1 Oświadczenie Roberta Schumana dla prasy z dnia 09.05.1950, Salon de l'horloge, Quai d'Orsay, Paryż.
2 Konrad Adenauer, Erinnerungen 1945-1953, Stuttgart 1965, s. 328.
3* Dostępne jest polskie tłumaczenie wspomnień kanclerza: Konrad Adenauer, Wspomnienia, wybór, wstęp i przekł. Michał Kołodziejczyk, Warszawa 2000.
4 Jean Monnet, Memoirs, przekł. Richard Mayne, New York 1978, s. 128.
5 Konrad Adenauer, Erinnerungen 1945-1953..., s. 423.
6 Schuman-Erklärung vom 09.05.1950, por. www.europa.eu [dostęp: 09.12.2013].
7* Fragment deklaracji Schumana w języku polskim cytowany za: http://europa.eu/about-eu/basic-information/symbols/europe-day/schuman-declaration/index_pl.htm [dostęp: 01.04.2015].
8 Immanuel Kant, Idee zu einer allgemeinen Geschichte in weltbürgerlicher Absicht, [w:] tegoż, Schriften zur Geschichtsphilosophie, Stuttgart 1974, s. 33.
9 Pascal Fontaine, Ein neues Konzept für Europa. Die Erklärung von Robert Schuman 1950-2000, wyd. 2, seria: Europäische Dokumentation, Luxemburg 2000, s. 17.
10 Jean Monnet, Erinnerungen eines Europäers, Baden-Baden 1988, s. 387.
11 Konrad Adenauer, Erinnerungen 1945-1953..., s. 298.
12 Tamże, s. 295.
13 Tamże, s. 296 i nast.
14 Tamże, s. 298.
15* Fragment deklaracji Schumana w języku polskim cytowany według http://europa.eu/about-eu/basic-information/symbols/europe-day/schuman-declaration/index_pl.htm [dostęp: 02.04.2015].
16 Schuman-Erklärung vom 09.05.1950, por. www.europa.eu [dostęp: 09.12.2013].
17 Konrad Adenauer, Mowa z dn. 16.02.1967 r. w Ateneo w Madrycie, por. www.konrad-adenauer.de [dostęp: 24.10.2013].
18 Konrad Adenauer, Przemowa na zgromadzeniu końcowym obrad Gemeinschaft katholischer Männer Deutschlands w Bambergu w dn. 20.07.1952. Źródło: "Bulletin des Presse- und Informationsamts der Bundesregierung", Juli 1952, nr 95, 22, s. 935 i nast.
19 Walter Hallstein, Die Europäische Gemeinschaft, Düsseldorf 1973, s. 42.
20 Golo Mann, Friedrich von Gentz, Gegenspieler Napoleons, Vordenker Europas, Frankfurt a. Main 1995, s. 181 i nast.
21 Tamże, s. 236. Dalej Golo Mann stwierdza: "[A pokój ten] dojść do skutku mógł tylko pod warunkiem, że uda się zatrzymać Rosjan w ich granicach, pruscy patrioci nie przeistoczą się we wszechniemieckich rewolucjonistów, Austria zabezpieczy swe wpływy, które posiadała w wieku XVIII, a Francja zachowa status mocarstwa".
22 Aurelius Augustinus, Vom Gottesstaat, Księga 21, rodz., München 1978, s. 694.
23 Ostatnia zagraniczna mowa Konrada Adenauera w Madrycie, w Ateneo dn. 16.02.1967. Tekst wystąpienia: StBKAH02.38, s. 13.
24 Erklärung anlässlich des 50. Jahrestages der Unterzeichnung der Römischen Verträge, vgl. Website der deutschen Präsidentschaft, EU 2007: www.eu2007.eu [dostęp: 22.11.2013].
25* W polskim przekładzie deklaracji słowa z wersji oryginalnej, niemieckiej, w której dokument był sporządzony, "Wir [...] sind zu unserem Glück vereint" oddane zostały jako "jesteśmy zjednoczeni - ku naszej radości". Por. http://www.consilium.europa.eu/ueDocs/cms_Data/docs/pressdata/PL/misc/93316.pdf [dostęp: 23.05.2015].
26 Reinhold Schneider, Erbe im Feuer: Betrachtungen und Rufe, München 1946, s. 145.
27 Tak podaje w dzienniku: Bernhard Specker, Aus jenen Tagen, t. 2: Kriegs- und Nachkriegszeit in Bersenbrück: Zeitzeugen erzählen, wyd. Volkshochschule Osnabrücker Land, Außenstelle Bersenbrück, Bersenbrück 2002, s. 12.
28 Tamże, s. 13.
29 Heinz Hilker, Die britische Militärregierung in Bersenbrück von 1945 bis 1950, [w:] B. Specker, Aus jenen Tagen..., t. 2, s. 91.
30 Maria Haskamp, Zwei Jahre polnische Besatzung in Bersenbrück, [w:] B. Specker, Aus jenen Tagen..., t. 2, s. 96.
31 W roku 1950 Bersenbrück liczyło 3484 mieszkańców, z czego 813 to wypędzeni, por. M. Haskamp, Zwei Jahre..., s. 96.
32 Eliese Berresheim, Adenauers Moskau - Reise war ein guter Schachzug, "Die Welt", z 08.09.2009, por. www.welt.de [dostęp: 27.09.2013].
33 Man?s Sperber, All das Vergangene..., Wien-München-Zürich 1983, s. 812 i nast.
34* Prafaust (niem. Urfaust) - pierwotna wersja I części Fausta powstała pomiędzy 1772 a 1775 r., zachowana wyłącznie w odpisie. Sceny Prafausta, częściowo po mniejszych lub większych modyfikacjach, włączone zostały przez Goethego do wersji ostatecznej dzieła, nad którym pracował on przez większość swego życia.
35 Johann Wolfgang Goethe, Der Urfaust. Goethes Faust in ursprünglicher Gestalt, Stuttgart 1962.
36* W miejsce cytowanego przez Autora fragmentu Prafausta podano tu odpowiadający mu cytat z polskiego tłumaczenia I części Fausta w przekładzie Emila Zegadłowicza. Pomiędzy cytowanym przez Autora fragmentem oryginału Prafausta a odpowiadającym mu fragmentem niemieckiego oryginału I części Fausta występują jedynie minimalne różnice wprowadzone przez Goethego.
37 Bisher reifste Leistung der Laienspieler, "Bersenbrücker Kreisblatt", 22.11.1965.
38* Obecnie Kinszasa.
39 Romano Guardini, Das Ende der Neuzeit, Mainz-Paderborn 1986, s. 51.
40* Jean Paul, właśc. Johann Paul Friedrich Richter (ur. 21 marca 1763 w Wunsiedel; zm. 14 listopada 1825 w Bayreuth).
41* W niemieckiej tradycji wojskowej dla kandydatów na oficerów (tj. podchorążych) przeznaczone są osobne stopnie podoficerskie, wśród których najniższy to Fahnenjunker.
42 Denis De Rougemont, Die Schweiz, Model Europas: Der Schweizerische Bund als Vorbild für eine Europäische Föderation, Wien-München 1965, s. 88 i nast.
43 Beschluss der 21. Ordentlichen Bundesdelegiertenversammlung des RCDS in Oldenburg vom 20.03.1971, Antrag Nr. 402 Berlin Resolution.
44 Tamże.
45 Tamże.
46 Beschlussprotokoll der 21. Ordentlichen Bundesdelegiertenversammlung des RCDS vom 17.-20.03.1971 in Oldenburg, s. 7.
47* Odpowiada mniej więcej "mocnej" czwórce.
48* Druga po "summa cum laude" najwyższa ocena.
49* Odpowiada mniej więcej słabszej czwórce.
50* "Hast du einen Opa, schick' ihn nach Europa!", dosł. "Jak masz dziadka, to go wyślij do Europy!"
51 Junge Union Niedersachsen: Unsere Zukunft ist Europa!, Hannover 1978.
52* Traktat nie wszedł w życie wskutek braku ratyfikacji przez wszystkie państwa.
53 Freiheit und Sicherheit. Grundsätze für Deutschland. Beschluss des 21. Parteitags der CDU Deutschlands vom 03.12.2007 in Hannover, nr 351, s. 108.
54 Helmut Kohl, Visionäre sind die wahren Realisten, München 2013.
I. Wejście do Parlamentu Europejskiego (1979): pierwsze zadania
1. Ogólnokrajowy zjazd CDU w Kilonii (marzec 1979 r.)
W końcu stało się. 7 i 10 czerwca 1979 r. odbyły się pierwsze bezpośrednie wybory do Parlamentu Europejskiego. W trzech spośród dziewięciu krajów Wspólnoty Europejskiej, tj. w Irlandii, Wielkiej Brytanii i Holandii, głosowano 7 czerwca, w pozostałych krajach, tj. w Belgii, Republice Federalnej Niemiec, Danii, we Francji, Włoszech i w Luksemburgu - 10 czerwca. Zanim jednak doszło do kampanii wyborczej, w dniach 25-27 marca 1979 r. odbył się w Kilonii ogólnokrajowy zjazd CDU. Miał on mieć dla mnie znaczenie szczególne. Wprawdzie już kilka razy jako delegat brałem udział w ogólnokrajowych zjazdach CDU, ale ten był pierwszym, na którym miałem przemawiać - w dodatku jako najmłodszy, dobrze zapowiadający się kandydat do Parlamentu Europejskiego. Przewodniczący zjazdu, Hans Werner Schmöle, zapowiedział mnie jako najmłodszego kandydata CDU do Parlamentu Europejskiego. Moja kandydatura miała być dobitnym wyrazem tego, że "drużynę wystawioną przez nas do Parlamentu Europejskiego charakteryzuje rozsądne połączenie doświadczenia i młodości"1. To zgodnie przyjęte przez delegatów stwierdzenie przewodniczącego zjazdu było wprawdzie dla mnie bardzo miłe, ale w żadnym wypadku nie odpowiadało faktom. Jako 33-latek byłem faktycznie najmłodszym kandydatem, jednak od wszystkich pozostałych dzieliła mnie znaczna różnica wieku. Wtedy owe pierwsze wybory do Parlamentu Europejskiego były z pewnością czymś bardzo wyjątkowym, ale, chwała Bogu, od tamtego czasu uwarunkowania bardzo się zmieniły. Dziś sprawą zupełnie oczywistą jest to, że do Parlamentu Europejskiego startuje spora liczba młodszych kandydatów.
W swym krótkim przemówieniu określiłem wybory z 10 czerwca 1979 r. mianem wydarzenia historycznego2. Przypomniałem, że dokładnie przed czterdziestu laty młode pokolenie Europejczyków posłane zostało na wojnę, by toczyć tam wzajemną walkę. Jeśli dzisiaj w dziewięciu krajach Europy wybierany jest wspólny Parlament Europejski, to młode pokolenie wiąże z tym nadzieję na wolność, pokój i sprawiedliwość społeczną na całym kontynencie. Przypomniałem też o tym, że chrześcijańskim demokratom we Wspólnocie Europejskiej udało się porozumieć co do jednolitego programu. Także później przyjazną współpracę w Europejskiej Partii Ludowej uważałem za rzecz niezwykle cenną. Fakt, że zawsze udawało się zjednoczyć wokół wspólnego programu wszystkie partie chrześcijańsko-demokratyczne z krajów Wspólnoty Europejskiej, a później Unii Europejskiej, nie był rzeczą zupełnie oczywistą. Wskazywałem na to, że nie udało się to w Europie socjalistom ani socjaldemokratom, w związku z czym niemiecka SPD uchwaliła w Kolonii w grudniu 1978 r. własny program. Podkreśliłem, że chrześcijańskich demokratów nie łączyło w Europie jedynie wspólne wyobrażenie europejskiego zjednoczenia, lecz również poglądy na kwestie polityki rodzinnej, społecznej gospodarki rynkowej, jak również praw człowieka na świecie. Mówiłem o:
polityce porozumienia z Europą Wschodnią, ale nie na fundamencie iluzji, lecz na fundamencie prawa do samostanowienia, także w odniesieniu do całego narodu niemieckiego.
Wtedy, w roku 1979, nieodległe było już przystąpienie do Wspólnoty Europejskiej Grecji, Hiszpanii i Portugalii: Grecja członkiem została w roku 1981, a Hiszpania i Portugalia w 1986. Stosownie do tego stwierdziłem na zjeździe:
Skoro wiemy, że wolność Grecji, Hiszpanii i Portugalii [które właśnie wyzwoliły się z dyktatury] w długiej perspektywie oznacza także wolność Niemiec, to ja jestem całkowicie przekonany, że pomoc i wsparcie dla naszych przyjaciół w Europie są sensowniejsze i potrzebniejsze niż miliardowe kredyty dla komunistycznych państw Europy Wschodniej.
Następnie poczyniłem jednak uwagę, której z dzisiejszej perspektywy żałuję. Willy Brandt, kanclerz w latach 1969-1974 wyraził gotowość, by stanąć na czele listy SPD w wyborach do Parlamentu Europejskiego. W przypadku wcześniejszego kanclerza federalnego była to godna pochwały decyzja, by w ten sposób promować wybory. Willy Brandt oświadczył jednak, że nie ma zamiaru pracować w komisjach Parlamentu Europejskiego. Wziąłem to na cel mojej krytyki: każdy, kto miał mandat w polityce lokalnej, krajowej lub federalnej, wie przecież, że najważniejszą pracę wykonuje się w komisjach. Jeśli Willy Brandt pracy tej nie chce wykonywać, to jego miejsce nie jest na czele listy SPD ani w Parlamencie Europejskim. Protokół ze zjazdu odnotowuje w tym miejscu "pojedyncze oklaski". Delegaci byli oczywiście rozsądniejsi niż ja, pełen młodzieńczej emocjonalności, który myślałem, że trzeba w ten sposób skrytykować głównego kandydata SPD. Dziś jednak dostrzegam zasługę, jaką było to, że Willy Brandt chciał swą kandydaturą pozyskać do udziału w wyborach SPD-owską część niemieckiego elektoratu. Nawet jeśli nie było to pozytywne z perspektywy partyjnopolitycznej, to odpowiadało jednak randze europejskiej sprawy - wspólnej wszystkim demokratom. Niestety, nigdy nie odbyłem osobiście rozmowy z Willym Brandtem, który członkiem Parlamentu europejskiego był w latach 1979-1983, pozostając równocześnie deputowanym do Bundestagu. Gdy mijaliśmy się na korytarzach Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, witaliśmy się uprzejmie.
Jego "uklęknięcie" przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie w roku 1970 zawsze odbierałem jako wielki gest. Była to prośba o wybaczenie i pojednanie z narodem polskim i wszystkimi, którzy cierpieli wskutek nazistowskiego terroru, w szczególności z narodem żydowskim. W Kościele katolickim, do którego należę, uklęknięcie jest znakiem pokory i szacunku dla Boga. Skoro Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, a temu człowiekowi terror nazistowski zadał tyle cierpień, to dla kanclerza narodu, z którego ten zbrodniczy reżim wyrósł, jest to powodem, by prosić o przebaczenie. Gest Willy'ego Brandta w Warszawie zawsze rozumiałem także jako gest chrześcijański, choć nie wiem, czy taka była jego intencja. Niemniej jednak jako Niemiec zawsze czułem, że poprzez ten swój gest kanclerz reprezentował mnie w sposób godny.
Wracając do ogólnokrajowego zjazdu CDU w 1979 r.: swoje przemówienie zakończyłem słowami, że młode pokolenie pragnie Europy ludzkiej i w niej pokładamy naszą nadzieję. Wskazałem na to, co później głosiłem przez całą swoją polityczną drogę: rodzinne strony, ojczyzna i Europa składają się na całość. W swoich wystąpieniach zawsze wyrażałem prawdę, że kto widzi tylko swe rodzinne strony, ten ich nie obroni; kto stawia swój własny naród, w tym przypadku niemiecki, ponad wszystkimi narodami, staje się nacjonalistą, a nacjonalizm prowadzi do wojny; kto z kolei czuje się tylko Europejczykiem, ten nie ma korzeni: rodzinne strony, ojczyzna i Europa składają się na prawdziwą całość. A do tego dochodzi jeszcze odpowiedzialność za świat. Delegaci ciepło przyjęli moje wystąpienie. W protokole odnotowano "oklaski".
*
Na każdym ogólnokrajowym zjeździe CDU jest "wieczorek towarzyski" z programem rozrywkowym, na którym delegaci mogą się poznać i po prostu razem bawić. Imprezy te, nazywane od landu, w którym odbywa się zjazd - w tym wypadku był to wieczór szlezwicko-holsztyński - powinny przypadać do serca delegatom. Tak to też było pomyślane w Kilonii, ale wyszło zupełnie inaczej. Dyrektor ogólnokrajowy Peter Radunski, późniejszy senator Berlina, zaangażował kabaret z Paryża, złożony z pań w średnim wieku.
Z narodem francuskim czujemy się związani szczególnie z uwagi na ciężar naszej wspólnej historii. Ale to, co się zdarzyło tamtego wieczora, raczej nie stanowiło wkładu w pogłębianie relacji niemiecko-francuskich. Występy pań, początkowo oglądane przez delegatów z zachwytem, wkrótce wywołały zupełnie przeciwstawne reakcje, gdy panie zrzuciły stroje z górnej części ciała. Wprawdzie program nie został przerwany ani nawet wcześniej zakończony, ale nie można było nie usłyszeć oburzenia niektórych delegatów. Pojedyncze spośród tych głosów - a jeśli dobrze pamiętam, nie były to głównie głosy kobiece, a raczej męskie - wzywały mnie, żebym zagadnął siedzącą w pewnym oddaleniu byłą federalną minister ds. rodziny, Aenne Brauksiepe, by jej - ale dlaczego właśnie jej? - wyrazić oburzenie i wysłuchać jej zdania. Podszedłem więc do niej, ale jej reakcja była "deeskalacyjna": taka jest Europa i nie należy przypisywać temu zbyt dużego znaczenia. Podzielałem ten pogląd. Ale co miałbym powiedzieć moim wyborcom w katolickim Emslandzie, jeśli ci wyrażaliby wobec mnie swoje oburzenie? I rzeczywiście: parę dni później na imprezach wyborczych w miejscowości Aschendorf i w pewnej niewielkiej gminie w pobliżu Lingen, zagadnięto mnie o owe "zajścia w Kilonii". Obie imprezy wyborcze były spotkaniami z organizacjami kobiecym, w jednym wypadku z Katolicką Wspólnotą Kobiet (w Aschendorf), w drugim - ze Zjednoczeniem Kobiet (dziś Unia Kobiet, Frauenunion) należącym do CDU. Jak miałem się tam wyplątać z tej afery? Do dziś mam przed oczyma panie, które w imieniu innych kobiet wyrażały swoje obiekcje w całkowicie wyważony sposób. Odpowiedziałem: "Moje panie, to nie powinno się było wydarzyć, ale się wydarzyło. Nie nadawajmy temu wielkiego znaczenia. Odmówmy dodatkowo jedno "Ojcze Nasz" i uczyńmy jakieś dobro!" Panie zaczęły bić brawo i w ten sposób sprawa została załatwiona. Dla mnie stanowiło to przykład tego, jak czasem rozdmuchuje się problemy, które jednak właściwą, na poły poważną, na poły żartobliwą odpowiedzią sprowadzić można z powrotem do właściwego im wymiaru. W każdym razie w Kilonii udało się kabaretowi z Paryża skierować uwagę na ogólnokrajowy zjazd CDU, zjazd, który stanowił przygotowanie do pierwszych bezpośrednich wyborów do Parlamentu Europejskiego 10 czerwca 1979 r. Od tamtego czasu nasiliła się zresztą jeszcze tendencja naszych mediów do tego, by w centrum uwagi stawiać raczej zdarzenia powierzchowne niż wypowiedzi merytoryczne.
*
Na zjeździe w Kilonii uchwalona miała zostać Odezwa wyborcza do obywateli Republiki Federalnej Niemiec w sprawie pierwszych wyborów do Parlamentu Europejskiego w dniu 10 czerwca 1979 r. Było to ostatnim postanowieniem 27. ogólnoniemieckiego zjazdu CDU, podjętym bezpośrednio przed mową końcową przewodniczącego partii, Helmuta Kohla. Jako członkowi komisji wnioskowej i jednocześnie najmłodszemu kandydatowi z widokami na elekcję powierzono mi zadanie przedstawienia zjazdowi wielokrotnie modyfikowanej odezwy3. Zrobiłem to z radością, poczytując ten fakt za zaszczyt. Przewodniczący obrad Bernhard Vogel, premier Nadrenii-Palatynatu (1976-1988) i późniejszy premier Turyngii (1992-2003), udzielił mi głosu.
1 stycznia 2010 r. przyszło mi zastąpić Bernharda Vogela na stanowisku prezesa Fundacji Konrada Adenauera. Wtedy, 27 marca 1979 r., nie mogłem się niczego takiego spodziewać ani oczekiwać. Zanim udzielił mi wówczas głosu, dwukrotnie zwrócił delegatom uwagę na to, że "potem zadba, aby ta odezwa wyborcza głosowana była w sposób szczególnie odpowiadający wadze sprawy".
Odezwę wyborczą chciałbym przytoczyć w jej pełnym brzmieniu, z jednej strony po to, aby pokazać, jak wiele z tego, co wówczas przedsięwzięliśmy, zostało osiągnięte, z drugiej zaś, by oddać ducha czasów. Delegatom na zjazd partii przedstawiłem uchwałę komisji wnioskowej:
Komisja Wnioskowa przedstawia Państwu do uchwalenia odezwę wyborczą do obywateli Republiki Federalnej Niemiec w sprawie pierwszych wyborów do Parlamentu Europejskiego w dniu 10 czerwca 1979 r. w następującym brzmieniu:
My, Chrześcijańscy Demokraci, byliśmy i jesteśmy największymi orędownikami zjednoczenia Europy. Mężowie stanu, tacy jak Konrad Adenauer, Robert Schuman czy Alcide De Gasperi wbrew zaciekłemu oporowi komunistów i nacjonalistów, a częściowo także socjalistów, zbudowali Wspólnotę Europejską. SPD odrzuciła utworzenie Wspólnoty Europejskiej. Nazbyt często ze strony SPD wychodził sprzeciw wobec wzmocnienia Wspólnoty Europejskiej.
Chcemy pracować na rzecz celu, jakim jest uzyskanie przez Parlament Europejski pełni uprawnień parlamentarnych, to znaczy w szczególności pełnych kompetencji w zakresie uchwalania budżetu, uprawnień kontrolnych i prawodawczych, kompetencji w zakresie ratyfikacji umów prawnomiędzynarodowych zawieranych przez Wspólnotę i w zakresie przyjmowania nowych członków, jak również powoływania Komisji. Parlament Europejski powinien opracować projekt europejskiej konstytucji, której fundamentem byłyby prawa człowieka i która w szczególności regulowałaby kompetencje organów Wspólnoty Europejskiej.
Gdy obywatele Wspólnoty Europejskiej od 7 do 10 czerwca po raz pierwszy w swej historii wybierać będą wspólny Parlament, zdecydują o zasadniczym kierunku polityki europejskiej. Każdy głos na partie należące do Międzynarodówki Socjalistycznej - w Republice Federalnej Niemiec na SPD - zwiększa niebezpieczeństwo, że Parlament Europejski opanowany zostanie przez front ludowy złożony z socjalistów i komunistów.
Chrześcijańscy Demokraci chcą dla Europy większego bezpieczeństwa, a nie neutralizacji. Sojusz atlantycki i partnerstwo z USA przez 30 lat zapewniały Europie pokój, a Europie Zachodniej wolność. Neutralność zwiększa niebezpieczeństwo radzieckich wpływów w wolnej Europie. Obustronna, zrównoważona, kontrolowana redukcja wojsk i zbrojeń na Wschodzie i Zachodzie zapewni pokój w wolności. Chcemy pokojowo przezwyciężyć podział Europy, a wraz z nim podział naszej Ojczyzny. Wolna Europa jest nadzieją dla całego kontynentu.
Chcemy więcej wolności dla obywateli, a mniej biurokracji. Kultura europejska w swej narodowej różnorodności stwarza szansę przeciwdziałania społecznej uniformizacji i narastającemu materializmowi. Nad prawem człowieka do samostanowienia - do osobistego życiowego szczęścia - wisi groźba stłamszenia przez biurokratyzacyjny szał socjalistów.
W Europie chcemy więcej partnerstwa, a nie walki klasowej. Demokratyczne państwo konstytucyjne i społeczna gospodarka rynkowa uratowały Europę z wojennych zgliszczy i przyniosły człowiekowi osobistą wolność, bezpieczeństwo socjalne i dobrobyt. Było to możliwe tylko dzięki partnerstwu i solidarności. Komuniści głoszą walkę klas, a socjaliści idą w tym kierunku.
Niemcy, wybierzcie wolną i społeczną Europę - przeciw Europie socjalistycznej.
Protokół odnotowuje w tym miejscu "oklaski". Następnie przewodniczący obradom Bernhard Vogel zapytał, czy ktoś chciałby zabrać głos w sprawie odezwy. Po tym jak nikt się nie zgłosił, przewodniczący zwrócił się do delegatów, by ci, którzy odezwę chcą poprzeć, powstali. Potem poprosił o głosy przeciw i zapytał, czy ktoś się wstrzymuje. Następnie stwierdził, że zjazd jednogłośnie odezwę przyjął, co delegaci oklaskami przyjęli do wiadomości.
*
Z dzisiejszej perspektywy pozostaje stwierdzić, że wszystkie zamiary deklarowane w odniesieniu do kompetencji Parlamentu Europejskiego zostały z biegiem lat urzeczywistnione, a dokonało się to w pełni wraz z przyjęciem traktatu lizbońskiego (2009 r.). W międzyczasie Parlament Europejski uzyskał ostateczne słowo w kwestii budżetu, ma własne kompetencje kontrolne i prawodawcze, dysponuje prawem zatwierdzania umów międzynarodowych. Jego zgody wymaga też przyjęcie nowych członków i powołanie Komisji, na które może się nie zgodzić. Również postulat opracowania przez Parlament Europejski projektu europejskiej konstytucji został później wypełniony przez Konwent, w którego powstaniu Europarlament był siłą napędową i w którym był intensywnie reprezentowany. Postulaty CDU sformułowane w odezwie w sprawie pierwszych wyborów bezpośrednich do Parlamentu Europejskiego w 1979 r. były dalekowzroczne i realistyczne. Możemy być z tego dumni. W dalszej części dokładniej omówione zostaną jednak trudności, które trzeba było pokonać na tej drodze, co wymagało niewiarygodnie wiele wysiłku, pracy, pasji i cierpliwości. To, że mogłem w tym współuczestniczyć, poczytuję sobie za wielki przywilej. Szczególne znaczenie ma jednak wypełnienie zawartego w odezwie postulatu pokojowego przezwyciężenia podziału Europy i tym samym podziału naszej Ojczyzny. Proces dziejowy po 1979 r. wykazał, jak słuszne było stwierdzenie, że "wolna Europa jest nadzieją dla całego kontynentu". Możemy być szczęśliwi, że osiągnęliśmy te wielkie cele. Ale utrzymanie tych osiągnięć nie jest rzeczą oczywistą. Każde pokolenie od nowa musi zdać egzamin. Dlatego ważna jest znajomość historii. Tylko ten, kto ją zna, rozumie teraźniejszość i zyskuje wzorce do kształtowania przyszłości. Bardzo ważne jest przy tym, że partie demokratyczne - choć są między nimi tak istotne różnice poglądów i spory - w fundamentalnych kwestiach polityki europejskiej idą wspólną drogą. Owa "wspólnota demokratów" ma wielkie znaczenie na płaszczyźnie narodowej, a na płaszczyźnie europejskiej jej znaczenie jest jeszcze większe.
2. Ukonstytuowanie się pierwszego Parlamentu wybranego w wyborach bezpośrednich
17 lipca 1979 r. ukonstytuował się w Strasburgu Parlament Europejski wybrany między 7 a 10 czerwca. Ziściło się tym samym to, co Victor Hugo (1802-1885) zapowiedział na otwarciu II Międzynarodowego Kongresu Pokojowego 21 sierpnia 1849 r.:
Nastanie dzień, w którym pociski i bomby zastąpione zostaną przez karty do głosowania, przez powszechne prawo wyborcze narodów, przez decyzje wielkiego suwerennego senatu, który dla Europy będzie tym, czym Parlament jest dla Anglii, a Zgromadzenie Narodowe dla Francji4.
To, co w 1849 r. Victor Hugo głosił pośród śmiechu słuchaczy, było wizjonerskie. Nawet jeśli nie stało się dokładnie tak, jak mówił, to co do istoty miał rację. Parlamenty krajowe muszą oczywiście zostać w Europie utrzymane, bo są one częścią tożsamości narodów. Ale Parlament Europejski został wybrany. 17 lipca 1979 r. zebrał się po raz pierwszy. Dla mnie był to moment poruszający. Nigdy wcześniej nie byłem w Strasburgu, owym miejscu niemiecko-francuskiego pojednania. I od razu byłem tam jako członek Parlamentu Europejskiego, uczestniczący w jego posiedzeniu konstytutywnym - co było dla mnie jak spełnienie marzeń.
W roku 1979 do Parlamentu europejskiego wybrani zostali deputowani z dziewięciu krajów Europy ze Wspólnoty Europejskiej (z Belgii, Danii, Francji, Holandii, Irlandii, Luksemburga, Republiki Federalnej Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch). W roku 1981 dołączyli deputowani z Grecji, w 1986 r. z Hiszpanii i Portugalii, w 1995 r. z Austrii, Finlandii i Szwecji, w roku 2004 z Cypru, Czech, Estonii, Litwy, Łotwy, Malty, Polski, ze Słowacji, Słowenii i z Węgier, w 2007 r. natomiast z Bułgarii i Rumunii. W 2013 r. członkiem Unii Europejskiej została Chorwacja. Ale w roku 1979 do tego momentu droga była jeszcze długa.
Posiedzenie konstytutywne otworzyła Louise Weiss (1893-1983) jako marszałek senior. Była to postać zupełnie wyjątkowa. Urodziła się w rodzinie protestanckiego pastora w Alzacji, jej matka była Żydówką, a ona sama najpierw była nauczycielką i pisarką, po czym w latach 1914-1918 pracowała jako sanitariuszka. Od 1918 do 1934 r. pełniła funkcję wydawcy czasopisma "L'Europe Nouvelle", a w latach 1942-1944 działała w ruchu oporu. We Francji walczyła o prawa wyborcze dla kobiet, a teraz otworzyć miała pierwsze posiedzenie Parlamentu Europejskiego wybranego po raz pierwszy w dziejach Europy.
Słowami tyleż wzruszającymi, co pięknymi, rozpoczęła swe przemówienie, pierwsze w wybranym bezpośrednio Parlamencie Europejskim, zwracając się do "szanownych wybranych deputowanych Europy"5. Wciąż mam przed oczami tę czcigodną 86-letnią wówczas damę, jak stojąc na środku prezydium, rozpoczyna swą poruszającą przemowę do deputowanych:
Łaskawość losu i drogi pisarstwa zawiodły mnie na tę trybunę, na której jako przewodniczącej pierwszego dnia obrad przypada mi dziś w udziale zaszczyt, o którym nie śmiałam marzyć i który napełnia mnie szczęściem, jakiego pełnię odczuć może tylko człowiek, któremu dane jest doczekać tego, jak wszystko to, do czego powołany był w swej młodości, w cudowny sposób dokonuje się w jesieni jego życia.
Ileż głębi mieściło się w tych słowach. Zmierzyć można ją tylko wtedy, jeśli w swojej świadomości będziemy mieli dzieje Europy. Louise Weiss jako osoba dorosła przeżyła zarówno pierwszą, jak i drugą wojnę światową - największe katastrofy naszego kontynentu. Doświadczeniom tym dała wspaniały wyraz:
Zdaje mi się dziś, jak gdybym - jako dziennikarka, pisarka i krytyk filmowy, która nigdy nie zdradziła swych przekonań słowem ani obrazem - przemknęła tylko przez to stulecie i ten świat, że - zakochana w Europie - spotkałam się tu z Państwem, byśmy wspólnie nadali wyraz owym lękom i nadziejom, które wszystkich nas poruszają.
II. Ważne wybory w życiu osobistym i wzorce polityczne
1. Decyzje i doświadczenia rodzinne
Na pewnym posiedzeniu Młodych Europejskich Chrześcijańskich Demokratów w Maastricht poznałem w roku 1974 młodą ładną panią, Ruth Nissen z Gelting (dzielnica Stenderup) w Szlezwiku-Holsztynie. Ruth była przewodniczącą okręgu Junge Union w powiecie Schleswig-Flensburg, ja byłem przewodniczącym okręgu Junge Union w powiecie Osnabrück. Mieliśmy takie same polityczne przekonania, oboje byliśmy pełnymi entuzjazmu Europejczykami. Obiecaliśmy sobie, że pozostaniemy w kontakcie. A działo się to w mieście, od którego później nazwano traktat, jakim 1 listopada 1993 r. powołano do życia Unię Europejską.
Wyprawiłem się więc na północ Niemiec, do Szlezwika-Holsztynu, swoim Volkswagenem garbusem, na którego mogłem sobie pozwolić jako aplikant. Rodzice Ruth, Inge i Armin Nissenowie, którzy wspólnie prowadzili gospodarstwo rolne, przyjęli mnie nader uprzejmie. W tej rodzinie także później czułem się bardzo dobrze. Ruth zdała wkrótce egzamin na laborantkę chemiczną i odbyliśmy wspólnie parę podróży. Niebawem jasne stało się dla nas, że chcemy razem iść przez życie. Gdy następnie okazało się, że będziemy mieć dziecko, pobraliśmy się w kościele w Gelting. Ślub był ekumeniczny - z ewangelickim pastorem z wyznania Ruth i katolickim duchownym z mojej konfesji. 11 kwietnia 1977 r. we Flensburgu przyszedł na świat nasz syn Johannes. Matka i syn pierwsze tygodnie spędzili w Stenderup, a następnie przenieśli się do mnie do Bonn, gdzie po wyborach do Bundestagu w 1976 r. byłem, jak już wspomniałem, naukowym pracownikiem frakcji CDU/CSU w Bundestagu, pełniącym funkcję osobistego asystenta wiceprzewodniczącego frakcji Burkharda Ritza. W szczególności dla Ruth oznaczało to duże zmiany: rezygnację z pracy i przewodniczenia okręgowi Junge Union, a ponadto przenosiny z wiejskiej okolicy do miasta. Zatrzymałem swoje mieszkanie w Bersenbrück, gdzie byłem przewodniczącym CDU - co było podstawą mej aktywności politycznej. Kursowaliśmy więc regularnie między Bonn a Bersenbrück, gdzie często zatrzymywaliśmy się na weekendy. W ciągu tygodnia często jeździłem też na posiedzenia w powiecie Osnabrück, by jeszcze tego samego wieczoru lub w nocy wracać do Bonn. W tym czasie miałem w perspektywie pierwsze eurowybory, a jeśli chciałem kandydować - wymagało to dużego zaangażowania. Już wtedy stało się dla mnie jasne, że niesamowicie trudno jest pogodzić życie rodzinne i działalność polityczną. Ale tak byłem przywiązany do swych europejskich przekonań i celów, że nie byłem w stanie się od nich odwrócić. A moja żona zrezygnowała - musiała zrezygnować - z pracy i z polityki.
Po wyborze do Parlamentu Europejskiego w roku 1979 oczywiste było, że z rodziną mieszkać będę w swym okręgu wyborczym Osnabrück-Emsland. Zdecydowaliśmy się więc kupić dom w Bad Iburg w powiecie Osnabrück. 8 października 1981 r. wprowadziliśmy się do domu przy ul. Sophienstraße 8. Tego dnia wypadały 50. urodziny burmistrza, Hermanna Tovara, który wraz z szefem administracji miasta, Heinzem Köhnem - z oboma się zaprzyjaźniłem - przez wiele lat kierował sprawami Bad Iburg. Nasza ulica nazwana została na cześć Zofii, żony Ernesta Augusta von Braunschweig-Lüneburga, pierwszego protestanckiego biskupa Osnabrück. Para książęca, rodzice króla Anglii Jerzego I Hanowerskiego i Zofii Charlotty, pierwszej królowej Prus, rezydowali w zamku Iburg, zanim w roku 1673 przenieśli się do nowo wybudowanego pałacu w Osnabrück. Warto też wspomnieć, że właśnie w Bad Iburg urodziła się Zofia Charlotta.
W Bad Iburg szybko przyjęto nas do społeczności tego małego miasteczka i dobrze się tam czuliśmy. Nasz drugi syn, Benedict, urodził się 19 kwietnia 1983 r., a więc w czasie mojej pierwszej kadencji w Parlamencie Europejskim. Uznaliśmy, że Benedict to ładne imię, także z uwagi na św. Benedykta z Nursji, patrona Europy. Ówczesny przewodniczący frakcji w Parlamencie Europejskim, Włoch Paolo Barbi, przed całą frakcją pogratulował mi wyboru imienia Benedict. Godne uwagi było w przypadku Niemca, że zdecydował się na imię z południa Europy, a nie tradycyjne imię niemieckie, jak na przykład Siegfried.
Żona mnie wspierała, często towarzyszyła mi w politycznych wyjazdach, a w domu była dobrą i gościnną gospodynią. Tymczasem polityka wciągała mnie coraz bardziej. Chwil dla rodziny, która tak wiele dla mnie znaczyła, było coraz mniej. W drugiej połowie lat 80. objąłem dodatkowo w dolnosaksońskim CDU przewodnictwo komisji ds. opracowania nowego Programu dla Przyszłości na wybory do Landtagu w roku 1990. To, że się na to zdecydowałem, jest jedyną polityczną decyzją, jakiej naprawdę żałuję. Program dla Przyszłości został wprawdzie przyjęty na krajowym zjeździe dolnosaksońskiej CDU w 1989 r., ale partii tak naprawdę nie zachwycił, mimo że merytorycznie był dobry. Przede wszystkim jednak praca nad nim, obok moich zadań europejskich, oznaczała jeszcze mniej czasu dla rodziny. Ciągła akceptacja takiej sytuacji wymaga od małżonki ogromnej dozy cierpliwości i siły. Może okazać się też jednak zbyt wyczerpująca i prowadzić do separacji. I tak się niestety stało. Ruth znalazła nowego partnera i w jego przedsiębiorstwie ponownie podjęła pracę zawodową. To był trudny czas. Johannesowi i Benedictowi wdzięczny jestem za to, że i wtedy, i później zawsze ze zrozumieniem wspierali mnie w mojej działalności politycznej. Wdzięczny im jestem także - i po trosze dumny - że obaj angażują się politycznie. W polityce nie jest rzeczą oczywistą, a raczej rzadką, że dzieci z rodzin polityków idą w ich ślady. Jestem więc szczęśliwy, bo widzę, że - mimo obciążeń dla rodziny - moja polityczna droga zmotywowała, a nie odstraszyła, moich synów.
Bolesnym doświadczeniem miało być jednak dla moich synów i dla mnie to, że dla Johannesa (kandydował do Bundestagu) i Benedicta (jako kandydata do Europarlamentu) podczas ubiegania się o mandat ojciec-deputowany (i to od wielu lat) okazał się raczej wadą niż zaletą. Uwagi o "dziedziczeniu władzy" lub "nepotyzmie" były raniące. Także we współzawodnictwie wewnątrzpartyjnym niemałe znaczenie dla Johannesa i Benedicta miało to, że moi oponenci stali się od razu przeciwnikami moich synów. Nie zniechęciło ich to jednak, z czego się oczywiście cieszę. Johannes działa jako przewodniczący w pewnym związku pracodawców i przedsiębiorców i ma ze swoją żoną Hermine dwóch synów: Jakoba i Davida. Również Benedict, w chwili pisania tej książki zastępca ogólnokrajowego przewodniczącego Junge Union Deutschlands i wiceprzewodniczący Młodych Europejskich Chrześcijańskich Demokratów (YEPP), pracuje w przedsiębiorstwie.
2. Nominacja na kandydata do Parlamentu Europejskiego (1979)
Zjazd dolnosaksońskiej Junge Union w dniach 22-23 lipca 1978 r. w Wolfsburgu miał mieć szczególne znaczenie dla mojej przyszłości. Poza wyborem zarządu krajowego uchwalony miał tam zostać również program polityki europejskiej na pierwsze wybory do Parlamentu Europejskiego w czerwcu 1979 r. Zjazd trwał dwa dni. Pierwszym punktem porządku był wybór nowego przewodniczącego krajowego. Przy niemal identycznym poparciu Fritz Brickwedde z Osnabrück zwyciężył Klausa-Michaela Machensa, dotychczasowego przewodniczącego krajowego. Ja sam z dobrym wynikiem ponownie wybrany zostałem na członka zarządu krajowego Dolnej Saksonii, co na kilka następnych lat zapewniło mi funkcję rzecznika ds. polityki europejskiej. Nie było jednak pewne, czy następnego dnia uzyskam nominację do startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Bezpośrednio po swym wyborze zarząd krajowy zebrał się wieczorem na rozmowę, by naradzić się w sprawie wysunięcia mnie jako kandydata. Ściśle rzecz ujmując, nominacja przez zjazd krajowy była rzeczą niezwyczajną, ponieważ kandydatury do parlamentów ustalane były zwykle przez Radę Dolnej Saksonii, gremium składające się z mniej więcej pięćdziesięciu osób. Nominacja przez zjazd krajowy Dolnej Saksonii była więc nowością. Na posiedzeniu zarządu krajowego zdania na ten temat były podzielone. Przede wszystkim mojemu przewodniczącemu regionu Junge Union, Wolframowi Hamacherowi, zawdzięczam to, że ostatecznie zarząd krajowy postanowił nominować mnie drugiego dnia obrad. Nominacja przez Junge Union udzielona została jednomyślnie w głosowaniu jawnym. Dla mnie był to decydujący krok do ostatecznej nominacji przez dolnosaksońską CDU. Przede wszystkim w przypadku mojego własnego regionu CDU Osnabrück-Emsland kierowanego przez Wernera Remmersa decyzja Junge Union była ważnym rozstrzygnięciem wstępnym, umożliwiającym następnie uzyskanie poparcia regionalnego związku CDU. Ten bezpieczny "bilet" wystawiony przez CDU Osnabrück-Emsland i dolnosaksońską Junge Union przyniósł mi czwartą pozycję na liście wyborczej dolnosaksońskiej CDU w wyborach do Parlamentu Europejskiego odbywających się 10 czerwca 1979 r. Lokata ta była stosunkowo pewna i rzeczywiście ostatecznie dolnosaksońska CDU wprowadziła do Parlamentu Europejskiego pięciu deputowanych. Jak potoczyłaby się moja polityczna kariera, gdybym nie uzyskał tej nominacji? Odpowiedź na to pytanie pozostaje oczywiście otwarta. Aż do jego przedwczesnej śmierci w grudniu 2012 r. pozostawałem w przyjaźni z Wolframem Hamacherem, który w latach 1994-2004 był przewodniczącym regionu CDU Osnabrück-Emsland, będąc na tym stanowisku następcą kolejno Wernera Remmersa i Christiana Wulffa. Rzadko zdarzało mi się poznawać ludzi tak wiarygodnych, kierujących się wartościami i przekonaniami oraz niezawodnych jak Wolfram Hamacher.
Jako kandydat w pierwszych wyborach do Parlamentu Europejskiego byłem w optymalnym wieku. Moje 33 lata sprawiły, że skorzystałem na prześmiewczym haśle "Stare chłopy do Europy"50*, którym media komentowały kandydowanie wielu "doświadczonych" postaci, pełniących już wcześniej wiodące funkcje na płaszczyźnie krajowej i federalnej. Obecność na liście dolnosaksońskiej CDU młodszego kandydata "z przyszłością" była też korzystna dla partii. Poseł do Bundestagu Karl-Heinz Hornhues, późniejszy przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych niemieckiego parlamentu, wyraził to następująco: "Dla starych nie jest on za młody, dla młodych nie jest za stary".
3. Program Junge Union dla Europy: Postanowienia wolfsburskie
Na wspomnianym zjeździe dolnosaksońskiej CDU chodziło jednak przede wszystkim o uchwalenie programu polityki europejskiej - Postanowień wolfsburskich - na mające się odbyć w czerwcu 1979 r. wybory do Parlamentu Europejskiego. Nasze wypowiedzi programowe pochwalił premier Ernst Albrecht, który pracował wcześniej w Komisji Europejskiej i doszedł do stanowiska dyrektora generalnego ds. konkurencji, zanim z inicjatywy ówczesnego krajowego przewodniczącego CDU Wilfrieda Hasselmanna nie przeszedł do krajowej polityki Dolnej Saksonii. Nie było to takie oczywiste, bo Ernst Albrecht nie był znany ze skłonności do głoszenia pochwał. Program polityki europejskiej dolnosaksońskiej Junge Union miał zostać w mym zamyśle przedyskutowany w całej organizacji i stanowić podstawę mojej pracy w Parlamencie Europejskim. Powstał w kierowanej przeze mnie grupie roboczej. Dewizą programu było "Nasza przyszłość to Europa!"51 W preambule zatytułowanej Europa - dla wolności i solidarności stwierdzaliśmy:
Dla Junge Union Dolnej Saksonii zjednoczenie Europy stanowi pierwszorzędny cel niemieckiej polityki. Zjednoczenie Europy służy pokojowi i wolności. Sensem Europejskiej Unii musi być to, ażeby przy wzajemnym poszanowaniu narodowej i kulturowej odmienności większą wagę przykładać do tego, co łączy narody Europy, niż do tego, co je dzieli.
Wspólnota Europejska jest naszą drogą do Zjednoczonej Europy jako państwa federalnego. Powinna pozostać otwarta dla wszystkich krajów europejskich, których wewnętrzna budowa odpowiada zasadom demokracji i państwa prawa oraz w których zagwarantowane są prawa człowieka. Wspólnota Europejska musi być wzorcem ludzkiej solidarności. Temu celowi służyć winna unia gospodarcza, monetarna i społeczna, do której dążymy. W Europie człowiek stać musi w centrum wszelkich starań politycznych.
Poniżej nasz program wyłożony zostanie nieco dokładniej, z jednej strony w celu przedstawienia moich przekonań w zakresie polityki europejskiej, z drugiej zaś także po to, aby z dzisiejszej perspektywy możliwa była ocena, jak wiele z naszych ówczesnych założeń programowych udało się dotychczas zrealizować.
*
Żądaliśmy, aby Europa była Europą obywateli. W pierwszych wyborach bezpośrednich z roku 1979 widzieliśmy ważny krok na drodze ku demokratyzacji Wspólnoty Europejskiej. Junge Union wzywała Europejską Partię Ludową, europejską partię chrześcijańskich demokratów, do której należała CDU, aby wszyscy członkowie zaangażowali się na rzecz uczynienia partii chrześcijańsko-demokratycznych i partii z nimi współpracujących decydującym graczem w Parlamencie Europejskim. Dla Junge Union Dolnej Saksonii Europa oznaczała nadzieję na przyszłość w wolności, pokoju i solidarności. Europejski program dolnosaksońskiej Junge Union dzielił się na trzy części: Europejska Partia Ludowa i wybory do Parlamentu Europejskiego, Polityka gospodarcza i społeczna w Europie oraz Europejska polityka zewnętrzna i bezpieczeństwa. Decydujące było dla nas to, by w większym stopniu we Wspólnocie Europejskiej urzeczywistniać demokrację.
Junge Union Dolnej Saksonii opowiada się za zjednoczoną Europą jako modelem wolności, sprawiedliwości i solidarności. Struktury europejskie powinny być demokratyczne i bliskie obywatelom. Współpraca 260 milionów obywateli Wspólnoty Europejskiej jest nieodzownym warunkiem budowy demokratycznej Europy. Zaplanowane na 7 i 10 czerwca 1979 r. wybory bezpośrednie do Parlamentu Europejskiego są ważnym krokiem na drodze do demokratyzacji instytucji wspólnotowych.
Bezpośrednie wybory do Parlamentu Europejskiego były - naszym zdaniem - ważne także dlatego, że różnic w poglądach politycznych nie można już było wyłączać poza nawias.
Zbyt długo popełniano błąd polegający na wyłączaniu zagadnień wrażliwych politycznie poza nawias procesu integracyjnego i rozwiązywaniu problemów po sprowadzeniu do najmniejszego wspólnego mianownika. Europejską integrację osiągnąć można nie poprzez wypieranie konfliktów, lecz poprzez ich przezwyciężanie. Decyzje podejmować może więc większość posiadająca demokratyczną legitymację.
Poza tym było dla nas ważne, że wraz z wyborami do Parlamentu Europejskiego dojść musiało do wykształcenia rozległej infrastruktury politycznej:
Grupy i związki społeczne organizują się w europejskich strukturach i tworzą reprezentację ogólnoeuropejską. Następować będzie to tym szybciej, że ważne decyzje zapadają na płaszczyźnie europejskiej. Partie, związki zawodowe i związki przedsiębiorców poczyniły w tym zakresie pozytywny postęp.
Efektywność ówczesnych instytucji europejskich ocenialiśmy krytycznie. Naszym zdaniem przyczyną stagnacji procesu integracyjnego był w niemałym stopniu głęboki paraliż instytucjonalnych struktur Wspólnoty.
Wprawdzie główny zakres kompetencji należy do Rady, ale nie była ona zdolna przemóc się do energicznych działań zjednoczeniowych, ponieważ interesy narodowe wciąż ostro ze sobą kolidują. Tymczasowa rezygnacja ze stosowania zasady większościowej (przewidzianej w art. 43, par. 2, ust. 3 Traktatu ustanawiającego Europejską Wspólnotę Gospodarczą) okazuje się tutaj brzemienna w skutki i paraliżująca.
Rolę Parlamentu Europejskiego postrzegaliśmy natomiast jako pozytywną, ponieważ okazywał on przychylność dla integracji, jednak z braku kompetencji i możliwości kontroli nie mógł ostatecznie dawać żadnych rozstrzygających impulsów. Wyrażaliśmy żal, że Komisja często zamiast podejmować stymulujące działania, rozumiała swą rolę jako pośrednika między Radą a Parlamentem. Byliśmy zdania, że niezdolność Rady do działania szkodzi też Komisji. Budziło to obawy i oznaczało ignorowanie postanowień traktatów. W tej sytuacji instytucjonalnym punktem oparcia dla ożywienia procesu integracji mógłby być, naszym zdaniem, Parlament Europejski:
Zjednoczenie Europy jest całkowicie uzależnione od pozycji parlamentu. To wymaga w przyszłości całkowitego zaangażowania europejskich parlamentarzystów. W związku z tym Junge Union sprzeciwia się w przypadku członków Parlamentu Europejskiego mandatom podwójnym, tj. równoczesnemu członkostwu w landtagu lub Bundestagu.
Wybory bezpośrednie wykorzystać należało jako okazję do poszerzenia kompetencji Parlamentu Europejskiego, w szczególności, jak sądziliśmy, "konieczna jest pełna rozbudowa uprawnień Parlamentu w zakresie budżetu wspólnoty". Wzywaliśmy do zniesienia składek narodowych i finansowania budżetu Wspólnoty wyłącznie ze środków własnych. "Stopniowo poszerzane winny być też kompetencje legislacyjne", bo wtedy, w roku 1979, Parlament Europejski nie miał jeszcze żadnych kompetencji prawodawczych. Junge Union Dolnej Saksonii wzywała ponadto, by propozycje Parlamentu Europejskiego we wszystkich kwestiach dotyczących Europy przedstawiane były Komisji i Radzie Ministrów. Nasze postulaty i żądania były bardzo ambitne. Za niezbędne uważaliśmy ponadto:
- powoływanie Komisji przez Parlament;
- zobowiązanie przewodniczącego Rady do składania Parlamentowi szczegółowych sprawozdań z działalności Rady;
- kompetencje decyzyjne Parlamentu w kwestiach, które wchodzą w zakres stosowania traktatów rzymskich i w których Rada dwukrotnie nie podjęła decyzji w wyznaczonym terminie;
- coroczne odbywanie w Parlamencie Europejskim w obecności szefów państw i rządów debaty nad stanem Wspólnoty i możliwościami jej dalszego rozwoju.
Rozwiązania te są nieodzowne, aby możliwe było podejmowanie koniecznych decyzji.
Przede wszystkim chodziło nam o to, aby zabezpieczyć współudział reprezentantów wybranych przez ludność Europy, a więc Parlamentu Europejskiego, w kontroli nad Radą i Komisją w tych kwestiach, które nie leżały już w zakresie kompetencji parlamentów narodowych, lecz przekazane zostały Wspólnocie. Tym samym jasno opisaliśmy istniejący deficyt demokracji. W początkowej fazie europejskiego prawodawstwa realizowanego przez Radę Ministrów parlamenty narodowe utraciły kompetencje legislacyjne. Kompetencje te nie przeszły jednak na Parlament Europejski, lecz wykonywane były przez Radę Ministrów, a więc rządy, w skład których nierzadko nie wchodzili nawet ministrowie, lecz jedynie urzędnicy. Przezwyciężenie tego deficytu demokracji musiało być - w moim najgłębszym przekonaniu - głównym zadaniem Parlamentu Europejskiego wybranego w wyborach bezpośrednich. Nie chciałbym w tym miejscu uprzedzać biegu wydarzeń, ale pragnę już teraz zaznaczyć: w trudnym, trwającym dziesięciolecia procesie cel ten został stopniowo osiągnięty. Jest to wielki sukces. Dzisiaj Unia Europejska - mimo wszelkich nadal istniejących braków - ma porządek i legitymację demokratyczną. Porządku tego nie można mierzyć miarą indywidualnych narodowych regulacji żadnego z 28 krajów członkowskich - oczywiście także nie niemiecką. Demokratyczny i parlamentarny ustrój Unii Europejskiej, który rozwijał się przez dziesięciolecia i przedstawiony zostanie szczegółowo, jest jedyny w swoim rodzaju i nie ma odpowiednika na całym świecie. Jest ustrojem sui generis.
Ważnym zadaniem nowo wybranego Parlamentu było, naszym zdaniem, podjęcie rozmów o przyszłej konstytucji europejskiej. Konstytucja Wspólnoty Europejskiej winna w szczególności zawierać:
- zasady obowiązywania praw obywatelskich i praw człowieka, które odpowiadać będą naszym prawom podstawowym i będą chronione przez europejski Trybunał Sprawiedliwości;
- podstawy do stworzenia państwa związkowego z demokracją parlamentarną jako systemem rządów;
- fundamenty Wspólnoty rozumiane jako zasady konstytucyjne;
- zakresy kompetencyjne organów Wspólnoty, w tym europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i instytucji kontroli obrachunkowej;
- rozgraniczenie suwerenności Wspólnoty od suwerenności narodowej jej państw członkowskich, w tym opis kompetencji ustawodawczych Parlamentu Europejskiego, jak również opis koniecznych akceptacji określonych norm prawnych przez państwa członkowskie lub ich parlamenty;
- czynne i bierne prawo wyborcze do Parlamentu Europejskiego;
- podstawowe regulacje w zakresie finansów publicznych.
Europejską Partię Ludową wezwaliśmy także do zwołania pierwszego kongresu konstytucyjnego w celu przyspieszenia debaty nad europejską ustawą zasadniczą. Uchwalona przez Parlament Europejski konstytucja powinna zostać zatwierdzona w referendum przez większość ludności państw członkowskich. Z perspektywy roku 1978 były to postulaty rewolucyjne, choć dzisiaj wiemy, że wiele z nich udało się zrealizować - nawet jeśli nie wszystkie. Był to proces trudny, ale skuteczny. I proces ten się opłacił.
Żądaliśmy również, by w kwestiach, w których Wspólnocie Europejskiej przysługiwały kompetencje regulacyjne, rezultat procesu decyzyjnego przyjęty i reprezentowany mógł być także wbrew zdaniu jednego lub kilku państw członkowskich (decyzja większościowa): prawo weta nie przysługiwałoby żadnemu z państw członkowskich - także po powiększeniu Wspólnoty.
Nasze postulaty dotyczyły także europejskiej administracji:
Obywatel widzi dziś proces integracji europejskiej nazbyt często w jego biurokratycznym wymiarze: szklane pałace w Brukseli i urzędniczy gąszcz rozporządzeń. Obawiać się należy, że wraz z poszerzaniem zakresu kompetencji instytucji europejskich postępować będzie dalsza biurokratyzacja, która z pewnością będzie szkodliwa dla idei europejskiej i skutecznego działania Wspólnoty.
Dlatego domagaliśmy się sprawnych instytucji europejskiej administracji i uproszczenia rozporządzeń, aby były zrozumiałe dla każdego, a nie jedynie dla wyspecjalizowanych prawników. Ten postulat z roku 1978 aktualny jest także dziś.
W naszym programie stwierdziliśmy ponadto, że idei europejskiej - inaczej niż to było w pierwszych latach budowania Wspólnoty - brakowało wigoru. Aby temu przeciwdziałać, postulowaliśmy, żeby idea ta znalazła swój wyraz w symbolach i konkretnych działaniach, które podtrzymywałyby świadomość życia w Europejskiej Wspólnocie i wspierały gotowość do akceptacji Europy jako przyszłego państwa. Jako przykłady takich symboli i konkretnych działań proponowaliśmy:
- wprowadzenie "wspólnego paszportu";
- ustanowienie europejskiej flagi i hymnu;
- świadomie podkreślane zgodne występowanie Wspólnoty na zewnątrz na płaszczyźnie międzynarodowej i dyplomatycznej;
- wprowadzenie samorządowego prawa wyborczego dla obywateli państw członkowskich, którzy swe stałe miejsce zamieszkania mają w danej gminie/mieście od więcej niż pięciu lat;
- obowiązywanie krajowej taryfy pocztowej na całym obszarze Wspólnoty.
W Traktacie ustanawiającym Konstytucję dla Europy podpisanym przez szefów państw i rządów Unii Europejskiej 29 października 2004 r. na Kapitolu w Rzymie52* symbole zostały przewidziane. Jednak w traktacie lizbońskim z 13 grudnia 2007 r. ponownie je niestety usunięto. Później jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego postanowiłem, że hymn zawsze grany będzie w Parlamencie przy podejmowaniu ważnych gości. W naszych Postanowieniach wolfsburskich wzywaliśmy wybrany w wyborach bezpośrednich Parlament Europejski do inicjacji i realizacji wymienionych działań. Z dzisiejszej perspektywy stwierdzić można, że wiele spośród postulatów Junge Union Dolnej Saksonii zostało zrealizowanych.
*
Jako młodzieżówka za nasz obowiązek uznawaliśmy domaganie się "europejskiej współpracy młodzieży, porównywalnej ze współpracą niemiecko-francuską w tym zakresie", ponieważ
kontakty i wymiany młodych ludzi we Wspólnocie Europejskiej są najlepszą gwarancją dalszego wzrostu świadomości europejskiej w społeczeństwie. W szczególności wspierać należy wycieczki i wymiany szkolne, jak również wymiany uczestników kształcenia zawodowego.
Po wyborze do Parlamentu Europejskiego wciąż podnosiłem postulaty na rzecz europejskiej współpracy młodzieży, wspólnie zresztą z kolegami z grupy roboczej młodszych deputowanych, wśród których byli: Elmar Brok, późniejszy przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych, Ingo Friedrich, w przyszłości wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, jak również Karl von Wogau, późniejszy przewodniczący Komisji ds. Gospodarczych i Monetarnych. Grupą tą kierował mój kolega z CSU i przyszły minister Bawarii, Reinhold Bocklet. Nawet jeśli nie byliśmy w stanie przeforsować naszych postulatów, to jednak wymiany uczniowskie i studenckie zostały w decydujący sposób zintensyfikowane poprzez różne działania Wspólnoty Europejskiej. Dzisiaj istnieją rozległe programy wsparcia przeznaczone właśnie dla studentów (Erasmus), co stanowi ważny wkład w europejską kulturę. Przy ustaleniach dotyczących finansów rządy zawsze stoją przed pokusą ograniczenia nakładów na działania kierowane do młodzieży. Również w przyszłości ważne będzie dalsze przypisywanie kulturze europejskiej odpowiedniej pozycji - przy jednoczesnym pełnym uznaniu faktu, że polityka kulturalna jest przede wszystkim zadaniem narodowym. Unia Europejska nie powinna przejmować sterów polityki kulturalnej, musi jednak tworzyć ramy, w których możliwa i wspierana jest wymiana młodzieżowa, szkolna i studencka, jak również wymiana młodych pracobiorców. Z uwagi na ogromne znaczenie edukacji i badań naukowych konieczne jest, by Unia Europejska poświęcała temu obszarowi maksymalną uwagę.
*
W gospodarczej części naszego programu przypomnieliśmy w roku 1978, że już w grudniu 1969 r., na szczycie w Hadze, szefowie państw i rządów zdecydowali o wprowadzeniu unii gospodarczej i walutowej do roku 1980. Domagaliśmy się z całą mocą, by zamiar ten został podjęty ponownie i by jego realizacja nabrała tempa. Unię gospodarczą i walutową, jak również integrację społeczną uznaliśmy za cele najważniejsze. W dolnosaksońskiej Junge Union byliśmy przekonani, że z wielkimi problemami nie można już sobie poradzić w ramach państwowości indywidualnej. Dlatego więc konieczne było wspólne tworzenie rozwiązań:
- w celu zwalczania inflacji,
- w celu zwalczania bezrobocia, w szczególności bezrobocia wśród młodych,
- w celu wspierania polityki energetycznej i naukowo-badawczej, ze szczególnym uwzględnieniem poszukiwania alternatyw dla energii jądrowej,
- w celu wspierania gałęzi przemysłu kształtujących przyszłość,
- w celu wspierania wspólnej polityki ochrony środowiska.
Wskazywaliśmy też, że wyzwaniom tym nie uda się sprostać, jeśli poszczególne kraje Wspólnoty Europejskiej powrócą do praktyk protekcjonizmu handlowego. W średniej i długiej perspektywie protekcjonizm miałby dla wszystkich uczestników fatalne skutki. Dlatego konsekwentnie domagaliśmy się redukcji barier handlowych, do czego wliczało się także wyrównanie stawek podatku VAT. Zauważaliśmy też konieczność dialogu społecznego pomiędzy pracodawcami, pracownikami oraz instytucjami narodowymi i europejskimi. Doprowadzić należało do równego wynagrodzenia za tę samą pracę dla mężczyzn i kobiet oraz ochrony pracowników, których miejsca pracy zagrożone były przez postęp techniczny. Osiągnąć trzeba było również poprawę warunków pracy. Ponieważ Wspólnota Europejska stworzyła swobodę przepływu wszystkich pracowników, oczywista była dla nas konieczność opowiedzenia się także za wprowadzeniem uznawalności dyplomów.
Żądaliśmy też, by obok urzeczywistnionej już swobody wyboru miejsca pracy przyjęta została swoboda osiedlania się i swoboda przepływu usług. Tworzenie swobody świadczenia usług trwało jeszcze przez wiele lat, ale w efekcie w niektórych krajach nowej Unii było przedmiotem żywego zainteresowania.
Już w roku 1978 jasno też opowiedzieliśmy się za społecznym zobowiązaniem wobec słabszych w Europie:
Proces integracji gospodarczej już dziś doprowadził do powstania jednego głównego problemu. Pracownicy zagraniczni nie są dotychczas dostatecznie zintegrowani. Kraj, w którym mieszkają i pracują, nie jest ich ojczyzną, a jednocześnie wyobcowani są z kraju, w którym się urodzili. Do tego dochodzi jeszcze problem dzieci obcokrajowców.
W celu poprawy sytuacji tych ludzi podjąć należy rozległe działania w zakresie polityki oświatowej i społecznej. W tym kontekście Junge Union z zadowoleniem przyjmuje inicjatywę osiągnięcia lepszej opieki nad uczniami obcojęzycznymi poprzez poprawę sytuacji w zakresie kadry nauczycielskiej.
Cel osiągnięcia równych warunków życia i pracy w Europie wymaga intensywniejszego wspierania regionów słabych strukturalnie, gdyż w przeciwnym razie duża część ludności, w związku z rejonem swojego urodzenia, nie będzie mogła uczestniczyć w postępie. Zorientowana na przyszłość europejska polityka strukturalna i regionalna wiąże się z koniecznością dużych wysiłków finansowych. We Wspólnocie Europejskiej partnerzy silni gospodarczo muszą brać odpowiedzialność za biedniejsze kraje Wspólnoty. W szczególny sposób dotyczy to Republiki Federalnej Niemiec.
Wydatki budżetów narodowych na poprawę polityki strukturalnej powinny być do siebie zbliżone. Miarą wielkości składek narodowych jest każdorazowo produkt narodowy brutto. W razie potrzeby kraje silne finansowo wezwane są do udzielenia wsparcia.
Nasz model przyszłości Europy czy Wspólnoty Europejskiej i późniejszej Unii Europejskiej był i jest modelem wspólnoty solidarnej. Także w przypadku Republiki Federalnej Niemiec zasada ta powinna być zawsze zupełnie oczywista. Niemcy zarówno przed, jak i po zjednoczeniu, na każdym etapie w stopniu większym niż inni korzystały na istnieniu europejskiego rynku wewnętrznego i swobody eksportu. Drugą stroną tego medalu jest europejska solidarność. W ten sposób korzystają wszyscy.
*
Przyjęte w Wolfsburgu pryncypia wspólnej europejskiej polityki dotyczącej Niemiec, spraw zewnętrznych i bezpieczeństwa omawiam ze szczególną satysfakcją. Dziś Niemcy są zjednoczone, są też ważnym partnerem w Unii Europejskiej. Natomiast w roku 1978 Europa podzielona była na swą zachodnią, wolną część i zniewoloną, komunistyczną część wschodnią. Wielu gotowych było pogodzić się z podziałem Europy i pod płaszczykiem stabilizacji zaakceptować status quo. Nigdy nie było to zgodne z moją postawą. W moim przekonaniu europejskie granice przezwyciężone powinny zostać właśnie przez wolność. Stabilizacja zawsze idzie bowiem w parze z wolnością. Za tymi pryncypiami opowiedzieliśmy się w Wolfsburgu i one towarzyszyć miały mi przez całe moje polityczne życie:
Pokojowymi środkami pragniemy również przezwyciężyć podział Europy i tym samym także podział naszej Ojczyzny. Berlin też należy do Wspólnoty Europejskiej i pozostaje kamieniem probierczym europejskiej solidarności.
Zawsze byłem pewien, a w kwestii tej polityka Konrada Adenauera była dla mnie wzorem, że my, Europejczycy, tylko wtedy będziemy mieć szansę przeforsowania w świecie naszych wartości i interesów, jeśli będziemy działać wspólnie. Także i te pryncypia wyrażone zostały w Wolfsburgu w europejskim programie Junge Union:
Idea zjednoczenia Europy zasadza się na idei wolności. Wolność i demokracja w Europie Zachodniej opierają się na zaufaniu i przekonaniu ludzi, że demokratyczna forma państwa najlepiej nadaje się do rozwiązywania ich problemów. Te obie relacje zachowane i wzmocnione mogą zostać tylko wtedy, jeśli wolne kraje Europy znajdą odwagę i siłę, by także w kwestiach polityki zewnętrznej i polityki bezpieczeństwa z większym niż dotąd zdecydowaniem iść drogą europejskiej jedności. Bez tej jedności państwa zachodnioeuropejskie pojedynczo, a Europa Zachodnia jako całość, utracą stopniowo jakiekolwiek znaczenie. Wspólne stanowisko krajów Wspólnoty Europejskiej wobec naglących problemów świata gwarantuje, że głos Europy w ogóle zostanie dosłyszany. Wspólna polityka zewnętrzna i wspólna polityka bezpieczeństwa są więc ważnym wkładem w zachowanie europejskiej tożsamości. Jest ona przede wszystkim konieczna do zapewnienia pokoju.
Owej wspólnej polityki nie należało kształtować w opozycji do Stanów Zjednoczonych. Pozostawały one naszym zdaniem "także w przyszłości najważniejszym partnerem i sojusznikiem państw Wspólnoty Europejskiej w Pakcie Północnoatlantyckim (NATO)". Wskazaliśmy jednak na to, że interesy USA i Wspólnoty Europejskiej nie zawsze były identyczne. Z tego powodu argumentowaliśmy, że:
prawdziwe partnerstwo oparte na równości [jest] możliwe tylko wtedy, jeśli Europejczycy będą prezentować wspólne stanowisko. Dotyczy to niemal wszystkich sfer relacji (polityki bezpieczeństwa, handlowej, gospodarczej itd.).
Zawsze przekonany byłem też, że wspólna europejska polityka zewnętrzna i bezpieczeństwa odpowiada długofalowym interesom Stanów Zjednoczonych, ponieważ polityka taka, oparta na działaniu Europejczyków na własną odpowiedzialność, w coraz większym stopniu odciążać mogłaby USA. Po II wojnie światowej w zasadzie wszystkie kolejne administracje Stanów Zjednoczonych popierały politykę europejskiego zjednoczenia. Oczywiście nie wykluczało to sporów w pojedynczych kwestiach. Niemniej jednak jednocząca się i silna Europa zawsze pozostawała w fundamentalnym interesie USA. Po upadku Związku Radzieckiego i komunizmu stosunki z USA mogą się nam wydawać już nie tak ważne, ale ja nadal jestem przekonany, że niezależnie od wszystkich różnic w poszczególnych sprawach, w gruncie rzeczy istnieje zasadnicze zainteresowanie ścisłą, partnerską relacją pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Relacja ta bazuje na wspólnocie fundamentalnych wartości. Partnerstwo Europy i USA nie może być podawane w wątpliwość nawet w kontekście skandalicznych i niemożliwych do zaakceptowania działań wywiadowczych podejmowanych przez amerykańską National Security Agency (NSA). Podjęte w 2013 r. przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone rozmowy w sprawie strefy wolnego handlu mogą i powinny dodać relacjom transatlantyckim nowej dynamiki i pokazać wyraźnie, że w epoce globalizacji Europejczycy i Amerykanie nie tylko dążą do przynoszących wzajemne korzyści relacji gospodarczych, lecz są i pozostają świadomi łączących ich wartości, których rdzeń oparty jest na przekonaniu o godności człowieka.
*
W czasach istnienia Związku Radzieckiego amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa dla Europy miały znaczenie ogromne, a bez USA byłaby ona bezbronna. W naszym Programie wolfsburskim opisaliśmy to następująco:
W stosunku do Związku Radzieckiego i innych krajów Europy Wschodniej jednolita polityka Wspólnoty Europejskiej jest sprawą najpilniejszą. Sowiecki komunizm i ogromna potęga militarna Moskwy w Europie Środkowej pozostają wyzwaniem dla wolnych krajów kontynentu. Polityka bloku wschodniego nie straciła nic ze swej wrogiej postawy wobec wolności. Niemniej jednak właśnie wobec istnienia broni stanowiącej zagrożenie dla ludzkości konieczna jest pomiędzy Wschodem a Zachodem polityka równowagi i odprężenia. Polityka taka musi być jednak wyważona i uwzględniać wzajemne ustępstwa.
Trzy lata przed Postanowieniami wolfsburskimi dolnosaksońskiej Junge Union, w roku 1975, zakończyła się w Helsinkach Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Postanowienia z Helsinek dotyczyły współpracy politycznej i gospodarczej pomiędzy Wschodem a Zachodem, jak również - w tzw. koszyku III - praw człowieka. Ustalenia z Helsinek zawsze uważałem za słuszne, bo pokładałem zaufanie w dynamice polityki na rzecz praw człowieka. To, że Związek Radziecki gotów był włączyć prawa człowieka do porozumienia z Helsinek, oznaczało w mym przekonaniu decydujący krok na drodze do wywierania wpływu na wewnętrzne procesy w tym państwie. Prawa człowieka były dla nas środkiem w dążeniu do stopniowego otwarcia komunistycznych struktur. Wielu ludziom na Zachodzie, także w mojej partii, taka polityka wydawała się naiwna. Ale polityka na rzecz praw człowieka, która równocześnie wspierała się na polityce obrony militarnej, w moim przekonaniu musiała ostatecznie okazać się skuteczna. Wprawdzie już krótko po podjęciu ustaleń w Helsinkach, na następnej konferencji w Belgradzie, Związek Radziecki nie chciał uwzględnić praw człowieka w debacie ani dopuścić do włączenia tego określenia do deklaracji końcowej. W naszych Postanowieniach wolfsburskich spotkało się to z następującym komentarzem:
W przypadku krajów Wspólnoty Europejskiej i krajów Zachodu polityka na rzecz praw człowieka także w przyszłości musi pozostawać nieodzowną treścią polityki odprężenia. Winno to - inaczej niż to wyglądało w Belgradzie - znajdować swój wyraz także w wiążących dokumentach.
Ponieważ sami żyjemy w wolności, nie wolno nam być obojętnymi na los ludzi żyjących w niewoli. Jako ludzie wolni, my Europejczycy, musimy stawać w obronie urzeczywistnienia praw człowieka w Związku Radzieckim, w Chile, w NRD, w Afryce i wszędzie tam, gdzie prawa człowieka są łamane. Zadaniem polityki Wspólnoty Europejskiej jest wciąż przypominać Związkowi Radzieckiemu i innym państwom Europy Wschodniej o dotrzymywaniu zobowiązań, które podjęte zostały przez kraje komunistyczne w akcie końcowym Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Narody wschodnioeuropejskie także mają prawo do urzeczywistnienia praw człowieka, demokracji i wolności. Polityka na rzecz praw człowieka skuteczna będzie tylko wtedy, jeśli kraje Wspólnoty Europejskiej działać będą wspólnie i w sposób zdecydowany.
Dzisiaj liczne państwa byłego "bloku wschodniego" podzielają ideały Unii Europejskiej. Nasze wartości odniosły sukces. Ale działania na rzecz wolności, demokracji i praw człowieka w Europie i na świecie wciąż pozostają konieczne - w Europie, na przykład na Białorusi czy Ukrainie. Również wobec Rosji, naszego tak ważnego partnera, Unia Europejska wciąż nalegać musi na respektowanie zasad państwa prawa i zasad demokracji.
*
Unia Europejska nadal stać będzie przed decyzją, które państwa europejskie mogą jeszcze do niej przystąpić. W każdym indywidualnym przypadku uzależnione jest to od wielu czynników. Postanowienia wolfsburskie dolnosaksońskiej Junge Union już w 1978 r. podejmowały także ten temat:
Wspólnota Europejska musi pozostać otwarta dla wszystkich krajów europejskich, których wewnętrzna budowa odpowiada zasadom demokracji i zasadom państwa prawa oraz w których zagwarantowane są prawa człowieka. Warunkiem przystąpienia jest wyznawanie przez państwa przystępujące celów Unii Europejskiej i niepostrzeganie Wspólnoty jedynie jako wielkiej strefy wolnego handlu. W przypadku tych państw europejskich, które nie są członkami Wspólnoty, w związku ze szczególnym charakterem relacji, konieczne pozostają procedury współpracy.
Również z dzisiejszej perspektywy stwierdzenie to w zasadzie pozostaje słuszne. Po przyjęciu tak wielu nowych członków - Grecji w roku 1981, Portugalii i Hiszpanii w 1986, Finlandii, Austrii i Szwecji w 1995, Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Słowenii, Malty i Cypru w 2004, Bułgarii i Rumunii w 2007, jak również Chorwacji w 2013 - Unia Europejska potrzebuje dzisiaj fazy konsolidacji i ugruntowania. Kraje bałkańskie do Unii przystępować powinny stopniowo i przy spełnieniu wszystkich kryteriów. Przykład Bułgarii i Rumunii, których akcesja nastąpiła zbyt szybko, powinien nas skłonić do nauki na błędach. W obustronnym interesie leży, aby nowe kraje nie przystąpiły do UE nazbyt szybko. Unia Europejska nie może "zarozszerzyć się na śmierć". Turcja jest dla niej np. szczególnie ważnym partnerem. Powinniśmy rozwijać z nią partnerskie relacje na wszystkich istotnych obszarach polityki. Na członkostwo Turcji Unia Europejska nie jest jednak moim zdaniem gotowa ze względu na zbytnie przeciążenie polityczne, kulturowe, geograficzne i finansowe. Nie można dziś ponadto udzielić żadnej ostatecznej odpowiedzi na pytanie, które europejskie kraje pewnego dnia przystąpią jeszcze do UE. Proces historyczny jest jak zawsze otwarty.
*
Jak już wspomniałem, fakt, że 30 sierpnia 1954 r. we francuskim Zgromadzeniu Narodowym upadła idea powołania Europejskiej Wspólnoty Obronnej dysponującej wspólną europejską armią, był dla Konrada Adenauera największym rozczarowaniem w czasie sprawowania przez niego urzędu kanclerza. I ja również zawsze tak to postrzegałem. "Przegrywając" ten projekt w 1954 r., straciliśmy dekady. Jak na ironię, później to właśnie Francja ponownie i intensywnie nalegała na wysiłki w zakresie obronności. Jest to jednak ironia pozytywna. Urzeczywistnienie koncepcji EWO, ze wspólną armią, także dzisiaj pozostaje ważnym celem. W naszych Postanowieniach wolfsburskich odnosiliśmy się do tego następująco:
Celem pozostaje "Europejska Wspólnota Obronna". Bez niej nie może zaistnieć Unia Europejska. Należy stopniowo kontynuować wysiłki na rzecz wspólnej europejskiej polityki obronnej. Obejmuje to nie tylko regularną wymianę opinii pomiędzy wszystkimi europejskimi członkami NATO, lecz także zwiększanie kooperacji i standaryzacji w zakresie produkcji zbrojeniowej, jak również ujednolicenie struktur sojuszniczych sił zbrojnych. Poprzez wspólną produkcję zbrojeniową możliwe jest obniżenie kosztów obronności i zwiększenie konkurencyjności europejskiego przemysłu. Powołanie europejskiej agencji zbrojeniowej mogłoby się do tego w istotny sposób przyczynić, podobnie jak do standaryzacji uzbrojenia.
Polityka bezpieczeństwa i obronna miały stanowić w latach 1984-1994 główny przedmiot mojej działalności w Parlamencie Europejskim.
*
W Postanowieniach wolfsburskich nasz stosunek do krajów rozwijających się przedstawiliśmy w powiązaniu z urzeczywistnianiem praw człowieka:
Do tego człowiekowi potrzebna jest wolność. Warunkiem dla niej jest eliminacja głodu, bezrobocia, braku edukacji. Warunek ten w większości krajów świata wciąż nie jest spełniony.
Krytyce poddawaliśmy istniejący system światowej gospodarki, niekorzystny dla krajów rozwijających się i oddziałujący głównie na rzecz społeczeństw przemysłowych. Żądaliśmy uporządkowanej konkurencji opartej na równych szansach startu i sprawiedliwych zasadach.
Solidarność jako warunek partnerstwa jest zasadą, która musi zdobyć uznanie na całym świecie i nie może być ograniczona tylko do poszczególnych państw. Warunkiem partnerskiego kształtowania procesu rozwoju jest wzajemne uznanie tożsamości narodów, państw i społeczeństw. Ta zasada międzynarodowej solidarności jest dla nas wezwaniem do udzielania pomocy, pomocy rozwojowej względnie prowadzenia polityki rozwojowej, która ludzi i wszystkie narody postawić winna w takim położeniu, by pomoc charytatywna konieczna była jedynie w sytuacjach wyjątkowych.
W roku 1978, gdy podejmowane były Postanowienia wolfsburskie, stosunek do krajów tzw. Trzeciego Świata w znacznej mierze definiowany był przez opozycję Wschód-Zachód. Kraje rozwijające się często stawały się przedmiotem tej rozgrywki. My chcieliśmy nowej relacji:
Kraje rozwijające się są naszymi partnerami. Przy obecnie istniejącym układzie sił na świecie to właśnie Wspólnota Europejska może wyraźnie pokazać, że zdecydowanie odrzuca kuratelę lub nawet interwencje militarne państw trzecich w krajach rozwijających się. Kraje te nie mogą stawać się areną rozgrywki pomiędzy Wschodem a Zachodem. Odpowiedzialność Wspólnoty Europejskiej za pomyślną przyszłość krajów rozwijających się obejmuje przeciwdziałanie rozszerzaniu militarnych wpływów Związku Radzieckiego w krajach Trzeciego Świata. Wspólnota Europejska na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych powinna ciągle wzywać Związek Radziecki i jego sojuszników, by w końcu wnieśli swój wkład w pokojowy rozwój krajów Trzeciego Świata.
Byliśmy zdania, że współpraca z krajami rozwijającymi się nie może ograniczać się jedynie do kontaktów z poszczególnymi rządami. W celu przeforsowania praw człowieka wspierać należało także grupy opozycyjne. W każdym wypadku dążyć trzeba było do pokojowego rozwiązywania konfliktów. Dlatego też staliśmy na stanowisku, że wysiłki Wspólnoty Europejskiej wypada zintensyfikować:
Z uwagi na swą gospodarczą siłę i częściowo już tradycyjnie dobre kontakty poszczególnych państw członkowskich z tymi krajami, Wspólnota Europejska ponosi tutaj odpowiedzialność szczególną. Odpowiedzialności tej sprosta tylko wtedy, jeśli wysiłki w zakresie polityki rozwoju przybiorą na sile i będą lepiej skoordynowane niż dotychczas.
Dziś stwierdzić można, że relacje Unii Europejskiej z krajami Trzeciego Świata nie są wolne od problemów; jednak w porównaniu ze stosunkami innych wielkich państw z krajami rozwijającymi się należy je, ogólnie rzecz biorąc, uznać za partnerskie. W rozmowach o światowym handlu Unia Europejska powinna pozostawać adwokatem krajów Trzeciego Świata. Dla mnie - jako reprezentanta polityki urzeczywistniania praw człowieka - godność ludzi w tych krajach jest taka sama jak godność każdego Europejczyka. Skoro zaś podstawową miarą jest godność i prawa człowieka, to musi to też przekładać się na politykę i gospodarkę. Oczywiście nie można przy tym zapominać, że kraje Trzeciego Świata same muszą być gotowe wspierać własny rozwój. Zasoby gospodarcze i finansowe nie mogą pozostawać wyłącznie w ręku elit, lecz muszą stanowić wsparcie dla wszystkich ludzi. Pomoc w tym zakresie będzie stałym obowiązkiem Unii Europejskiej.
*
Program dolnosaksońskiej Junge Union Nasza przyszłość to Europa! z 1978 r. kończył się opisem polityki wobec Bliskiego Wschodu:
Dla Europy pokojowe rozwiązanie sytuacji na Bliskim Wschodzie (Izrael, państwa arabskie) ma znaczenie szczególne. Wspólnota Europejska powinna usilnie wspierać wysiłki służące osiągnięciu pokoju. Pokojowe regulacje na Bliskim Wschodzie wszystkim państwom i narodom umożliwiać muszą bezpieczną przyszłość w bezpiecznych granicach. Wspólnota Europejska może się do tego skutecznie przyczynić. Ponadto dla Wspólnoty Europejskiej szczególne znaczenie mają partnerskie relacje ze wszystkimi państwami sąsiedzkimi z basenu Morza Śródziemnego.
Podczas mej późniejszej działalności w Parlamencie Europejskim pracy na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie poświęcałem szczególną uwagę - przede wszystkim jako przewodniczący frakcji Europejskiej Partii Ludowej i Europejskich Demokratów (1999-2007) i jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego (styczeń 2007 - lipiec 2009), jak również jako przewodniczący Europejsko-Śródziemnomorskiego Zgromadzenia Parlamentarnego (marzec 2008 - marzec 2009).
Do dzisiaj jestem całkowicie przekonany, że pokojowa regulacja kwestii bliskowschodniej, obejmująca istnienie i bezpieczne granice państwa izraelskiego i państwa palestyńskiego, jest warunkiem pokojowego współżycia ze światem arabskim i światem Islamu. Także w prezydium CDU, do którego należałem w latach 1999-2009 - początkowo jako przewodniczący frakcji Europejskiej Partii Ludowej i Europejskich Demokratów, a potem z urzędu, z prawem głosu jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego - byłem za tym, aby do swojego programu podstawowego CDU, obok opowiedzenia się za bezpieczeństwem państwa Izrael, włączyła także opowiedzenie się za państwem palestyńskim. W podstawowym programie CDU z 2007 r. sformułowane jest to następująco:
Przyjmujemy szczególną historyczną odpowiedzialność Niemiec wobec Izraela. Opowiadamy się za prawem Izraela do istnienia jako państwa żydowskiego o bezpiecznych granicach. Niemcy i Europa muszą przyczynić się do przezwyciężania kryzysów na Bliskim i Środkowym Wschodzie w drodze partnerskiej współpracy z krajami regionu oraz do rozwiązania konfliktu bliskowschodniego. W zakres ten wchodzi również istnienie państwa palestyńskiego zdolnego do samodzielnego funkcjonowania53.
Postanowienia dolnosaksońskiej Junge Union z lipca 1978 r. pozostawały dla mnie miarodajne na całej mojej europejskiej politycznej drodze. Dziś stwierdzić mogę, że były one perspektywiczne. Satysfakcją napełnia mnie fakt, że wiele z tego, co ustaliliśmy i postulowaliśmy wtedy w Wolfsburgu, stało się rzeczywistością. Dla mnie osobiście Postanowienia wolfsburskie pozostawały zawsze drogowskazem i zobowiązaniem w mych politycznych działaniach. Z perspektywy roku 1978 liczne nasze postulaty były wizjonerskie. Chętnie przyznam, że wiele moich koncepcji wywoływało niejednokrotnie uśmieszki. Ale mi to nigdy nie przeszkadzało. Potwierdzenie swojej postawy odnalazłem później w stwierdzeniu Helmuta Kohla: "Wizjonerzy to prawdziwi realiści"54.
Wstęp Jerzego Buzka do polskiej edycji
Refleksje nad książką Hansa-Gerta Pötteringa warto rozpocząć od tego, co osobiście uważam za naprawdę wyjątkowy jej walor. Jest nim wyłaniający się z jej stron obraz polityki, jakiej - jak mi się wydaje - często nam w Polsce brakuje, a której wartość także i sama Europa powinna dziś chyba odkryć ponownie. To polityka niewolna od pasji, przekonań i wartości, a jednocześnie polityka przepełniona głębokim szacunkiem zarówno dla politycznych sojuszników, jak i adwersarzy, dla obywateli i różnorodności ich podejść. To polityka oparta na dialogu, który wzbogaca różnorodność argumentów, na poszukiwaniu zrozumienia dla różnych poglądów i interesów, na wypracowywaniu trudnych często kompromisów, których fundamentem jest myślenie w kategoriach wspólnoty i dobra wspólnego, a nie partykularnych interesów.
W tym sensie książka Hansa-Gerta Pötteringa z pewnością nie jest tylko zapisem historii. Choć niezaprzeczalnie daje ona wyjątkowe, bo oparte na osobistym doświadczeniu i refleksjach naocznego jej uczestnika, świadectwo tego jak na przestrzeni siedemdziesięciu lat Europa Zachodnia powstawała z ruin wojny światowej i jak rodziła się oraz ewoluowała wspólnota europejska, którą dziś budujemy także i my, Polacy. Jest więc ta książka wyśmienitym źródłem historycznym, zapisem integracji europejskiej, praktyki politycznej - tak w lokalnym, jak i narodowym czy właśnie europejskim wymiarze. Jest ona też wartościowym kompendium spostrzeżeń i głębokich refleksji nad historią, polityką, naturą ludzką, osobistymi wyborami, przyjaźniami. Wreszcie, choć próżno w niej szukać sensacyjnych opisów politycznej kuchni, to jednak znajdziemy na tych stronach zapis głębokich procesów przemian - zarówno europejskiej praktyki politycznej, realnego wpływu brukselskich instytucji, jak i świadomości obywateli.
Polskich czytelników z pewnością zainteresują wątki nam najbliższe: zapis spotkań z polskimi premierami w roku 2007, gdy wykuwały się ostateczne zapisy traktatu lizbońskiego, odniesienia do nauki Jana Pawła II, przemyślenia autora na temat relacji polsko-niemieckich czy roli jaką odegrała Solidarność i Polacy w uwolnieniu kontynentu spod jarzma totalitaryzmu. Wyjątkowy kontekst tym rozważaniom nadaje fakt, że Hans-Gert Pöttering urodził się w tej części Niemiec, którą w roku 1945 wyzwalali polscy żołnierze. Nigdy nie poznał swojego ojca, poległego gdzieś na terenach dzisiejszej Polski, którego imię odnalazł na symbolicznej tablicy cmentarza wojennego w Glinnej, w Zachodniopomorskiem, dopiero w roku 2011. A jednak Hans-Gert Pöttering był z pewnością jednym z największych adwokatów rozszerzenia Unii Europejskiej o kraje Europy Środkowowschodniej. Niedawno zaś, odbierając honorowe obywatelstwo jednego z polskich miast, prawdziwie szczerze mówił: "dziś mogę się czuć Polakiem. Wspominam w tym momencie moje dzieciństwo i myślę, że nawet nie mogłem sobie takiego dnia wyobrazić".
Europa, jakiej w najśmielszych marzeniach nie mogliśmy sobie jeszcze nie tak dawno temu wyobrazić, jest dziś rzeczywistością. Pisząc te słowa w odniesieniu do tytułu tej książki: Na szczęście jesteśmy zjednoczeni, zdaję sobie sprawę - a nawet liczę - że znaczne grono czytelników będzie miało trudność z ich właściwym zrozumieniem. Coraz więcej jest przecież Polaków, dla których ta rzeczywistość jest jedyną, jaką znają z doświadczenia. Myślę, że wręcz opacznie mogą odczytać moje słowa, myśląc, że piszę o targających dziś Europą napięciach, fundamentalnych pytaniach o wartości i przyszłość naszego kontynentu. Im właśnie chciałbym przytoczyć słowa, które usłyszałem od autora tej książki, gdy spotkałem go na swej drodze po raz pierwszy.
Był rok 1999. Obaj uczestniczyliśmy w debacie nad rolą chrześcijaństwa w integracji europejskiej. Był to moment, gdy mój rząd prowadził trudne negocjacje dotyczące przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, jednocześnie reformując państwo tak, by było w stanie skutecznie sprostać wyzwaniom także przecież związanym z integracją. Hans-Gert był już wtedy przewodniczącym największej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim - Chrześcijańskich Demokratów. Po konferencji rozmawialiśmy chwilę o wyzwaniach stojących przed nami. Nie było wszak wcale jasne, czy Polska sprosta wymaganiom i wstąpi do UE w pierwszej grupie nowych państw. Usłyszałem wtedy, w roku 1999, słowa które wbrew naszym obawom się spełniły. Hans-Gert stwierdził, że za dziesięć lat Polska będzie silnym członkiem Unii Europejskiej i nikt już nie będzie pamiętał tych wszystkich napięć, trudności czy naszych słabości, które nam kiedyś na drodze ku wspólnej Europie często przesłaniały szerszy obraz.
Udało się! Piętrzące się wyzwania motywowały nas do wysiłku. Podobnie w wyzwaniach stających przed Unią Europejską musimy znaleźć motywację do wytężonej pracy. Tak jak robili to przed nami inni - bo historia europejskiej integracji spisywana jest właśnie napięciami i wyzwaniami, którym udało się sprostać. Refleksje zawarte w tej książce też chyba skłaniają ku takiej właśnie konstatacji. Niech będzie więc dla nas ta książka i jej tytuł nie zapisem przeszłości, ale drogowskazem prowadzącym nas w naszych wysiłkach ku przyszłości.
prof. Jerzy Buzek
premier rządu RP w latach 1997-2001poseł do Parlamentu Europejskiego, w latach 2009-2012 jego przewodniczący
I. Młodość
W roku 1945 Europa była morzem ruin. Barbarzyńska wojna pochłonęła życie ponad 55 milionów ludzi. Miliony zostały oderwane od swych korzeni - miliony uciekinierów lub wypędzonych - rodzice bez swych synów, żony bez mężów, dzieci bez ojców. W roku 1945 wiele europejskich miast było spustoszonych. Gospodarka leżała w gruzach. Na całym świecie nazwa "Europa" wywoływała strach i trwogę. Co do odpowiedzialności za wybuch II wojny światowej nie może być wątpliwości: narodowosocjalistyczny reżim bezprawia w Niemczech swój obłęd na punkcie rasy i swą żądzę władzy rozwinął w piekło agresji przeciw wszystkim innym narodom Europy. Holocaust dokonany na Żydach był jego najstraszniejszą zbrodnią. Narodowosocjalistyczny totalitaryzm doprowadził cały kontynent do zniszczenia. Na koniec naród niemiecki sam stał się jedną ze swych ofiar. Zwycięzców było jednak w roku 1945 niewielu. Byli raczej szczęśliwi i nieszczęśliwi ocaleni, pierwsi na zachodzie, drudzy w centrum i na wschodzie Europy. Na Zachodzie powstawało nowe życie w wolności, szacunku dla ludzkiej godności, oparte na demokracji i prawnie zagwarantowanej gospodarce wolnorynkowej - nowe życie dalekowzrocznie sterowane przez amerykańskie wsparcie. W Zurychu w roku 1946 Winston Churchill nakreślił w swej mowie wizję Stanów Zjednoczonych Europy, do których jednak Wielka Brytania należeć nie powinna. Po roku 1945 Europa zaczęła się odradzać na swym zachodnim, atlantyckim krańcu. Wyczerpane, ale obdarzone szczęściem wolności nowego początku narody zachodniej Europy zaczęły się łączyć. Jedną z największych osobowości, jakie dane mi było spotkać, był Vernon Walters, od 1985 do 1989 r. ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ, a w latach 1989-1991 ambasador w Republice Federalnej Niemiec. W roku 1990 Walters miał wystąpienie w ramach Osnabrücker Europagespräche ("Osnabrückskie rozmowy o Europie") i gościł w moim domu w Bad Iburg. Opowiedział nam historię, której nie potrafiłbym zapomnieć: krótko po zakończeniu II wojny światowej odwiedził on w Berlinie rodzinę mieszkającą w piwnicy własnego zniszczonego domu. W piwnicy na stole stały kwiaty. W tym momencie przemknęło mu przez myśl: "Niemcy znów mają przed sobą przyszłość".
Nadzieja na nowy początek przepełniała w roku 1945 także narody środkowej, wschodniej i południowo-wschodniej Europy. Jako ludzie tego samego, wspólnego nam wszystkim europejskiego kręgu kulturowego wierzyli w szansę na nowe życie w wolności i pokoju. Z goryczą stwierdzić im jednak przyszło, że pokój bez wolności jest tylko połowicznym wyzwoleniem z jarzma totalitarnego bezprawia. Radziecka żądza władzy pogrzebała ich nadzieje. W roku 1945 totalitaryzm narodowosocjalistyczny został pokonany, ale stalinizm podzielił Europę i narzucił narodom Europy środkowej, wschodniej i południowo-wschodniej swoje bezprawne reżimy. Nadzieja jednak pozostała żywa także wśród owych nieszczęśliwych ocalonych z II wojny światowej: nadzieja na wspólną, duchowo, moralnie i politycznie odnowioną Europę otwierającą perspektywę dobrobytu przed wszystkimi swoimi obywatelami. Do spełnienia tej nadziei potrzeba było jednak wiele czasu.
1. Lata szkolne
W takich czasach przyszedłem na świat, 15 sierpnia 1945 r. w Bersenbrück, w Dolnej Saksonii. Mój Ojciec, Wilhelm Pöttering, uznany został już wtedy za zaginionego. W Boże Narodzenie roku 1944 po raz ostatni wolno mu było odwiedzić rodzinę, po czym w styczniu 1945 r. znów wzięto go na wojnę - jako zwykłego żołnierza w stopniu starszego szeregowego. Krótko potem pojawiło się przypuszczenie, że zginął gdzieś na wschodzie Niemiec, w pobliżu Szczecina. Potwierdzone zawiadomienie o jego śmierci nie nadeszło jednak nigdy, w związku z czym Ojciec mój aż do lat 50. uważany był za zaginionego, dopóki urzędowo nie uznano go za zmarłego. Nigdy więc go nie poznałem. W roku 2011 odwiedziłem w Polsce cmentarz wojenny w pobliżu Szczecina, w gminie Stare Czarnowo (dawniej Neumark). Możliwe, że to na nim mój Ojciec znalazł miejsce wiecznego spoczynku.
Gdy się urodziłem, dom moich rodziców zajęty był przez polskich żołnierzy należących do brytyjskich sił okupacyjnych w północnych Niemczech. Moja Matka, Agnes Sophie Pöttering, od kilku miesięcy przebywała wraz z moim o trzy lata starszym bratem Manfredem u bliskich krewnych w ich gospodarstwie "Zur Lage" w Woltrup-Wehbergen, nieco ponad dwa kilometry od Bersenbrück. Maria zur Lage, kuzynka Matki, zapewniła obojgu schronienie i opiekę. Gdy pojawiły się oznaki bliskiego rozwiązania, Matka w asyście dwóch pracowników gospodarstwa udała się w drogę do szpitala w Bersenbrück. Musiała przy tym przejść obok swojego własnego domu, w którym zobaczyła polskich żołnierzy z ich towarzyszkami. Jakież myśli i uczucia musiały nią targać w tych dniach i godzinach: wydać miała na świat dziecko w czasie, gdy jej Mąż i Ojciec tego dziecka był od miesięcy zaginiony, a jej własny dom zajęty został przez wojska okupacyjne. Matka zawsze potem opowiadała, jak trudny był to dla niej czas. Ale mimo to nie poddawała się. Maria zur Lage została moją matką chrzestną i aż do jej śmierci byłem z nią zawsze w dobrych relacjach, podobnie jak dzisiaj z jej bratanicą, Anni zur Lage, która odziedziczyła gospodarstwo.
Historię tamtych dni w Bersenbrück spisał i tak oto przedstawił Bernhard Specker:
O świcie 11 kwietnia 1945 r. do Bersenbrück wkroczyły oddziały brytyjskie. [...] Anglicy w gmachu starostwa. Powitałem ich w piwnicy słowami "No soldiers, only civilists", ponieważ przypuszczali, że skoro jesteśmy w tym wielkim budynku, to jesteśmy żołnierzami. Bersenbrück zajęto bez jednego wystrzału. W kilka chwil zaroiło się od czołgów i transporterów. Anglicy przeszukiwali piwnicę z bronią gotową do strzału. Wszystko odbyło się bez problemów. Jeszcze przez pewien czas zostałem w piwnicy, potem około godz. 8 poszedłem do domu. W domu kłębiło się od Brytyjczyków. Jednego [...] spotkałem w sieni, zamiatał. W kuchni i w izbie już robili jedzenie. Czołgi i działa wokół domu, w ogrodzie rozstawione karabiny maszynowe. Dla naszych chłopaków [dzieci autora tej relacji] to przeżycie. Wszystkim spadł kamień z serca. Wojenny przelew krwi, a przede wszystkim naloty - już za nami. Każdego dnia trzeba było liczyć się z tym, że cały ten kram się zawali. Nazistowska tyrania jest dla nas raz na zawsze skończona27.
Zwycięskimi oddziałami brytyjskimi wkraczającymi do Bersenbrück dowodził marszałek Montgomery. Dzień 1 maja 1945 r. Bernhard Specker opisuje w swym dzienniku następująco:
Radio podało informację o śmierci Hitlera. Ten antychryst, który mordował od samego początku, nie żyje. Zbrodniarz, który na całą Europę sprowadził nieszczęście, skończył, odbierając sobie życie. Świat może odetchnąć wyzwolony od tyranii28.
Na początku czerwca 1945 r. do powiatu Bersenbrück przybyły polskie siły okupacyjne. W kronice miasta tak opisano to wydarzenie:
W Bersenbrück [mianowany przez Anglików] Louis Stammel został burmistrzem w bardzo trudnym czasie. Wieś przepełniona była uchodźcami i [ludźmi] ewakuowanymi. Od jesieni 1945 r. przybywali wydaleni mieszkańcy całych wsi i miast ze wschodnich terytoriów Niemiec, które teraz przypadły Polsce, Czechom i Związkowi Radzieckiemu. Do tego po zakończeniu wojny doszły jeszcze ogromne trudności z zaopatrzeniem ludności cywilnej w żywność i wszelkie produkty codziennego użytku. Wszystkie domy były przepełnione. Nieporozumienia między miejscowymi mieszkańcami a dokwaterowywanymi nieszczęśnikami były niemal nie do uniknięcia. Pan Stammel często zwracał się o pomoc do władz wojskowych, by kończyć tego typu zatargi. Sytuacja zaostrzyła się jeszcze bardziej, gdy na początku czerwca 1945 r. powiat Bersenbrück zajęła polska brygada spadochronowa. W celu zakwaterowania tej jednostki wraz z jej pojazdami i służbami w powiecie zajmowane były [liczne] domy. W centrum Bersenbrück dotyczyło to ponad 50% dostępnej zabudowy.
Do trudności związanych z wojną i sytuacją po jej zakończeniu doszedł jeszcze nowy problem kwaterunku wydalonych mieszkańców dawnych niemieckich terytoriów wschodnich oraz problem relacji z tą polską jednostką, która do ludności niemieckiej z pewnością nie była nastawiona przychylnie29.
"Zajmowanie kwater" przez polskie oddziały opisano następująco:
Kupiec Louis Stammel [...] miał niewdzięczne zadanie jeździć po miejscowości z polskim kwatermistrzem. Domy spełniające wymogi Polaków były zajmowane. Po wytypowaniu budynku mieszkańcy mieli kilka godzin na jego opuszczenie. Całe umeblowanie pozostawić należało na miejscu, zabrać można było jedynie rzeczy osobiste, takie jak odzież wyjęta z szaf. Wyprowadzkę uważnie nadzorowało dwóch Polaków. W mieszkaniu zostać musiały nawet przedmioty, które na nic nie były żołnierzowi potrzebne. Przy opróżnianiu domu przy ul. Bahnhofstraße byłem więc świadkiem tego, jak Matka daremnie starała się zabrać ze sobą maszynę do szycia. Na koniec opróżniania lokalu trzeba było posprzątać wszystkie pokoje i założyć świeżą pościel30.
Polskie siły okupacyjne pozostawały w Bersenbrück przez dwa lata. Miejscowość opuściły na początku czerwca 1947 r. Gdy Matka mogła ze mną i moim bratem powrócić do własnego domu, odbudowała przedsiębiorstwo Ojca. Ojciec handlował tekstyliami, interes został przez okupację, jak się wyraziła Matka, "splądrowany", w związku z czym jego prowadzenie trzeba było zaczynać zupełnie od nowa. Matka, córka rolników, nie była do tego przygotowana, ale udało jej się pomyślnie rozwinąć biznes i zyskała przychylność wiejskiej ludności. Nie studiowała, ale obdarzona była wyjątkową zaradnością życiową, była rezolutną kobietą, która teraz podołać musiała życiu z dwiema półsierotami. Wielkiego wsparcia ze strony państwa nie było, 52 marki stanowiły miesięczną rekompensatę - "rentę żołnierską". Trzyosobowa rodzina ledwie mogła za to wyżyć, w związku z czym utrzymanie zapewniał nam sklep. Nie musieliśmy cierpieć biedy, ale sytuację finansową można było określić mianem skromnej. Matka zapewniła nam jednak - na ile mogła - dostatnie życie, a przede wszystkim dobre wykształcenie.
Z wielką ufnością pokładaną w Bogu zniosła trudne lata wojny i wczesną śmierć swego ukochanego, długo zaginionego męża. Tak jak niezliczone kobiety z jej pokolenia, dała swoim życiem przykład, który dla nas pozostanie przestrogą i zobowiązaniem.
Tymi słowami uczciliśmy Ją wraz z bratem po tym, jak odeszła 8 października 2001 r.
*
Od 1952 do 1956 r. uczęszczałem do szkoły ludowej w Bersenbrück. Mieściła się ona mniej więcej trzysta metrów od mojego domu rodzinnego, więc każdego dnia chodziłem do niej piechotą31. Wychowawcą naszej klasy był Herbert Frysch, który jak miliony innych Niemców doświadczył losu wypędzonych. W naszą edukację i wychowanie włożył on wiele wysiłku. Dużo nas nauczył i winni mu jesteśmy ogromną wdzięczność. Także w naszym domu przez kilka lat zakwaterowana była rodzina wypędzonych, w związku z czym wcześnie poznałem los Niemców, którym przyszło zapłacić wysoką cenę za napaść Hitlera na Polskę. Dobrze pamiętam, jak matka tej wypędzonej rodziny siadła pewnego razu w naszym ogrodzie, a krewna, która również mieszkała w naszym domu na tym samym piętrze co wypędzeni, powiedziała mojej Matce: "Pani Malczakowski jest w naszym ogrodzie". Na to Matka odparła: "Słońce świeci tak samo dla Malczakowskich, jak dla ciebie i dla mnie". Takie proste, ale bardzo głębokie stwierdzenie wyłożyło mi istotę ludzkiej godności i wcześnie nauczyło jednakowego szacunku do wszystkich ludzi.
Cztery lata spędzone w szkole ludowej w Bersenbrück to był czas beztroski. Dobrze nas tam przygotowano do egzaminu wstępnego do Gymnasium Carolinum w Osnabrück, który zdałem w roku 1956. Gymnasium Carolinum założył Karol Wielki około roku 800. Uczęszczałem do niego do 1961 r., po czym przeniosłem się do Artland-Gymnasium w Quakenbrück. W Osnabrück w 9. klasie musiałbym się zdecydować albo na program matematyczny, albo na grekę, jednak żadna z tych kombinacji przedmiotów nie bardzo mi odpowiadała. Wolałem angielski i łacinę. W Quakenbrück języków tych mogłem się uczyć dalej, w związku z czym miałem istotny powód, by przenieść się do Artland-Gymnasium. Poza tym do Quakenbrück było z Bersenbrück 18 kilometrów, a więc dwa razy bliżej niż do Osnabrück. Żeby dotrzeć do Gymnasium Carolinum, trzeba było zawsze jechać pociągiem już o 6:40, do Quakenbrück zaś - dopiero o wpół do ósmej.
W odległości około stu metrów od szkoły ludowej w Bersenbrück znajdował się kościół pw. św. Wincentego. Przez kilka lat byłem w nim ministrantem. W roku 1955 pierwszy kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, Konrad Adenauer, złożył wizytę w Moskwie, aby sprowadzić do domu niemieckich jeńców wojennych. Negocjował z radzieckimi władzami reprezentowanymi przez premiera Nikołaja Bułganina oraz przez I sekretarza partii komunistycznej Nikitę Chruszczowa. W istocie odniósł sukces: 9626 żołnierzy mogło powrócić do Niemiec32. Było wzruszające, gdy żony i matki po długiej rozłące witały swych mężów i synów. Jeden z powracających ożeniony był z mieszkanką Bersenbrück. W kościele pw. św. Wincentego dziękczynieniem za jego powrót było uroczyste Te Deum. Byłem na tym nabożeństwie i oczywiście myślałem o swym Ojcu, na którego powrót wciąż mieliśmy nadzieję. Ale nie było go wśród powracających i nadzieja gasła coraz bardziej. W kościele gorzko płakałem.
*
Pewne zdarzenie z czasów szkolnych szczególnie zapadło mi w pamięć. Przedstawiam je tutaj nie tyle jako doświadczenie osobiste, ile raczej jako ilustrację jednego z fundamentalnych przekonań politycznych: w latach 50. i 60. w Republice Federalnej popularny był w Wigilię zwyczaj wystawiania w oknach zapalonych świec jako znaku pamięci o naszych "braciach i siostrach" w komunistycznej części Niemiec. Przy aprobacie rodziny i ja robiłem tak przez wiele lat, ponieważ w moim przekonaniu nigdy nie wolno nam było zapomnieć, że w części Niemiec żyją ludzie, którym system komunistyczny odmawia wolności i demokracji. Ta część Niemiec nazywała się "Niemiecka Republika Demokratyczna (NRD)", co było dla mnie określeniem nie do przyjęcia. Zniewolona część Niemiec zależna była od Moskwy i tym samym nie była niemiecka. Państwo to nie było demokracją, lecz komunistyczną dyktaturą. Moim zdaniem nie można też było odnosić do niego pozytywnego pojęcia republiki. Dlatego długo mówiono o "tak zwanej NRD", a w gazetach skrót "NRD" zapisywano zawsze w cudzysłowie. To w pełni odpowiadało moim przekonaniom.
W Wigilię Bożego Narodzenia 1964 r. ponownie wystawiłem w oknie świece. Cieszyliśmy się blaskiem choinki, gwiazdką i w ogóle tym, że są Święta. Nagle usłyszeliśmy, jak ktoś głośno puka w okno salonu i krzyczy: "Pali się u was!" Pobiegliśmy do pokoju od strony ulicy i ujrzeliśmy buchające płomienie. Wspólnymi siłami - z wizytą byli u nas jeszcze krewni - zdołaliśmy samodzielnie ugasić ogień. Mimo to rychło usłyszeliśmy syrenę i niedługo potem przed naszymi drzwiami stał wóz straży pożarnej. Strażacy nie musieli wprawdzie podejmować akcji, ale pożar w naszym domu był tematem wigilijnych rozmów w Bersenbrück. Parę dni później spotkałem dawnego kolegę i przyjaciela ze szkoły ludowej, Thomasa Endepolsa, który uważał się za liberała i dla którego nazwa NRD już od dawna nie potrzebowała cudzysłowu. Drwił sobie szyderczo z mojej "akcji świeczkowej". Moja riposta była energiczna, ale miło mi oczywiście nie było. Słusznie jednak w naszej rodzinie i w milionach innych rodzin w RFN blask świec był w Wigilię znakiem pamięci o naszych krajanach żyjących w niewoli w drugiej części Niemiec. Do dziś jestem zdania, że w ten sposób utrzymywano emocjonalną więź między ludźmi po obu stronach niemiecko-niemieckiej granicy.
Dopiero wiele lat później u pochodzącego z Galicji wielkiego pisarza, Man?sa Sperbera, znalazłem ujmującą myśl, która trafnie wyraża pełnię tragedii podzielonego świata i zniszczeń wyrządzonych przez totalitaryzm:
Dogmaty, nadzieje doczesnego wybawienia i towarzyszące im formy szantażu rodzą polityczną paranoję ruchów totalitarnych. Ich wyznawcy stają się odporni na racjonalne argumenty i ślepi na oczywiste fakty. Odnosi się to w szczególności do świata, który się zawalił, w którym łatwiej jest się orientować w sposób negatywny niż pozytywny i w którym prędzej liczyć można się z tym, że wróg jest groźny i zasługuje na zniszczenie, niż że przyjaciel pozostanie godnym zaufania towarzyszem walki33.
*
Obok katolickiego kościoła w Bersenbrück znajdowały się zabudowania dawnego klasztoru cystersów - cystersi należą do reguły św. Benedykta, patrona Europy. Klasztor istniał do roku 1787. W XX w. w jego budynkach przez wiele lat mieściło się schronisko młodzieżowe. W roku 1965, a więc rok przed maturą, pod kierunkiem Gerharda Köstera, nauczyciela Artland-Gymnasium, odbywaliśmy tam próby Prafausta34* Johanna Wolfganga von Goethego. Pewnego dnia Köster podszedł do mnie i zapytał, czy zdecydowałbym się zagrać postać Fausta. To pytanie zupełnie mnie zaskoczyło, bo nie miałem żadnego większego doświadczenia aktorskiego. Wprawdzie rok wcześniej w Rozbitym Dzbanie Heinricha von Kleista grałem niewielką rolę chłopa, Wita Dziury, ale z Faustem była ona oczywiście nie do porównania. Po pewnym zastanowieniu zgodziłem się, chciałem spróbować. Gdy dziś o tym myślę, wciąż jestem zdumiony, że się tego podjąłem. Straszna to była mordęga uczyć się na pamięć tego trudnego tekstu. Wciąż brzmi mi w uszach początek Prafausta z długim monologiem:
Noc.
Wysoko sklepiona, wąska komnata gotycka. Faust pełen niepokoju siedzi przed pulpitem.
FAUST
W żądzy wiedzy poznałem wszechnauk dziedzinę,
zgłębiłem filozofię, prawo, medycynę,
niestety, teologię też! - cóż? - pozostałem
mizernym głupcem! - tyle wiem, ile widziałem.
Magistrem jestem, nawet zowią mnie doktorem,
i tak latami z męką, z wewnętrznym oporem
oświecam rzesze uczniów bezpłodnym zarzewiem
i wiem, że nic nie wiemy - i że ja nic nie wiem.
Czyż zawiłości świata ta pewność zwycięża,
że wiem więcej niż mędrcy, doktorzy i księża?
że nie ma we mnie zwątpień, że łza mi nieznana,
że się nie lękam piekła, nie trwożę szatana?
Pustka we mnie i wszelka radość mi odjęta,
pustka mi bieg hamuje, skrzydła moje pęta.
Zaledwie krok uczynię, już muszę powracać -
i jakoż mogę bliźnich polepszać, nawracać?
Ani się ze mną dobro, ni pieniądz nie brata,
nie wiem, co sława ziemi, co wspaniałość świata,
Któż drugi byt sobaczy tak wlec się odważy
z maską obojętności na posępnej twarzy?
Przeto magii oddałem i czas mój, i siły,
może przez nią odnajdę ślad bytu zawiły,
może przez tajne moce i przez pomoc ducha
mój duch się prawd odwiecznych dopatrzy - dosłucha...
Obym nie musiał mówić, czego nie rozumiem
i kłamstwem poklask zyskać w lekkomyślnym tłumie.
Może znajdę najgłębszą, wieczną spójnię życia,
tajemnicę ziarn poznam i wyrwę z ukrycia,
zbędę słów, które są słowami tylko,
poznam, czy życie wieczne jest, czy tylko chwilką35.
(tłum. Emil Zegadłowicz)36*
Do dziś przechowuję niewielki broszurowy egzemplarz wydawnictwa Reclam, który zdążył się już rozpaść na pojedyncze kartki. W listopadzie i grudniu 1965 r. wystawialiśmy Prafausta w kilku miejscowościach dawnego powiatu Bersenbrück. Premiera odbyła się w naszym gimnazjum, tj. w Quakenbrück w obecnym powiecie Osnabrück. Ponadto sztukę wystawiliśmy w Bersenbrück, Fürstenau, Menslage i Bramsche. Sale zawsze były pełne, co znaczyło, że na każdy spektakl przychodziło od czterystu do pięciuset widzów. Zainteresowała się nami nawet telewizja, a relacja pojawiła się jednego wieczoru w programie stacji ZDF "Drehscheibe". Do dziś z przyjemnością wspominam ten wspólny czas spędzony z koleżankami i kolegami ze szkoły. Annegret Klaphake z Ankum grała Małgorzatę, Eberhard Haar z Fürstenau - Mefistofelesa, Rainer Bungenstock z Gehrde - Wagnera, a Gabriele (Püppi) Kynast - Martę. Wraz z zakończeniem naszych występów dotychczasowa amatorska grupa teatralna przemianowana została na "scenę eksperymentalną". Z dzisiejszej perspektywy mogę stwierdzić, że rola Fausta była dla mnie nie tylko wielkim wyzwaniem aktorskim, lecz jako pierwsze prawdziwe spotkanie z audytorium - także dobrym przygotowaniem do późniejszych wystąpień publicznych w świecie polityki. Próby w schronisku młodzieżowym w Bersenbrück, dawnym klasztorze, wymagały dyscypliny, pilności i samokontroli. Rola Fausta była jednak zadaniem nie tylko intelektualnym, stanowiła też doświadczenie bardzo emocjonalne, czego ważną przyczyną były dialogi z Małgorzatą. Niedzielna premiera z 21 listopada 1965 r. otrzymała następnego dnia bardzo dobrą recenzję w gazecie "Bersenbrücker Kreisblatt":
Stwierdzić możemy, iż scena eksperymentalna sztuką tą zaprezentowała najdojrzalszą spośród swych dotychczasowych inscenizacji, a w obecnych ramach, wobec nadzwyczaj dobrego sprostania wysokim wymaganiom, jakie ponad wszelką wątpliwość istniały, dalsze podniesienie walorów aktorskich wydaje się już niemożliwe,
pisała nasza miejscowa gazeta37. Małgorzata i Mefistofeles otrzymali nadzwyczaj dobre recenzje. Ja również mogłem być bardzo zadowolony. O Fauście napisano, że
potrafi zaskakiwać swą zmiennością. Racjonalnie zmierzył się z rolą, co dostrzeże także bezstronny widz, i umiejętnie oddał pasję, rezygnację i rozpacz. Punktem kulminacyjnym spektaklu są dwa dialogi pomiędzy Faustem a Mefistofelesem, które robią duże wrażenie i dowodzą, iż odtwórcy obu ról wznoszą się wysoko ponad to, czego spodziewać by się można po amatorach.
Czego chcieć więcej? Na premierze doszło jednak do pewnego drobnego zgrzytu. Po spektaklu odtwórcy głównych ról, najpierw pojedynczo, potem grupowo, a na koniec razem ze wszystkimi występującymi, wyszli przed kurtynę, by przyjąć oklaski publiczności. Mefistofeles, Małgorzata i Marta byli uczniami tego samego wychowawcy, który polecił, by ta trójka obdarowana została wielkim bukietem kwiatów - co było wobec nich bardzo miłym gestem. Mój wychowawca, z czego nie robię mu bynajmniej zarzutu, o czymś takim nie pomyślał. Często mówiono mi, że takie zachowanie było bardzo niesprawiedliwe. Ja nie przypisywałem temu zbyt wielkiego znaczenia, niemniej jednak sytuacja ta stała się dla mnie lekcją, by unikać pomijania bądź błędnego oceniania kogokolwiek. Z perspektywy mojej późniejszej obecności w polityce było to ważnym doświadczeniem, bo gdy wygłasza się pochwały, to trzeba zawsze mieć na uwadze, by uwzględnić w nich wszystkich, którym się one należą. Nie wolno się przy tym kierować osobistą sympatią lub niechęcią. Staranie, by być sprawiedliwym, jest nie tylko słuszne, lecz również konieczne. Później nauczyłem się także, iż sprawiedliwości nie można przy tym mylić z naiwnością.
Ważne było jeszcze jedno zdarzenie: Po jednym ze spektakli kierownik naszej grupy, Gerhard Köster, bardzo mnie skrytykował. Był ogromnie niezadowolony z mojej gry w pewnej części Prafausta. Krytykę tę musiałem przyjąć, a kierownik miał rację. Byłem zbyt swobodny, zbytnio już oswojony z rolą, wdało się za wiele rutyny: przed spektaklem w ogóle już nie odczuwałem tremy. Krytyka ta okazała się dla mnie nauczką, że do spraw nie można podchodzić zbyt swobodnie i że trema poprawia koncentrację i zaangażowanie. Przez całe życie - do dzisiaj - przy ważnych przemowach odczuwam lekkie napięcie, co jest moim zdaniem rzeczą dobrą.
*
Szkoła ludowa, kościół i klasztor w Bersenbrück. Te trzy miejsca odległe od siebie o nie więcej niż sto metrów miały wielkie znaczenie dla mojego życiowego startu. Z bardzo wdzięczną pamięcią wróciłem do tego 30 maja 2009 r., gdy w przebudowanym gmachu szkoły ludowej odbywała się uroczystość nadawania mi przez miasto Bersenbrück tytułu jego honorowego obywatela. Burmistrz Harald Kräuter i burmistrz związku gmin Michael Lübbersmann byli inicjatorami tego wyróżnienia, mowę pochwalną wygłosił Reinhard von Schorlemer, mój wieloletni towarzysz na politycznej drodze. Przybyło kilkuset mieszkańców Bersenbrück, była to wspaniała uroczystość. Dla mnie honorowe obywatelstwo miasta, w którym się urodziłem, jest najpiękniejszym wyróżnieniem w moim życiu. Honorowym obywatelem Bersenbrück jest również mój przyjaciel Walter Sandbrink, wcześniejszy wieloletni burmistrz tego miasta. Godność ta nadana została jeszcze jednemu przyjacielowi, wieloletniemu burmistrzowi związku gmin w Bersenbrück, Hansowi Markusowi, którego już nie ma wśród nas. Także jego wspominam z wdzięcznością, podobnie jak Bernda Zur-Lienena, również przez wiele lat burmistrza Bersenbrück i poprzednika Waltera Sandbrinka.
Do wyróżnień, jakie przyszło mi otrzymać w mej długiej politycznej karierze, należą także zupełnie wyjątkowe i dlatego szczególnie piękne. Gmina San Lorenzo w Hiszpanii, do której należy wzniesiony przez Filipa II klasztor Eskurial, nadała mi tytuł "Visitante Ilustre". Wielokrotnie odwiedzałem San Lorenzo, dokąd zapraszał mnie mój przyjaciel, Pablo Larrea Villacian, delegado (dyrektor) Eskurialu.
*
Wydarzenia polityczne wcześnie wkroczyły w moje życie. W roku 1956 wojska państw Układu Warszawskiego wtargnęły na Węgry, by stłumić pokojową rewolucję i węgierskie żądanie wolności i demokracji. Totalitarny komunizm Związku Radzieckiego pokazał swe najgorsze oblicze. Miało to się w przyszłości jeszcze powtórzyć w czasie praskiej wiosny roku 1968 w Czechosłowacji. Już w roku 1953 stłumiono powstanie w "NRD", o czym przez długi czas w RFN przypominał nam 17 czerwca jako święto państwowe. W czasie trwania powstania na Węgrzech w roku 1956 nasz ówczesny wychowawca w Gymnasium Carolinum, Alfons Luers, zasugerował nam, by tego roku nie brać udziału w festynie i nie bawić się dobrze, lecz zamiast tego oddać się refleksji o Węgrach walczących o swoją wolność. Posłuchałem jego rady. Gdy wiele lat później, w latach 90. i po przełomie wieków odwiedzałem Węgry, okazjonalnie odwoływałem się w swych przemówieniach do tego wczesnego doświadczenia - nie bez poczucia dumy, co chętnie sam przyznaję.
*
Lata szkolne to czas wzlotów i upadków. Nauka w gimnazjum była dla mnie zawsze ważnym celem, choć - w szczególności w pierwszych latach - miałem problemy z ortografią. W siódmej klasie, tj. trzecim roku gimnazjum, jeszcze w Gymnasium Carolinum w Osnabrück, ostatecznie dostałem dwóję z niemieckiego. Ponieważ oceny z innych przedmiotów nie stanowiły w moim przypadku stosownej przeciwwagi, siódmą klasę musiałem powtarzać. Potem ogólnie poprawił się poziom mojej wiedzy i wraz z nim moje oceny, w związku z czym w 1966 r. w Artland-Gymnasium w Quakenbrück za dobre wyniki zostałem na maturze zwolniony z egzaminu ustnego. Wraz z koleżanką Ellen Radke otrzymałem Konsul-Penseler-Preis, nazwaną imieniem dawnego wychowanka nagrodę dla najlepszych uczniów z każdego rocznika. O doświadczeniach tych zawsze wspominałem otwarcie, także w oficjalnych przemówieniach. Kiedyś wygłaszałem mowę na uroczystości z okazji jubileuszu pewnego gimnazjum. Nawiązując do dwói z niemieckiego, zauważyłem wobec uczennic i uczniów: "Mam nadzieję, że dzisiaj w swym ojczystym języku potrafię wyrażać się zrozumiale". Z uwagi na osobiste doświadczenia z lat szkolnych dałem poza tym dzieciom i młodzieży radę, by nigdy się nie poddawały. Takimi stwierdzeniami chciałem zmotywować do wytrwałości przede wszystkim tych, którzy mieli podobne trudności jak ja na początku gimnazjum.
*
Na uroczystości zakończenia nauki w gimnazjum, 5 marca 1966 r., kierownictwo szkoły dało mi możliwość, abym w ramach mowy pożegnalnej wypowiedział się na wybrany przez siebie temat. Na własny użytek przemówienie zatytułowałem Człowiek w wyborach naszego współczesnego świata. Tematyka mojego wystąpienia obejmowała chrześcijańską wizję człowieka, odrzucenie wszelkich form totalitaryzmu, jak również naszą odpowiedzialność w świecie. Ponieważ treść tego przemówienia oddawała wiele moich zasad, które także później towarzyszyły mi w życiu, i tym samym w pełni odzwierciedlała ciągłość mych poglądów i działań, chciałbym ją tutaj przytoczyć w pełnym brzmieniu:
Jeśli przyjrzymy się wszyscy współczesnej historycznej sytuacji ludzkości, uwidocznią się perspektywy, których przed stu laty nikt by nie przewidział. Osiągnięcia techniki i nauk przyrodniczych w wieku XIX i obecnym, XX, sprawiły, iż nasza planeta zrosła się w jedną techniczno-komunikacyjną całość. Ogromne odrzutowce umożliwiają nam dotarcie w ciągu kilku godzin z Tokio do Frankfurtu, z Leningradu do Sydney i z San Francisco do Léopoldville38*. W dziejach świata rozpoczął się czas, w którym dzieje te są jedną wspólną historią. Widoczne stają się ogromne szanse, ale i niemożliwe do oszacowania zagrożenia. W rezultacie wielkie konkretne problemy przybierają dziś skalę globalną.
Oddźwięk wydarzeń rozgrywających się w pewnych newralgicznych punktach pozornie peryferyjnych obszarów naszego globu negować mogą już tylko ci, którzy celowo chcą pozostać na nie ślepi. Każdy sam musi zdać sobie sprawę z tego, że całe jego prywatne życie przekreślone może zostać przez wydarzenia rozgrywające się w takiej części świata, w której nigdy nie stanęła jego noga i o której ma jedynie bardzo mgliste wyobrażenie. W tym kontekście groźnej aktualności nabiera dla nas na przykład rozwój wypadków w wietnamskiej dżungli. Na naszej planecie nie ma już podziału na tu i tam. Problemy Afryki i Azji stają się problemami Ameryki i Europy. Potęga techniki na naszych oczach przemienia relacje między narodami, klasami i rasami, czyni świat małym, łączy wszystkich mieszkańców globu w sieć wzajemnej zależności losów, uniemożliwia izolację i wymusza wzajemny respekt w obliczu tego, iż wszyscy zdani są na siebie nawzajem.
Powiedzieliśmy, że proces ten wywodzić można z faktu, iż człowiek sięgnął po żywioły natury. W wielkim stopniu udało mu się ją opanować, zdobyć władzę nad stworzeniem. Oznacza to nieprzewidywalne możliwości budowania i porządkowania, lecz także niszczenia. Stoimy dzisiaj przed wielkim pytaniem, czy uda się człowiekowi skierować swą potęgę na właściwe tory, czy uda mu się zapanować nad swym panowaniem. Romano Guardini wyraził to kiedyś następująco: "Albo człowiekowi uda się dobrze przeprowadzić dzieło swego panowania, które wtedy będzie ogromne - albo wszystko stracone"39.
W tym kontekście większej, w istocie decydującej, wagi nabiera stworzony przez człowieka obraz samego siebie oraz wartość i znaczenie, jakie przypisuje on samemu sobie i swoim bliźnim. W długiej historii świata i ludzkości kwestia wizji człowieka w odniesieniu do danej mu władzy jeszcze nigdy nie miała znaczenia tak wielkiego jak właśnie teraz. Ten bowiem, kto ma władzę - technicznej lub politycznej natury - musi jako fundament swego działania obrać jakiś plan i jakąś koncepcję. To, jakie cele przypisze człowiek swym wielkim umiejętnościom, zależy od poglądów, które będą tymi zdolnościami kierować, i od zamiarów, do których zostaną one wykorzystane.
Rozwiązanie, do jakiego dąży na przykład komunizm, jest dla nas nie do zaakceptowania. Używa on władzy w imię ideologii, która stała się dogmatem. Wierzy, że znalazł receptę na szczęście i dobrobyt ludzkości. Rości sobie prawo do miana prawdy absolutnej, okupione odarciem człowieka z godności i zadawanymi mu gwałtami. Istotą takiego myślenia jest nie tylko nietolerowanie poglądów innych niż własne, lecz także zwalczanie ich wszelkimi dostępnymi środkami. Podobne nastawienie znajdujemy we wszystkich reżimach totalitarnych. Wystarczy, że przypomnimy sobie ostatnie tylko trzydzieści lat niemieckiej historii, a jasne stanie się, do czego takie zapatrywania prowadzą. Karl Jaspers stwierdził pewnego razu: "Czym stać się może człowiek, uwidoczniło się dzisiaj niemal momentalnie poprzez straszną rzeczywistość, która w oczy rzuca się jak symbol wszystkiego co skrajne: narodowosocjalistyczne obozy koncentracyjne, a w nich tortury, po których na miliony ludzi czekały komory gazowe i piece krematoryjne". Tyle Karl Jaspers.
Jeśli pamiętamy o tych wydarzeniach i świadomi jesteśmy tego, że w innych okolicznościach podobne fakty ponownie stać się mogą rzeczywistością, opanowuje nas nieprzezwyciężony niepokój. Naszą szansą jest ciągła świadomość takich prawdopodobieństw, nie wolno nam o nich zapominać. Jean Paul40* stwierdził kiedyś: "Odwaga nie polega na tym, by ślepo nie dostrzegać zagrożenia, lecz na tym, by je dostrzec i przezwyciężyć".
Także chrześcijanin winien więc z lękiem i fascynacją stać przed nadchodzącymi, przyszłymi wyzwaniami naszego świata, będąc powołanym do czynów i krytyki. Uporanie się z rzeczywistością tego świata jest bowiem także w istocie chrześcijańskim obowiązkiem, a wypada niekiedy z żalem stwierdzić, że współcześni chrześcijanie za mało zajmują się budową programów przyszłości doczesnej, jak gdyby nie nastręczała ona problemów lub można ją było pozostawić niechrześcijanom.
Wyszliśmy od globalnej, ujednoliconej historii świata, której dzisiaj nie można już negować. By procesowi temu nadać sens pozytywny, ważne jest, aby jego uzupełnieniem stało się wzajemne porozumienie między ludźmi. Znaczy to, że bez zastrzeżeń i ograniczeń musimy powiedzieć bliźniemu "tak", niezależnie od jego białego, żółtego lub czarnego koloru skóry. To właśnie my, ludzie młodzi, mamy dziś sposobność rozpocząć dialog ponad granicami państw. Jak zwykle różnie ukształtowane poglądy naszych rozmówców nie powinny odwodzić nas od podejmowania tego dialogu w sposób wolny od uprzedzeń. To właśnie chrześcijanin może rozmowę tę prowadzić z radością i otwartym sercem, bo wie przecież, że każdy człowiek - niezależnie od światopoglądu i koloru skóry - ma do wypełnienia zadanie przeznaczone mu przez Stwórcę, prawdziwie jako osoba o niezbywalnej samodzielności, godności i odpowiedzialności.
Na swej późniejszej politycznej drodze starałem się, na ile potrafiłem, kierować tymi właśnie zasadami. Szacunek dla godności każdego człowieka musi być kręgosłupem wszelkiej działalności politycznej. W świetle mych politycznych doświadczeń nie jest to abstrakcyjnym przekonaniem, lecz drogowskazem wciąż wyznaczającym kierunek przy całkowicie praktycznych decyzjach.
*
Moje doświadczenia ze szkolnych lat także później, w życiu prywatnym i politycznym, były dla mnie nauką, że zdarzają się wzloty i upadki, co jest dla nas wskazówką: podczas tych pierwszych nie można dać się ponieść euforii, w czasie zaś tych drugich, w trudnych sytuacjach, nigdy nie należy się poddawać.
*
W Bersenbrück zawsze było mi bardzo dobrze. Z moimi koleżankami i kolegami ze szkoły do dziś jestem w kontakcie. Dwa razy odwiedzili mnie w Parlamencie Europejskim w Strasburgu, raz w Brukseli. Mieszkańcy Bersenbrück to ludzie zżyci ze swą małą ojczyzną, szczerzy i przyjaźni. Bersenbrück jest mi więc wciąż bliską okolicą. Równocześnie jednak poszerzałem wtedy swoją perspektywę. W wieku lat czternastu po raz pierwszy wyjechałem do innego kraju: do Wielkiej Brytanii. Niełatwe było sfinansowanie tej czterotygodniowej wizyty u angielskiej rodziny w Birkenhead koło Liverpoolu. Gospodyni, u której gościłem, a która wyszła za brytyjskiego żołnierza, pochodziła z Bersenbrück. W ciągu paru lat przed katolickim kościołem sprzedawałem w niedziele kościelną gazetę, a dochód w wysokości trzech do czterech marek odkładałem przez trzy lata. Z tych pieniędzy sfinansowałem tę pierwszą podróż zagraniczną, która przez Hoek van Holland, Dover i następnie Londyn zawiodła mnie ostatecznie do Birkenhead. Pobyt tam był bardzo cenny dla podszlifowania mojego angielskiego. W roku 1964 jeszcze raz spędziłem w Birkenhead pięć tygodni. Wizyty te wcześnie rozszerzyły sposób mojego myślenia i poznanie życia poza Bersenbrück. Rodzinna okolica, Niemcy, Europa - w latach szkolnych nauczyłem się, że wszystkie one ze sobą współgrają, a w pojedynkę każda przestrzeń życia prowadzi to zbytniego zawężenia horyzontów.
2. Pasja do polityki - doświadczenia z Bundeswehry
Szczególną rolę w moim życiu odegrać miała podróż do Berlina Zachodniego w lutym 1962 r. 13 sierpnia 1961 r. ówczesny enerdowski reżim Ulbrichta podzielił Berlin na dwie części. Wolna, zachodnia część ogrodzona została murem, aby ludność ze zniewolonej wschodniej części miasta nie mogła już do niej uciekać. Tuż obok Reichstagu oglądaliśmy mur, umocnione pozycje, uzbrojonych w karabiny maszynowe funkcjonariuszy Policji Ludowej, którym nie zazdrościłem obowiązku całkowitego blokowania przejścia przez granicę. W obliczu tego, jak je postrzegałem, wielkiego więzienia po drugiej stronie muru, powziąłem decyzję, by zaangażować się w politykę. Siedzibą burmistrza Berlina Zachodniego był wówczas ratusz w Schönebergu. W sali 111, która - jak się dużo później dowiedziałem od Eberharda Diepgena - przez wiele lat była salą frakcji CDU, po raz pierwszy odważyłem się wziąć udział w dyskusji w nieznanym mi kręgu. Byłem bardzo podekscytowany i bałem się, że wszyscy wokół słyszą, jak mi wali serce. W swoim wystąpieniu opowiedziałem się za wolnością Berlina i przezwyciężeniem podziału miasta, jak również całych Niemiec. Od zawsze byłem przekonany, że komunizm, tak samo jak narodowy socjalizm, sprzeczny jest z ludzką naturą i że trzeba coś zrobić, aby totalitarny system komunistyczny nie rozprzestrzeniał się dalej. Wstąpiłem więc do Junge Union, młodzieżówki CDU, i tam rozpocząłem swą działalność polityczną. Po kilku latach należałem do zarządu okręgowego Junge Union w powiecie Bersenbrück, w którym powierzono mi zadania referenta ds. edukacji. Przewodniczącym okręgu był wtedy Reinhard von Schorlemer, bardzo obiecujący młody polityk.
*
W roku 1976 mur berliński stał już od 15 lat. Junge Union Deutschlands pod kierownictwem przewodniczącego Matthiasa Wissmanna, późniejszego deputowanego do Bundestagu i odnoszącego sukcesy ministra rządu federalnego, chciała 13 sierpnia 1976 r. zorganizować zlot gwiaździsty autobusami z całej RFN do Berlina Zachodniego. Zamiar był taki, by około 40-50 autobusów pełnych ludzi dotarło do wolnej części Berlina, aby tam przeprowadzić demonstrację pod murem. Jednak tylko dwa autobusy przepuszczone zostały przez enerdowskich pograniczników. Jednym z nich był nasz, za który odpowiedzialny byłem ja jako przewodniczący okręgu Junge Union w powiecie Osnabrück (od 1974 r.). Powodem, dla którego naszego autobusu nie zawrócono na przejściu granicznym Helmstedt-Marienborn, było to, że niewiele wcześniej dosiadła się do niego amerykańska dziennikarka, a na pokładzie mieliśmy jeszcze jednego ucznia z Wielkiej Brytanii. Długo musieliśmy czekać na granicy, ale w końcu ją przekroczyliśmy i bezpiecznie dotarliśmy do Berlina Zachodniego. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone były obok Francji i Związku Radzieckiego sygnatariuszami czterostronnego porozumienia w sprawie Berlina Zachodniego, które gwarantowało dostęp do tej części miasta. Władze NRD nie ośmieliły się zawrócić naszego autobusu oczywiście dlatego, że obawiały się problemów z USA i Wielką Brytanią. Po przybyciu do Berlina Zachodniego udzieliłem swojego pierwszego wywiadu telewizyjnego. Doświadczenie tej podroży po raz kolejny uświadomiło mi, jak ważne były Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja, czyli tzw. mocarstwa zachodnie, dla wolności zachodniej części Berlina.
*
Rzeczą zupełnie oczywistą było dla mnie, że po maturze w roku 1966 odbyć miałem służbę wojskową. Trwała ona wtedy 18 miesięcy. Ja zdecydowałem się jednak na ochotniczą służbę dwuletnią, bo wtedy lepsze było i szkolenie, i wynagrodzenie. W ten sposób zostałem w końcu podporucznikiem rezerwy. Z wojskowego punktu widzenia nie byłem dobrym żołnierzem, bo miałem trudności z orientacją w terenie. Z powodu moich politycznych zainteresowań zwróciłem jednak na siebie uwagę przełożonych i często powierzano mi zadanie "politycznego informowania" oddziału, jak to się wówczas nazywało. Natowski slogan "Czujność jest ceną wolności" w pełni odpowiadał moim przekonaniom. A czujnym trzeba było być moim zdaniem także wobec wydarzeń wewnątrz Bundeswehry.
Po egzaminie podoficerskim zdanym w Hammelburgu w Dolnej Frankonii przeniesiono mnie do jednostki w Munster, gdzie zostałem tzw. chorążym sali, mimo iż wciąż miałem najniższy podchorążacki stopień podoficerski41*. Oznaczało to, że byłem przełożonym swoich kolegów z tego samego kursu. Pewnego wieczoru doszło do takiego oto zdarzenia: w pewnej restauracji w Munster jeden żołnierz zachowywał się zbyt głośno i niestosownie. Przy sąsiednim stoliku siedział oficer, który się jednak nie ujawnił i dopiero następnego dnia zameldował przełożonemu żołnierza o jego złym zachowaniu. Skutkiem tego zwierzchnicy rozkazali, aby cała "sala", tj. wszyscy żołnierze należący do kursu, odbyli następnego dnia marsz długości mniej więcej dwudziestu kilometrów. Rozkaz ten wydany został przez pewnego podpułkownika i jego zastępcę, majora. Dowódcą tego karnego marszu miał być kapitan. Moje nazwisko nie pojawiało się w tym rozkazie, jednak całą sprawę uważałem za rażącą niesprawiedliwość. Po pierwsze była to w mojej ocenie bezpodstawna kara zbiorowa za niewłaściwe lub rzekomo niewłaściwe zachowanie jednego z kolegów. Po drugie nie mogłem zrozumieć postawy oficera, który poprzedniego wieczoru obserwował zachowanie żołnierza, ale nie upomniał go od razu na miejscu. Składanie meldunku następnego dnia pasowało w moim przekonaniu, jak to wtedy wyraziłem, do metod Czeka, czyli bolszewickiej tajnej policji z czasów wojny domowej w Rosji. Była to oczywista przesada, ale tak to widziałem w swym młodzieńczym uniesieniu. Ponieważ mój udział w marszu oczywiście nie był przewidziany, nie miałem powodów, żeby przygotowywać się do niego i zakładać odpowiednie umundurowanie polowe. Wieczorem w dniu marszu chodziłem więc w mundurze wyjściowym. Na pytanie wspomnianego majora, dlaczego nie mam na sobie munduru polowego, odpowiedziałem, że rozkaz tego nie określał, a w ogóle całą rzecz uważam za niedopuszczalną niesprawiedliwość. Moje słowa i młodzieńcze poczucie sprawiedliwości musiały na moim przełożonym, majorze, zrobić pewne wrażenie, bo ku swemu zdziwieniu nie dostałem rozkazu dołączenia do marszu.
Ale dla mnie sprawa nie była jeszcze skończona. Odpowiedzialności zbiorowej nie znosiłem już w szkole. W Gymnasium Carolinum, przeznaczonym wówczas wyłącznie dla chłopców, gdy jeden z uczniów dostawał uwagę do dziennika, wychowawca karał całą naszą klasę w ten sposób, że przez tydzień wszyscy musieli codziennie przepisywać jedną stronę z podręcznika. Już wtedy w żaden sposób nie mogłem tego zaakceptować. Tak było i tym razem. Całej tej historii z karą zbiorową i marszem nakazanym wszystkim kolegom w żadnym razie nie chciałem pozostawić samej sobie. Złożyłem więc wniosek do pełnomocnika Bundestagu ds. wojskowych. Oczywiście nie omieszkałem poinformować o tym moich przełożonych i wyłożyć im mojego zdania oraz powodów, dla których sprawę zgłosiłem komu trzeba. Na obronę swych dowódców muszę jednak dodać, że nie spotkały mnie za to żadne nieprzyjemne konsekwencje. Poza tą jedną sprawą do wspomnianego podpułkownika miałem wielki szacunek, do połowy lat 50. przebywał on na Syberii w radzieckiej niewoli, z której zwolniony został dopiero po wizycie Konrada Adenauera w Moskwie w 1955 r. Później zaproponował mi on nawet podjęcie studiów finansowanych przez Bundeswehrę, po których przez dłuższy czas służyłbym jako oficer zawodowy lub kontraktowy.
Jednostka w Munster nie była moim pierwotnym przydziałem. Jednostką macierzystą był dla mnie 332. Batalion Grenadierów Pancernych w Fürstenau w ówczesnym powiecie Bersenbrück. Do jednostki w Munster zostałem odkomenderowany. W celu zabezpieczenia sobie drogi odwrotu poprosiłem dowódcę batalionu w Fürstenau o rozmowę, aby przedstawić mu zajścia w Munster i moją reakcję na nie. Zaprosił mnie on do swojego prywatnego mieszkania i przy koniaku omówiliśmy sprawę. Poprosiłem go, aby ściągnął mnie z powrotem do Fürstenau, gdyby sytuacja w Munster zrobiła się dla mnie trudna do zniesienia. I on mi to obiecał. Ale jak już wspomniałem, obawy moje okazały się niepotrzebne. Historię tę przywołuję po to, żeby pokazać swoje rozumienie wolności i odpowiedzialności osobistej.
Oczywiście zadaniem wspólnoty jest także to, by się w jej ramach wzajemnie korygować, motywować i ganić - ale za swoje postępowanie każdy odpowiada sam. Kary zbiorowe sprzeczne są z moim pojmowaniem wolności i moim rozumieniem odpowiedzialności osobistej. Zbrodnie Hitlera i jego reżimu nie były zbrodniami całego narodu niemieckiego. W tym sensie zawsze odrzucałem zbiorową winę wszystkich Niemców za narodowosocjalistyczne rządy terroru. Zupełnie inną kwestią jest natomiast szczególna odpowiedzialność Niemiec za zbrodnicze i zgubne lata narodowego socjalizmu.
3. Studia i pierwsze kroki w polityce
Po dwuletniej służbie wojskowej cieszyłem się na podjęcie studiów, aby poświęcić się nauce i zaspokoić głód wiedzy. W roku 1968 rozpocząłem naukę w nadreńskim Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma w Bonn. Wybranymi przeze mnie kierunkami były nauki polityczne i historia. W pierwszym semestrze w seminarium z nauk politycznych mającym swą siedzibę przy Bonner Hofgarten poznałem Michaelę von und zu Guttenberg, córkę Karla Theodora von und zu Guttenberga, sekretarza stanu w kancelarii kanclerza Kurta Georga Kiesingera. Michaela studiowała nauki polityczne, historię i teologię. Wspólnie chodziliśmy na zajęcia i doradziła mi, abym obok nauk politycznych zaczął jeszcze studia prawnicze. Przedstawione przez nią argumenty były dla mnie przekonujące, w związku z czym zdążyłem jeszcze cztery tygodnie przed końcem pierwszego semestru zapisać się do odpowiednich kół w bońskim Iuridicum. Dzięki temu ten pierwszy semestr zaliczono mi także na studiach prawniczych.
Na pierwszym roku studiów często byłem zapraszany do domu Guttenbergów przy Zitelmannstraße 12 w Bonn i tam poznałem Karla Theodora von und zu Guttenberga, ważnego, robiącego duże wrażenie polityka, który zmarł przedwcześnie w październiku 1972 r. 27 maja 1970 r. wygłosił on wspaniałą, pamiętną mowę w Bundestagu - a widać już było po nim ciężką chorobę. Z pasją przemawiał przeciw uznaniu NRD, ponieważ w jego opinii to komunistyczne niemieckie państwo bezprawia było zaprzeczeniem wolności i w związku z tym nie można go było zaakceptować. Jego zaufaną współpracowniczką była Christina Neunzig, która później stać się miała najbliższą współpracowniczką kanclerza Karla Carstensa. Christinę Neunzig poznałem w domu Guttenbergów przy Zitelmannstraße 12 w Bonn i do dziś pozostaję z nią w przyjacielskich relacjach.
Wiele lat później, w grudniu 2008 r., poznałem wnuka Karla Theodora von und zu Guttenberga, noszącego (niemal) to samo imię: Karla-Theodora von und zu Guttenberga, podówczas sekretarza generalnego CSU. Siedzieliśmy obok siebie przy "stole honorowym" przewodniczącej CDU i kanclerz Angeli Merkel na zjeździe CDU w Stuttgarcie. Powiedziałem mu, że w marcu 2009 r. jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego planuję oficjalną wizytę w Berlinie. Dla uczczenia pamięci Clausa Schenka Grafa von Stauffenberga - który 20 lipca 1944 r. dokonał zamachu na Hitlera - zamierzam złożyć wieniec w miejscu jego stracenia w gmachu Bendlerblock, który obecnie należy do Ministerstwa Obrony. Karl-Theodor von und zu Guttenberg oświadczył, że chętnie będzie przy tym obecny. W lutym 2009 r. do dymisji podał się Michael Glos, ceniony przeze mnie minister gospodarki w rządzie kanclerz Angeli Merkel. Jego następcą został Karl-Theodor von und zu Guttenberg. W dniu złożenia wieńca zabrał głos, co doceniłem tym bardziej, że tego właśnie dnia dopiero w godzinach porannych wrócił z podróży do USA. Przybył punktualnie, by wziąć udział w uczczeniu Clausa von Stauffenberga. Wspólnie z gospodarzem miejsca, ministrem obrony i wieloletnim przyjacielem, Franzem Josefem Jungiem, w Bendlerblock oddawaliśmy cześć mężnemu przeciwnikowi reżimu. Przez głowę przemykało mi wtedy wiele myśli o niemieckiej przeszłości. Bojownicy ruchu oporu bronili godności Niemiec przed zbrodniczym reżimem narodowego socjalizmu. Wdzięczni musimy być im za to już zawsze. Mimo to w historię Niemiec zbrodnie nazizmu wplecione pozostaną także w przyszłości. Ten tragiczny rozdział niemieckich dziejów już zawsze musi być dla nas przestrogą, by nasz kraj niezmiennie opowiadał się za pokojem, wolnością i pojednaniem w Europie.
*
Na Uniwersytecie w Bonn zaangażowałem się w prace Kręgu Studentów Chrześcijańsko-Demokratycznych (Ring Christlich-Demokratischer Studenten, RCDS) i w roku 1969 kandydowałem do parlamentu studentów, do którego zostałem wybrany. Na semestr zimowy 1969/1970 przeniosłem się na Uniwersytet Genewski. W Genewie, podobnie jak na Uniwersytecie w Lozannie, możliwe było uzyskanie "małego" względnie "dużego zaliczenia z prawa cywilnego". Choć zapisany byłem na Uniwersytet Genewski, dla zdobycia "dużego zaliczenia z prawa cywilnego" musiałem raz w tygodniu jechać do Lozanny, by uczestniczyć tam w ćwiczeniach. Równocześnie uczęszczałem do zlokalizowanego nad Jeziorem Genewskim Institut Universitaire de Hautes Études Internationales, gdzie brałem m.in. udział w seminarium indyjskiego profesora Harisha Kapura zatytułowanym "China's foreign policy in the cultural revolution". Po sąsiedzku mieścił się Institute d'Études Européennes, w którym pracował mądry historyk Denis de Rougement. Do dziś mam egzemplarz jego książki Die Schweiz, Modell Europas, który wręczył mi z osobistą dedykacją. W swej pracy określa Konfederację Szwajcarską mianem wzorca dla federacji europejskiej. Zapisane tam w 1965 r. słowa do dziś godne są uwagi:
W niewielkiej grupie najstabilniejszych państw Szwajcaria ma [...] pozycję szczególną. Nie dysponuje ona żadnym spośród klasycznych czynników naturalnej jedności bądź narodowej spójności, takich jak monarchia, jeden język, jeden naród etniczny, jedna dominująca religia czy też pewna geograficzna izolacja. Przeciwnie, niemal zazdrośnie pielęgnuje ona wszystko to, co stare narody kontynentu próbowały wyeliminować, widząc w tym przyczynę podziału: autonomię państw członkowskich, absolutną wolność religijną, przywileje mniejszości i wszelkie kulturowe, społeczne, gospodarcze, polityczne, administracyjne, a nawet prawodawcze odmienności, jakie tylko można sobie wyobrazić. [...] Stoimy przed eksperymentem, który dla Europy jest niezwykle interesujący. Europa bowiem albo podejmie próbę zjednoczenia federalistycznego, albo się nie zjednoczy. Nie znaczy to, że federalizm postrzegam jako środek uniwersalny, pomocny wszędzie i zawsze. Ale jest on po prostu jedyną wyobrażalną i prawdopodobną formą zjednoczenia takiego kontynentu składającego się z tak wielu różnorodnych narodów, które różnorodność swą pragną zachować42.
Okres studiów w Genewie był dla mnie czasem beztroskim i cudownym. Ponieważ mój egzamin z prawa odbył się już przed świętami Bożego Narodzenia, czas po świętach wykorzystać mogłem na wyjazd na narty w sąsiednie Alpy.
*
W semestrze letnim 1970 r. wybrany zostałem na przewodniczącego Kręgu Studentów Chrześcijańsko-Demokratycznych (RCDS) na Uniwersytecie w Bonn. Przewodniczący był wtedy "dziewczyną do wszystkiego". Musiał opracowywać ulotki, musiał je drukować i rozdawać. Byliśmy tylko małą społecznością. Przewodniczącym organizacji na szczeblu ogólnokrajowym był Gerd Langguth, który dzielnie bronił siebie i naszych przekonań przed lewicowcami - zawsze z czerwonym szalikiem. W marcu 1971 r. odbywał się w Oldenburgu ogólnokrajowy zjazd delegatów RCDS. Gerd Langguth chciał, abym był jego zastępcą. Ja miałem jednak dwa dobre powody, aby się nie zgodzić. Znany był on z tego, że jego polityczne przyjaźnie bardzo się zużywały. Moja odpowiedź brzmiała więc: "Po pierwsze, chciałbym skończyć studia w rozsądnym terminie, a po drugie chciałbym pozostać twoim przyjacielem. Dlatego nie mogę zostać twoim zastępcą".
To była dobra decyzja. W ten sposób na zawsze pozostałem w przyjaznych relacjach z Gerdem Langguthem, który także wewnątrz CDU i jako przewodniczący Fundacji Konrada Adenauera był osobowością bardzo skorą do prowadzenia sporów. Z głębokim wzruszeniem przemawiałem na jego ceremonii pogrzebowej, która odbyła się 18 maja 2013 r. w ewangelickim kościele w Oberkassel koło Bonn - dokładnie w dniu, w którym obchodziłby swoje 67. urodziny. Był człowiekiem uczciwym i zaangażowanym. Przegrał z podstępną chorobą. Przyjaciela opłakiwałem z wdową po nim i wieloma przyjaciółmi.
17 marca 1971 r., w dniu rozpoczęcia ogólnokrajowego zjazdu delegatów RCDS w Oldenburgu, radziecki ambasador w Bonn, Walentin Falin, przyjmował pięcioosobową delegację Junge Union Deutschlands kierowaną przez jej ogólnokrajowego przewodniczącego Jürgena Echternacha. Falin ponownie mówił przy tej okazji o "samodzielnej jednostce politycznej Berlin Zachodni"43. Negował ponadto prawo mocarstw zachodnich do swobodnego dostępu do Berlina. Obecność struktur federalnych w Berlinie Walentin Falin uznawał za nielegalną. Wprawdzie nie byłem obecny na spotkaniu z Falinem w Bonn, ale byłem przekonany, że zjazd delegatów RCDS powinien w tej kwestii wydać jasne i jednoznaczne oświadczenie. Nawet jeśli nie ma żadnego protokołu z przebiegu dyskusji w Oldenburgu, pamiętam, że wraz z Thomasem Löwenthalem, synem Gerharda Löwenthala, prezentera w programie ZDF-Magazin, i innymi opowiedzieliśmy się za zajęciem jednoznacznego stanowiska odrzucającego stwierdzenia radzieckiego ambasadora.
W naszej rezolucji zawarte było stwierdzenie, że wypowiedzią Falina Związek Radziecki wrócił do polityki odpowiadającej berlińskiemu ultimatum Chruszczowa z 27 listopada 1958 r. Podpisanie traktatu w Moskwie 12 sierpnia 1970 r. miało być, jak stwierdzała uchwała RCDS, krokiem w stronę zadowalającej regulacji kwestii berlińskiej. W rzeczywistości jednak komunistyczna presja na Berlin przybrała na sile. Zarzucaliśmy, że odpowiedzią na działania organizowane przez partie polityczne była częściowa blokada dróg dojazdowych do Berlina. "Zabezpieczenie wolnego Berlina" winno być wynikiem oczekiwanych negocjacji. RCDS wyrażała poparcie dla wszystkich, którzy za "niezbędne elementy" traktatowej regulacji kwestii berlińskiej uważali w szczególności:
1) utrzymanie współodpowiedzialności czterech mocarstw za Berlin; gwarancję związania Berlina z Republiką Federalną Niemiec pod względem politycznym, prawnym i gospodarczym;
2) gwarancję swobodnego przejazdu z i do Berlina; za swobodny dostęp odpowiedzialne winny być cztery mocarstwa;
3) ułatwienie komunikacji międzyludzkiej w podzielonym mieście oraz rozbudowa możliwości kontaktów w sferze kulturalnej i gospodarczej, jak również zrównanie mieszkańców Berlina Zachodniego z obywatelami RFN44.
Ponadto RCDS wezwał rząd RFN do zdecydowanego sprzeciwu wobec stwierdzeń o "samodzielnej jednostce politycznej Berlin Zachodni". Zgoda na taką perspektywę w przyszłości stałaby się z pewnością śmiertelnym zagrożeniem dla wolności i bezpieczeństwa Berlina. Zadaniem rządu federalnego miało być więc, jak stwierdzała rezolucja w swoim zakończeniu, osiągnięcie w ścisłej współpracy z zachodnimi sojusznikami maksimum bezpieczeństwa dla Berlina. Bez bezpiecznego Berlina nie mogło być bezpiecznej Europy45. Rezolucja jako wniosek nr 402 przyjęta została 20 marca 1971 r. 28 głosami za, przy pięciu przeciwnych i czterech wstrzymujących się46.
Wolny Berlin był wyspą na morzu komunizmu. Wiele osób uważało zabezpieczenie wolnej części Berlina za "nierealistyczne". Gdyby Republika Federalna Niemiec i mocarstwa zachodnie były skłonne przystać na degradację statusu tego miasta, byłoby to pierwszym krokiem do rezygnacji z dążeń do zjednoczenia narodu niemieckiego w wolności. W miejscu tym uzasadnione są słowa: "Niszcz zło w zarodku". Realne starania o jedność i wolności narodu niemieckiego zostałyby przekreślone, gdyby poczyniono ustępstwa kosztem wolnego statusu Berlina. Moja partia, CDU, zawsze słusznie przeciwstawiała się takim zamiarom. To, że jako student w RCDS - w ramach którego jedynie w 1971 r. uczestniczyłem w ogólnokrajowym zjeździe delegatów - miałem choćby niewielki wkład w obronę statusu Berlina, daje mi satysfakcję dzisiaj, gdy udało nam się już osiągnąć zjednoczenie naszego narodu w wolności.
W drodze powrotnej ze zjazdu w Oldenburgu do Bonn zatrzymałem się wraz z paroma przyjaciółmi w domu rodzinnym w Bersenbrück. Matka dobrze nas ugościła. Był tam z nami Peter Hintze, późniejszy sekretarz generalny CDU w czasie, gdy przewodniczącym partii i kanclerzem był Helmut Kohl, jak również sekretarz stanu w rządzie kanclerz Angeli Merkel. Z Peterem Hintzem łączyła mnie zawsze dobra i przyjacielska współpraca - także gdy był zastępcą przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej Wilfrieda Martensa.
*
Lato 1971 r. spędziłem w Stanach Zjednoczonych. Osiem tygodni w bibliotece Butler Library Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, gdzie czytałem akta i książki do mojej pracy z nauk politycznych Koncepcja polityki obronnej Republiki Federalnej Niemiec w latach 1955-1963 ze szczególnym uwzględnieniem strategii militarnej Stanów Zjednoczonych. Taki temat rozprawy podsunął mi w Bonn profesor Hans-Adolf Jacobsen. Głównym przedmiotem zainteresowania były w niej kwestie polityki zagranicznej, polityki bezpieczeństwa i obronnej za czasów Konrada Adenauera. Później praca ta ukazała się jako książka pod tytułem Adenauers Sicherheitspolitik 1955-1963. Ein Beitrag zum deutsch-amerikanischen Verhältnis. Po pewnym czasie odkryłem, że wiele dokumentów, z którymi pracowałem w Butler Library, dostępne byłoby także w Niemczech. Byłem jednak zadowolony, iż nie dowiedziałem się o tym przed rozpoczęciem mego wyjazdu, bo w przeciwnym razie miałbym wyrzuty sumienia, że korzystam ze stypendium badawczego, które umożliwiło mi wizytę w USA.
Przy okazji pobytu w Stanach Zjednoczonych odbyłem podróż - aż po Alaskę - po tym kraju nieograniczonych możliwości, które dziś są już chyba nieco skromniejsze. Bilet lotniczy, na podstawie którego mogłem przez miesiąc latać po USA ile tylko chciałem, kosztował jedynie 150 dolarów - co było niewyobrażalnie korzystną ceną. Koncepcja tego biletu polegała na tym, że często można było przerywać podróż, aby na miejscu wydawać pieniądze. Korzystać można było tylko z małych spółek lotniczych, które swoim zasięgiem obejmowały ograniczone regiony USA. Czymś wspaniałym było dla mnie móc poznać w ten sposób Stany Zjednoczone - i to za przystępną dla mnie cenę. To była fascynująca podróż. Trasa wiodła z Nowego Jorku do Waszyngtonu, Atlanty i Athens (w stanie Georgia), San Antonio (Teksas), Santa Fé (Nowy Meksyk), Las Vegas (Nevada), San Francisco (Kalifornia), Seattle (w stanie Waszyngton), Anchorage, Fairbanks, Mount McKinley National Park, Nome i Kotzebue nad Cieśniną Beringa (Alaska), Salt Lake City (Utah) i z powrotem do Nowego Jorku. Do dziś chętnie odwiedzam Stany Zjednoczone.
Opisać chciałbym dwa przeżycia z tej cudownej podróży. W Atlancie odwiedziłem grób wielkiego czarnoskórego bojownika o wolność, Martina Luthera Kinga. Grób był bardzo ascetyczny. Proste obramowanie wyznaczało powierzchnię grobowca, a duża płyta nagrobna zawierała daty jego życia. W pobliżu kilku chłopców grało w piłkę. Zawsze podziwiałem Martina Luthera Kinga. Nosił on początkowo - tak samo jak jego ojciec, kaznodzieja baptystyczny - imię i nazwisko Michael King. Na cześć niemieckiego reformatora Marcina Lutra ojciec przyjął jego imię dla siebie i dla swego syna - także po to, by wyrazić swą głęboką religijność. Wygłoszona 28 sierpnia 1963 r. przed Mauzoleum Abrahama Lincolna w Waszyngtonie wspaniała mowa Martina Luthera Kinga "I have a dream" wywarła na mnie jako młodym człowieku ogromne wrażenie. King prowadził pokojową walkę o prawa czarnych, którym należała się taka sama godność jak wszystkim innym ludziom. Walkę tę przypłacił własnym życiem, zamordowany 4 kwietnia 1968 r. Jego śmierć wstrząsnęła wtedy Stanami Zjednoczonymi i światem. Bez Martina Luthera Kinga długa walka czarnoskórej ludności o wolność i równouprawnienie w USA, jak również w Afryce, nie odniosłaby takich sukcesów.
W Afryce wrażenie robili na mnie prezydenci Senegalu - Léopold Senghor i Tanzanii - Julius Nyerere, a później oczywiście także wielki Nelson Mandela z RPA. Ojciec Martina Luthera Kinga był duchownym w kościele baptystów Bethesda Church. Oczywiście nie chciałem opuścić Atlanty, nie odwiedziwszy tej świątyni. Była niedziela, w związku z czym miałem okazję uczestniczyć w nabożeństwie. Miało się to okazać niezapomnianym przeżyciem. Duchowa i fizyczna siła wyrazu śpiewów i modlitw czarnoskórych wiernych na zawsze pozostanie w mej pamięci. Radość, z jaką kobiety, mężczyźni i dzieci sercem, rozumem i ruchami ciała wzywali i chwalili Boga, była dla mnie jakby zanurzeniem się w inny świat. Jakąż siłę przodkowie tych ludzi czerpać musieli ze swej głębokiej wiary w czasach niewolnictwa i ucisku! W przeżyciu tego nabożeństwa w kościele Bethesda Church splatały się we mnie pełen podziwu zachwyt, głęboki szacunek i pokora wobec owych ludzi.
Po nabożeństwie, jeszcze w kościele, czekało na mnie kolejne fascynujące przeżycie: spotkanie z Martinem Lutherem Kingiem Seniorem oraz z wdową po Martinie Lutherze Kingu, Corettą Scott-King. Oboje nie byli wysocy, zrobili na mnie jednak wielkie wrażenie swoją osobowością. W krótkiej rozmowie miałem sposobność wyrazić swój podziw dla zamordowanego bohatera walki o wolność i czułem przy tym całą uwagę, jaką Coretta Scott-King i jej teść poświęcali zgromadzonym w kościele i mnie. Nabożeństwo w Bethesda Church i spotkanie z wdową oraz ojcem Martina Luthera Kinga było dla mnie czymś niezwykle cennym.
Opisać chciałbym jeszcze jedno niezapomniane spotkanie. W czasie mojego pobytu studyjnego w USA próbowałem uzyskać możliwość rozmowy z rożnymi osobistościami ze świata polityki, przede wszystkim w Waszyngtonie i Nowym Jorku, aby zadać im pytania związane z tematem mojej pracy, czyli stosunkami niemiecko-amerykańskimi za czasów rządów kanclerza Konrada Adenauera. Napisałem więc list do Deana Ruska, sekretarza stanu w latach 1961-1969 za prezydentury Johna F. Kennedy'ego i Lyndona B. Johnsona. Po odejściu z urzędu sekretarza stanu Dean Rusk wykładał politologię i stosunki międzynarodowe na uniwersytecie w Athens w stanie Georgia, mieście odległym o kilka godzin jazdy samochodem od Atlanty. Nie miałem raczej nadziei, że kiedyś odpowie na mój list. Z moich doświadczeń wynikało, że porównywalni politycy niemieccy byli bardzo wstrzemięźliwi, jeśli chodziło o wizyty studentów. Ku memu wielkiemu zaskoczeniu i wdzięczności otrzymałem odpowiedź od niego - zgodził się mnie przyjąć. Cieszyłem się bardzo. Pojechałem więc autobusem z Atlanty do Athens, aby złożyć wizytę Deanowi Ruskowi, który przez niemal dekadę uczestniczył w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej. Jego gabinet znajdował się na terenie uniwersytetu, który wyglądał trochę jak park. Oczywiście nieco się denerwowałem, ale napięcie szybko zniknęło, gdy gospodarz powitał mnie uprzejmie w swoim gabinecie, który wielką liczbą książek zrobił na mnie duże wrażenie. Przez dwie godziny mogłem zadawać pytania tej ważnej postaci i odrobinę podyskutować o relacjach niemiecko-amerykańskich i europejsko-amerykańskich. Najważniejszym "przesłaniem" Deana Ruska, który urząd sekretarzem stanu USA pełnił dłużej niż wszyscy przed nim i po nim, było stanowcze poparcie dla zjednoczenia Europy. W sposób bardzo przekonujący wyłożył mi, że Stany Zjednoczone potrzebują w świecie silnego partnera. Partnerem tym mogłaby być zjednoczona Europa. W przypadkach kryzysów i trudnych sytuacji na całym świecie to od Stanów Zjednoczonych zawsze oczekiwano działania, a często były one do niego wręcz zmuszone. Jeśli podjęte działania kończyły się niepowodzeniem, USA były za to krytykowane; gdyby działań nie podjęły, także spotkałaby je za to krytyka. Konieczny był więc jakiś rozsądny podział odpowiedzialności. Przedstawił mi konkretny przypadek z lat 60. W Kongo europejscy misjonarze zostali porwani i byli przetrzymywani przez rebeliantów. To sprawą Europejczyków było ich uwolnienie. Ale Europejczycy nie byli w stanie tego zrobić. Dlatego ponownie działanie podjąć musiały Stany Zjednoczone. Nie pamiętam już, jakie było zakończenie przytoczonej przez Deana Ruska historii uwolnienia europejskich misjonarzy. Ale miał rację: gdyby sprawa zakończyła się źle, krytykowane byłyby za to Stany Zjednoczone; za uwolnienie misjonarzy niemal nikt by im natomiast nie podziękował. Bez wątpienia krytyka polityki USA jest ciągle - także dzisiaj - uzasadniona. Ale problemem nie jest to, że Stany Zjednoczone są zbyt silne, lecz to, że Europejczycy - my, dzisiejsza Unia Europejska - jesteśmy zbyt słabi w kwestiach wspólnej polityki zewnętrznej, bezpieczeństwa i obronnej. Stany Zjednoczone i Unia Europejska podzielają te same wartości. Lepszy rozkład obowiązków między obie strony Atlantyku pozostaje wyzwaniem wieku XXI.
Dean Rusk na pożegnanie poprosił mnie jeszcze o przekazanie pozdrowień swojemu wcześniejszemu odpowiednikowi, niemieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Gerhardowi Schröderowi (od 1961 do 1966 r. federalnemu ministrowi spraw zagranicznych, a od 1966 do 1969 r. federalnemu ministrowi obrony). Bezpośrednio po moim powrocie do Bonn Gerhard Schröder - podówczas przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych niemieckiego Bundestagu - przyjął mnie w swym gabinecie. W ten sposób miałem okazję poznać także tego znaczącego polityka CDU, który za swego życia był najdłużej urzędującym ministrem federalnym, ponieważ już w latach 1953-1961 był ministrem spraw wewnętrznych. Później pod względem czasu sprawowania urzędu ministra federalnego wyprzedzić miał go tylko Hans-Dietrich Genscher, który był ministrem spraw wewnętrznych RFN w latach 1969-1974, po czym do 1992 r. ministrem spraw zagranicznych i wicekanclerzem RFN. Spotkania z Deanem Ruskiem i Gerhardem Schröderem były później dla mnie jako deputowanego motywacją, by zawsze, gdy tylko to okazywało się możliwe, zapraszać studentów proszących o rozmowę.
*
Studia z nauk politycznych sprawiły, że studiowanie nauk prawnych stało się dla mnie znośne. 13 stycznia 1973 r. zdałem na Uniwersytecie w Bonn swój pierwszy prawniczy egzamin państwowy z oceną "całkowicie zadowalający"47*. Następnie wziąłem rok urlopu, by skoncentrować się na pisaniu pracy doktorskiej. 30 kwietnia 1974 r, odbył się ustny egzamin doktorski. Patrząc wstecz, stwierdzić można, że wszystko poszło bardzo dobrze. Z ustnej części egzaminu trzy zdarzenia najbardziej zapadły mi w pamięć. Egzamin u mojego promotora Hansa-Adolfa Jacobsena był otwarty i nieskomplikowany. Rozmawialiśmy m.in. o polityce wschodniej rządu SPD i FDP. Chodziło też przy tym o tzw. klauzule o państwach nieprzyjacielskich w Karcie Narodów Zjednoczonych, czyli artykuły 53 i 107. Stwierdzały one, że "środki przeciw państwu nieprzyjacielskiemu" - a do takich zaliczały się wtedy Niemcy - mogą być podjęte "przeciwko powrotowi takiego państwa do polityki agresji" (art. 53), a Karta Narodów Zjednoczonych "nie pozbawia mocy prawnej ani [temu] nie przeszkadza" (art. 107). Profesor Jacobsen był zdania, że oba te artykuły, zgodnie z pozorami tworzonymi przez rząd federalny, nie mają już żadnego znaczenia prawnego. Ja byłem innego zdania. Artykuły te w przypadku Niemiec zostały przez różne traktaty, w szczególności ze Związkiem Radzieckim, jedynie "przykryte"; ich prawne istnienie jednak się nie zakończyło. Nie wahałem się przedstawić mego zdania na egzaminie w taki właśnie sposób. Profesor Jacobsen zaakceptował to, prezentacja własnego stanowiska nie miała dla mnie żadnych negatywnych konsekwencji i otrzymałem ocenę "magna cum laude"48*. Gdy wiele lat później bawił wśród mych gości na moich 60. urodzinach w Bad Iburg, poprosił o możliwość wygłoszenia krótkiej mowy. Zauważył w niej, że byłem jego jedynym doktorantem, który miał odwagę sprzeciwić się mu na egzaminie doktorskim. Hans-Adolf Jacobsen i jego małżonka Dorothea są mi do dziś bardzo bliscy.
W ramach obu moich przedmiotów dodatkowych egzaminowany byłem z historii średniowiecza i nowożytności oraz z prawa państwowego. Egzamin z prawa państwowego był straszną porażką. Profesor Karl Josef Partsch zapytał mnie o utworzenie Badenii-Wirtembergii względnie części tego landu po II wojnie światowej. Nie miałem o tym pojęcia. Wynikiem uzyskanym z tego egzaminu było "rite", co było najniższą oceną pozytywną. Lepiej poszło u historyka, profesora Eugena Ewiga. Uzgodniłem z nim dwa tematy egzaminacyjne: "Złota Bulla Karola IV z 1356 r." - bulla była swego rodzaju konstytucją Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego - oraz rokowania na kongresie wiedeńskim (1814/1815). Ponieważ dobrze przygotowałem się z obu tych tematów, byłem w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania profesora. Na koniec egzaminu powiedział mi: "Odbudował pan moje zaufanie do przedstawicieli nauk politycznych", na co odrzekłem temu sympatycznemu starszemu panu: "Panie profesorze, ale właściwie to jestem prawnikiem". Obaj się z tego śmialiśmy. Ostatecznie mimo "rite" z prawa państwowego udało mi się złożyć egzamin doktorski z ogólną oceną "magna cum laude".
*
Niespodziankę przyniósł rok 1974. Zatrzymałem się na jakiś czas w Bersenbrück. Z przyjaciółmi z Junge Union jechałem autobusem do Rulle koło Wallenhorst na zebranie członków okręgu. Po drodze Hubert Schwertmann zapytał mnie, czy nie chcę zostać przewodniczącym okręgu Junge Union. Oczywiście w ogóle o tym nie myślałem - chciałem jedynie jako członek Junge Union wziąć udział w wyborach zarządu okręgu. Nie dążyłem do stanowisk - bez przygotowania nie jest to zresztą wskazane. Ku zaskoczeniu wszystkich, na zebraniu członków okręgu jego przewodniczący, Edmund Tesch, który funkcję tę sprawował od dwóch lat, oznajmił zebranym młodym ludziom, że rezygnuje ze stanowiska. Kilkoro koleżanek i kolegów poprosiło mnie, żebym kandydował na przewodniczącego, czego się zupełnie nie spodziewałem. Ostatecznie się zgodziłem. Gdy dowiedział się o tym Edmund Tesch, z którym jesteśmy dzisiaj dobrymi przyjaciółmi, ponownie zgłosił swoją kandydaturę. W pierwszej turze zdobyliśmy obaj po 32 głosy. Jasne było dla mnie, że podtrzymam swoją kandydaturę w drugiej turze. Edmunda Tescha zapytano, czy on także będzie kandydował ponownie. Obecny tam przewodniczący okręgu CDU, Reinhard von Schorlemer, kiwnął głową, dając jasny sygnał, że rekomenduje kandydaturę Edmunda Tescha. Gest ten był dla mnie korzystny i w swoim uzasadnieniu ponownego kandydowania podniosłem argument, że przecież przewodniczący okręgu CDU nie może chyba decydować, kto ma być przewodniczącym okręgu Junge Union. W drugiej turze zwyciężyłem, wyprzedzając Edmunda Tescha o dwa głosy. W ten sposób objąłem stanowisko, do którego ani nie dążyłem, ani o nie nie walczyłem. Jako przewodniczącemu okręgu Junge Union została mi powierzona funkcja, którą wiele lat później, jako jeden z moich następców, podjął mój syn Benedict. Sprawując tę funkcję przez siedem lat (2002-2009), był przy tym najdłużej piastującym to stanowisko spośród wszystkich dotychczasowych przewodniczących okręgu Junge Union w powiecie Osnabrück. Dwa lata (1974-1976) kierowania tym okręgiem były dla mnie okresem cennej nauki. Na zebraniu członków okręgu w roku 1975 przyjęliśmy z mojej inicjatywy uchwałę popierającą portugalskiego przywódcę socjalistów, Mário Soaresa, który dzielnie bronił się w swym kraju przed komunistami. Później Mário Soares - który w swej ojczyźnie został premierem i prezydentem - był moim kolegą w Parlamencie Europejskim. Na kartach tej książki jeszcze się z nim spotkamy.
Funkcja przewodniczącego okręgu Junge Union w powiecie Osnabrück umożliwiła mi w 1976 r. wybór do krajowego zarządu Junge Union w Dolnej Saksonii. W przyszłości miało to wielkie znaczenie dla mojej dalszej kariery politycznej. Wobec wyboru korzystnego dla mnie składu członków zarządu poprosiłem o powierzenie mi funkcji rzecznika ds. polityki europejskiej. Na oku miałem już pierwsze wybory do Parlamentu Europejskiego i byłem wewnętrznie nastawiony na to, by w nich kandydować. Oczywiście nie mogłem wówczas jeszcze o tym mówić. W roku 1976 wydawało się, że wybory te odbyć mogłyby się w roku 1978; ostatecznie jednak nastąpiło to dopiero w roku 1979.
*
Ale do tego czasu nie zawsze wszystko szło gładko. W roku 1974 odbywały się wybory do Landtagu Dolnej Saksonii. Partyjni koledzy z i spoza Bersenbrück oczekiwali ode mnie, bym kandydował do Landtagu. Właściwie ani nie było to moim celem, ani nie leżało w zakresie moich politycznych planów. Ale, jak sądziłem, próbny start mogłem podjąć. W niczym nie mogło to zaszkodzić. Wyboru dokonywało 23 elektorów. Aby uzyskać nominację, trzeba było zdobyć większość absolutną, a więc 12 głosów. Moimi konkurentami byli: przewodniczący okręgu Reinhard von Schorlemer z Fürstenau i były dolnosaksoński minister gospodarki i transportu, Karl Möller z Quakenbrück. W pierwszej turze otrzymałem dziesięć głosów, Reinhard von Schorlemer dostał ich osiem, a Karl Möller z siedmioma głosami odpadł z dalszego współzawodnictwa. W drugiej turze zwyciężył Reinhard von Schorlemer proporcją głosów 15 do 8. Ta porażka była i tak zdecydowanym sukcesem, bo na początku głosowań nie dawałem sobie w ogóle żadnych szans. Ostatecznie nie wygrać okazało się jednak dużym, a nawet gorzkim rozczarowaniem. W dalszej perspektywie na porażce tej jednak skorzystałem. Gdybym zdobył wtedy tę nominację i został, tak jak Reinhard von Schorlemer, wybrany do Landtagu Dolnej Saksonii, nigdy nie zostałbym deputowanym do Parlamentu Europejskiego, co stać się miało zaledwie parę lat później. W ostatecznym rozrachunku ta polityczna porażka korzystnie więc przełożyła się w przyszłości na przebieg mojej politycznej drogi.
*
Rok 1977 przyniósł mi kolejne niepowodzenie, które ostatecznie również miało pozytywne skutki. Fritz Brickwedde, późniejszy sekretarz generalny Ogólnokrajowej Fundacji na Rzecz Środowiska (Bundesumweltstiftung) w Osnabrück, był członkiem ogólnokrajowego zarządu Junge Union. Chciał, abym został jego następcą. Zarząd ogólnokrajowy, do którego później należeć mieli kolejno moi synowie Johannes i Benedict jako zastępcy przewodniczącego, był dla mnie z ówczesnej perspektywy pozycją nieosiągalną. Niemniej jednak zgodziłem się kandydować i zostałem wystawiony do walki. Moim konkurentem z Brunszwiku został Bernd Huck, wcześniejszy krajowy przewodniczący Junge Union w Dolnej Saksonii. Głosowanie odbywało się w Radzie Dolnej Saksonii. Wyniki pierwszej tury: Bernd Huck 26 głosów, Hans-Gert Pöttering 26 głosów. W drugiej turze Bernd Huck zdołał utrzymać swoje poparcie, po mojej stronie jedna osoba się wstrzymała, w związku z czym otrzymałem tylko 25 głosów. Tym samym nie zostałem kandydatem do Zarządu Ogólnokrajowego i pozostałem rzecznikiem ds. polityki europejskiej Junge Union Dolnej Saksonii. Także to rozstrzygnięcie miało wpływ na moje kandydowanie do Parlamentu Europejskiego. Kto wie, co by było, gdybym należał do ogólnokrajowego zarządu Junge Union, a kto inny zostałby rzecznikiem ds. polityki europejskiej dolnosaksońskiej Junge Union. I ta porażka wyszła mi więc na dobre.
To były moje jedyne przegrane w wyborach wewnątrzpartyjnych. Zdobycie takich doświadczeń jest dla polityka ogromnie ważne, bo może go wzmocnić i nauczyć wytrwałości. Nie wolno zniechęcać się pierwszymi niepowodzeniami. Nieustające pasmo sukcesów potrafi łatwo oderwać od rzeczywistości. Moim osobistym szczęściem było to, że owe polityczne niepowodzenia przyniosły pozytywne skutki, choć w chwili porażki oczywiście w taki sposób tego nie postrzegałem. Bezpośrednio po klęsce człowiek zaczyna szukać przyczyn, a gdy już je przeanalizuje, z bólem serca stwierdzić musi, w czym one leżały. Ale i te doświadczenia są składnikiem zaangażowania w demokrację.
*
W opisie mojego rozwoju zawodowego uwzględnić trzeba i to, że po aplikacji odbytej we wrześniu 1976 r. w Dolnej Saksonii w Wyższym Sądzie Krajowym w Celle zdałem swój drugi egzamin prawniczy na Uniwersytecie w Bonn na ocenę "zadowalającą"49*. Tym samym powstało pytanie, jaką ścieżkę zawodową wybiorę. Alternatywę dla polityki stanowiło rozpoczęcie praktyki adwokackiej lub praca przy kształceniu dorosłych. W tym czasie otrzymałem propozycję od Burkharda Ritza, zastępcy przewodniczącego frakcji CDU/CSU w Bundestagu, żeby zostać jego osobistym asystentem. W 1976 r. odbywały się wybory do Bundestagu, a możliwość wejścia Burkharda Ritza do rządu federalnego - dotychczas był on rzecznikiem frakcji CDU/CSU w Bundestagu ds. polityki rolnej - sprawiała, że praca u jego boku była dla mnie bardzo atrakcyjna. Mimo iż w wyborach tych kierowane przez Helmuta Kohla CDU/CSU zdobyły 48,6% głosów, nie wystarczyło to do utworzenia rządu. Burkhard Ritz pozostał zastępcą przewodniczącego frakcji i rzecznikiem ds. polityki rolnej. Aż do wyborów europejskich z 10 czerwca 1979 r. byłem jego osobistym asystentem ze służbowym określeniem funkcji "asystent naukowy". Gabinet Ritza znajdował się na trzecim piętrze "Starego Wieżowca" (Altes Hochhaus) Bundestagu. Na tym samym piętrze nie było jednak pokoju dla mnie jako osobistego asystenta, w związku z czym wylądowałem na piętrze szóstym. Byłbym więc "na uboczu". Nie odpowiadało mi to jednak, w związku z czym znaleźliśmy rozwiązanie: moje biurko wstawiono bezpośrednio do gabinetu Burkharda Ritza. I tak siedzieliśmy biurko w biurko przez dwa i pół roku. Dla mnie jako współpracownika wiceprzewodniczącego frakcji CDU/CSU w Bundestagu było to wielkim przywilejem. Wiele się przez ten czas nauczyłem, co miało się okazać bardzo cenne w mojej późniejszej pracy deputowanego do Parlamentu Europejskiego. Z rodziną Ritzów do dziś pozostaję w bliskich relacjach.
*
W latach 1974-1980 kierowałem zarządem miejskiego związku CDU w Bersenbrück, w 1974 r. zostałem również po raz pierwszy wybrany do zarządu okręgowego CDU w powiecie Osnabrück. Później, od 7 września 1990 do 1 października 2012 r. miałem kierować tym związkiem okręgowym jako przewodniczący z ramienia CDU. Na stanowisku tym zastąpiłem Reinharda von Schorlemera, który funkcję tę sprawował od 1972 r., tj. od utworzenia powiatu Osnabrück. CDU w tym powiecie było więc przez 38 lat kierowane przez dwóch polityków, co oznacza rzadko spotykaną ciągłość. Dzisiaj obaj jesteśmy honorowymi przewodniczącymi naszego okręgowego związku CDU. Podzielamy najważniejsze polityczne przekonania i również to nas ze sobą łączy. Zadaniem ustępującego przewodniczącego powinno być zawsze zaproponowanie odpowiedniego następcy. W 2010 r. jako ustępujący przewodniczący okręgu CDU postrzegałem to jako swój obowiązek i na swego następcę poleciłem przewodniczącego związku miejskiego CDU w Quakenbrück i przewodniczącego frakcji w tamtejszej radzie miejskiej Christiana Calderone'a. Na zjeździe okręgu ten 33-letni wówczas polityk w głosowaniu tajnym uzyskał ponad 97-procentowe poparcie. Ja sam, także w głosowaniu tajnym, 95 procentami głosów wybrany zostałem na honorowego przewodniczącego. Nie było to zupełnie oczywiste, bo przez minione dwadzieścia lat nie mogłem dogodzić każdemu, a z pewnością także inne osoby w głębi ducha przygotowywały się do objęcia następstwa po mnie. W wyborach w styczniu 2013 r. Christian Calderone wybrany został do Landtagu Dolnej Saksonii z okręgu Bersenbrück. Przez dwadzieścia lat sprawowania przeze mnie funkcji przewodniczącego okręgu CDU w powiecie Osnabrück moimi wiernymi współpracownikami byli Ferdinand Fleischer i jego następca Ansgar Deters jako kierownicy okręgu, jak również Birgit Mehring jako wieloletnia współpracowniczka w biurze okręgu CDU.
Łączność z moją małą ojczyzną była zawsze fundamentem mej działalności w Parlamencie Europejskim. W moim "okręgowym biurze wyborczym" zaangażowanymi współpracowniczkami i współpracownikami byli: początkowo Marlies Lucas, następnie Christa Flatau, a na koniec przez krótszy już czas Dennis Schratz. Młodym deputowanym do Parlamentu Europejskiego chciałbym poradzić, by zawsze utrzymywali bliski związek z własnym okręgiem wyborczym, z własnym krajem związkowym i z niemiecką polityką. Bo dopiero to tworzy jedność i perspektywę, dzięki której można osiągnąć swe cele w Europie. Mojej własnej partii, CDU, poradzić można, by pozostawała w równym stopniu zaangażowana na wszystkich czterech płaszczyznach: lokalnej, krajowej, federalnej i europejskiej. Byłoby wielkim błędem, by wobec wszystkich różnic, jakie w postrzeganiu interesów występują pomiędzy tymi płaszczyznami, jedną płaszczyznę skonfliktować z inną. CDU zawsze - od Konrada Adenauera po Helmuta Kohla, Wolfganga Schäublego i Angelę Merkel - widziało się w Niemczech w roli partii proeuropejskiej. Temu obowiązkowi musi pozostać wierne także w przyszłości.
Wprowadzenie
Zjednoczenie Europy jest największym osiągnięciem w dążeniu do pokoju - nie tylko w dziejach naszego kontynentu, ale i całego świata. Ta historyczna perspektywa i ocena może się wielu osobom wydać przesadzona, niewłaściwa lub wręcz patetyczna, lecz nie zmienia to faktu, że jest słuszna. To dlatego w roku 2012 Unia Europejska otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Wzruszająca ceremonia jej wręczenia, która odbyła się 10 grudnia 2012 r. w Oslo i na którą byłem zaproszony, na zawsze pozostanie w mej pamięci.
Ludzie zbyt łatwo zapominają, jak długą drogę pokonali Europejczycy od kontynentu pełnego wrogości do Unii Europejskiej, która powołuje się na wspólne wartości i w której w 28 państwach mieszka dziś razem ponad 500 milionów ludzi "zjednoczonych w różnorodności". Tylko wtedy, gdy wiemy skąd przychodzimy - wiemy, gdzie jesteśmy i możemy decydować, dokąd chcemy iść. Zachowywanie naszej historycznej pamięci i przekazywanie tego, co minione - przede wszystkim młodym ludziom, którzy kształtować będą przyszłość - jest konieczne, aby doświadczenia przeszłości mogły być fundamentem i punktem wyjścia naszej drogi ku przyszłości.
Polityka europejska kanclerza Konrada Adenauera była inspiracją do mojego wstąpienia do CDU. W latach mej młodości fascynowała mnie ona jako ukierunkowana na pojednanie, porozumienie i współpracę oraz jako polityka, którą Konrad Adenauer pojmował jako działanie na rzecz pokoju. Fascynacja ta nigdy później nie osłabła. Robert Schuman i Alcide De Gasperi okazali się dla kanclerza Adenauera partnerami podzielającymi jego poglądy. 9 maja 1950 r. Robert Schuman, francuski minister spraw zagranicznych, podczas konferencji prasowej w gmachu ministerstwa przy Quai d'Orsay zadeklarował utworzenie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS): "Wyciągamy rękę do wczorajszego wroga, by się z nim pojednać i budować Europę"1. Był to początek procesu zjednoczenia Europy - pięć lat i jeden dzień po zakończeniu II wojny światowej, którą rozpętała polityka pogardy dla człowieka i która doprowadziła nasz kontynent na skraj przepaści.
Schuman spodziewał się we Francji i we francuskim rządzie sprzeciwu i wątpliwości, a nawet wrogich postaw wobec swojego projektu. Pokojowa współpraca jako podstawa europejskiego zjednoczenia - fundamentalna idea planu Schumana - była zamiarem niewyobrażalnie śmiałym, ponieważ skierowana była przede wszystkim do przeciwnika wojennego, odwiecznego wroga, do młodej wciąż Republiki Federalnej Niemiec.
Schuman polecił opracować swoją inicjatywę w najściślejszej tajemnicy i bez wiedzy innych członków gabinetu, a zadanie to powierzył niewielkiej grupie pracowników we francuskim urzędzie planowania - kierowanym przez swojego współpracownika Jeana Monneta, który do tamtej pory miał już za sobą owocną karierę biznesmena, lecz jeszcze nigdy nie sprawował urzędu ministra czy wręcz szefa rządu. Jego głównym celem była polityka europejska i międzynarodowa; zjednoczenie zaś kontynentu było dla niego podstawowym warunkiem pokoju na całym świecie.
Dzień przed konferencją prasową Schumana, 8 maja 1950 r., gabinet pod przewodnictwem Konrada Adenauera obradował w Bonn nad przystąpieniem Niemiec do Rady Europy. Na posiedzenie to przybył przedstawiciel francuskiego ministra spraw zagranicznych z dwoma pismami dla Konrada Adenauera: odręcznym, osobistym listem Roberta Schumana oraz oficjalnym listem przewodnim zawierającym omówienie jego projektu - "planu Schumana".
"Niezwłocznie oznajmiłem Robertowi Schumanowi, że do jego propozycji przychylam się z całego serca", zanotował później Konrad Adenauer w swych wspomnieniach. Dalej pisał: "Plan Schumana całkowicie odpowiadał reprezentowanym przeze mnie od dawna poglądom na wzajemne powiązanie ze sobą europejskich przemysłów kluczowych"2, 3*. Zalety tego projektu dostrzegł również premier Włoch Alcide De Gasperi. Widział w nim znaczący krok na drodze do wewnątrzeuropejskiego pojednania.
Niecały rok później, 18 kwietnia 1951 r., Francja, Niemcy, Włochy i kraje Beneluksu podpisały traktat powołujący Europejską Wspólnotę Węgla i Stali. 10 sierpnia 1952 r. pod przewodnictwem Jeana Monneta rozpoczęła swą pracę tzw. Wysoka Władza w Luksemburgu.
Trzydzieści lat później jako przewodniczący krajowego związku Europa-Union w Dolnej Saksonii cytowałem Jeana Monneta w Hanowerze podczas uroczystości "25-lecia traktatów rzymskich". Obecni byli: były prezydent Republiki Federalnej Niemiec i prezydent Europa-Union Deutschland Walter Scheel, były prezydent Francji Valéry Giscard d'Estaing, który był potem moim kolegą w Parlamencie Europejskim, ponadto premier Dolnej Saksonii Ernst Albrecht, jak również dolnosaksoński minister do spraw związkowych Wilfried Hasselmann. Mówiłem o tym, że Jean Monnet, ów wielki Francuz i Europejczyk, pierwszy honorowy obywatel Europy, jako przewodniczący Wysokiej Władzy Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali przyjmował pewnego razu w Luksemburgu grupę odwiedzających i opisał to później w swoich wspomnieniach w następujący sposób:
Ludzi, którzy odwiedzili mnie w Luksemburgu, zdziwiła stojąca na moim biurku fotografia nietypowej tratwy. Była to Kon Tiki, której przygody poruszyły świat i w której upatrywałem symbolu naszego europejskiego przedsięwzięcia.
"Ci młodzi mężczyźni", opowiadałem moim gościom, "obrali kierunek. Potem wypłynęli i wiedzieli, że nie mogą zawrócić. Jakiekolwiek trudności by się nie pojawiły, oni mieli tylko jedną możliwość - nieprzerwanie płynąć dalej. Także my do naszego celu, Stanów Zjednoczonych Europy, idziemy drogą, z której nie ma odwrotu"4.
Jean Monnet, odważny i dalekowzroczny człowiek, nie mógł jeszcze widzieć drugiego brzegu, ale był zdecydowany osiągnąć cel: jedność kontynentu europejskiego.
Jego idee i przekonania fascynowały mnie zawsze. Jeśli będziemy dalej za nimi podążać, w szczególności stosować zalecaną przez niego metodę wspólnotową - tzn. jeśli działać będziemy poprzez instytucje europejskie - i czynić to z cierpliwością, a zarazem pasją, postrzegając kryzysy i wyzwania jako szanse, oraz jeśli stopniowo postępować będziemy do przodu i mieć jasny cel przed oczyma, to Europa odniesie sukces, a Unię Europejską czekać będzie dobra przyszłość.
Konrad Adenauer wyraził to jasno: "Plan Schumana był początkiem zjednoczenia Europy. Wraz z podpisaniem [...] rozpoczął się [...] nowy rozdział w europejskiej historii"5. Plan stał się podstawą nowego porządku w relacjach pomiędzy państwami i narodami Europy. Jego ogłoszenie było fundamentem pracy na rzecz pokoju, która dzisiaj stała się dla nas w Unii Europejskiej sprawą oczywistą. Przed sześćdziesięciu laty nie można było przewidzieć, że otworzy on najdłuższy w dziejach Europy okres pokoju. Sformułowany przez Schumana cel był drogowskazem. Już pierwsze zdanie jego deklaracji było jednoznaczne i ambitne: "Pokój na świecie nie mógłby być zachowany bez twórczych wysiłków na miarę grożących mu niebezpieczeństw"6, 7*.
Europejscy ojcowie założyciele znali rozmiar tych zagrożeń. Doświadczyli ich na własnej skórze - konfliktów toczących się pomiędzy państwami europejskimi o granice i obszary pograniczne. Przede wszystkim trzej mężowie stanu: Robert Schuman, Konrad Adenauer i Alcide De Gasperi - wszyscy trzej chrześcijańscy demokraci. Ukształtowały ich wczesne doświadczenia życia w europejskich rejonach pogranicznych: Robert Schuman, urodzony w Luksemburgu, jako Lotaryńczyk był w czasie I wojny światowej żołnierzem w niemieckiej armii; Alcide De Gasperi, urodzony we włoskiej prowincji Trydent, która podówczas należała jeszcze do Cesarstwa Austro-Węgier, w związku z czym był on członkiem austriackiego parlamentu; Konrad Adenauer, wieloletni nadburmistrz lewobrzeżnej Kolonii, pełniąc tę funkcję był świadkiem zajęcia lewego brzegu Renu przez Francję po I wojnie światowej.
Już pod koniec XVIII w. Immanuel Kant stwierdzał z goryczą:
Jesteśmy w wysokim stopniu wychowani przez sztukę i naukę. Jesteśmy aż nadto ucywilizowani do rozmaitej społecznej grzeczności i przyzwoitości. Ale do tego, by uznać nas za moralnych, wciąż brakuje bardzo wiele8.
Cierpienia, nędza i śmierć jako rezultat kampanii wojennych oraz bitew o granice i terytoria - przez stulecia były regułą, a nie wyjątkiem. Ten czarny rozdział europejskiej historii trzeba było w końcu zamknąć! Ojcowie założyciele Unii Europejskiej z krwawych dziejów swojego kontynentu wyciągnęli właściwe nauki. Zgodni byli ze sobą, że trzeba zrobić wszystko, aby granice w Europie przestały dzielić. Odważnie i dalekowzrocznie, z cierpliwością i pasją zamknęli pełną nienawiści i wrogości przeszłość i zaczęli tworzenie lepszego świata. Plan Schumana - Europejska Wspólnota Węgla i Stali - był pierwszym krokiem, który do tego świata prowadził.
Ta pierwsza wspólnota konkretnych interesów stanowiła punkt wyjścia stopniowego procesu integracji. Metoda wspólnotowa, która dzisiaj wciąż musi nas obowiązywać i być standardem naszego działania, sprawdziła się przy stopniowo zwiększanym uwzględnianiu oczekiwań gospodarczych i społecznych. Było to "zjednoczeniem interesów narodów europejskich, a nie tylko utrzymywaniem ich równowagi", jak wyraził to Monnet9.
Warto uświadomić sobie sens i doniosłość pierwszego traktatu powołującego Europejską Wspólnotę: całość produkcji węgla i stali we Francji, w Niemczech, jak również we Włoszech i w krajach Beneluksu podporządkowana została jednej wspólnej władzy. Zniesiono trudności w handlu i ułatwiono gospodarczą odbudowę zniszczonych przemysłów. Rewolucyjna była idea, zgodnie z którą zwycięzcy i pokonani wspólnie chcieli sprawować kontrolę nad głównymi przemysłami decydującymi o wojnie i pokoju - tj. nad węglem i stalą.
Najważniejsze w planie Schumana było stworzenie całkowicie nowego systemu instytucjonalnego: miejsce zwykłej współpracy pomiędzy suwerennymi państwami zajął zrównoważony demokratyczny dialog pomiędzy państwami członkowskimi, Zgromadzeniem EWWiS (późniejszym Parlamentem Europejskim), Radą Ministrów EWWiS, Wysoką Władzą - poprzedniczką dzisiejszej Komisji - i Trybunałem Sprawiedliwości. Jean Monnet wyraził to następująco: "Nic nie jest możliwe bez ludzi, nic trwałego - bez instytucji"10. Zdanie to zawiera w sobie wielką prawdę.
Wysoka Władza stała się wyrazem zasady ponadnarodowości, podczas gdy Rada Ministrów działała jako międzyrządowy łącznik pomiędzy Wysoką Władzą a państwami członkowskimi EWWiS w zakresie ogólnej polityki gospodarczej. Współdziałanie elementów ponadnarodowych i międzyrządowych stało się rdzeniem procesu integracji europejskiej.
Zdolność tego aparatu do podejmowania decyzji i do działania zagwarantowana została poprzez wprowadzenie głosowania większością kwalifikowaną w obszarach suwerenności dzielonej. Orzecznictwo Trybunału, który sprawuje bezpośrednią władzę sądowniczą, i wprowadzenie środków własnych w miejsce składek narodowych zadecydowały o oryginalności, wydajności i przewadze tego systemu - systemu, który przez ostatnie sześćdziesiąt lat był krok po kroku rozwijany i umacniany, choć droga ta nie była prosta ani pozbawiona przeszkód.
*
Nie wszystko się udawało. 30 sierpnia 1954 r. traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej przekreślony został przez postawę francuskiego Zgromadzenia Narodowego, które postanowiło zdjąć jego ratyfikację z porządku obrad.
To były okropne dni. Wynik głosowania [...] przekreślił nam Niemcom wieloletnie starania o odtworzenie suwerenności naszego kraju [...] [i] wykonanie decydującego kroku naprzód w odbudowie Europy,
stwierdził później Adenauer, w którego pamięci "owe straszne dni [...] zapisały się głęboko"11.
W decyzji francuskiego Zgromadzenia Narodowego szczególną rolę odegrało około stu deputowanych komunistycznych. Nie chcieli oni zjednoczenia Europy, bo sprzeczne ono było z interesami Moskwy, dla której ci deputowani działali. "Pozostałe głosy za zdjęciem z porządku obrad zostały", jak to szczegółowo przedstawił Konrad Adenauer, oddane "po części z pobudek nacjonalistycznych, po części z obaw przed Niemcami"12.
Jak pisze Adenauer, francuski parlament był przedostatnim, który zajmował się traktatem. Belgia, Holandia, Luksemburg i Republika Federalna Niemiec już go ratyfikowały. We Włoszech ratyfikacja nie została jeszcze przeprowadzona przez parlament, ale można było liczyć na jego zgodę, ponieważ odpowiednie komisje już traktat zaaprobowały. Istotne jest też, że Europejska Wspólnota Obronna zgodna była z inicjatywą francuską, w związku z czym tym bardziej przykre było, a nawet wstrząsające, że Francja odrzuciła swój własny projekt.
Przypomnieć trzeba też o tym, że projekt Europejskiej Wspólnoty Obronnej miał silne poparcie amerykańskiego rządu. W szczególności amerykański sekretarz stanu John Foster Dulles, dobry przyjaciel Konrada Adenauera, wspierał politykę niemieckiego kanclerza w odniesieniu do zjednoczenia Europy. W swoich wspomnieniach Adenauer skomentował amerykańską politykę powojenną po 1946 r., pisząc o Dullesie, że jego polityka
oparta była na założeniu, że Europa Zachodnia w końcu osiągnie jedność, która uchroni ją przed wojnami i da jej możliwość obrony przed agresją z zewnątrz. Naglącą potrzebę tej jedności winni dostrzec wszyscy wiodący mężowie stanu wszystkich wolnych narodów13.
Następnie Adenauer cytuje Dullesa:
Tragedią jest, że w jednym kraju nacjonalizm przy wsparciu komunizmu wziął górę w taki sposób, że zagrożona jest cała Europa. Tragedia ta stałaby się jeszcze większa, gdyby Stany Zjednoczone wyciągnęły z niej wniosek, że ze swej strony także muszą obrać kurs ślepego nacjonalizmu.
Niemiecka i amerykańska polityka zorientowana była teraz na włączenie Niemiec do NATO. Wprawdzie 9 maja 1955 r. RFN stała się członkiem Paktu, jednak niepowodzenie Europejskiej Wspólnoty Obronnej sprawiło, że dla europejskiej polityki zjednoczeniowej stracono wiele cennych lat. Ze skutkami mamy do czynienia jeszcze dziś, ponieważ mimo całego postępu w zakresie współpracy prawdziwa europejska polityka zagraniczna, bezpieczeństwa i obronna niestety nie istnieje jako polityka wspólnotowa.
Rację miał jednak Konrad Adenauer:
Żal i rezygnacja nie zdają się na nic. Zadanie włączenia Republiki Federalnej Niemiec do kręgu wolnych narodów i stworzenia Europy trzeba podjąć na nowo14.
Jego wezwanie, by po dotkliwej porażce się nie poddawać - wywarło na mnie wielkie wrażenie, w istocie mnie ukształtowało. Później, gdy byłem przewodniczącym frakcji Europejskiej Partii Ludowej i Europejskich Demokratów w Parlamencie Europejskim oraz przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, ta postawa Adenauera była dla mnie nauką, by w trudnych sytuacjach, gdy wielu sojuszników już straciło nadzieję - nie ustępować i trzymać kurs.
*
25 marca 1957 r. podpisano traktaty rzymskie ustanawiające Europejską Wspólnotę Gospodarczą i Europejską Wspólnotę Energii Atomowej (Euratom). Były one rozwinięciem idei EWWiS i kontynuacją największego projektu na rzecz pokoju i demokracji w dziejach Europy.
W następnych latach i dziesięcioleciach Europa zrastała się nie tylko w sferze gospodarczej. Coraz większe były postępy w tworzeniu Europy politycznej: Jednolity akt europejski, który wszedł w życie 1 lipca 1987 r., traktaty z Maastricht (1 listopada 1993 r.), amsterdamski (1 maja 1999 r.), nicejski (1 lutego 2003 r.) i w końcu lizboński, który w życie wszedł 1 grudnia 2009 r.
Nie od razu Europę zbudowano. Schuman świadom był tego, że będzie ona musiała jednoczyć się stopniowo wokół konkretnych kwestii. Nie było też sprawą decydującą, by dla wszystkich problemów znaleźć natychmiastowe rozwiązania, lecz aby stworzyć procedury, dzięki którym możliwe będzie w końcu cywilizowane i wolne od przemocy rozwiązywanie trudności i zadań opierając się na fundamencie prawnym. Instytucje europejskie miały jednak stać się "pierwszą konkretną podstawą Federacji Europejskiej, niezbędnej dla zachowania pokoju"15*, jak wyrażone to zostało w deklaracji Schumana16. Pokój to słowo, o które chodziło, i o które chodzi także dzisiaj i będzie chodziło w przyszłości. Zjednoczenie Europy było odpowiedzią na wojnę i zniszczenie. Dziś Europa znaczy pokój!
*
Wielki sukces europejskich ojców założycieli nie ulega wątpliwości. Mało kto mógł przypuszczać w roku 1950, w epoce pełnej napięć, gdy Związek Radziecki i totalitaryzm komunistyczny ciemiężyły pół Europy, że państwa komunistyczne pewnego dnia staną się częścią Unii Europejskiej. Adenauer jednak uważał to za możliwe:
Myśląc o Europie, spoglądać musimy także na Wschód. Do Europy należą kraje, które mają bogatą europejską przeszłość. Także im zaoferować trzeba możliwość przystąpienia17.
W innym miejscu stwierdza:
Jestem przekonany: o ile na początku było sześć krajów, pewnego dnia dołączą wszystkie pozostałe państwa europejskie18.
Ta nowa koncepcja europejskiej przyszłości wcześnie zaczęła mnie fascynować. Wspólnotowa Europa była odpowiedzią na pytanie o przyszłość, w której narody, regiony i społeczności lokalne nie będą musiały tracić swojej tożsamości. Pod jednym dachem silnych instytucji europejskich państwa członkowskie Europy mogły rozwijać się na decydującym fundamencie wspólnego europejskiego prawa. Instytucjami tymi były Komisja Europejska, Parlament Europejski, Rada Ministrów, Trybunał Sprawiedliwości, jak również inne organy, które powołano później: Europejski Trybunał Obrachunkowy, Komitet Regionów oraz Komitet Społeczny. To była ta historyczna nowość Europy wspólnotowej: prawo ma władzę, a nie jak w każdym stuleciu przed zjednoczeniem Europy - władza prawo. Walter Hallstein, pierwszy przewodniczący Komisji Europejskiej (1958-1967) tak opisał nową jakość powstającą w Europie:
to, co mamy na myśli, mówiąc "federalny", to zatem jedynie to: wspólnota ma z państwem związkowym wspólną tę właściwość, że określone elementy władz państwowych łączone są w związek z innymi i przenoszone na własną, różną od danego kraju członkowskiego organizację. Pod tym względem wspólnota podobna jest państwu związkowemu. Realizuje ona to, co istotne w europejskim zadaniu: tworzyć równowagę pomiędzy władzą europejską złożoną z cząstek narodowych suwerenności a istniejącą nadal władzą państwową krajów członkowskich. Zachowuje ona to, co w będących spadkobiercami różnorodności i samodzielności jednostkach narodowych zasługuje na zachowanie, i tworzy przy tym ogromną terytorialnie organizację, której wymaga kontynentalna skala epoki globalizacji19.
Znany historyk Golo Mann trafnie przedstawił dawny europejski system z perspektywy epoki napoleońskiej. Gdy Napoleon po bitwie pod Jeną i Auerstedt (październik 1806) był u szczytu swej potęgi, widział naprzeciw siebie front chwiejny i wewnętrznie skłócony. Golo Mann naszkicował niejako portret psychologiczny pięciu mocarstw tamtej epoki - Anglii, Francji, Austrii, Rosji i Prus.
Między wszystkimi tymi mocarstwami panowała wrogość, otwarta lub skryta wojna; polityczną grą rządziły relacje negatywne. [...] Wrogość między Francją a Anglią przesłaniała wszystko. I właśnie dlatego wciąż podejmowane były między nimi niekonkretne kontakty, których motywacją było przekonanie, że jeśli oba te państwa się zjednoczą, to pokój będzie wieczny, a świat znajdzie się w ich posiadaniu. Wrogość panowała między Francją a Austrią, stara, klasyczna, renesansowa wrogość. Choć w poprzednim stuleciu już dwa razy próbowały położyć jej kres i wspólnie narzucić Europie swe prawo: w czasie wojny siedmioletniej i [...] w roku [17]97. Wrogość była między Prusami a Austrią, wrogość niemiecka i europejska: w głowach niemieckich patriotów nie gasła jednak myśl o tym, że zjednoczenie tych dwóch mocarstw - zjednoczenie wszystkich Niemców stworzy siłę większą od całej reszty Europy. Także między Francją a Prusami panowała [...] wrogość; choć sojusz tych dwóch krajów postępu był ulubioną koncepcją francuskiej rewolucji. Wrogość była w końcu także między Francją a Rosją. A istniała idea, że zjednoczenie tych dwóch potęg mogłoby przynieść panowanie nie tylko nad Europą, ale i nad Afryką i Azją20.
Tamtej rywalizacji między europejskimi państwami nie można było opisać trafniej. Dziś wymienione mocarstwa wraz z większością swych ówczesnych europejskich terytoriów są - z wyjątkiem Rosji - zjednoczone w sposób pokojowy w ramach Unii Europejskiej. Ale wtedy, w roku 1814 i 1815, po klęsce Napoleona chodziło o to, by rywalizację złagodzić poprzez odtworzenie równowagi. Klemens von Metternich, wielki architekt kongresu wiedeńskiego, i Friedrich von Gentz, sekretarz tego kongresu mieli, jak to wyraził Golo Mann, następujący cel:
Odbudowa równowagi i nic poza tym. Żadnych mrzonek, żadnej ligi narodów, żadnego państwa uniwersalnego. Ani Rzeszy Niemieckiej, o której marzyli patrioci z północy obszaru niemieckiego. I żadnej rosyjskiej przewagi, która najzupełniej wynikać mogła z ogromnego rosyjskiego wkładu w taki obrót rzeczy. Pokój oparty o parę państw, mniej więcej tak samo silnych, rozważnie rządzonych, nawzajem nie nazbyt sobie wrogich21.
Wiemy, co przyniosły czasy po kongresie wiedeńskim: restaurację, która krępowała wolę narodów, choć umożliwiła epokę bez wojen. Jednak tak jak w przeszłości, jak przez wszystkie wcześniejsze stulecia, system ten nie mógł być trwały. Doszło do wojny austriacko-pruskiej roku 1866, francusko-pruskiej lat 1870/1871, I wojny światowej (1914-1918) i II wojny światowej (1939-1945). W obliczu tych historycznych doświadczeń ręka wyciągnięta przez Roberta Schumana do Niemiec w roku 1950 na pojednanie i porozumienie była politycznym cudem. W istocie, także tu sprawdza się to, co powiedział ojciec Kościoła św. Augustyn: "Cuda nie przeczą naturze, lecz naszej wiedzy o naturze"22.
Do szczęśliwych zrządzeń historii należy to, że Robert Schuman w Konradzie Adenauerze, Alcide De Gasperim i innych znalazł przyjaciół o takich samych jak swoje przekonaniach. Możemy być dumni z tego, że to w szczególności chrześcijańscy demokraci rozpoczęli dzieło pojednania i zjednoczenia Europy. Wiadomo przy tym, że - i to dotyczy także dnia dzisiejszego - europejska jedność nie jest dana raz na zawsze, lecz wymaga wciąż nowego i zdecydowanego działania. Trafnie wyraził to Konrad Adenauer 16 lutego 1967 r. w Madrycie w ostatniej w swym życiu przemowie:
W naszych czasach koło historii toczy się z niesamowitą prędkością. Jeśli polityczne wpływy państw europejskich mają zostać zachowane, trzeba działać. Jeśli nie można od razu osiągnąć najlepszego rozwiązania, trzeba wybrać drugie lub trzecie z listy najlepszych rozwiązań. Jeśli nie wszyscy współpracują, działać powinni ci, którzy są do tego gotowi23.
Słowa Adenauera aktualność zachowują do dzisiaj. I nigdy nie powinniśmy zapominać, że jak wszystko co ludzkie, także europejskie zjednoczenie jest niedoskonałe. Wymaga ono ciągłego działania i wysiłku. Wiara w to, że jest i będzie dobrze - nie wystarczy.
*
Małe kroki są przy tym równie ważne jak wielkie decyzje. Istotne jest i pozostanie to, by utrzymywać kurs: nie Europa należąca do rządów, Europa międzyrządowa, lecz Unia Europejska, którą obliguje metoda wspólnotowa i Europa działająca wspólnotowo za pośrednictwem silnych instytucji - oto, co odpowiada moim przekonaniom. Jedną z tych instytucji jest Parlament Europejski. Wyrosły z organu zwanego niegdyś "Zgromadzeniem", jest dzisiaj potężny i wpływowy. Bez Parlamentu Europejskiego Unia Europejska nie byłaby dziś tym, czym jest. Parlament Europejski w wielu kwestiach jest prekursorem. Frakcja Chrześcijańskich Demokratów, obecnie Europejska Partia Ludowa, odgrywa przy tym rolę wiodącą i zawsze widziała się w roli adwokata nowej, sprawnej Europy opartej na demokracji i parlamentaryzmie. Frakcja Europejskiej Partii Ludowej - od roku 1999 bez wątpienia największa w Parlamencie - odniosła przy tym sukcesy większe od tych, które znane są zainteresowanej części opinii publicznej. Aż do odłączenia się brytyjskich konserwatystów po wyborach europejskich w 2009 r. - co stanowiło poważny błąd strategiczny - była ona jedynym ugrupowaniem w Parlamencie Europejskim, które zrzeszało posłów ze wszystkich ówczesnych 27 krajów Unii.
*
W pierwszych bezpośrednich wyborach do Parlamentu Europejskiego w 1979 r., a potem we wszystkich kolejnych wyborach aż do 2014 r. wybierany byłem przez mieszkańców mej rodzinnej Dolnej Saksonii jako ich przedstawiciel. W wyborach europejskich sześciokrotnie przewodziłem dolnosaksońskiej liście krajowej CDU (w 1984, 1989, 1994, 1999, 2004 i 2009 r.). Dwukrotnie (w 2004 i 2009 r.) byłem na pierwszym miejsc ogólnoniemieckiej listy CDU. Z wdzięcznością patrzę wstecz na te 35 lat działalności na rzecz zjednoczenia Europy. Moją decyzję, by w roku 2014 zakończyć pracę posła w Europarlamencie chciałbym wykorzystać jako okazję do bilansu dokonywanego w niniejszych wspomnieniach. Przez ponad połowę mojego dotychczasowego życia byłem deputowanym do Parlamentu Europejskiego i w tym okresie jedynym, który do tej "Wysokiej Izby" należał nieprzerwanie od pierwszych wyborów bezpośrednich. Spotkałem tam ponad trzy i pół tysiąca kolegów-europarlamentarzystów. To, że od roku 2010 jako przewodniczący Fundacji Konrada Adenauera podróżuję regularnie między swoim domem w Bad Iburg, Brukselą i Berlinem, w symboliczny sposób odzwierciedla według mnie me przekonanie, że dla nas Europejczyków europejska i narodowa płaszczyzna polityczna są ze sobą połączone, a swym zakorzenieniem we własnej małej ojczyźnie potwierdzamy naszą europejską tożsamość.
*
Najpiękniejszymi doświadczeniami w ciągu wielu lat w Parlamencie Europejskim było dla mnie to, że zjednoczenie Niemiec 3 października 1990 r. - inaczej niż w niektórych stolicach europejskich - przyjęte tu zostało z radością i wsparciem oraz to, że 1 maja 2004 r. w Unii Europejskiej powitać mogliśmy dawne państwa komunistyczne, takie jak Estonia, Łotwa, Litwa - przez wiele lat okupowane przez Związek Radziecki - oraz Polskę, Czechy, Słowację, Węgry i Słowenię. Wolność zwyciężyła. To, że świadkami tego mogliśmy być za naszego życia, pozostaje dla mnie cudem naszych czasów. Przezwyciężenie podziału Europy stało się możliwe, ponieważ w jej zachodniej części trzymaliśmy się naszych wartości, a te roztoczyły swą siłę przyciągania na Europę Środkową i Wschodnią; dzięki temu ludzie zapragnęli ich urzeczywistnienia i wywalczyli wolność w sposób pokojowy. Dzisiaj, jak to wyrażono w deklaracji berlińskiej z 25 marca 2007 r., "na szczęście jesteśmy zjednoczeni"24, 25*.
*
Lata spędzone przeze mnie w Parlamencie Europejskim stanowią główną część moich "wspomnień". Mają być one przyczynkiem do przedstawienia wysiłków Parlamentu w pracach na rzecz jedności naszego kontynentu. Można tu mówić o "wspomnieniach" o tyle, że nie prowadziłem dziennika - z wyjątkiem dwuipółletniego okresu mojej kadencji na stanowisku przewodniczącego Parlamentu, gdy przez pewien czas spisywałem bezpośrednie notatki z mych doświadczeń i prac. W pojedynczych przypadkach przy przedstawianiu sytuacji odwoływałem się do wcześniej przygotowanych przeze mnie opisów. W żadnym razie nie jest moim zamiarem przecenianie własnych poczynań. W naturze człowieka leży jednak to, że własne przekonania, własne zaangażowanie i współdziałanie przy podejmowaniu uchwał szczególnie zapada mu w pamięć. Nie może to w żadnym wypadku umniejszać ważnego wkładu innych. Przede wszystkim zależy mi na tym, by stworzyć przyczynek do zrozumienia naszego skomplikowanego, ale wspaniałego kontynentu i naszych wysiłków na rzecz jedności. Poczytuję sobie za wielki, szczęśliwy przywilej, że przez długi odcinek tej drogi mogłem być ich świadkiem i mieć udział w kształtowaniu starań o jedność Europy.
Mądry pisarz Reinhold Schneider zostawił nam cenną przestrogę, którą winniśmy sobie wziąć do serca: "Historia jest bezwzględna, daje tylko jedną szansę i nie wybacza, jeśli moment ten zostanie przegapiony"26. Moim zdaniem polityczne i moralne zadanie na przyszłość polega na zachowaniu spuścizny chrześcijańsko-demokratycznych przekonań, z którymi jestem sam związany. Unię Europejską czeka dobra przyszłość, jeśli my, Europejczycy, pozostaniemy wierni wartościom i zasadom, które tym przekonaniom odpowiadają: zjednoczeniu naszego kontynentu na fundamencie ludzkiej godności, praw człowieka, wolności, demokracji, pokoju, praworządności, jak również na podwalinie solidarności i subsydiarności.
*
Ze wszystkimi naszymi przewodniczącymi frakcji od roku 1979 pozostawałem w życzliwej współpracy: z Egonem Klepschem (1977-1982 i 1984-1992), Paolo Barbim (1982-1984), Leo Tindemansem (1992-1994), Wilfriedem Martensem (1994-1999) - jako jego zastępca w tych latach - i z Josephem Daulem (od 2007 r.), moim następcą na tym urzędzie. Szczególnie wdzięczny jestem za lata, gdy byłem przewodniczącym naszej frakcji (13 lipca 1999 - 9 stycznia 2007) oraz przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (16 stycznia 2007 - 14 lipca 2009). Na mojej drodze z zaangażowaniem wspierali mnie sekretarz generalny frakcji Klaus Welle (1999-2004) i Niels Pedersen (2004-2007). Klaus Welle także w trakcie mego przewodniczenia Parlamentowi wykonał wiele cennej pracy jako szef gabinetu i dzisiaj jest sekretarzem generalnym Europarlamentu. Do szczególnie dobrych doświadczeń w mym politycznym życiorysie należy to, że przez wiele lat Klaus Welle był u mego boku. W ocenie kwestii politycznych i personalnych byliśmy niemal zawsze zgodni, co odbierałem nie tylko jako rzecz niezwykłą, lecz jako szczęśliwe zrządzenie losu.
Szczere podziękowania złożyć pragnę moim Synom, Johannesowi i Benedictowi, którzy zawsze ze zrozumieniem towarzyszyli mi na mej politycznej drodze. Im dedykuję te "wspomnienia".