad takim opracowaniem życiorysu, by mieścić się w grupie inteligencji pracującej. Wtedy w Polsce Ludowej było to bardzo ważne, jeżeli miało się jakieś aspiracje na przyszłość.

Zdaje się, że te parę spotkań ze mną sprawiło mu raczej przykrość. Kilka ugrzecznionych wizyt, bez jakiegokolwiek głębszego kontaktu i zrozumienia, musiało bardzo podkreślić jego samotność w angielskim "nursing home".

W skromnym pokoiku znalazłem przy jego łóżku książkę telefoniczną Petersburga na rok 1916. Wieczorami odczytywał chyba z niej adresy znajomych i krewnych. Jakże musiał czuć się wyizolowany wśród emerytowanych oficerów z Indii, ich żon lub wdów w tym domu starców w hrabstwie Kent.

Próbował mnie zainteresować karierą naszej rodziny, której miernikiem były nie tylko zaszczyty, ale i majątki pozostawione na Litwie, Ukrainie i w Rosji. Dla mnie jednak leżały one w republikach Związku Radzieckiego, w państwie, gdzie nie można było spodziewać się jakichkolwiek zmian. Tak jak Petersburg był już dla mnie nieodwracalnie Leningradem, tak dla niego Związek Radziecki pozostał Rosją Sowiecką, która przetrwała aż dotąd tylko dzięki koniunkturze ostatniej wojny, ale która upaść musi.

Drażnił mnie dziadek swoimi anachronizmami, a ja musiałem denerwować go swoją pewnością siebie i brakiem tolerancji. W tym czasie wolałem nie być obciążony jego przeszłością. Wierzyłem, że tacy jak on są "wyrzuceni na śmietnik historii".

Wyczuwał moje nastawienie. Na pożegnanie wręczył mi bowiem list swojego ojca, pisany do niego przed pierwszą wojną, czyli jakby u schyłku epoki. List ten musiał mieć dla niego dużą wartość, skoro przechował go mimo tylu ucieczek. Spojrzał na mnie prosząco, bym przyjął ten dar, i wręczając mi go, zapłakał. Jakby przepraszając, że nie może mi dać nic więcej.

Trwało to chwilę, ale ta chwila zadecydowała, że list ten wziąłem ze sobą do Polski, ukrywając starannie przed celnikami. Mimo "Październikowych" zmian, w Polsce Ludowej nie tak wiele się w tym czasie zmieniło.

Po latach odwiedziłem moją ciotkę w Monte Carlo. Wręczyła mi archiwum dawno już zmarłego dziadka. Nalegała, bym je zabrał ze sobą. Bała się śmierci i spotkań pozagrobowych, dlatego natarczywie oddawała mi te papiery, by spełnić wolę swojego ojca. W przekazaniu dokumentów majątkowych, które wolą dziadka też mi się należały, była jednak bardziej powściągliwa.

Archiwum mieściło się w ciężkim, starym kufrze. Nie miałem wielkiej ochoty zabierać tej skrzyni do Belgradu, gdzie w tym czasie mieszkałem. W Jugosławii zaczynała się już wojna, a mój stały dom był daleko, bo aż w Australii.

Kiedy patrzyłem na kufer, przypomniałem sobie list wręczony mi przed laty. Ujrzałem proszące spojrzenie dziadka i te kilka łez, których się wstydził.

Zabrałem kufer ze sobą. Były w nim nie tylko dokumenty rodzinne, ale i kilkanaście tomów dziadka wspomnień, których pisaniem zabijał swoją samotność w Anglii.

Kiedy w końcu zabrałem się do czytania pamiętników dziadka, Związek Radziecki już nie istniał. Wspólnota Niepodległych Państw nie stała się Commonwealthem. Rosja pogrążyła się w chaosie, a Leningrad na nowo zaczął nazywać się Petersburgiem. Zacząłem czytać uważnie.

Czy w młodości nie byłem zbyt pewny siebie?

O tym, że to dziadek miał rację, przekonałem się osobiście, pracując przez pół roku na Ukrainie. Tam zdałem sobie dopiero sprawę, jak Rosjanie są genetycznie zniszczeni przez bolszewików, niezdolni już do wydania z siebie przywódców mogących uratować państwo od bankructwa.

Była nomenklatura, uwolniona z ucisku leninowskich zasad współżycia partyjnego, w sposób bezwstydny i bez umiaru zaczęła się bogacić, kradnąc w ciągu paru lat zasoby całego narodu, a jednocześnie gardząc tym narodem.

Z niechęci do tych "noworuskich" postanowiłem wydać pamiętniki, by podkreślić, że oni nigdy nie zastąpią klas wyższych, które ich dziadkowie, rodzice albo oni sami zniszczyli.

Jako przedmowę wybrałem zaś wspomniany list mojego pradziadka, bo oddaje on nie tylko atmosferę stabilizacji i ładu, ale i poczucie obowiązku wobec własnej ziemi i własnych zasad tych tak opluwanych "pomieszczików", których błazeńsko próbują naśladować obecni nowobogaccy, którzy po ich trupach doszli do swoich przywilejów.

List pisany był przez starego generała Korpusu Inżynierów Wojennych.

Zmęczony pracą generał postanawia wycofać się z publicznego życia i zamierza przekazać synowi część swoich obowiązków.

Generał osiągnął wiele. Był posłem do Dumy Państwowej, głównym inspektorem technicznym podróży cesarskich, budowniczym Kolei Rostowsko-Władykaukaskiej i Kolei Libawsko-Romeńskiej, właścicielem Towarzystwa Kolei Dojazdowych, współzałożycielem i dyrektorem Rosyjsko-Belgijskiego Towarzystwa Metalurgicznego, jednego z największych zakładów metalurgicznych Imperium Rosyjskiego.

Największą jednak pasją generała był rodzinny majątek, wykupiony po konfiskacie roku 1863, któremu generał poświęcał nie tylko swoje pieniądze, ale i uczucia.

Petersburg, 1913 roku 14 stycznia

Mój Drogi Synu!

Już od lat kilku powziąłem myśl powolnej likwidacji wszelkich interesów, wobec znużenia i moralnej potrzeby pewnego wyzwolenia się z więzów nieustannej realnej pracy dla przeniesienia myśli w sferę abstrakcji i obiektywizmu. Ten świat nie był mi obcym przez całe życie i może dlatego w mojej pracy zawsze górowała idea potrzeb społecznych nad zdobyczą materialną dla siebie. Dla idei po ukończeniu akademii zrzuciłem mundur z siebie i stałem się robotnikiem na fabryce, dla idei prowadziłem fabrykę Aleksandrowską, która za mojego zarządu stała się środowiskiem inteligentnej technicznej pracy i wydała cały szereg wybitnych ludzi, dla idei stworzyłem koleje podjazdowe i poprzecinałem nimi znaczną część kraju naszego; dla idei nabyłem Syłgudyszki, abyście Wy, dzieci moje, wyrosły w kraju i były zacnymi jego obywatelami. Dla idei wiele w życiu robiłem, dla wielu ludzi nowe drogi odkryłem i wiele ciężko zapracowanego grosza wydałem... Robiłem to bez hałasu, bez reklamy, ale dla tej idei, która mną kierowała!

Pomimo tej mojej ideowości, czyli dziwactwa, pomimo że wystąpiłem na arenę życiową bez grosza przy duszy i bez poparcia z góry, jednak nie zabrakło nigdy środków na potrzeby rodziny, na wychowanie Wasze i, powiem nawet, na życie rodziny w takich warunkach bytu, na jakie niewiele osób może sobie pozwolić. Mając jeszcze to na względzie, że nigdy nie wchodziłem w kompromis z sumieniem, że nigdy nie skalałem rąk moich jakimś podejrzanym zarobkiem, mogę teraz wypowiedzieć z pewną dumą, że praca moja była produkcyjną!

Może pozornie byłem wobec ludzi i wobec Was, dzieci moje, za mało ekspansywnym, co poniekąd mogło wywołać niesłuszną podejrzliwość Waszą względem zamiarów moich na przyszłość, ale to stało się wynikiem warunków, które od dzieciństwa mego, od dziesiątego roku życia postawiły mnie tak, że sam musiałem sobie radzić i torować drogę przez życie. Tą ujemną stroną charakteru mego, zamknięciem się w sobie, może najbardziej zawiniłem przed Matką Waszą, którą zawsze bardzo kochałem, a pomimo to wiele razy nie umiałem czy nie mogłem przed Nią wywnętrzyć się i podzielić się myślami moimi, co i mnie samemu przyniosłoby ulgę moralną wobec wyjątkowej inteligencji, dobroci serca i kryształowo czystych etycznych pobudek jej duszy. Prawdopodobnie, że i warunki życia naszego, prawie na połowę w separacji, wskutek wyjazdów Matki z Wami na wieś lub dla zdrowia za granicę, gdy ja musiałem pozostawać na posterunku, złożyły się na spotęgowanie osamotnienia wewnętrznego świata mojego.

Rozmyślając teraz, skąd powstała w Tobie obecna bolesna nieufność i gorycz do nas, przychodzę do wniosku, że źródło tkwi w tej, niby tajemniczej, księdze mojego wewnętrznego świata, która zdaje się być zamknięta na klamry dla Ciebie i budzi najniesłuszniejsze podejrzenia; gdy tymczasem ta księga żadnych dla Ciebie ujemnych stronic mało, że nie posiada, ale przygarnia Cię całym sercem kochającego Ojca. To samo mogę powiedzieć o najzacniejszej i najlepszej Matce Waszej.

Dotąd nie mogę całkiem otworzyć tej mojej księgi przed Wami do zupełnej likwidacji wszystkiego, bo i sam jeszcze nie wiem, co ostateczny bilans wykaże, ale obecnie, rozpoczynając powolną likwidację, otwieram przed Tobą pierwszą stronicę aktywy przyszłego bilansu, na której wyraźnie wpisuję Syłgudyszki z Powieżynciem, Azuprudziem, Pogałoniem i Kukuciszkami nierozdzielnie jako jedną wartość materialną i zarazem niepodlegającą oszacowaniu wartość moralną, zdobytą kosztem najświętszych dla mnie ideowych pomysłów, połączonych nierozerwalnie z całym moim wewnętrznym światem duchowym, obejmującym kraj cały i sięgającym aż do abstrakcyjnych mgławic istnienia.

Spadkobiercą tej wartości z woli mojej i Matki Waszej masz Ty pozostać, jako nasz ukochany syn jedyny, bo obie siostry Twoje, po wyjściu za mąż, mają już własne gniazda i my poczuwamy się tylko do moralnego obowiązku stawać im z pomocą i wnieść w ich gniazda duchową łączność z Syłgudyszkami...

Ufam, że ta łączność łatwo osiągnięta będzie, bo dobrałeś sobie za towarzyszkę życia osobę, która stała się tak bliska sercu naszemu jak najukochańsza córka rodzona i dlatego pragnąłbym, aby list obecny był odczytany wspólnie z Tobą przez Julę i żeby nadal żadna urojona chmurka serc naszych nie rozdzielała.

Bogiem a prawdą, ja i Matka szczerze Was kochamy i całym sercem Wam oddani jesteśmy, a pewne różnice w poglądach na sprawy społeczne są tak naturalne, że nie mogą dawać powodu do jakichś rozterek - byleby środki do celu wynikały z uczciwych pobudek, bo zasadniczy cel życia zawsze wspólny nam będzie - dobro kraju i narodu!

Co zaś do różnicy usposobień i temperamentów, to one chyba nadal nie będą wpływały na serdeczność i szczerość wzajemnych stosunków naszych, gdyż każdy z nas żyć będzie swoim dworem, nie krępując w powszednim obejściu.

Otóż, mój Drogi, wychodząc z tego, co wyżej napisałem, i mając na względzie, że Syłgudyszki ze wszystkimi folwarkami mają niegdyś być Twoje, dałem już pierwszy początek likwidacji moich czynności w ubiegłym roku, przelewając na Ciebie moje prawa co do udziału w wyborach do Dumy Państwowej i występowaniu na mocy mego cenzusu w sprawach społecznych. Teraz zaś chcę Ci oddać Kukuciszki i Pogałonie, abyś tam gospodarzył zupełnie samodzielnie, pozostawiając sobie tylko opiekę nad lasami i prawo spaceru oraz korzystanie z salki w domu pogałońskim.

Podatki i ratówki bankowe ja będę nadal opłacał, jak opłacałem dotąd. Chcę też w Kukuciszkach i Pogałoniu resztę pustych miejsc zalesić. Oddaję więc Ci Kukuciszki i Pogałonie w lepszym znacznie stanie, niż w jakim je nabyłem, bo masz już wszystkie łąkowe przestrzenie skanalizowane, wykarczowane i w znacznej części zorane. Pozostawiam Ci bydło, konie i cały gospodarski inwentarz i możesz być zupełnie pewnym, że do niczego w gospodarstwie Twoim wtrącać się nie będę. Gospodarzyć więc będziesz na swoje ryzyko w sposób, jaki Ci się podoba, aż do wydzierżawienia całości lub kawałków gruntów, bez obciążania jednak folwarków długami. Co zaś do leśnych przestrzeni, to takowe jak w Kukuciszkach, tak i w Pogałoniu pozostaną w moim rozporządzeniu i leśników ja opłacać będę.

W taki sposób otrzymujesz Kukuciszki i Pogałonie bez żadnych ciężarów, ale w zamian za to proszę mieć oko nad leśnikami i oko nad moim gospodarstwem w Syłgudyszkach z Powieżynciem i Azuprudziem, co wynika z natury rzeczy, bo z czasem będziesz dziedzicem na całych Syłgudyszkach, a więc jako i syn, i spadkobierca winieneś interesować się wszystkim i być mi pomocą, bo coraz mi jest trudniej z Petersburga dojeżdżać, jak robiłem dotąd, a widzę konieczną potrzebę częstszej i ściślejszej kontroli czynności syłgudyskiej administracji.

Myślę rozstać się z Niezabitowskim, bo dla samych Syłgudyszek z Powieżynciem i Azuprudziem Niezabitowski jest za drogi i w dodatku żaden z niego administrator. Jest on niechluj, brudas, nieporządny i nieorientujący się w wydatkach.

Jeżeli ten mój list i ta moja propozycja odpowiadają zapatrywaniom Twoim, to racz bez zwłoki odpowiedzieć, a wtenczas umówimy się, na kiedy mamy zjechać się w Syłgudyszkach dla uregulowania wszystkiego. - W innym zaś razie zmuszonym będę postąpić tak, jak wypadnie, nie bacząc na nic.

Kończę mój ten list w najlepszych zamiarach, przesyłając stokrotne uściśnienia Was obojga z Andrzejkiem.

Wasz bardzo kochający Ojciec

Jest jeszcze jeden aspekt tego listu.

Gdyby nie Niemcy, opisana sytuacja byłaby punktem wyjścia do dalszej kariery naszej rodziny.

Mój ojciec, wspomniany w liście maleńki Andrzejek, mając lat trzydzieści dwa, umiera w niemieckim obozie koncentracyjnym Majdanek.

Tadeusz Garczyński we wspomnieniach Więzień nr 3873 tak opisuje jego śmierć:

Któregoś dnia chorym pozwolono zabrać po dwa koce i owinąć się nimi. Zdrowsi poszli pieszo, bardziej chorych przewieziono wozem. Należałem do drugiej partii, nie mogłem chodzić. Zajechał wóz zaprzężony w kolegów pod komendą kapo Mistelbergera. Wrzucono mnie. Wydrapałem się spod stosu ciał ku górze, siadając na krawędzi drabiny. Pod moimi nogami ktoś zaśpiewał kabaretową piosenkę francuską... Jałowiecki. Gorączka spadła mu do 37 stopni, ale przytomności nie odzyskał. Okryłem go jako tako kocami. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest okryty, że pada śnieg z deszczem. Ruszyliśmy. Wóz grzęznął w błocie międzypola. Ciągnący nie mieli ochoty włazić w największe kałuże, kierowanie dyszlem szło nieskładnie. Ktoś zleciał z wozu, ktoś go klął i wrzucił z powrotem. Jechaliśmy pół kilometra dobre pół godziny. Jałowiecki śpiewał. Odezwałem się do niego.

- Przepraszam - mówił - nie poznaję pana. - Panie Andrzeju - tłumaczyłem - zaraz położą pana do łóżka, przykryją, odpocznie pan i będzie dobrze. - Ach! Przypominam sobie... Już muszę odejść, ale zobaczymy się na pewno.

To były ostatnie słowa mojego ojca.

Poza wspomnieniami nic nie pozostało z całego, wielowiekowego dorobku rodziny. Mieszkam aż w Australii, bardzo daleko od rodowej ziemi.

Dlatego książkę tę dedykuję niemieckim wypędzonym, przypominając, że także miliony Polaków i Rosjan do dzisiaj są ofiarami niemieckiej ekspansji na wschód.

Michał Jałowiecki

Niegdyś

Nasza rodzina należała do domu Rurykowiczów, a to w Rosji znaczyło bardzo dużo.

Czuliśmy się jednak Polakami, a to w Rosji bardzo przeszkadzało.

Moja babka, Szkotka z urodzenia, była niezwykle przywiązana do szkockich tradycji, a mój dziadek i my wszyscy byliśmy katolikami o silnym poczuciu polskiej kultury i katolickiej filozofii.

To rozwarstwienie, jakie odziedziczyłem, czułem przez całe moje późniejsze życie.

Rodziców widywałem mało, za to babka kształtowała moją dziecięcą osobowość. Babka była z natury małomówna, ale czasem w rzadkich chwilach dobrego humoru umiała się rozkrochmalić, a wtedy opowiadała mi o historii swojego klanu, o zamkach w dalekiej Szkocji i o krwawej bitwie z Anglikami, którą MacDonaldowie przegrali. Mówiła o emigracji szkockich rodzin, kiedy to jej przodkowie zaciągnęli się, za saskich czasów, na służbę w cudzoziemskim autoramencie. Opowiadała mi, jak to dostali oni indygenat polski, gdyż pochodzili od szkockich wodzów, władców wysp zachodnich. W jej słowach pełno było gniewu na Anglików za to, że wypędzili tylu Szkotów, okupując ich kraj. Wyczuwałem u niej tę samą niechęć, jaką w domu rodziców darzono Rosjan.

Babka moja nigdy mi nie wyjaśniła, jakim sposobem Szkoci dostali się do tego najbardziej zapadłego zakątka Litwy, gdzie się urodziłem i wychowałem. Jako student dopiero odkryłem, że rodziny MacDonaldów z przydomkiem MacBury, po polsku Bury, i rodziny Davidsonów figurują w kronikach kościoła parafialnego w Sugintach już pod koniec XVIII wieku, a że umieli się dorobić, świadczyły liczne folwarki, lasy, młyny i gorzelnie należące przeważnie do MacDonaldów, gdyż Davidsonowie na początku XIX wieku opuścili suginckie strony.

MacDonaldowie z klanu Ranalda o wezwaniu "Gainsay who dare", jakie zapamiętałem z dzieciństwa, siedzieli twardo i zażywnie na Liliszkach, Anomyślu i innych folwarkach, skrzętnie dokupując co pokolenie ziemie, lasy, jeziora, aż wreszcie większość parafii suginckiej i duża część kukuciskiej znalazły się w ich gospodarnych rękach.

Ludzie się ich bali, bo byli zadziorni, nosili się z wysoka i krzywd swoich nie zapominali.

Babka moja miała jedynego brata, Józefa, dziedzica dużej fortuny, chudego szlachcica o suchej, jastrzębiej twarzy.

Co parę miesięcy przed ganek naszego dworu w Syłgudyszkach zajeżdżała, zależnie od pory roku, kareta lub powóz zaprzężony w cztery rosłe, świecące brązami, karogniade klacze, ze stangretem w liberii i służącym na koźle.

Wizyty były bardzo uroczyste. Dziad Józef w długim surducie i rękawiczce na lewej ręce zasiadał na kanapie i rozmowa toczyła się przeważnie o sprawach politycznych. Mówiono w trzeciej osobie, a zapytania skierowane pod moim adresem nie wychodziły nigdy poza konwencjonalnie zakreślone granice. Czasami pokazywano mi w trakcie tych wizyt różne stare sztychy i ryciny, na których figurowały dziwacznie ubrane postacie szkockich wojowników.

- Pamiętaj - ostrzegali mnie obydwoje - że jesteś potomkiem tych dzielnych ludzi i nigdy nie bądź mazgajem.

Babka dodawała jeszcze przestrogę: - Nie pchaj się na pierwsze miejsca, ale i nie pozostawaj w tyle. - A dziadek Józef dokańczał, bym w życiu stał sobie twardo gdzieś z boku, ale i nie pozwalał, by ciosano mi kołki na głowie: - Bo to i nie po męsku, i nie po szkocku.

Powstanie 1863 roku zrujnowało naszą rodzinę doszczętnie. Byliśmy na skraju przepaści. Dziad mój za czynny udział w powstaniu miał zostać zesłany na Sybir, lecz uratowały go dramatyczne starania babki, a także wstawiennictwo możnych krewnych, książąt Wołkońskich.

Cały posag babki, i to przy wydatnej pomocy pieniężnej dziadka Józefa, poszedł na ratowanie majątku, na wykupienie jej męża, na wychowanie dzieci. Jednak ocalenie naszej rodziny od upadku zawdzięczaliśmy nie tyle pieniądzom, ile żelaznej woli i rozwadze, z którą babka prowadziła mojego dziada i swoich synów.

Mój ojciec1 za namową babki odkupił później nie tylko dawne ziemie skonfiskowane po powstaniu, ale i znaczną część parafii kukuciskiej i łabonarskiej.

Moją babkę ze strony matki - Elwirę z Szemiothów Witkiewiczową, marszałkową szawelską - sąd polowy w Szawlach skazał po powstaniu na karę śmierci. Dopiero przez wstawiennictwo jej ciotecznego brata, szambelana dworu, hrabiego Adolfa Czapskiego z Berżan, karę śmierci zmieniono na zesłanie na Sybir, a dobra mego dziadka Ignacego Witkiewicza, Poszawsze, leżące w powiecie szawelskim, skonfiskowano. Dziadkowie ci spędzili wygnanie w Tomsku na Syberii, zanim w pięć lat po powstaniu zostali ułaskawieni.

Towarzyszyły im na wygnaniu starsze dzieci: Stanisław, późniejszy znakomity malarz i krytyk, oraz córki Maria i Eugenia. Matką moją zajęła się zaś siostra dziadka, generałowa Suchorzewska z Urdomina na Suwalszczyźnie oraz wuj Franciszek Szemioth, emigrant powstania 1831 roku, który mieszkał stale w Paryżu. Matkę ulokowano w szkole angielskiej Aux Dames Anglaises pod Paryżem, skąd wróciła do kraju w latach siedemdziesiątych, nie zobaczywszy już nigdy swojego ojca.

Dziad Witkiewicz zmarł w drodze powrotnej na rzece Ob, a babcia moja po powrocie zamieszkała na Suwalszczyźnie, skąd często odwiedzała nas w Syłgudyszkach. Od niej to dowiedziałem się wiele o powstaniu i o powstańcach, i o egzekucjach, których była świadkiem.

Na jej oczach, na placu miejskim w Kownie, wykonano wyrok śmierci na księdzu Antonim Mackiewiczu. Jej starszy syn, postrzelony w głowę i skazany na śmierć, zdołał zbiec do Francji. Jako oficer brał potem czynny udział w wojnie francusko-pruskiej i przetrwał oblężenie Paryża.

Myślę, że jej opowiadania zaciążyły na moim późniejszym stosunku do Rosjan, gdyż w domu moich rodziców unikano poruszania tego tematu, który mógł doprowadzić do ostrej różnicy zdań.

Zauważyłem, że wszyscy byli powstańcy niechętnie mówili o powstaniu i unikali opowiadań o swoich przeżyciach. Nie krytykowano powstania ani powstańców, mówiono o nich z szacunkiem, ale mimo to uważano rok 1863 za wielkie nieszczęście narodowe.

Rosjanie natomiast drażnili mnie później swoją kompletną obojętnością na nieszczęścia, których byli przyczyną. Na przykład w pamiętnikach Lwa Tołstoja, tego wielkiego sumienia Rosji, nie znalazłem ani jednej wzmianki o cierpieniach Polaków. A przecież po powstaniu tysiące Polaków wleczonych było etapami przez Rosję na Sybir i tak wielki pisarz nie mógł tego nie zauważyć.

Syłgudyszki nasze leżały w dawniejszym powiecie święciańskim, na pochyłości będącej jakby pograniczem dwóch światów.

Za oknami dworu syłgudyskiego ciągnęły się ku południowi, w dal, jak morze przesłonięte niebieskawą mgłą, ciemne bory puszczy Łabonarskiej. Ten las sosnowy rozciągał się bez przerwy na przestrzeni niemal stu wiorst, od Wilna aż po brzegi jeziora Jesiata [Ejsiata]2 należącego do Syłgudyszek.

Na zachód i północ od Jesiaty krajobraz się zmieniał. Pokryte puszczą płaszczyzny przechodziły w malowniczy, pagórkowaty, porosły gajami i dębiną oraz bogaty w jeziora kraj górnej Litwy.

Parafia nasza, ciągnąca się na południe, obejmowała znaczną część leśnego kraju. Wieś Łabonary leżała w środku puszczy na polanie otoczonej z czterech stron borem. Kościółek górujący nad okolicą, położony na wzgórzu, sypanym ongiś w czasach przedhistorycznych ręką ludzką, powstał dopiero w drugiej połowie XVII wieku jako fundacja biskupów wileńskich, dawniejszych właścicieli i gospodarzy tego kraju.

Łabonarszczyzna wraz z przyległymi parafiami była ostatnim zakątkiem na Litwie, dokąd przeniknęła wiara chrześcijańska.

Otoczony długim łańcuchem jezior, nieprzebytymi obszarami błot i lasów, kraj ten przez długie wieki pozostał jakby nietknięty ręką cywilizacji, jakby zastygły w swym pierwobycie, strzegąc zazdrośnie dawnych swych bogów, zwyczajów i przesądów.

Przez długie lata chrześcijaństwo szło tu w parze z zachowaniem dawnych obrządków pogańskich, a święta katolickie w sposób przedziwny stopiły się pojęciowo z dawnymi uroczystościami poświęconymi bogom i boginiom litewskim, tak że nawet święta katolickie nazywano w dawnym narzeczu pogańskiej Litwy.

Święta, związane przeważnie z imieniem Matki Boskiej, obchodzono bardzo solennie, ale i z pewną podświadomą domieszką pogańskich obyczajów.

Najbardziej uroczystym świętem w naszej parafii było Narodzenie Matki Boskiej, obchodzone w dniu 8 września, a zwane z litewska "Łabonarynie".

Święto to było połączone z jarmarkiem oraz odpustem i był to bodaj jedyny dzień w roku, w którym zjeżdżano się do tego leśnego odludzia z dalekich okolic.

Właściwie nikt z ludności miejscowej, oprócz proboszcza i zakrystiana, nie potrafił wytłumaczyć, co to było za święto. Człowiek miejscowy, spytany przez przybysza o przyczynę uroczystości, zamiast odpowiedzi udzielał tylko pogardliwego wzruszenia ramionami i dziwił się, że są na świecie ludzie, którzy nie wiedzą, co to jest "Łabonarynie".

Święto było związane z różnymi obrządkami. Palono w puszczy wielkie ognie, śpiewano dawniejsze zapomniane pieśni, a starzy ludzie grali na tak zwanej dudzie łabonarskiej, czyli kobzie, gdyż sztuka grania na dudzie zachowała się jedynie w tej zapomnianej parafii.

Przy ogniskach tańczono dawniejsze tańce litewskie, jak "suktinis" czy "ratas", a starzy opowiadali różne legendy z pogańskich czasów. Na próżno proboszczowie łabonarscy starali się wykorzenić niektóre pogańskie zwyczaje, ale nie mogli aż do lat ostatnich przełamać zabobonów i tradycji.

Nie mniej uroczyście obchodzono Zielone Świątki zwane na Litwie "Sekminias", a także dzień św. Jana. Święto Zwiastowania zaś wypadało w dniu pogańskiego święta Bogini Wiosny, "Laumie Josta".

Dziwny to był kraj ta Łabonarszczyzna, kraj na poły pogrążony w legendzie, na poły w jawie, kraj cichy, leśny, w którym człowiek tracił świadomość czasu i rzeczywistości. Kraj zamknięty w sobie, a tak mało dostępny.

A jednak kiedyś, w pomroce dziejów, musiało tu być ludno. Jakieś nieznane plemiona i nieznane moce ścierały się tu między sobą w gorących a krwawych walkach. Świadczą o tym liczne kurhany i mogiły ciągnące się kilometrami w Puszczy Łabonarskiej. Nikt nie wie, z jakiego czasu, z jakiego pobojowiska powstały owe okrągłe, otoczone wieńcem kamieni, kopczyska. Nikt się tym nie interesował.

Czasem chłop puszczański, drapiąc sochą pogorzelisko, wyorywał jakieś brązowe dziwolągi, ale co prędzej rzucał je z powrotem i zagrzebywał w żwirze, aby czasem zło nie urzekło.

Gdzieś, kilkadziesiąt kilometrów dalej, pędziły z hałasem pociągi, kotłowało się w mrowisku ludzkim, ale tu panowała majestatyczna cisza, przerywana jedynie szumem boru, dalekim krakaniem kruka przelatującego ponad lasem lub kwileniem jastrzębi.

Po stronie północno-zachodniej pojezierza łabonarskiego kraj stawał się ludniejszy, rozsiadły się tam liczne, ukryte w zieleni sadów zamożne wsie. Raz w raz strzelała w górę wieżyca kościoła lub nad jeziorem bielały mury jezuickiej fary. Ale i tutaj ciągnęły się nieprzerwanym łańcuchem od brzegów dolnego Niemna wzgórza sypane ręką ludzką: dawniejsze strażnice, po litewsku zwane "pilakalnis".

Służyć one miały do dawania znaków, do sygnalizowania ruchów krzyżackich, tak że gdy gdzieś pod Rosieniami, na głębokiej Żmudzi, zapalono na wzgórzu pierwszy ogień, to Litwa cała zaczynała płonąć tysiącem ogni aż po obronne mury Nowogródka. Chowano się w takich chwilach z dobytkiem po niedostępnych uroczyskach leśnych lub wyspach otoczonych obszarem błot i trzęsawisk.

W okolicach Syłgudyszek znajdowało się kilka takich "pilakalnisów" mających formę wału otoczonego fosą. Na szczycie tych kopczysk znajdywano zwykle sporo popiołu, węgla, opalonych ogniem głazów, a czasem zardzewiałe toporki i krótkie miecze.

W odległości ośmiu wiorst na północ od Syłgudyszek, na wzgórzu pomiędzy dwoma jeziorami o jakiejś dziwnie zielonawej a przezroczystej toni, leżała kościelna wieś Tawroginy [Tauroginie].

Setki podań krążyły po okolicach o tych Tawroginach. Podobno bardzo dawno temu miało tam być wielkie miasto, które pochłonęły jeziora. Ludność tej wsi twierdziła, że w księżycowe noce słychać głos dzwonów dochodzących z głębin wodnych.

O kilka wiorst na zachód od wsi wznosi się góra, będąca najwyższym miejscem na Litwie. Na szczycie widać zwaliska jakichś budowli i gruzy głazów i cegły. Góra ta nosi nazwę Tawropilis.

Znajdowano tutaj liczne ozdoby brązowe o wyraźnych cechach fenickich, co świadczyło, że w dawnych czasach Tawroginy leżały na wielkim szlaku handlowym pomiędzy Morzem Bałtyckim i Śródziemnym.

Nie ma chyba kraju europejskiego z wyjątkiem szkockiego Highlandu, gdzie tyle znajdowało się miejscowości, z którymi związane były legendy i opowiadania o strachach i duchach.

W naszej parafii pełno było miejsc, których unikano nocą jak zarazy. Straszyło i u nas w Syłgudyszkach, i na pobliskich mogiłkach, i na gościńcu koło pagórka, i na rzece Kiemeszce, i na brzegach jezior Jesiata oraz Laumesta [Łaumiesta].

Najbardziej bałem się jednak psów leśnych i dworu w Antołomieściu.

O psach leśnych dowiedziałem się od Wincentego Kopalińskiego, rybaka i dzierżawcy naszego promu na jeziorze Jesiata, kiedy z dziadkiem łowiliśmy tam ryby.

Toń jeziora była tego dnia gładka i nieruchoma i jak lustro odbijała lesiste brzegi.

Cisza zaległa nad wodami i puszczą, tylko gdzieś daleko nad borem odzywało się kwilenie jastrzębia.

Ryba przestała brać. Ani żarłoczny okoń, ani srebrnołuska płotka nie tknęły przynęty. Spławiki leżały leniwie na powierzchni wody. Zbierało się na burzę. Z zachodu, od strony Styrni i Łabonar, niebo zaciągało się ogromną czarną chmurą. Potem zerwał się wiatr, sfałdował powierzchnię jeziora, nadbiegły wielkie, pokryte pianą fale.

- Panoczku - rzekł Wincenty do mojego dziadka - nie dopłyniemy już do Syłgudyszek, trzeba zajechać do mojej chaty i przeczekać burzę... Czy wielmożny pan słyszy?

Dziadek nadstawił ucho. - To puszcza szumi - rzekł jakby nieobecny.

- Nie, panoczku, to nie tylko sama puszcza - w głosie Wincentego wyczuwało się trwogę. - Puszcza tak nie szumi. To psi leśne wyją, idąc na żer. - A po chwili dodał: - Nie daj Boże w ta pora do nich trafić.

- Niech Wincenty o psach leśnych teraz nie opowiada - zniecierpliwił się dziadek. - Trzeba zdążyć przed deszczem.

Wincenty poczuł się tą krótką uwagą urażony i gdy znaleźliśmy się w chacie, ostro naparł na dziadka, że dziadek mu nie dowierza:

- Wielmożny pan sam nieraz mnie deklarował, co nasza parafia łabonarska była ostatnia nawróciwszy się na wiarę Chrystusową. W tamta pora, kiedy już wszędzie na naszej Litwie naród zaczął żyć pod błogosławieństwem Bożym, to w naszej parafii łabonarskiej jeszcze pogańskie paskudztwo i zabobon był panowawszy. Z tą to przyczyną wszystkie, za przeproszeniem, złe duchy, czy jakie inne myszkulancje byli uciekłszy z tamtych stron i zagnieździwszy się w naszej puszczy, a w tej ich moti tak byli i psi leśne.

- Panoczku, już lepiej niech on nie gada o psiach leśnych - żegnając się pobożnie, przerwała Wincentowa. - Jeszcze nie daj Boże urzeknie i napędzi zło, a do tego nastraszy panicza.

Wincenty machnął tylko ręką na jej uwagę i twardo patrząc, przekonywał dziadka.

- Puszcze tu były dawniej haniebne, dróg nijakich, czasem bywało rok minie, zanim się kto od strony Uciany przez prom przeprawi, to i psi leśne tutaj się zagnieździły.

- A jak wielmożny pan był młodszy - dowodził dalej - pamiętam, jak na parę lat przed powstaniem byli my z panem zabłądziwszy i doszli aż do tego jeziorka, co to naród nazywa "Wielniu Upie", diabelska rzeka, na samym środku rojstu, to w tamtym miejscu całe ich lęgowiska, tych psów leśnych... Jak kiedy powietrze dobre, tak ich nie ma, tych psów leśnych, można spokojnie jechać czy iść przez środek puszczy, ale nie daj Boże, kiedy podwórz zhardzieje i przyjdzie burza jak dziś albo zawierucha zimą koło Gromnicznej, to czy człowiek, czy jaka inna żywioła pod nich trafi, tak tylko zawyją i w drobne podrą... Za mojej pamięci niejeden człowiek zginąwszy od tego paszkudztwa i niejeden koń przepadł - zamyślił się.

- Tak, znaczy się, wielmożny panie, człowiek niby to w mojej bytności całe życie siedząc nad jeziorem, i to takim jak Jesiaty w środku puszczy, na różne rzeczy napatrzył się i na różne rzeczy nasłyszał się - dodał po chwili.

- A może to zwykłe wilki tak czynią? - spytał dziadek.

- Nu, co to, to nie, panoczku - szybko zaoponował Wincenty. - Wilk, tak on nie trzyma swoja meta, a do tego choć on krwisty żywioł, ale on zakon Boży szanuje. Kiedy konia podrze, tak po sobie ścieg i krew pozostawi, bo takie ma przykazanie, a psi leśne, żeby ich na rojsty, to żadnego ściegu nie pozostawią po sobie, tylko latem ziemię, a zimą śnieg nastrzępiwszy się wkoło, a innego znaku nie ma.

- Ale dobrze - spytał ponownie dziadek - czy ktoś widział psy leśne?

- Ajej, panoczku, ze starszych tak wiele widziało: i stary Mintowt z Mintowcuszek, i Ulczycki z Pojejsiacia, i sam Rewkowski, co u pana teraz w majątku Powieżyniec [Powiażyńcie] swoich lat dożywa... Ludzie, co widzieli, gadają, że oni żyją na gałęziach, na jedlinach, przyczaiwszy się pod kolor, bo sierść mają zieloną, długą, a mordy tak trochę do człowieka podobne.

- A Wincentemu zdarzyło się kiedyś widzieć?

- Słyszeć, panoczku, tak, słyszałem, a widzieć, chwała Bogu, tak nie przyszło się. Raz tylko pamiętam, w powstannym roku widziałem, jak cości było przeciągnąwszy nad puszczą, a ludzie gadali, co psi leśne padlinę wietrzą.

Dwór antołomieski stał na wzgórzu, na wzniosłym brzegu jeziora Laumesta, pokrytym zarośniętym, zapuszczonym parkiem, opuszczającym się do samej wody. Dwór był stary, wrośnięty w ziemię, oparty wstydliwie o ciemną ścianę jodeł. Ongiś musiało być tam ludno i zamożnie: świadczyły o tym rozwalone ściany jakichś murowanych budowli i ruiny gorzelni. Sąsiadowali z nami o miedzę, ale w Syłgudyszkach niechętnie mówiono o dziedzicach Antołomieścia. Nie wiadomo było, skąd przybyli, jak długo tam siedzieli, co robili?

W czasach mojego wczesnego dzieciństwa mieszkał tam samotnie ostatni z antołomieskich dziedziców. Nosił czapkę wojskową z czerwonym otokiem i od czasu do czasu odwiedzał naszego krewnego, starego rezydenta zwanego stryjaszkiem Feliksem. Nie dowiedziałem się nigdy o celu jego wizyt ani tematu ich rozmów. Moje zapytania stryjaszek zwykł był zbywać niechętnym machnięciem ręki. Potem wizyty ustały, ostatni z dziedziców zmarł, dwór opustoszał, jeszcze głębiej wrósł w ziemię, a szpaler jodłowy pogrążył domostwo w wieczny cień, przez który nie przenikał żaden promień słońca.

Dzierżawca mieszkał w sąsiedniej oficynie, nie troszcząc się wcale o to, co działo się we dworze, więc parę razy zakradałem się pod dwór w Antołomieściu. Mimo że był oddalony tylko o parę wiorst od naszych Syłgudyszek, zmuszałem się do tych wypadów, traktując je jako próbę odwagi, ale nigdy nie zdobyłbym się podejść tam o zmroku. Było bowiem coś dziwnie nieprzyjemnego w całej atmosferze tego pustkowia; jakiś dziwny smutek, jakiś przyczajony lęk wiał z każdego zakątka tej siedziby.

Wśród włościan dwór również nie cieszył się dobrą sławą. Nikt z okolicznych chłopów nie lubił przejeżdżać nocą w pobliżu dworu ani traktem po drugiej stronie jeziora mijać cmentarz, na którym spoczywały prochy rodziny dziedziców na Antołomieściu. Konie, przejeżdżając w nocy koło tego cmentarza, parskały lub rzucały się raptownie w bok, tak że trudno było utrzymać je w lejcach.

Mówiono, że na nowiu widziano często starego dziedzica, jak siedząc okrakiem na beczce, przeprawiał się z dworu przez jezioro na mogiłki antołomieskie.

Zła opinia o dworze ciążyła nad całą okolicą i jeziorem Laumesta. Częste tam były wypadki utonięcia, a ryby nie chciały brać przynęty, co świadczyło, że i samo jezioro było zaczarowane lub ubogie.

Ze spadkobierców nikt nie zaglądał do Antołomieścia i ze zdumieniem dowiedzieliśmy się któregoś lata, że dwór jest do wynajęcia jako letnisko.

Z wiadomości skorzystali nasi krewni, którzy planowali kilkumiesięczny remont swojego domu w Moskwie. Przed ich przyjazdem matka moja wysłała zawczasu majstrów i robotników, by uporządkować komnaty, odnowić piece i usunąć jakiś dziwny zapach z zaniedbanego domostwa.

Moja matka nie dawała wiary różnym opowiadaniom o dworze antołomieskim, ale wkrótce musiała się przekonać o słuszności krążących po okolicy plotek.

Krewni nasi nie zaznali ani jednej spokojnej nocy. Meble przesuwały się bez szelestu z miejsca na miejsce, ktoś przewracał stronice książek, słychać było jęki lub kroki.

Gdy pewnej nocy zegarek mojego kuzyna zleciał ze stolika nocnego i upadł z trzaskiem w dalekim kącie pokoju, a szkło się nie roztłukło i mechanizm nie uszkodził, krewni mieli dosyć Antołomieścia. Spakowali swoje rzeczy i przenieśli się na parę tygodni do nas.

Potem Antołomieście wystawione było na sprzedaż i ojciec chciał nabyć ten folwark dla zaokrąglenia granic. Było już blisko zawarcia aktu kupna, gdy pewnego wieczoru przyszedł do dworu w Syłgudyszkach sędziwy Jan Trykuń, gospodarz z sąsiedniej wsi, dawny zaufany sługa mego dziada.

Nie zastawszy rodziców, powiedział do mnie:

- Paniczu, słyszałem, że starszy pan chce kupić Antołomieście. Jestem waszym starym, oddanym sługą, więc powiem jedno: niech was ręka boska strzeże od tego kupna. Tam wielkie nieszczęście leży w tym dworze, tajemnicy teraz wyjawiać nie mogę, ale gdy przyjdzie czas, opowiem wszystko starszemu panu.

Po paru dniach stary Jan posłał po mojego ojca, nie mogąc sam, ze względu na osłabienie, przyjść do dworu. Co tam mówili, nie wiem, ale ojciec mój przez kilka następnych dni chodził dziwnie zadumany i smutny.

Pan Bóg bronił mnie od złych duchów. Dlatego lubiłem jeździć do kościoła i niedzielne nabożeństwa nie były dla mnie nudne. Były to spotkania z Kimś niewiarygodnie silnym.

Msze odprawiane były po łacinie, tylko kazania wygłaszano to po litewsku, to po polsku, mogłem więc oddawać się własnym rozmyślaniom o Bogu, który broni i również karze. Kształtowało to we mnie nie tylko poczucie sprawiedliwości, ale i poczucie bezpieczeństwa.

Nasz parafialny kościółek w Kukuciszkach był drewniany i z trudem mógł pomieścić zaledwie nieznaczną część wiernych. Reszta modliła się pod gołym niebem w ogrodzeniu kościelnym, w cieniu starych lip.

Z trudem przedostawaliśmy się przez zatłoczoną zakrystię do naszej ławki z prawej strony ołtarza. Wśród tłumu wiernych starałem się dostrzec moją chrzestną i pana Horodyskiego z Horodyczewa, bardzo starego mężczyznę, który za młodu był oficerem napoleońskim.

Działało to bardzo na moją wyobraźnię, zapominałem o wszystkim i wytężałem wzrok, aby go dojrzeć. Klęczał zawsze pobożnie w tłumie i tylko od czasu do czasu wśród pochylonych głów zajaśniała na chwilę jego czupryna. Gdy kończyło się nabożeństwo i ludzie tłumnie wychodzili z kościoła, ciągnąłem moją babkę lub matkę, by mógł przejść koło nas, oddając nam ukłon wojskowy.

Którejś jesieni pojechałem z dziadkami do Kukuciszek na pogrzeb pana Horodyskiego.

Był to cichy, słoneczny dzień. Po polach snuły się już pajęczyny, a drzewa stały nieruchomo w swej jesiennej krasie, z purpurą klonów i dębów, i z pozłotą brzóz.

Narodu nagromadziła się wielka moc. Przyszli ludzie z sąsiednich parafii: z leśnych Łabonar, górzystych Tawrogin i z dalekich Łyngmian, a nawet aż spod Uciany i Owanty.

Zjechali się też sąsiedzi i krewniacy zmarłego: przyjechali sędziwi bracia Bronisze i pan Kurmin ze Skuduciszek, i pan Butler z Sugint, i pan Stefan Jałowiecki z Jassan, i pan Romuald Malecki z Sidoryszek.

Ksiądz skończył obrzędy, posypały się grudki ziemi na trumnę, zaczęto zasypywać dół.

Jeden ze starszych panów przemówił w serdecznych słowach, wspominając życie i zasługi zmarłego, a białowąsy Wincenty Trykuń, gospodarz ze wsi Trykuny, powstaniec 63 roku, po litewsku opowiedział, jak to pan rotmistrz Horodyski ludziom pomagał i ratował ich w czasie powstania.

Nad mogiłą umocowano wysoki krzyż z Męką Pańską, a poniżej zawieszono mały krzyżyk na czerwono-granatowej wstążeczce. Dziadek ze wzruszeniem pokazał mi ten krzyżyk, zaznaczając, że nazywa się Virtuti Militari i nadawany był w państwie polskim.

- W państwie polskim? - zapytałem ze zdziwieniem.

Co niedzielę po nabożeństwie śpieszyłem się też, by zobaczyć się z moją chrzestną. Czekała na mnie przy swojej dobrze okutej i pięknie wymalowanej nietyczance, zaprzęgniętej w parę okrągłych jak ogórki mierzynków.

W rodzinie mojej przestrzegano tradycji, aby jednym z rodziców chrzestnych był wieśniak z sąsiednich wsi. Chłopca trzymała do chrztu gospodyni, a dziewczynkę gospodarz. Moją chrzestną była wdowa Weronika Pełedas, zamożna gospodyni ze wsi Pełedy.

Zjawiała się w kościele przybrana w całej krasie litewskich samodziałów, z jedwabną chustą na głowie i ciężkim sznurem korali. Miała włosy jasne jak len, niebieskie oczy i piękną twarz. Mateusz, nasz stary stangret, zazwyczaj patrzący z wysokości swego kozła z dużą pobłażliwością na zgromadzonych przed kościołem parafian, względem mojej chrzestnej zachowywał wielki szacunek i zwykł był mówić:

- Chrzestna panicza to akuratna i sławna gospodyni na całą parafię kukuciską, a kiedy przystroi się na odpust do kościoła, to paniczu... wprost alleluja.

Lubiłem bardzo moją chrzestną, gdyż była pogodna, miła i nieraz służyła mojej matce radą w różnych drobnych kłopotach gospodarstwa domowego.

Uciekałem również do chrzestnej, kiedy chciano mnie ukarać. Mieszkała w obszernej, ładnie ozdobionej, krytej słomą chacie z ganeczkiem porośniętym dzikim winem. Izby były czyste, zawsze dobrze wymiecione i posypane tatarakiem. Pachniało wypieczonym chlebem, ziołami i miodem.

Chrzestna nazywała mnie zawsze z litewska po imieniu w trzeciej osobie. Słuchała moich skarg uważnie, ale nigdy nie brała mojej strony i często dawała mi takie pouczenie, które bardziej kształtowało moją katolicką postawę, niż zrobiłby to jakikolwiek katecheta.

- Czy to Pan Bóg dał człowiekowi wolę, aby go każdy za nos wodził? - pytała, gdy zrobiłem coś złego. - Szczupak w naszej Żejmianie, tak on płynie swobodny w jedną i drugą stronę, a, za przeproszeniem, słoma czy kawał drzewa płynie tam, gdzie prąd poniesie.

Gdzieś daleko za jeziorem zerwała się piosenka, odbiła echem o powierzchnię wód i zamilkła w powietrzu ostatnia zwrotka:

Sejou rutu, sejou metu

Sejou ir leleju...

Miało się ku wieczorowi. Uzbierałem po brzegi dwa kosze grzybów, nie jakichś tam opieńków, jedliniaków czy maślaków, ale pełne kosze prawdziwych borowików i aromatycznych, sosnowych rydzów. Włosy i ubranie pokryła pajęczyna z igliwiem, a twarz i ręce umorusane były grzybami. Wdychałem pełną piersią powietrze wieczorne pachnące sośniną, uwiędłymi liśćmi i mchem.

Zakończyłem grzybobranie. W oczach migotały mi wciąż rydze ukryte w igliwiu, aż w głowie się kręciło. Wyszedłem wreszcie z zagai sosnowych uroczyska Paramawitieź na wysoki brzeg Jesiaty. W dole lśniła zielonawa toń jeziora, na której słońce, zachodząc, kładło ostatnie blaski. Stanąłem oczarowany pięknością widoku i kolorytem wczesnej, litewskiej jesieni.

Następnego dnia miałem jechać do szkół w Petersburgu.

W Petersburgu mieszkali na stałe moi rodzice, więc nie obawiałem się tego wyjazdu. Było mi jednak niesamowicie smutno.

Skoro świt, następnego dnia, uczepiony ręki zacnego pana Erazma Downarowicza, rządcy Syłgudyszek, olbrzyma o łagodnych, niebieskich oczach i złotym sercu, wyjeżdżałem z folwarku Powieżyniec, gdzie akurat zaczynano kopać ziemniaki.

Poranek był jasny i cichy. Szron trzymał się jeszcze na murawie. Liście bez szelestu opadały na ziemię. Mgła stała nisko w dolinach. Nad ziemią snuły się już dymy z ognisk, na których robotnicy rolni piekli kartofle. Pachniało zwiędłą łęciną i dymkiem.

Poczułem ogromną miłość do tej ziemi i niechęć do wyjazdu do miasta.

Z kieszeniami napchanymi pamiątkami z Syłgudyszek, a więc z flaszeczką napełnioną wodą z Jesiaty, pękiem włosia wyciętego z ogona mojego kuca Dukata, kozikiem i jakimiś sznurkami, usadowiłem się na koźle obok starego Mateusza i ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy gościńcem leśnym na Podłaboszkę, Wasiliszki, Kołtyniany, aż wreszcie wynurzyliśmy się z lasów na szeroki trakt przecinający kolej pod stacją Nowoświęciany [Nowe Święciany].

Z głową przepełnioną wspomnieniami z domu, usiadłem na swoim miejscu w wagonie i zasnąłem snem twardym, zmęczony tęsknotą, podróżą i monotonnym stukaniem pociągu. Przez sen słyszałem początkowo jeszcze gwizd lokomotywy lub przeciągły dzwonek na jakiejś małej odludnej stacyjce, a potem wydało mi się, że słyszę głosy psów: chrapliwy bas Fagociuty i dyszkant naszej Lutni ze sfory gończej z Syłgudyszek. Głosy się oddalały. Psy pognały gdzieś daleko w lasy wizuńskie, a mnie śniło się dalej, że stałem na przesmyku w Morgowaniu, na brzegu głębokiego jaru przecinającego bory łabonarskie. Spadł śnieg, powietrze było miękkie, pachniało odwilżą, psy trzymały dobrze trop. Krótki szary dzień zimowy miał się ku końcowi. W lesie panowała głucha cisza, przerywana skrzeczeniem sójki przelatującej na gałęzie sąsiedniego dębu lub krakaniem wron ciągnących ponad borem na nocleg.

Nagle usłyszałem w gęstwinie jakiś szelest, zamajaczyło coś czerwonego. Na polanę wysunął się cicho lis i z kitą wyciągniętą w jedną linię sunął w stronę jaru, o jakieś czterdzieści kroków ode mnie. Krew uderzyła mi do głowy. Całą siłą woli opanowałem nerwy, wziąłem lisa na muszkę, zakładając jak się należy, i pociągnąłem za spust. Lis zrobił jeszcze parę kroków, zatoczył się i padł bez ruchu. Oniemiałem z radości. Oprzytomniałem dopiero, gdym usłyszał tuż przy sobie ujadanie sfory gończych, które w każdej chwili gotowe były rozszarpać mi zdobycz. W ostatniej chwili zdołałem uchwycić lisa za tylne łapy i unieść w górę.

Psy skakały koło mnie coraz natarczywiej, ale z gęstwiny wynurzył się pan Boluta Brzeziński z Trombaciszek, właściciel Fagociuty i większości tej psiej kompanii. Odegnał psy, zagrał na trąbce pogrzebowego, obejrzał dokładnie zdobycz i po namyśle umaczał palec w posoce lisiej i wysmarował moją twarz.

Potem zajechaliśmy do naszego dworu. Byłem głodny i z rozkoszą zasiadłem do dobrej porcji smażonej po litewsku świeżej kiełbasy pachnącej majerankiem i cebulą oraz bigosu, do którego dziadek dolał osobiście kilka kieliszków wina.

Ogarnęło mnie miłe uczucie. Jakżeż błogo po dniu spędzonym w lesie było rozciągnąć się w miękkiej, czystej, pachnącej ziołami pościeli i zasnąć, aby nad ranem usłyszeć, jak służba zapala w piecu, jak trzaskają w ogniu smolne łuczywa.

Już dnieje, ale pokój tonie jeszcze w mroku. Ogień z pieca rzuca czerwone światło i gra blaskami po ścianach. Drzwi się otwierają i wchodzi Tomasz, niosąc tackę z pachnącą kawą i garnuszkiem gęstej śmietanki, półmiskiem pełnym różnych wędlin i serów oraz rumianymi bułeczkami.

Ranek obudził mnie w Gatczynie, ostatniej stacji przed Petersburgiem. Z trudem wyrwałem się z tego snu, ale nie było już czasu na rozpamiętywanie, pociąg wtoczył się na niską równinę. Osiedla zaczęły się zagęszczać, wreszcie z mglistej dali wysunęły się kontury Petersburga.

Dom nasz w Petersburgu stał na wyniosłym brzegu Newy, na trakcie łączącym Petersburg z Twierdzą Szlisselburską i jeziorem Ładoga.

Po drugiej stronie szerokiej, majestatycznej rzeki czerwieniały mury osady fabrycznej, a dalej jak okiem sięgnąć ciągnęły się tundry i lasy aż hen, ku wybrzeżom Morza Białego.

Za naszym domem i parkiem widać było zabudowania Aleksandrowskich Zakładów Budowy Parowozów i Wagonów, największych w owym czasie w całym państwie rosyjskim. Mój ojciec był dyrektorem naczelnym tych fabryk.

Przedtem rodzice moi mieszkali nad Mojką i tamtego domu sięgają moje najstarsze wspomnienia z dzieciństwa, to jest śmierć cara Aleksandra II3.

Stoi mi w oczach wysoka postać mojego ojca, wówczas pułkownika inżynierów wojennych, w szerokim płaszczu mikołajewskim, z hełmem ozdobionym białym pióropuszem na głowie. Spod płaszcza wyglądały palone buty z ostrogami i ciężki pałasz w metalowej pochwie.

Przed domem stały sanie pokryte niedźwiedzią skórą, a stangret, którego imienia już nie pamiętam, na wyciągniętych z ruska rękach, z trudem przytrzymywał parę czarnych, orłowskich kłusaków przebierających niecierpliwie nogami.

Mój ojciec, mimo udziału w powstaniu 63 roku, zachował pewien sentyment dla osoby Aleksandra II, sentyment, który, jak zauważyłem, podzielali ci, którzy zetknęli się z carem przed powstaniem, a przede wszystkim byli wychowańcy Mikołajewskiej Szkoły Inżynierów Wojennych i Akademii Inżynierów Wojennych. Większość podchorążych tych szkół to byli Polacy, przeważnie z Litwy lub Białorusi.

W okresie poprzedzającym powstanie na korytarzach tych uczelni słychać było więcej mowy polskiej niż rosyjskiej. Aleksander II sam mówił dość płynnie po polsku, zwykł był zwracać się do polskich podchorążych w ich języku. Mając słabość do młodzieży polskiej, otaczał dużą opieką oba zakłady i był ich częstym gościem.

W czasie manewrów, w roku poprzedzającym powstanie, gdy Szkoła Inżynierów Wojennych bardzo umiejętnie i szybko przerzuciła pontony przez rzekę Newę pod Petersburgiem, Aleksander II, stojąc na wysokim brzegu, zachęcał pracujących w dole podchorążych okrzykami po polsku: "Dobrze, chłopcy".

Powstanie znacznie przerzedziło szeregi podchorążych. Wielu zginęło, wielu emigrowało za granicę. Ojciec mój, ciężko chory, dostał się w pierwszych dniach wybuchu powstania do niewoli i jedynie dzięki wstawiennictwu naszych rosyjskich krewnych, książąt Trubeckich i Wołkońskich, został ułaskawiony i jako prymus otrzymał pozwolenie ukończenia studiów.

Aleksander II do końca życia zachował żal do Polaków za powstanie, a szczególnie do wychowańców szkół inżynierów wojennych. Podkreślał często, że Polacy własną ręką przekreślili wszelkie możliwości poprawy swego statusu politycznego, i to w przededniu daleko idących reform.

Opowiadał mi ojciec, że Aleksander II nie mógł przeboleć skazania na śmierć inżynierów wojennych: kapitana Sierakowskiego, poruczników Maleckiego i Staniewicza.

Szkoła i Akademia Inżynierów Wojennych mieściły się w dawnym pałacu cara Pawła I, położonym samotnie wśród rozległego parku nad brzegiem rzeki Fontanki. Był to olbrzymi budynek z szarego granitu otaczający z czterech stron dziedziniec zamkowy.

Historia tego gmachu, związana z tragiczną śmiercią cara Pawła I, zamordowanego tam przez grupę spiskowców, wśród których znajdował się późniejszy car Aleksander I, interesowała mnie bardzo, gdyż podobno duch Pawła I miał się często ukazywać nocą w korytarzach zamkowych. Z tej zapewne racji weszło w tradycje szkoły pełnienie nocnej warty po dwóch.

Ojciec, pod wpływem moich ciągłych pytań o Akademię, zabrał mnie kiedyś do tej szkoły.

W wielkiej sali, tak zwanej aktowej, na marmurowej tablicy z wypisanymi nazwiskami prymusów szkoły, z dumą i podnieceniem przeczytałem pod rokiem 1865 nazwisko mojego ojca.

Wśród inżynierów pracujących w Zakładach Aleksandrowskich było wielu Szkotów i Polaków.

Szkoci w owych czasach tworzyli w tej części Petersburga potężną a zamożną kolonię przemysłową. Posiadali ogromne przędzalnie, jak Newska Manufaktura, czy sławną w całej Rosji fabrykę sukien Tortona oraz papiernie i wielkie browary.

Wysoki płot oddzielał naszą posesję od sąsiadującej z nami parafii szkockiej. Szkoci, jak wszyscy Anglosasi, żyli własnym, zamkniętym życiem, izolując się od otoczenia i patrząc z wysoka na Rosjan, z którymi mało utrzymywali kontaktów, szczególnie w życiu prywatnym.

Na osiedlu Aleksandrowskim Szkoci zorganizowali własny klub, posiadali swoje place tenisowe, żaglówki na rzece, swoje sklepy kolonialne, swoje piekarnie, no i rzecz oczywista własną parafię ze szkockim kościołem i angielską szkołą.

Pastorem szkockim, a zarazem kierownikiem szkoły był wielebny David L. Key. Do pomocy miał miłą, przystojną brunetkę z Edynburga, miss Mary Logan.

Za namową babki i dzięki jej szkockiemu pochodzeniu, rodzice oddali mnie do tej szkoły, gdzie miałem odebrać podstawowe wykształcenie i nauczyć się języka angielskiego. Spędziłem w niej dwa lata. Szkoła była koedukacyjna, tak że sąsiadowałem z małą, niebieskooką Lucy Maxwell, córką zamożnego właściciela przędzalni. Lucy była najmilszą towarzyszką mego dzieciństwa. Uczyliśmy się i bawili wspólnie, a ja zapałałem do niej gorącą, pierwszą miłością. Lucy to wykorzystywała. Nie było bowiem rzeczy, której bym dla niej nie zrobił. Odrabiałem jej zadania i obdarzałem najcenniejszymi skarbami, jak rzadkie znaczki pocztowe lub cenione w tym czasie pierwsze stalówki aluminiowe.

Chłopcy natomiast mnie razili, bo nie mogłem się przyzwyczaić do, jak później się przekonałem, częstego u Anglosasów donosicielstwa i skarżenia, kłamstw oraz absolutnego nieprzyznawania się do własnych win, ze skłonnością do spychania ich na innych. Lucy na pewno była do nich podobna, ale w Lucy się kochałem i dzięki niej lubiłem tę szkołę.

Pewnego dnia matka, przeglądając moje zeszyty, z niemałym zdziwieniem odkryła w jednym z nich wypisane atramentem na każdej stronicy imię Lucy.

Niestety, w następnym roku zmuszony byłem do przejścia do rosyjskich szkół rządowych.

Liceum Cesarskie w Petersburgu, w którym zapisano mnie na wydział konsularno-ekonomiczny, mieściło się w długich, wymalowanych na różowo gmachach przy prospekcie Kamiennoostrowskim.

Dwóch majestatycznych szwajcarów, w czerwonych płaszczach z pelerynami, obszytymi na brzegach orłami cesarskimi, dobrodusznie witało wkraczającą do szkoły młodzież.

Ubrany w mundur z czerwonymi obszywkami na kołnierzu i mankietach i w granatowych, długich spodniach stałem codziennie przez lat parę w szeregu "pieriekliczki", czyli apelu.

Pierwsze tygodnie w liceum były dla mnie udręczeniem, otoczenie kolegów Rosjan było jakoś nad wyraz obce, a z nauczycieli nienawidziłem szczególnie Walerego Andriejewicza Czewakińskiego, nauczyciela historii, który nie lubił mnie wyraźnie, bo czułem się Polakiem i byłem katolikiem. Jego głos:

- Pieriejasławskij, pożałujtie k doskie (proszę do tablicy) - prześladował mnie na każdej lekcji.

Czasy panowania Aleksandra III wyryły głęboki ślad na stosunku Polaków do Rosjan. Za jego panowania tępiono systematycznie wszystko, co miało najmniejszą styczność z polskością i wiarą katolicką.

Na ścianach urzędów rosyjskich, na stacjach kolejowych w Królestwie, na Litwie, na Białorusi, wisiały ogłoszenia zabraniające używania polskiej mowy.

W szkołach język polski tępiono bezlitośnie. Młodzież szkolna rozmawiała pomiędzy sobą szeptem, w stałej obawie podsłuchu przez pedla, którego donos w tej sprawie do pana inspektora kończył się z reguły wydaleniem ze szkoły.

Po wsiach urządzano obławy i rewizje u chłopów w celu wykrycia tajnych szkółek i elementarzy przemycanych z Prus Wschodnich.

Duchowieństwo katolickie prześladowano również na każdym kroku. Księżom nie wolno było wydalać się z granic parafii bez zezwolenia powiatowego naczelnika policji.

Za podparcie walącego się ze starości krzyża przydrożnego, za postawienie nowego, za reperacje dziurawego dachu na kościele bez zezwolenia generała-gubernatora, groziło zesłanie na Syberię lub w najlepszym razie do guberni w środkowej Rosji.

Za czasów szkolnych mało miałem sposobności do bywania w Wilnie, ale w czasie rzadkich bytności w tym mieście starałem się głośno i ostentacyjnie mówić po polsku i ironicznie patrzyłem na policję, która nie ośmielała się zaczepić ucznia Liceum Cesarskiego z Petersburga lub zwrócić mu uwagi.

Pewnego jednak razu, odwiedzając z matką krewnych naszych w Wilnie, trafiliśmy na przykre zdarzenie. Kuzyna mego, ucznia ostatniej klasy gimnazjum wileńskiego, wydalono ze szkoły na skutek doniesienia gimnazjalnego pedla, który jakoby słyszał, jak kuzyn rozmawiał na ulicy głośno po polsku, krytykując przy tym stosunki szkolne.

Biedny chłopak zmuszony był przenieść się do jednego z dalekich, położonych na wschodzie miast gubernialnych, aby zdać maturę i uzyskać prawo do wstąpienia do wyższego zakładu. Stracił przez to rok cały.

Trząsłem się z oburzenia i po powrocie do liceum nie omieszkałem opowiedzieć o tych prześladowaniach moim kolegom.

Był w naszej klasie chłopiec, syn gubernatora jednej z guberni Królestwa, którego rodzina nie należała do naszej sfery, a jego ojciec prawdopodobnie typową dla niskiego pochodzenia służalczością doszedł do tego stanowiska. Chłopiec ten był powszechnie nielubiany za swoją arogancję i brak umiaru, co tłumaczyliśmy między sobą jego "chamskim", jak to nazywaliśmy, pochodzeniem.

Naturalnie wtrącił się do naszej rozmowy, że Polacy to "buntowszczycy", kanalie, które nie zasługują na lepsze traktowanie. W klasie zaległa cisza. Byłem jedynym Polakiem. Jednak kilku rosyjskich chłopców, czerwonych z oburzenia, z zaciśniętymi pięściami zbliżyło się do oszczercy. W tej samej chwili otworzyły się drzwi i do klasy wkroczył generał Szylder, dyrektor liceum wykładający w starszych klasach historię. Rozejrzał się i spytał o powód wzburzenia. Zgodnie z tradycją liceum cała klasa milczała, tylko wszystkie oczy utkwiły na twarzy winowajcy.

Generał szybko wywołał go do tablicy i rozkazał, aby wyjaśnił powód.

Winowajca, czując nasz wzrok, był zmuszony do powtórzenia wobec całej klasy słowo w słowo uwag o Polakach.

Generał się zasępił.

- Słuchaj - rzekł, patrząc na niego ostro - widzę, że nie rozumiesz, gdzie się znajdujesz. To jest Liceum Cesarskie... Szkoła dla dobrze wychowanych i przyzwoitych młodych ludzi, a nie chamów.

Ostatnie słowa podkreślił dobitnie i mówił dalej:

- Zakład nasz ma na celu wychowanie młodzieży na gentlemenów, a nie donosicieli i prowokatorów. Powinienem był ciebie wydalić z liceum, nie zrobię tego jednak ze względu na przykrość, jaką bym zrobił twojemu koledze, kniaziowi Pieriejasławskiemu. - Po raz pierwszy użył tytułu w stosunku do mnie, jakby starając się przypomnieć tamtemu, że obowiązują tutaj reguły sfery, do której jego rodzice nie należeli.

- Pozbawiam cię niedzielnych urlopów na okres miesiąca, abyś zapamiętał, że tylko człowiek podły pluje na powalonego przeciwnika, że tylko człowiek pozbawiony serca obrażać może w taki sposób przedstawiciela tego bohaterskiego a nieszczęsnego narodu, jakim są Polacy. A teraz wobec wszystkich każę ci przeprosić kolegę, któremuś zrobił taką krzywdę moralną.

Pojąłem wtedy, że ludzie dzielą się na dobrych i złych niezależnie od narodowości. Poczułem jednocześnie związek z moją klasą społeczną rządzącą się moralnymi zasadami, które wyróżniają nas od innych. Zrozumiałem też, że przestrzeganie tych zasad, a nie bogactwo, czyniło z nas grupę zamkniętą.

Na życzenie ojca wakacje tamtego roku spędziłem, pracując jako robotnik w jego fabryce.

Przeciągły gwizdek fabryczny zwiastował przerwę obiadową. Zmieszany z tłumem robotników śpieszyłem do głównej bramy. Ubrany w bluzę robotniczą, w długich roboczych butach, czarny od sadzy i smarów, które osiadły mi na ubraniu, rękach i twarzy, niczym nie odróżniałem się od otoczenia.

Od paru już dni pracowałem jako czeladnik w kuźniach Zakładu Budowy Lokomotyw w Siole Aleksandrowskim pod Petersburgiem.

Uczyłem się tego roku dobrze i przeszedłem do następnej klasy bez egzaminów, zgodnie więc z nakazem ojca część długich wakacji spędziłem na praktyce fabrycznej.

Przeskok od atmosfery Liceum Cesarskiego, jednego z najbardziej ekskluzywnych zakładów oświatowych w Rosji, do środowiska robotniczego był dosyć gwałtowny. Tak niedawno paradowałem w pirogu na głowie i białych rękawiczkach na ulicy Nabiereżnej rzeki Newy, a teraz byłem umorusanym robotnikiem bez żadnych przywilejów.

Ale ojciec mój był zwolennikiem hartowania i kontrastów, twierdząc słusznie, że nic tak nie zaprawia do życia, jak zmiana otoczenia i warunków. Miał zresztą sentyment do klasy robotniczej i zwykł był mawiać, że wśród tych prostych ludzi spotykał więcej jednostek subtelnych i gentlemenów niż wśród tak zwanego towarzystwa. Zresztą, sam w swoim życiu dał dowód wielkiej odwagi, kiedy będąc za młodu oficerem gwardii, w porozumieniu ze swoją matką, wystarał się o roczny urlop i wstąpił jako zwykły robotnik do zakładów, w których kilkanaście lat później został dyrektorem naczelnym. W owym czasie postępek mego ojca wywołał wiele komentarzy nie tylko w korpusie oficerów gwardii, ale i wśród ziemiaństwa.

Ojciec mój, będąc z natury człowiekiem bardzo wyrozumiałym, miał także swoje "ale": nie znosił zarozumiałych półinteligentów i miał wrodzoną niechęć do sfery urzędniczej i szlacheckich półpanków. Czuł się natomiast dobrze wśród prostych ludzi i chciał mi tę cechę zaszczepić.

Pierwsze moje dni pobytu w fabryce były niezwykle męczące. Po kilku godzinach walenia młotem czułem ból w mięśniach i stawach. Wymagało czasu i wysiłku, by zapomnieć o liceum i zaaklimatyzować się w nowym otoczeniu.

Powoli i z trudem wsiąknąłem w atmosferę robotniczą i odkryłem w życiu fabrycznym wiele cech dodatnich. W huku młotów, turkocie maszyn, w szalonym obrocie trybów i przekładni, tkwiło coś męskiego, jakaś krzepkość, a przy tym pewien rodzaj poezji.

Kuźnie fabryczne, w których pracowałem, mieściły się w długim na ćwierć kilometra budynku. Wzdłuż ścian znajdowały się stanowiska kowalskie, w których odkuwano ręcznie mniejsze części parowozów, w środku stały rzędem olbrzymie młoty parowe. Każdy z majstrów kowalskich miał do pomocy dwóch robotników, po rosyjsku zwanych "mołotobojcami", i jednego czeladnika. Hala trzęsła się od uderzeń młotów, a huk był ogłuszający. W półmroku panującym z powodu pyłu unoszącego się w powietrzu, tym wyraźniej jaśniały snopy iskier buchających spod młotów kowalskich i światło rozgrzanej do białości stali.

W powietrzu czuć było siarką, sadzą i rozgrzanym koksem. Obok kuźni w olbrzymich halach mieściły się wielkie piece i odlewnie. Nocą buchały z tych pieców czerwone zarzewia, oświecając niebo i całą okolicę złowieszczą łuną.

Kuźnią kierował wysoki, chudy Szkot nazwiskiem Pratt i jemu to zawdzięczam, że przeniesiono mnie na koniec do oddziału zdawczego lokomotyw. Wyznaczenie mnie na młodszego palacza w tym oddziale przyjąłem z uczuciem ulgi, bo tam praca była lżejsza, i z wielką radością, bo był to najciekawszy oddział w całej fabryce.

W wielkiej hali montażowej stały parowozy: jedne dopiero świeżo osadzone na podwoziu, inne bardziej wykończone, bliższe zdania, aż do parowozów gotowych do prób - odmalowanych, błyszczących polerowaną powierzchnią i lakierem.

W tym czasie rozpoczęto budowę nowych, szybkobieżnych parowozów wytwarzanych całkowicie z materiałów krajowych, rezygnując tym samym ze sprowadzania bardziej skomplikowanych części z Anglii i Niemiec. Orientowałem się w tym dobrze, bo była to inicjatywa mego ojca podjęta wbrew oporom szkockiej, angielskiej i niemieckiej kadry technicznej. Obliczenia i konstrukcję nowego parowozu wykonał doradca techniczny zakładu, profesor Mikołaj Leonidowicz Szczukin, kolega mojego ojca z Akademii Inżynierów Wojennych i przyjaciel naszej rodziny, w której był stałym i zawsze mile widzianym gościem.

W dniu próby parowozu byłem już od świtu w fabryce. Parę godzin przeszło, zanim sprawdzono ostatecznie lokomotywę, naoliwiono wszystkie części, rozpalono pod kotłem.

Około godziny dziesiątej rano nowy parowóz był już pod parą. Przeciągły gwizd odróżniający lokomotywy kurierskie od zwykłych towarowych obwieścił gotowość do prób. Błysnęły światła sygnałów i nasz parowóz, świecący farbą, wystrojony niczym baletnica przed występem, wytoczył się z hali fabrycznej na tor kolejowy. Doczepiono do nas pociąg składający się z pięciu pulmanów pierwszej klasy, w których usadowili się goście i komisja zdawczo-odbiorcza. Wyjechaliśmy powoli bocznicą fabryczną prowadzącą do magistrali Kolei Mikołajewskiej.

Na głównym torze parowóz zwiększył szybkość. Było lato. Na skarpach kolejowych złociło się od kwitnącego mlecza i jaskrów. Poprzez ostrą woń smarowidła, przypalonego oleju i paliwa przedzierał się do nas prąd świeżego, letniego powietrza. Czułem się potrzebny, uczucie tak rzadkie, kiedy pracowałem później umysłowo. Czułem się ważny, że jestem częścią tego zespołu konkretnej i widocznej pracy.

Z wysokości parowozu patrzyłem na migające przed nami pola, lasy, osiedla ludzkie. Szybkość parowozu wzrastała. Z rozkoszą czułem pęd lokomotywy, wreszcie zwolniliśmy biegu i stanęliśmy przed dworcem kolejowym w Kołpinie.

Z wagonów wysiedli goście, a inżynierowie biorący udział w komisji zaczęli szczegółowe badania parowozu. Trwały one kilka dni, szczególną uwagę, jak dostrzegłem, poświęcono tłokom nowego systemu "compound". Obserwując to, zazdrościłem inżynierom ich pewności w ocenie, ich profesjonalności, ich precyzyjnego sposobu wyrażania się. Imponowali mi tak, jak imponowali mi robotnicy swoją dyscypliną ruchów, swoim spokojem i zawodowstwem w wykorzystywaniu sił i narzędzi.

W kuźni zaprzyjaźniłem się z nieco starszym ode mnie chłopcem. Nazywał się Mikołaj Pietrow, Kola, syn kierowcy parowozu z Kolei Mikołajewskiej. Był to chłopak delikatny w obejściu, inteligentny, z pewnym odcieniem tej, tak swoiście rosyjskiej melancholii. Dzięki niemu zacząłem bywać w domach robotników i z całą świadomością mogę stwierdzić, że warunki bytu robotnika rosyjskiego w owych czasach w Petersburgu były bez porównania lepsze niż te, z którymi kilka lat później zetknąłem się w Anglii.

Przypuszczam, że żaden z ówczesnych robotników rosyjskich pracujących w Petersburgu nie zgodziłby się na mieszkanie w slumsach angielskich ani na warunki angielskie. W życiu robotnika rosyjskiego było więcej powietrza, więcej przestrzeni, więcej rozmaitości związanej z szeregiem zwyczajów patriarchalnych i świąt kościelnych, nie mówiąc o zdrowej, pożywnej a smacznej kuchni.

Robotnik rosyjski był ponadto inteligentniejszy niż angielski, upodlony i akceptujący upodlenie. Niestety, plagą życia robotniczego w Rosji było pijaństwo rujnujące dom, rodzinę i dobrobyt tej klasy. Mówiliśmy o tym często z Kolą.

Kola zwierzył mi się, że jest członkiem kółka socjalistycznego, prosił o zachowanie tajemnicy, a mnie to niesłychanie pochlebiło, że zdobyłem jego zaufanie. Była to szlachetna, subtelna, uczuciowa natura. Polubiłem go szczerze.

Kończyłem pracę w fabryce i powiedziałem mojemu przyjacielowi o planach spędzenia reszty wakacji w Syłgudyszkach.

W oznaczony dzień zająłem miejsce w wagonie drugiej klasy pociągu idącego na Wilno, Kowno i do granicy, po czym wyszedłem na peron. W tłumie pasażerów i osób odprowadzających ujrzałem postać Koli.

Była to dla mnie bardzo miła niespodzianka, mimo że po peronie chodziliśmy w milczeniu, jakby w obawie wypowiedzenia swoich myśli.

Odezwał się wreszcie trzeci dzwonek. Wskoczyłem do wagonu i stanąłem w otwartym oknie.

- Do widzenia, Kola - zawołałem. - Pamiętaj o mnie.

- Do widzenia, Mitia, nie zapomnę...

Pociąg ruszył. Poczułem, że między mną a moim przyjacielem zarysowało się raptem coś, co z wąskiej szczeliny szybko rozszerzy się w przepaść, przez którą ani dobra wola, ani przyjaźń nie zdoła przerzucić kładki, przepaść dzieląca dwa światy, dwie mentalności.

Stanowisko zajmowane przez ojca w Zakładach Aleksandrowskich i funkcja generalnego inspektora podróży cesarskich, jaką piastował na dworze, były nie tylko odpowiedzialne, ale i nad wyraz ryzykowne. Napięcie to odczuwaliśmy w domu.

Car Aleksander III, mimo swoich antypolskich upodobań, właśnie ojcu powierzył wykonanie pociągów cesarskich i stały nadzór nad cesarskimi podróżami. Aleksander III interesował się kolejnictwem i jak każdy despota lubił zajmować się szczegółami. W czasie podróży sprawdzał stan torów kolejowych i resorów wagonów, nalewając w tym celu szklankę pełną wody i śledząc, czy jakaś kropla nie wylała się ze szklanki w czasie biegu pociągu. W przewidywaniu tych kaprysów carskich komisja rzeczoznawców odbierająca nowe wagony dla użytku cara i jego rodziny posługiwać się zaczęła szklanką wody.

Którejś nocy zbudzono mojego ojca, bo Aleksander III wyraził niezadowolenie, że zegar pamiątkowy po zmarłym carze Aleksandrze II zamieniono na inny, bardziej dopasowany stylem do pomieszczenia salonki.

Cesarz rozkazał, aby zegar znalazł się z powrotem w czasie postoju pociągu w Moskwie i ojciec musiał wysłać najszybszą lokomotywę, aby złapać pociąg carski na dworcu tego miasta.

Pewnego dnia czekaliśmy na ojca z obiadem. Zwyczajem petersburskim jadaliśmy o siódmej wieczorem. Matka, znając punktualność ojca, była wyraźnie zaniepokojona. Milczeliśmy, nadsłuchując jego powrotu.

Usłyszeliśmy wreszcie tętent koński, zgrzytnęła brama wjazdowa, a w chwilę potem dobiegł nas brzęk ostróg i znajome kroki. Ojciec wyglądał na zakłopotanego. Rodzina cesarska wyjechała tego dnia w podróż.

Zaledwie usiedliśmy do stołu i służący Fiedor zaczął roznosić zupę, gdy gwałtowne targnięcie za dzwonek u drzwi wejściowych przerwało obiad.

Służący wrócił za chwilę.

- Kurier cesarski - oznajmił głośno.

- Niech wejdzie - rzekł ojciec.

W drzwiach sali jadalnej stanął wojskowy w czapce na głowie, przy szabli i z rewolwerem u boku. Brzęknął ostrogami, zasalutował, wyjął z torby wielką zalakowaną kopertę, poprosił o pokwitowanie, zasalutował powtórnie, zrobił zwrot w lewo i wymaszerował.

Ojciec rozerwał kopertę, przeczytał pismo, twarz mu się zmieniła, skinął głową na matkę i oboje wyszli z jadalni.

Gdy matka wróciła, zauważyłem jej zdenerwowanie.

- Pociąg carski uległ katastrofie pod Borkami - powiedziała do mnie cicho. - Nie wiadomo, czy car i jego rodzina żyją. Kazano ojcu wyjechać natychmiast na miejsce katastrofy. Ojciec się pakuje i odjeżdża specjalnym pociągiem. Gdyby carowi się coś stało... - nie dokończyła, bo wszedł ojciec ubrany w płaszcz, służący znosił rzeczy.

Wyszliśmy wszyscy przed dom, by go odprowadzić.

W chwili, gdy miał już wsiadać do powozu, a my z trudem powstrzymywaliśmy zdenerwowanie, pojawiła się nagle z ciemności postać drugiego feldjegra z nowym meldunkiem.

Z jeszcze większym napięciem patrzyliśmy na czytającego meldunek ojca, ale jego twarz rozjaśniła się.

- Przeczytaj - rzekł do matki, oddając jej papier.

- "Jego Cesarska Mość z Rodziną ocalała. Jego Cesarska Mość raczyła wyrazić zadowolenie z mocnej konstrukcji wagonów. Jego Cesarska Mość wraz z Rodziną wraca do Petersburga. Wasz przyjazd niepotrzebny".

Koszmar minął, bo nie wiadomo, jaki los spotkałby mego ojca, odpowiedzialnego za budowę wagonów i za cesarskie podróże, gdyby coś się stało cesarzowi lub jego rodzinie. Na moim ojcu jako na Polaku skupiłoby się wszystko i nie ominąłby go sąd polowy ze wszystkimi dalszymi następstwami. Car Aleksander III żartować nie lubił.

Oddać jednak trzeba carowi, że w parę tygodni po tym wypadku ojciec dostał rozkaz osobistego stawienia się u cesarzowej Marii Fiodorowny. Carowa przyjęła ojca nad wyraz łaskawie i wyraziła zadowolenie z budowy wagonów, co jej zdaniem przyczyniło się do ocalenia rodziny cesarskiej.

W parę miesięcy później ukazał się dekret cesarski nadający ojcu order św. Włodzimierza wysokiej klasy i prawo nabywania na własność ziem na Litwie, co w obu przypadkach było niezwykle rzadkim odznaczeniem Polaka.

Ojciec skorzystał z tego, skupując nasze dawne ziemie, skonfiskowane po powstaniu mojemu dziadowi.

Będąc już w randze generała inżynierów wojennych, ojciec podał się do dymisji, by prowadzić własne interesa i zająć się osobiście naszymi majątkami.

Ojciec znowuż rzadko przebywał w domu. Założył Towarzystwo Kolei Dojazdowych i zaczął budować sieć kolei na Litwie, na Ukrainie i w prowincjach nadbałtyckich. Widywałem go mało, a jeszcze mniej rozmawialiśmy ze sobą. Wydawało mi się, że mnie nie dostrzega i byłem o to zazdrosny. Dopiero kłopoty i przykrości, jakich ojciec zaczął doznawać od generała-gubernatora Orżewskiego zbliżyły nas do siebie. Ojciec, szukający widocznie sił w domu, otwarcie dzielił się swoimi problemami, jakie czynił mu gubernator Orżewski, nie szczędząc przy tym ostrych słów krytyki pod adresem administracji cesarskiej.

Było to dla mnie wstrząsem, bo z pozycji ucznia liceum widziałem Imperium Rosyjskie jako niezwyciężony monolit i zarzuty ojca, że "ryba psuje się od głowy", poparte przy tym dowodami, były dla mnie wielkim zaskoczeniem.

Ojciec upatrywał końca Imperium w negatywnym doborze kadr administracyjnych, do których awansowano ludzi niskiego pochodzenia - "a-côté", jak to nazywała moja mama - którzy nie przebierali w środkach przy szybkim bogaceniu się i nie znali umiaru w swojej pysze.

Zdumienie ogarnęło mnie, kiedy w tym samym duchu ojciec krytykował rodzinę cesarską, zaliczając ją do drugorzędnej niemieckiej arystokracji o poślednim rodowodzie.

Generał-gubernator Orżewski, Polak z pochodzenia, a żandarm z zawodu, rządził trzema guberniami litewskimi, a gubernatorem kowieńskim był rzeczywisty radca stanu Klingenberg. Obydwaj byli głównymi sprawcami wypadków, które w roku 1892 zaszły na Żmudzi.

W miasteczku Kroże, w powiecie rosieńskim, były dwa kościoły. Nowszy parafialny i dawny, sięgający bodaj drugiej połowy XVI wieku, kościół pobernardyński4. Ten dawny kościół ludność ze Żmudzi otaczała szczególną czcią z powodu znajdującego się w ołtarzu, a słynącego cudami obrazu Matki Boskiej Krożańskiej.

Po wydaleniu z Litwy przez Murawjowa zakonu oo. bernardynów, kościół ten pozostawiono pod opieką księdza altarysty, byłego zakonnika. Po śmierci staruszka na miejsce zmarłego biskup kowieński wyznaczył nowego księdza. W myśl obowiązujących zarządzeń należało jednak uzyskać zgodę gubernatora na zatwierdzenie nominata.

Wówczas nieoczekiwanie władze przypomniały sobie, że po skasowaniu zakonu i śmierci ostatniego zakonnika kościół w gruncie rzeczy egzystuje wbrew prawu i że jest niedopuszczalne, aby w jednej parafii były dwa kościoły. Nie tylko więc odmówiły zatwierdzenia kandydata, ale postanowiły kościół zamknąć.

W tym celu zajechał do Kroż gubernator Klingenberg w otoczeniu żandarmów i sotni kozaków, a znalazłszy świątynię wypełnioną tłumem wiernych śpiewających litanię, wszedł do kościoła i nie zdejmując czapki, wezwał lud do natychmiastowego opuszczenia kościoła. Wierni odmówili posłuszeństwa. Wtedy na rozkaz gubernatora wywalono główne drzwi, a do świątyni wtargnęli kozacy i jęli rozpędzać wiernych nahajkami. Powstało zamieszanie, kilkadziesiąt osób stratowano końmi. W kościele rozległy się jęki, ludzie jednak nie śpieszyli się z wyjściem.

Przed kościół wystąpił organista z krzyżem w ręku i donośnym głosem zaśpiewał Kto się w obronę..., a w końcu zaintonował rosyjski hymn Boże, chroń cara..., by opamiętać napastników. Nie zwrócono jednak na to uwagi. Kozacy wywlekali za włosy kobiety z kościoła, katowali mężczyzn, wreszcie pojmali najbardziej opornych i pod konwojem popędzili pieszo do leżącego o kilkadziesiąt wiorst powiatowego miasta Szawle, by stamtąd jak stali wysłać ich koleją na Syberię.

Budynek zamknięto, zabito drzwi i okna i kościół opieczętowano.

Wśród zesłanych znalazła się pewna Żmudzinka niepospolitej urody. Nazywała się Urszula Biełunas. Jej fotografie wraz z ulotką opisującą zdarzenie przemycono do zaboru austriackiego i w kilka tygodni potem odbite w wielkim nakładzie rozesłano w świat.

Sprawa zaczęła nabierać rozgłosu. Pisano o niej nie tylko w prasie zagranicznej, ale również w podlegającej cenzurze prasie rosyjskiej. Nawet prorządowe pismo "Nowoje Wriemia" musiało zamieścić duży artykuł, w którym bez ogródek napiętnowano barbarzyński postępek władz kowieńskich.

W salonach petersburskich zaczęto mówić głośno i z oburzeniem o zajściach w Krożach, nie szczędząc komentarzy pod adresem głównego sprawcy, Orżewskiego, tego "byłego żandarma i donosiciela". Sprawa dochodzi do uszu cara Aleksandra III i wywołuje zrozumiałą reakcję.

Z rozkazu carskiego na Litwę ma udać się jeden z senatorów dla zbadania sprawy i przedstawienia carowi raportu. Wybór padł na senatora hrabiego Kantakuzena.

W tym samym czasie zachodzi na Litwie inne zdarzenie, związane pośrednio ze sprawą krożańską. Umiera ostatni z hrabiów Mostowskich z Łuczaju w powiecie święciańskim, pozostawiając ten olbrzymi majątek bez spadkobierców, którzy według obowiązującego na Litwie rosyjskiego prawa mogliby go dziedziczyć. Według tego samego prawa nabywcą majątku mógłby być jedynie prawosławny Rosjanin.

Aby ocalić tę polską spuściznę, by nie dostała się w ręce Rosjan, grono polskich ziemian zawiązuje spółkę, dopuszczając do niej pewnego przyzwoitego, prawosławnego Rosjanina, i na jego imię nabywa Łuczaj.

W czasie dochodzenia w sprawie zajść w Krożach, prowadzonego w Wilnie przez hrabiego Kantakuzena, generał-gubernator Orżewski rozkazał niespodziewanie natychmiastową sprzedaż majątku Łuczaj, i to za niezwykle niską cenę, wyznaczoną przez rosyjską administrację, grożąc członkom spółki zesłaniem w trybie administracyjnym, gdyby nie dostosowali się do polecenia gubernatora.

Majątek sprzedano i, jak się okazało, nabywcą został senator hrabia Kantakuzen, który oczywiście zakończył dochodzenie w sprawie zajść w Krożach z konkluzją uniewinniającą generała-gubernatora Orżewskiego i gubernatora Klingenberga. Raport z tym wnioskiem hrabia Kantakuzen złożył osobiście cesarzowi.

Przeszło kilka miesięcy. Po Petersburgu zaczęły krążyć pogłoski o nabyciu przez hrabiego Kantakuzena jakiegoś wspaniałego majątku na Litwie, wywołując różne uwagi i komentarze. Pogłoski te zataczały coraz szersze kręgi, aż wreszcie dostały się na języki sfer zbliżonych do dworu.

Nieoczekiwanie hrabia Kantakuzen dostaje rozkaz stawienia się niezwłocznie u cesarza. Rozmowa władcy z hrabią Kantakuzenem odbyła się w cztery oczy. Tegoż wieczoru w mieszkaniu przy ulicy Kirocznej znaleziono martwe ciało hrabiego.

Car Aleksander III był brutalny, ale i konsekwentny, co w opinii ojca ratowało jeszcze cesarstwo.

Orżewski wypadł z łaski. W sferach stolicy otoczono go pogardą. Przetrwał jednak jeszcze rok na swoim stanowisku. Śmierć zaskoczyła go w drodze do Petersburga. Klingenberga zaś wyrzucono z Kowna.

W tym ostatnim roku swojego generałgubernatorstwa, Orżewski, chcąc widocznie uratować swoją pozycję, węszył wszędzie "polską intrygę" i alarmował Petersburg, ostrzegając przed nowymi zamieszkami i dając do zrozumienia, że jedynie dzięki jego zdecydowanej polityce panuje spokój na Litwie.

Ojciec, w tym właśnie czasie, otrzymuje oficjalne pismo od Orżewskiego, w którym generał-gubernator w ostrej formie oskarża go o zatrudnianie niedopuszczalnej liczby Polaków na naszych kolejach. Potem następują dalsze ataki.

Z listem Orżewskiego w kieszeni ojciec udaje się do wielkiego księcia Michała Aleksandrowicza. Wielki książę po katastrofie pod Borkami był usposobiony do ojca bardzo przychylnie.

Po wysłuchaniu sprawy wielki książę powiedział ojcu:

- Wy nie obraszczajtie wnimanije na togo podleca.

Znając jednak stosunki w rządzie, książę poradził ojcu rozmówić się z Orżewskim osobiście.

Ojciec z natury był stanowczy, ale i kulturalny. Wyznawał jednak zasadę, że na chamstwo najlepszym lekarstwem jest jeszcze większe chamstwo. Dlatego pytania o treść tej rozmowy zbywał niechętnie. Musiała trafić kosa na kamień, bo ataki Orżewskiego ustały momentalnie. A ojciec żadnych zmian w zatrudnieniu na naszych kolejach nie przeprowadził i nadal preferował Polaków.

Car Aleksander III umarł tego samego roku5, co mój dziadek Antoni.

Dziadek słabł już parę tygodni, tak że zdążyłem przyjechać do Syłgudyszek w dzień jego śmierci.

Wieczór zimowy zapadał nad ziemią, gdy wysiadałem z powozu. Nisko na horyzoncie gorzała jeszcze czerwonym zarzewiem ostatnia smuga zachodzącego słońca.

Pokój dziadka tonął w półmroku, ale chory prosił, by mu nie zapalano światła. Zwrócił swoją siwą głowę ku oknu, wpatrzony w dogorywające promienie zachodu.

Przed chwilą odbył spowiedź świętą, otrzymał ostatnie pomazanie, pożegnał nas szeptem, uśmiechnął się przyjaźnie i dodał, że cieszy się na spotkanie z babcią, a teraz chce pozostać sam...

Umierał pogodzony z nadchodzącą śmiercią, umierał godnie, spokojnie i jakby szczęśliwie.

W sąsiednim pokoju odmawialiśmy szeptem modlitwy za konających: cała rodzina, z księdzem proboszczem i bliższą służbą. W pewnej chwili jakby powiew, jakby ledwo słyszalne westchnienie doszło do naszych uszu. Ostrożnie otwarto drzwi i zapalono gromnice. Dziadek leżał na wznak porządnie, cicho, dostojnie. Na twarzy nie było grymasu bólu, oczy miał otwarte... tak jakby żył... tylko w martwych już, złożonych na piersiach dłoniach ściskał różaniec. Blask gromnicy oświetlał jego pogodną, spokojną twarz, wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej i rynsztunek myśliwski zawieszony nad łóżkiem.

Poczułem, że nieodwracalnie kończy się moje dzieciństwo; nie wypłynę już z dziadkiem czółnem na Jesiatę, nie pójdę nocą z łuczywem na raki ani o świcie na toki cietrzewia w Mintowciszkach. Nie zagra mi już w pogodny dzień suchej, litewskiej jesieni dalekie ujadanie psów dziadka ani jego dźwięczna trąbka myśliwska.

Śmierć dziadka była dla mnie pierwszym bolesnym ciosem, jakby pierwszym ogniwem długiego łańcucha trosk, nieszczęść i zawodów, którymi Bóg doświadcza człowieka.

Babcia kształtowała charakter mojego dzieciństwa, była jednak zamknięta i nie przemawiała do mojej wyobraźni, tylko do rozumu. Nie byłem przy jej śmierci i jej odejście nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

Dziadek natomiast nauczył mnie kochać przyrodę. Otworzył mi oczy na ten zaczarowany, niedostępny dla obcych świat pachnący świeżą trawą skoszonych łąk, wilgocią lasów i dymami ognisk na kartofliskach.

Na pogrzebie Aleksandra III liceum nasze stało w zwartym szeregu, w pirogach na głowach, w białych rękawiczkach i żałobnych opaskach na rękawach płaszczów. Staliśmy wzdłuż prospektu Newskiego naprzeciw Pałacu Aniczkowskiego, rezydencji Aleksandra III. Po przeciwległej stronie ulicy błyszczały czarne, lakierowane pikielhauby i białe, skórzane pasy wychowanków korpusu paziów. Za plecami mieliśmy kordon policji, a dalej jak okiem sięgnąć nieprzerwane rzędy głów.

Na przestrzeni ośmiu kilometrów, oddzielającej dworzec Kolei Mikołajewskiej od soboru w Twierdzy Pietropawłowskiej, gdzie od czasów Piotra I grzebano carów, stały kordony: wojsk, szkół rządowych i wyższych zakładów naukowych. Drogą tą miał kroczyć orszak pogrzebowy zmarłego cara.

Panowała cisza, przerywana od czasu do czasu słowami komendy i tupotem kopyt końskich. Staliśmy już około dwóch godzin. Z daleka usłyszeliśmy nareszcie głuche warczenie bębnów i krótkie słowa komendy. Pochód się zbliżał.

Na czele maszerował Preobrażeński Pułk Piechoty Gwardii, którego szefem był Aleksander III. Dalej na karym koniu jechał rycerz ubrany w czarną, średniowieczną zbroję z zapuszczoną przyłbicą.

Na wschodnich, złotych kasztanach przeciągnęła drobnym truchtem przyboczna sotnia kozaków atamańców w czerwonych, obszytych złotem czerkieskach i białych papachach na głowie.

Długim szeregiem, po dwóch, kroczyli wyżsi urzędnicy dworu carskiego, niosąc na pluszowych poduszkach ordery i odznaczenia zmarłego.

Na ciężkich, karogniadych koniach przejechał z głuchym tętentem kopyt, lśniący pozłotą pancerzy i hełmów, szwadron pułku kawalergardów.

Za nimi kroczył wielki koniuszy dworu i dwóch masztalerzy, którzy prowadzili pokrytego kirem wierzchowca zmarłego cara.

Rozpoczął się, poprzedzając katafalk, długi pochód duchowieństwa prawosławnego w kapiących od złota strojach liturgicznych i pozłocistych, osypanych drogimi kamieniami tiarach na głowach.

Ciało cara spoczywało w trumnie ukrytej w setkach kwiatów i wieńców, umieszczonej wysoko na lawecie zaprzężonej w sześć rosłych karych koni.

Za lawetą szła carowa wdowa pod rękę z następcą tronu i z rodziną zmarłego, wśród której wzrostem górowali wielki książę Sergiusz i wielki książę Mikołaj Mikołajewicz.

Dalej szli liczni członkowie panujących dworów europejskich, spokrewnionych z domem Romanowów. Wśród nich wyróżniał się otyły, opięty w mundur, książę Walii w olbrzymiej bermycy na głowie, późniejszy król Edward VII, oraz małego wzrostu następca tronu włoskiego, późniejszy król Humbert I, i wreszcie niespokojny, ruchliwy i gadatliwy cesarz Niemiec6.

Za rodziną carską, w pewnym oddaleniu, rozpoczynał się znowu orszak pogrzebowy, trwający przeszło trzy godziny.

Szli ministrowie, rada państwa, senat, profesorowie, urzędnicy, wreszcie wojsko, wojsko bez końca.

Na wpół przytomny ze zmęczenia i głodu wróciłem do domu, by w godzinę potem śpieszyć do liceum na oficjalne nabożeństwo żałobne w cerkwi licealnej.

Następnego dnia od rana defilowaliśmy przed trumną zmarłego.

Nie miałem bynajmniej ochoty brać udziału w tej przymusowej uroczystości, ale nie mogłem wymyślić żadnego pretekstu, który byłby przez szkołę uwzględniony. Musiałem więc znowuż spędzić długie godziny, czekając w kolejce na przedefilowanie przed trumną i ucałowanie krzyża.

Śmierć cara była podobno spowodowana ostrą formą cukrzycy i chorobą wątroby.

Twarz samowładcy, leżącego w otwartej, nisko umieszczonej trumnie była żółta, skurczona i w niczym nie przypominała twarzy kwitnącego zdrowiem i ucharakteryzowanego na rosyjskiego mużyka olbrzyma, jakim za życia był car.

Długie panowanie Aleksandra III, według ojca ciążące jak zmora nad Rosją, było panowaniem reakcji pełnej nienawiści do wszystkiego, co nie było rosyjskie i prawosławne. Car i cały naród, urzędnicy, wojsko przybrało zewnętrzne pozory mużyckie7. Skasowano dawniejsze, piękne mundury i nakrycia głowy. Odziano wojsko w moskiewskie kosoworotki, bufiaste spodnie i buty z cholewami na wysokich obcasach. Na głowy wsadzono okrągłe, barankowe czapki futrzane.

- W dusznej, zabarykadowanej od świata zewnętrznego rosyjskiej atmosferze czuć dziegciem i skórą - mówił jeden z kolegów ojca z Akademii Inżynierów Wojennych, którzy zebrali się w naszym domu w kilka dni po manifeście nowego cara, by wygadać się szczerze, wypowiedzieć swoje niepokoje o przyszłość Rosji i narodów z nią związanych, by przeanalizować sytuację.

Byli to ludzie znani ze swych poglądów liberalnych, ale dzięki swoim zdolnościom zajmujący, nawet za panowania Aleksandra III, ważne stanowiska w wojsku, na uczelniach, w przemyśle i mający dostęp do dworu.

Słuchałem ich uwag o zmarłym cesarzu i uwag o jego następcy, siedząc w salonie bez prawa głosu. Ojciec uznał, że przysłuchiwanie się ich rozmowie jest dla mnie ważne, i nalegał, bym był razem z nimi.

Większość z zebranych przyjęła śmierć cara z oznakami ulgi. Car rządził Rosją autokratycznie, ale za kulisami jego polityki stała szara eminencja w osobie oberprokuratora Świętego Synodu Pobiedonoscewa.

Nowy władca Rosji, Mikołaj II, jako następca tronu zdobył wśród narodu pewnego rodzaju popularność. Jego piesze przechadzki po ulicach stolicy, zaglądanie do sklepów, jego skromny, jednokonny zaprzęg: kary kłusak i stary stangret z siwą brodą, posłużyły do stworzenia legendy o dobroci, prostocie i liberalnych poglądach nowego cara.

Ślub Mikołaja II z księżniczką heską8, wnuczką królowej Wiktorii, odbył się nieoficjalnie i skromnie w stolicy tamtego księstwa. Młodą carową o dużej urodzie przyjęto z entuzjazmem na dworze, upatrując w angielskich wpływach na jej wychowanie rękojmię liberalizacji. Oczekiwano nowych czasów, powszechnej amnestii skazańców politycznych i zmiany policyjnego reżimu.

Entuzjazm trwał jednak bardzo krótko. Młoda carowa zniechęciła do siebie wszystkich. Sztywna, wyniosła, lodowato zimna i małomówna, mimo całej swojej urody miała coś, co dziwnie raziło i odpychało ludzi.

Zamknęła się z mężem w ciasnym domowym kółku, otaczając się służalczą miernotą, słuchając drobnych plotek i oszczerstw. Oddalono z najbliższego otoczenia cara ludzi liberalnych i uczciwych, a to bardzo niepokoiło kolegów ojca. Ulegając woli swojej żony, car zmienił szybko orientację i poddał się całkowicie wpływom reakcyjnym.

W salonie uznano, że Mikołaj II jest słaby, chwiejny, podejrzliwy i nie posiada ani zalet, ani wad swojego ojca. Aleksander III w zestawieniu ze swoim synem okazał się osobą posiadającą wolę i moc charakteru, jednostką, z którą liczono się na dworach zagranicznych i którego bezwzględna, mało ustępliwa polityka zagraniczna napełniała obawą dyplomację europejską.

Względem dworów europejskich Aleksander III zachowywał stanowisko na wpół pogardliwe i zwykł był mawiać, że ma jednego tylko przyjaciela, a był nim Nikita9, książę czarnogórski.

Aleksander III w rzadkich chwilach umiał być nawet sprawiedliwy i wspaniałomyślny. Mikołaj II zaś w opinii zebranych był postacią bezbarwną, nie było w nim ani majestatu, ani czegokolwiek, co przyciąga lub odpycha ludzi.

Aleksander III był otwartym wrogiem Polaków. Nie taił się z tym, ale w swej polityce trzymał się pewnych granic praworządności. Mikołaj II, pomimo swojego długiego romansu z Polką, baletnicą dworu Krzesińską, był raczej usposobiony do Polaków niechętnie i obojętnie, co zaś do carowej Aleksandry, to Niemka ta zajęła od razu stanowisko wrogie do wszystkiego, co było polskie.

W rozmowach w naszym salonie wyrażano obawy, że Mikołaj będzie działał z ukrycia, nie mając odwagi działać otwarcie i że jego posunięcia mogą być nieobliczalne, a odpowiedzialność za ich skutki będzie zrzucana przez niego na swoich doradców.

Pierwszy manifest nowego cara, podyktowany podobno przez Pobiedonoscewa, nie zwiastował nic dobrego, stwierdzał tylko, że polityka jego ojca, wewnętrzna i zewnętrzna, nie ulegnie zmianie.

W swym oficjalnym przemówieniu do delegatów ziemstw i marszałków szlachty Mikołaj II użył między innymi wyrazów: "biezumnyja miecztanija" (bezrozumne marzenia).

Tego roku kończyłem naukę w liceum i musiałem się dużo uczyć. Dla odpoczynku jednak wychodziłem na miasto i w czasie wolnym starałem się jak najmniej przebywać w domu. Miałem potrzebę ruchu, przestrzeni i oglądania ludzkich twarzy.

Petersburg wydawał mi się piękny.

W mroźny, słoneczny dzień lutowy śnieg skrzypi pod nogami, lśni w słońcu. Szybko i bez szelestu mkną sanie. Biały tuman wali spod kopyt końskich i osiada srebrnym szronem na kołnierzach bobrowych, na brodach stangretów, ubranych z ruska w ciemnogranatowe, wypchane poduszkami płaszcze, opasane jedwabnym, na ogół czerwonym pasem.

Okiść osiadła na drzewach w parkach i skwerach. Śnieg grubą warstwą pokrył ulice, dachy i gzymsy domów.

W takie dnie szedłem z wolna Nabiereżną Newy, nie mogąc się napatrzeć na zaprzęgi i konie, z których Petersburg słynął.

Po jednej stronie miałem Pałac Zimowy, olbrzymi dwupiętrowy gmach w stylu późnego baroku. Po drugiej, za granitowym, niskim ogrodzeniem, rozciągała się w dal zamarznięta, biała, lśniąca w słońcu Newa, a dalej na przeciwległym brzegu rysowały się w niebieskawej mgle kontury Twierdzy Pietropawłowskiej i wybrzeża Wyspy Wasylewskiej.

Często przejeżdżała tamtędy para pięknych, karych kłusaków zdążających w tę samą, co i ja, stronę. Siedziała w nich otulona w futro młoda kobieta, a powoził stangret z galonami stajen cesarskich, w skrojonym na moskiewską modę płaszczu. Kobieta ta zajęła miejsce w moich marzeniach i może z jej powodu nie zaniedbywałem swoich przechadzek.

Nastał wreszcie marzec, mróz zelżał. Zobaczyłem ją po raz ostatni. Niedaleko mnie zatrzymała się kareta zaprzężona w parę rosłych, szpakowatych, kurtyzowanych koni, w chomątach angielskich. Na koźle siedzieli stangret i lokaj, wygoleni, ubrani w dworskie liberie.

Lokaj zeskoczył na ziemię i z uszanowaniem uchylił drzwiczki. Kobieta wysiadła, ale nie wydała mi się już tak piękna jak zimą w saniach. Przestałem marzyć.

Na wiosnę zaczęły się egzaminy.

Musiałem uczyć się jeszcze więcej, by, jak mówił ojciec, "pomyślnie wybrnąć z interesu".

W końcu pozostała mi do zdania ekonomia i prawo konsularne, przedmioty zaliczane do podstawowych, od których w znacznej mierze zależało pomyślne ukończenie szkoły.

Czułem się jednak na tyle przygotowany, że mogłem sobie nadal pozwalać na wypoczynek spędzany na mieście, a wobec czasowej nieobecności ojca korzystałem często z jego zaprzęgu. Nasz stangret Trofim woził mnie wieczorami na daleką Wyspę Jełagina położoną w widłach Newy u jej ujścia do morza.

Dziwny, upajający czar płynie z dalekiej północy w godzinach wieczornych, kiedy to słońce nie zachodzi, a tylko zbliża się ku krawędzi horyzontu, oświetlając cały widnokrąg przedziwną gamą blasków. Zaciera się wtedy granica pory dnia i nocy, gdy noce pozostają rozświetlone jakimś tajemniczym, niebieskawym półmrokiem.

Eleganckie towarzystwo Petersburga zwykło spędzać wiosenne wieczory na wyspach.

Po wysypanych żwirem drogach i serpentynach parków cicho sunęły pojazdy, przystając na cyplach, z widokiem na otwarte morze. Oddech słonej wody mieszał się z aromatem zieleni.

Patrzyłem na piękne twarze ludzi, na wspaniałe zaprzęgi, na całe otoczenie, które wraz z północną przyrodą tworzyło niezapomnianą inscenizację.

Wreszcie nadszedł oczekiwany dzień wydania dyplomu i pożegnania liceum.

W olbrzymiej sali licealnej, zwanej salą aktową, zebrała się po raz ostatni nasza nieliczna już grupa uczniów drugiej klasy uniwersyteckiej, tak zwanej specjalnej. Po raz ostatni mieliśmy na sobie nasze piękne galowe mundury.

Za długim, pokrytym zielonym suknem stołem zasiadło gremium pedagogiczne liceum z naszym dyrektorem, generałem Szylderem w środku. Uroczystości przewodniczył wielki książę Oldenburski, kurator liceum.

Krzesła na sali zajęły rodziny absolwentów. Wśród wieczorowych sukien pań lśniły srebrem i pozłotą mundury urzędników dworu i oficerów gwardii.

Wielki książę zagaił w paru słowach akt zakończenia. Po wielkim księciu wstał generał Szylder i przemówił, zwracając się do absolwentów ze słowami pożegnania i życząc nam powodzenia w dalszej karierze życiowej. Mówił krótko, oszczędzając nam wychowawczych banałów. Dzięki temu myśl, którą nam przekazał, wbiła mi się w pamięć.

- Miejcie na uwadze - wygłosił - że tylko ci ludzie są czegoś warci, którzy w każdej okoliczności życiowej potrafią zachować swoje własne oblicze i prosto a odważnie patrzeć w oczy ludzkie czy to przyjazne, czy wrogie. Wśród wychowańców naszego liceum, zajmujących często wybitne stanowiska, mamy chyba najbardziej znikomą liczbę karierowiczów, którzy zmieniają swoje przekonania według kierunku wiatru.

Po przemówieniu przystąpiono do wydawania dyplomów. Tradycyjnie wywoływano na początku nazwiska absolwentów nagrodzonych medalami, a następnie według liter alfabetu. Pierwsze padło nazwisko naszego prymusa i ogólnego ulubieńca szkoły Piotra Wołkońskiego. Drugie było moim nazwiskiem. Poczułem ogromną satysfakcję i z dumą spojrzałem w kierunku moich rodziców.

Dyrektor wręczył mi dyplom i safianowe pudełko z wielkim srebrnym medalem. Z powinszowaniem podał mi rękę na pożegnanie.

Zachęcony tym sukcesem utwierdziłem się w postanowieniu, by opuścić Petersburg i udać się na studia do Rygi, do sławnej w owym czasie Politechniki Ryskiej.

Pewnego wrześniowego dnia roku 1895 znalazłem się w wielkim hallu Politechniki Ryskiej.

Tego dnia w hallu politechniki było tłumnie i gwarno. Studenci zjeżdżali się z wakacji letnich i załatwiano różne sprawy związane z rozpoczęciem roku akademickiego.

Z ciekawością przyglądałem się życiu uniwersyteckiemu, tak różnemu od atmosfery liceum i od urzędniczo sztywnego rygoru zakładów naukowych Petersburga.

Wśród tłumu młodzieży studenckiej przewijały się barwne czapeczki korporacji, a więc zielone - Bałtyki, niebieskie - Rubonii, szafirowe - Concordii, wreszcie ciemnogranatowe z biało-zieloną obwódką - Arkonii.

Mimo spóźnionego terminu matrykulacji zostałem przyjęty na wydział inżynierii rolnej i po załatwieniu wstępnych formalności stawiłem się u dziekana fakultetu, starego profesora Thomasa, a potem kolejno u profesora Schindlera, wykładającego hodowlę roślin i botanikę, u profesora Bischoffa, chemika, profesora Dossa, mineraloga i geologa, profesora Kirsteina, wykładającego budownictwo, i wreszcie u profesora Bohla, matematyka. Wymaganym było uzyskanie podpisu profesorów, wykładających na pierwszym roku, w tak zwanym testirheft.

Profesor Bohl zadał mi pytanie:

- Czy zamierza Pan wstąpić do którejś z korporacji?

Wieczorem udałem się więc na kolację do restauracji Romkeller mieszczącej się w suterenach Hotelu Rzymskiego. Zbierali się tam studenci różnych korporacji.

Zauważyłem, że każda z korporacji miała swój stół. Usiadłem w pobliżu polskiej Arkonii, gdzie mówiono głośno po polsku, co było tak rzadkie w Rosji.

Nagle usłyszałem swoje nazwisko. Jeden ze studentów podszedł do mnie i przywitał mnie przyjacielsko. Był to Michał Wereszczaka z Gutowszczyzny, z ziemi nowogródzkiej, który kiedyś spędził wakacje w Syłgudyszkach.

Mik Wereszczaka polecił mnie do Arkonii i pokierował moimi pierwszymi krokami na politechnice. Niedługo potem znalazłem się w środowisku korporacyjnym, ubrany już w czarną, fuksowską czapeczkę ze srebrnym inicjałem Arkonii.

Studia w Rydze cieszyły się popularnością wśród młodzieży polskiej ze względu na brak rusyfikacji, tak silnej na innych uczelniach cesarstwa. W Rydze można było spotkać studentów polskich ze wszystkich dzielnic dawniejszej Rzeczypospolitej: z szerokiej Ukrainy, z Białorusi, Żmudzi, z Królestwa, jak również z dalekiej Rosji, z Petersburga, Moskwy. Każdy wnosił ze sobą zwyczaje, tradycje rodzinne, odrębność mowy, naleciałości tej lub innej szkoły, w której odbierał średnie wykształcenie.

Trudnym zadaniem Arkonii było zebrać ten konglomerat cech w jedną całość, scementować pojęciowo, natchnąć jedną ideą przewodnią, skorygować i naprawić braki wychowania, aby stworzyć przyszłego, pożytecznego członka tej korporacji.

Wiceprezes Arkonii, książę Seweryn Czetwertyński, wziął mnie pod rękę i, chodząc po sali, wyjaśniał cele i ideały stowarzyszenia. Odczytał mi rotę przysięgi arkońskiej, a na koniec podał mi rękę na znak, bym dochował mych zobowiązań, na razie jako fuks, czyli kandydat.

Ustrój akademicki na dwóch wyższych uczelniach nadbałtyckich, w Rydze i Dorpacie, różnił się wyraźnie od rosyjskich uniwersytetów i specjalnych wyższych zakładów. Obie te uczelnie zachowały status uniwersytetów zachodnich, z senatem uniwersyteckim, z sądem akademickim, z szeregiem pewnych swobód życia studenckiego, wreszcie z możliwością grupowania się wychowańców w korporacjach oficjalnie zatwierdzonych i uznawanych przez władze administracyjne.

Studenteria ryska i dorpacka dzieliła się na dwa różne, a niemające ze sobą nic wspólnego odłamy: na korporantów i "wilderów", czyli dzikich. Korporacje grupowały młodzież o kulturze zachodniej, z tradycjami, przynależną do wspólnej sfery towarzyskiej. Zrzeszały studentów o pochodzeniu nierosyjskim, których łączył pewien instynkt samozachowawczy przed wschodnim nihilizmem i skrajnym, moskiewskim nacjonalizmem. Większość korporacji zrzeszała studentów pochodzenia niemieckiego, należących do starego mieszczaństwa ryskiego lub szlachty bałtyckiej.

Szlachta bałtycka była na ogół usposobiona bardzo przychylnie do Polaków. Wiele rodzin kurlandzkich spokrewniło się z sąsiednią szlachtą polską ze Żmudzi i z Inflant. Wielu dawnych rycerzy mieczowych, osiadłych w granicach Rzeczypospolitej, spolszczyło się całkowicie, o czym przekonałem się w Arkonii, stykając się ze studentami polskimi o takich nazwiskach jak: hrabia Broel-Plater, hrabia Plater-Zyberg, baron Romer, baron Manteuffel-Zoege, graf Mohl, graf Borch, baron Holstinghausen-Holsten, baron Weyssenhoff, baron Korf, baron Ropp, których herby rodowe upiększały ściany sal rycerskich w Rydze i Mitawie. Łączył nas ze szlachtą bałtycką wspólny wróg w postaci moskiewskiego rusyfikatora.

Druga grupa studentów składała się z napływowych i obcych atmosferze Rygi żywiołów rosyjsko-żydowskich o charakterze radykalnym - czy to skrajnie prawicowym, czy to skrajnie lewicowym. Wśród tej grupy był liczny zespół tak zwanych seminarzystów, którzy po ukończeniu prawosławnego seminarium duchownego zrezygnowali z kariery kapłańskiej i korzystając z niektórych ułatwień, napłynęli tłumnie na Politechnikę Ryską. Był to element dla mnie szczególnie wstrętny, w którym, co niepojęte dla mojego polsko-szkockiego wychowania, łączył się nihilizm ze skrajnym, rosyjskim szowinizmem, nietolerujący niczego, co nie miało znamienia rosyjskiej i prawosławnej kultury. Wydawało mi się, że w ich seminariach na pierwszym miejscu uczono nietolerancji.

Większość wilderów składała się z ludzi, którzy nie nadawali się do zbiorowego życia korporacyjnego, nie znosili dyscypliny i rygoru charakterystycznego dla ustroju korporacji. Jedynym poniekąd kulturalnym elementem wśród tej - jak mi się wydawało - dziczy byli Żydzi, którzy grupowali się w kole semickim zwanym z ruska Krużok, obsadzonym głównie przez studentów wydziału chemicznego.

Jedyna korporacja rosyjska, Arktyka, o barwach: czarnej, złotej i czerwonej, składała się z mieszaniny różnych elementów reakcyjnych i była nieudolną kopią zewnętrznych cech niemieckiego burszenszaftu. Czapeczki Arktyki dziwnie nie pasowały do rosyjskich głów, dając efekt nieudolnej karykatury ich niemieckich idoli.

Pomiędzy polską Arkonią a rosyjską Arktyką istniała daleko posunięta niechęć, która z biegiem czasu zmieniła się w nienawiść.

Tak więc środowisko korporantów i środowisko wilderów egzystowały obok siebie, nie łącząc się, a nawet nie komunikując się wzajemnie.

Korporanci, jak zauważyłem, patrzyli na wilderów z nietajoną pogardą, szczególnie gdy za moich czasów na spokojnej dotąd uczelni zaczęły się strajki i zamieszki studenckie wzniecane przez Rosjan i Żydów domagających się skasowania swobód akademickich, zamknięcia korporacji i wprowadzenia mundurów oraz języka rosyjskiego jako obowiązującego.

W pojęciu korporanta słowo wilder było symbolem wewnętrznego i zewnętrznego upadku, symbolem niższości, złego wychowania, nietolerancji i chamstwa, a wreszcie bezczelności, z którą ten element chciał narzucać swoje bezprawie i swoje poglądy.

Wilderzy nie uznawali ani sądu akademickiego, ani honorowego załatwiania spraw, a senat uniwersytecki nieraz stawał bezradnie wobec zachowania tych "panów".

W lutym udałem się jak zwykle do laboratorium, gdzie pracowałem nad wykańczaniem ostatniej analizy jakościowej. Ku memu zdziwieniu ujrzałem przed gmachem politechniki tłum studentów wilderów, a nad ich głowami górował Rosjanin o typowo nadwołżańskiej twarzy z nieco skośnymi oczyma. Był rozczochrany i w niechlujnie narzuconym na ramiona palcie. Zamiast krawatu i kołnierzyka wyzierała czerwona rubacha z wyszywanym, stojącym kołnierzem.

Nie mogłem dosłyszeć mówcy, widziałem, że gestykulował zawzięcie.

Przepychając się, spotkałem znajomego mi z laboratorium Żyda z wydziału chemii i spytałem o przyczynę tego skupiska.

- To wy nie słyszeli? - odpowiedział ze zdziwieniem. - Komitet wykonawczy russkoj progriessiwnoj mołodioży objawił wsieobszczuju zabastowku (strajk generalny) w institutie.

- Jakie są powody tego strajku? - spytałem.

- My chcemy wprowadzenia tych samych praw, co we wszystkich politechnicznych instytutach Imperium oraz uniformu i rosyjskiego języka - wyjaśnił.

Zdenerwowałem się, przyjechałem specjalnie do Rygi cieszyć się jej wolnością, a nie urzędniczym reżimem i rusyfikacją panującą na rosyjskich uczelniach.

- Kim są ci, co uzurpują sobie prawa gospodarzy tego instytutu i decydowania za innych? - warknąłem gniewnie. - Czy i wy także do nich należycie?

Żyd poczerwieniał.

- Ja właściwie nie przyjmuję aktiwnogo uczastija - zaczął się wycofywać. - Ja tylko jestem simpatik i nabludatiel (obserwator).

Wzruszyłem ramionami i skierowałem się ku drzwiom wejściowym, z trudem torując sobie łokciami drogę. Usłyszałem z tłumu kilka obraźliwych uwag skierowanych do mnie. Starałem się zachować spokój i nie zwracać na to uwagi. W pobliżu drzwi znalazłem się wśród grupy korporantów chcących również dostać się do wnętrza. Niestety, drzwi wejściowe były zamknięte, a na nich przybito wielki, papierowy afisz z napisem: "Wsieobszczaja studienczeskaja zabastowka - Ispołnitielnyj Komitiet" (Studencki strajk generalny - Komitet Wykonawczy). Stałem przez chwilę bezradnie, a potem ujrzałem przedzierającego się przez tłum w naszą stronę mojego przyjaciela Hoyningen-Huenego z korporacji Bałtyka.

- Was will diese Kanalie? (Czego chcą te kanalie?) - spytał głośno i, nie czekając, zdarł z drzwi ogłoszenie, rzucił je na ziemię i podeptał nogami.

Był to krok nierozważny. Znaleźliśmy się w kilkunastu wśród rozagitowanego tłumu składającego się wyłącznie z Rosjan i Żydów. Zaczęły się odzywać pojedyncze głosy:

- Dołoj korporantow! (Precz z korporantami!) - tu i ówdzie pokazały się wzniesione pięści. Tłum wilderów coraz silniej naciskał na naszą nieliczną grupę. Nagle tłum się uspokoił i nastała cisza. Ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy wśród morza głów wyniosłą postać Szymona Meysztowicza. Stał na ławce ogrodowej i dawał znak ręką, że chce przemówić.

- Eto polskij korporant - rozległy się nieprzyjazne okrzyki, ale potem i pojedyncze głosy: - Wysłuszajem, czego on choczet.

- Panowie - przemówił donośnym, ale początkowo zdenerwowanym głosem Meysztowicz. - Znaleźliśmy politechnikę zamkniętą i wywieszone na drzwiach ogłoszenie o powszechnym strajku, podpisane przez jakiś anonimowy komitet wykonawczy. To postanowienie sprzeciwia się wolności studenckiej, jest narzucone przez organizacje nielegalne, bez porozumienia z nami, bez aprobaty wszystkich studentów - przemawiał teraz spokojnie, był dobrym mówcą.

- Panowie, nie jesteście w Rydze gospodarzami, a tylko gośćmi, zachowanie wasze przeczy zasadom dobrego wychowania i prawdziwego parlamentaryzmu. Nie jestem wcale ciekaw, o co panom chodzi - głos jego stał się stanowczy - ale oświadczam, że my przyjechaliśmy tutaj dla nauki, a nie dla waszych agitacji politycznych i plugawienia przez was uczelni, która was tak gościnnie przyjęła i w której korzystacie ze wszelkich swobód osobistych.

- Oświadczamy - mówił dalej twardo - że nie przyjmiemy udziału w waszym nielegalnym akcie, że będziemy nadal kontynuować nasze studia, a wy możecie robić, co się wam podoba pod warunkiem, że nie będziecie włazić nam w drogę, a od naszej uczelni ruki dołoj, panowie - dokończył z pogardą.

Wśród wilderów zawrzało. Miejsce Meysztowicza zajął jakiś krzykliwy jegomość, wygrażając pięścią w naszą stronę.

- Dołoj baronow, dołoj pomieszczikow! - krzyczał tłum.

W atmosferze czuć było zbliżającą się bójkę, trzymaliśmy nasze laski w pogotowiu. Na szczęście ujrzeliśmy kilkadziesiąt barwnych czapeczek zbliżających się w naszą stronę.

- Burschen heraus! - zawołał jeden z Bałtów.

Na czele odsieczy zobaczyłem krępą postać Totka Radziwiłła w towarzystwie znanych również ze swojej siły: von Bahrlöwena, studenta z Bałtyki, i Andrzeja Bower de St Clair, spolonizowanego Szkota, członka naszej Arkonii.

Na widok tych trzech, znanych wśród studentów siłaczy, tłum się rozstąpił.

- Towariszczi - zawołał jakiś piskliwy głos - eto izwiestnyje siłaczi profesjonały.

Po czym wilderzy zaczęli się rozchodzić, a tylko główny ich agitator wykrzykiwał jeszcze w naszą stronę:

- My protestujemy, ale wobec waszej przemocy tym razem, tylko tym razem, rozchodzimy się w pokojowy sposób.

Tegoż dnia konwent seniorów odbył naradę z senatem politechniki. Zadecydowano, że studenci przeciwni strajkowi podpiszą deklarację, otrzymają specjalne przepustki do gmachu politechniki, a dla innych uczelnia będzie zamknięta.

Przez kilka dni zapanował względny spokój, mogliśmy bez przeszkody pracować i uczęszczać na wykłady. Stosunki między nami a grupą wilderów stawały się jednak coraz gorsze.

Nie atakowano nas otwarcie, ale znajdowaliśmy z rana laboratorium zapowietrzone wyziewami siarkowodoru lub otwarte kurki z gazem. W kreślarni zalano tuszem kilka wykończonych rysunków, na wykładach wybuchały petardy. Były również przypadki napadów na pojedynczych korporantów, te jednak odwzajemnialiśmy biciem wilderów.

Czułem się dobrze na studiach w Rydze i lubiłem to miasto.

Atmosfera Rygi szczególnie sprzyjała życiu akademickiemu. Było to miasto prowincjonalne, żyjące spokojnym, statecznym życiem, pełne swoistego uroku, pełne tradycji płynącej z pokrytych pleśnią starych, hanzeatyckich murów, z jej gotyckich tumów o strzelistych wieżycach, z szerokich kwiecistych parków i bulwarów, wreszcie z majestatycznej Dźwiny płynącej szerokim korytem ku morzu.

Wszyscy się tutaj wzajemnie znali, a barwna czapeczka korporacyjna otwierała drzwi do prywatnych domów poważnych rodzin ryskiego mieszczaństwa lub bałtyckiego ziemiaństwa.

Nie było w Rydze wyraźnej linii demarkacyjnej pomiędzy wsią a miastem. Żyło się tutaj życiem półwiejskim, a kwatera Arkonii z tradycyjnym służącym, Żmudzinem Wincentym, przypominała swoim urządzeniem wnętrze dworu wiejskiego.

Uczyłem się dużo. Miałem przed sobą poważne egzaminy z chemii nieorganicznej, geometrii wykreślnej, z geologii i mineralogii, a sam upodobania miałem raczej humanistyczne.

Wyższą matematykę udało mi się jednak zaliczyć z niespodziewanie dobrym rezultatem tuż przed świętami wielkanocnymi. Dało mi to dużo pewności siebie, ale nadal siedziałem nad książką do późnego wieczora.

Ojciec mój, na ogół pełen wyrozumiałości dla różnych drobnych grzeszków studenckich, był bardzo wymagający, gdy chodziło o naukę. Dreszcz mnie przechodził na myśl, jakie spotkałoby mnie przyjęcie w domu, gdybym pozostał na rok następny na tym samym kursie.

Profesor Bischoff, znakomity chemik o światowej sławie, był szczególnie zawzięty na "agronomów" i nie uznawał stopni pośrednich. W jego pojęciu były tylko dwie drogi: albo znajomość przedmiotu i wtedy stawiał piątkę, albo uważał, że student nie ma pojęcia o chemii i z całym spokojem stawiał jedynkę.

Największym postrachem był jednak profesor Kieseritzky wykładający geometrię wykreślną. Odznaczał się, jak zresztą wszyscy wykładowcy tego przedmiotu, nie tylko bujną wyobraźnią, której wymagał od swoich pupili, lecz i nieposkromionym temperamentem.

Wieczorami wychodziłem na miasto, aby odetchnąć świeżym powietrzem i dać odpoczynek mojej głowie pełnej formułek chemicznych, gnejsów, kwarców, wreszcie przeklętych przecięć stożka z kulą lub dwóch cylindrów o różnej średnicy.

Wałęsałem się nad brzegiem Dźwiny lub po wąskich uliczkach Starego Miasta.

Wieczory były na ogół ciche. Księżyc, na poły ukryty w chmurach, wyłaniał się chwilami, rzucając srebrne blaski na uśpione miasto. Zegar na wieży ryskiego tumu rytmicznie wybijał godziny.

Były jednak uliczki, na których ogarniał mnie dziwny niepokój, czułem za sobą prąd zimnego powietrza i ze strachem oglądałem się za siebie.

Którejś nocy, na uliczce prowadzącej do placu, na którym mieścił się Schwarzhäupter Haus10, z majaczącymi o zmroku rzeźbami czarnych głów, wyrosła przede mną wysoka postać jakiejś kobiety o dziwnie bladej twarzy, na poły zakrytej wielką, czarną chustą spływającą na ramiona.

Spojrzała na mnie wzrokiem tak przenikliwym, tak strasznym, i to patrząc mi prosto w oczy, że nie pytając, o co jej chodzi i czy coś ode mnie chce, zacząłem biec na oślep, błądząc w labiryncie wąskich, pustych ulic Starego Miasta.

Uspokoiłem się dopiero na oświetlonej i gwarnej Kalkstrasse.

Pod koniec maja otrzymałem od mojego ojca list, w którym polecił mi, bym po skończonych egzaminach stawił się na praktykę wakacyjną przy budowie naszej kolei, na odcinku Poniewież-Nowoświęciany i po przybyciu na miejsce niezwłocznie zameldował się u inżyniera Abramowa, naczelnika drugiego odcinka budowy.

Abramow wyznaczył mi zadanie zniwelowania profilu świeżo wytyczonej linii na przestrzeni dziesięciu wiorst, aż do jeziora Rubiki. Tam miałem się spotkać z niejakim Plechanowem, studentem Instytutu Dróg i Komunikacji z Petersburga, idącym z przeciwnego kierunku, by razem porównać rezultaty naszych prac.

Uprzedzono nas, że nie powinniśmy dopuścić do omyłki przekraczającej jedną dziesiątą sążnia.

Miałem dosyć wprawy w posługiwaniu się niwelatorem, gdyż nauczony przez ojca nieraz zastępowałem go przy niwelacji łąk w Syłgudyszkach, a po niedawnym egzaminie z geodezji i dwutygodniowej praktyce pod kierownictwem znanego pedanta i bardzo wymagającego profesora, Niemca, byłem całkowicie pewny siebie. Nie miałem natomiast żadnego pojęcia o kwalifikacjach fachowych mego partnera Plechanowa.

Za każdym przestawieniem niwelatora sprawdzałem instrument i przepisowo co kilkaset sążni pozostawiałem za sobą repery, czyli stałe punkty niwelacyjne.

Doszedłszy wraz z grupą robotników do wyznaczonego miejsca, siadłem na wyniosłym pagórku, wyczekując niecierpliwie pojawienia się na horyzoncie Plechanowa i jego grupy.

Tak przeszła godzina jedna, potem druga, nadchodził wieczór, a Plechanowa i jego ludzi ani śladu. Zrezygnowałem z dalszego czekania i udałem się na nocleg do sąsiedniej wsi.

Zasiadłem właśnie nad misą kwaśnego mleka i kartofli obficie okraszonych skwarkami, które tak lubię, gdy na progu izby stanął dziesiętnik mojej grupy robotników. Był to rodowity Litwin z okolic Owanty, stary i, jak zdążyłem zauważyć, doświadczony robotnik, który spędził całe życie przy budowach kolei.

Oznajmił mi, że na własną rękę wyszedł na spotkanie grupy Plechanowa, że widział się z nim i że Plechanow zapowiedział mu, że ze względu na trudny teren nie przypuszcza, aby ukończył swój odcinek przed upływem paru dni.

Zaprosiłem dziesiętnika do stołu i podzieliłem się jedzeniem. Po skończeniu kolacji siedliśmy na przyzbie. Skręciliśmy w ręku papierosy z machorki zwane na Litwie "bankrutki" i paląc, zaczęliśmy medytować nad tym, co dalej począć.

- Jak idzie robota w tamtej partii? - spytałem.

- Prawda powiedzieć, to słyszałem jakoby obojętnie. Pytałem się tamtego dziesiętnika Kuryłę, czy pozostawili repery. Tak gada, że żadnych reperów nie byli zostawiwszy. Po mojemu, to u nich gdzie wyjemka, to wyszedł nasyp, a gdzie nasyp, to wyjemka. Sam Kuryło, jak spytałem, to tylko plunął, machnął ręką i zamilczał... Jak ten mówił, wychodzi "ni pipka, ni rybka"... Będzie nasz Abramow łajać się, aż w niebie musić będzie słychać.

- To i nam się dostanie? - spytałem.

- Wiadomo, że i nam wleci. Za jednego durnia wszystkim trzeba cierpieć, a do tego przyjdzie się na nowo niwelirówkę robić - machnął ręką i po chwili dodał ze złością: - Z Ruskimi tak zawsze, rusyfikować i w cudze wchodzić to umieją, ale do porządnej roboty, a nie do pyskowania, to pożal się Boże. Nie na darmo pan generał do roboty ich nie chce przyjmować.

- A inżynier Abramow? - spytałem.

- A... a... Abramow? On inny, on Sybirak, a matka jego Polaczka.

Następnego dnia, wczesnym rankiem, wynajęliśmy we wsi furmankę, by udać się do odległego o kilkanaście wiorst miasteczka Onikszty, gdzie mieściła się kancelaria naczelnika drugiego dystansu.

Inżynier Abramow, olbrzym o jasnych oczach, obfitej brodzie i złotym sercu, znany był ze swego rubasznego obejścia, a gdy wpadł w gniew, nie przebierał w doborze słów.

Zdziwił się na mój widok i spytał o Plechanowa.

- Dziesiętnik go widział. Podobno ma ukończyć swój odcinek za parę dni - odpowiedziałem.

- To na razie będziecie dozorować zabijanie pali pod budowę mostu na rzece Świętej, a jak Plechanow będzie gotowy, to was ściągnę - rozkazał ponuro.

Jakoż po dwóch dniach w towarzystwie naczelnika wyjechałem na spotkanie Plechanowa.

Zastaliśmy go w oznaczonym miejscu. Po wzajemnym przywitaniu i wyjaśnieniach Plechanowa o przyczynie opóźnienia, których Abramow wysłuchał nachmurzony, wyjęliśmy nasze notatniki niwelacyjne, aby sprawdzić wyniki pomiarów. Oniemiałem z przerażenia. Omyłka nie tylko przekraczała jedną dziesiątą sążnia, ale wybiegła znacznie ponad półtora sążnia.

- No, dajcie mi wasze notatniki - rzekł inżynier Abramow.

Zapanowała cisza. Twarz naczelnika poczerwieniała.

- Pieriejasławski - rzekł, hamując gniew - czy pan pozostawił repery?

Skinąłem potakująco głową.

- No a wy, Plechanow? - Nastąpiło milczenie.

- Tfu - splunął. - Po prawdzie ja w życiu takiej niwelirówki nie widział... różnica na dwudziestu wiorstach półtora sążnia, czort znajet... albo Polak nagrieszył, albo tipiczny ruski serwis... czort znajet... - A po chwili ciszy dodał już spokojniej: - Jak u Kryłowa: Lebied, Rak i Szczuka, jeden lezie do dołu, drugi leci do obłokow. Trzeba na nowo wszystko sprawdzać, a potom uwidim, kto praw, kto winowat. Strata wriemia i durdom (dom wariatów) z takimi praktykantami.

- Pieriejasławski - rozkazał gniewnie po chwili milczenia - jutro rano do Traszkun na obliczenie robót ziemnych, a wy, Plechanow, do wsi Grybele na wytyczanie krzywej.

Staliśmy z Plechanowem w milczeniu, spoglądając jeden na drugiego z nieukrywaną niechęcią.

Mój dziesiętnik, przysłuchujący się z uwagą całej rozmowie, podszedł potem do mnie i szepnął:

- U nas wszystko w porządku, niech pan nie bieduje. Repery mamy, niech sprawdzają, nawet przy drugiej niwelirówce stołka nie mogą nam podstawić.

Rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę.

Po paru tygodniach wezwano nas do naczelnika dystansu.

- Nu, tak u was, Pieriejasławski, toczka w toczku, a wy, Plechanow, choć wy i putiejec, a nie agronom, tak wstyd gadać, gospodin inżynier, ot wam by lepiej z babami kapustę w ogrodzie sadzić.

Biedny Plechanow zbladł. Nie było mi go jednak żal, ze względu na poprzednią jego arogancję. Przykro mi tylko było patrzeć na człowieka pozbawionego zdolności do wykonywanej przez siebie pracy. Czułem jego bezsilność.

Na dobitek, wkrótce wynikła nowa komplikacja związana z wytyczeniem zakrętu kolejowego pod wsią Grybele. Co tam było, nie mogłem się dokładnie dowiedzieć, ale legenda o "krzywej grybelskiej" rozeszła się głośnym echem po całej okolicy. Wiedział o tym i miejscowy asesor, i proboszcz w Ucianie, i sąsiedzi. Grybele dostały się na języki całej parafii uciańskiej i sąsiedniej wiżuńskiej. Za każdym razem, gdy jechałem koleją w stronę Poniewieża, to konduktorzy, autochtoni z Nadbałtyki, uważali za swój obowiązek przypomnieć to sławne miejsce:

- Tak znaczysia, w tym miejscu ruski inżynier "rozbijał krzywe".

Na początku 1898 roku wybuchły na nowo strajki studenckie na Politechnice Ryskiej.

Senat uniwersytecki postanowił zawiesić wykłady i zamknąć politechnikę na czas nieograniczony, czyniąc jedynie wyjątek dla dyplomantów kończących swoje prace.

Do Rygi nadjechali delegaci Polonii dorpackiej i Bratniej Pomocy Akademii Rolniczej w Puławach. Na obu tych uczelniach również doszło do poważnych starć pomiędzy większością studencką a napływowym elementem rosyjskim.

Zredagowano wspólną odezwę, w której my, Polacy, bez ogródek napiętnowaliśmy zachowanie studenterii rosyjskiej w tych zakładach, wytykając jej zachłanność nacjonalistyczną, brak poszanowania cudzego zdania i zwyczajne chamstwo w postępowaniu.

Nie było już potem celu pozostawać nadal w Rydze. Otrzymałem od ojca list, w którym radził mi, abym pojechał na karnawał do Wilna, a następnie udał się do Petersburga i odbył jednoroczną służbę wojskową.

Do Wilna wyjechałem w gronie kilku kolegów. Trafiliśmy na okres największego ożywienia towarzyskiego poprzedzającego zwykle koniec karnawału.

Było już przedwiośnie. Ranki były mroźne, ale za dnia Wilno pławiło się w słońcu, śniegi topniały. Na tle błękitu nieba czerwieniały dachy kościołów, odcinały się wyraźnie zarysy Góry Zamkowej i barokowe wieżyce świątyń.

Zjazd ziemiaństwa był tego roku liczny. Zjeżdżano całym dworem, z liczną służbą, końmi i karetami. Składaliśmy wizyty i wieczorami chodziliśmy z balu na bal. Nad ranem wracaliśmy do hotelu George'a, aby się przespać, trafić na obiad i w międzyczasie zajrzeć na ślizgawkę.

W owym karnawale było wiele prawdziwie pięknych panien, a wśród nich urodą wyróżniała się Nina Wereszczakówna, siostra mego przyjaciela Mika.

Po paru tygodniach takiego życia byłem tak zmęczony, że wpadłem na kilka dni do Syłgudyszek, aby się przespać, uspokoić i posiedzieć z książką w ręku, w dobrze nagrzanym pokoju.

Pogoda się popsuła, nastały śnieżyce, ociągałem się z wyjazdem z domu, w którym było mi tak cicho, dobrze i przytulnie.

W końcu wyjechałem, trafiając po drodze na zaspy śnieżne, i ledwie zdążyłem do Nowoświęcian na wieczorny kurier do Petersburga.

Był mroźny, słoneczny poranek marcowy, gdy w drugim szwadronie Pułku Konnych Grenadierów Gwardii wyjechałem stępa na plac ćwiczeń przed koszarami w Peterhofie.

Rozległy się słowa komendy, zastukały kopyta końskie o twardą, zmarzniętą ziemię i kara linia końska rozwinęła się długim frontem.

W płaszczu żołnierskim, z oznaką jednoroczniaka na naramiennikach i ciężką szablą przy boku siedziałem na siodle, mając pod sobą olbrzymią, narowistą, karą szkapę.

Jako jedyny syn nie byłem obowiązany do służby wojskowej, uległem jednak woli ojca, który uważał, że jeżeli nie przejdę przez dyscyplinę wojskową, to później nie nadrobię już tego w życiu cywilnym i nie będę potrafił utrzymywać siebie i innych w karbach dyscypliny życiowej.

Dzięki rekomendacji barona Pilara spod Parnawy, przyjaciela mojego ojca, przyjęto mnie do Pułku Konnych Grenadierów Gwardii. Był to najskromniejszy, ale najbardziej zdyscyplinowany i bojowy pułk z Drugiej Dywizji Kawalerii Gwardyjskiej.

Korpus oficerski składał się wyłącznie z ziemiaństwa bałtyckiego. Towarzystwo było dobrze wychowane, spokojne, zgrane. Nie było ani hulatyki, ani kart, ani pijaństwa, które niejednego z młodych ludzi służących w gwardii doprowadziły do ruiny.

Pułkiem dowodził baron Pilar von Pilchau, brat wspomnianego przyjaciela ojca. Był to oficer surowy, wymagający dużo od siebie i swoich podwładnych, ale jednocześnie człowiek dobry, uczynny i gentleman. Od oficerów i jednoroczniaków wymagał sumienności, dobrego wychowania, nie tolerował poufałości w stosunkach, a za najmniejszy objaw chamstwa bez miłosierdzia wyrzucał z pułku.

Znałem ten pułk z tradycji i opowieści mojego krewnego, Józefa Jagmina, właściciela majątku Rauby pod Radziwiliszkami na Żmudzi. Wuj Józef w młodości służył w tym pułku i podał się do dymisji w randze rotmistrza.

Ucieszyłem się bardzo, gdy wśród jednoroczniaków dostrzegłem znajome twarze: Mohrenschilda, Hoyningen-Huenego i Korffa, moich kolegów z politechniki, członków korporacji Bałtyka.

Wśród grenadierów i podoficerów było zaledwie kilku Rosjan, przeważali Łotysze, Litwini, było kilku Polaków i Ukraińców. Wszyscy okazałego wzrostu, wymusztrowani, czerwoni na twarzy, w dobrze po gwardyjsku skrojonych mundurach i płaszczach, a gdy w swych czarnych, lakierowanych hełmach dosiedli koni, to przypominały mi się obrazy najlepszych batalistów.

Po dwóch tygodniach pobytu w koszarach otrzymałem wraz z innymi jednoroczniakami pozwolenie mieszkania na mieście i stołowania się w kasynie oficerskim.

Moim najbliższym zwierzchnikiem był wąsaty, szpakowaty wachmistrz z licznymi szewronami na rękawach. Nazywał się Semen Gajduk, pochodził z Podola, gdzieś z okolic Starokonstantynowa, które często wspominał. Był to typowy wachmistrz dawnego chowu, przesłużył w pułku kilkanaście lat, zżył się z pułkiem jak z najbliższą rodziną, a regulamin znał jak Ojcze Nasz.

Szwadronem dowodził Kurlandczyk, baron von der Recke, ziemianin spod Mitawy.

Każdy z nas miał przydzielonego ordynansa. Na moją prośbę wyszukano mi Litwina. Był to syn gospodarski ze wsi Szaraki, z sąsiedniej dla Kukuciszek parafii tawrogińskiej.

Czas przechodził szybko. Pułk nasz wystąpił na letni kwaterunek w Krasnym Siole i w Duderhofie. Widziałem wspaniałe, jak na obrazach, ruchy kawalerii, asystowałem w sławnej szarży Zorza w Krasnym Siole i w galopach "naprawlenije na kazarmy" (kierunek - koszary) w Duderhofie.

Nadeszła jesień, egzaminy na chorążego, powrót do Rygi.

Kilka miesięcy służby wojskowej pozostało mi jako jedno z najmilszych wspomnień w życiu, a przez długie tygodnie, już na wykładach w Rydze, wciąż brzmiała mi w uszach pobudka poranna, brzęk ostróg i tupot kopyt końskich. Pozostała mi wreszcie niechęć do ludzi niechlujnych, niepodciągniętych życiowo, nieumiejących trzymać fasonu.

Wojsko zmienia.

Jako student czwartego kursu, po zakończeniu trzech kursów i zdaniu wszystkich egzaminów oraz zaliczeniu ćwiczeń w laboratoriach i kreślarniach, spędziłem ostatni rok na farmie rolniczej Peterhof pod Rygą.

Oprócz praktyki rolnej, słuchałem tam wykładów rolniczych i korzystałem z laboratorium dla wykończenia mojej pracy dyplomowej. Postawiłem bowiem na swoim i w ciągu semestru odrobiłem wszystkie zaległości spowodowane strajkami i służbą wojskową. Zostałem dopuszczony do pracy dyplomowej.

Wyjechałem do Peterhofu po balu Arkonii w drugiej połowie lutego.

Dyrektorem farmy i stacji doświadczalnej był profesor doktor von Knieriem, znany autorytet w dziedzinie hodowli bydła. Do pomocy miał profesora Stahl-Schrödera, filistra korporacji Bałtyka, i doktora Bursiana, Łotysza z pochodzenia.

Mieszkaliśmy w oficynie, w której na parterze mieściły się laboratoria i sale wykładowe, na piętrze zaś pokoje studenckie.

Z mego okna widać było płaski krajobraz zamknięty wokoło ciemną linią lasów. Olbrzymie bory rządowe ciągnęły się setkami wiorst, aż hen ku miasteczkom Bausk i Iłłukszta. Pełno w nich było zwierzyny i ptactwa, szczególnie łosi i głuszców. Znane były również wiosenne ciągi słonek w olszynach i brzozowych zagajnikach leżących pomiędzy Rygą a Mitawą.

Stosunki z domem profesora były serdeczne, czuliśmy się jak w rodzinie, stołowaliśmy się wszyscy u pani profesorowej, a Marychen, córka profesora, która wydawała mi się nieskończenie piękna, była moją stałą partnerką w tenisie.

Nasza grupa dyplomantów była nieliczna. W większej części byli to ziemianie nadbałtyccy. Nas, Polaków, było czterech. Było też wśród nas dwóch wyjątkowo przyzwoitych Rosjan: Szyszkow, syn marszałka szlachty guberni tambowskiej, i Glinka, z guberni smoleńskiej, syn znanego liberała i działacza ziemstw.

Oprócz zwykłych zajęć musieliśmy po kolei dyżurować w różnych działach gospodarstwa. Do najmniej przyjemnych należały dyżury w oborze, bo już o piątej rano trzeba było być przy udoju. Spóźnić się nie było można. Wyrozumiały i ludzki zazwyczaj profesor Knieriem był niezwykle uczulony na punkcie punktualności i trzykrotne spóźnienie się na dyżur groziło wydaleniem z majątku.

Tematem mojej pracy dyplomowej była uprawa i nawożenie łąk. Nie musiałem więc spędzać długich godzin w oborach lub stajniach, lecz na świeżym powietrzu, wśród wilgotnych łąk poprzecinanych rzekami.

W jednej z takich rzek, niedaleko zabudowań majątku, kąpaliśmy się popołudniami, zabierając ze sobą zazwyczaj jeden z wierzchowców, aby przy sposobności popławić konia w bieżącej wodzie.

Pewnej soboty, a były to urodziny profesora, pozostawiłem konia na łące i wypłynąłem w kierunku młyna. Będąc na środku rzeki, usłyszałem z brzegu wołanie i tętent kopyt końskich. To mój kolega, chcąc mi zrobić niespodziankę, wskoczył na oklep na konia i kłusował po łące, kierując szenklami. Nie miał na sobie dosłownie nic. Zacząłem do niego krzyczeć dla żartu, że zaraz przyjdą tutaj dziewczyny. Koń musiał się widocznie wystraszyć mojego wołania lub leżących na trawie kolorowych ręczników, bo zawróciwszy, pognał wyciągniętym galopem w stronę stajni, unosząc na sobie bezradnego, nagiego jeźdźca.

Potem usłyszałem z daleka pisk głosów niewieścich i tubalne wołania panów. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności droga do stajni wiodła tuż koło domu profesora, gdzie zebrali się już goście: panowie, z miejscowym pastorem na czele, w długich, czarnych surdutach oraz barwne grono podlotków w letnich, kolorowych sukienkach. Na werandzie powstało zamieszanie. Raptem coś różowego oderwało się od konia, zatoczyło krąg w powietrzu i zrulowało na ziemię. W chwilę potem, utarzana w pyle, niewiadomego koloru postać biegła rozpaczliwie w moją stronę. Moim nagim kolegą był Edward hrabia O'Rourke, późniejszy biskup gdański.

Żal mi było wyjeżdżać z Peterhofu, ale bryczka stała już gotowa do drogi. Pożegnałem profesora Knieriema i jego rodzinę, pożegnałem Marychen, pożegnałem asystentów i służbę folwarczną, obszedłem wszystkie kąty. Po raz ostatni patrzyłem na znajomy płaski krajobraz z ciemnym pasmem lasu na horyzoncie i z czerwieniącą w dali, wśród drzew, wieżyczką kościoła. Trzeba się było śpieszyć na kolej.

Przed tygodniem obroniłem pracę dyplomową i zdałem dyplomowy egzamin. Z jednej strony byłem szczęśliwy, że mam tytuł inżyniera agronoma, że mam drugi zawód. Z drugiej zaś strony żal mi było lat akademickich, końca młodości, który zaskoczył mnie tak nagle.

Na dworzec, bez uprzedzenia, przyszedł profesor i koledzy, by uścisnąć mi rękę. Pociąg ruszył. Wtoczył się na most kolejowy. Był wieczór, zamajaczyły w dole szare fale Dźwiny. Potem zarysowały się kontury wieżyc kościelnych, szare mury miasta.

Opuszczałem Rygę.

Rodzicami Autora byli: książę Bolesław Pieriejasławski-Jałowiecki (ur. w 1843 r.), syn Antoniego i Anny z Burych, oraz Aniela Tekla z Witkiewiczów; miał dwie siostry: starszą od siebie Jadwigę, czyli Adę (ur. w 1875 r.), i młodszą Anielę (ur. w 1885 r.) (przyp. MZ). [wróć]

Oboczności nazw podane w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji. [wróć]

Aleksander II Romanow, ur. w 1818 r., cesarz Rosji od 1855 r., zginął 13 marca (1 marca starego stylu) 1881 r., zabity przez zamachowca z rosyjskiej organizacji Narodna Wola (przyp. MZ). [wróć]

Opis Autora częściowo odbiega od faktów. Wydarzenia ("rzeź kroska") miały miejsce w listopadzie 1893 r., a konflikt dotyczył kościoła przy klasztorze sióstr benedyktynek, niedawno skasowanym przez władze rosyjskie (przyp. MZ). [wróć]

Aleksander III Romanow, ur. w 1845 r., cesarz Rosji od 1881 r., zmarł 1 listopada (20 października starego stylu) 1894 r. (przyp. MZ). [wróć]

Wilhelm II Hohenzollern (1859-1941), cesarz niemiecki i król pruski w l. 1888-1918 (przyp. MZ). [wróć]

Pozory mużyckie (z ros. "mużyk" - chłop) - tu w znaczeniu: swojskie, pospolite (przyp. AG). [wróć]

Księżna Alicja (Alix), ur. w 1872 r., po przejściu na prawosławie i ślubie z Mikołajem II w 1894 r. - cesarzowa Aleksandra Fiodorowna; wraz z mężem i dziećmi zamordowana przez bolszewików w 1918 r. (przyp. MZ). [wróć]

Właśc. Nikola I (Mikołaj I), ur. w 1841 r., w l. 1860-1910 książę, a potem do 1918 król Czarnogóry, zm. w 1921 r. (przyp. MZ). [wróć]

Dom (Bractwa) Czarnogłowych przy placu Ratuszowym w Rydze (przyp. MZ). [wróć]

W obcych stronach

Dobrze zagospodarowane wsie i pańskie dwory Nadbałtyki tak odbijały od wsi Rosji etnicznej z jej niechlujnym, upokarzającym życiem chłopów i nieudolnością rosyjskich "pomieszczików", że zacząłem idealizować kulturę niemiecką.

Miasta rosyjskie z całym zaniedbaniem, z cudacznością ludzi, o szalonych kontrastach, gdzie żebrak mieszał się z bogatym kupcem w jakiejś dziwnej zawiłości, gdzie nie tyle liczyła się praca, co nastroje, gdzie brak było umiaru tak w biedzie, jak w bogactwie, również zaczęły mnie razić w porównaniu z niemiecką schludnością prowincjonalnych miast Nadbałtyki.

To moje nowe nastawienie, to szukanie jakichś życiowych wzorców, których w Rosji znaleźć nie mogłem, spowodowało, że po obronie pracy dyplomowej zacząłem zabiegać o odbycie praktyki rolniczej w Niemczech.

Praktykę taką odbyłem w dobrach barona von Wangenheima, w jego majątku Klein Spiegel1 na Pomorzu Szczecińskim.

Baron Wangenheim odnosił się do mnie serdecznie, mimo kostycznego usposobienia i wrodzonego dystansu do ludzi. Jego starsza córka Cecylia imponowała mi swoją urodą, nie mógłbym jednak wyobrazić sobie jakiegokolwiek zbliżenia między nami i wydawało mi się, że nie interesowałem jej zupełnie. Była piękną, rosłą, wysportowaną dziewczyną, jakże różną od miękkich, chichoczących Rosjanek, dla których wysportowane ciało nie utożsamiało się z urodą, a wręcz przeciwnie, gasiło w ich mniemaniu kobiecość.

Majątek barona był prowadzony wzorowo, a mnie jako praktykanta traktowano poważnie. Wymagano ode mnie rzetelnej pracy i takiej samej dyscypliny, jak od innych agronomów. Nie szczędzono mi natomiast wyjaśnień, tak że moja praktyczna wiedza rolnicza bardzo na tym zyskała.

Pod koniec praktyki baron zaproponował mi towarzyszenie jemu i jego córce w objeździe lasów.

Był wieczór. Siedliśmy do wysokiego żółtego breku zaprzęgniętego w parę rosłych hanowerów. Baron Wangenheim ujął lejce i ruszyliśmy z kopyta.

Do lasu było parę wiorst. Początkowo jechaliśmy wzdłuż płaskich łąk urozmaiconych zagajnikami.

Odleciały już bociany, tak charakterystyczne dla tego majątku. Gdzieś wysoko w chmurach ciągnęły ku południu stada dzikich gęsi. Pożółkły już brzozy, poczerniały dęby i buki. W powietrzu pachniało jesienią.

Cecylia i ja siedzieliśmy na tylnym siedzeniu odwróceni plecami do powożącego. Z prawdziwą radością, ale i z zawstydzeniem znalazłem się tak blisko niej. Starałem się nie przyznać przed sobą, że ciągnęło mnie do tej wysokiej, niebieskookiej blondynki. Ona nie ułatwiała mi jednak zbliżenia, milczeliśmy, a cisza ta krępowała mnie bardzo. Czułem jej ciepło obok siebie i wpadłem w stan błogiego odrętwienia.

Kiedy dojeżdżaliśmy do bariery zagradzającej drogę do lasu, na niebo wytoczył się wielki, czerwony księżyc. Zanim się ocknąłem, Cecylia zeskoczyła na ziemię i otwierała szeroko wrota.

Wjechaliśmy w las i zwolniliśmy tempo.

Na drodze stanął gajowy.

- Panie baronie - rzekł, salutując - jelenie już się odezwały.

Podjechaliśmy stępem, by stanąć na brzegu polany leśnej oświetlonej księżycem.

Po chwili z lasu wysunęła się ciemna sylwetka jelenia. Wyciągnął szyję. Ozwał się głęboki, groźny, wyzywający ryk. Jakby w odpowiedzi na to wezwanie, z przeciwległej strony wyszedł na polanę drugi jeleń. Przeciwnicy zbliżali się do siebie z wolna z opuszczonymi ku ziemi łbami, wreszcie doskoczyli do siebie i zwarli się rogami. Rozległ się suchy chrzęst, jelenie doskakiwały do siebie, zaczepiały rogami, wreszcie jeden z nich, czując własną słabość, oddalił się z pola walki i zniknął w ciemnych gąszczach.

Po kolacji siedzieliśmy w salonie. Podano kawę. Baron palił cygaro. Cecylia pogrążyła się w ręcznej robótce, nie pasującej zupełnie do tej wysportowanej dziewczyny.

- Wzywają mnie do Berlina - rzekł Wangenheim po chwili milczenia. - Pojutrze jest posiedzenie Reichstagu. Socjaliści przygotowują na nas atak na całej linii... i wiele, wiele przykrych niespodzianek - westchnął.

- Czy przewiduje pan zwycięstwo socjalistów, panie baronie? - spytałem.

- Jeżeli mam być szczery, to tak. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale w przyszłości na pewno - zaciągnął się cygarem.

- Niebezpieczeństwo leży nie w sile naszego przeciwnika - zaczął wyjaśniać spokojnym z początku głosem - ale w nas samych. W naszym egoizmie, w naszej inercji, w naszym zakłamaniu, a wreszcie w braku poczucia obowiązku.

- Chyba tych wad nie można zarzucić ziemiaństwu niemieckiemu - zauważyłem.

- Pan się myli - rzekł Wangenheim. - W tym braku poczucia obowiązku, w tej wygodzie zbyt łatwo dopuszczamy do naszej klasy wzbogaconych nuworyszów, a ci - machnął ręką i głos jego przybrał zdenerwowany ton - nie znają umiaru w niczym. Przyjmują tylko zewnętrzne cechy naszej klasy, wewnątrz pozostając nieetycznymi chamami, którzy myślą, że pieniądze są równoznaczne z nobilitacją. To oni ściągają na nas nienawiść innych klas - wlepił we mnie oczy. Milczałem.

- Czy wszyscy tak robią? - zamyślił się. - Są zapewne wyjątki. Pochlebiam sobie, że ja i moja rodzina do nich należą. Podczas pobytu u nas zauważył pan chyba, jak wiele czasu i pracy poświęcamy działalności społecznej. Nasza szkoła, ochronka prowadzona przez Cecylię, klub wiejski, kasa Raiffeisena. Nie będę się nad tym rozwodził. Założony przeze mnie Związek Agrariuszy... - przerwał, by zakaszleć - założony przeze mnie związek rozrósł się, liczymy kilkadziesiąt tysięcy członków, ale obawiam się, że wypaczono moją ideę - zaczął mówić cierpkim głosem.

- Chciałem połączyć wszystkie twórcze elementa naszej wsi, chciałem podciągnąć w górę jednych, doprowadzić do współpracy drugich, chciałem przełamać bariery kastowe. Czy mi się to udało?... Wątpię. Dzisiaj lejce wypadają mi z rąk i nie wiem, czy uda mi się wstrzymać wóz, na którym siedzę, od stoczenia się w przepaść.

Niemiecki jest językiem głośnym, jego słowa padały twardo.

- Nie chłop niemiecki, nie drobny rzemieślnik, którzy tak ochoczo stanęli do współpracy, a których liczymy w naszym związku na dziesiątki tysięcy, ale właśnie ludzie pozornie z naszej sfery, ci wszyscy nowi dorobkiewicze, których zbyt łatwo akceptowaliśmy, to oni psują mi pracę, i to jedynie dla obrony własnych interesów. Czy pan wie, jakie panują stosunki w sąsiedniej Meklemburgii? Niech pan kiedyś tam pojedzie i sprawdzi na miejscu.

Zamyślił się ponownie.

- Czy pan kiedykolwiek przemyślał, co to jest "arystokratyzm obowiązku"? - ciągnął dalej, nie czekając odpowiedzi. - Zapamiętaj to sobie, mój młody przyjacielu. Każdy z nas, którego los obdarzył posiadaniem, nazwiskiem, przywilejami, nie powinien zapominać, że ciąży na nim poważny dług względem otoczenia. Każdy dług wymaga nie tylko spłaty sumy pożyczonej, ale i spłaty procentów. Nie zapłacony dług wzrasta z roku na rok, stacza się jak kula śnieżna, przeistaczając się w lawinę, aż wreszcie pewnego pięknego dnia niesumienny dłużnik wali się pod ciężarem narosłych zobowiązań, których pokryć nie jest już w stanie.

Sięgnął po filiżankę kawy.

- My, jako klasa ziemiańska, przestaliśmy spłacać ten dług, zarówno materialny, jak i moralny, bo za dużo dopuściliśmy do siebie drobnomieszczaństwa, które kupując, bo to modne, majątki ziemskie i przybierając pańskie miny, stacza nas w dół. Obawiam się więc, że nadejdzie chwila, w której nie potrafimy opanować sytuacji i zapłacimy własną skórą, bo oprócz niej nic nam więcej nie pozostanie.

Pochylił się w moją stronę i mówił:

- Prężą się tam u was w Rosji chłopskie karki, zaciskają się pięści robotników podżeganych socjalistyczną agitacją, z kosy zaczynają się sypać iskry, ale i w naszym kraju nie jest lepiej. Socjalizm pochłonie przede wszystkim nas, ale co gorsze pochłonie cały świat, zniszczy odwieczną kulturę. A co w zamian da światu? Przypuszczam, że gorszą niewolę. Socjalizm to doktryna drobnomieszczaństwa. Oni uznają tylko arystokratyzm praw, wymagają, aby ich tak samo noszono na rękach, ale oni nie uznają arystokratyzmu obowiązków. Wbijają klin między nas a chłopów i robotników, klasy o tej samej, naturalnej godności jak my. Wbijają klin, by bezkarnie dokonywać swoich spekulacji, by zająć nasze miejsce i samemu rządzić. Niech pan wraca do siebie na rolę, niech pan choć w małej części spełni nasz obowiązek i spłaci dług, który na panu ciąży, i niech pan usłucha mojej rady i stroni od drobnomieszczaństwa.

Ciągnęło mnie jednak do rolniczej pracy naukowej i uniwersyteckiej profesury.

Po odbyciu praktyki w Klein Spiegel uznałem Niemcy za właściwy kraj do uzupełnienia mojego naukowego wykształcenia. Za zgodą ojca udałem się na dalsze studia na uniwersytety w Bonn i Halle. Przez te kilkanaście miesięcy mego pobytu za granicą pracowałem usilnie i przygotowywałem pracę doktorską na uniwersytecie w Bonn.

Przedmiotem mojej pracy była uprawa i melioracja torfowisk.

Poznałem wielu ludzi ze świata naukowego. Zwiedziłem kilkadziesiąt gospodarstw w Niemczech i Danii. Spędziłem kilka tygodni na stacji doświadczalnej Moorversuchstation w okolicach Bremy.

Miałem też sposobność zapoznania się z życiem studenckim na uniwersytetach niemieckich. Byłem częstym gościem w korporacji Bonner Borussia, będącej w kartelu z dwoma korporacjami ryskimi: z Arkonią i Bałtyką.

Jako filister Arkonii korzystałem ze wszystkich przywilejów, tak jak alter-herr Borussii, a nawet brałem udział w uroczystym komerszu z udziałem niemieckiego kronprinca.

Nasłuchawszy się opowiadań o życiu w niemieckich korporacjach, byłem mile zaskoczony stosunkami panującymi w Borussii i wysokim poziomem towarzyskim jej członków.

Korporacje stanowiły elitę towarzyską młodzieży uniwersyteckiej i różniły się diametralnie od burszenszaftów, skupiających nowobogacką studenterię, z którymi nie łączyły się ani towarzysko, ani oficjalnie. W korporacjach nie było upijania się piwem i krojenia sobie twarzy podczas obowiązujących burszów pojedynków na rapiery.

Po ukończeniu moich prac w Bonn zamierzałem udać się na praktykę do Instytutu Mleczarskiego w Hameln pod Hanowerem, gdy nieoczekiwanie dostałem telegram od mojego szwagra, który wzywał mnie do Petersburga.

Telegram był lakoniczny, ale nie mogłem go zlekceważyć. Mój szwagier Władysław Żukowski, wiele lat starszy ode mnie, był człowiekiem poważnym, dyrektorem wielkich zakładów w Briańsku, posłem do Dumy i stałym referentem budżetu państwa.

Wieczorem byłem już w Berlinie. Z Frankfurter Bahnhof złapałem kurier do Eydtkuhnen2.

Rano stanąłem w Eydtkuhnen i koło południa znalazłem się na stacji granicznej w Wierzbołowie.

Po załatwieniu formalności paszportowych, które w Rosji trwają zawsze bardzo długo, zostało mi trochę czasu na zjedzenie obiadu w restauracji dworcowej. Obiad był typowy: barszcz małoruski ze śmietaną i jarząbki w sosie pomidorowym. Poczułem się w domu.

Minął już z górą rok, jak wyjechałem z kraju.

Przez okna wagonu patrzyłem na przesuwający się przede mną płaski, monotonny krajobraz Suwalszczyzny, który po malowniczej a bogatej Nadrenii wydawał mi się jakby pustynny, niemal dziki, ale jednak swojski.

Pogrążony w myślach, anim się spostrzegł, gdy koła pociągu zadudniły na moście kolejowym na Niemnie i za chwilę pociąg stanął na dworcu w Kownie.

Przejechałem Wilno i naszą stację Nowoświęciany. Wyobraziłem sobie, że czekają tam na mnie konie, które zabiorą mnie do Syłgudyszek.... marzyłem. Zrobiło mi się smutno, że chociaż na chwilę nie mogę tam wpaść.

Nazajutrz rano byłem w Petersburgu. Na Dworcu Warszawskim czekał już na mnie mój szwagier.

Jak zawsze zwięźle wyjaśnił mi, że na skutek jego rozmowy z ekscelencją Timiriaziewem, radcą handlowym ambasady rosyjskiej w Berlinie, zostałem mianowany attaché rolniczym przy tej ambasadzie.

- Attaché!? - oszołomił mnie ten nagły zwrot w moim życiu.

- Radzę ci przyjąć tę nominację - powiedział. - Twój ojciec wyraził już na to zgodę.

Nie czekając na moją odpowiedź, wyjaśniał dalej:

- Po południu masz spotkanie w Hotelu Europejskim z radcą Timiriaziewem. Dobrze, żeś się nie spóźnił, bo on wraca za parę dni do Berlina. Twoja nominacja jest już podpisana przez ministra rolnictwa Jermołowa, a paszport dyplomatyczny czeka na ciebie. Gratuluję - dodał, ściskając mi rękę.

Byłem podniecony. Wszystko to spadło na mnie tak niespodziewanie, że nie miałem czasu zastanowić się nad sytuacją.

Zajechałem do mieszkania rodziców przy ulicy Nadieżdińskiej, gdzie na szczęście zastałem mego ojca. Omówił ze mną wszystkie pro i contra i cieszył się bardzo, że moja nominacja otwiera mi możliwości zapoznania się nie tylko ze światem, ale i z rolnictwem.

Pojawiła się również mama. Matka moja, zwykle przeciwna wszystkiemu, co miało jakiś kontakt z rządem rosyjskim, dała się jednak przekonać pod warunkiem, że po paru latach wycofam się ze służby dyplomatycznej i przejdę do życia prywatnego.

Tegoż popołudnia udałem się do Hotelu Europejskiego przy ulicy Michajłowskiej.

Portier hotelowy wskazał mi uprzejmie numer apartamentu zajmowanego przez Timiriaziewa.

Miałem już zapukać do drzwi, gdy z wewnątrz doszła mnie gra na fortepianie.

Ktoś grał nokturn Chopina, i to grał mistrzowsko. Stanąłem, nie chcąc przerywać tej pięknej muzyki. Dopiero po chwili zdecydowałem się oznajmić o moim przyjściu.

- Entrez - zawołano z wewnątrz.

Przy fortepianie siedział wysoki pan o szlachetnej twarzy okolonej spiczastą, siwiejącą bródką. Ubrany był w świetnie skrojone, szare angielskie ubranie i brązowe półbuciki na nogach.

Przywitał mnie uprzejmie, usadowił naprzeciwko w wygodnym fotelu i spojrzał na mnie badawczo:

- Jest pan, tak jak i ja, wychowańcem Liceum Cesarskiego i dlatego zdecydowałem się na wybór pana, choć nie miałem przyjemności poznać pana osobiście.

- Jesteśmy - ciągnął dalej - w toku pertraktacji o zawarcie umowy celnej z Rzeszą. Rząd Rzeszy pod presją Związku Agrariuszy, z ich prezesem baronem Wangenheimem na czele, opiera się zawarciu tej umowy i żąda wprowadzenia wysokich ceł ochronnych na nasze zboże oraz obrobione drzewo. Chce natomiast sprowadzać od nas bez cła otręby, kuchy i inne pasze oraz drzewo okrągłe. Agrariusze niemieccy twierdzą, że Rzesza pod względem produkcji zboża jest samowystarczalna i nie potrzebuje zboża zagranicznego. Moim zdaniem nie odpowiada to rzeczywistości - przerwał na chwilę, patrząc mi w oczy, jakby starając się wybadać, czy go rozumiem. - Chcę mieć przy sobie fachowego rolnika. Zadaniem pańskim będzie rozeznanie stanu i potrzeb rolnictwa niemieckiego.

- Nie będzie to żaden wywiad ekonomiczny - dodał. - Prowadzimy grę legalną i nie potrzebujemy nic ukrywać. Będzie pan musiał zwiedzić jak największą liczbę gospodarstw, poznać jak najszersze koła rolników i utrzymywać z nimi jak najlepsze stosunki. To bardzo dobrze, że odbył pan praktykę w Klein Spiegel, zna pan barona Wangenheima i on pana zaakceptował. To również zadecydowało o pana wyborze - uśmiechnął się do mnie. - Jutro o jedenastej będzie pan przyjęty przez ministra rolnictwa Jermołowa.

Audiencja była skończona.

Stary Jermołow zatrzymał mnie dłużej, szeroko rozwodząc się nad niemiecką gospodarką rolną i nad systemem płodozmiennym. Był to jego ulubiony temat, gdyż między innymi napisał wielkie dzieło o płodozmianach i gospodarce rolnej w Królestwie Polskim.

W rozmowie z nim wyczułem prawdziwego pana dawniejszego pokroju, liberała i człowieka światłego. Nie krył się ze swymi sympatiami do Zachodu, nie czuło się w nim również nienawiści do Polaków, tak typowej dla rosyjskich biurokratów. Dowiedziałem się później, że brano mu to za złe.

Przez parę następnych dni załatwiałem w kancelarii Ministerstwa Spraw Zagranicznych odbiór mojego paszportu dyplomatycznego, bez entuzjazmu przyglądając się powolnemu tempu załatwiania prostych wydawałoby się spraw.

W końcu wyjechałem do Niemiec zaopatrzony we wszystkie niezbędne dokumenty.

Jechałem znowuż przez Niemcy. Poprzez zasłonę dymu ścielącego się za parowozem rzucałem okiem na lesisty krajobraz Prus, na migocące czerwone dachy wsi ukrytych w zieleni sadów owocowych, na porządnie uprawione pola, na których kończono właśnie żniwa, podorywano pośpiesznie ścierniska i siano poplony.

Kontrast z polami Rosji był jaskrawy. Ogarnęła mnie atmosfera ładu, pracy i dobrobytu.

Byłem jeszcze zbyt młody, by moje porównania nie były impulsywne i bezkrytyczne. Przyznaję się, że wówczas Niemcy imponowali mi wyraźnie. Byli dla mnie tym niedoścignionym ideałem, do którego chciałem dążyć, i bolałem, że reprezentuję państwo, które tak dalekie jest od tego ideału.

W Berlinie już pierwszego dnia zostałem przyjęty na audiencji u ambasadora.

Ambasador rosyjski baron Osten-Sacken siedział w wygodnym fotelu, przy wielkim mahoniowym biurku, na środku dużego, wysłanego czerwonym suknem gabinetu. Skinieniem ręki wskazał mi krzesło. Z iście niemiecką pedanterią zaczął wypytywać mnie o moje plany i o poprzednie zajęcia. Od czasu do czasu, niby od niechcenia, rzucał pytania dotyczące uprawy i hodowli, jakby chcąc wybadać moje kwalifikacje zawodowe.

Z rozmowy dowiedziałem się, że ambasador sam jest zamiłowanym rolnikiem i że wszystkie urlopy spędza w swoich dobrach inflanckich w pobliżu Rygi.

Egzamin wypadł zapewne pomyślnie, bo rozmowa przeszła na tory towarzyskie. Ambasador pytał mnie o wspólnych znajomych z Nadbałtyki. Potem rozwodził się o wielkiej misji kulturalnej Niemców, a Niemców nadbałtyckich w szczególności, w kraju tak zacofanym jak Rosja. Mówił o niskim poziomie rolnictwa w rdzennej Rosji i o niewyzyskanych dotąd olbrzymich możliwościach tego kraju. Wywody barona Osten-Sacken potwierdzały moje opinie, byłem jednak zdziwiony takim krytycyzmem i pogardą w ustach bądź co bądź ambasadora rosyjskiego.

Wyczuwając moje zdziwienie, powiedział:

- Będzie pan miał rozumnego, ale wymagającego szefa. Ekscelencja Timiriaziew cieszy się w Berlinie ogromnym autorytetem.

Żegnając się, zatrzymał mnie przy drzwiach, mówiąc:

- Dam panu odręczne pismo do ministra rolnictwa Rzeszy von Podbielskiego i do mego przyjaciela, radcy ministralnego Grosskurtha. To się panu może przydać.

Powiedział to, jakby chcąc podkreślić, że Rosjanin Timiriaziew bynajmniej nie jest samodzielny w swoich poczynaniach.

Po raz pierwszy w tej rosyjskiej ambasadzie zetknąłem się z tak typową pogardą ze strony Niemców dla Rosjan, a także - podobnie jak później w Rosji - z niezrozumiałym dla mnie kompleksem niższości Rosjan w stosunku do Niemców.

Skończywszy audiencję u ambasadora, udałem się do innych dygnitarzy ambasady, a więc do radcy ambasady barona von Knoringa i pierwszego sekretarza barona van der Flita.

Sądząc z nazwisk, w całej ambasadzie, z wyjątkiem Timiriaziewa, nie było ani jednego rdzennego Rosjanina.

Radca Grosskurth z pruskiego Ministerstwa Rolnictwa wręczył mi wykaz gospodarstw zasługujących na szczególną uwagę. W szeregu nazw znalazłem dobra Nassenheide3 na Pomorzu Szczecińskim, należące do hrabiego Arnima, z adnotacją: "wzorowa hodowla holendrów czystej krwi, koni hanowerów, gospodarstwo nasienne". Przy nazwisku był postawiony czerwonym ołówkiem, zapewne przez zapomnienie, znak zapytania.

Podnieciło to moją ciekawość. Nie zwlekając, napisałem list do hrabiego Arnima z prośbą o zezwolenie na zwiedzenie jego majątku. Po paru dniach otrzymałem uprzejmą odpowiedź, napisaną po francusku, abym w umówiony dzień przyjechał na stację kolei wąskotorowej Nassenheide, gdzie będą oczekiwać na mnie konie.

Przenocowawszy w Szczecinie, wyjechałem rannym pociągiem. Przesiadłem się na jednej z następnych stacji na kolejkę wąskotorową i koło południa znalazłem się na małej stacyjce z napisem Nassenheide. Na peronie czekał na mnie wysoki, szpakowaty pan, o gładko ogolonej twarzy, ubrany w szare, sportowe, angielskie ubranie. Po wzajemnym przedstawieniu się wsiedliśmy do żółtego polowca zaprzężonego w parę złotych kasztanów.

Po chwili milczenia hrabia Arnim zwrócił się do mnie z zapytaniem:

- Czy pan włada językiem angielskim?

Skinąłem na potwierdzenie głową.

- Dobrze się składa - rzekł. - Ułatwi to nam rozmowę. Wybaczy mi pan moją niedyskrecję, ale sądząc z powierzchowności, pan chyba nie jest Rosjaninem.

- Ma pan słuszność, nie jestem Rosjaninem, jestem Polakiem.

- A, to w takim razie mam podwójnie miłą niespodziankę.

Zacząłem się zastanawiać, do czego taka rozmowa zmierza.

Przejechaliśmy obszerny park i konie stanęły przed wielką, pokrytą pleśnią, starą budowlą, która swoją architekturą przypominała raczej średniowieczny klasztor niż wiejską rezydencję.

- Nie będziemy się przebierali - rzekł hrabia Arnim. - Za chwilę będzie lunch, a zaraz potem objedziemy gospodarstwo.

Zauważyłem, że wnętrze domu w niczym nie przypominało ponurej, zewnętrznej zabudowy.

Ściany zawieszone były obrazami, sztychami sportowymi, pełno było kwiatów i fotografii.

- Niestety, nie mogę przedstawić pana mojej żonie - rzekł gospodarz, wskazując ręką na portret przystojnej, szczupłej blondynki.

- Moja żona z dziećmi bawi obecnie u swoich rodziców w Westmoreland, w północnej Anglii... Napijemy się po kieliszku sherry lub whisky, co pan woli. A może hołduje pan wprowadzonej niedawno barbarzyńskiej modzie cocktaili? W takim razie mogę panu zaproponować coś, co nazywają martini.

Po skończonym lunchu usiedliśmy przy czarnej kawie w miękkich fotelach i zapaliliśmy cygara.

- Wybaczy pan, że spytam. Kto właściwie skierował pana do mnie?

- Radca Grosskurth z pruskiego Ministerstwa Rolnictwa - odrzekłem.

Zdumienie odmalowało się na jego twarzy.

- Nic nie rozumiem - rzekł. - Chyba przez jakieś przeoczenie pruskie Ministerstwo Rolnictwa skierowało pana do mnie. Zresztą, poznawszy pana, cieszę się z tej pomyłki.

- Nie mam co ukrywać - dodał po chwili - że znalazł się pan w domu banity. Żaden z ziemian pruskich nie splamiłby się przekroczeniem progu mojego domu. - Przeszliśmy już na niemiecki i słowo "ein Geächtete" (banita) wymówił twardo.

- Niech się pan nie przerazi: nie okradłem, nie zabiłem. Jestem synowcem hrabiego Arnima, byłego ambasadora niemieckiego w Paryżu, który padł ofiarą porachunków osobistych Bismarcka. Od tego czasu nienawidzę Bismarcka, a mnie za to nienawidzi cała arogancka, nadęta junkieria pruska.

- Czy pan zalicza do nich również barona Wangenheima? - spytałem.

- Baron to przyzwoity człowiek, ale i on nie jest wyjątkiem. Czy pan go zna? - spojrzał na mnie badawczo. - Zresztą obawiam się, że i jego wykończą moi przyjaciele, junkrzy pomorscy. Bismarck pozostawił po sobie straszną spuściznę ideową - zasępił się.

- Ale teraz ruszajmy, bo dzień jest krótki - dodał, jakby nie chcąc wyjawić swoich myśli po tym, jak wymieniłem nazwisko Wangenheima.

Wyjechaliśmy szeroką aleją w pole.

Był cichy, szary dzień jesienny. Niskie chmury wisiały nad ziemią. Przenośną kolejką zwożono z pól buraki do sąsiedniej cukrowni. W powietrzu czuć było ostry zapach kiszonych wytłoków.

Objechaliśmy obory, stadninę, owczarnie, chlewnie. Zatrzymaliśmy się dłużej na stacji nasiennej z nowoczesną oczyszczalnią nasion. Notowałem wszystkie uwagi gospodarza i odpowiedzi na moje zapytania.

Był już zmierzch, gdy wróciliśmy do domu.

W półmroku, przed palącym się kominkiem, przy filiżance herbaty hrabia Arnim rozgadał się na dobre. Słuchałem z zaciekawieniem jego wywodów na temat stosunków panujących w Niemczech i Anglii, o nowych metodach uprawy, o hodowli zwierząt, a szczególnie koni.

- Nie znoszę Niemiec i Niemców, ale nie mogę im nie przyznać, że rolnictwo stoi tutaj znacznie wyżej niż w Anglii, którą uważam za moją prawdziwą ojczyznę - zakończył.

- Czy hrabia sądzi - spytałem - że Niemcy pod względem produkcji żywności są samowystarczalni?

- Jeżeli mówić o konsumpcji - odpowiedział - to po zwycięskiej wojnie roku 1870-1871 Niemcy, a szczególnie berlińczycy oddali się takiemu obżarstwu, o jakim ludzie innych krajów nie mają pojęcia. Berlińczyk nie je już chleba ani ziemniaków, ażeby mieć w swoim brzuchu więcej miejsca na homary, ostrygi i młode kurczęta. "Sie nicht essen, aber fressen" (Oni nie jedzą, a żrą) - dodał z ironicznym uśmiechem.

- Ale żarty na stronę - ciągnął dalej hrabia Arnim. - Sądzę, że Niemcy są samowystarczalne pod względem mięsa i poniekąd nabiału, mają wreszcie nadprodukcję ziemniaków. Natomiast wątpię, czy można byłoby się obejść w tym kraju bez dowozu zboża, szczególnie pszenicy i pasz treściwych. Ankieta przeprowadzona przez Związek Agrariuszy i przez pańskiego znajomego Wangenheima moim zdaniem nie odpowiada rzeczywistości. Jest wyraźnie tendencyjna i ma na celu wywarcie presji na rząd dla utrzymania ochronnych ceł na zboże i wysokich cen wewnętrznych. Myślę, że na tym tle dojdzie do poważniejszego starcia w parlamencie pomiędzy agrariuszami a lewicą. Agitacja wśród robotników przybiera na sile. Sądzę jednak, że Niemcy nie zdecydują się na wojnę celną z takim kolosem jak Rosja. Chociaż mogę panu jako Polakowi powiedzieć, że w tym kraju Rosjanami się raczej pogardza.

Timiriaziew bardzo się interesował przebiegiem zjazdu Związku Agrariuszy. Po moim powrocie do Berlina polecił mi, bym był obecny na zakończeniu zjazdu i zdał mu potem relację z uchwalonych rezolucji.

Zjazd odbywał się w cyrku Buscha. Olbrzymi gmach był od góry do dołu zapełniony publicznością. Przeważały zielone kapelusze i zielone płaszcze rolników.

Korzystając z przerwy, przedostałem się nie bez trudu do stołu prezydialnego.

Na mój widok baron Wangenheim przetarł oczy.

- Aber lieber Perejaslawsky, cóż pan tu porabia? - zawołał zdumiony.

W paru słowach opowiedziałem mu o swojej misji. Był widocznie rad, że jego praktykant dostał się do korpusu dyplomatycznego.

Z miejsca przedstawił mnie wiceprezesowi Związku Agrariuszy hrabiemu Holsteinowi i sekretarzowi generalnemu profesorowi Ruhlandowi, znanemu ekonomiście i specjaliście od zagadnień agrarnych. Ruhland był jednocześnie redaktorem naczelnym gazety "Deutsche Tageszeitung", będącej oficjalnym organem Bund der Landwirte.

Wszyscy ci panowie doradzali mi, bym zapoznał się z pracami niemieckich kółek rolniczych.

Pomysł ten wydał się mi, tak jak i Timiriaziewowi, bardzo słuszny i oto któregoś dnia znalazłem się w leżącym nad jeziorem miasteczku Rheinstein, ongiś rezydencji Fryderyka Wielkiego w Marchii Brandenburskiej.

Wybrałem tę właśnie miejscowość, by wziąć udział w walnym zebraniu miejscowego kółka rolniczego, zaintrygowany nazwą tej niegdyś słowiańskiej osady, położonej wśród borów sosnowych i piasków brandenburskich, które w niczym nie przypominają malowniczych brzegów Renu.

Sala miejscowej kooperatywy rolniczej była szczelnie wypełniona, gęsty dym cygar i papierosów unosił się w powietrzu.

Wysłuchałem sprawozdania zarządu, uchwalenia preliminarza budżetowego oraz odczytu o nawozach zielonych, wygłoszonego przez instruktora rolniczego. Na końcu asystowałem przy dość burzliwych wyborach władz.

Przebieg dyskusji był rzeczowy i świadczył o wysokim wyrobieniu członków kółka, składającego się w większości z zamożnych chłopów brandenburskich.

Takiego zebrania nie mogłem sobie wyobrazić na wsi rosyjskiej. Różnica poziomu między niemieckim bauerem a rosyjskim mużykiem była niewyobrażalna. Tutaj nie było rabstwa, uniżoności lub agresywnych napadów, tutaj był rolniczy profesjonalizm i czuło się rzetelne podejście do pracy.

Z rozmów wywnioskowałem, że przeciętna wielkość gospodarstw chłopskich w tych okolicach waha się od pięćdziesięciu do stu dwudziestu hektarów, co odpowiadało mniej więcej własności folwarcznej w Rosji.

Spytałem jednego z bauerów o drobne gospodarstwa. Wzruszył pogardliwie ramionami.

- A tak, niestety, mamy ich aż za wiele. To nie są rolnicy, to są proletariusze. Na naszych glebach brandenburskich drobne gospodarstwa to marnowanie ziemi - zaczął wyjaśniać. - Sam pan, będąc rolnikiem, najlepiej osądzi, czy może być mowa o racjonalnej hodowli lub płodozmianie na obszarze kilku hektarów. Wszelkie próby stworzenia jakichś drobnych, wzorowych gospodarstw na terenie naszej prowincji zawiodły. To nie jest Nadrenia ani Holandia, gdzie można hodować winorośla lub tulipany, to są Prusy. Ani nasz klimat, ani nasza gleba nie nadają się do tego typu eksperymentów.

- My nie zamykamy naszych drzwi drobnym rolnikom - dodał po chwili, sięgając po papierosa - niech uczą się od nas, niech z nami współpracują, ale niech nie uprawiają wrogiej nam polityki. Niestety, w wielu wypadkach stajemy bezradni. Taki właściciel parceli zwraca się po radę, jak ma podnieść gospodarkę na swoich czterech hektarach. Cóż można poradzić nieuleczalnie choremu? Chyba życzyć mu rychłej śmierci. Żadna siła ani mądrość nie uzdrowi karłowatego gospodarstwa.

Zaciągnął się dymem.

- Taki pan, gdy otrzyma i zabuduje parcelę, to przede wszystkim zapuści glebę. Mówiąc językiem rolniczym: zagłodzi ją, a potem zagłodzi swoją krowę i konia, a wreszcie zagłodzi siebie i rodzinę i zacznie kraść. Bo co ma robić - wzruszył pogardliwie ramionami. - Nie, mój panie, aby uzdrowić stosunki, trzeba przede wszystkim zlikwidować chore gospodarstwa, gdyż one są rozsadnikiem wszelkich elementów rozkładowych. Tam trafia tak szkodliwa dla Niemiec socjalistyczna agitacja.

- A czy nie można ich zatrudnić w większych gospodarstwach? - spytałem.

- Panie - rzekł mój rozmówca, machając ręką - taki małorolny będzie uważał za osobistą zniewagę, gdybym mu u siebie zaproponował pracę. Zresztą my korzystamy z taniego a doskonałego robotnika z Polski.

- No a gospodarstwa drobiowe? - spytałem.

Bauer wybuchnął śmiechem.

- Zna pan to przysłowie: "Wer arm werden will und weiss nicht wie, der halte nur viel Federvieh" (Kto chce zostać biednym, a nie wie, jak to zrobić, niech hoduje drób)? Niech pan zresztą spróbuje się dogadać z tym młodym panem z opozycji. On jest małorolny. Od niego dowie się pan ładnych rzeczy - zaśmiał się dobrodusznie.

Skorzystałem z przerwy i podszedłem do młodego człowieka siedzącego w rogu sali. Robił sympatyczne wrażenie. Odpowiadał na moje pytania spokojnie i uprzejmie.

Dowiedziałem się, że ma trzy hektary i że z samego gospodarstwa nie utrzymałby rodziny. Pracuje więc jednocześnie jako robotnik w fabryce, a żona ze starym ojcem dogląda gospodarstwa.

- Lubię wieś i to jest moja największa przyjemność, a ci panowie - tu wskazał na prezydium - chcieliby mnie pozbawić tego i wyrzucić na bruk miejski. Mówią mi, że nie umiem gospodarzyć. Niechby mi dali tyle ziemi, co oni posiadają, tobym pokazał dopiero, co potrafię. Niech pan nie wierzy wszystkiemu, co oni mówią. Bogaty chłop niemiecki jest jeszcze gorszy od ziemianina. Ziemianin często poradzi i nawet pomoże, a taki grossbauer to traktuje ludzi jak bydło. Jeżeli ktoś pracuje społecznie, to tylko większy właściciel ziemski; on zakłada kółka rolnicze, on często ofiaruje ziemię na cele społeczne, a chłop to tylko obedrze, wyzyska.

Jestem socjalistą, ale niech mi pan wierzy, że naszym głównym wrogiem nie jest ziemianin, ale bogaty chłop niemiecki. To nie my, ale to oni, jak sobie podchmielą, to śpiewają:

Weg mit den Herren Baronen!

Seien sie Deutsche oder Polen

Alle soll der Teufel holen!

Precz z panami baronami!

Czy to Niemcy, czy Polacy,

Niech ich wszystkich diabli wezmą!

Po zakończonych obradach znalazłem się w sali jadalnej hotelu Pod Czarnym Orłem przy "Stammtisch" - stole zarezerwowanym dla miejscowych notabli. Towarzystwo składało się z leśnika z parą nieodstępnych jamników, instruktora rolniczego, aptekarza, właściciela sklepu rzeźnickiego, miejscowego nauczyciela oraz kilku innych osób, których zajęcia i godność pozostały mi nieznane.

Było gwarno, ciepło i duszno od dymu.

Po spożyciu "Gansebraten mit Apfelmuss" - pieczystego z gęsi z musem jabłecznym - prowadzono rozmowy przy kuflach gęstego, miejscowego piwa.

Wszyscy moi współbiesiadnicy, z wyjątkiem instruktora rolniczego, okazali się weteranami wojny francusko-pruskiej, gorliwymi zwolennikami polityki "Drang nach Osten" i wielbicielami Bismarcka. Z ich rozmów zorientowałem się, jak dalece poprawił się poziom życia w Niemczech dzięki kontrybucji nałożonej na Francję.

"Zrabowane pieniądze" - pomyślałem. I całe to jowialne, ale aroganckie i hałaśliwe towarzystwo wydało mi się obrzydliwe.

Wyszedłem na świeże powietrze. Instruktor rolniczy pośpieszył za mną.

- Nie czuł się pan zbyt dobrze w tym towarzystwie? - spytał.

Wzruszyłem ramionami.

- To jest typowa atmosfera naszych pruskich, prowincjonalnych miasteczek. Jestem z Nadrenii i chcę się jak najszybciej wydostać z tego okropnego, pruskiego środowiska. Niestety, ten typ ludzi, których pan tu spotkał - dodał po chwili - przeważa w całych Niemczech.

W hotelu długo nie mogłem zasnąć. Dochodziły do mojego pokoju hałasy z dołu i głośne śpiewy: Deutschland, Deutschland... i entuzjastyczne okrzyki "hoch".

"Ten typ ludzi przeważa w całych Niemczech" - myślałem.

Po powrocie do Berlina otrzymałem, jako przedstawiciel ambasady, zaproszenie od dowódcy Pierwszego Pułku Piechoty Gwardii imienia Cesarzowej Augusty na obiad wieczorny do ich kasyna oficerskiego. Ubrany we frak stawiłem się na oznaczoną godzinę. W kasynie zastałem już młodego hrabiego Ledebura z ambasady austriackiej. Było nas tylko dwóch cywilów i czułem się dosyć niewyraźnie wśród kilkunastu oficerów ubranych w galowe mundury.

Dowódca pułku z wyszukaną grzecznością zapoznał nas po kolei z korpusem oficerskim. Przydzielono do każdego z nas młodego oficera jako cicerone. Dobór był właściwy, bo znalazłem się pod opieką młodego porucznika von Kempisa, jak się okazało, katolika i ziemianina z okolic Bonn.

Zasiedliśmy do stołu w obszernej, wykładanej ciemnym dębem sali jadalnej. Na przekąskę podano nam kawior. Podziwiałem świetną kuchnię i wspaniałą zastawę stołu. O ile menu było urozmaicone, o tyle dobór win raczej jednostronny. "Champagne partout" - od początku do końca obiadu piliśmy szampana, modnej w owym czasie, a protegowanej przez cesarza Wilhelma, marki Heidsieck Monopole. Osobiście wolałbym raczej dobry kieliszek reńskiego wina.

Pod koniec obiadu dowódca powstał, a za nim my wszyscy.

- Zdrowie cesarza - zawołał, podnosząc kielich.

Trzymając przepisowo kieliszki na wysokości piersi, wypiliśmy zdrowie cesarza Wilhelma. Po trzykrotnym "hoch" rozległ się hymn niemiecki.

Następnie wzniesiono toast na cześć cesarza rosyjskiego. Dowódca i oficerowie zwrócili twarze i kieliszki w moją stronę jako członka rosyjskiego korpusu dyplomatycznego.

Potem nastąpił toast na cześć cesarza Austro-Węgier. Tym razem hrabia Ledebur był przedmiotem owacji.

Hymnem austriackim Gott erhalte, Gott beschütze unsern guten Kaiser Franz... zakończono oficjalną część obiadu.

Jakież było jednak moje zdumienie, gdy dowódca pułku powstał z miejsca i z kieliszkiem w ręku dał znak orkiestrze. Rozległa się dziarska melodia Jeszcze Polska nie zginęła...

- Ihres spezial - zawołał dowódca, podnosząc kieliszek i patrząc w moją stronę.

- Hoch, hoch... - odpowiedzieli chórem oficerowie.

"Ten typ ludzi przeważa w całych Niemczech" - przypomniałem sobie ostrzeżenie instruktora rolniczego z miasteczka Rheinstein. Czyżby?

Wytłumaczyłem sobie, że oficerowie Pułku Cesarzowej Augusty należą widocznie bardziej do mojej sfery niż do społeczeństwa niemieckiego i bardzo zaprzyjaźniłem się z porucznikiem von Kempisem.

Któregoś dnia Timiriaziew zakomunikował mi, że we Frankfurcie ma się odbyć zjazd Niemieckiej Partii Socjalistycznej.

Po II wojnie światowej Poźrzadło k. Drawska Pomorskiego (przyp. MZ). [wróć]

Miasteczko Ejtkuny, ob. Czernyszewskoje w obwodzie kaliningradzkim przy granicy z Litwą (przyp. MZ). [wróć]

Ob. wieś Rzędziny na zachód od Szczecina, przy granicy polsko-niemieckiej (przyp. MZ). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki