Na wschód od Edenu - John Steinbeck

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Dolina rzeki Salinas znajduje się w północnej Kalifornii. Jest ona długim, wąskim zagłębieniem pomiędzy dwoma łańcuchami gór, a Salinas wije się jej środkiem i wpada do rzeki Monterey.

Pamiętam nazwy, jakie w dzieciństwie nadawałem różnym trawom i tajemniczym kwiatom. Pamiętam miejsca, gdzie trafiały się ropuchy, i godzinę przebudzenia ptaków w lecie, zapach drzew i pór roku, i to, jak wyglądali, chodzili, a nawet pachnieli ludzie. Wspomnienia zapachów są bardzo bogate.

Pamiętam, że góry Gabilany, na wschód od doliny, były jasne, wesołe, pełne słońca i uroku, i jakieś pociągające, tak że miałeś ochotę wspiąć się na ich rozgrzane stoki nieomal tak samo, jak pragniesz wdrapać się na kolana ukochanej matki. Te góry przyzywały cię, obiecując pieszczotę brunatnych traw. Łańcuch Santa Lucia piętrzył się na tle nieba po stronie zachodniej i odgradzał dolinę od pełnego morza - ten był zaś ciemny i posępny, nieprzyjazny i groźny. Zawsze znajdowałem w sobie lęk przed zachodem i miłość wschodu. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, chyba stąd, że poranek nadchodził zza szczytów Gabilanów, a noc spływała ze stoków Santa Lucia. Możliwe, że narodziny i śmierć dnia miały jakiś związek z moim stosunkiem uczuciowym do tych dwóch łańcuchów górskich.

Z obu stron doliny wymykały się żlebami małe strumyki wpadające do łożyska Salinas. Zimą wilgotnego roku były silne i wezbrane, wzdymały rzekę tak, że niekiedy szalała i kipiała, przepełniona po brzegi, i wtedy stawała się niszczycielką. Obrywała krawędzie uprawnych gruntów i zmywała całe akry ziemi, obalała i pochłaniała stodoły i domy, które potem przewalały się w wodzie, unoszone prądem. Porywała krowy, świnie i owce, topiła je w zmętniałych, brunatnych nurtach i unosiła do morza. Gdy przyszła późna wiosna, rzeka kurczyła się w sobie i ukazywały się jej piaszczyste brzegi. A w lecie w ogóle nie płynęła po powierzchni ziemi. Gdzieniegdzie w głębokich wirowiskach pod wysokim brzegiem pozostawały sadzawki wody. Odrastały sitowia i trawy, a wierzby rozprostowywały się, unosząc na koronach szczątki pozostałe z powodzi. Salinas była rzeką sezonową. Letnie słońce wpędzało ją pod ziemię. Nie była wcale piękna, ale nie mieliśmy innej, więc chełpiliśmy się nią - tym, jaka jest niebezpieczna podczas wilgotnej zimy, a jaka wyschnięta w letnią suszę. Chełpić się można każdą rzeczą, jeżeli jest ona wszystkim, co mamy. Możliwe, że im mniej mamy, tym więcej musimy się chełpić.

Dolina Salinas ciągnąca się między pasmami gór i poniżej ich stoków stanowiła niegdyś dno stumilowego morskiego zalewu. Ujście rzeki pod Moss Landing było przed wiekami wylotem tej długiej połaci wód śródlądowych. Kiedyś mój ojciec wiercił studnię o pięćdziesiąt mil dalej w dolinie. Świder wybrał najpierw wierzchnią glebę, potem żwir, wreszcie biały morski piasek pomieszany z muszelkami, a nawet kawałkami fiszbinu. Było tam dwadzieścia stóp piasku, potem znów czarna ziemia, a nawet kawałek sekwoi, tego niezniszczalnego drzewa, które nigdy nie próchnieje. Zanim utworzyło się tutaj śródlądowe morze, dolina musiała być porośnięta lasem. A to wszystko stało się tam, wprost pod naszymi stopami. I niekiedy nocą zdawało mi się, że wyczuwam pod sobą zarówno morze, jak i las sekwoi, który rósł tutaj przedtem.

Na rozległych, płaskich terenach doliny gleba tworzyła głęboką i żyzną warstwę. Wystarczyła jedna zima obfita w deszcze, by wytrysnęła trawą i kwiatami. W wilgotne lata kwiaty wiosenne wyglądały zjawiskowo. Całe dno doliny, a także stoki wzgórz, okrywał dywan łubinu i maków. Kiedyś pewna kobieta powiedziała mi, że barwy kwiatów wydają się żywsze, jeżeli dorzucić trochę białych, które podkreślają ich kolor. Otóż każdy płatek niebieskiego łubinu ma białą obwódkę, toteż cały łan jest niewiarygodnie błękitny. A łubin był tam jeszcze nakrapiany plamami kalifornijskich maków. Te znowu mają barwę płomienną - nie pomarańczową, nie złotą, ale taką, że gdyby czyste złoto było płynne i mogła zbierać się na nim piana, miałaby może kolor owych maków. Kiedy mijała pora ich kwitnienia, zjawiała się żółta gorczyca wyrastająca do znacznej wysokości. Gdy mój dziadek przybył do doliny, gorczyca wybujała tak wysoko, że człowiekowi na koniu wystawała tylko głowa ponad jej żółte kwiaty. Na wyżynach trawa była usiana jaskrami, stokrociami, żółtymi bratkami o czarnych środkach. Nieco później pojawiały się czerwone i żółte kępy indiańskiego jastrzębca. Wszystkie kwiaty rosły na otwartych miejscach, wystawionych na słońce.

Pod wirginijskimi dębami, w cieniu i mroku, kwitł wonny złotowłos, a z okrytych mchem brzegów strumieni zwisały kiście pięciopalczastych i złocistych paproci. Poza tym rosły tam kampanule, maleńkie latarenki, kremowobiałe i nieomal nieprzyzwoite w swojej piękności, te zaś były tak rzadkie i czarodziejskie, że dziecko, które je znalazło, czuło się wyróżnione i uprzywilejowane przez cały dzień.

Gdy nadszedł czerwiec, trawy wysiewały się i żółkły, a wzgórza okrywały się rdzawością, która nie była rdzawa, ale złota, szafranowa i czerwona - nieopisanej barwy. I odtąd aż do następnych deszczów ziemia wysychała, a strumyki przestawały płynąć. Na płaskim gruncie pojawiały się pęknięcia. Rzeka Salinas wsiąkła w piasek. W dolinie dął wiatr, unosząc kurz i źdźbła słomy, a nabierał siły i ostrości, w miarę jak gnał coraz dalej na południe. Wieczorami ucichał. Był to wiatr drażniący, nerwowy, a drobiny kurzu wgryzały się człowiekowi w ciało i piekły w oczy. Mężczyźni, którzy pracowali na polu, nosili ochronne okulary i zakrywali sobie nosy chustkami dla ochrony przed pyłem.

Gleba w dolinie zalegała grubą, żyzną warstwą, natomiast stoki wzgórz pokrywała tylko cienkim naskórkiem niesięgającym głębiej niż korzenie traw, a im wyżej wchodziło się na zbocza, tym była płytsza, usiana sterczącymi krzemieniami, by wreszcie na granicy roślinności przemienić się w rodzaj suchego, krzemiennego żwiru, który oślepiająco błyszczał w upalnym słońcu.

Mówiłem o bogatych latach, w których deszcze były obfite. Ale zdarzały się też lata suche, i te szerzyły postrach w dolinie. Woda pojawiała się w cyklach trzydziestoletnich. Najpierw pięć czy sześć lat wilgotnych, wspaniałych, kiedy to poziom opadów wynosił od dziewiętnastu do dwudziestu pięciu cali, a ziemia buchała trawą. Potem następowało sześć lub siedem niezłych lat z opadami od dwunastu do szesnastu cali. Wreszcie nadchodziły lata suche i wtedy bywało czasem najwyżej siedem czy osiem cali deszczu. Ziemia zsychała się, trawy wyrastały nędznie do kilkunastu centymetrów wysokości, a w dolinie pojawiały się wielkie, parchate łysiny. Dęby nabierały niezdrowego wyglądu, a bożydrzew szarzał. Ziemia pokrywała się pęknięciami, studnie wysychały, osowiale bydło szczypało suche badyle. Wtedy farmerów i ranczerów napełniała odraza do doliny Salinas. Krowy chudły, a czasem padały z głodu. Wodę do picia trzeba było zwozić w beczkach na farmy.

Niektóre rodziny wyprzedawały się niemal za bezcen i wynosiły z okolicy. A ludzie niezmiennie zapominali o latach żyznych podczas lat suszy, w latach wilgotnych zaś zatracali wszelkie wspomnienie o latach suchych. Tak działo się zawsze.

Taka była długa dolina Salinas. Jej dzieje nie różniły się od historii reszty tego stanu. Najpierw zamieszkiwali ją Indianie, pośledni szczep pozbawiony energii, pomysłowości i kultury, lud, który żywił się czerwiami, świerszczami i ślimakami, zbyt gnuśny, aby polować lub łowić ryby. Jedli to, co im się trafiło, i nie sadzili nic. Mełli na mąkę gorzkie żołędzie. Nawet ich wojowanie było jakąś ospałą pantomimą.

Potem przyszli twardzi, oschli Hiszpanie, którzy przemierzali kraj zachłanni i trzeźwi, a ich zachłanność szukała złota lub Boga. Zbierali dusze tak, jak zbierali klejnoty, zagarniali góry i doliny, rzeki i całe połacie ziemi aż po widnokrąg, podobnie jak teraz człowiek zdobywa tytuł własności do działki budowlanej. Twardzi, nieczuli ludzie przebiegali bez wytchnienia tam i z powrotem całe wybrzeże. Wielu osiadało na lennach rozległych jak księstwa, nadanych im przez królów hiszpańskich, którzy nie mieli najmniejszego pojęcia, jak wygląda owa darowizna. Ci pierwsi właściciele mieszkali w ubogich feudalnych osadach, a bydło ich żyło i rozmnażało się na swobodzie. Od czasu do czasu zabijali je dla skór i łoju, mięso zaś pozostawiali sępom i kojotom.

Kiedy Hiszpanie przyszli, musieli nadać nazwy wszystkiemu, co tylko zobaczyli. Jest to pierwszy obowiązek każdego eksploratora - obowiązek i zarazem przywilej. Trzeba nazwać jakąś rzecz, zanim się ją oznaczy na ręcznie rysowanej mapie. Byli to oczywiście ludzie religijni, tymi zaś, którzy umieli czytać i pisać, prowadzili kroniki i rysowali mapy - byli twardzi, niezmordowani księża, jacy zjawiali się wraz z żołnierzami. Toteż pierwszymi nazwami miejscowości stały się imiona świętych lub nazwy świąt religijnych obchodzonych w miejscach postoju. Świętych jest wielu, ale ich liczba nie jest niewyczerpana, toteż znajdujemy powtórzenia pierwotnych nazwań. Mamy więc San Miguel, St. Michael, San Ardo, San Bernardo, San Benito, San Lorenzo, San Carlos, San Francisquito. A dalej święta: Natividad - Boże Narodzenie; Nacimiente - Narodzenie Matki Boskiej; Soledad - Samotność. Ale miejscowości bywały też nazywane od tego, jak w danej chwili czuła się ekspedycja: Buena Esperanza - Dobra Nadzieja; Buena Vista, bo widok był piękny, i Chualar, bo było tam ładnie. Potem przyszły nazwy opisowe: Paso de los Robles ze względu na dęby; Los Laureles od laurów; Tularcitos od trzcin na mokradłach i Salinas od ługowca, który był biały jak sól.

Następnie różne miejsca otrzymywały nazwy od napotkanych tam zwierząt i ptaków: Gabilanes od jastrzębi, które latały w tutejszych górach; Topo od kreta, Los Gatos od żbików. Pomysł nasuwała niekiedy sama natura: Tassajara - filiżanka ze spodkiem; Laguna Seca - wyschłe jezioro; Corral de Tierra, czyli wał ziemny; Paraiso, bo było tam jak w niebie.

Później zjawili się Amerykanie - jeszcze bardziej zachłanni, bo liczniejsi. Wzięli te ziemie w posiadanie i przerobili prawa, by nadać ważność swoim tytułom własności. W całym kraju mnożyły się osady rolne, najpierw w dolinach, potem na stokach wzgórz - niewielkie drewniane domki kryte gontami z sekwoi i zagrody z nieociosanych pali. Gdzie tylko wyciekał z ziemi strumyczek wody, tam wyrastał dom i jakaś rodzina zaczynała rozwijać się i mnożyć. W ogródkach przed domami sadzono krzewy czerwonych pelargonii i róż. Ślady kół bryczek pojawiały się w miejsce wydeptanych ścieżek, a łany żyta, pszenicy i owsa rozpościerały tam, gdzie przedtem rosła żółta gorczyca. Co dziesięć mil wzdłuż uczęszczanych szlaków natrafiało się na sklep i kuźnię, i one właśnie stały się zalążkami małych miasteczek, takich jak Bradley, King City czy Greenfield.

Amerykanie mieli większą od Hiszpanów skłonność do nadawania nazw pochodzących od ludzi. Kiedy już zasiedlono doliny, nazwy zaczęły się odnosić raczej do wydarzeń, które tam miały miejsce, i te właśnie są dla mnie najbardziej pociągające ze wszystkich, gdyż każda ma związek z jakąś zapomnianą historią. Myślę o Bolsa Nueva - nowej sakiewce; Morocojo - chromym Maurze (kimże mógł być i skąd się tam wziął?); o Kanionie Dzikiego Konia, o Wzgórzu Mustanga i Kanionie Strzępu Koszuli. Nazwy miejsc noszą piętno ludzi, którzy im je nadali - są pełne szacunku albo lekceważenia, opisowe, poetyckie lub uwłaczające. Każdą miejscowość można ochrzcić San Lorenzo, ale Kanion Strzępu Koszuli czy Chromy Maur to coś zupełnie innego.

Wieczorem nad osadami świszczał wiatr, więc farmerzy sadzili milowe pasy ochronne eukaliptusów, by nie dopuścić do zwiania zoranej gleby. I tak mniej więcej wyglądała dolina Salinas, kiedy mój dziadek przywiózł żonę i osiedlił się na stoku wzgórza, na wschód od King City.

ROZDZIAŁ 2

Chcąc opowiedzieć wam o Hamiltonach, muszę się oprzeć na gawędach, starych fotografiach, zasłyszanych historiach i na wspomnieniach, które są mgliste i pomieszane z różnymi bajaniami. Nie byli to ludzie wybitni, więc też zachowało się niewiele danych na ich temat, poza zwykłymi dokumentami, dotyczącymi urodzeń, ślubów, własności ziemi i zgonów.

Młody Samuel Hamilton przybył z północnej Irlandii, podobnie jak jego żona. Był potomkiem drobnych rolników, ani bogatych, ani ubogich, którzy żyli na tym samym kawałku ziemi i w tym samym kamiennym domu od setek lat. Hamiltonowie potrafili zdobyć nieprzeciętne wykształcenie i byli bardzo oczytani, i jak to się często zdarzało w owym zielonym kraju, łączyły ich powiązania i pokrewieństwo z wysoko postawionymi i bardzo skromnymi ludźmi, tak że jeden ich kuzyn mógł być baronetem, a inny żebrakiem. No i oczywiście wywodzili się od starodawnych królów Irlandii, jak każdy Irlandczyk.

Dlaczego Samuel porzucił dom i zielone poletka swoich przodków, tego mi nie wiadomo. Nigdy nie zajmował się polityką, więc nie jest prawdopodobne, aby go wygnało z kraju oskarżenie o bunt, a był też nieskazitelnie uczciwy, co wyłącza policję jako motor działania.

W naszej rodzinie chodziły słuchy - nawet nie plotki, a raczej niewypowiadane głośno domysły - że wygnała go miłość, i to miłość nie do tej kobiety, z którą się ożenił. Nie wiem natomiast, czy uczucie to było szczęśliwe, czy też odjechał zbolały wskutek miłosnego zawodu. Zawsze woleliśmy przypuszczać, że raczej to pierwsze. Samuel odznaczał się urodą, wdziękiem i wesołością. Trudno więc sobie wyobrazić, żeby go odrzuciła którakolwiek wiejska dziewczyna irlandzka.

Przybył do doliny Salinas u szczytu sił, rześki, pełen pomysłów i energii. Oczy miał bardzo niebieskie, a w chwilach zmęczenia jedno z nich uciekało lekko w bok. Był mężczyzną masywnym, ale w pewnym sensie delikatnym. Przy znojnej pracy na ranczo zawsze wyglądał niepokalanie czysto. Miał zmyślne ręce; był dobrym kowalem, stolarzem i snycerzem, potrafił zaimprowizować, co kto chciał, z kawałków drewna czy metalu. Bezustannie wymyślał nowe sposoby wykonywania starej rzeczy, sporządzania jej lepiej i szybciej, ale nigdy przez całe swoje życie nie miał zdolności do pomnażania pieniędzy. Inni, którzy tę zdolność mieli, podkradali Samuelowi pomysły, sprzedawali je i bogacili się, natomiast Samuel do śmierci ledwie mógł związać koniec z końcem.

Nie wiem, co skierowało jego kroki do doliny Salinas. Nie było to odpowiednie miejsce dla człowieka z zielonego kraju, a jednak przyjechał tam na jakieś trzydzieści lat przed schyłkiem stulecia i przywiózł swoją drobną żonę Irlandkę, zamkniętą w sobie, twardą kobiecinkę, pozbawioną humoru jak kura.

Miała surową, prezbiteriańską mentalność oraz kodeks moralny, który przygważdżał i miażdżył nieledwie wszystko, co przyjemne. Nie wiem, gdzie Samuel ją poznał, jak się do niej zalecał i wreszcie poślubił. Myślę, że gdzieś w głębi serca miał wyciśnięty obraz innej dziewczyny, był bowiem człowiekiem spragnionym miłości, a jego żona nie należała do kobiet, które ujawniają swoje uczucia. Mimo to jednak przez wszystkie lata od jego młodości aż do śmierci w dolinie Salinas nic nie wskazywało, aby interesował się jakąś inną kobietą.

Kiedy Samuel i Liza przyjechali do doliny Salinas, wszystkie równinne grunty były już zajęte - urodzajne dno doliny, małe żyzne fałdy na wzgórzach, nawet lasy - ale pozostawało jeszcze do zasiedlenia trochę ziemi na skrajach, i tam, pośród jałowych pagórków, na wschód od obecnego King City, osiedlił się Samuel Hamilton.

Postąpił wedle utartego zwyczaju. Wziął ćwierć działki dla siebie i ćwierć dla żony, a ponieważ ta była ciężarna, dobrał jeszcze ćwiartkę na dziecko. Z biegiem lat urodziło mu się dziewięcioro dzieci - czterech chłopców i pięć dziewczynek - a że przy każdych narodzinach ranczo powiększało się o następną ćwiartkę, całość wyniosła jedenaście ćwiartek, czyli tysiąc siedemset sześćdziesiąt akrów.

Gdyby ta ziemia miała jakąkolwiek wartość, Hamiltonowie staliby się bogaci. Ale pola były grudowate i suche, bez źródeł wody, a warstwa gleby tak cienka, że sterczały przez nią jej krzemienne kości. Nawet bożydrzew utrzymywał się tam z trudem, a dęby skarłowaciały z braku wilgoci. W nienajgorszych latach też było mało paszy, bydło chudło z braku dostatecznej ilości pożywienia. Spoglądając ze swoich jałowych wzgórz ku zachodowi, Hamiltonowie widzieli bogactwo dna doliny i zieloność wokół rzeki Salinas.

Samuel wybudował dom własnymi rękami, postawił też stajnię i kuźnię. Szybko przekonał się, że gdyby nawet miał dziesięć tysięcy akrów tego pagórkowatego terenu, nie mógłby się utrzymać bez wody na tak kościstej ziemi. Sam zrobił sprzęt do wiercenia studzien i odtąd wiercił je na gruntach szczęśliwszych ludzi. Wymyślił i skonstruował młockarnię i w porze żniw jeździł po farmach położonych w dolinie, młócąc zboże, którego nie chciała wydać jego własna ziemia. W swoim warsztacie ostrzył pługi, reperował brony, spawał pęknięte osie i podkuwał konie. Ludzie z całej okolicy znosili mu narzędzia do naprawy i ulepszenia. Uwielbiali słuchać, jak Samuel opowiadał o poezji i filozofii, o świecie i jego dziwach, które istniały gdzieś poza doliną Salinas. Miał dźwięczny, niski głos, przyjemny zarówno w śpiewie, jak mowie, a chociaż nie zatrącał dialektem irlandzkim, w jego sposobie mówienia była jakaś melodyjność, śpiewność i kadencja, które sprawiały, że głos Samuela brzmiał słodko w uszach milkliwych farmerów z dna doliny. Przynosili whiskey i z dala od okna kuchennego i karcącego wzroku pani Hamilton pociągali ciepławe łyki z butelki i pogryzali dziki zielony anyżek, aby zabić zapach alkoholu w oddechu. Zły to był dzień, jeżeli przynajmniej trzech albo czterech mężczyzn nie stało przed kuźnią, słuchając brzęku młotka Samuela i jego opowiadań. Nazywali go geniuszem dowcipu, zanosili jego opowieści do domu i dziwili się, jakim cudem wietrzeją po drodze, bo nigdy nie wypadały tak samo, kiedy je powtarzali w swoich własnych kuchniach.

Samuel powinien wzbogacić się na świdrze do wiercenia studzien, na młockarni i kuźni, ale nie miał daru do interesów. Jego klienci, stale cierpiący na brak pieniędzy, obiecywali zapłatę po żniwach, potem po Bożym Narodzeniu i znowu jeszcze później - aż wylatywało im to z głowy. Samuel nie potrafił się dopominać. I tak Hamiltonowie pozostawali ubodzy.

Dzieci przybywały regularnie jak lata. Nieliczni przepracowani lekarze z tego okręgu nieczęsto zdążali na ranczo, aby być przy porodzie, chyba że radość przemieniała się w koszmar i trwała kilka dni. Hamilton sam odbierał wszystkie swoje dzieci, zręcznie podwiązywał pępowiny, dawał klapsa w pośladki i usuwał pozostałości. Kiedy najmłodsze narodziło się z jakimś lekkim niedomaganiem i zaczęło sinieć, Samuel przytknął usta do warg noworodka, wdmuchiwał mu do płuc powietrze i wciągał je z powrotem, dopóki dziecko nie zdołało odetchnąć samodzielnie. Ręce Samuela były tak dobre i delikatne, że sąsiedzi mieszkający o dwadzieścia mil od Hamiltonów wzywali go do pomocy przy porodzie. A tak samo dobrze radził sobie w pomaganiu rodzącej klaczy, krowie, jak i kobiecie.

Samuel miał na półce wielką czarną księgę ze złotymi literami na okładce: "Medycyna domowa systemu doktora Gunna". Niektóre stronice były pozaginane i wymięte od częstego czytania, inne natomiast nie oglądały światła dziennego. Wystarczy przejrzeć książkę doktora Gunna, by poznać medyczne dzieje Hamiltonów. Sfatygowane rozdziały to złamania kości, skaleczenia, potłuczenia, świnka, odra, bóle krzyża, szkarlatyna, dyfteryt, reumatyzm, dolegliwości kobiece, przepuklina i oczywiście wszystko, co dotyczy ciąży i porodu. Hamiltonowie albo musieli mieć szczęście, albo prowadzili się moralnie, bo rozdziały omawiające rzeżączkę i syfilis nigdy nie były otwierane.

Samuel nie miał sobie równego, jeżeli idzie o uśmierzanie histerii czy uspokajanie przestraszonego dziecka. Sprawiała to słodycz jego mowy i czułość serca. I podobnie jak ciało Samuela odznaczało się czystością, tak czystość była w jego myślach. Mężczyźni, którzy zachodzili do kuźni, aby pogadać i posłuchać, przestawali na ten czas kląć, nie z żadnego przymusu, ale automatycznie, jak gdyby miejsce nie było odpowiednie po temu.

Hamilton na zawsze zachował pewną cudzoziemskość. Możliwe, że tkwiła ona w kadencji jego mowy; w każdym razie skutek był taki, że mężczyźni i kobiety opowiadali mu rzeczy, z których nie zwierzyliby się krewnym ani przyjaciołom. Ta lekka obcość wyodrębniała go niejako i czyniła zeń bezpiecznego powiernika.

Liza Hamilton przedstawiała zgoła odmienny typ irlandzki. Głowę miała małą i krągłą, a w niej krągłe przekonania, nos jak kartofelek, brodę mocno zarysowaną i cofniętą, a zacięte usta, uparcie głosiły swoje poglądy, chociażby przeciwko nim występowali sami aniołowie boży.

Dobrze gotowała proste potrawy, a jej dom - bo to zawsze był jej dom - lśnił czystością, wypucowany i wyszorowany. Rodzenie dzieci nie unieruchamiało jej na czas dłuższy - musiała uważać na siebie co najwyżej przez dwa tygodnie. Widocznie miała kość miednicową z fiszbinu, bo rodziła jedno po drugim duże dzieci.

Miała ogromnie rozbudowane pojęcie grzechu. Lenistwo było grzechem, podobnie jak gra w karty, która stanowiła dla niej pewną odmianę lenistwa. Odnosiła się podejrzliwie do wszelkiej zabawy, bez względu czy chodziło o tańce, śpiewy czy choćby śmiech. Uważała, że ludzie, którzy się bawią, są otwarci na szatana. Niestety, Samuel miał skłonność do śmiechu, toteż wydaje mi się, że, zdaniem Lizy, ułatwiał dostęp szatanowi. Chroniła go, jak mogła.

Włosy nosiła zawsze ściągnięte do tyłu i upięte w twardy węzeł. Nie mogę sobie przypomnieć, jak się ubierała, więc zapewne musiała nosić suknie, które dokładnie do niej pasowały. Nie miała ani iskierki humoru, a tylko czasem błyskała ostrzem ciętego dowcipu. Wnuki napawała lękiem, ponieważ nie było w niej żadnej słabości. Przez całe życie znosiła dzielnie i bez skarg wszelkie cierpienia, w przekonaniu, że Bóg chce, by każdy żył właśnie w ten sposób. Jej zdaniem, nagroda za to przychodziła dopiero później.

Kiedy nowi ludzie przybyli na Zachód, zwłaszcza z podzielonych między właścicieli i wyrywanych sobie wzajemnie gospodarstewek Europy, i zobaczyli tak wielkie obszary, które można było posiąść przez zwykłe podpisanie papierka i zbudowanie fundamentów, ogarnęła ich świerzbiąca żądza ziemi. Chcieli jej coraz więcej i więcej - dobrej ziemi, jeśli to możliwe, ale w każdym razie ziemi. Całkiem prawdopodobne, że tkwiły w nich jakieś włókienka wspomnień o feudalnej Europie, gdzie wielkie rody stawały się i pozostawały wielkimi dlatego, że coś posiadały. Pierwsi osadnicy brali ziemię, której nie potrzebowali i nie mogli uprawiać; brali nawet bezwartościową, byleby ją mieć na własność. Wszelkie proporcje uległy odmianie. Człowiek, który mógł być zamożny, siedząc w Europie na dziesięciu akrach, był biedny jak mysz kościelna na dwóch tysiącach akrów w Kalifornii.

Niebawem wszystkie grunty na jałowych wzgórzach w pobliżu King City i San Ardo zostały rozebrane i nędzarskie rodziny rozproszyły się po pagórkach, usiłując w miarę możliwości wydrapać środki utrzymania z chudej, krzemienistej gleby. Wraz z kojotami wiodły zapobiegliwe, beznadziejne bytowanie poniżej minimum egzystencji. Osiadły tu bez pieniędzy, bez sprzętu, narzędzi i kredytu, zwłaszcza bez żadnej znajomości nowego kraju i metod użytkowania go. Nie mam pojęcia, czy pozwalała im na to iście boska głupota, czy wielka wiara. Niewątpliwie podobne przedsięwzięcia już prawie zniknęły z tego świata. A tamte rodziny jakoś przeżyły i rozwijały się. Posiadały pewne narzędzia czy broń, która już nieomal zanikła, a może tylko jest chwilowo uśpiona. Niektórzy twierdzą, że ponieważ ci ludzie głęboko wierzyli w sprawiedliwego, moralnego Boga, więc mogli pokładać w Nim całą wiarę, a pomniejsze zabezpieczenia zdawali na los szczęścia. Myślę jednak, że ponieważ ufali sami sobie i mieli dla siebie szacunek jako dla jednostek, ponieważ wiedzieli ponad wszelką wątpliwość, że są wartościowi i potencjalnie moralni - mogli ofiarowywać Bogu własną dzielność i godność, by później otrzymać je z powrotem.

Podobne rzeczy zanikły, może dlatego że ludzie już sobie nie ufają, a kiedy tak jest, nie pozostaje nic innego jak tylko znaleźć silnego, pewnego człowieka, chociażby nawet błądzącego, i uczepić się jego poły.

Podczas gdy wielu przybywało do doliny Salinas bez centa, byli też tacy, którzy wyprzedawali się gdzie indziej, zjeżdżali z pieniędzmi, aby rozpocząć nowe życie. Ci zazwyczaj kupowali ziemię, ale ziemię dobrą, budowali sobie domy z heblowanych desek, mieli dywany i szlifowane szybki z kolorowego szkła w oknach. Tych rodzin było sporo i one dostawały najlepszą ziemię w dolinie, i po wyplenieniu żółtej gorczycy obsiewały pola pszenicą.

Takim człowiekiem był Adam Trask.

ROZDZIAŁ 3

Adam Trask urodził się na farmie położonej na peryferiach małego miasteczka, które znajdowało się niedaleko dużego miasta w Connecticut. Był jedynakiem, a przyszedł na świat w sześć miesięcy po powołaniu ojca do służby wojskowej w pułku stanu Connecticut, w roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym drugim. Matka Adama prowadziła farmę, urodziła Adama i jeszcze miała czas poświęcać się prymitywnej teozofii. Uważała, że mąż niezawodnie zginie z rąk dzikich i barbarzyńskich rebeliantów, i przygotowywała się do nawiązania z nim łączności na tak zwanym przez nią tamtym świecie. Mąż wrócił do domu w sześć tygodni po urodzeniu się Adama. Prawą nogę miał uciętą w kolanie. Wkuśtykał na prymitywnej drewnianej nodze, którą sam sobie wyciosał z buczyny. A już zaczynała pękać. Miał w kieszeni i położył na stole w bawialni ołowianą kulę, którą dali mu do gryzienia, kiedy amputowali poszarpaną nogę.

Cyrus, ojciec Adama, był prawdziwym szatanem - zawsze odznaczał się zawadiactwem - powoził zbyt szybko dwukółką i potrafił sprawić, że jego drewniana noga wydawała się nawet wesoła i powabna. Kariera wojskowa - o tyle, o ile jej zaznał - była dla niego przyjemnością. Naturę miał bujną, więc podobał mu się krótki okres szkolenia oraz towarzyszące mu pijaństwo, karciarstwo i rozpusta. Pomaszerował na Południe z grupą uzupełnień i tym też się ubawił - obejrzał kawał kraju, kradł kury i zapędzał na stogi dziewczyny rebeliantów. Ominął go szary, beznadziejny trud przewlekłych manewrów i potyczek. Nieprzyjaciela ujrzał po raz pierwszy o godzinie ósmej pewnego wiosennego poranka, a o ósmej trzydzieści został trafiony w prawą nogę ciężkim pociskiem, który zmiażdżył i potrzaskał kości w sposób niemożliwy do złożenia. Nawet wtedy miał szczęście, gdyż rebelianci cofnęli się i felczerzy polowi natychmiast podeszli naprzód. Cyrus Trask przeżył swoje pięć minut okropności, kiedy mu obcinano strzępy ciała, odpiłowywano kość i przypalano otwartą ranę. Dowodziły tego ślady zębów na ołowianej kuli. Zaznał też cierpień, gdy rana goiła się w niezwykle septycznych warunkach, które panowały w ówczesnych szpitalach. Ale Cyrus odznaczał się żywotnością i fantazją. Podczas gdy strugał sobie nogę z buczyny i kuśtykał o kulach, został obdarzony szczególnie zjadliwą dawką trypra przez pewną murzyńską dziewczynę, która zagwizdała na niego spod sągu drewna i policzyła sobie dziesięć centów.

Kiedy już miał nową nogę i boleśnie przekonał się o swoim stanie, kuśtykał po całych dniach, szukając owej dziewczyny. Kolegom z pryczy opowiadał, co zrobi, kiedy ją znajdzie. Miał zamiar obciąć jej scyzorykiem uszy i nos i odebrać swoje pieniądze. Strugając drewnianą nogę, pokazywał przyjaciołom, jak pochlasta Murzynkę. "Kiedy skończę z tą dziwką, będzie śmiesznie wyglądać - mawiał. - Zrobię ją tak, że nawet pijany Indianin na nią nie poleci". Dama jego serca musiała wyczuć, jakie on ma zamiary, bo zniknęła bez śladu. Kiedy go wreszcie zwolniono ze szpitala i z wojska, rzeżączka już przyschła. Gdy wrócił do domu, do Connecticut, zostało z niej akurat tyle, że starczyło dla żony.

Pani Trask była bladą, zamkniętą w sobie kobietą. Ciepło słońca nigdy nie zaróżowiło jej policzków, szeroki uśmiech nigdy nie uniósł kącików ust. Religii używała jako terapii na dolegliwości tego świata i własne, a zmieniała religię tak, by ją dopasować do każdego schorzenia. Kiedy się przekonała, że teozofia stworzona przez nią dla komunikowania się z nieżyjącym mężem nie jest potrzebna, zaczęła się rozglądać za jakimś nowym nieszczęściem. Poszukiwania jej zostały uwieńczone infekcją, którą Cyrus przyniósł do domu z wojny. Toteż gdy tylko uświadomiła sobie, że istnieją warunki po temu, obmyśliła nową teologię. Jej bóg łączności stał się bogiem zemsty - dla niej najbardziej zadowalającym bóstwem, jakie dotąd wymyśliła, i jak się okazało, ostatnim. Bardzo łatwo jej było przypisać swój stan pewnym snom, które ją nawiedzały podczas nieobecności męża. Jednakże choroba nie mogła być dostateczną karą za owe nocne flirty. Nowy bóg był wytrawny w karaniu. Domagał się od niej ofiary. Szukała w myśli jakiegoś należytego egotystycznego upokorzenia i nieledwie z uczuciem szczęścia znalazła ofiarę - samą siebie. Dwa tygodnie zajęło jej napisanie ostatniego listu wraz z poprawkami i skorygowaniem ortografii. Wyjawiła w nim zbrodnie, których żadną miarą nie mogła popełnić, i przyznała się do błędów znacznie przekraczających jej możliwości. A potem, ubrana w potajemnie sporządzony całun, wyszła pewnej księżycowej nocy i utopiła się w sadzawce tak płytkiej, że musiała uklęknąć w błocie i trzymać głowę pod wodą. To wymagało ogromnej woli. Gdy wreszcie zaczęło ją ogarniać ciepłe zamroczenie, pomyślała nie bez irytacji, że jej biały batystowy całun będzie zabłocony z przodu, kiedy ją rano wyciągną. I tak też było.

Cyrus Trask opłakał żonę przy baryłce whiskey, wraz z trzema starymi kompanami z wojska, którzy zajechali do niego w powrotnej drodze do rodzinnego Maine. Mały Adam nakrzyczał się potężnie na początku stypy, gdyż żałobnicy, nie umiejąc obchodzić się z niemowlętami, zapomnieli go nakarmić. Cyrus szybko rozwiązał ten problem. Zanurzył szmatkę w whiskey i dał ją dzieciakowi do ssania, a po paru takich zabiegach mały Adam usnął. Kilkakrotnie podczas owej żałobnej biesiady budził się i narzekał, po czym znowu dostawał namoczoną szmatkę i zapadał w sen. Dziecko było pijane przez dwa i pół dnia. Bez względu na to, co mogło zajść w rozwijającym się mózgu Adama, rzecz okazała się zbawienna dla jego przemiany materii; z tych dwu i pół dni wyniósł żelazne zdrowie. A kiedy po trzech dniach ojciec nareszcie wyszedł i zakupił kozę, Adam począł żarłocznie żłopać mleko, zwymiotował, wypił jeszcze i znowu go zemdliło. Ojca bynajmniej nie zaniepokoiła owa reakcja, ponieważ z nim działo się to samo.

W ciągu miesiąca wybór Cyrusa Traska padł na siedemnastoletnią córkę farmera z sąsiedztwa. Konkury były krótkie i rzeczowe. Nikt nie miał żadnych wątpliwości co do jego zamiarów. Uczciwych i rozsądnych. Ojciec dziewczyny popierał zaloty. Miał jeszcze dwie młodsze córki, a Alicja, najstarsza, liczyła sobie lat siedemnaście. Po raz pierwszy ktoś poprosił o jej rękę.

Cyrus chciał mieć kobietę, która zaopiekowałaby się Adamem. Potrzebował kogoś do prowadzenia domu i do gotowania, a służącej trzeba by płacić. Był krzepkim mężczyzną i potrzebował ciała kobiety, a to także kosztuje - chyba że się do niego przyżenić. W ciągu dwóch tygodni Cyrus zdobył, poślubił, posiadł i zapłodnił dziewczynę. Sąsiedzi nie uznali jego poczynań za zbyt pospieszne. W owych czasach uważano za rzecz zupełnie naturalną, że mężczyzna w toku przeciętnie długiego życia zużywał trzy, cztery żony.

Alicja Trask miała wiele wspaniałych zalet. Umiała porządnie szorować i omiatała każdy zakamarek w domu.

Nie była zbyt ładna, więc nie wymagała pilnowania. Oczy miała wyblakłe, cerę żółtawą, zęby krzywe, ale odznaczała się końskim zdrowiem i ani razu nie narzekała podczas ciąży. Nikt nie wiedział, czy lubiła dzieci, czy nie. Nie pytano jej o to, a ona z zasady nie odzywała się niepytana. Z punktu widzenia Cyrusa była to może najważniejsza jej zaleta. Nigdy nie wygłaszała swoich twierdzeń ani opinii, a kiedy przy niej mówił jakiś mężczyzna, stwarzała niejasne wrażenie, że go słucha, zajmując się jednocześnie gospodarstwem.

Młodość, niedoświadczenie i małomówność Alicji Trask okazały się korzystne dla Cyrusa. Zarządzając nadal farmą tak, jak się zarządzało podobnymi farmami w okolicy, rozpoczął nową karierę - karierę starego wiarusa. Energia, która czyniła go zawadiaką, teraz pobudziła w nim wyobraźnię. Nikt poza ministerstwem wojny nie znał przebiegu ani czasu trwania jego służby wojskowej. Drewniana noga była zarazem świadectwem jego wojaczki i gwarancją, że już nigdy nie będzie musiał nią się zajmować. Zaczął nieśmiało opowiadać Alicji o swoich bojach, ale w miarę jak wzbogacała się jego pomysłowość, pomnażały się i stoczone bitwy. Wiedział, że kłamie, ale z czasem nabrał przeświadczenia, iż każda jego opowieść jest prawdziwa. Zanim wstąpił do służby, nie interesował się zbytnio sprawami wojennymi; teraz kupował wszystkie książki o wojnie, czytał każde sprawozdanie, abonował nowojorskie gazety, studiował mapy. Jego znajomość geografii była dawniej wątła, a wiadomości o walkach żadne; teraz stał się w tej dziedzinie autorytetem. Znał nie tylko wszystkie bitwy, ruchy wojsk i kampanie, ale także biorące w nich udział jednostki, aż po pułki, ich dowódców i miejsca, w których je sformowano. A opowiadając o tym, nabrał przekonania, że sam tam był obecny.

Wszystko to rozwijało się stopniowo, a odbywało w czasie, gdy Adam wyrastał na chłopaka, za nim zaś jego młodszy brat przyrodni. Adam i mały Karolek słuchali w milczeniu, pełni respektu, podczas gdy ojciec wyjaśniał, co myślał i planował któryś generał, w czym popełnił błędy i co powinien był uczynić. Wówczas - już wtedy bowiem to wiedział - wskazywał Graniowi i McClellanowi, na czym polegała ich omyłka, i prosił, aby przyjęli jego analizę położenia. Niezmiennie odrzucali te rady i dopiero później okazywało się, że miał rację.

Jednej rzeczy Cyrus nie zrobił i zapewne było to mądre z jego strony. Ani razu nie awansował siebie do stopnia podoficera. Zaczął jako szeregowiec Trask i szeregowcem Traskiem pozostał. W ogólnym rachunku uczyniło go to zarazem najbardziej ruchliwym i wszędobylskim szeregowcem w dziejach wojen. Sprawiło, że musiał przebywać w co najmniej czterech miejscach naraz. Ale, chyba wiedziony instynktem, nie opowiadał owych historii jednej po drugiej. Alicja i chłopcy mieli pełny jego obraz: prosty szeregowiec, dumny, że nim jest, któremu nie tylko zdarzyło się być wszędzie tam, gdzie rozgrywała się jakaś efektowna i doniosła akcja, ale który swobodnie wkraczał na zebrania sztabowe i popierał lub zwalczał decyzje generałów.

Śmierć Lincolna uderzyła Cyrusa jak obuchem. Na zawsze zapamiętał, co czuł, kiedy po raz pierwszy usłyszał tę wiadomość. Nie był w stanie wspomnieć, czy słuchać o tym bez łez napływających do oczu. I chociaż nigdy nie powiedział tego wyraźnie, miało się nieodparte wrażenie, że szeregowiec Cyrus Trask był jednym z najbliższych, najserdeczniejszych i najbardziej zaufanych przyjaciół Lincolna. Jeżeli Lincoln chciał dowiedzieć się czegoś o armii, o prawdziwej armii, a nie tych wykrygowanych kukłach o złotych szamerunkach, zwracał się do szeregowca Traska. Sposób, w jaki Cyrus zdołał dać to do zrozumienia, nie mówiąc nic wyraźnie, był istnym majstersztykiem konfabulacji. Nikt nie nazwałby go kłamcą. A to dlatego, że kłamstwo tkwiło w jego głowie, każda zaś prawda wychodząca z ust nosiła barwę kłamstwa.

Bardzo wcześnie zaczął pisywać listy, następnie artykuły o prowadzeniu wojny, a jego wnioski były inteligentne i przekonujące. Stał się wybitnym umysłem wojskowym. Jego krytyka zarówno sposobu prowadzenia wojny, jak istniejącej nadal organizacji armii, była nieodparta i wnikliwa. Artykuły w rozmaitych czasopismach zwracały uwagę. Listy do ministerstwa wojny, drukowane jednocześnie w gazetach, zaczęły wywierać istotny wpływ na decyzje dotyczące wojska. Może gdyby Wielka Armia Republiki nie przejęła władzy i kierownictwa politycznego, głos Cyrusa nie byłby tak wyraźnie słyszany w Waszyngtonie, ale rzecznika bloku liczącego bez mała milion ludzi nie sposób było zlekceważyć. I Cyrus Trask stał się takim właśnie głosem w zagadnieniach wojskowych. Konsultowano się z nim w sprawach organizacji armii, stosunków między oficerami, kadr i wyposażenia. Jego znawstwo przekonywało każdego, kto go słuchał. Miał talent do wojskowości. Nie dość na tym; był jednym z ludzi, którym zawdzięczano zorganizowanie Wielkiej Armii Republiki jako zwartej i potężnej siły w życiu kraju. Po kilku honorowych funkcjach w owej organizacji przyjął płatny urząd sekretarza, na którym utrzymał się do końca życia. Podróżował z jednego krańca Stanów na drugi, uczestniczył w zjazdach, zebraniach i obozach. Tyle o jego życiu publicznym.

W życie prywatne Cyrusa również przenikał jego nowy zawód. Był człowiekiem gorliwym. Dom i farmę zorganizował na zasadach wojskowych. Kazał sobie przedstawiać i otrzymywał raporty o prowadzeniu swojej prywatnej gospodarki. Prawdopodobnie Alicji było to na rękę. Nie miała daru wymowy. Zwięzłe sprawozdanie uważała za rzecz najłatwiejszą dla siebie. Miała dużo roboty z dorastającymi chłopcami, utrzymywaniem w czystości domu i praniem bielizny. Prócz tego musiała oszczędzać siły, choć nie wspomniała o tym w żadnym swoim raporcie. Czasem energia opuszczała ją niespodziewanie i wtedy Alicja musiała usiąść i czekać, aż znowu powróci. Nocami oblewała się potem. Wiedziała doskonale, że ma to, co ludzie nazywają suchotami, wiedziałaby nawet wówczas, gdyby nie przypominał jej o tym suchy, wyczerpujący kaszel. Nie wiedziała natomiast, jak długo jeszcze pożyje. Niektórzy ludzie wegetowali tak przez parę lat. Nie było co do tego żadnej reguły. Możliwe, że nie śmiała napomknąć o tym mężowi. Obmyślił bowiem metodę zwalczania chorób, która przypominała karę. Na ból żołądka stosował przeczyszczenie tak gwałtowne, iż cudem było, że ktokolwiek mógł je przetrzymać. Gdyby wspomniała o swoim stanie, Cyrus mógłby rozpocząć kurację, która zabiłaby ją wcześniej, niżby to zdołały uczynić suchoty. Prócz tego, w miarę jak Cyrus coraz bardziej się militaryzował, jego żona przyswajała sobie jedyną metodę, dzięki której żołnierz może przetrwać. Nigdy nie rzucała się w oczy, nie odzywała się, jeżeli się do niej nie zwrócono, wykonywała to, czego wymagano, i nic więcej, i nie ubiegała się o awans. Stała się prostym żołnierzem z drugiego szeregu. Tak było łatwiej. Alicja wycofała się na dalszy plan, stała się niemal niewidoczna.

Naprawdę skupiło się wszystko na chłopcach. Cyrus zadecydował, że chociaż armia nie jest doskonała, pozostaje przecież jedynym honorowym zawodem dla mężczyzny. Ubolewał, że nie mógł przejść do służby stałej z uwagi na kalectwo, ale dla synów nie umiał sobie wyobrazić innej kariery, niż wojskowa. Uważał, że człowiek winien się uczyć żołnierki od szeregowca, tak jak on sam. Wtedy dopiero pozna, o co idzie, z doświadczenia, nie z tablic i podręczników. Nauczył synów obchodzenia się z bronią, gdy ledwie zaczynali chodzić. Kiedy oddani zostali do szkoły powszechnej, wojskowy dryl był dla nich czymś tak naturalnym jak oddychanie i nienawistnym jak piekło. Ojciec zaprawiał ich ćwiczeniami, wybijając takt kijem o drewnianą nogę. Zmuszał ich do kilometrowych marszów z plecakami pełnymi kamieni, aby im wzmocnić barki. Nieustannie pracował nad doskonaleniem ich w strzelectwie, w zagajniku za domem.

Kiedy dziecko po raz pierwszy przejrzy dorosłych na wskroś - kiedy po raz pierwszy zaświta w jego małej, poważnej główce, że dorośli nie mają boskiego rozumu, że ich sądy nie zawsze są mądre, myśli słuszne, a wyroki sprawiedliwe - wówczas jego świat wypełniają przerażenie i rozpacz. Bogowie są obaleni, wszelkie bezpieczeństwo zniweczone. A jedno jest pewne co do upadku bogów: nie chylą się oni po trosze, ale walą się i roztrzaskują albo zapadają głęboko w zielone bagno. Żmudne bywa ich przywracanie; już nigdy nie odzyskują pełnego blasku. A świat dziecka nie da się potem odbudować. Bolesny to rodzaj dorastania.

Adam przejrzał ojca. Nie dlatego, żeby ojciec się zmienił, ale że w Adamie zrodziło się coś nowego. Zawsze nienawidził dyscypliny, jak każde normalne stworzenie, ale mimo to była ona sprawiedliwa, rzetelna i nieunikniona jak odra; nie mógł jej przeciwstawić się ani przeklinać, mógł jej tylko nienawidzić. A potem - stało się to bardzo raptownie, nieomal jakby coś zaskoczyło mu w mózgu - pojął, że przynajmniej z jego punktu widzenia metody ojca nie mają na względzie niczego oprócz samego ojca. Cały jego system i wychowanie nie były wcale przeznaczone dla chłopców, miały tylko uczynić z Cyrusa wielkiego człowieka. I w tejże samej chwili, gdy coś tak zaskoczyło mu w mózgu, Adam zrozumiał, że ojciec bynajmniej nie jest wielkim człowiekiem, przeciwnie, to zacięty i skupiony mały człowieczek noszący olbrzymią bermycę. Któż wie, co to powoduje - wyraz oczu, wykryte kłamstwo, moment wahania? - dość, że wtedy bóg wali się z trzaskiem w umyśle dziecka.

Mały Adam był zawsze posłusznym chłopcem. Wzdragał się przed gwałtownością, swarami, milczącym krzykiem napięcia, które może targać życiem domowym. Przyczyniał się do upragnionego spokoju tym, że unikał gwałtów i kłótni, i w tym celu musiał wycofać się w skrytości, jako że w każdym tkwi odrobina gwałtowności. Okrył się zasłoną niedomówień, a tymczasem gdzieś w głębi, za jego spokojnymi oczami, rozwijało się bogate, pełne życie. To nie chroniło go od napaści, ale dawało mu odporność.

Przyrodni brat, Karol, młodszy o trochę więcej niż rok, dorastał w zgodzie z nakazami ojca. Był urodzonym sportowcem posiadającym instynktowną zdolność wyliczania czasu i koordynowania swoich działań oraz właściwą zawodnikowi wolę zwycięstwa nad innymi, która jest podstawą powodzenia w świecie.

Mały Karol wygrywał wszelkie zawody z Adamem, bez względu na to, czy wymagały zręczności, siły, czy bystrości umysłu, a wygrywał tak łatwo, że wreszcie przestało go to bawić i musiał sobie szukać partnerów wśród innych dzieci. To sprawiło, że między chłopcami zrodziła się pewna czułość, która jednakże bardziej przypominała związek brata z siostrą niż dwóch braci. Karol rzucał się na każdego chłopaka, który napadał albo obraził Adama, i zazwyczaj zwyciężał. Przed szorstkością ojca ochraniał brata kłamstwami, a nawet braniem winy na siebie. Karol żywił dla Adama uczucie, które się ma dla stworzeń bezbronnych, dla ślepych szczeniąt czy noworodków.

Adam spoglądał na ludzi swojego świata z głębi zamkniętego przed otoczeniem mózgu, przez długie tunele oczu. Ojciec - z początku jednonoga siła przyrody, ustanowiona sprawiedliwie po to, by mali chłopcy czuli się jeszcze mniejsi, a głupi chłopcy uświadomili sobie własną głupotę - nagle, po runięciu boga, ukazał mu się jako policjant narzucony przez urodzenie, jako funkcjonariusz, którego można wywieść w pole czy oszukać, ale nigdy zwalczać. A przyrodniego brata, Karola, ujrzał Adam przez owe tunele jako wspaniałą istotę odmiennego gatunku, obdarzoną mięśniami i kośćmi, śmigłością i czujnością - istotę, która żyła na zupełnie innej płaszczyźnie i którą można było podziwiać, tak jak się podziwia gładką, leniwą drapieżność czarnej pantery, ale której w żadnym razie nie należało porównywać z samym sobą. Nie bardziej przyszłoby Adamowi do głowy zwierzać się bratu - mówić mu o swoim głodzie, o szarych marzeniach, o projektach i cichych radościach, które kryły się poza tunelami oczu - niż dzielić swoje myśli z pięknym drzewem czy ulatującym na skrzydłach bażantem. Adam cieszył się Karolem, podobnie jak kobieta cieszy się dużym brylantem, i pokładał w bracie taką samą ufność, jaką kobieta pokłada w blasku klejnotu i zabezpieczeniu, które tkwi w jego wartości - ale miłość, czułość, zrozumienie były nie do pomyślenia.

W stosunku do Alicji Trask Adam taił w sobie uczucie pokrewne palącemu wstydowi. Nie była jego matką - to wiedział, gdyż wspominano mu o tym po wielekroć. Nie z jakichś wypowiedzi, ale z tonu, którym mówiono zupełnie inne rzeczy, wywnioskował, że niegdyś miał matkę i że ta matka popełniła coś haniebnego, takiego jak zaniedbanie kurcząt czy nietrafienie do celu na strzelnicy w zagajniku. Na skutek owego przewinienia nie było jej teraz tutaj. Myślał nawet, że gdyby zdołał wykryć, jaki grzech popełniła, zgrzeszyłby tak samo - i też by nie był tutaj.

Alicja traktowała chłopców jednakowo, myła ich i żywiła, a wszystko poza tym zostawiała ich ojcu, który wyraźnie i ostatecznie obwieścił, że fizyczne i umysłowe wychowanie synów jest jego wyłączną domeną. Nie zlecał nikomu nawet pochwał czy upomnień. Alicja nigdy nie narzekała, nie kłóciła się, nie śmiała i nie płakała. Usta jej ułożyły się w linię, która niczego nie skrywała, niczego też nie ujawniając. Ale kiedyś, gdy Adam był jeszcze mały, wszedł cicho do kuchni. Alicja go nie widziała. Cerowała skarpetki i uśmiechała się. Wycofał się ukradkiem, wybiegł na dwór i poszedł do zagajnika, do dobrze sobie znanej kryjówki za pniem. Wcisnął się głęboko pomiędzy opiekuńcze korzenie. Był tak wstrząśnięty, jak gdyby zobaczył Alicję nago. Oddychał w podnieceniu, chrapliwie. Albowiem Alicja istotnie była naga - uśmiechała się. Zdumiało go, że miała odwagę pozwolić sobie na taką rozpustę. Pociągnęła go do niej boleśnie tęsknota namiętna i gorąca. Nie wiedział, co to jest, ale całe długotrwałe pozbawienie uścisków, kołysań i pieszczot, głód piersi i sutka, miękkości objęć, ciepłego tonu miłości i współczucia w głosie, słodkiego niepokoju - wszystko to odezwało się w jego namiętnej tęsknocie, a nie wiedział o tym, bo nie miał pojęcia, że takie rzeczy istnieją, więc jakże mógł odczuwać ich brak?

Przyszło mu oczywiście do głowy, że może się mylił, że może jakiś niefortunny cień padł mu na oczy i wypaczył widzenie. Wrócił więc myślą do ostro zarysowanego w mózgu obrazu i wiedział już, że jej oczy uśmiechały się także. Kaprys światła mógł spowodować jedno lub drugie, ale nie obie rzeczy naraz.

Zaczął więc podchodzić Alicję niczym zwierzynę, tak jak podchodził świstaki na pagórku, kiedy to dzień w dzień leżał nieruchomo niczym kamień i śledził stare, ostrożne zwierzęta, które wyprowadzały swoje młode na słońce. Szpiegował ją z ukrycia, niepostrzeżenie zerkając kątem oka - i okazało się to prawdą. Czasem, gdy była sama i wiedziała, że jest sama, pozwalała myślom poigrać w ogrodzie i uśmiechała się. I wspaniale było obserwować, jak szybko potrafiła zapędzić uśmiech pod ziemię, na podobieństwo świstaków zaganiających do jamy młode.

Adam skrył ten skarb głęboko w swoich tunelach, ale był skłonny zapłacić czymś za doznaną radość. Alicja zaczęła znajdować podarki w koszyku do robótek, w wytartej portmonetce, pod poduszką - dwa cynamonowe goździki polne, piórko z ogona kraski, kawałek zielonego laku, skradzioną gdzieś chusteczkę. Z początku się zdumiewała, ale potem jej i to przeszło i kiedy znajdowała jakiś niespodziewany prezent, ów ogrodowy uśmiech błyskał i znikał niby pstrąg przemykający przez smugę słońca w sadzawce. Nie zadawała pytań i nie wypowiadała żadnych uwag na ten temat.

Nocami jej kaszel stawał się bardzo ostry, tak głośny i uciążliwy, że Cyrus musiał przenieść ją do drugiego pokoju, gdyż inaczej nie mógłby zmrużyć oka. Ale odwiedzał ją bardzo często - podskakując na jedynej nodze przytrzymywał się ręką ściany. Chłopcy słyszeli i wyczuwali rumor, jaki czyniło jego ciało, kiedy kuśtykał do łóżka Alicji i z powrotem.

W miarę jak Adam dorastał, zaczynał się lękać jednej rzeczy bardziej niż wszystkiego innego. Bał się dnia, kiedy go zabiorą i zwerbują do wojska. Ojciec nigdy nie pozwalał mu zapomnieć, że taki dzień przyjdzie. Mówił o tym często. Właśnie wojsko miało z Adama uczynić mężczyznę. Karol był już właściwie mężczyzną. I to niebezpiecznym mężczyzną, już w wieku lat piętnastu, kiedy Adam skończył szesnaście.

Wzajemne przywiązanie łączące obu chłopców wzrastało z biegiem lat. Możliwe, że jakąś cząstką uczuć Karola była pogarda, ale pogarda opiekuńcza. Zdarzyło się pewnego wieczora, że chłopcy grali przed domem w pee-wee, nową dla nich grę. Na ziemi kładło się niewielki zaostrzony kijek, po czym uderzało go drążkiem w pobliżu końca. Mały kijek podskakiwał w górę, a wtedy drugim uderzeniem wybijało się go jak najdalej.

Adam nie miał zdolności do gier. Ale przez jakiś kaprys oka i wyliczenia czasu pobił brata w pee-wee. Cztery razy wyrzucił kijek dalej niż Karol. Było to dla niego nowe przeżycie, ogarnęło go szalone uniesienie, toteż nie obserwował i nie wyczuwał tak jak zazwyczaj nastroju brata. Kiedy po raz piąty wybił kijek, poleciał on, brzęcząc jak osa, daleko na pole. Adam uradowany obrócił się do brata i nagle poczuł jakby mróz w głębi piersi. Przeraziła go nienawiść na twarzy Karola.

- To chyba był przypadek - powiedział nieporadnie. - Na pewno nie potrafiłbym tak drugi raz.

Karol położył kijek i uderzył, a kiedy ten podskoczył w górę, zamachnął się i nie trafił. Podsunął się z wolna do Adama, oczy miał zimne i bezwzględne. Adam cofnął się w przerażeniu; nie śmiał uciekać, bo brat i tak by go dopędził. Cofał się powoli, z lękiem w oczach, z wyschniętym gardłem. Karol podszedł bliżej i trzasnął go drążkiem w twarz. Adam zasłonił rękami krwawiący nos, a Karol zamachnął się i uderzył go w żebra, wybił zeń oddech, rąbnął go w głowę i Adam stracił przytomność. A kiedy leżał zemdlony na ziemi, Karol kopnął go silnie w brzuch i odszedł.

Po jakimś czasie Adam odzyskał świadomość. Oddychał płytko, bo piersi go bolały. Spróbował usiąść, ale przewrócił się na wznak, gdyż targnął nim ból w rozbitych mięśniach brzucha. Zobaczył wyglądającą z domu Alicję i w jej twarzy dostrzegł coś, czego nigdy dotąd nie widział. Nie miał pojęcia, co to takiego, ale nie było to łagodne ani słabe i mogło być nienawiścią. Zauważyła, że patrzy na nią, opuściła firankę i zniknęła. Kiedy Adam wreszcie podniósł się z ziemi i zgięty wpół wszedł do kuchni, zastał przygotowaną miednicę gorącej wody, a obok czysty ręcznik. Słyszał macochę kaszlącą w swoim pokoju.

Karol miał jedną wielką zaletę. Nigdy nie żałował tego, co zrobił. Ani razu nie wspomniał o tym pobiciu, zapewne więcej o nim nie pomyślał. Natomiast Adam zapamiętał sobie, żeby już nigdy w nic nie wygrywać. Zawsze wyczuwał w bracie groźbę, ale teraz zrozumiał, że nie wolno mu być górą, jeżeli nie jest gotów zabić Karola. A ten nie żałował swojego postępku. Po prostu miał satysfakcję, poczuł się zwycięzcą.

Nie powiedział ojcu, co zrobił, nie powiedział też i Adam, a już z całą pewnością i nie Alicja - a przecież ojciec zdawał się wiedzieć. W następnych miesiącach odnosił się do Adama z łagodnością. Przemawiał do niego miękko, przestał go karać. Niemal co wieczór dawał mu różne pouczenia, ale nie w sposób gwałtowny. Natomiast Adam lękał się bardziej tej łagodności niż przedtem ostrego traktowania, bo wydawało mu się, że przygotowują go na ofiarę, że niejako traktują go łagodnie przed śmiercią, podobnie jak hołubiono i pieszczono ofiary przeznaczone bogom, ażeby radośnie poszły na kamień i nie obraziły bogów żałością.

Cyrus spokojnie wyjaśniał Adamowi, na czym polega istota służby żołnierskiej. I chociaż jego wiedza pochodziła raczej z dociekań niż z doświadczenia, wiedział przecież wszystko dokładnie. Mówił synowi o smutnej godności, jaka może cechować żołnierza, o tym, jak bardzo jest potrzebna w świetle wszystkich ludzkich niepowodzeń - skutków naszych słabości. Możliwe, że Cyrus odkrywał te rzeczy w sobie, w miarę jak o nich mówił. Bardzo to się różniło od tamtej wymachującej sztandarem, krzykliwej wojowniczości z jego młodych lat. Żołnierza zasypuje się upokorzeniami - mówił Cyrus - ażeby, gdy przyjdzie czas, nie brał zbytnio do serca tego ostatecznego upokorzenia: bezsensownej i nędznej śmierci. I o tym wszystkim rozmawiał z Adamem sam na sam, nie pozwalając przysłuchiwać się Karolowi.

Któregoś dnia przed wieczorem zabrał Adama na spacer i oto czarna konkluzja tych wszystkich pouczeń i rozumowań wyszła na jaw i wprawiła syna w przerażenie. Powiedział:

- Trzeba ci wiedzieć, że żołnierz jest najbardziej uświęconym z ludzi, bo najciężej doświadczanym, najciężej ze wszystkich. Spróbuję ci to wytłumaczyć. Posłuchaj: od początku dziejów uczono ludzi, że zabicie człowieka jest złem, z którym nie wolno się pogodzić. Każdy, kto zabija, musi być zniszczony, bo to wielki grzech, może najgorszy, jaki znamy. I potem bierzemy żołnierza, dajemy mu do rąk broń i mówimy: "Użyj jej dobrze, użyj mądrze". Nie nakładamy mu żadnych hamulców. "Idź i zabij tylu swoich braci pewnej kategorii czy gatunku, ilu zdołasz. A my cię za to nagrodzimy, bo to jest pogwałceniem twojego pierwotnego wychowania".

Adam zwilżył wyschnięte wargi, spróbował zadać pytanie, nie zdołał i próbował raz jeszcze.

- Dlaczego trzeba to zrobić? - zapytał. - Czemu tak jest?

Cyrus był głęboko wzruszony i mówił teraz inaczej niż zwykle.

- Nie wiem - odparł. - Badałem to i może dowiedziałem się, jak rzeczy stoją, ale nawet nie zbliżyłem się do zrozumienia, dlaczego tak się dzieje. A ty nie powinieneś się spodziewać, iż stwierdzisz, że ludzie rozumieją, co czynią. Tyle rzeczy robi się instynktownie, podobnie jak pszczoła robi miód albo lis zanurza łapy w strumieniu, żeby zwieść psy. Lis nie potrafi wyjaśnić, czemu tak postępuje, a któraż pszczoła pamięta o zimie czy spodziewa się jej powrotu? Kiedy już wiedziałem, że pójdziesz do wojska, pomyślałem, że zostawię ci przyszłość otwartą, tak żebyś mógł sam wygrzebywać sobie swoje znaleziska, ale potem wydało mi się, że lepiej będzie, jeżeli zdołam ochronić ciebie tą odrobiną wiadomości, jaką mam. Już się niedługo zaciągniesz, doszedłeś do odpowiedniego wieku.

- Nie chcę tego - oświadczył Adam.

- Zaciągniesz się niedługo - mówił ojciec, jakby nie słysząc. - Więc chcę ci to powiedzieć, żebyś nie miał niespodzianek. Najpierw zedrą z ciebie ubranie, ale posuną się jeszcze dalej. Obłupią cię z każdej drobiny godności, jaką masz - utracisz to, co ci się wydaje twoim dobrym prawem do życia, do życia w spokoju. Każą ci mieszkać, spać i srać razem z innymi ludźmi. A kiedy cię na powrót odzieją, nie potrafisz odróżnić siebie od pozostałych. Nie będzie ci wolno nosić żadnego świstka czy przypiąć sobie na piersiach kartki, na której byłoby napisane: "To jestem ja - odrębny od innych".

- Nie chcę tego - powtórzył Adam.

- Po jakimś czasie - ciągnął Cyrus - nie potrafisz mieć żadnej myśli, której nie mają inni. Nie będziesz znał ani jednego słowa, którego inni nie umieją powiedzieć. I będziesz robił różne rzeczy, dlatego że robią je wszyscy. Zaczniesz wyczuwać niebezpieczeństwo w każdej odmienności, niebezpieczeństwo dla całej tej rzeszy jednakowo myślących, jednakowo postępujących ludzi.

- A jeżeli ze mną tak nie będzie?

- Owszem. To się niekiedy zdarza. Od czasu do czasu trafia się człowiek, który nie chce robić tego, czego od niego żądają, i wtedy wiesz, co się dzieje? Cała machina nastawia się w sposób bezwzględny na zniszczenie jego inności. Póty będą ci chłostać żelazną rózgą duszę i nerwy, ciało i umysł, póki ta niebezpieczna inność nie wylezie z ciebie. A jeśli nie ulegniesz, wyrzygają cię i zmaltretowanego zostawią poza nawiasem - ni to ich cząstkę, ni to człowieka wolnego. Lepiej już przystosować się do nich. Oni to wszystko robią tylko dla własnej ochrony. Coś tak triumfalnie nielogicznego, tak cudownie bezsensownego jak wojsko, nie może pozwolić, by osłabiła je jakakolwiek wątpliwość. Jeżeli nie będziesz go porównywać z czymś innym, by wystawić na pośmiewisko, niewątpliwie doszukasz się w nim powoli pewnego rozsądku i logiki, i jakiegoś strasznego piękna. Ten, kto potrafi się z tym pogodzić, nie zawsze jest gorszym, a czasem bywa nawet lepszym człowiekiem. Uważaj dobrze, co mówię, bo długo o tym myślałem. Są tacy, którzy pogrążają się w posępne grzęzawisko żołnierki, poddają się i tracą twarz. Ale ci od początku nie mieli zbyt wyraźnej twarzy. Możliwe, że ty jesteś taki. Jednakże są też inni, którzy zanurzają się głęboko, zatapiają w powszechnym bagnisku, a potem wypływają, będąc bardziej sobą niż przedtem, dlatego że... że utracili małostkową próżność, a zyskali całe to złoto, jakim jest życie w kompanii czy pułku. Jeżeli potrafisz zejść tak nisko, zdołasz wypłynąć wyżej, niż sobie wyobrażasz, i poznasz świętą radość, koleżeństwo nieomal podobne do niebiańskiej przyjaźni aniołów. Wtedy potrafisz ocenić ludzi, nawet jeżeli milczą. Ale dopóki nie zejdziesz tak głęboko, nie będziesz mógł nigdy tego zaznać.

Kiedy wracali do domu, Cyrus skręcił w lewo i wszedł między drzewa zagajnika, gdzie ogarnął ich mrok. Nagle Adam powiedział:

- Widzisz tamten pień, ojcze? Zawsze chowałem się między korzeniami z drugiej strony. Kiedy mnie ukarałeś, chowałem się za nim, a czasem szedłem tam po prostu dlatego, że mi było źle.

- Chodźmy obejrzeć to miejsce - odparł ojciec. Adam poprowadził go, a Cyrus przyjrzał się przypominającemu gniazdo zagłębieniu między korzeniami. - Wiedziałem o tym od dawna - rzekł. - Kiedyś, gdy ciebie długo nie było, pomyślałem, że musisz mieć taką kryjówkę, i znalazłem ją, bo wyczuwałem, czego ci potrzeba. Widzisz, jak tu ziemia jest wygnieciona, a trawa powyrywana? Siedząc tu, łamałeś na drzazgi kawałki kory. Kiedy tutaj trafiłem, od razu wiedziałem, że to twoja kryjówka.

Adam ze zdumieniem wpatrywał się w ojca.

- Nigdy mnie tutaj nie szukałeś.

- Nie. Tego bym nie zrobił. Człowieka można popchnąć za daleko. Zawsze trzeba zostawić każdemu jakąś ucieczkę przed śmiercią. Pamiętaj o tym! Myślę, że wiedziałem, jak silnie cię naciskam. Nie chciałem cię wypchnąć przez krawędź.

Stanęli między drzewami, a Cyrus mówił dalej:

- Tyle rzeczy chciałbym ci powiedzieć. A większość z nich zapomnę. Chcę, byś wiedział, że żołnierz daje z siebie tak dużo po to, aby coś w zamian uzyskać. Od chwili przyjścia na świat wszystkie okoliczności, wszystkie ustawy, reguły i prawa uczą dziecko chronienia własnego życia. Od początku ma ono w sobie ten wielki instynkt, a każda rzecz go potwierdza. A potem zostaje żołnierzem i musi uczyć się gwałcić to wszystko - musi na zimno uczyć się wystawiania własnego życia na szwank bez popadnięcia w obłęd. I jeżeli potrafisz to osiągnąć, a pamiętaj, że niektórzy nie potrafią, wtedy będziesz miał największy ze wszystkich darów. Posłuchaj, synu. Prawie każdy człowiek się boi, i nawet nie wie, co powoduje jego lęk - jakieś cienie, troski, niebezpieczeństwa nie mające nazw ani cyfr, bojaźń przed nieokreśloną śmiercią. Jeżeli jednak potrafisz zdobyć się na to, by stanąć twarzą w twarz nie z cieniem, ale z prawdziwą śmiercią, dającą się opisać i rozpoznać, śmiercią od kuli czy szabli, strzały czy lancy, wtedy nie będziesz już musiał się bać, a przynajmniej nie w taki sposób jak przedtem. Wtedy będziesz człowiekiem wyodrębnionym spośród innych ludzi, bezpiecznym tam, gdzie inni krzyczą z przerażenia. To jest ta wielka nagroda. Wielce prawdopodobne, że jedyna. Może to jest najwyższa czystość, zewsząd otoczona brudem. Już się prawie ściemniło. Chciałbym jeszcze pogadać z tobą jutro wieczorem, kiedy obaj zastanowimy się nad tym, co ci powiedziałem.

- Dlaczego nie porozmawiasz z Karolem? - zapytał Adam. - Przecież on pójdzie do wojska. Nada się do tego lepiej niż ja.

- Karol nie pójdzie - stwierdził twardo Cyrus. - To nie miałoby sensu.

- On byłby lepszym żołnierzem.

- Tylko z wierzchu. Nie w środku. Karol nie jest strachliwy, więc nie nauczyłby się niczego, jeżeli idzie o odwagę. Nie wie nic o tym, co dzieje się poza nim, więc nigdy nie przyswoiłby sobie tych rzeczy, które starałem się tobie wyjaśnić. Oddać go do wojska znaczyłoby wyzwolić w nim to, co powinno być na uwięzi, a nie wyzwolone. Nie miałbym odwagi posłać go do armii.

- Nigdy go nie karałeś, pozwalałeś mu żyć własnym życiem, chwaliłeś go, nie zamęczałeś pracą, a teraz nie chcesz, żeby szedł do wojska? - Adam zamilkł wystraszony własnymi słowami, w obawie przed pasją, pogardą czy gwałtownością, jakie mogły rozkiełznać.

Ojciec nie odpowiedział. Wyszedł z zagajnika, głowę miał zwieszoną tak nisko, że broda opierała się na piersiach, a ruch jego biodra, które podnosiło się i opadało, kiedy drewniana noga dotykała ziemi, był monotonny. Noga zakreślała półkole, by stąpać w przód, kiedy nadeszła jej kolej.

Było już zupełnie ciemno, a złote światło lamp błyszczało w otwartych drzwiach kuchni. Alicja stanęła w progu i wyjrzała na dwór, wypatrując ich; potem usłyszała zbliżające się nierówne kroki i zawróciła do kuchni.

Cyrus przystanął i podniósł głowę, dopiero gdy doszedł do kuchennego ganku.

- Gdzie jesteś? - zapytał.

- Tu... zaraz za tobą... o, tutaj.

- Zadałeś mi pytanie. Zdaje się, że powinienem ci odpowiedzieć. Może zrobię dobrze, a może źle. Nie jesteś sprytny. Nie wiesz, czego chcesz. Nie masz w sobie dostatecznej zajadłości. Pozwalasz przeganiać się innym. Czasem myślę, że jesteś cherlakiem, który nigdy nie będzie wart nawet tyle, ile psie łajno. Czy to jest odpowiedzią na twoje pytanie? Ciebie kocham bardziej. Zawsze tak było. Może źle, że ci to mówię, ale tak wygląda prawda. Ciebie kocham bardziej. W przeciwnym razie, dlaczego zadawałbym sobie trud ranienia ciebie? Nie mów nic, idź na kolację. Porozmawiam z tobą jutro wieczorem. Noga mnie boli.

Podczas kolacji nie było rozmów. Ciszę przerywało jedynie siorbanie zupy i odgłos przeżuwania, a ojciec odganiał ćmy od klosza lampy naftowej. Adamowi zdawało się, że brat ukradkiem go obserwuje. A kiedy nagle podniósł wzrok, pochwycił błysk spojrzenia Alicji. Skończywszy jeść, odsunął krzesło.

- Chyba się trochę przejdę - powiedział.

Karol wstał.

- Pójdę z tobą.

Alicja i Cyrus popatrzyli za chłopcami, po czym ona zadała jedno ze swoich rzadkich pytań.

- Coś ty zrobił? - spytała nerwowo.

- Nic.

- Oddasz go do wojska?

- Tak.

- I on już wie?

Cyrus zapatrzył się tępo w ciemność za otwartymi drzwiami.

- Tak, wie.

- Nie będzie mu to w smak. To nie dla niego.

- Nie szkodzi - mruknął Cyrus i powtórzył głośno: - Nie szkodzi. - A jego ton zdawał się mówić: "Zamknij się. Nie twoja rzecz". Milczeli przez chwilę, po czym rzekł, jakby się usprawiedliwiając: - Przecież to nie twoje dziecko.

Alicja nie odpowiedziała.

Chłopcy szli w ciemnościach wyboistą drogą. Przed sobą widzieli kilka wątłych światełek tam, gdzie była wioska.

- Miałbyś chęć zobaczyć, co się dzieje w karczmie? - zapytał Karol.

- Nie myślałem o tym.

- To po cholerę wychodzisz w nocy?

- Przecież ty nie musiałeś iść. - Adam wzruszył ramionami.

Karol przysunął się do niego.

- Co on ci mówił dziś po południu? Widziałem, żeście razem chodzili. Co powiedział?

- A, tylko mówił o wojsku... jak zwykle.

- Coś mi się nie widzi. - Karol spoglądał podejrzliwie.

- Zauważyłem, że przysuwał się do ciebie i rozmawiał tak, jak rozmawia z mężczyznami... Nie mówił, a rozmawiał.

- Owszem, mówił - odparł cierpliwie Adam; próbował zapanować nad oddechem, czując, że lęk ściska mu żołądek. Nabrał tchu, jak mógł najgłębiej, i zatrzymał go w piersiach, żeby zdławić strach.

- Co ci mówił? - drążył Karol.

- O wojsku i o tym, jak to jest, kiedy się zostanie żołnierzem.

- Nie wierzę ci. Moim zdaniem, jesteś parszywy, zapluty łgarz. Co ty kręcisz?

- Nic.

Karol rzekł ostro:

- Twoja zwariowana matka utopiła się. Pewnie, kiedy ci się przyjrzała. To musiał być powód.

Adam delikatnie wypuścił oddech, tłumiąc przeraźliwy strach. Milczał.

- Chcesz go sobie zabrać! - krzyknął Karol. - Nie wiem, jakie masz sposoby. Co takiego robisz?

- Nic.

Karol jednym skokiem zagrodził mu drogę, tak że Adam musiał przystanąć, nieomal dotykając piersią piersi brata. Cofnął się, ale ostrożnie, tak jak człowiek cofa się przed wężem.

- Przypomnij sobie jego urodziny! - wrzasnął Karol. - Uskładałem siedemdziesiąt pięć centów i kupiłem mu niemiecki scyzoryk: trzy ostrza i korkociąg, rączka okładana masą perłową. I gdzie ten scyzoryk? Widziałeś kiedy, żeby go używał? Może tobie go podarował? Nigdy nie zauważyłem, żeby go ostrzył. Masz ten scyzoryk w kieszeni? Co on z nim zrobił? "Dziękuję" - powiedział, ot tak. I tyle słyszałem o niemieckim scyzoryku z masy perłowej, który kosztował siedemdziesiąt pięć centów.

W jego głosie brzmiała wściekłość i Adam czuł strach pełznący po ciele, ale wiedział też, że ma jeszcze chwilę czasu. Zbyt często widywał tę niszczącą machinę, która miażdżyła wszystko, co stało na jej drodze. Najpierw przychodziła wściekłość, a potem chłód, opanowanie, złe spojrzenie i zadowolony uśmieszek, i już nie głośne słowa, tylko szept. Kiedy to się działo, mord wisiał w powietrzu, ale mord chłodny, wprawny, ręce pracujące precyzyjnie, delikatnie. Przełknął ślinę, by zwilżyć wyschniętą krtań. Nie wiedział, co powiedzieć, żeby to doszło do świadomości brata, bo kiedy Karol wpadał w furię, nie chciał słuchać, nawet nie mógł usłyszeć. Przed Adamem czerniała już masywna sylwetka, niższa, bardziej krzepka, lecz jeszcze niegotowa do skoku. W świetle gwiazd lśniły wilgocią jego wargi, ale uśmieszku nie było, a głos szalał wściekłością.

- A co ty zrobiłeś na jego urodziny? Myślisz, że nie widziałem? Wydałeś siedemdziesiąt pięć czy choćby pięćdziesiąt centów? Przyniosłeś mu jakiegoś kundla, którego znalazłeś w zagajniku. Śmiałeś się jak głupi i mówiłeś, że z niego będzie dobry pies myśliwski. Ten pies sypia w jego pokoju. Ojciec bawi się z nim, kiedy czyta. I już go całkiem wytresował. A scyzoryk gdzie? "Dziękuję" - powiedział; tylko "dziękuję". - Karol mówił teraz szeptem, opuszczając ramiona.

Adam rozpaczliwym susem odskoczył w tył i rękami zasłonił twarz. Brat szedł ku niemu odmierzonymi krokami, mocno stawiając nogi. Jedna pięść, wyrzucona delikatnie, zmacała odległość, a potem zaczęła się straszna, zimna młocka: twardy cios w żołądek - i ręce Adama opadły - następnie cztery uderzenia w twarz. Poczuł, jak chrupnęła mu kość i chrząstka nosowa. Znowu poderwał ręce do twarzy i wtedy Karol rąbnął go w serce. A przez cały ten czas Adam patrzał na brata tak, jak bezradny i otumaniony skazaniec na oprawcę.

Nagle Adam zadał mu na odlew szalony, nieszkodliwy cios, który nie miał ani siły, ani kierunku. Karol uchylił się i bezwładna ręka oplotła mu szyję. Adam pochwycił oburącz brata i przywarł do niego, łkając. Twarde pięści wtłukiwały mu mdłości w żołądek, ale nie puszczał. Czas niejako zwolnił dla niego. Wyczuwał całym sobą, że brat przesuwa się nieco w bok, żeby rozewrzeć mu nogi. Poczuł też kolano sunące coraz wyżej, wciskało się między uda, aż grzmotnęło go w jądra i wtedy rozdzierający ból przeniknął jego ciało. Ręce Adama opadły. Pochylił się i wymiotował, gdy wciąż trwała zimna, mordercza młocka.

Adam czuł uderzenia na skroniach, policzkach, oczach. Czuł, że warga mu pęka i zwisa strzępem na zęby, ale skóra zdawała się zgrubiała i niewrażliwa, jak gdyby cały tkwił w powłoce z grubej gumy. Otępiale zastanowił się, dlaczego nogi mu się nie uginają, dlaczego nie pada, nie traci przytomności. Bicie trwało bez końca. Słyszał brata dyszącego szybko, urywanie, jak człowiek, który macha ciężkim młotem, a w mdłym świetle gwiazd widział go w mroku przez rozcieńczoną łzami krew spływającą mu z oczu. Widział niewinne, obojętne oczy, uśmieszek na wilgotnych wargach. I kiedy na to patrzał - nagły błysk i ciemność.

Karol stał nad nim, chwytając powietrze jak zziajany pies. A potem odwrócił się i ruszył szybko w stronę domu, rozcierając po drodze obtłuczone knykcie.

Przytomność powróciła Adamowi nagle i przerażająco. Jego umysł kotłował się w bolesnym tumanie. Ciało było ciężkie i nasiąknięte bólem. Ale niemal natychmiast zapomniał o swoich obrażeniach. Dosłyszał szybkie kroki na drodze. Zbudził się w nim instynktowny lęk i czujność szczura. Dźwignął się na kolana i zwlókł z drogi do osuszającego ją rowu. W rowie stała woda na stopę głęboko, a po obu stronach rosła wysoka trawa. Sczołgał się cicho do wody, uważając, żeby uniknąć plusku.

Kroki przybliżyły się, zwolniły, posunęły się nieco dalej, zawróciły. Ze swej kryjówki Adam widział jedynie coś ciemniejącego w mroku. Potem błysnęła siarkowa zapałka i rozżarzyła się niebieskim ognikiem, dopóki nie zapłonęło drewienko oświetlające groteskowo od dołu twarz jego brata. Karol podniósł wyżej zapałkę i rozejrzał się wokoło, a Adam dostrzegł w jego ręce toporek.

Kiedy zapałka zgasła, noc wydała się jeszcze czarniejsza. Karol poszedł z wolna dalej, potarł następną zapałkę, znów postąpił naprzód i zapalił jeszcze jedną. Szukał śladów na drodze. Wreszcie dał za wygraną. Jego prawa ręka podniosła się i odrzuciła toporek daleko na pole. Szybkim krokiem oddalił się w stronę wątłych światełek wsi.

Adam długo leżał w chłodnej wodzie. Zastanawiał się, co czuje brat, czy teraz, kiedy jego pasja stygnie, doświadczy trwogi, żalu, wyrzutów sumienia - czy też po prostu niczego. To wszystko czuł za Karola. Sumienie Adama było więzią między nim a bratem, cierpiało za niego, podobnie jak nieraz Adam wykonywał za Karola domową robotę.

Wyczołgał się z wody i wstał. Okaleczenia drętwiały, krew krzepła w skorupę na twarzy. Pomyślał, że pozostanie tutaj, w ciemnościach, dopóki ojciec i Alicja nie położą się spać. Czuł, że nie zdoła odpowiadać na żadne pytania, bo nie wiedział, co mówić, a szukanie odpowiedzi było zbyt żmudne dla jego skołatanego umysłu. Błyskające błękitnawymi ognikami zamroczenie osiadało mu na czole i wiedział, że zaraz zemdleje.

Powlókł się wolno drogą, na szeroko rozkraczonych nogach. Przed gankiem przystanął i zajrzał do wnętrza. Lampa na łańcuszku u powały rzucała żółty krąg i oświetlała Alicję oraz stojący przed nią na stole koszyk z przyborami do szycia. Naprzeciw ojciec pogryzał drewnianą obsadkę pióra, które zanurzał w buteleczce atramentu; zapisywał coś w czarnej książce rachunkowej.

Alicja, podniósłszy wzrok, zobaczyła zakrwawioną twarz Adama. Zakryła dłonią usta, palce zacisnęła na dolnych zębach.

Adam powłócząc nogami postąpił krok, potem drugi i oparł się o framugę drzwi.

Wtedy Cyrus podniósł głowę. Popatrzył z jakimś dalekim zaciekawieniem. Powoli uświadomił sobie tożsamość tej zniekształconej twarzy. Wstał zaskoczony, zdumiony. Wetknął drewnianą obsadkę w buteleczkę i otarł palce o spodnie.

- Dlaczego on to zrobił? - zapytał cicho.

Adam chciał odpowiedzieć, ale usta miał zdrętwiałe i suche. Przesunął językiem po wargach, co sprawiło, że znowu zaczęły krwawić.

- Nie wiem.

Cyrus pokuśtykał do niego i chwycił go za ramię tak mocno, że Adam skrzywił się i próbował odsunąć.

- Nie kłam! Dlaczego to zrobił? Pokłóciliście się?

- Nie.

Cyrus szarpnął go.

- Mów! Chcę wiedzieć. Mów! Będziesz mi musiał powiedzieć. Zmuszę cię! Psiakrew, ty zawsze go zasłaniasz! Myślisz, że o tym nie wiem? Zdawało ci się, że mnie oszukasz? No, gadaj, bo jak mi Bóg miły, przetrzymam cię tak całą noc!

Adam szukał odpowiedzi.

- On uważa, że ojciec go nie kocha.

Cyrus puścił jego rękę, utykając wrócił do krzesła i usiadł. Potrząsnął piórem w buteleczce i wpatrzył się niewidzącymi oczami w książkę rachunkową.

- Alicjo. Odprowadź Adama do łóżka. Pewnie będziesz musiała rozciąć mu koszulę. Pomóż mu iść.

Wstał znowu, poszedł w kąt pokoju, gdzie na gwoździach wisiały płaszcze, i sięgnąwszy pod nie wyciągnął strzelbę, złamał ją, żeby sprawdzić, czy jest naładowana, i wyszedł ociężale.

Alicja podniosła rękę, jakby chciała go przytrzymać niewidzialnym sznurem. Ale sznur pękł, a jej twarz zaraz utaiła wszelkie myśli.

- Idź do swojego pokoju - powiedziała. - Przyniosę ci wody w miednicy.

Adam leżał na łóżku, przykryty do pasa prześcieradłem, a Alicja obmywała mu okaleczenia szmatką namoczoną w ciepłej wodzie. Długo milczała, a potem powtórzyła za Adamem:

- Uważa, że ojciec go nie kocha. Ale ty go kochasz... i zawsze kochałeś.

Adam nie odpowiedział.

Mówiła dalej spokojnie:

- To dziwny chłopak. Trzeba go znać... Cały jest jakby w szorstkiej skorupie, cały ze złości, dopóki się go nie pozna. - Przerwała, żeby odkaszlnąć, pochyliła się i rozkaszlała, a kiedy jej przeszło, miała wypieki na policzkach i widać było, że jest wyczerpana. - Trzeba go znać.

- Pokiwała głową. - Od dłuższego czasu daje mi drobne prezenty, różne ładniutkie drobiazgi, których na pozór nawet nie potrafiłby zauważyć. Ale nie daje mi ich wprost. Podrzuca je tam, gdzie wie, że muszę je znaleźć.

I można mu się przyglądać godzinami, a najdrobniejszym znakiem nie zdradzi, że to on zrobił. Trzeba go znać.

Uśmiechnęła się do Adama, a on przymknął oczy.

ROZDZIAŁ 4

Karol stał przed szynkwasem w karczmie i śmiał się wesoło z dykteryjek opowiadanych przez wędrownych przekupniów, którzy tu ściągnęli pod wieczór. Wydobył kapciuch do tytoniu zawierający skąpy zapasik brzęczącego srebra i postawił im kolację, żeby gadali dalej. Stał, szczerzył zęby i rozcierał obtłuczone knykcie. A kiedy jego towarzysze wznieśli szklanki i zawołali: "Wasze zdrowie!" - Karol był zachwycony. Zamówił jeszcze po kieliszku dla swoich nowych przyjaciół, a potem przeniósł się z nimi gdzie indziej na dalszą hulankę.

Kiedy Cyrus wyszedł w noc, przepełnił go rozpaczliwy gniew na Karola. Rozejrzał się po drodze, szukając syna, a potem poszedł po niego do karczmy, ale Karola już tam nie było. Prawdopodobnie gdyby go znalazł tej nocy, byłby go zabił albo spróbował zabić. Obrót, jaki przyjmują wielkie wydarzenia, może odmienić bieg dziejów, ale przypuszczalnie każde wydarzenie ma w jakimś stopniu podobny skutek, aż po czyjeś potknięcie się o kamień na ścieżce czy oddech zatrzymany w piersiach na widok ładnej dziewczyny, czy choćby paznokieć złamany przy pracy w ogrodzie.

Naturalnie Karol dowiedział się niebawem, że ojciec go szuka ze strzelbą. Ukrywał się przez dwa tygodnie, a kiedy wrócił, ojcowska żądza mordu stopniała już do zwykłego gniewu i zapłacił za swój postępek pracą nad siły i fałszywą, teatralną pokorą.

Adam przeleżał cztery dni w łóżku, tak drętwy i obolały, że nie mógł poruszyć się bez jęku. Trzeciego dnia ojciec dał świadectwo swoich wpływów w kołach wojskowych. Uczynił z tego balsam dla własnej dumy, a także coś w rodzaju nagrody dla Adama. Do domu, do sypialni Adama, wkroczył rotmistrz kawalerii i dwóch wachmistrzów w granatowych mundurach. Dwaj luzacy trzymali ich konie przed domem. Leżąc w łóżku, Adam został zwerbowany do armii jako szeregowiec kawalerii. Podpisał Artykuły Wojenne i złożył przysięgę, czemu przyglądali się ojciec i Alicja. A oczy ojca błyszczały od łez.

Kiedy wojskowi odjechali, ojciec przesiedział przy nim długą chwilę.

- Oddałem cię do kawalerii nie bez powodu - oświadczył. - Życie w koszarach nie jest dobre na dłuższą metę. Natomiast kawaleria ma teraz coś do zrobienia. O tym się upewniłem. Spodoba ci się wyprawa do kraju Indian. Szykuje się akcja. Nie mogę ci powiedzieć, skąd to wiem. Ale niedługo będzie walka.

- Tak jest - powiedział Adam.

Zawsze wydawało mi się dziwne, że właśnie najczęściej ludzie pokroju Adama muszą się trudnić żołnierką. Trzeba zacząć od tego, że nie miał zamiłowania do walki, i nie tylko jej nie lubił, jak to się zdarzało niektórym, ale czuł rosnącą odrazę do gwałtu. Parokrotnie przełożeni oficerowie obserwowali go bacznie, chcąc zbadać, czy nie jest symulantem, ale nie wysunięto przeciw niemu żadnych oskarżeń. W ciągu tych pięciu lat służby wykonał więcej codziennej pracy niż ktokolwiek inny w szwadronie, ale jeżeli zabił jakiegoś nieprzyjaciela, stało się to w wyniku przypadkowego rykoszetu. Ponieważ był dobrym, a nawet wyborowym strzelcem, więc miał specjalną łatwość nietrafiania w cel. Tymczasem walki z Indianami zaczęły przypominać niebezpieczny spęd bydła; plemiona przywodzono do buntu, wypierano i dziesiątkowano, a smętne, zgnębione resztki osiedlały się na głodowej ziemi. Niezbyt przyjemna robota, ale z uwagi na kierunek rozwoju kraju musiano ją wykonywać.

Adam, który był jedynie narzędziem i nie widział przyszłych gospodarstw rolnych, tylko poszarpane brzuchy wspaniałych istot ludzkich, uważał to za oburzające i niepotrzebne. Kiedy strzelał z karabinu tak, żeby nie trafić, popełniał zdradę wobec własnego oddziału, ale nie dbał o to. Kształtowała się w nim zasada niezadawania gwałtu, aż wreszcie stała się takim samym przesądem jak każdy inny ogłupiający przesąd. Wyrządzenie komukolwiek krzywdy w jakimkolwiek celu stało mu się nienawistne. Ten stan uczuciowy - bo nim to niewątpliwie było - przemienił się w obsesję, aż wreszcie wyrugował ze swojego zasięgu wszelkie inne myśli. Mimo to w aktach wojskowych Adama próżno szukać wzmianki o tchórzostwie. Ba, nawet otrzymał trzykrotnie pochwałę, a potem został odznaczony za dzielność.

W miarę jak coraz bardziej buntował się przeciw gwałtowi, jego skłonności przybierały przeciwny kierunek. Kilkakrotnie ryzykował życiem, ażeby przydźwigać rannych żołnierzy. Zgłaszał się ochotniczo do pracy w szpitalach polowych nawet wtedy, gdy był wyczerpany po pełnieniu codziennych obowiązków. Koledzy odnosili się do niego z nieco wzgardliwą serdecznością i tą niewypowiadaną głośno obawą, jaką ludzie czują przed impulsami, których nie mogą zrozumieć.

Karol regularnie pisywał do brata - o farmie i wiosce, o chorych krowach i klaczy, która się oźrebiła, o dokupionych pastwiskach i stodole trafionej piorunem, o śmierci Alicji, którą zadławiły suchoty, i o objęciu przez ojca stałej, płatnej posady przy dowództwie Wielkiej Armii w Waszyngtonie. Podobnie jak wiele osób, Karol, który nie potrafił mówić, umiał się wypisać. Opowiadał o swojej samotności i kłopotach, wylewał na papier rzeczy, których sam o sobie nie wiedział.

Przez czas nieobecności w domu Adam poznał brata lepiej niż kiedykolwiek przedtem czy potem. Wymiana listów wytworzyła między nimi taką bliskość, jakiej żaden nie mógłby sobie wyobrazić.

Adam zachował jeden list od brata, nie dlatego żeby go w pełni rozumiał, ale że zdawał się mieć jakieś ukryte znaczenie, którego Adam nie potrafił rozgryźć:

Drogi bracie Adamie!

Biorę do ręki pióro w nadziei, że cieszysz się dobrym zdrowiem. - Zawsze zaczynam w ten sposób, ażeby stopniowo wciągnąć się w trud pisania. - Nie dostałem odpowiedzi na swój ostatni list, ale przypuszczam, że masz co innego do roboty (cha, cha!). Deszcze przyszły nie w porę i zmarnowały kwiat na jabłoniach. Nie będzie wiele jabłek do jedzenia tej zimy, ale odłożę, ile się uda. Dziś wieczorem wyszorowałem cały dom i wszędzie pachnie mydłem, i jest mokro, ale chyba nic nie czyściej. Jak myślisz, co Matka robiła, żeby utrzymać taki porządek? Teraz dom nie wygląda jak dawniej. Coś na nim osiada. Nie wiem co, ale nie chce się doszorować. W każdym razie rozprowadziłem cały brud równiej. Cha, cha!

Czy Ojciec pisał ci o swojej podróży? Pojechał prosto do San Francisco w Kalifornii na jakiś obóz Wielkiej Armii. Ma tam być sekretarz wojny i Ojciec go zaprezentuje. Ale dla Ojca to nie żadna nowina. Widział już, kilka razy prezydenta i nawet był na kolacji w Białym Domu. Chciałbym zobaczyć Biały Dom. Może się wybierzemy we dwójkę, kiedy przyjedziesz. Ojciec mógłby nas ugościć przez kilka dni, a zresztą chciałby zobaczyć się z tobą.

Myślę, że powinienem rozejrzeć się za żoną. Nasza farma jest dobra, a chociaż ze mnie nie żaden rarytas, przecież, niejedna dziewczyna zgodziłaby się na coś gorszego niż ta farma. Jak myślisz? Nie pisałeś, czy po wyjściu z wojska zamieszkasz w naszym domu. Mam nadzieję, że tak. Brak mi ciebie.

Tu pismo się urywało. Na stronicy widniał gryzmoł z kleksem, a potem dalszy ciąg zaczynał się ołówkiem, ale charakter pisma był inny.

Ołówkiem było napisane:

Trochę później. No, akuratnie wykończyło mi się pióro. Złamała mi się stalówka. Będę musiał kupić we wsi nową; tę zżarła rdza.

Słowa zaczynały płynąć gładziej:

Pewnie powinienem był zaczekać na nową stalówkę i nie pisać ołówkiem. Tylko że tak tu siedziałem w kuchni przy zapalonej lampie i zdaje się, że zacząłem rozmyślać, aż się zrobiło późno - już chyba po północy, ale nie patrzyłem. Stary Czarny Joe zaczął już piać w kurniku. A potem ten bujający fotel Matki zaskrzypiał kubek w kubek tak, jakby w nim siedziała. Wiesz, że się tym nie przejmuję, ale wtedy zaczynam myśleć o dawnych czasach, no wiesz, jak to bywa. Prawdopodobnie podrę ten list, bo na co wypisywać takie rzeczy.

Teraz słowa zaczynały gnać, jak gdyby nie mogły nadążyć.

Jeżeli już mam to z siebie wyrzucić, to najlepiej wszystko napisać. To jest tak, jakby cały dom ożył i miał wszędzie oczy i jakby za drzwiami ktoś stał, gotów wejść, gdy tylko spojrzysz w inną stronę. Aż mi ciarki chodzą po skórze. Chcę powiedzieć... chcę powiedzieć... to znaczy, nigdy nie zrozumiałem... no, dlaczego ojciec tak zrobił. To znaczy, dlaczego nie podobał mu się ten scyzoryk, co mu kupiłem na urodziny. Dlaczego? To był porządny scyzoryk, a on potrzebował porządnego scyzoryka. Gdyby go używał czy chociaż ostrzył albo czasem wyjął z kieszeni i obejrzał - toby mi wystarczyło. Gdyby go był lubił, nie napadłbym wtedy na ciebie. A tak - musiałem. Wydaje mi się, że fotel Matki kołysze się trochę. To tylko światło. Nie przejmuję się tym. Takie mam wrażenie, jakby coś było niedokończone. Jak wtedy, gdy przerwiesz pracę w połowie i potem nawet nie pamiętasz, co to było. Czegoś się nie zrobiło. Ja nie powinienem tu być. Powinienem wędrować po świecie zamiast tu siedzieć na dobrej farmie i rozglądać się za żoną. Coś jest nie w porządku, jakby niedokończone, jakby się stało za wcześnie i przez to coś pominęło. To ja powinienem być tam, gdzie ty, a ty tutaj. Dawniej nigdy tak nie myślałem. Może to dlatego, że jest późno - później, niżby się zdawało. Właśnie wyjrzałem, już świta. Chyba nie zdrzemnąłem się ani na chwilę. Jakże ta noc mogła tak szybko przelecieć? Nie mogę teraz położyć się do łóżka. I tak bym nie zasnął.

List nie był podpisany. Możliwe, że Karol zapomniał, że zamierzał go zniszczyć, i wysłał go. Ale Adam zachował ten list przez pewien czas i ilekroć go odczytywał, czuł dreszcz, nie wiedząc dlaczego.

ROZDZIAŁ 5

Na ranczo zaczęli dorastać mali Hamiltonowie, a co rok przybywał nowy. Jerzy był wysokim, przystojnym, pełnym łagodności i słodyczy chłopakiem, który od małego odznaczał się pewną ogładą. Już jako dziecko był grzeczny i, jak to się mówi, "łatwy". Po ojcu odziedziczył schludność odzienia, ciała i włosów i nigdy nie wydawał się nieporządnie ubrany, nawet jeżeli tak było. Chłopiec bezgrzeszny, wyrósł na bezgrzesznego mężczyznę. Nigdy nie przypisano mu występku popełnionego z rozmysłem, a występki wynikające z zaniedbania były ledwie wykroczeniami. Kiedy osiągnął wiek średni, mniej więcej w czasie, gdy takie rzeczy stały się znane, wykryto, że ma złośliwą anemię. Możliwe, że jego cnotliwość żywiła się brakiem energii.

Następny był Will, przysadzisty i flegmatyczny. Miał mało wyobraźni, ale za to ogromną energię. Od dzieciństwa potrafił ciężko pracować, jeżeli ktoś mu powiedział, co ma robić, a kiedy mu już raz powiedziano, bywał niezmordowany. Był także konserwatystą, nie tylko w polityce, ale we wszystkim. Wszelkie nowinki uważał za rewolucyjne i unikał ich z podejrzliwością i niesmakiem. Lubił żyć tak, żeby nikt nie mógł mu nic zarzucić, aby zaś to osiągnąć, musiał żyć możliwie najpodobniej do innych ludzi.

Możliwe, że ojciec Willa miał coś wspólnego z jego niechęcią do wszelkich zmian czy urozmaiceń. Kiedy Will zaczął dorastać, ojciec przebywał w dolinie Salinas od zbyt niedawna, aby go tam uznawano za "starego kumpla". Był w istocie obcokrajowcem i Irlandczykiem. W owym czasie Irlandczyków bardzo nie lubiano w Ameryce. Odnoszono się do nich z pogardą, zwłaszcza na Wschodnim Wybrzeżu, ale coś z tego musiało przesiąknąć i na Zachód. A Samuel miał nie tylko skłonność do urozmaiceń, ale był człowiekiem nowych pomysłów oraz innowacji. W małych, odciętych od świata społecznościach zawsze traktują takiego podejrzliwie, dopóki nie dowiedzie, że nie jest niebezpieczny dla innych. Człowiek tak błyskotliwy jak Samuel mógł i może sprawiać kłopoty. Na przykład okazać się zbyt pociągający dla żon mężczyzn, którzy wiedzą, że sami są nieciekawi. Poza tym było jeszcze jego wykształcenie i oczytanie, książki, które kupował i wypożyczał, wiedza o rzeczach nieprzeznaczonych ani do jedzenia, ani do noszenia, ani do mieszkania, zainteresowanie poezją i szacunek dla dobrego pisarstwa. Gdyby Samuel był bogaty, tak jak Thorne'owie czy Delmarowie, którzy posiadali wielkie domy i rozległe grunty, miałby na pewno dużą bibliotekę.

Delmarowie mieli bibliotekę, a w niej nic tylko książki - i całą wykładaną dębiną. Samuel, wypożyczając je, przeczytał więcej książek Delmarów niż oni sami. W owych czasach bogaty człowiek z wykształceniem był do przyjęcia. Mógł posyłać synów do college'u bez narażania się na czyjeś uwagi, mógł nosić kamizelkę, białą koszulę i krawat w dni powszednie, mógł chodzić w rękawiczkach i utrzymywać paznokcie w czystości. A jako że życie i praktyki ludzi bogatych były otoczone tajemnicą, więc któż wiedział, czego tacy mogli używać czy nie używać? Natomiast człowiek ubogi - po co mu poezja, malarstwo czy muzyka nie nadająca się do śpiewu lub tańca? Takie rzeczy nie pomagały mu przy zbieraniu plonów lub dbaniu o to, by dzieci miały co włożyć na grzbiet. A jeśli mimo to trwał przy swoim, bardzo możliwe, że miał jakieś powody, które nie ostałyby się w świetle dokładniejszych badań.

Samuel sporządzał rysunki rzeczy, które zamierzał wykonać z żelaza czy drewna. To było słuszne i zrozumiałe, nawet godne pozazdroszczenia. Ale na marginesach tych planów rysował inne rzeczy: czasami drzewa, to znowu twarze albo zwierzęta bądź robaki, czasem po prostu różne figury, których ani rusz nie można było rozpoznać. Na ich widok ludzie śmiali się niepewnie, z zakłopotaniem. Poza tym nigdy nie wiedziało się z góry, co Samuel pomyśli, powie czy zrobi - można było spodziewać się wszystkiego.

Przez pierwsze kilka lat po przybyciu Samuela do doliny Salinas otaczała go nieuchwytna nieufność. I kto wie, czy Will, jako mały chłopiec, nie słyszał pewnych rozmów w składzie w San Lucas. Mali chłopcy nie chcą, by ich ojcowie różnili się od innych ludzi. Will mógł właśnie wtedy nabrać konserwatywnych poglądów. Później, kiedy przybywały i dorastały następne dzieci, Samuel należał już do doliny, która była z niego dumna, tak jak dumny jest człowiek posiadający pawia. Już go się nie obawiali, bo nie uwodził im żon ani ich nie wywabiał ze słodkiej przeciętności. Dolina Salinas przywiązała się do Samuela, lecz w tym czasie Will był już całkowicie uformowany.

Niektóre jednostki, bynajmniej nie zawsze na to zasługując, są prawdziwymi ulubieńcami bogów. Wszystko im pcha się w ręce bez żadnych wysiłków czy planów z ich strony. Do takich należał Will Hamilton. A dary, jakie otrzymywał, były tymi właśnie, które potrafił ocenić. Już jako dorastający chłopiec miał szczęście. O ile jego ojciec nie potrafił robić pieniędzy, to Will musiał je robić, czy chciał, czy nie chciał. Kiedy hodował drób, a jego kury zaczęły się nieść, podniosła się cena jajek. Gdy był młodym człowiekiem, dwaj jego przyjaciele, prowadzący niewielki sklep, doszli do skraju sromotnego bankructwa, wobec czego poprosili Willa, żeby im pożyczył trochę pieniędzy na zapłacenie kwartalnych rachunków, i zaofiarowali mu na pociechę jedną trzecią udziałów. Nie okazał się sknerą. Dał im, o co prosili. Sklep stanął na nogi w ciągu roku, rozwinął się po dwóch latach, po trzech zaczął otwierać filie, obecnie zaś spadkobiercy tej firmy, tworząc ogromną sieć handlową, opanowali znaczną część tamtych obszarów.

Will przejął także za długi warsztat naprawy rowerów. Potem kilku bogatych ludzi z doliny kupiło samochody i jego mechanik zaczął przy nich pracować. Willowi dodał bodźca pewien zdeterminowany poeta, którego marzenia wyrażały się w mosiądzu, żeliwie i gumie. Nazwisko tego człowieka brzmiało Henry Ford, a jego projekty były wręcz śmieszne, jeżeli nie karygodne. Will niechętnie uznał południową połowę doliny za jego wyłączny teren i w ciągu piętnastu lat dolina została zarzucona fordami, a Will stał się bogatym człowiekiem prowadzącym własnego marmona.

Tom, trzeci syn, był najbardziej podobny do ojca. Urodził się w pasji, a żył w błyskawicach. Tom rzucił się w życie, na łeb na szyję. Był gigantem radości i entuzjazmu. Nie odkrywał świata i ludzi; sam ich tworzył. Kiedy czytał książki ojca, zdawało mu się, że jest pierwszym, który je otwiera. Żył w świecie tak lśniącym świeżością i tak niezbadanym jak Eden dnia szóstego. Umysł jego hasał niby źrebak po radosnym pastwisku, a kiedy później świat zaczął wznosić dokoła bariery, on rzucił się na druty, gdy zaś otoczyła go zewsząd ostateczna palisada, przebił się przez nią na wylot. I podobnie jak był zdolny do gigantycznej radości, potrafił też ulegać najgłębszemu smutkowi, tak że gdy zdechł mu pies, świat cały się zawalił.

Tom był pomysłowy jak jego ojciec, ale śmielszy. Próbował różnych rzeczy, na które ojciec by się nie ważył. Prócz tego dawały mu ostrogę potężne żądze, których Samuel nie znał. Możliwe, że to właśnie ów natarczywy popęd płciowy zmusił go do pozostania kawalerem. Urodził się w wysoce moralnej rodzinie. Kto wie, czy jego marzenia i tęsknoty, a także - skoro już o tym mowa - i ujścia, jakie im dawał, nie budziły w nim poczucia, że jest niegodny, nie wypędzały czasem jęczącego w góry. Tom był zabawną mieszaniną dzikości i łagodności. Pracował nieludzko, byleby tylko przez wysiłek pozbyć się dręczących pożądań.

Irlandczycy odznaczają się jakąś rozpaczliwą wesołością, ale krąży też pośród nich surowy i posępny duch, który im siada na ramionach i zagląda w myśli. Niech tylko zaśmieją się zbyt głośno, a już wtyka im długi palec w krtań. Potępiają sami siebie, zanim ich ktokolwiek oskarży, i to sprawia, że stale są w defensywie.

Kiedy Tom liczył sobie lat dziewięć, zamartwiał się, gdyż jego śliczna siostrzyczka Mollie miała wadę wymowy. Pewnego razu kazał jej szeroko otworzyć usta i wypatrzył, że przyczyną zła jest błona pod językiem. "Ja to załatwię" - powiedział. Zaprowadził siostrę do pewnej kryjówki daleko od domu, wyostrzył scyzoryk na kamieniu i przeciął to przykre kiełzno mowy. A potem odbiegł na stronę i zwymiotował.

Dom Hamiltonów rozrastał się w miarę rozrostu rodziny. Zaprojektowano go tak, żeby nigdy nie był wykończony, toteż można było dodawać przybudówki wedle potrzeby. Pierwotna izba z kuchnią wkrótce zniknęła w wikłaninie przybudówek.

Tymczasem Samuel bynajmniej się nie bogacił. Wyrobił się w nim przykry nawyk patentowania wynalazków - dolegliwość, na którą cierpi bardzo wielu. Wymyślił pewną część młockarni, lepszą, tańszą i sprawniejszą niż wszystkie dotychczas znane. Urząd patentowy zjadł jego skromny całoroczny zarobek. Samuel przesłał modele fabrykantowi, który czym prędzej odrzucił plany, natomiast posłużył się metodą. Nastąpiło kilka lat chudych na skutek wodzenia się po sądach, a ciągłe wydatki ustały dopiero wówczas, gdy Samuel przegrał sprawę. Było to dla niego pierwsze bolesne zetknięcie się z regułą, że bez pieniędzy nie można zwalczać pieniędzy. Jednakże dostał już gorączki patentowania i rok po roku pieniądze zarobione na młóceniu czy kowalstwie odpływały na patenty. Dzieci Hamiltonów chodziły boso, w połatanych drelichach, a jedzenia niekiedy brakowało - wszystko dlatego, że trzeba było płacić za wiotkie kalki kreślarskie z rysunkami spojeń, przekrojów płaskich i rzutów pionowych.

Są ludzie, którzy myślą na wielką skalę, i tacy, co myślą na małą. Samuel i jego synowie Tom i Joe myśleli na wielką skalę, natomiast Jerzy i Will - na małą. Joe był to czwarty syn - coś w rodzaju marzyciela, chłopiec bardzo kochany i otaczany opieką przez całą rodzinę. Wcześnie odkrył, że uśmiechnięta bezradność jest dla niego najlepszą obroną przed pracą. Wszyscy jego bracia pracowali twardo i pilnie. Natomiast łatwiej było wykonać robotę za Joego, niż go do niej przymusić. Ojciec i matka uważali go za poetę, ponieważ nie nadawał się do niczego innego. I wmówili mu to tak skutecznie, że pisywał gładkie wierszyki, aby udowodnić, iż mają rację. Joe był fizycznie leniwy, a prawdopodobnie także leniwy umysłowo. Prześnił na jawie całe swoje życie, a matka kochała go bardziej niż innych swoich synów, gdyż uważała, że jest niezaradny. W gruncie rzeczy był najmniej niezaradny ze wszystkich, bo przy minimum wysiłku pieszczoszek rodziny osiągał to, o co mu chodziło.

Za czasów feudalnych niezdatność do miecza i włóczni predestynowała młodzieńca do stanu duchownego; w rodzinie Hamiltonów niezdatność Joego do należytego pracowania na farmie i w kuźni predestynowała go do wyższej edukacji. Nie był chorowity ani słaby, ale nie miał tężyzny; kiepsko jeździł wierzchem i nie cierpiał koni. Cała rodzina śmiała się czule, kiedy wspominano, jak to Joe usiłował nauczyć się orać; jego pierwsza, kręta bruzda wiła się niczym strumyk na równinie, a druga zetknęła się z pierwszą raz tylko, aby ją przeciąć i odwędrować.

Stopniowo Joe wykręcił się od wszystkich gospodarskich obowiązków. Matka tłumaczyła, że buja myślami w obłokach, tak jakby to była jakaś szczególna zaleta.

Kiedy się okazało, że Joemu nic nie wychodzi, doprowadzony do depresji ojciec zapędził go do pasania sześćdziesięciu owiec. Wybrał mu pracę najłatwiejszą ze wszystkich i już klasycznie nie wymagającą żadnych umiejętności. Joe miał tylko jedno do roboty: być przy owcach. I Joe je pogubił - zgubił sześćdziesiąt owiec i nie mógł ich odnaleźć w cieniu wyschłego parowu, gdzie się stłoczyły. Według rodzinnych opowieści Samuel wezwał wtedy całą rodzinę, dziewczęta i chłopców, i kazał im przyrzec, że po jego śmierci zaopiekują się Joem, gdyż inaczej ten z całą pewnością zginie z głodu.

Na przemian z chłopcami urodziło się Hamiltonom pięć dziewczynek: Una, najstarsza, myśląca, chętna do nauki, ciemnowłosa dziewczyna, następnie Lizzie - zdaje się, że to jednak Lizzie była najstarsza, bo dali jej imię po matce; zresztą niewiele wiem o Lizzie. Wcześnie zaczęła wstydzić się rodziny. Młodo wyszła za mąż, wyjechała, i odtąd widywano ją tylko na pogrzebach. Miała niebywałą w rodzinie Hamiltonów skłonność do nienawiści i zacietrzewienia. Urodziła syna, a kiedy dorósł i poślubił dziewczynę, która nie podobała się Lizzie, matka nie odzywała się do niego przez parę lat.

Potem była Dessie, zawsze roześmiana, tak że każdy, kto z nią obcował, cieszył się z tego, bo milej spędzało się czas z Dessie niż z kimkolwiek innym.

Następna to Oliwia, moja matka. Po niej, ostatnia, Mollie, mała piękność o ślicznych blond włosach i fiołkowych oczach.

Tak przedstawiali się Hamiltonowie i było nieomal cudem, że Liza, ta chuda, drobna kurka, mogła rok w rok wydawać ich na świat, piec im chleb, szyć ubrania, a także uzbrajać w dobre maniery i żelazne zasady moralne.

Zdumiewająca rzecz, jak Liza kształtowała swoje dzieci. Nie miała najmniejszego doświadczenia życiowego, była nieoczytana i wyjąwszy jedyną, długą podróż z Irlandii, nieotrzaskana w świecie. Nie miała żadnych przeżyć z mężczyznami poza własnym mężem, co zresztą uważała za nużący, a czasem przykry obowiązek. Sporą część życia zajęły jej ciąże i wychowanie potomstwa. Jedyną jej pożywką intelektualną była Biblia, poza tym, co mówił Samuel i dzieci, których jednakże nie słuchała. W tej jednej księdze zawarła się dla niej cała historia, poezja, wiedza o ludziach i rzeczach, etyka, moralność i zbawienie. Nigdy nie studiowała ani nie analizowała Biblii; po prostu ją czytała. Liczne miejsca, w których ta najwyraźniej przeczy sama sobie, bynajmniej nie dezorientowały Lizy. I wreszcie doszła do tego, iż poznała Biblię tak dobrze, że dalej czytała ją, już nie słuchając.

Cieszyła się powszechnym szacunkiem, bo była zacną kobietą i wychowała zacne potomstwo. Każdemu mogła spojrzeć w oczy. Szanował ją mąż, szanowały dzieci i wnuki. Miała w sobie jakąś niespożytą siłę, brak wszelkiej kompromisowości i prawość w obliczu każdego napotkanego zła, wskutek czego ludzie czuli przed nią należny respekt, ale bez serdeczności.

Z żelazną determinacją nienawidziła napojów alkoholowych. Picie alkoholu pod wszelką postacią uważała za zbrodnię przeciw jakiemuś znieważonemu bóstwu. Nie tylko sama nie tykała trunków, ale sprzeciwiała się używaniu ich przez każdego. Wynikiem było naturalnie to, że jej mąż, Samuel, i wszystkie dzieci miały serdeczny, tęgi pociąg do wypitki. Raz, gdy Samuel był ciężko chory, zapytał:

- Lizo, nie dałabyś mi szklaneczki whiskey, żeby mi ulżyło? Wysunęła hardo drobną, mocno zarysowaną brodę.

- Chciałbyś stanąć przed tronem bożym, ziejąc gorzałką? Na pewno nie!

Samuel przewrócił się na drugi bok i dalej chorował, nie zaznawszy ulgi.

Kiedy Liza zbliżała się do siedemdziesiątki, zaczęła jej szwankować przemiana materii i doktor zalecił, by brała jako lekarstwo łyżkę stołową portwajnu. Pierwszą łyżkę wmusiła w siebie, krzywiąc się mocno, ale nie okazało się to takie złe. I od tej chwili oddech jej nie był już nigdy całkowicie wolny od alkoholu. Zawsze brała wino łyżką stołową, zawsze uważała, że to lekarstwo, ale po pewnym czasie doszła do ćwiartki dziennie i stała się o wiele spokojniejsza i bardziej zadowolona z życia.

Wszystkie dzieci Samuela i Lizy wychowały się i dobrze zbliżyły do dojrzałości przed schyłkiem dziewiętnastego stulecia. Na ranczo położonym na wschód od King City dorastało stadko Hamiltonów. A były to już amerykańskie dzieci, młodzieńcy i panny. Samuel nigdy nie wrócił do Irlandii i stopniowo zapomniał o niej całkowicie. Był bardzo zajęty. Nie miał czasu na nostalgię. Świat stanowiła dolina Salinas. Podróż do Salinas, położonego o sześćdziesiąt mil na północ, u wejścia do doliny, stanowiła wydarzenie, które wystarczało na cały rok, a nieustanna praca na ranczo, opieka nad liczną rodziną, jej wyżywienie i odzianie zajmowały mu większość czasu - ale nie wszystek. Samuel odznaczał się niespożytą energią.

Jego córka Una okazała się pilną uczennicą, pełną wewnętrznego napięcia i powagi. Dumny był z jej bystrego, badawczego umysłu. Oliwia po szkole średniej w Salinas przygotowywała się do egzaminów przed komisją okręgową. Miała zostać nauczycielką, co uważano za podobny zaszczyt jak w Irlandii posiadanie księdza w rodzinie. Joego zamierzano posłać do college'u - poza tym nie nadawał się absolutnie do niczego. Will znajdował się na prostej drodze do nieoczekiwanej fortuny. Tom sparzył się na życiu i teraz lizał rany. Dessie uczyła się kroju, a Mollie, śliczna Mollie, gotowała się do wyjścia za mąż za jakiegoś zamożnego człowieka.

Sprawa dziedziczenia nie istniała. Aczkolwiek ranczo na wzgórzu było spore, było także przepastnie ubogie. Samuel wiercił studnię za studnią, lecz ani rusz nie mógł znaleźć wody na swoim gruncie. To by wszystko odmieniło. Woda uczyniłaby go bogatym. Pojedyncza nędzna rura, którą pompowano wodę z głębi ziemi w pobliżu domu, była jedynym jej źródłem; niekiedy woda opadała niebezpiecznie, a dwa razy wyschła zupełnie. Bydło musiało przychodzić do pojenia z dalekiego skraju rancza, a potem znowu wracać na pastwisko.

Wszystko razem wziąwszy, była to dobra rodzina, zasiedziała, stabilna i pomyślnie wrośnięta w dolinę Salinas, ani uboższa, ani bogatsza od innych. Rodzina dobrze zrównoważona, obejmująca tak konserwatystów, jak radykałów, marzycieli, jak i realistów. Samuel był zadowolony z owoców swoich lędźwi.

ROZDZIAŁ 6

Kiedy Adam wstąpił do wojska, a Cyrus przeniósł się do Waszyngtonu, Karol pozostał sam na farmie. Przechwalał się, że weźmie sobie żonę, ale nie zabrał się do tego zwykłą metodą poznawania dziewcząt, zapraszania ich na tańce, wypróbowywania ich zalet czy wprost przeciwnie, i wreszcie osuwania się siłą bezwładu w małżeństwo. Prawda wyglądała tak, że Karol był chorobliwie nieśmiały w kontaktach z dziewczynami. I podobnie jak większość nieśmiałych mężczyzn, zaspokajał swoje naturalne popędy w anonimowości prostytucji. Nieśmiały mężczyzna znajduje poczucie bezpieczeństwa w obcowaniu z kurwą. Ponieważ bierze ona zapłatę, i to z góry, więc staje się towarem, i człowiek nieśmiały może pozwolić sobie wobec niej na absolutną swobodę, a nawet brutalność. Poza tym nie czuje lęku przed ewentualną odmową, który skręca trzewia bojaźliwym.

Sprawa była prosta i utrzymywana w rozsądnej tajemnicy. Właściciel zajazdu miał na najwyższym piętrze trzy pokoje dla przejezdnych gości, które wynajmował dziewczynom na okresy dwutygodniowe. Po dwóch tygodniach przychodził na ich miejsce nowy zespół dziewczyn. Właściciel, pan Hallam, nie brał w tym żadnego udziału. Mógł powiedzieć nieomal zgodnie z prawdą, że nic mu na ten temat nie wiadomo. Po prostu pobierał za trzy pokoje czynsz pięciokrotnie wyższy od normalnego. Dziewczyny werbował, dostawiał, przewoził, utrzymywał w dyscyplinie i okradał pewien rajfur nazwiskiem Edwards, który mieszkał w Bostonie. Jego pupilki powoli objeżdżały małe miasteczka, nigdzie nie zatrzymując się dłużej niż dwa tygodnie. Był to niezmiernie praktyczny system. Żadna nie przebywała w danej miejscowości dość długo, żeby wywołać komentarze obywateli czy szeryfa. Dużo przesiadywały w pokojach i unikały miejsc publicznych. Pod karą chłosty nie wolno im było pić, robić zamieszania czy zakochać się w kimkolwiek. Posiłki podawano im w pokojach, a klientów przesiewano starannie. Nie dopuszczano na górę, do dziewczyn, nikogo pijanego. Co pół roku każda dostawała miesiąc urlopu, żeby się mogła spić i wyszaleć. Jeżeli któraś okazała podczas służby nieposłuszeństwo, pan Edwards osobiście zdzierał z niej suknię, kneblował i batożył tak, że ledwie dychała. Jeżeli zrobiła to powtórnie, trafiała do aresztu, oskarżona o włóczęgostwo i publiczne uprawianie nierządu.

Dwutygodniowe turnusy miały jeszcze dodatkową zaletę. Niejedna dziewczyna, zarażona, w ten sposób niemal zawsze znikała, nim jej podarek wylągł się w kliencie. Nie było na kogo się wściekać. Pan Hallam nic o tym nie wiedział, a pan Edwards nigdy nie pokazywał się publicznie w oficjalnym charakterze. System objazdowy jemu też się opłacał.

Wszystkie dziewczyny były dosyć podobne do siebie - tęgie, zdrowe, leniwe i tępe. Klient prawie nie zauważał zmiany. Karol Trask zwykle odwiedzał zajazd przynajmniej co dwa tygodnie, wdrapywał się na najwyższe piętro, szybko załatwiał swoją sprawę i wracał do baru, aby tam lekko się spić.

W domu Trasków nigdy nie panowała wesołość, ale odkąd pozostał w nim tylko Karol, rodzinne gniazdo przybrało posępny wygląd ruiny. Koronkowe firanki zszarzały, podłogi, choć zamiatane, były lepkie i wilgotnawe. Całą kuchnię - ściany, okna i sufit - pokrywał niby lakierem tłuszcz ze smażenia. Dawniej ustawiczne szorowanie przez obie żony, które tutaj mieszkały, i przeprowadzane dwa razy do roku gruntowne porządki nie dopuszczały brudu. Karol natomiast rzadko robił cokolwiek poza zamiataniem. Zrezygnował z pościeli i sypiał pod kocem. Po co sprzątać dom, jeżeli nie ma kto go oglądać? Tylko w wieczory gdy szedł do zajazdu, mył się i wkładał czyste ubranie.

Zrodził się w nim jakiś niepokój, który wypędzał go na dwór o świcie. Karol pracował ciężko na farmie, ponieważ był samotny. Wróciwszy z pola, opychał się smażonym jedzeniem, kładł do łóżka i zasypiał, syty i ociężały.

Jego smagła twarz wyrażała powagę i apatyczność, co jest właściwe człowiekowi, który prawie stale jest sam. Brata brakowało mu bardziej niż matki i ojca. Czasy poprzedzające odjazd Adama wspominał niejasno jako szczęśliwy okres i pragnął, by powróciły.

Przez te lata ani razu nie chorował, oczywiście poza chroniczną niestrawnością, która była i jest powszechna wśród mężczyzn, którzy mieszkają w pojedynkę, sami sobie gotują i jedzą w samotności. Brał na to mocny środek przeczyszczający, który nosił nazwę Eliksir Życia Ojca Jerzego.

Raz jeden, w trzecim roku swojego osamotnienia, miał wypadek. Wykopywał głazy i zwoził je pod kamienny mur. Jeden spory głaz nie dawał się poruszyć. Karol podważał go długim żelaznym łomem, ale kamień obsuwał się wciąż i staczał z powrotem na swoje miejsce. Nagle Karol stracił panowanie nad sobą. Na twarzy pojawił mu się ów charakterystyczny uśmieszek; zaczął walczyć z kamieniem jakby z człowiekiem, w milczącej furii. Wbił łom głęboko pod niego i nacisnął całym swoim ciężarem. Łom wyśliznął mu się i górnym końcem trzasnął go w czoło. Przez długą chwilę Karol leżał nieprzytomny na polu, po czym przekręcił się na brzuch i powlókł, na wpół oślepiony, do domu. Na czole miał długą, poszarpaną pręgę, która biegła od włosów aż między brwi. Przez kilka tygodni bandaże na głowie przykrywały ropną infekcję, ale tym stanem się nie przejmował. W owych czasach uważano ropę za coś dobroczynnego, za dowód, że rana goi się należycie. Kiedy się wreszcie zgoiła, została po niej długa, pomarszczona blizna, a chociaż na ogół tkanka blizn bywa jaśniejsza od otaczającej ją skóry, u Karola przybrała kolor ciemnobrązowy. Możliwe, że łom wbił pod skórę rdzę żelaza i pozostawił coś w rodzaju tatuażu.

Raną Karol się nie martwił, natomiast blizną tak. Wyglądała jak podłużny ślad palca na czole. Często przyglądał jej się w małym lusterku wiszącym obok pieca. Zaczesywał włosy na czoło, aby ją w miarę możności ukryć. Wstydził się szramy, nienawidził jej. Kręcił się niespokojnie, kiedy ktoś na nią patrzał, a wzbierała w nim furia, jeżeli go na ten temat pytano. W liście do brata dał wyraz swoim uczuciom w tej mierze.

Wygląda to tak - pisał - jakby mnie ktoś naznaczył niczym krowę. To draństwo robi się coraz ciemniejsze. Pewnie całkiem sczernieje, zanim wrócisz do domu. Jeszcze mi tylko potrzeba drugiej na poprzek, a wyglądałbym jak papista w środę popielcową. Nie mam pojęcia, dlaczego ona mi tak przeszkadza. Mam mnóstwo innych blizn. Po prostu wygląda jakbym był naznaczony. A kiedy pojadę do miasta, na przykład do zajazdu, ludzie wciąż jej się przyglądają. Słyszę, jak o niej mówią, kiedy im się zdaje, że nie mogę usłyszeć. Nie wiem, dlaczego ich tak cholernie ciekawi. Dochodzi do tego, że w ogóle nie mam ochoty jeździć do miasta.

Adam został zwolniony z wojska w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku i ruszył w drogę do domu. Zewnętrznie niewiele się zmienił. Nie trzymał się po wojskowemu. Kawaleria nie oddziaływała w ten sposób; niektóre pułki szczyciły się nawet niedbałą postawą.

Chodził jak we śnie. Niełatwo jest porzucić gruntownie unormowane życie, nawet jeżeli się go nienawidzi. Rano budził się w ułamek sekundy i leżał, czekając na pobudkę. Łydkom brakowało ucisku cholew, a gardło czuło się nagie bez ciasno zapiętego kołnierza. Przyjechał do Chicago, tam nie wiadomo dlaczego wynajął na tydzień umeblowany pokój, przemieszkał w nim dwa dni, pojechał do Buffalo, rozmyślił się i przeniósł do Niagary. Nie chciał wracać do domu i odkładał to, jak mógł najdłużej. Dom nie był miłym miejscem w jego myślach. Uczucia, jakich tam zaznał, już obumarły i z niechęcią przywracałby je do życia. Godzinami przypatrywał się wodospadom. Huk wody otumaniał go i hipnotyzował.

Pewnego wieczoru poczuł paraliżującą tęsknotę za bliskością kolegów z koszar i spod namiotów. Odruchowo zapragnął wmieszać się w tłum, byle jaki tłum, żeby w nim znaleźć ciepło. Pierwszym tłocznym miejscem publicznym, jakie mu się nawinęło, był mały, zadymiony i przepełniony barek. Odetchnął z rozkoszą, nieomal wtulił się w masę ludzką, tak jak kot wtula się w stosik drew na podpałkę. Zamówił whiskey, wypił, zrobiło mu się ciepło i dobrze. Nie patrzył ani nie słuchał. Po prostu wchłaniał w siebie kontakt z ludźmi.

Kiedy już było późno i goście zaczęli odpływać, czuł lęk przed chwilą powrotu do siebie. Niebawem pozostał sam na sam z barmanem, który wycierał i wycierał mahoniowy blat, usiłując wzrokiem i sposobem bycia nakłonić Adama do wyjścia.

- Poproszę jeszcze jednego - powiedział Adam.

Barman wyjął butelkę. Adam przyjrzał mu się po raz pierwszy. Miał na czole czerwone znamię.

- Jestem przejazdem w tych stronach - zagadnął Adam.

- U nas przy wodospadach najczęściej trafiają się tacy - odparł barman.

- Byłem w wojsku. W kawalerii.

- Aha - mruknął barman.

Adam poczuł nagle, że musi zaimponować temu człowiekowi, że musi się jakoś dobrać do niego.

- Biłem się z Indianami. Czasem nieźle bywało.

Tamten milczał.

- Mój brat też ma znak na czole.

- Mam to od urodzenia. - Barman dotknął palcami znamienia. - Z każdym rokiem robi się większe. Pański brat też ma takie?

- Nie, jego jest po skaleczeniu. Pisał mi o tym.

- Zauważył pan, że to moje wygląda jak kot?

- No.

- Przezywają mnie Kot. Całe życie to miałem. Powiadają, że matka musiała się zlęknąć kota, kiedy mnie nosiła.

- Ja teraz jestem w drodze do domu. Dawno tam nie byłem. Napije się pan?

- Dziękuję. Gdzie pan się zatrzymał?

- W pensjonacie pani May.

- Znam ją. Mówią, że leje w człowieka zupę, żeby nie mógł zjeść za dużo mięsa.

- Ano, w każdym zawodzie są sposoby.

- Chyba to prawda. W moim na pewno jest sporo.

- Z pewnością. - Adam pokiwał głową.

- Ale tego jednego, którego mi trzeba, to nie znam. A chciałbym znać.

- Jakiego?

- Co, do cholery, zrobić, żeby pan poszedł do domu i dał mi zamknąć lokal.

Adam zaczął się w niego wpatrywać, nic nie mówiąc.

- To żart - dodał niepewnie barman.

- Zdaje się, że rano wrócę do domu - stwierdził Adam. - To znaczy do mojego prawdziwego domu.

- Wszystkiego dobrego - powiedział barman.

Adam szedł przez pogrążone w ciemnościach miasto, przyspieszając kroku, jak gdyby jego samotność sunęła, węsząc, trop w trop za nim. Zmurszałe schody frontowe pensjonatu zaskrzypiały ostrzegawczo, gdy na nie wchodził. W półmroku sieni widział punkcik żółtego światła lampki naftowej, przykręconej tak, że migotała, dogasając.

Gospodyni stała w otwartych drzwiach swojego pokoju, a cień nosa padał jej aż na brodę. Zimne oczy prowadziły Adama na podobieństwo oczu malowanego en face portretu, a nos starał się wytropić whiskey, którą Adam miał w sobie.

- Dobranoc - rzekł Adam.

Nie odpowiedziała.

Na pierwszym zakręcie schodów obejrzał się. Stała z zadartą głową i teraz broda rzucała cień na szyję, a oczy nie miały źrenic.

Pokój pachniał wielokrotnie zwilżanym i osuszanym kurzem. Adam wyjął zapałkę i potarł ją o bok pudełka. Zapalił ogarek świecy tkwiący w lakierowanym lichtarzu i popatrzył na łóżko obwisłe jak hamak, przykryte brudną kołdrą uszytą z kawałków materiału, z której bokami wyłaziła wata.

Schodki od ganku znów jęknęły i Adam domyślił się, że kobieta i teraz stanie w progu, gotowa obryzgać nowego przybysza swą niegościnnością.

Usiadł na krześle, łokcie oparł na kolanach, a brodę na dłoniach. Jakiś lokator w głębi korytarza zaniósł się pośród cichej nocy cierpliwym, niekończącym się kaszlem.

I oto Adam wiedział już, że nie może jechać do domu. Słyszał od starych żołnierzy, że robili to, co on zamierzał zrobić teraz.

"Po prostu nie mogłem tego wytrzymać. Nie miałem gdzie iść. Nikogo nie znałem. Wałęsałem się i bardzo prędko obleciał mnie strach jak smarkacza; ani się obejrzałem, jak prosiłem wachmistrza, żeby mnie wziął z powrotem - zupełnie jakby mi robił łaskę".

Wróciwszy do Chicago, Adam zaciągnął się znowu i poprosił o przydzielenie do jego dawnego pułku. Kiedy jechał pociągiem na Zachód, żołnierze ze szwadronu wydali mu się kochani i mili.

Czekając w Kansas City na przesiadkę, usłyszał, że ktoś wywołuje jego nazwisko, po czym wetknięto mu w rękę papier - rozkaz zameldowania się w Waszyngtonie w kancelarii Sekretarza Wojny. W ciągu pięciu lat służby Adam nie tyle nauczył się, ile przyswoił sobie zasadę niedziwienia się nigdy rozkazom. Dla prostego żołnierza wielcy, dalecy bogowie z Waszyngtonu byli kupą wariatów i jeśli chciał pozostać przy zdrowych zmysłach, jak najmniej myślał o generałach.

We właściwym momencie podał swoje nazwisko urzędnikowi i zasiadł w poczekalni. Tam odnalazł go ojciec. Minęła chwila, zanim Adam poznał Cyrusa, a jeszcze więcej czasu, nim do niego przywykł. Cyrus stał się wielkim panem. Ubrany był po wielkopańsku - w czarny sajetowy surdut i spodnie, czarny kapelusz z szerokim rondem i narzutkę z aksamitnym kołnierzem, a w ręku trzymał hebanową laskę, którą nosił jak pałasz. I zachowywał się jak wielki pan. Przemawiał powoli, miękko, miarowo i bez podniecenia, gestykulował szeroko, a nowo wstawione zęby nadawały mu jakiś wilczy uśmiech, nie pozostający w żadnej proporcji do odczuwanych wzruszeń.

Kiedy Adam uświadomił już sobie, że ma przed sobą ojca, wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia. Wtem spojrzał w dół - drewnianej nogi nie było. Ojciec miał nogę prostą, zginającą się w kolanie, a stopę obutą w sztyblet z lakierowanej koźlej skóry. Chodząc utykał trochę, ale nie było to dawne ciężkie utykanie na drewnianej nodze.

Cyrus dostrzegł spojrzenie syna.

- To jest mechanizm - wyjaśnił. - Chodzi na zawiasie. Ma sprężynę. W ogóle nie kuleję, jeżeli trochę uważam. Pokażę ci, gdy zdejmę. Chodź teraz ze mną.

- Jestem tu wezwany służbowo, proszę ojca. Mam się zameldować u pułkownika Wellsa.

- Wiem o tym. To ja poleciłem Wellsowi wysłać ten rozkaz. Chodź.

- Jeżeli ojciec nie ma nic przeciwko temu, myślę, że lepiej, żebym się zameldował u pułkownika Wellsa.

Ojciec zmienił ton.

- To była próba - powiedział z godnością. - Chciałem się przekonać, czy wojsko zna dyscyplinę w dzisiejszych czasach. Porządny chłopak z ciebie. Wiedziałem, że ci to dobrze zrobi. Jesteś mężczyzną i żołnierzem, mój chłopcze.

- Jestem wezwany służbowo - powtórzył Adam.

Ten człowiek był mu obcy. Adam wyczuwał tu coś fałszywego. A pośpiech, z jakim otwarły się drzwi wiodące prosto do pułkownika, uniżony szacunek tego oficera, słowa "pan sekretarz stanu natychmiast pana przyjmie" - nie zatarły tego wrażenia.

- To mój syn, panie sekretarzu, prosty żołnierz, taki sam, jakim ja byłem... Prosty żołnierz armii Stanów Zjednoczonych.

- Zostałem zwolniony w stopniu kaprala - przypomniał Adam. Wymiany uprzejmości słuchał jednym uchem. Rozmyślał: To jest Sekretarz Wojny. Czyż on nie widzi, że mój ojciec wcale nie jest taki? Przecież w tej chwili odgrywa jakąś rolę. Co mu się stało? Zabawne, że sekretarz tego nie dostrzega.

Poszli do niewielkiego hotelu, gdzie mieszkał Cyrus, i po drodze ojciec, z wymownością prelegenta, pokazywał Adamowi różne widoki, budynki, historyczne miejsca.

- Mieszkam w hotelu - mówił. - Myślałem już, żeby sobie wynająć dom, ale za dużo jestem w ruchu, to by się nie opłaciło. Większość czasu spędzam na rozjazdach po całym kraju.

Portier hotelowy też nic nie widział. Ukłonił się nisko Cyrusowi, nazywał go "panem senatorem" i dał do zrozumienia, że znajdzie dla Adama pokój, choćby miał kogoś wyrzucić.

- Proszę mi przysłać do numeru butelkę whiskey.

- Jeżeli pan sobie życzy, mógłbym też przysłać trochę tłuczonego lodu.

- Lodu! - odparł Cyrus. - Mój syn jest żołnierzem. - Postukał laską o nogę, która wydała głuchy odgłos. - Ja także byłem żołnierzem... prostym żołnierzem. - Na co komu lód?

Adama zdumiało pomieszczenie zajmowane przez Cyrusa. Miał nie tylko sypialnię, ale obok niej i salonik, a toaleta była w alkowie przy pokoju sypialnym.

Ojciec zasiadł w głębokim fotelu i westchnął. Podciągnął nogawkę i Adam zobaczył mechanizm zrobiony z żelaza, skóry i twardego drewna. Cyrus rozsznurował skórzany uchwyt, przytwierdzający to do kikuta nogi, i oparł o krzesło.

- Czasem paskudnie uwiera - powiedział.

Bez nogi ojciec znów stał się sobą, tym zapamiętanym przez syna. Adam odczuwał już początki wzgardy, ale teraz lęk, respekt i niechęć z czasów dzieciństwa znów powróciły, znów był małym chłopcem, który bada chwilowy nastrój ojca, żeby uniknąć przykrości.

Cyrus poczynił wszystkie przygotowania, napił się whiskey i rozluźnił kołnierzyk. Obrócił się do Adama.

- No i co?

- Słucham?

- Dlaczegoś się na powrót zaciągnął?

- Nie...nie wiem, proszę ojca. Po prostu miałem ochotę.

- Przecież nie lubisz wojska, Adamie.

- Nie, proszę ojca.

- Więc dlaczego wróciłeś?

- Nie chciałem jechać do domu.

Cyrus westchnął i potarł czubkami palców poręcze fotela.

- I masz zamiar zostać w wojsku?

- Nie wiem, proszę ojca.

- Mogę cię umieścić w West Point. Mam stosunki. Mogę cię kazać zwolnić, żebyś mógł pójść do West Point.

- Nie chcę tam iść.

- Stawiasz mi się? - zapytał spokojnie Cyrus.

Adam długo nie odpowiadał i szukał w myśli jakiejś ucieczki, zanim odpowiedział:

- Tak, ojcze.

- Nalej mi trochę whiskey, synu. Ciekaw jestem, czy wiesz, jakie ja naprawdę mam wpływy. Mogę rzucić Wielką Armię na każdego kandydata niczym skarpetkę. Nawet prezydent lubi wiedzieć, co myślę o sprawach publicznych. Mogę utrącić senatora i przebierać w posadach jak w jabłkach. Mogę zrobić człowieka i zniszczyć człowieka. Wiesz o tym?

Adam wiedział coś więcej. Że Cyrus broni się groźbami.

- Tak, proszę ojca. Słyszałem.

- Mógłbym kazać przydzielić cię do Waszyngtonu... ba, nawet do mnie... nauczyć cię, jak dojść do czegoś.

- Wolałbym wrócić do pułku, ojcze.

Dostrzegł cień przegranej omraczający twarz ojca.

- Możliwe, że się omyliłem. Nauczyłeś się niemego oporu żołnierza. - Westchnął. - Każę cię odkomenderować do pułku. Będziesz gnić w koszarach.

- Dziękuję ojcu. - Po chwili milczenia zapytał: - Dlaczego ojciec nie sprowadzi tu Karola?

- Bo ja... Nie, lepiej, żeby Karol był tam, gdzie jest.

Adam zapamiętał ton i minę ojca. A miał dość czasu, żeby je wspominać, bo istotnie gnił w koszarach. Pamiętał, że Cyrus był opuszczony i samotny - i że dobrze o tym wiedział.

Karol cieszył się na powrót Adama po pięciu latach. Odmalował dom i stodołę, a kiedy data przyjazdu się zbliżała, sprowadził kobietę do gruntownego wysprzątania domu.

Była to schludna, uboga starsza niewiasta. Popatrzała na zszarzałe od kurzu, rozpadające się firanki, wyrzuciła je i uszyła nowe. Wyskrobała z pieca kuchennego tłuszcz, który oblepiał go od śmierci matki Karola. Zmyła ługiem ze ścian brunatne, błyszczące paskudztwo, osiadłe na nich od tłuszczów jadalnych i lamp naftowych. Wytrawiła ługiem podłogi, wymoczyła koce w sodzie krystalicznej, burcząc przez cały czas pod nosem: "Te chłopy to niechlujne zwierzaki. Nawet wieprz jest czysty w porównaniu z nimi. Gniją we własnym sosie. Nie rozumiem, jak kobita może za nich wyjść za mąż. Śmierdzą jak zaraza. Choćby i ten piec - uświniony tak od czasów Matuzalema".

Karol przeniósł się do szopy, gdzie jego nozdrzy nie drażniły niepokalane, lecz przykre wyziewy ługu i sody, amoniaku i szarego mydła. Mimo to jednak miał wrażenie, że kobieta nie pochwala jego gospodarki. Gdy wreszcie, mrucząc, wyniosła się ze lśniącego czystością domu, Karol pozostał w szopie. Chciał zachować dom czysty dla Adama. W szopie, gdzie sypiał, złożone były narzędzia gospodarskie oraz przybory do ich naprawy i konserwacji. Przekonał się, że może szybciej i sprawniej przyrządzać sobie smażone i gotowane posiłki na palenisku w kuźni niż na piecu kuchennym. Miechy szybko wydobywały z koksu płomienny żar. Nie trzeba było czekać, aż blacha się rozgrzeje. Nie pojmował, dlaczego wcześniej nie wpadł na ten pomysł.

Czekał na Adama, a ten nie przyjeżdżał. Być może, wstydził się pisać. To Cyrus zawiadomił Karola gniewnym listem o ponownym zaciągnięciu się Adama wbrew jego życzeniu. Dawał także do zrozumienia, że kiedyś w przyszłości Karol mógłby odwiedzić go w Waszyngtonie, ale więcej go nigdy nie zaprosił.

Karol przeniósł się z powrotem do domu i żył tam w jakimś dzikim brudzie, czerpiąc satysfakcję z niweczenia pracy owej mrukliwej kobiety.

Minął rok z górą, zanim Adam napisał do Karola list pełen zakłopotania i nowin, którymi podbudował sobie odwagę, wyjaśniając swoją decyzję:

Nie wiem, dlaczego znowu się zaciągnąłem. Zupełnie jakby to zrobił ktoś inny. Napisz, co u ciebie słychać.

Karol nie odpowiadał, dopóki nie otrzymał czterech niespokojnych listów, a wtedy odpisał chłodno: Właściwie nie bardzo wierzyłem w twój przyjazd, po czym wdał się w szczegółową relację o farmie i bydle.

Czas robił swoje. Karol napisał zaraz po Nowym Roku i otrzymał list od Adama, też wysłany wkrótce po Nowym Roku. Tak bardzo oddalili się od siebie, że mało tam było wzajemnych wiadomości, a żadnych pytań.

Karol trzymał teraz w domu jedną niechlujną kobietę po drugiej. Kiedy zaczynały mu działać na nerwy, wyrzucał je tak samo, jakby sprzedał wieprzka. Nie lubił ich i nic go nie obchodziło, co one o nim myślą. Odseparował się od miasteczka. Utrzymywał kontakt jedynie z zajazdem i z listonoszem. Miejscowi ludzie mogli potępiać jego sposób życia, ale przynajmniej jedna rzecz równoważyła nawet w ich oczach te szpetne obyczaje. Nikt dotąd nie prowadził farmy tak dobrze. Karol wykarczował ziemię, zbudował ogrodzenia, poprawił nawodnienie i powiększył farmę o sto akrów. Co więcej, sadził tytoń, a za domem wznosiła się imponująca, nowa, długa suszarnia. Dzięki temu zachował szacunek sąsiadów. Farmer nie może zanadto źle sądzić dobrego farmera. Większość swoich pieniędzy i całą energię Karol poświęcał gospodarstwu.

ROZDZIAŁ 7

Następne pięć lat spędził Adam na zajęciach, do których ucieka się wojsko, żeby żołnierz nie dostał obłędu, a więc na niekończącym się polerowaniu metalu i skóry, na paradach, musztrach i konwojach, na ceremoniach z trąbką i sztandarem - balecie czynności przeznaczonych dla ludzi, którzy nie mają nic do roboty. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym roku wybuchł w Chicago wielki strajk transportowców i pułk Adama już załadowano do pociągu, ale strajk się zakończył, nim wojsko okazało się potrzebne. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym roku Indianie z plemienia Seminolów, którzy nigdy nie podpisali układu pokojowego, zaczęli się ruszać i kawalerię powtórnie załadowano do wagonów; jednakże Seminole wycofali się na swoje bagna i przycichli, a wojsko znowu pogrążyło się w sennych, powszednich zajęciach.

Upływanie czasu jest dziwną i wewnętrznie sprzeczną sprawą dla ludzkiego umysłu. Byłoby rzeczą rozsądną mniemać, że czas unormowany czy niewypełniony wydarzeniami musi się ciągnąć bez końca. Tak być powinno, ale tak nie jest. Właśnie nudne, puste okresy nie mają żadnej rozciągłości. Natomiast czas przetykany ciekawymi zdarzeniami, kaleczony tragedią, rozszczepiany radością - wydaje się długi we wspomnieniu. I słusznie, jeżeli się nad tym zastanowić. Bezzdarzeniowość nie posiada słupów, na których można by rozpiąć trwanie. Między niczym a niczym nie ma odstępu czasu.

Drugie pięć lat minęło Adamowi, zanim się spostrzegł. Pod koniec roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego zwolniono go z Presidio, w San Francisco, z naszywkami wachmistrza. Listy między Karolem i Adamem stały się rzadkością, ale tuż przed zwolnieniem z wojska Adam napisał do Karola: Tym razem przyjeżdżam do domu - i tyle słyszał o nim brat przez następne trzy lata z górą.

Adam przeczekał zimę, wędrował wzdłuż rzeki do Sacramento i przemierzał dolinę San Joaquin, a kiedy przyszła wiosna, został bez pieniędzy. Zrolował więc koc i ruszył na wschód, pieszo, albo uczepiony z grupkami innych ludzi u drążków hamulcowych pod wlokącymi się ślamazarnie wagonami towarowymi. Nocą biwakował z włóczęgami w obozowiskach na skrajach miast. Nauczył się żebrać, nie o pieniądze, ale o jedzenie. I ani się obejrzał, jak sam został trampem.

Dziś tacy ludzie trafiają się rzadko, ale w latach dziewięćdziesiątych było ich sporo - włóczęgów, samotników, którzy tak właśnie chcieli żyć. Jedni uciekali od obowiązków, innych wykluczyła ze społeczeństwa niesprawiedliwość. Pracowali trochę, ale nie za długo. Kradli, ale tylko żywność i od czasu do czasu niezbędne części odzienia, które ściągali ze sznura suszącej się bielizny. Byli to najróżniejsi ludzie - oczytani i analfabeci, czyści i brudni - ale wszyscy mieli wspólną cechę: niespokojnego ducha. Szukali ciepła, a unikali upału i mrozu. Wiosną kierowali się ku wschodowi, a pierwszy przymrozek spędzał ich na zachód i południe. Byli braćmi kojota, który, choć dziki, żyje blisko człowieka i kurników; przebywali w pobliżu miast, ale nie w miastach. Ich związki z innymi ludźmi trwały tydzień lub dzień, po czym drogi obu stron się rozchodziły.

Wokół małych ognisk, na których bulgotała pospólna strawa, gwarzono o wszystkim z wyłączeniem jedynie spraw osobistych. Adam dowiedział się o rozwoju I.W.W.1 i jego gniewnych aniołach. Przysłuchiwał się filozoficznym dyskusjom, rozmowom o metafizyce, estetyce, o cudzych doświadczeniach. Towarzyszem, nocnych dysput mógł być morderca, ksiądz pozbawiony sutanny lub taki, który sam zrzucił sutannę, profesor wygnany z ciepłego gniazdka przez tępy fakultet, samotny, zagoniony człowiek, uciekający od wspomnień, upadły archanioł i czeladnik diabelski - a każdy dorzucał do ognia okruchy myśli, podobnie jak dorzucał marchew, ziemniaki, cebulę czy mięso do przyrządzanej strawy. Adam przyswoił sobie umiejętność golenia się kawałkiem stłuczonego szkła i oceniania domu przed zapukaniem do drzwi z prośbą o datek. Nauczył się omijać albo zjednywać sobie wrogich policjantów oraz szacować kobietę zależnie od jej gorącego serca.

Znajdował przyjemność w nowym życiu. Gdy jesień dotknęła drzew, doszedł do Omaha i bez namysłu, pytań czy roztrząsań pospieszył na zachód i południe, przemknął przez góry i z ulgą dotarł do południowej Kalifornii. Od granicy powędrował brzegiem morza na północ, aż do San Luis Obispo, i nauczył się wybierać z kałuż pozostałych po odpływie małże, węgorze, mięczaki i okonie, wygrzebywać ślimaki z ławic piaskowych, chwytać na wydmach króliki w sidła sporządzone z pętli zaciąganej na żyłce od wędki. I często leżał na rozgrzanym od słońca piasku, licząc fale.

Wiosna popchnęła go znów na wschód, ale już wolniej niż przedtem. Lato w górach było chłodne, a górscy ludzie dobrotliwi, tak jak dobrotliwi są samotnicy.

Adam zgodził się do pracy na gospodarstwie pewnej wdowy, nieopodal Denver, i pokornie dzielił z nią stół oraz łoże, dopóki mróz nie wygnał go znów na południe. Poszedł wzdłuż Rio Grande, mijając Albuquerque i El Paso, poprzez Wielki Zakręt i Laredo, aż do Brownsville. Nauczył się słów hiszpańskich określających pożywienie i przyjemności, a także tego, że kiedy ktoś jest bardzo ubogi, zawsze ma jeszcze coś do oddania i odruch, aby tym się podzielić. Zrodziła się w nim miłość do ludzi biednych, której nie umiałby sobie wyobrazić, gdyby sam nie był biedakiem. Stał się już teraz wytrawnym włóczęgą stosującym pokorę jako metodę roboczą. Wychudł i ogorzał od słońca i umiał tak dalece przytłumić swoją osobowość, że nie odczuwał nawet drgnienia gniewu czy zazdrości. Głos jego przybrał ton miękki, w mowę wtopiło się tyle akcentów i gwar, że nigdzie nie wydawała się obca. To było wielkie zabezpieczenie trampa, jego ochronna zasłona. Pociągami jeździł bardzo rzadko, ponieważ narastała złość na trampów, wywołana gniewną gwałtownością I.W.W., a zaogniona ostrymi represjami przeciwko tej organizacji. Raz zatrzymano Adama za włóczęgostwo. Dojmująca brutalność policji i więźniów przeraziła go i odpędziła od zbiorowisk trampów. Potem wędrował już sam i pamiętał, żeby zawsze być czystym i ogolonym.

Gdy przyszła wiosna, ruszył znowu na północ. Wyczuwał, że okres odprężenia i spokoju dobiegł końca. Kierował się na północ, ku Karolowi i blaknącym wspomnieniom dzieciństwa.

Szybko przemierzył nieogarniony wschodni Teksas, potem Luizjanę, skrawki Alabamy i Missisipi i wkroczył z flanki na Florydę. Czuł, że musi się spieszyć. Murzyni byli dość ubodzy, aby mieć dobre serce, ale nie mogli ufać żadnemu białemu, choćby najuboższemu, a znów ubodzy biali lękali się obcych.

Pod Tallahassee został zatrzymany przez ludzi szeryfa, osądzony za włóczęgostwo i skazany na przymusowe roboty przy drogach. W ten sposób budowano trakty. Wyrok opiewał na sześć miesięcy. Po zwolnieniu natychmiast zatrzymano Adama znowu i skazano na drugie sześć miesięcy. Teraz nauczył się, że ludzie mogą uważać innych ludzi za bydło oraz że najłatwiejszym sposobem dawania sobie z nimi rady jest być bydlęciem. Szczera twarz, otwarta twarz, patrzenie prosto w oczy - to zwracało uwagę, a zwrócona uwaga pociągała za sobą karę. Rozmyślał o tym, jak to człowiek, który postępuje źle lub brutalnie, wyrządza sobie krzywdę i musi za nią ukarać innego. Pilnowanie przy pracy przez strażników uzbrojonych w strzelby, przykuwanie na noc za nogę do ogólnego łańcucha - to były proste środki ostrożności, natomiast dzikie batożenia za najmniejszy odruch woli, za najdrobniejszy strzępek godności czy oporu zdawały się wskazywać, że strażnicy lękają się więźniów, a Adam po latach spędzonych w wojsku wiedział, że człowiek przestraszony jest niebezpiecznym zwierzęciem. Podobnie jak każdy na świecie, Adam bał się tego, co chłosta może wyrządzić jego ciału i duchowi. Otoczył się jakby zasłoną. Teraz miał twarz bez wyrazu, a blask oczu przyćmił swoją mowę. Później dziwił się nie tyle temu, że spotkało go coś podobnego, ile że potrafił to znosić prawie bez przykrości. Wszystkie te rzeczy były o wiele potworniejsze później, niż kiedy się działy. Jest prawdziwą sztuką takie panowanie nad sobą, że gdy widzi się, jak kogoś batożą, aż mięśnie pleców wyzierają poprzez rozciętą skórę, białe i połyskliwe - nie pokazać po sobie litości, gniewu czy zaciekawienia. Adam się tego nauczył.

Po pierwszych chwilach raczej wyczuwa się, niż widzi człowieka. Podczas odbywania drugiego wyroku na drogach Florydy Adam zredukował do zera swoją indywidualność. Nie wywoływał żadnego ruchu koło siebie, nie rozchodziła się odeń żadna wibracja, stał się niewidoczny. A ponieważ strażnicy nie mogli go wyczuć, więc go się nie obawiali. Przydzielali go do sprzątania obozu, rozdawania zupy więźniom, przynoszenia wody w wiadrach.

Wyczekał do chwili poprzedzającej o trzy dni jego zwolnienie. Tego dnia, po południu, napełnił wiadra i poszedł do rzeczki po zapas wody. Narzucał kamieni do wiader i zatopił je, potem opuścił się w wodę, przepłynął spory kawał w dół rzeki, odpoczął i popłynął dalej. Ciągle posuwał się naprzód w wodzie, aż o zmierzchu znalazł osłonięte krzakami miejsce pod brzegiem, nadające się na kryjówkę. Nie wyszedł jednak z wody.

Późną nocą usłyszał przebiegające po obu brzegach psy gończe. Jeszcze przedtem natarł sobie mocno włosy zielonymi liśćmi, żeby przytłumić zapach człowieka. Usiadł w wodzie, wystawiając tylko nos i oczy. Nad ranem psy wracały, już zobojętniałe, a ludzie byli zbyt zmęczeni, by należycie przeszukiwać brzegi. Gdy przeszli Adam wyciągnął z kieszeni kawałek nasiąkniętego wodą smażonego piklinga i zjadł go.

Już od jakiegoś czasu uczył się unikać pośpiechu. Większość ludzi chwytano, gdy gnali przed siebie w ucieczce. Przebycie krótkiej odległości do Georgii zabrało Adamowi pięć dni. Nie ryzykował; niecierpliwość hamował żelazną wolą. Zdumiewała go własna umiejętność.

Na skraju miasta Valdosta, w Georgii, przeleżał w ukryciu do późnej nocy, wszedł w ulice jak cień, zakradł się na tyły taniego sklepu, powoli wyważył okno, tak że śruby zamka wylazły ze zwietrzałego od słońca drewna. Potem założył zamek na powrót, lecz okno pozostawił otwarte. Musiał pracować przy świetle księżyca, wpadającym przez brudne szyby. Ukradł tanie spodnie, białą koszulę, czarne trzewiki, czarny kapelusz i ceratowy płaszcz nieprzemakalny, przymierzając kolejno każdą sztukę. Zanim wylazł przez okno, zmusił się do sprawdzenia, czy nie zostawił po sobie nieporządku. Nie wziął żadnej rzeczy, której nie byłoby w sklepie pod dostatkiem. Nawet nie zajrzał do szuflady kasy. Ostrożnie opuścił okno i przemknął od cienia do cienia w świetle księżyca.

Za dnia leżał w ukryciu, a nocą szedł na poszukiwanie pożywienia - rzepy, kolb kukurydzy ze żłobów, jabłek, które wiatr strącił z drzewa - nigdy rzeczy, których brak by zauważono. Trzewiki natarł piaskiem, żeby straciły świeżość, i wygniótł płaszcz, by wyglądał na podniszczony. Trzy dni minęły, zanim doczekał się deszczu, którego potrzebował czy też w swojej najwyższej ostrożności uważał za potrzebny.

Deszcz zaczął padać późnym popołudniem. Adam kulił się pod ceratowym płaszczem, czekając na zapadnięcie ciemności, a kiedy wreszcie nadeszły, udał się ulewną nocą do miasta Valdosta. Czarny kapelusz naciągnął na oczy, żółty płaszcz zapiął ciasno pod szyją. Dotarł do stacji i zajrzał przez zamazane deszczem okno. Zawiadowca stacji, w zielonym daszku celuloidowym na czole i w czarnych alpagowych zarękawkach roboczych, wychylony przez okienko biletowe, rozmawiał z jakimś znajomym. Dwadzieścia minut upłynęło, nim ów znajomy odszedł. Adam obserwował go wychodzącego z peronu. Nabrał głęboko tchu, żeby się uspokoić, i wszedł do środka.

Karol otrzymywał niewiele listów. Czasem całymi tygodniami nie dowiadywał się na poczcie. Kiedy w lutym tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego czwartego roku przyszedł gruby list z biura adwokackiego w Waszyngtonie, poczmistrz uznał, że może to być coś ważnego. Wybrał się więc na farmę Trasków, zastał Karola rąbiącego drwa i wręczył mu list. A ponieważ zadał już sobie tyle trudu, czekał, żeby usłyszeć, co list zawiera.

Karol pozwolił mu czekać. Bardzo powoli przeczytał wszystkie pięć stron, zaczął od początku i odczytał je na nowo, formując wargami słowa. Potem złożył list i zawrócił do domu.

- Coś niedobrego, panie Trask? - zawołał za nim poczmistrz.

- Mój ojciec umarł. - Karol wszedł do domu, zamykając za sobą drzwi.

"Ciężko to przeżył - opowiadał później poczmistrz w miasteczku. - Naprawdę ciężko. To cichy człowiek. Nie gada dużo".

Wszedłszy do domu, Karol zapalił lampę, choć jeszcze się nie ściemniło. Położył list na stole i umył ręce, nim zasiadł do czytania.

Nie było nikogo, kto by mu przysłał telegram. Adwokaci odnaleźli jego adres w papierach ojca. Ubolewali, składali mu kondolencje. A także byli bardzo przejęci. Kiedy sporządzali testament Traska, myśleli, że pozostawi on synom najwyżej kilkaset dolarów. Na tyle można go było szacować. Jednakże gdy przejrzeli jego konta bankowe, okazało się, że miał ponad dziewięćdziesiąt trzy tysiące dolarów w banku i dziesięć tysięcy w dobrych papierach wartościowych. Wówczas pan Trask ukazał się im w zupełnie innym świetle. Ludzie posiadający tyle pieniędzy są bogaci. Nie muszą o nic się troszczyć. Taka suma wystarcza na założenie dynastii. Prawnicy gratulowali Karolowi i jego bratu, Adamowi. Donosili, że w myśl testamentu spadek ma być między nich podzielony w równych częściach. Po pieniądzach podawali spis osobistych ruchomości pozostałych po nieboszczyku: pięć paradnych szabel, ofiarowanych Cyrusowi podczas różnych zjazdów Wielkiej Armii, młotek z drzewa oliwnego ze złotą plakietką, masoński brelok do zegarka z diamentem osadzonym w środku cyrkla, złote korony do zębów, które Cyrus kazał usunąć, kiedy wstawiał sobie protezę, zegarek (srebrny), laska ze złotą gałką i tak dalej.

Karol odczytał list jeszcze dwa razy i oparł czoło na dłoniach. Rozmyślał, co też się dzieje z Adamem. Chciał, żeby Adam już znalazł się w domu.

Był zaskoczony i otumaniony. Rozpalił ogień, postawił na blasze patelnię i skrajał na nią grube płaty solonej wieprzowiny. A potem zerknął na list. Nagle chwycił go i schował do szuflady kuchennego stołu. Postanowił przez jakiś czas w ogóle nie myśleć o tej sprawie.

Ma się rozumieć, nie myślał prawie o niczym innym, ale było to tępe myślenie w kółko, wciąż od nowa nawracające do punktu wyjścia: "Skąd on to wziął?".

Jeśli dwa wydarzenia mają ze sobą coś wspólnego, czy to w swojej istocie, czy w czasie lub miejscu, skwapliwie i z zadowoleniem wyciągamy stąd wniosek, że istnieje między nimi jakiś związek, z czego tworzymy legendę i zachowujemy ją w pamięci do późniejszego opowiadania. Karolowi jeszcze nigdy nie doręczono listu na farmie. W kilka tygodni potem przybiegł do niego chłopak z telegramem. Karol odtąd zawsze łączył ów telegram z listem, podobnie jak czasem zestawiamy dwa zgony i spodziewamy się trzeciego. Pospieszył na stację kolejową, trzymając telegram w ręku.

- Posłuchajcie no tylko - powiedział do telegrafisty.

- Jużem to czytał.

- Czytaliście?

- Przecież to przychodzi po drucie - wyjaśnił telegrafista. - Sam to pisałem.

- Ano tak, oczywiście! "Pilna potrzeba przekaż telegraficznie sto dolarów. Wracam do domu. Adam".

- Przyszło za pobraniem - rzekł telegrafista. - Jesteście mi winni sześćdziesiąt centów.

- Valdosta w Georgii... Nigdy o niej nie słyszałem.

- Ani ja, ale widocznie tam jest.

- Słuchajcie, Carlton, jak się przekazuje telegraficznie pieniądze?

- Ano przyniesiecie mi sto dwa dolary sześćdziesiąt centów, a ja zadepeszuję do telegrafisty z Valdosty, żeby wypłacił sto dolarów Adamowi. Ale jesteście mi winni jeszcze sześćdziesiąt centów.

- Zapłacę... Słuchajcie, a skąd ja mogę wiedzieć, że to jest od Adama? Co się robi, żeby kto inny nie podjął pieniędzy?

Telegrafista pozwolił sobie na uśmiech światowości.

- My to tak robimy, że podajecie mi jakieś pytanie, na które nikt inny nie potrafi odpowiedzieć. Wtedy ja nadaję i pytanie, i odpowiedź. Telegrafista pyta tamtego gościa i jeżeli mu nie odpowie, nie dostaje pieniędzy.

- Sprytne! Muszę wymyślić coś dobrego.

- Lepiej idźcie po te sto dolarów, dopóki kasa w banku jest czynna.

Karol był zachwycony zabawą. Wrócił, niosąc pieniądze.

- Już wymyśliłem pytanie - oznajmił.

- Mam nadzieję, że to nie będzie drugie imię waszej matki. Masa ludzi tego nie pamięta.

- Nic podobnego. Będzie tak: "Co dałeś ojcu na urodziny przed pójściem do wojska?".

- Dobre pytanie, ale cholernie długie. Nie moglibyście go skrócić do paru słów?

- A kto za to płaci? Odpowiedź jest: "Szczeniaka".

- Nikt by nie zgadł - rzekł Carlton. - Ano, wy płacicie, nie ja.

- Śmiesznie by było, gdyby nie pamiętał - powiedział Karol. - Nie mógłby wrócić do domu.

Adam szedł do miasteczka piechotą. Koszulę miał brudną, a skradzione ubranie wymięte i uwalane od spania w nim przez cały tydzień. Między stodołą a domem przystanął, nadstawiając ucha, czy nie usłyszy gdzieś brata, i rzeczywiście po chwili dobiegł go stukot młotka w dużej, nowej suszarni tytoniu.

- Karolu!

Stukanie umilkło i zaległa cisza. Adam miał wrażenie, że brat przypatruje mu się przez szpary między deskami szopy. A potem Karol wyszedł szybko, podbiegł do Adama i uścisnął mu dłoń.

- Jak się masz?

- Dobrze - odparł Adam.

- Boże drogi, aleś ty schudł!

- Zdaje się, że tak. No i postarzałem się o te parę lat. Karol obejrzał go od stóp do głowy.

- Nie wyglądasz na zamożnego.

- Bo nie jestem.

- Gdzie twoja walizka?

- Nie mam żadnej.

- Jezus kochany! Gdzieżeś się podziewał?

- Wędrowałem po kraju.

- Jak tramp?

- Jak tramp.

Chociaż przez tyle lat życie pofałdowało zmarszczkami skórę Karola, a jego ciemne oczy nabiegły czerwienią, Adam znał go tak dobrze, iż wyczuł, że brata zaprzątają w tej chwili dwie rzeczy: pytania, które zadawał, ale i jeszcze coś innego.

- Dlaczego nie wróciłeś do domu?

- Ano, po prostu wciągnąłem się w wędrowanie. Nie mogłem przestać. Wchodzi człowiekowi w krew. Widzę, że masz naprawdę paskudną bliznę.

- Wspomniałem ci o niej w liście. Wygląda coraz gorzej. Dlaczego nie pisałeś? Nie jesteś głodny?

Ręce Karola wcisnęły się nerwowo w kieszenie, potem wysunęły, dotknęły brody i poskrobały po głowie.

- Może ci zejdzie. Widziałem jednego barmana, miał taką, wyglądała zupełnie jak kot. To było znamię. Przezywali go Kot.

- Nie jesteś głodny?

- I owszem.

- Masz zamiar teraz posiedzieć w domu?

- Ano, chyba tak. Chcesz tam teraz pójść?

- Ano... chyba - powtórzył Karol jak echo. - Ojciec nie żyje.

- Wiem.

- Skąd o tym wiesz?

- Mówił mi zawiadowca stacji. Dawno umarł?

- Z miesiąc temu.

- Na co?

- Zapalenie płuc.

- Tu jest pochowany?

- Nie. W Waszyngtonie. Dostałem list i gazety. Powieźli go na lawecie przykrytej sztandarem. Na pogrzebie był wiceprezydent, a sam prezydent przysłał wieniec. Wszystko opisali w gazetach. Zdjęcia też są; pokażę ci. Mam tu wszystko.

Adam wpatrzył się w twarz brata, aż Karol odwrócił wzrok.

- Czy ciebie coś w tym złości? - zapytał Adam.

- Co mnie ma złościć?

- Tak mi się zdawało...

- Nie mam na co się złościć. Chodź, dam ci coś do zjedzenia.

- Dobra. Długo chorował?

- Nie. To było galopujące zapalenie płuc. Szybko skończył.

Karol coś ukrywał. Chciał to powiedzieć, ale nie wiedział, jak się do tego zabrać. Wciąż krył się za słowami. Adam zamilkł. Lepiej pomilczeć trochę i pozwolić Karolowi, by powęszył, pokołował, i wreszcie wyrzucił to z siebie.

- Nie bardzo wierzę w wiadomości z tamtego świata - mówił Karol. - Chociaż co to można wiedzieć? Niektórzy twierdzą, że je mieli, na przykład ta stara Sara Whitburn. Przysięgała. Nie wiadomo, czego się trzymać. Ty nie miałeś żadnych takich wieści, co? Słuchaj no, do cholery, co ci odgryzło język?

- Tak sobie myślę - odrzekł Adam. A myślał ze zdumieniem: Przecież ja już się nie boję mojego brata! Kiedyś bałem się go śmiertelnie, a teraz już nie. Dlaczego? Czyżby to sprawiło wojsko? Roboty przymusowe? A może śmierć ojca? Tego nie rozumiem. Wiedział, że nie czując strachu, będzie mógł mówić, co chce, podczas gdy przedtem dobierał słowa, żeby się nie narażać. Było to przyjemne uczucie, nieomal jak gdyby on sam umarł i zmartwychwstał.

Weszli do kuchni, którą pamiętał i zapomniał zarazem. Wydała mu się jakaś mniejsza i brudniejsza. Powiedział nieomal wesoło:

- Karolu, ja ciebie uważnie słuchałem. Chcesz mi coś powiedzieć, a krążysz dokoła tego jak foksterier naokoło krzaka. Lepiej powiedz, zanim cię to ugryzie.

Oczy Karola zabłysły gniewem. Podniósł głowę. Nie miał już dawnej siły. Pomyślał z rozpaczą: Nie mogę go już zlać. Nie mogę.

Adam zachichotał.

- Może to i nieładnie być w takim dobrym humorze, kiedy ojciec dopiero co umarł, ale wiesz, Karolu, nigdy w życiu nie czułem się lepiej. Nigdy w życiu. No, wyrzuć to z siebie. Niech cię nie drąży.

- Kochałeś ojca? - zapytał Karol.

- Nie odpowiem, dopóki nie będę wiedział, w czym rzecz.

- Kochałeś go czy nie?

- A co to ma wspólnego z tobą?

- Odpowiedz.

Twórcza, swobodna śmiałość przeniknęła umysł i ciało Adama.

- Dobrze. Powiem ci. Nie. Nie kochałem. Zwykle czułem przed nim strach. Czasem... Tak, czasem podziwiałem go, ale najczęściej nienawidziłem. Dlaczego chcesz to wiedzieć?

Karol spoglądał na swoje dłonie.

- Nie rozumiem. Po prostu nie mieści mi się w głowie. Przecież on ciebie kochał nad wszystko w świecie.

- Nie wierzę w to.

- Nie musisz. Cieszył się każdą rzeczą, jaką mu przyniosłeś. Mnie nie lubił. Nie podobało mu się nic, co mu podarowałem. Pamiętasz prezent, który ode mnie dostał, scyzoryk? Narąbałem i sprzedałem całą furę drewna, żeby go kupić. A ojciec nawet nie wziął go ze sobą do Waszyngtonu. Do tej pory jest w jego biurku. A ty mu dałeś szczeniaka. Nic ciebie nie kosztował. Chcesz, to ci pokażę zdjęcie tego psa. Był na pogrzebie ojca. Trzymał go jeden pułkownik, pies już oślepł, nie mógł łazić. Po pogrzebie go zastrzelili.

Adam był zaskoczony zaciekłością w głosie brata.

- Nie wiem, do czego zmierzasz.

- Kochałem go - wyznał Karol. I po raz pierwszy odkąd Adam mógł sięgnąć pamięcią, brat rozpłakał się. Złożył głowę na rękach i rozpłakał się.

Adam już miał podejść do niego, gdy wtem uczuł lekki nawrót dawnego strachu. Nie, pomyślał. Jeżeli go dotknę, może mnie zabić. Podszedł do otwartych drzwi i stanąwszy w progu, wyjrzał na dwór. Za sobą słyszał, jak brat pociąga nosem.

Obejście przy domu nie przedstawiało się ładnie i nigdy ładne nie było. Zaśmiecone, niechlujne, zapuszczone, miało w sobie coś bezplanowego; nie rosły tam żadne kwiaty, a na ziemi walały się strzępy papieru i kawałki drewna. Dom także nie wyglądał ładnie - po prostu solidnie zbudowana chałupa, w której można znaleźć schronienie i ugotować strawę. Ponure otoczenie i ponury dom, niekochany i niekochający. Nie był to właściwie dom - miejsce, do którego się tęskni i chętnie powraca. Nagle przyszła Adamowi na myśl macocha - niekochana jak ta farma, akuratna, na swój sposób czysta, ale nie prawdziwa żona, tak jak ta farma nie była prawdziwym domem rodzinnym.

Brat przestał szlochać. Patrzał tępo przed siebie.

- Opowiedz mi o matce - odezwał się Adam.

- Umarła. Pisałem ci.

- Powiedz mi coś o niej.

- Już ci mówiłem. Umarła. Dawno temu. Zresztą to nie była twoja matka.

We wspomnieniu Adama zabłysnął nagle ów uśmiech, który niegdyś przychwycił na jej twarzy. Ujrzał ją teraz wyraźnie przed sobą.

Głos Karola przeniknął przez ten obraz i rozsadził go.

- Czy możesz mi powiedzieć jedną rzecz... tylko się nie spiesz... zastanów się, zanim odpowiesz, a może nie odpowiadaj wcale, jeżeli to nie ma być prawdą. - Karol poruszył wargami, formułując z góry pytanie. - Myślisz, że nasz ojciec mógł być... nieuczciwy?

- Jak to?

- Czy to nie dość jasne? Słowo "nieuczciwy" ma tylko jedno znaczenie.

- Nie wiem - odparł Adam. - Nikt tego nigdy nie mówił. Pomyśl, do czego doszedł. Nocował w Białym Domu. Wiceprezydent był na pogrzebie. Czy tak się postępuje z człowiekiem nieuczciwym? Słuchaj, Karolu, powiedzże mi to, co chciałeś powiedzieć od chwili, kiedy się tutaj zjawiłem.

Karol zwilżył wargi. Wyglądał, jakby krew z niego odpłynęła, a wraz z nią stracił całą energię i drapieżność. Głos jego brzmiał monotonnie.

- Ojciec spisał testament. Zostawił wszystko w równych częściach mnie i tobie.

Adam roześmiał się.

- No, zawsze możemy jakoś wyżyć na farmie. Chyba nie umrzemy z głodu.

- Tego jest z górą sto tysięcy dolarów.

- Oszalałeś? Chyba sto dolarów. Skąd by tyle wziął?

- To nie pomyłka. Pensja, którą pobierał od wojska, wynosiła sto trzydzieści pięć dolarów miesięcznie. Sam płacił za mieszkanie i wyżywienie. Kiedy był w podróży, dostawał pięć centów od przejechanej mili i zwrot kosztów hotelu.

- Może miał te pieniądze przez cały czas, a myśmy nic nie wiedzieli?

- Nie, nie miał ich przez cały czas.

- To dlaczego nie napiszesz do dowództwa armii i nie zapytasz? Może tam coś wiedzą.

- Nie miałbym odwagi.

- Słuchaj! Nie bądź naiwniakiem. Istnieje taka rzecz jak spekulacja. Mnóstwo ludzi się na tym wzbogaciło. Ojciec znał różne grube ryby. Możliwe, że trafił na coś dobrego. Pomyśl, ci, którzy pojechali do Kalifornii, kiedy przyszła gorączka złota, stali się bogaczami.

Na twarzy Karola malowało się przygnębienie. Głos jego przycichł, tak że Adam musiał przysunąć się blisko, żeby go dosłyszeć. Brzmiał sucho, jak gdyby odczytywał sprawozdanie.

- Nasz ojciec wstąpił do armii w czerwcu tysiąc osiemset sześćdziesiątego drugiego roku. Przeszedł trzymiesięczne przeszkolenie tu, w tym stanie. To już wypada wrzesień. Pomaszerował na Południe. Dwunastego października został ranny w nogę i odesłany do szpitala. Do domu wrócił w styczniu.

- Nie rozumiem, do czego zmierzasz.

- Nie był pod Chancellorsville - mówił bez emocji. - Nie był pod Gettysburgiem ani w Wilderness, ani pod Richmondem czy Appomatox.

- Skąd wiesz?

- Z jego zwolnienia. Przyszło razem z innymi papierami.

Adam odetchnął głęboko. W piersiach czuł przypływ radości silny jak uderzenie pięści. Kręcił z niedowierzaniem głową, słuchając Karola.

- Jakim sposobem tak mu się udało? Jak, u diabła, mogło mu się udać? Nikt go nigdy o to nie pytał. Ty pytałeś? Albo ja? Albo matka? Nikt. Nawet w Waszyngtonie.

Adam wstał.

- Jest w domu coś do zjedzenia? Może by coś podgrzać?

- Wczoraj wieczorem zarżnąłem kurczaka. Upiekę go, ale to potrwa.

- A masz coś, co by można zjeść na poczekaniu?

- Trochę solonej wieprzowiny i jajka.

- Chętnie to zjem.

Pozostawili sprawę w zawieszeniu, obchodzili ją myślowo naokoło, przeskakiwali przez nią. Ich słowa jej nie tykały, lecz myśli nie oddalały się od niej ani na chwilę. Chcieli o tym mówić - i nie mogli. Karol przysmażył trochę solonej wieprzowiny, podgrzał rynkę fasoli, zrobił jajecznicę.

- Zaorałem pastwisko - powiedział. - Zasiałem tam żyto.

- I jak wzeszło?

- Doskonale, kiedy już pousuwałem kamienie. - Dotknął czoła. - To draństwo mi się zrobiło, gdy próbowałem podważyć kamień.

- Pisałeś mi o tym. Nie wiem, czy ci mówiłem, ile dla mnie znaczyły twoje listy.

- Sam nigdy za dużo nie pisałeś, co porabiasz.

- Bo chyba nie chciało mi się o tym myśleć. Na ogół było dosyć nieprzyjemnie.

- Czytałem w gazetach o tych kampaniach. Brałeś w nich udział?

- Owszem. Nie chciało mi się o nich myśleć. I dalej mi się nie chce.

- Zabiłeś jakichś Indian?

- Tak, zabijaliśmy Indian.

- Zdaje się, że oni są naprawdę uciążliwi.

- Chyba tak.

- Nie musisz o tym mówić, jeżeli nie masz ochoty.

- Nie wiem.

Jedli kolację w świetle lampy naftowej.

- Byłoby widniej, gdybym umył to szkło.

- Ja to zrobię - rzekł Adam. - Trudno pamiętać o wszystkim.

- Fajnie teraz będzie, kiedy wróciłeś. Nie chciałbyś pójść do zajazdu po kolacji?

- Ano zobaczymy. Może będę wolał trochę tu posiedzieć.

- Nie pisałem ci o tym w listach, ale tutaj, w zajeździe, mają dziewczyny. Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy wybrać się tam razem. Zmieniają je co dwa tygodnie. Myślałem, że może będziesz chciał je sobie obejrzeć.

- Dziewczyny?

- Aha. Są na piętrze. To bardzo poręczne. Właśnie myślałem sobie, że ponieważ wróciłeś do domu...

- Nie dzisiaj. Może później. Ile tam się płaci?

- Dolara. Na ogół dosyć ładne dziewczyny.

- Może później. Dziwię się, że pozwalają im tu przyjeżdżać.

- Ja też się z początku dziwiłem. Ale wykombinowały na to sposób.

- Często tam chodzisz?

- Co jakieś dwa, trzy tygodnie. Pusto tu, smutno człowiekowi, gdy siedzi sam jeden.

- Kiedyś pisałeś, że myślisz o ożenku.

- Ano, tak było. Ale nie znalazłem odpowiedniej dziewczyny.

Kluczyli wokół najważniejszego tematu. Od czasu do czasu zahaczali o niego, ale zaraz wycofywali się w rozmowę o zbiorach, miejscowych plotkach, polityce albo zdrowiu. Wiedzieli, że prędzej czy później wrócą do tej sprawy. Karol bardziej niż Adam pragnął się w nią zagłębić, ale też Karol miał czas ją przemyśleć, dla Adama zaś była czymś zupełnie nowym. Wolałby rzecz odłożyć na inny dzień, a jednocześnie wiedział, że brat mu na to nie pozwoli.

W pewnej chwili powiedział otwarcie:

- Lepiej, jeśli prześpimy się z problemem; jutro do tego wrócimy.

- Jasne, jeżeli tak wolisz - zgodził się Karol.

Stopniowo wyczerpały im się tematy zastępcze. Omówili już sprawy wszystkich znajomych i lokalne wydarzenia. Rozmowa rwała się, a czas mijał.

- Nie chciałbyś się położyć? - spytał Adam.

- Za chwilę.

Milczeli, a noc krążyła niespokojnie po domu, przynaglając ich.

- Szkoda, że nie widziałem pogrzebu - odezwał się Karol.

- Musiał być mocno frymuśny.

- Nie przejrzałbyś wycinków z gazet? Mam wszystkie u siebie w pokoju.

- Nie. Nie dzisiaj.

Karol przesunął krzesło i oparł się łokciami o stół.

- Musimy się zastanowić. - Był podenerwowany.

- Możemy to jeszcze odkładać, ale, psiakrew, i tak trzeba będzie obmyślić, co zrobimy.

- Wiem o tym. Po prostu chciałem mieć trochę czasu do namysłu.

- Czy to coś da? Ja miałem czas, dużo czasu, a tylko krążyłem w kółko. Próbowałem o tym nie myśleć i dalej krążyłem w kółko. Zdaje ci się, że czas coś pomoże?

- Pewnie nic. O czym chcesz najpierw pogadać? Chyba możemy zacząć od razu. Przecież nie myślimy o niczym innym.

- Te pieniądze - powiedział Karol. - Z górą sto tysięcy dolarów. Majątek.

- No i co z tymi pieniędzmi?

- Skąd one się wzięły?

- Czy ja wiem? Mówiłem ci, że mógł spekulować. Może ktoś w Waszyngtonie naraił mu dobry interes.

- Tak przypuszczasz?

- Nic nie przypuszczam. - Adam pokręcił głową. - Nie wiem nic, to co mogę przypuszczać?

- Zostawił nam fortunę - powiedział Karol. - Możemy z tego żyć aż do śmierci albo kupić do cholery ziemi i mieć z niej dochód. Może o tym nie pomyślałeś, ale jesteśmy bogaci. Najbogatsi w tych stronach.

Adam roześmiał się.

- Mówisz tak, jakby chodziło o wyrok skazujący.

- Skąd się wzięły te pieniądze?

- A co cię to obchodzi? - Adam wzruszył ramionami.

- Powinniśmy po prostu siedzieć sobie spokojnie i korzystać z nich.

- Nie był pod Gettysburgiem. Nie był, psiakrew, w żadnej bitwie przez całą wojnę. Oberwał podczas potyczki. Wszystko, co mówił, to były kłamstwa.

- Do czego zmierzasz?

- Moim zdaniem, on te pieniądze ukradł - powiedział Karol żałośnie. - Pytasz mnie, więc ci mówię, co myślę.

- A wiesz, gdzie je ukradł?

- Nie.

- To dlaczego tak myślisz?

- Kłamał, opowiadając o wojnie.

- I co z tego?

- No, jeżeli kłamał co do wojny, to... to mógł też kraść.

- Jak?

- Miał różne funkcje przy Wielkiej Armii, ważne funkcje. Możliwe, że się wkręcił do intendentury, pomajstrował przy księgach...

Adam westchnął.

- Skoro tak myślisz, dlaczego nie napiszesz do nich? Niech przejrzą księgi. Jeżeli to prawda, moglibyśmy zwrócić pieniądze.

Twarz Karola była wykrzywiona, a blizna na czole pociemniała.

- Wiceprezydent był na pogrzebie. Prezydent przysłał wieniec. Sznur powozów ciągnął się na pół mili i setki ludzi pieszo. A wiesz, kto niósł trumnę?

- O co ci idzie?

- Przypuśćmy, że się dowiemy, że był złodziejem. Wtedy wyjdzie na jaw, że nigdy się nie bił pod Gettysburgiem ani nigdzie; wszyscy się dowiedzą, że kłamał i że całe jego życie było jednym parszywym łgarstwem. I jeżeli nawet czasem mówił prawdę, nikt już nie uwierzy, że to była prawda.

Adam siedział bez ruchu. Spojrzenie miał czujne, przenikliwe.

- Myślałem, że go kochałeś - powiedział spokojnie. Czuł się swobodny i wyzwolony.

- Kochałem. I kocham. Dlatego nie mogę tego znieść... Całe jego życie przekreślone... Całe życie. A jego grób... mogliby nawet rozkopać i wyrzucić go stamtąd. - Słowa rwały mu się ze wzruszenia. - Ty go wcale nie kochałeś?! - krzyknął.

- Nie byłem pewien do tej pory. Wszystko mi się plątało z tym, co powinienem był czuć. Nie. Nie kochałem go.

- Więc nic ciebie nie obchodzi, że jego życie będzie przekreślone, a jego ciało wygrzebane... O Boże wszechmogący!

Myśli Adama gnały, usiłował znaleźć słowa na wyrażenie uczuć.

- Nie musi mnie to obchodzić.

- Nie, nie musi - powtórzył z goryczą Karol. - Nie musi, jeżeli go nie kochałeś. Możesz nawet przyczynić się do tego, żeby napluli mu w twarz.

Adam wiedział teraz, że brat nie jest już niebezpieczny. Nie było zazdrości, która by nim kierowała. Dźwigał na sobie ciężar ojca, ale był to jego ojciec, którego nikt mu nie mógł odebrać.

- Jak będziesz się czuł, chodząc po mieście, kiedy się wszyscy dowiedzą? - pytał Karol. - Jak spojrzysz ludziom w oczy?

- Powiedziałem ci, że mnie to nie obchodzi. Nie musi mnie obchodzić, bo w to nie wierzę.

- W co nie wierzysz?

- Nie wierzę, żeby kradł jakieś pieniądze. Wierzę, że był na wojnie, robił to, o czym opowiadał.

- Ale dowody... Co powiesz na ten dokument zwolnienia?

- Nie masz żadnych dowodów, że kradł. Sam to sobie wymyśliłeś, bo nie wiesz, skąd wzięły się te pieniądze.

- A jego akta wojskowe...

- Mogą w nich być pomyłki. I myślę, że są. Wierzę w mojego ojca.

- Nie rozumiem, jak możesz.

- Posłuchaj, Karolu. Dowody na to, że Boga nie ma, są bardzo mocne, a jednak dla wielu ludzi nie tak mocne jak poczucie, że Bóg istnieje.

- Mówisz, że nie kochałeś ojca. Jak możesz w niego wierzyć, jeżeli go nie kochałeś?

- Może to właśnie jest przyczyną - odparł Adam powoli, ważąc słowa. - Może gdybym go kochał, byłbym o niego zazdrosny. Ty byłeś. Może... może miłość czyni człowieka nieufnym i podejrzliwym. Prawda, że jeśli kochasz kobietę, nigdy nie masz pewności... nigdy nie jesteś jej pewny, bo nie jesteś pewny siebie? Ja to widzę zupełnie jasno. Widzę, jak bardzo go kochałeś i co to z tobą zrobiło. Ja go nie kochałem. Możliwe, że on mnie kochał. Wystawiał mnie na próby, ranił mnie i karał, wysłał z domu jakby na ofiarę, kto wie, czy nie po to, żeby za coś zadośćuczynić. Ale ciebie nie kochał, więc w ciebie wierzył. Może... No cóż, może to jest ta odwrotna strona medalu.

Karol wpatrywał się w niego.

- Trudno to pojąć.

- Ja próbuję zrozumieć - mówił Adam. - To dla mnie nowa myśl. Teraz jest mi dobrze. Chyba lepiej niż kiedykolwiek w całym moim życiu. Uwolniłem się od czegoś. Możliwe, że kiedyś będę czuł to co ty, ale teraz jeszcze tego nie czuję.

- Nie rozumiem.

- Nie możesz zrozumieć, że nie uważam naszego ojca za złodzieja? Nie wierzę też, żeby był kłamcą.

- Ale te dokumenty...

- W ogóle do nich nie zajrzę. Dokumenty nie są żadną przeciwwagą mojej wiary w ojca.

Karol oddychał ciężko.

- Więc wziąłbyś te pieniądze?

- Oczywiście.

- Nawet jeżeli je ukradł?

- On ich nie ukradł. Nie mógł ich ukraść.

- Nie rozumiem - powtórzył Karol.

- Nie? No więc możliwe, że w tym właśnie tkwi cała tajemnica. Słuchaj, ja ci nigdy o tym nie wspominałem... Pamiętasz, jak mnie pobiłeś przed moim odjazdem?

- Tak.

- A pamiętasz, co było potem? Wróciłeś z toporkiem, żeby mnie zabić.

- Nie przypominam sobie dokładnie. Musiałem być szalony.

- Nie wiedziałem tego wtedy, ale wiem teraz. Walczyłeś o swoją miłość.

- Miłość?

- Tak. Dobrze zużytkujemy te pieniądze. Może zostaniemy tutaj. Może wyjedziemy... na przykład do Kalifornii. Pomyślimy, co zrobić. No i oczywiście musimy postawić ojcu nagrobek, i to duży.

- Ja nie mógłbym stąd odjechać - powiedział Karol. - Ano zobaczymy, jak się sprawy ułożą. Nie ma gwałtu. Trzeba się zorientować w sytuacji.

ROZDZIAŁ 8

Wierzę, iż są na świecie potwory zrodzone z ludzkich istot. Niektóre widuje się czasem, pokraczne, przerażające, o ogromnych głowach lub drobnych ciałkach; jedne rodzą się bez rąk, bez nóg, inne z trzema rękami, jeszcze inne z ogonem albo ustami w najdziwniejszych miejscach. Są to przypadki i nie wynikają z niczyjej winy, jak niegdyś mniemano. Za dawnych czasów ludzie dopatrywali się w tym widomej kary za ukryte grzechy.

Ale podobnie jak istnieją potwory fizyczne, czy nie mogą narodzić się potwory umysłowe albo psychiczne? Wyglądają normalnie, lecz jeśli wykoślawiony gen lub zdeformowane jajeczko może wytworzyć fizycznego potwora, to czyż ten sam proces nie może wytworzyć zdeformowanej duszy?

Potwory są mniejszymi lub większymi odchyleniami od przyjętej normy. Podobnie jak dziecko może narodzić się bez ręki, tak ktoś może narodzić się bez dobroci czy potencjalnego sumienia. Człowiek, który traci rękę w wypadku, musi włożyć wiele wysiłku, żeby przystosować się do tej ułomności, natomiast ten, kto przychodzi na świat bez ręki, cierpi jedynie przez to, że ludzie uważają go za dziwoląga. Ponieważ nigdy nie miał rąk, nie może odczuwać ich braku. Czasem w dzieciństwie wyobrażamy sobie, jak by to było, gdybyśmy mieli skrzydła, ale nie ma powodu przypuszczać, że to samo odczuwają ptaki. Nie, potworowi normalność musi wydawać się właśnie czymś potwornym, gdyż każdy uważa sam siebie za normalnego. Dla wewnętrznego potwora jest jeszcze bardziej niepojęta, ponieważ nie ma on nic widomego, co mógłby porównać z innymi. Człowiekowi, który przyszedł na świat bez sumienia, ten, kto cierpi duchowe rozterki, musi wydawać się śmieszny. Dla przestępcy uczciwość jest głupotą. Nie trzeba zapominać, że potwór to tylko odchylenie od normy oraz że dla potwora norma jest właśnie czymś potwornym.

W moim przekonaniu Cathy Ames urodziła się z tymi skłonnościami czy też brakiem skłonności, które nią kierowały i powodowały przez całe życie. Jakieś kółeczko mechanizmu zostało źle wyważone, jakieś tryby niewłaściwie dobrane. Nie była podobna do innych ludzi, nie przypominała ich nigdy, od urodzenia. I jak kaleka może nauczyć się wykorzystywać swoją ułomność, tak że w pewnym ograniczonym zakresie staje się sprawniejszy niż ten, kto kaleką nie jest - podobnie Cathy, wykorzystując swoją inność, czyniła bolesny i niepokojący zamęt w swoim świecie.

Były czasy, kiedy taką dziewczynę jak Cathy nazywano by opętaną przez szatana. Odprawiono by nad nią egzorcyzmy, żeby wypędzić złego ducha, a gdyby po wielu próbach to nie pomogło, uznana za czarownicę spłonęłaby na stosie. Rzeczą, której niepodobna wybaczyć wiedźmie, jest jej zdolność nękania ludzi, budzenia w nich niepokoju, rozterki, a nawet zawiści.

Jak gdyby natura chciała ukryć pułapkę, Cathy miała od dziecka twarz niewiniątka. Śliczne złociste włosy i szeroko osadzone piwne oczy o ciężkich powiekach nadawały jej tajemniczo senny wyraz. Nos miała cienki i delikatny; kości policzkowe wydatne i szerokie, przechodziły w wąską brodę, tak że jej twarz wykrojem przypominała serce. Usta były kształtne, pełne, ale niezwykle małe - to co niegdyś nazywano pączkiem róży, uszy bardzo drobne, bez dolnych skrzydełek i tak przystające, że nawet przy gładko zaczesanych włosach nie tworzyły konturu. Wyglądały jak cienkie płatki przyklejone do głowy.

Cathy zachowała niemal dziecinną figurę, nawet kiedy dorosła; pozostała szczupła, o delikatnych ramionach i drobniutkich dłoniach. Piersi jej nigdy nie rozwinęły się zbytnio. Przed okresem dojrzewania sutki były schowane do wewnątrz. Kiedy w dziesiątym roku życia zaczęły ją boleć, matka musiała je wygniatać na wierzch. Miała chłopięce, wąskie biodra, nogi smukłe, kostki delikatne i proste, chociaż nie szczupłe, a stopy drobne, krągłe i jędrne, o pulchnym podbiciu, nieomal jak małe kopytka. Była ładnym dzieckiem i wyrosła na ładną kobietę. Jej głos, niski i miękki, potrafił brzmieć zniewalająco słodko. Jednakże w krtani musiała mieć jakąś stalową strunę, bo kiedy chciała, głos mógł stać się ostry jak pilnik.

Już jako dziecko miała w sobie coś, co sprawiało, że przyciągała uwagę. Ludzi niepokoiła w niej jakaś obcość. Coś dziwnego wyzierało z jej oczu, po chwili znikało i spojrzenie nabierało innego wyrazu. Ruchy miała spokojne, mówiła niewiele, ale nie mogła wejść do pokoju, żeby zaraz oczy wszystkich nie zwróciły się na nią.

Ludzie czuli się z Cathy nieswojo, ale nie tak, by chcieć jej unikać. Mężczyźni i kobiety pragnęli na nią patrzeć, przebywać blisko niej, jakoś odgadnąć, co powoduje ów niepokój, który rozsiewa nieuchwytnie wokoło. A ponieważ było tak zawsze, Cathy nie widziała w tym nic osobliwego.

Różniła się od innych dzieci pod wieloma względami, ale jedna rzecz wyodrębniała ją szczególnie. Większość dzieci nie cierpi odmienności. Chcą wyglądać, mówić, ubierać się i zachowywać tak jak wszystkie inne. Jeżeli moda ubioru staje się niedorzeczna, dla dziecka jest bólem i zmartwieniem nie nosić owej niedorzeczności. Gdyby przyjęto nosić naszyjniki z kotletów wieprzowych, smutne byłoby to dziecko, które by ich nie mogło włożyć. Taka niewolniczość wobec grupy zazwyczaj rozciąga się na każdą grę, każdy obyczaj, towarzyski czy inny. Jest to kolor ochronny, który dzieci przybierają dla własnego bezpieczeństwa.

Cathy nie miała tego wcale. Nigdy nie przystosowywała się do otoczenia, czy to w stroju, czy w postępowaniu. Nosiła to, co jej się podobało. I stało się tak, że bardzo często inne dzieci ją naśladowały.

W miarę jak Cathy dorastała, grupa czy też stado, którym jest każde dziecięce zbiorowisko, zaczęła wyczuwać to, co wyczuwali dorośli, że Cathy ma w sobie coś obcego. Po pewnym czasie tylko pojedyncze dzieci trzymały się z nią bliżej. Grupki chłopców i dziewcząt unikały jej, jak gdyby nosiła w sobie jakieś niewiadome niebezpieczeństwo.

Cathy kłamała, ale nie tak, jak kłamie większość dzieci. Jej kłamstwa nie były śnieniem na jawie, kiedy to opowiada się rzecz urojoną i aby jej nadać pozory prawdy, podaje ją jako coś rzeczywistego. To jest po prostu zwyczajne odchylenie od zewnętrznej rzeczywistości. Myślę, iż różnica między kłamstwem a opowieścią polega na tym, że opowieść posługuje się akcesoriami i pozorami prawdy w interesie zarówno słuchacza, jak opowiadającego. Opowieść nie ma w sobie ani zysku, ani straty. Natomiast kłamstwo jest środkiem zapewniającym korzyść albo ucieczkę. Przypuszczam, że jeżeli trzymać się ściśle tej definicji, powieściopisarz jest kłamcą - o ile ma finansowe powodzenie.

Kłamstwa Cathy nigdy nie były niewinne. Na celu miały wymiganie się od kary lub pracy czy odpowiedzialności i uzyskanie jakiejś korzyści. Większość kłamców daje się przyłapać, ponieważ albo zapominają, co powiedzieli, albo ich kłamstwo staje niespodziewanie wobec niezaprzeczalnej prawdy. Jednakże Cathy nie zapominała swoich kłamstw i przyjęła najskuteczniejszy system kłamania. Trzymała się na tyle blisko prawdy, że nigdy nie miało się pewności. Znała także inne metody: albo przeplatanie kłamstw prawdą, albo mówienie prawdy tak, jakby była kłamstwem. Jeżeli kogoś oskarżą o kłamstwo, które okaże się prawdą, wówczas zyskuje on pewien kredyt, który trwa długo i może pokryć znaczną ilość nieprawd.

Ponieważ Cathy była jedynaczką, jej matka nie miała w rodzinie nikogo, z kim mogłaby ją porównać. Uważała, że wszystkie dzieci są takie jak jej córka. A ponieważ wszyscy rodzice stale się martwią, uznała, że każdy z jej znajomych ma takie same problemy. Ojciec Cathy tak nie uważał. Prowadził niewielką garbarnię w miasteczku w Massachusetts, co zapewniało mu dostatnie, choć skromne utrzymanie, jeżeli pracował bardzo usilnie. Pan Ames stykał się poza domem z innymi dziećmi i miał wrażenie, że Cathy nie jest do nich podobna. Była to bardziej sprawa wyczucia niż świadomości. Córka go niepokoiła, ale nie umiałby powiedzieć dlaczego.

Prawie każdy na świecie ma pewne apetyty i impulsy, odruchy uczuć, wyspy samolubstwa, żądze zaledwie ukryte pod powierzchnią. A większość ludzi albo trzyma takie rzeczy na wodzy, albo folguje im potajemnie. Cathy nie tylko dostrzegała u innych takie impulsy, ale umiała je obracać na swoją korzyść. Jest zupełnie możliwe, że nie wierzyła w istnienie jakichkolwiek odmiennych skłonności u ludzi, bo o ile była nadnaturalnie wyczulona w pewnych kierunkach, to w innych odznaczała się całkowitą ślepotą.

Wcześnie zrozumiała, że seksualizm wraz z towarzyszącymi mu tęsknotami i cierpieniami, zazdrością i wszystkimi tabu jest najbardziej niepokojącym popędem, jaki mają ludzkie istoty. A w owych czasach musiał być jeszcze bardziej niepokojący niż teraz, ponieważ temat ten był zakazany i omijany. Każdy ukrywał w sobie to małe piekło, zarazem publicznie udając, że ono nie istnieje, a jeśli go w nim przyłapano, był całkowicie bezradny. Cathy pojęła, że posługując się ową cząstką ludzkiej natury, może uzyskać i zachować władzę niemal nad każdym. Była to jednocześnie broń i groźba. Coś zupełnie nieodpartego. A ponieważ to bezsilne zaślepienie jakoś nigdy nie nawiedziło Cathy, jest więc prawdopodobne, że sama miała bardzo niewiele tego popędu i nawet czuła wzgardę dla tych, którzy mu ulegali. I jeśli się nad tym zastanowić z pewnego punktu widzenia, miała właściwie rację.

Jakąż swobodę mogliby osiągnąć mężczyźni i kobiety, gdyby ich wciąż nie zwodził, nie wciągał w sidła, nie zniewalał i nie dręczył ich seksualizm! Jedyną wadą owej swobody jest, że bez niego człowiek nie byłby ludzki. Byłby potworem.

Mając lat dziesięć Cathy wiedziała już coś niecoś o sile popędu płciowego i zaczęła na zimno z nim eksperymentować. Planowała sobie wszystko trzeźwo, przewidując trudności, i wiedziała, jak je przezwyciężać.

Gra erotyczna dzieci istniała zawsze. Chyba każdy, kto nie jest nienormalny, spotykał się z małymi dziewczynkami w jakimś ciemnym, zadrzewionym miejscu lub na dnie żłobu, pod wierzbą czy w kanale przepustowym pod szosą - albo przynajmniej o tym marzył. Niemal wszyscy rodzice stają wcześniej czy później wobec takiego problemu, i wówczas szczęśliwe jest to dziecko, którego ojciec czy matka pamiętają swoje dzieciństwo. Jednakże za czasów dzieciństwa Cathy sprawa była bardziej skomplikowana. Rodzice, zaprzeczając istnieniu czegoś podobnego w sobie samych, ze zgrozą odkrywali to u swoich dzieci.

Pewnego wiosennego ranka, kiedy młode trawy okryte zapóźnioną rosą stroszyły się w słońcu, a ciepło przenikało ziemię i wyciskało z niej na wierzch żółte mlecze, matka Cathy kończyła wieszać na sznurze upraną bieliznę. Amesowie mieszkali na skraju miasteczka, a za ich domem znajdowała się stajnia i wozownia, ogród warzywny i zagroda dla dwóch koni.

Pani Ames przypomniała sobie, że widziała Cathy idącą w stronę stajni. Zawołała ją, a ponieważ nie było odpowiedzi, pomyślała, że widocznie się omyliła. Już miała wejść do domu, gdy usłyszała chichot dobiegający z wozowni.

- Cathy! - zawołała. Żadnej odpowiedzi. Poczuła się nieswojo. Uprzytomniła sobie brzmienie tego chichotu. To nie był głos córki. Cathy nie była śmieszką.

Nigdy nie wiadomo, jak i dlaczego rodziców ogarnia lęk. Ma się rozumieć, niepokój często zjawia się wtedy, gdy nie ma po temu żadnego powodu. Najczęściej zaś nawiedza rodziców jedynaków, rodziców, których prześladuje czarna zmora utraty.

Pani Ames przystanęła, nadstawiając ucha. Dosłyszała stłumione, sekretne głosy i wtedy cicho podsunęła się do wozowni. Wrota były zamknięte. Z wewnątrz dochodził szmer głosów, ale nie mogła wśród nich rozróżnić głosu Cathy. Postąpiła o krok, rozwarła wrota - i jasne słońce runęło do wewnątrz. Stanęła jak wryta, z otwartymi ustami na widok tego, co zobaczyła.

Cathy leżała na podłodze, spódniczkę miała zadartą. Była obnażona do pasa, a obok niej klęczeli dwaj mniej więcej czternastoletni chłopcy. Wstrząs, jakim było wtargnięcie światła, ich także przykuł do miejsca. Cathy miała oczy otępiałe z przerażenia. Pani Ames znała obu chłopców, znała ich rodziców.

Nagle jeden zerwał się, pędem wyminął panią Ames i pognał za róg domu. Drugi bezradnie cofnął się przed nią, a potem z krzykiem rzucił się do wyjścia. Pani Ames chciała go schwycić, ale palce jej zsunęły się po kurtce i chłopiec umknął. Usłyszała na dworze szybko oddalający się tupot stóp.

Popróbowała przemówić i z krtani dobył jej się chrapliwy szept:

- Wstań!

Cathy patrzyła na nią tępo i nie ruszyła się z miejsca. Pani Ames zauważyła, że dziewczynka ma ręce związane grubą linką. Krzyknęła, rzuciła się na kolana i zaczęła szarpać supły. Zaniosła Cathy do domu i położyła ją do łóżka.

Domowy doktor po zbadaniu Cathy nie znalazł żadnych oznak zgwałcenia.

- Może pani tylko dziękować Bogu, że przyszła na czas - powtarzał pani Ames.

Cathy przez długi czas nic nie mówiła. Szok; tak to nazwał doktor. A kiedy wreszcie szok minął, nie chciała nic powiedzieć. Gdy ją wypytywano, oczy jej rozszerzały się, tak że było widać białka wokoło tęczówek, oddech ustawał, ciało sztywniało, a policzki nabiegały czerwienią od wstrzymywania oddechu.

W naradzie z rodzicami chłopców wziął udział doktor Williams. Pan Ames prawie nie zabierał głosu. Przyniósł linkę, którą były związane ręce Cathy. W oczach miał zdumienie. Nie mógł zrozumieć pewnych rzeczy, ale ich nie poruszał.

Pani Ames popadła w histerię. Przecież tam była. Widziała. Jest w tej sprawie ostatecznym autorytetem. A z histerii wychynął demon sadyzmu. Łaknęła krwi. W jej żądaniach kary było jakieś upojenie. Trzeba chronić miasto, kraj. Postawiła to na tej płaszczyźnie. Bogu dzięki, zjawiła się na czas. Ale może następnym razem nie zdąży? Co by czuły na jej miejscu inne matki? Cathy ma ledwie dziesięć lat.

Kary były naówczas okrutniejsze niż dzisiaj. Ludzie naprawdę wierzyli, że bat jest narzędziem cnoty. Najpierw pojedynczo, a potem razem osmagano obu chłopców, osmagano ich do żywego mięsa.

Dopuścili się ciężkiego przestępstwa, ale kłamstwa dowodziły istnienia zła, którego nawet bat nie wykorzeni. Ich obrona była od początku śmieszna. Twierdzili, że wszystko zaczęła Cathy, oni zaś dali jej po pięć centów.

I wcale nie wiązali jej rąk. Mówili, iż przypominają sobie, że Cathy bawiła się jakąś linką.

Pani Ames powiedziała to pierwsza, a za nią powtórzyło jak echo całe miasteczko: "Więc to ma znaczyć, że niby sama związała sobie ręce? Dziesięcioletnie dziecko?".

Gdyby chłopcy przyznali się do występku, mogliby częściowo uniknąć kary. Odmowa wprawiła w żądną tortur wściekłość nie tylko ojców, którzy wymierzyli im chłostę, ale i całe środowisko. Chłopcy zostali za zgodą rodziców odesłani do domu poprawczego.

"Ją to prześladuje - opowiadała pani Ames sąsiadom. - Gdyby choć mogła o tym mówić, może by jej ulżyło. Ale gdy tylko o coś spytam, zaraz wszystko jej jakby powraca i znowu jest w szoku".

Amesowie więcej nie rozmawiali na ten temat z córką. Sprawa została zamknięta. Pan Ames wprędce zapomniał o swoich dręczących zastrzeżeniach. Byłoby mu nieprzyjemnie, gdyby dwóch chłopaków siedziało w poprawczaku za coś, czego nie zrobili.

Kiedy Cathy już doszła do siebie po doznanym szoku, rówieśnicy, którzy początkowo obserwowali ją z daleka, zaczęli zbliżać się do niej, wyraźnie zafascynowani. Nie miała zaufanych przyjaciółek, jak to zwykle bywa w wieku dwunastu, trzynastu lat. Chłopcy woleli nie ryzykować przytyków ze strony kolegów za odprowadzanie jej ze szkoły do domu. Ale mimo to wywierała ogromne wrażenie zarówno na chłopcach, jak na dziewczętach.

I jeżeli jakiś chłopak zetknął się z nią sam na sam, czuł, że przyciąga go do Cathy siła, której nie mógł ani zrozumieć, ani przezwyciężyć.

Była pełna uroku i bardzo słodka, a mówiła zniżonym głosem. Chodziła samotnie na długie spacery i rzadko zdarzało się, by któryś z chłopców nie natknął się na nią przypadkiem, wyszedłszy z zagajnika. Wprawdzie szeptano sobie na ucho różne plotki, ale nie sposób było ustalić, co Cathy robi. Jeżeli coś się działo, wynikały stąd tylko mgliste szepty, co samo w sobie było niezwykłe w wieku, kiedy ma się wiele tajemnic, ale nie dochowuje żadnej długo.

Cathy nauczyła się nosić na twarzy uśmieszek, zaledwie ślad uśmiechu. Miała swoisty sposób strzelania oczami i opuszczania wzroku, obiecujący samotnemu chłopcu tajemnice, które mógłby z nią dzielić.

Jej ojcu chodziło po głowie jeszcze inne pytanie, ale zepchnął je w siebie głęboko i uważał, że samo zastanawianie się nad tym jest nieuczciwe. Cathy miała niezwykłe szczęście do znajdowania różnych przedmiotów - to złotego breloku, to pieniędzy, jedwabnej sakiewki, to znów srebrnego krzyżyka wysadzanego czerwonymi kamykami, które jakoby były rubinami. Znajdowała wiele rzeczy, lecz kiedy ojciec dał do tygodnika "Courier" ogłoszenie o krzyżyku, nikt się po niego nie zgłosił.

Pan William Ames, był człowiekiem skrytym. Rzadko wyjawiał swoje myśli. Nie miałby odwagi wystawiać się na ciekawskie spojrzenia sąsiadów. Zachowywał dla siebie mały płomyk podejrzenia. Lepiej było nie wiedzieć nic - bezpieczniej, mądrzej i wygodniej. Co zaś się tyczy matki Cathy, to została tak oplątana, tak omotana kokonem pajęczych półkłamstw, wypaczonych prawd i domyślników usnutych przez Cathy, że nie potrafiłaby już rozeznać prawdy, choćby ją miała przed oczami.

Cathy była coraz ładniejsza. Delikatna, kwitnąca cera, złote włosy, szeroko osadzone, skromne, a jednak wiele obiecujące oczy, drobne usta pełne słodyczy - zwracały i przykuwały uwagę. Ukończyła osiem klas szkoły podstawowej z tak dobrym wynikiem, że rodzice zapisali ją do małego miejscowego gimnazjum, jakkolwiek w owych czasach nie było w zwyczaju, by dziewczynka kontynuowała naukę. Jednakże Cathy oświadczyła, że chce zostać nauczycielką, co uradowało matkę i ojca, ponieważ był to jedyny godny zawód dostępny dla dziewczyny z dobrej, ale niezamożnej rodziny. Rodzicom przynosiła chlubę córka, będąca nauczycielką.

Cathy miała czternaście lat, kiedy wstąpiła do gimnazjum. Rodzice zawsze uważali ją za skarb, ale wraz z wniknięciem w tajniki algebry i łaciny Cathy sięgnęła obłoków, na które ojciec i matka nie mogli już z nią podążyć. Utracili ją. Czuli, że została przeniesiona do wyższych sfer.

Nauczyciel łaciny był bladym, skupionym młodzieńcem, któremu nie powiodły się studia w szkole teologicznej, ale który miał dostateczne wykształcenie, aby wykładać ścisłą gramatykę, Cezara i Cycerona. Ten cichy młody człowiek wziął sobie niepowodzenie mocno do serca. W głębi duszy mniemał, że Bóg go odtrącił, i nie bez racji.

Od pewnego czasu zauważono, że w Jakubie Grewie zapłonął jakiś ogień i że w oczach żarzy mu się dziwna moc. Nigdy nie widywano go z Cathy i nikt nawet nie podejrzewał, że coś ich może łączyć.

Jakub Grew stał się mężczyzną. Chodził sprężystym krokiem i podśpiewywał sobie pod nosem. Pisywał listy tak przekonywające, że kierownictwo szkoły teologicznej przychylnie rozważało możliwość przyjęcia go na studia.

A potem ów płomień zagasł. Ramiona, które Grew nosił tak wysoko i prosto, obwisły żałośnie. Oczy płonęły mu gorączkowo, a ręce drżały. Widywano go nocą w kościele, na klęczkach, poruszającego wargami w modlitwie. Opuszczał lekcje w szkole i dawał znać, że choruje, chociaż widziano, że błądzi samotnie po wzgórzach za miastem.

Pewnej nocy, o późnej godzinie, zapukał do drzwi domu Amesów. Pan Ames, gderając, wygrzebał się z łóżka, zapalił świecę, narzucił palto na nocną koszulę i podszedł do drzwi. Ujrzał przed sobą Jakuba Grewa, wzburzonego, z oszalałym spojrzeniem; oczy mu błyszczały, a ciałem wstrząsały dreszcze.

- Muszę z panem pomówić - rzekł ochrypłym głosem.

- Już jest po północy - odparł surowo pan Ames.

- Muszę z panem pomówić w cztery oczy. Niech pan coś włoży na siebie i wyjdzie na dwór. Musimy porozmawiać.

- Młody człowieku, pan chyba jest pijany albo chory. Proszę wrócić do domu i przespać się trochę. Już po północy.

- Nie mogę czekać. Muszę z panem pomówić.

- Niech pan przyjdzie rano do garbarni. - Ames zatrzasnął mu drzwi przed nosem i przystanął za nimi, nasłuchując. Dosłyszał żałosny głos: "Nie mogę czekać. Nie mogę czekać" - a potem kroki zstępujące z wolna, ociężale ze schodów.

Pan Ames osłonił zwiniętą dłonią płomyk świecy, by go nie raził w oczy, i wrócił do łóżka. Wydało mu się, że drzwi pokoju Cathy przymknęły się cicho, ale możliwe, iż zwiodło go migotliwe światło świecy, bo miał także wrażenie, że portiera się poruszyła.

- Cóż tam takiego? - spytała żona, gdy stanął przy łóżku.

- Jakiś pijak. Trafił do niewłaściwego domu. - Nie miał pojęcia, dlaczego tak odpowiedział, może żeby uniknąć dyskusji.

- Do czego ten świat dochodzi! - Pokręciła głową.

Ames, leżąc w ciemnościach po zgaszeniu światła, widział zielony krąg pozostawiony w źrenicach przez płomień świecy, a w jego wirującym, pulsującym obwodzie - oszalałe, błagalne oczy Jakuba Grewa. Długo nie mógł zasnąć.

Rankiem miasteczko obiegła pogłoska, zniekształcona i rozdmuchiwana tu i ówdzie, ale po południu rzecz się wyjaśniła. Zakrystian znalazł Jakuba Grewa rozciągniętego na posadzce przed ołtarzem. Wierzch głowy miał odstrzelony. Obok leżała strzelba, a przy niej kij, którym nacisnął spust. Nieopodal stał na podłodze lichtarz z ołtarza. Jedna z trzech świec jeszcze płonęła. Dwie nie były zapalone. A na podłodze znaleziono też dwie książki jedną na drugiej: zbiór hymnów i modlitewnik. Zakrystian wyobrażał sobie, że Grew oparł o nie strzelbę, ażeby nakierować wylot lufy na skroń. Odrzut po strzale strącił strzelbę z książek.

Kilka osób przypomniało sobie, że wczesnym rankiem przed świtem słyszało jakąś detonację. Jakub Grew nie zostawił żadnego listu. Nikt nie mógł dojść, dlaczego to zrobił.

Pierwszym odruchem pana Amesa było, żeby pójść do coronera i opowiedzieć mu o nocnej wizycie. Jednakże pomyślał: Co to da? Gdybym coś wiedział, to co innego. Ale przecież nie wiem nic. Czuł ucisk w dołku. Powtarzał sobie wciąż, że to nie jego wina. Co mogłem poradzić? Nawet nie wiem, czego chciał. Czuł się winny i nieszczęśliwy.

Przy obiedzie żona zaczęła mówić o samobójstwie, więc nie mógł nic wziąć do ust. Cathy siedziała milcząca, ale nie bardziej milcząca niż zwykle. Jadła małymi, zgrabnymi kąskami i często ocierała usta serwetką.

Pani Ames szczegółowo omawiała sprawę znalezienia ciała i strzelby.

- O jedną rzecz chciałam zapytać - powiedziała. - Pijak, który przyszedł pod drzwi wczoraj w nocy, to nie mógł być młody Grew?

- Nie - odpowiedział szybko mąż.

- Jesteś pewien? Widziałeś go po ciemku?

- Miałem świecę - odparł ostro. - Nawet nie był podobny, miał długą brodę.

- Nie musisz zaraz tak na mnie burczeć. Po prostu się zastanawiałam. Cathy otarła usta, a kiedy położyła serwetkę na kolanach, była uśmiechnięta. Pani Ames obróciła się do córki.

- Widywałaś go co dzień w szkole, Cathy. Ostatnio nie zdawał ci się przygnębiony? Zauważyłaś coś, co by mogło wskazywać...

Cathy spojrzała na swój talerz, a potem podniosła wzrok.

- Miałam wrażenie, że jest chory. Źle wyglądał. Wszyscy w szkole dziś o tym mówili. A ktoś, już nie pamiętam kto, powiedział, że pan Grew miał jakieś przykrości w Bostonie. Nie słyszałam jakie. Myśmy bardzo lubili pana Grewa.

Otarła delikatnie usta.

Taka była metoda Cathy. Zanim upłynął następny dzień, całe miasteczko wiedziało, że Jakub Grew miał jakieś przykrości w Bostonie, i nikomu nie przeszło przez myśl, że to Cathy sfabrykowała tę historię. Nawet pani Ames wyleciało z głowy, od kogo ją usłyszała.

Wkrótce po szesnastych urodzinach Cathy zaszła w niej zmiana. Pewnego ranka nie wstała, żeby iść do szkoły. Matka weszła do pokoju i zastała ją w łóżku, wpatrzoną w sufit.

- Pospiesz się, bo się spóźnisz. Już prawie dziewiąta.

- Ja nie idę - powiedziała obojętnym tonem.

- Źle się czujesz?

- Nie.

- No to spiesz się, wstawaj.

- Nie idę.

- Musisz być chora. Przecież nigdy nie opuściłaś nawet jednego dnia.

- Nie idę do szkoły - powtórzyła spokojnie Cathy. - Nigdy więcej nie pójdę do szkoły.

Matka szeroko otworzyła usta.

- Co to ma znaczyć?

- Nigdy więcej. - Cathy wciąż patrzała w sufit.

- No, jeszcze zobaczymy, co ojciec na to powie! Po całej naszej pracy i wydatkach, i to na dwa lata przed maturą! - A potem podsunęła się bliżej i zapytała cicho:

- Może ci się zachciało wyjść za mąż?

- Nie.

- Co to za książkę tam chowasz?

- Proszę! Wcale jej nie chowam.

- Och! "Alicja w krainie czarów". Za duża jesteś na to.

- Potrafię się zrobić taka malutka, że nawet mnie nie dojrzysz.

- Co ty, u licha, wygadujesz?

- Nikt mnie nie znajdzie.

- Przestań stroić żarty - napomniała ją gniewnie matka. - Nie wiem, co ci strzeliło do głowy. Cóż ma zamiar robić panna Kapryśnica?

- Jeszcze nie wiem. Myślę, że chyba wyjadę.

- No to leż sobie tutaj, panno Kapryśnico, i kiedy ojciec przyjdzie, będzie ci miał dwa słowa do powiedzenia.

Cathy bardzo powoli obróciła głowę i obrzuciła matkę stalowym spojrzeniem. I nagle pani Ames przestraszyła się córki. Wyszła cicho i zamknęła za sobą drzwi. W kuchni usiadła, złożyła ręce na kolanach i zapatrzyła się przez okno na poczerniałą wozownię.

Córka stała się dla niej obca. Pani Ames, podobnie jak większość rodziców, w pewnym momencie poczuła, że traci nad nią panowanie, że wymykają jej się spomiędzy palców wodze, którymi miała pokierować córką. Nie wiedziała, że nigdy nie posiadała nad nią żadnej władzy. Cathy zawsze wykorzystywała matkę dla swoich celów. Po jakimś czasie pani Ames nałożyła czepiec i poszła do garbarni. Chciała pomówić z mężem poza domem.

Po południu Cathy apatycznie podniosła się z łóżka i długi czas siedziała przed lustrem.

Tegoż wieczoru, pan Ames, zły, że musi to robić, wygłosił córce kazanie. Mówił o obowiązku, o wdzięczności, 0 przyrodzonym uczuciu dla rodziców. Pod koniec spostrzegł, że Cathy go nie słucha. To go rozzłościło i zaczął miotać groźby. Mówił o władzy, jaką Bóg dał mu nad dzieckiem, i o tym, jak tę przyrodzoną władzę wyposażyło w oręż państwo. Zwróciła uwagę na jego słowa. Patrzała mu prosto w oczy. Uśmiechała się z lekka, a powieki nawet jej nie drgnęły. Aż musiał odwrócić wzrok, 1 to rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Kazał jej skończyć z tymi bzdurami. Niejasno zagroził biciem, jeżeli go nie usłucha.

Zakończył nutą słabości.

- Chcę, byś mi obiecała, że jutro pójdziesz do szkoły i dasz spokój z tymi głupstwami.

Twarz Cathy była bez wyrazu, drobne usta zaciśnięte.

- Dobrze - powiedziała. Później tego wieczoru pan Ames powiedział do żony z pewnością siebie, której bynajmniej nie czuł:

- Widzisz, trzeba tylko trochę stanowczości. Może byliśmy zbyt pobłażliwi. Ale to dobre dziecko. Zdaje mi się, że po prostu zapomniała, kto tu rządzi. Odrobina surowości nigdy nikomu nie zaszkodziła.

Pomyślał, że chciałby być tak ufny, jak to wynikało z jego słów.

Rano okazało się, że Cathy zniknęła. Zniknął też jej słomiany koszyk podróżny i najlepsze sukienki. Łóżko zostawiła starannie zasłane. Jej pokój był bezosobowy; nic nie wskazywało, że dorastała w nim dziewczyna. Nie było żadnych obrazków ani pamiątek, żadnych bibelotów zwykłych dla wieku dorastania. Cathy nigdy nie bawiła się lalkami. Pokój nie nosił jej piętna.

Pan Ames był na swój sposób inteligentnym człowiekiem. Nasadził melonik na głowę i szybko poszedł na dworzec kolejowy. Zawiadowca stacji miał całkowitą pewność - Cathy odjechała porannym pociągiem. Kupiła bilet do Bostonu. Pomógł panu Amesowi napisać telegram do bostońskiej policji. Ames nabył bilet powrotny i wsiadł do pociągu odchodzącego do Bostonu o dziewiątej pięćdziesiąt. W chwilach krytycznych był bardzo zaradny.

Tego wieczoru pani Ames siedziała w kuchni, za zamkniętymi drzwiami. Była blada jak ściana i ściskała rękami blat stołu, by pohamować ich dygotanie. Zza drzwi dochodziły odgłosy najpierw razów, a potem krzyków.

Pan Ames nie był biegły w batożeniu, ponieważ nigdy tego nie robił. Zaczął chłostać Cathy po nogach batem od powozu, a ponieważ stała spokojnie, wpatrując się w niego obojętnymi, zimnymi oczami, stracił panowanie nad sobą. Ponieważ ciosy były jakby próbne, nieśmiałe, ale widząc, że nie krzyczy, zaczął ją bić po bokach i ramionach. Bat smagał i zacinał. W swojej pasji Ames kilkakrotnie nie trafił albo przybliżył się zbytnio, tak że bat owinął się wokół ciała.

Cathy była pojętna. Przejrzała ojca na wylot i już wiedziała, czego się trzymać; zaczęła wrzeszczeć, wić się, płakać i zaklinać - i z satysfakcją wyczuła, że ciosy natychmiast osłabły.

Pana Amesa przeraziły te krzyki i ból, który zadawał. Przestał bić. Cathy, łkając, padła na łóżko. Gdyby jednak ojciec przyjrzał się jej, zauważyłby, że nie ma łez w oczach, a tylko napięte mięśnie szyi i zgrubienia tuż pod skroniami, tam gdzie są wiązadła mięśni szczękowych.

Zapytał:

- No, zrobisz to jeszcze raz?

- Nie, och, nie! Przebacz mi! - Odwróciła się na łóżku, żeby ojciec nie dojrzał chłodu w jej twarzy.

- Pamiętaj dobrze, kim jesteś. I nie zapominaj, kim jestem ja.

Cathy głos uwiązł w gardle. Wydała suchy szloch.

- Nie zapomnę.

W kuchni pani Ames wyłamywała sobie palce. Mąż dotknął jej ramienia.

- Okropne to było dla mnie - powiedział. - Ale musiałem. I myślę, że jej dobrze zrobiło. Wydaje mi się jakby odmieniona. Może nie dość naginaliśmy gałązkę. Szczędziliśmy rózgi. Pewnie to był nasz błąd.

Wiedział jednak, że chociaż żona nalegała na chłostę, chociaż zmusiła go, żeby oćwiczył Cathy, przecież nienawidziła go teraz za to. Ogarnęła go rozpacz, nie mógł tego znieść.

Bez wątpienia Cathy tego właśnie potrzebowała. Jak mówił pan Ames, "to ją jakoś otworzyło". Zawsze była uległa, a teraz okazała jeszcze dobre chęci. W następnych tygodniach pomagała matce w kuchni, a chciała pomagać więcej niż trzeba. Zaczęła robić na drutach szal dla matki, co było dłuższym przedsięwzięciem, obliczonym na całe miesiące. Pani Ames opowiadała o tym sąsiadom. "Ma doskonałe wyczucie koloru! Rdzawy i żółty. Już skończyła trzy kwadraty".

Dla ojca Cathy zawsze miała uśmiech. Wieszała jego kapelusz, kiedy wracał do domu, i ustawiała fotel pod lampą, żeby mu było wygodnie czytać.

Nawet w szkole się zmieniła. Uczyła się dobrze, ale teraz zaczęła snuć plany na przyszłość. Omawiała z kierownikiem swój egzamin nauczycielski już na rok z góry. A kierownik, przejrzawszy jej stopnie, uznał, że Cathy ma duże szanse na zdobycie wymarzonego zawodu. Zjawił się w garbarni u pana Amesa, żeby rzecz przedyskutować.

- Nic nam o tym nie powiedziała - oświadczył z dumą pan Ames.

- Może nie powinienem był panu mówić. Mam nadzieję, że nie zepsułem niespodzianki.

Państwo Ames doszli do wniosku, że natrafili na jakieś zaklęcie, które rozwiązywało wszystkie ich problemy. Przypisali to nieświadomej mądrości, którą mogą mieć tylko rodzice.

- W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak się zmienił - stwierdził pan Ames.

- Ależ ona zawsze była dobrym dzieckiem - odparła jego żona. - Zauważyłeś, jaka się robi ładniutka? Po prostu pięknieje w oczach. Ma takie śliczne kolorki!

- Nie myślę, żeby przy swojej urodzie długo wykładała w szkole. - Pan Ames pokręcił głową.

Cathy rzeczywiście promieniała. Dziecięcy uśmiech nie schodził z jej warg, kiedy czyniła swoje przygotowania. Nie spieszyło jej się ani trochę. Wysprzątała piwnicę i pozatykała papierem szpary wokoło fundamentów, żeby nie było przeciągów. Kiedy kuchenne drzwi zaczęły skrzypieć, naoliwiła zawiasy, potem zamek, który otwierał się za ciężko, a mając już pod ręką puszkę z oliwą, naoliwiła też i zawiasy drzwi frontowych. Postawiła sobie za zadanie pilnować, by lampy zawsze były napełnione, i utrzymywać klosze w czystości. Wymyśliła sposób płukania ich w dużej bańce nafty, którą miała w piwnicy.

- Trzeba to widzieć, żeby uwierzyć. - Ojciec nie mógł się nadziwić.

A nie ograniczało się to tylko do domu. Odważnie znosiła wyziewy garbarni, byleby odwiedzać tam ojca. Skończyła niedawno szesnaście lat i Ames uważał ją oczywiście za dziecko. Zdumiony był jej pytaniami na temat interesów.

- Sprytniejsza jest od niejednego chłopa - mówił do swojego majstra. - Możliwe, że kiedyś sama poprowadzi warsztat.

Interesowała się nie tylko procesem garbowania, ale i stroną handlową. Ojciec wyjaśniał jej sprawy pożyczek, płatności, sporządzania rachunków i list płac. Pokazał jej, jak się otwiera kasę ogniotrwałą, i z zadowoleniem stwierdził, że po pierwszej próbie zapamiętała kombinację.

- Moim zdaniem, to jest tak - powiedział do żony. - W każdym z nas siedzi po trosze jakiś bies. Wcale by mi się nie podobało dziecko bez odrobiny fantazji. Ja w tym widzę pewien rodzaj energii; wystarczy tylko ją uchwycić i nie wypuszczać z ręki, a pójdzie we właściwym kierunku.

Cathy poreperowała sobie wszystkie sukienki i uporządkowała rzeczy. Któregoś dnia w maju wróciła ze szkoły i od razu wzięła się do robienia na drutach. Matka była już ubrana do wyjścia.

- Muszę lecieć do Bractwa Ołtarzowego. Chodzi o ten kiermasz w przyszłym tygodniu. Jestem przewodniczącą. Ojciec właśnie pytał, czy nie poszłabyś do banku po pieniądze na wypłatę i nie przyniosła ich do garbarni. Mówiłam mu, że mam kiermasz i że nie mogę iść.

- Bardzo chętnie - odrzekła Cathy.

- Będą mieli pieniądze już przygotowane w worku. - Pani Ames wybiegła z domu.

Cathy zabrała się do roboty żwawo, ale bez pośpiechu. Włożyła stary fartuch, żeby nie powalać sobie sukienki. W piwnicy odszukała słoik od konfitur z pokrywką i zaniosła go do wozowni, gdzie przechowywano narzędzia. W kurniku schwyciła kuraka, położyła go na pniu i odrąbała mu głowę, po czym przytrzymała skręcającą się szyję nad słoikiem, dopóki nie napełnił się do połowy krwią. Następnie zaniosła drgającego kurczaka na kupę nawozu, gdzie go zagrzebała głęboko. Wróciwszy do kuchni, zdjęła fartuch, wsadziła go do pieca i póty poruszała węgle pogrzebaczem, póki materiał nie zajął się płomieniem. Obmyła ręce, obejrzała obuwie i pończochy i starła ciemną plamkę z noska prawego bucika. Przypatrzyła się w lustrze swojej twarzy. Policzki miała zarumienione, oczy jej błyszczały, a usta składały się w ów lekki, dziecinny uśmieszek. Wychodząc, ukryła słoik od konfitur na samym dole pod kuchennymi schodami. Od chwili gdy matka jej wyszła, nie upłynęło nawet dziesięć minut.

Lekkim, nieomal tanecznym krokiem Cathy okrążyła dom i wyszła na ulicę. Drzewa wypuszczały listki, a nieliczne, pierwsze mlecze żółto rozkwitały na łąkach. Szła w stronę centrum miasteczka, gdzie znajdował się bank. A była tak pełna świeżości i ładna, że przechodnie obracali się i oglądali za nią, gdy ich mijała.

Pożar wybuchnął około trzeciej nad ranem. Ogień wytrysnął, rozgorzał, zahuczał i zapadł się z trzaskiem, nieomal zanim ktokolwiek się spostrzegł. Kiedy nadbiegła straż ochotnicza, ciągnąc wózek z gumowym wężem, nie miała już nic do roboty oprócz polania dachów sąsiednich domów dla ochrony przed rozprzestrzenieniem się ognia.

Dom Amesów spłonął jak fajerwerk. Członkowie ochotniczej straży, a także zwykli gapie, których zwabiają pożary, rozglądali się, usiłując odszukać wzrokiem państwa Amesów i ich córkę. Od razu wszyscy zauważyli ich nieobecność. Ludzie popatrzyli na szeroko rozsypane łożysko żaru, ujrzeli w nim siebie i swoje dzieci i poczuli, że serca, tętniąc, podchodzą im do gardeł. Ochotnicy zaczęli lać wodę na ogień, jak gdyby jeszcze teraz mogli ocalić jakąś cielesną cząstkę rodziny. Miasteczko obiegła przerażająca wieść, że cała rodzina Amesów spłonęła.

O wschodzie słońca wszystko, co żyło, stłoczyło się wokół dymiących czarnych zgliszcz. Ci, którzy stali na przedzie, osłaniali twarze przed żarem. Ochotnicy wciąż pompowali wodę, żeby ostudzić zwęglone rumowisko. Około południa coroner mógł już rzucić na nie mokre deski i drążkiem żelaznym wymacać zlane wodą sterty zgliszcz. Z pana i pani Ames zostało akurat tyle, aby mieć pewność, że są tam dwa trupy. Sąsiedzi wskazali w przybliżeniu miejsce, gdzie znajdował się pokój Cathy, ale chociaż coroner i cała gromada pomocników przetrząsnęli popioły ogrodniczymi grabiami, nie zdołano odnaleźć ani jednego zęba czy kości.

Tymczasem dowódca ochotniczej straży natrafił na klamki i zamek od drzwi kuchennych. Popatrzył na poczerniały metal ze zdumieniem, nie bardzo jednak wiedząc, co go tak zaskoczyło. Pożyczył od coronera grabie i zaczął nimi grabić zaciekle. Poszedł na miejsce, gdzie były frontowe drzwi, i grabił, póki nie wyciągnął skrzywionego i na wpół stopionego zamka. Otaczał go już tłumek, padały pytania: "Czego ty szukasz, George?", "Coś znalazł, George?".

Wreszcie podszedł do niego coroner.

- W czym rzecz, George?

- W zamkach nie ma kluczy - odpowiedział tamten zmienionym głosem.

- Może wypadły.

- Jak?

- Albo się stopiły.

- Zamki się nie stopiły.

- Może Ames je powyjmował.

- Od wewnątrz? - Podniósł swoją zdobycz. Oba rygle były wysunięte.

Ponieważ spłonął dom, a wraz z nim także właściciel, pracownicy garbarni przez uszanowanie nie poszli do pracy. Plątali się wokoło spalonego domu, ofiarowując pomoc, gdzie tylko mogli; czuli się osobami oficjalnymi i wchodzili wszystkim w drogę.

Dopiero po południu majster Joel Robinson poszedł do garbarni. Zastał kasę ogniotrwałą otwartą, a papiery porozrzucane po całej podłodze. Wybite okno wskazywało drogę, którą dostał się złodziej.

Teraz cała sprawa zmieniła oblicze. A więc to nie był wypadek. Strach zajął miejsce podniecenia i smutku, a po nim przypełznął gniew, brat strachu. Tłum rozlał się na wszystkie strony.

Nie musiał iść daleko. W wozowni znaleziono to, co się nazywa "śladami walki" - w tym wypadku strzaskaną skrzynkę, rozbitą lampę od powozu, krechy na kurzu i słomę rozrzuconą po ziemi. Widzowie mogliby nie poczytać tego za ślady walki, gdyby nie spora kałuża krwi na podłodze.

Teraz sprawę przejął konstabl. To była jego dziedzina. Wypchnął i wygnał wszystkich z wozowni.

- Chcecie mi tu pozacierać ślady?! - krzyknął na nich. - Odejdźcie zaraz od drzwi.

Przeszukał wozownię, coś podniósł, w kącie znalazł coś innego. Podszedł do drzwi, trzymając znaleziska: skrwawioną niebieską wstążkę do włosów i krzyżyk wysadzany czerwonymi kamykami.

- Czy ktoś to poznaje? - zapytał.

W małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, jest prawie niepodobieństwem przypuścić, by któryś z przyjaciół mógł kogoś zamordować. Dlatego też, jeżeli ślady nie wskazują wyraźnie w pewnym określonym kierunku, winnym musi być jakiś mroczny przybysz, jakiś przybłęda z zewnętrznego świata, gdzie takie rzeczy się dzieją. Wówczas urządza się obławy w obozach trampów, zatrzymuje włóczęgów i kontroluje spisy gości w hotelach. Każdy nieznajomy staje się obiektem podejrzeń. Należy pamiętać, że był wtedy maj i wędrowcy wyruszyli na gościńce dopiero niedawno, gdy coraz cieplejsza pora roku pozwalała im rozłożyć koc nad pierwszym lepszym strumieniem. Cyganie też pokazali się na drogach - całą ich karawanę widziano nie dalej niż o pięć mil. A jak przepędzono tych biednych Cyganów!

Przetrząśnięto okolicę w promieniu paru kilometrów, wypatrując świeżo wykopanej ziemi, przeciągnięto sieci przez podejrzane sadzawki w poszukiwaniu zwłok Cathy. "Taka była ładna" - mówili wszyscy, mając na myśli, że widzieliby raczej pewne powody do jej porwania. Wreszcie sprowadzono na przesłuchanie bełkoczącego, obrośniętego półgłówka. Był znakomitym kandydatem na szubienicę, ponieważ nie tylko nie miał żadnego alibi, ale nie mógł sobie przypomnieć, co robił w którymkolwiek momencie swojego życia. Wątłym umysłem pojął, iż ci, którzy go wypytują, chcą odeń czegoś, a że był poczciwy z natury, więc próbował im to dać. Kiedy zadano mu podchwytliwe pytanie, radośnie wskoczył w pułapkę i ucieszył się widząc, że konstabl jest zadowolony. Dzielnie usiłował dogodzić owym wyższym istotom. Było w nim coś bardzo sympatycznego. Zeznania jego miały tylko jedną wadę: wciąż przytakiwał, zgadzał się z każdym zarzutem. Poza tym trzeba mu było ustawicznie przypominać, co rzekomo uczynił. Z prawdziwą radością przyjął postawienie go w stan oskarżenia przez surowych i zdjętych zgrozą przysięgłych. Nareszcie czuł, że jest kimś.

Zdarzali się i zdarzają ludzie, którzy zostają sędziami, a których miłość do prawa i jego intencji wymierzania sprawiedliwości ma coś z uczucia do kobiety. Taki właśnie człowiek prowadził przesłuchanie przed rozprawą - człowiek tak czysty i dobry, że życiem swoim przekreślał wiele cudzych niegodziwości. Bez przynaglania, do którego przyzwyczajono oskarżonego, jego zeznania były absurdalne. Sędzia zadał mu mnóstwo pytań i przekonał się, że chociaż podejrzany usiłuje stosować się do wskazówek, po prostu nie może spamiętać, co zrobił, kogo zabił, jak i dlaczego. Sędzia westchnął ze znużeniem, kazał go wyprowadzić z sali i pogroził palcem konstablowi.

- Słuchaj no, Mike. Nie powinieneś robić takich rzeczy. Gdyby ten biedak był trochę bardziej rozgarnięty, mógłbyś wyprawić go na szubienicę.

- Przecież się przyznał. - Konstabl czuł się urażony, bo był człowiekiem sumiennym.

- Przyznałby się, że wlazł po złotych schodach i poderżnął gardło świętemu Piotrowi kulą od kręgli - powiedział na to sędzia. - Bądź ostrożniejszy, Mike. Celem prawa jest ocalać, nie niszczyć.

We wszystkich takich lokalnych tragediach czas działa jak mokry pędzel na akwarelę. Zamazują się ostre kontury, zaciera ból, barwy stapiają się ze sobą, a z wielu odrębnych kresek powstaje jednolita szarość. Po miesiącu powieszenie kogoś nie wydawało się już konieczne, a po dwóch miesiącach prawie wszyscy doszli do wniosku, że właściwie nie ma istotnych poszlak przeciw nikomu. Gdyby nie zamordowanie Cathy, pożar i rabunek mógłby być zbiegiem okoliczności. A potem przyszło ludziom na myśl, że bez ciała Cathy nie sposób czegokolwiek udowodnić, choć wydawało się pewne, że dziewczyna nie żyje.

Cathy pozostawiła po sobie smugę słodyczy.

ROZDZIAŁ 9

Pan Edwards pełnił swoje funkcje rajfura w sposób systematyczny i beznamiętny. Żonę wraz z dwojgiem dobrze wychowanych dzieci ulokował w porządnym domu, w porządnej dzielnicy Bostonu. Dzieci - dwóch chłopców - zapisane zostały do Groton, gdy jeszcze były niemowlakami.

Pani Edwards utrzymywała dom w nieskazitelnej czystości i dyrygowała służbą. Ma się rozumieć, pan Edwards musiał często wyjeżdżać w interesach, ale mimo to udawało mu się prowadzić zdumiewająco domatorskie życie i spędzać na łonie rodziny więcej wieczorów, niż można sobie wyobrazić. Interesami kierował z wytrawnością i akuratnością przysięgłego księgowego. Był wysokim, potężnym mężczyzną, który zbliżając się do pięćdziesiątki, zaczynał tyć, ale utrzymywał się w zadziwiającej kondycji jak na czasy, kiedy każdy pragnął być tłusty, choćby dla pokazania, że mu się dobrze powodzi.

Sam obmyślił swój system - owe objazdy po małych miasteczkach, krótkie pozostawanie każdej z dziewczyn na jednym miejscu, dyscyplinę, wysokość pobieranego procentu. Poczynał sobie ostrożnie i popełniał mało błędów. Nigdy nie wysyłał dziewczyn do większych miast. Umiał dać sobie radę z zachłannymi konstablami z miasteczek, ale czuł respekt przed doświadczoną i żarłoczną policją wielkomiejską. Ideałem dla niego była niewielka mieścina z hotelem o obciążonej hipotece i zupełnie pozbawiona rozrywek - taka, w której jedyną konkurencję stanowiły żony i ta czy inna zbłąkana dziewczyna. W owym czasie miał dziesięć zespołów. Zanim umarł w wieku lat sześćdziesięciu siedmiu na skutek udławienia się kością kurczęcia, miał grupki złożone z czterech dziewczyn w każdym z trzydziestu trzech miasteczek Nowej Anglii. Był więcej niż zamożny; był bogaty, a sposób, w jaki umarł, stanowił sam w sobie symbol powodzenia i dostatku.

W obecnych czasach instytucja domów publicznych zdaje się do pewnego stopnia zamierać. Uczeni podają różne tego przyczyny. Niektórzy twierdzą, że upadek moralności wśród dziewcząt zadał domowi publicznemu cios śmiertelny. Inni, być może więksi od tamtych idealiści, utrzymują, że wzmożony nadzór policyjny prowadzi do likwidacji tych domów. W ostatnich latach dziewiętnastego i w pierwszej części dwudziestego stulecia dom publiczny był uznaną, choć niedyskutowaną jawnie instytucją. Mówiło się, że jego istnienie chroni przyzwoite kobiety. Nieżonaty mężczyzna mógł pójść do takiego domu i dać upust chuciom, któr mu zakłócały spokój - a jednocześnie zachować w umyśle powszechnie funkcjonujące wyobrażenie o czystości i uroku kobiet. Było to niepojęte - ale jest przecież tyle niepojętych rzeczy w naszym społecznym myśleniu!

Domy te wyglądały rozmaicie: nie brakowało pałaców pełnych złota i aksamitów, ale i najohydniejszych nor, których smród mógłby odstraszyć wieprza. Od czasu do czasu krążyły opowieści, jak prowodyrzy tego procederu kradną i ujarzmiają młode dziewczęta, i możliwe, że niejedna z tych opowieści była prawdziwa. Ale ogromna większość prostytutek trafiła tam przez własne lenistwo i głupotę. W domach publicznych nie ciążyła na nich żadna odpowiedzialność. Karmiono je, odziewano i pielęgnowano, dopóki się nie zestarzały, a wtedy je wypędzano. To zakończenie nie było odstraszające. Nikt, kto jest młody, nie myśli, że będzie stary.

Niekiedy do profesji przystępowała jakaś sprytna dziewczyna, ale ta zwykle przerzucała się na coś lepszego. Zakładała własny dom bądź z powodzeniem uprawiała szantaż, bądź wreszcie wychodziła bogato za mąż. Istniało nawet specjalne określenie dla tych sprytnych. Nazywano je szumnie kurtyzanami.

Pan Edwards nie miał kłopotu ani z werbowaniem dziewczyn, ani z utrzymywaniem ich w ryzach. Jeżeli któraś nie okazała się odpowiednio głupia, wyrzucał ją. Nie dobierał także zbyt ładnych. Jakiś miejscowy młodzieniec mógł się zakochać w ładnej kurewce, a wtedy byłby diabelny kłopot. Jeżeli któraś z dziewczyn zaszła w ciążę, miała do wyboru albo wycofanie się, albo sztuczne poronienie; podczas brutalnych zabiegów zdarzało się sporo wypadków śmiertelnych. Mimo to dziewczyny zazwyczaj wybierały poronienie.

Panu Edwardsowi nie zawsze wszystko szło gładko. Miał swoje problemy. W czasie, o którym wam opowiadam, nie brakowało niepowodzeń. W katastrofie kolejowej zginęły dwa zespoły, osiem dziewczyn. Trzeci utracił przez nawrócenie, kiedy to jakiś małomiasteczkowy pastor, zapaliwszy się nagle, począł rozpłomieniać miejscowych obywateli swymi kazaniami. Rosnąca rzesza jego owieczek musiała przenieść się z kościoła na pole. Następnie, jak to często bywa, pastor odkrył atutową kartę. Przepowiedział datę końca świata i cała okoliczna ludność przybiegła z wielkim bekiem do niego.

Pan Edwards pojechał do tego miasteczka, wyjął z walizki ciężki kańczug i niemiłosiernie oćwiczył dziewczyny. Tym jednak nie przywołał ich do porządku, poprosiły o dalsze razy, aby w ten sposób zmazać swoje urojone grzechy. Pan Edwards z niesmakiem dał za wygraną, zabrał im suknie i wrócił do Bostonu. Dziewczyny osiągnęły rozgłos, kiedy przyszły nago na zgromadzenie wiernych, aby się wyspowiadać i dać świadectwo prawdzie. Doszło do tego, że Pan Edwards zamiast wybierać po jednej dziewczynie to tu, to tam, wziął się do przepytywania i werbowania od razu większej ich liczby. Musiał odbudować od podstaw trzy zespoły.

Nie wiem, skąd Cathy Ames dowiedziała się o panu Edwardsie. Może napomknął jej o nim któryś z dorożkarzy. Jeżeli dziewczyna naprawdę chciała coś wiedzieć, docierały do niej te wiadomości. Pan Edwards nie był w najlepszej formie, kiedy weszła do jego gabinetu. Odczuwane bóle żołądka przypisywał potrawce z płastugi, którą żona przyrządziła mu na kolację poprzedniego wieczoru. Przez całą noc nie kładł się do łóżka. Potrawka wybuchnęła w obie strony, toteż wciąż jeszcze czuł się słaby i odrętwiały.

Z tego powodu nie od razu ocenił należycie dziewczynę, która przedstawiła się jako Katarzyna Amesbury. Była za ładna do jego przedsiębiorstwa. Głos miała niski, gardłowy, budowę drobną, nieledwie delikatną, cerę prześliczną. Jednym słowem, nie nadawała się dla pana Edwardsa. Gdyby nie to, że był osłabiony, z punktu by ją odrzucił. Ale chociaż nie przyglądał jej się zbyt uważnie podczas zadawania zwykłych pytań, głównie na temat krewnych, którzy mogą narobić kłopotu, to jednak coś w jego ciele zaczęło odczuwać jej obecność. Pan Edwards nie był człowiekiem lubieżnym, a poza tym nigdy nie łączył swego życia zawodowego z prywatnymi przyjemnościami. Zaskoczyła go więc własna reakcja. Spojrzał zdumiony na dziewczynę; jej powieki opuściły się słodko i tajemniczo, a lekko zaokrąglone biodra jakby zakołysały się niedostrzegalnie. Na drobnych ustach ukazał się koci uśmiech. Pan Edwards pochylił się nad biurkiem, sapiąc ciężko. Uświadomił sobie, że tę chce mieć dla siebie.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś taki jak pani... - zaczął i z miejsca popadł w najstarsze przeświadczenie świata: że dziewczyna, w której się kochamy, nie może być inna jak tylko rzetelna i uczciwa.

- Mój ojciec nie żyje - odpowiedziała skromnie Katarzyna. - Nim umarł, doprowadził wszystko do ruiny. Nie wiedziałyśmy, że pożyczał pieniądze na hipotekę. A nie mogę pozwolić, żeby bank odebrał farmę matce. Taki wstrząs zabiłby ją. - Oczy Katarzyny zasnuły się łzami.

- Myślałam, że może tyle zarobię, żeby jakoś spłacić procenty.

Jeżeli pan Edwards miał jeszcze jakąś szansę, to właśnie w tej chwili. I rzeczywiście mały ostrzegawczy brzęczyk zadźwięczał mu w mózgu, lecz nie dość głośno. Około osiemdziesięciu procent przychodzących do niego dziewczyn potrzebowało pieniędzy na spłatę długu hipotecznego. Toteż przyjął zasadę, by nie wierzyć w nic, co mówią dziewczyny, poza tym, co jadły na śniadanie - a czasem kłamały i na ten temat. I oto siedział tu - wielki, tłusty, dojrzały rajfur, oparty brzuchem o biurko - i policzki czerwieniały mu od krwi, a dreszcze podniecenia przebiegały po nogach i udach.

Usłyszał własny głos:

- No dobrze, droga panienko, musimy to sobie obgadać. Może wymyślimy jakiś sposób, żeby pani mogła mieć te pieniądze na spłaty.

I powiedział to do dziewczyny, która po prostu prosiła, żeby ją zatrudnił jako kurwę - czy może tylko mu się zdawało?

Pani Edwards była bardzo religijna, choć niezbyt głęboko. Sporo czasu poświęcała na praktyki swojego wyznania, co nie pozostawiało jej wolnych chwil na rozważanie jego treści czy konsekwencji. Była przekonana, że mąż pracuje w imporcie, a gdyby nawet jej powiedziano - co się prawdopodobnie zdarzyło - jakie interesy naprawdę prowadzi, nie dałaby temu wiary. Oto jeszcze jedna tajemnica. Pan Edwards był dla niej zawsze chłodnym, lecz dbałym mężem, który jej stawiał nieliczne, wynikające z obowiązku wymagania natury fizycznej.

O ile nigdy nie bywał serdeczny, nie był też i okrutny. Jej dramaty i emocje dotyczyły synów, zakrystii i jedzenia. Była zadowolona z życia i wdzięczna opatrzności. Kiedy usposobienie męża zaczęło się niekorzystnie zmieniać - bywał często podminowany, burkliwy i siadywał zapatrzony przed siebie, po czym wypadał z domu w przystępie nerwowej pasji - najpierw przypisała to żołądkowi, a potem niepowodzeniom w interesach. Kiedyś zastała go przypadkiem w ubikacji siedzącego na sedesie i płaczącego cicho - i wiedziała już, że jest chory. Chciał wtedy szybko zasłonić przed jej badawczym wzrokiem zaczerwienione oczy. Kiedy nie pomogły ani wywary z ziół, ani lekarstwa, pani Edwards opadły ręce.

Gdyby w ciągu wszystkich tych lat pan Edwards usłyszał o kimś, że jest w podobnym stanie, wybuchnąłby śmiechem. Bo oto pan Edwards, rajfur obdarzony najzimniejszą w świecie krwią, beznadziejnie, rozpaczliwie zakochał się w Katarzynie Amesbury. Wynajął dla niej miły ceglany domek, po czym jej go podarował. Otoczył ją wszelkim możliwym zbytkiem, przesadnie ozdobił dom, przegrzewał go stale. Dywany były tam zbyt puszyste, a ściany zawieszone obrazami w grubych ramach.

Nigdy jeszcze nie doświadczył takiego nieszczęścia. Prowadząc interesy dowiedział się tyle o kobietach, że żadnej nie ufał ani przez chwilę. Ponieważ zaś głęboko kochał Katarzynę, a miłość wymaga ufności, więc to uczucie szarpało go na drgające strzępy. Musiał jej ufać, a jednocześnie nie ufał. Próbował kupić sobie jej lojalność za podarki i pieniądze. Kiedy był z dala od Katarzyny, zadręczał się myślami, że inni mężczyźni wkradają się do jej domu. Nie cierpiał opuszczać Bostonu dla sprawdzenia pracy swoich zespołów, bo zostawiał Katarzynę samą. Zaczął zaniedbywać interesy. Po raz pierwszy doświadczał miłości tego rodzaju, i to go o mało nie zabiło.

Jednej rzeczy pan Edwards nie wiedział i nie mógł wiedzieć, ponieważ Katarzyna do tego nie dopuszczała, a mianowicie, iż jest mu wierna - w tym sensie, że nie przyjmuje ani nie odwiedza innych mężczyzn. Dla Katarzyny pan Edwards był tak samo obojętnym źródłem dochodów, jak zespoły dziewczyn dla niego. I podobnie jak on miał swoje metody, miała je także i ona. Kiedy go już zdobyła, co nastąpiło bardzo prędko, postarała się, by zawsze sprawiać wrażenie lekko niezadowolonej. Utrzymywała go w ciągłej niepewności, jak gdyby lada chwila miała mu uciec. Kiedy wiedziała, że do niej przyjedzie, starała się nie być w domu i wracała rozpromieniona, jakby po jakichś niewiarygodnych przeżyciach. Często uskarżała się, jak trudno jej uniknąć na ulicy lubieżnych spojrzeń i dotknięć mężczyzn, od których nie może się opędzić. Kilka razy wpadła przestraszona do domu, ledwie wymknąwszy się ścigającemu ją mężczyźnie. Kiedy wracała późnym popołudniem i zastawała czekającego na nią pana Edwardsa, tłumaczyła: "No, chodziłam po sprawunki. Przecież wiesz, że muszę załatwić sobie sprawunki". A mówiła to tak, jakby to było kłamstwem.

W ich stosunkach seksualnych wpoiła mu przekonanie, że wyniki nie są dla niej w pełni zadowalające i że gdyby był lepszy jako mężczyzna, mógłby wyzwolić w niej powódź nieprawdopodobnych reakcji. Metodą jej było stałe utrzymywanie go w stanie zakłócenia równowagi. Z satysfakcją widziała, że nerwy odmawiają mu posłuszeństwa, a ręce zaczynają drżeć, że traci na wadze, a w oczach pojawia mu się dzikie, szkliste wejrzenie. Kiedy zaś subtelnie wyczuwała bliską już obłędną, karzącą furię, siadała mu na kolanach, uspokajała i przez chwilę kazała wierzyć w swoją niewinność. Umiała go przekonać.

Katarzyna chciała pieniędzy i zabrała się do jak najszybszego i najłatwiejszego ich gromadzenia. Gdy już z powodzeniem roztarła pana Edwardsa na miazgę (a wiedziała dokładnie, kiedy to nastąpiło), zaczęła go okradać. Przetrząsała mu kieszenie i wyciągała wszystkie grubsze banknoty, jakie znalazła. Nie śmiał jej o to oskarżać z obawy, by nie odeszła. Biżuteria, którą jej ofiarowywał, znikała, i chociaż Katarzyna utrzymywała, że ją zgubiła, pan Edwards wiedział, iż została sprzedana. Nabijała rachunki ze sklepu spożywczego, podwyższała ceny sukien. Nie mógł się zdobyć, by położyć temu kres. Wprawdzie nie sprzedała domku, ale obciążyła jego hipotekę, na ile tylko zdołała.

Pewnego wieczoru pan Edwards stwierdził, że jego klucz nie pasuje do zamka u frontowych drzwi. Na kołatanie otworzyła mu dopiero po dłuższym czasie. Owszem, zmieniła zamki, bo zgubiła gdzieś klucze. Boi się, ponieważ mieszka sama jedna. Byle kto może się dostać do domu. Postara się o drugi klucz... Nigdy tego nie zrobiła. Odtąd musiał już zawsze dzwonić i czasem długo czekał pod drzwiami, niekiedy zaś w ogóle nikt nie otwierał. Pan Edwards nie miał sposobu, by się przekonać, czy Katarzyna jest w domu, czy nie. Kazał ją śledzić - nie wiedziała nawet, jak często.

Pan Edwards był z gruntu prostolinijnym człowiekiem, ale nawet prostolinijny człowiek ma w sobie pewne mroczne i pogmatwane zawiłości. Katarzyna była przebiegła, ale nawet przebiegła kobieta nie dostrzega niektórych dziwnych zakamarków w mężczyźnie.

Kiedyś fatalnie się pośliznęła, a usiłowała tego uniknąć. Pan Edwards, tak jak należało, wyposażył ich śliczne gniazdko w zapasy szampana. Katarzyna od początku nie chciała go tknąć.

- Niedobrze mi po tym - tłumaczyła. - Próbowałam i nie mogę pić.

- Bajki! - odparł. - Tylko jeden kieliszek. Na pewno ci nie zaszkodzi.

- Nie, dziękuję. Nie, nie mogę tego pić.

Uważał, że jej wzbranianie się jest delikatnością godną damy. Nie nalegał więc nigdy, aż do pewnego wieczoru, kiedy mu przyszło do głowy, że przecie nic o niej nie wie. Wino mogło rozwiązać jej język. Im więcej się nad tym zastanawiał, tym pomysł wydawał mu się lepszy.

- To nieładnie z twojej strony, że nie chcesz ze mną wypić kieliszka.

- Powtarzam ci, że mi to nie służy.

- Nonsens.

- Nie mam ochoty.

- Głupstwa mówisz. Chcesz, żebym się na ciebie pogniewał?

- Nie.

- To wypij kieliszek.

- Nie chcę.

- Masz, wypij. - Podał jej kieliszek, a ona się cofnęła.

- Ty nie wiesz. To nie jest dla mnie dobre.

- Wypij.

Wzięła kieliszek, wychyliła go i stanęła bez ruchu, drżąc; jakby nasłuchiwała. Krew napłynęła jej do policzków. Nalała sobie jeszcze kieliszek, a potem jeszcze jeden. Oczy jej stały się twarde i zimne. Pan Edwards poczuł, że ogarnia go lęk. Coś się z nią działo, coś, czego ani ona, ani on nie mogli już opanować.

- Pamiętaj, że ja tego nie chciałam - powiedziała spokojnie.

- Może nie pij więcej.

Roześmiała się i nalała sobie jeszcze jeden kieliszek.

- Teraz już wszystko jedno. To już wiele nie zmieni.

- Przyjemnie jest wypić parę kieliszków - powiedział niepewnie.

Przemówiła do niego cichym głosem.

- Ty tłusty wieprzu. Co ty o mnie wiesz? Myślisz, że nie potrafię odczytać każdej twojej śmierdzącej myśli? Chcesz, żebym ci powiedziała? Zastanawiasz się, gdzie taka grzeczna panienka jak ja nauczyła się różnych sztuczek. Powiem ci. Nauczyłam się ich w bajzlach - słyszysz? - w bajzlach. Pracowałam cztery lata w takich miejscach, o jakich ci się nie śniło. Te sztuczki przywozili mi z Port Saidu marynarze. Znam każdy nerw w twoim parszywym cielsku i umiem się nim posłużyć.

- Katarzyno - przerwał. - Sama nie wiesz, co mówisz!

- Wiedziałam, o co ci idzie. Myślałeś, że będę gadać. No to gadam.

Powoli zbliżyła się ku niemu, a pan Edwards pohamował w sobie chęć ucieczki. Bał się jej, ale siedział bez ruchu. Stanąwszy tuż przed nim, dopiła resztki szampana, delikatnie utrąciła brzeg kieliszka o blat stołu i poszarpaną krawędź wbiła mu w policzek.

Wtedy wypadł z domu i uciekając, dosłyszał za sobą jej śmiech.

Dla człowieka pokroju pana Edwardsa miłość jest uczuciem porażającym. Unicestwiła jego rozsądek, przekreśliła życiową wiedzę, odebrała mu siły. Wmawiał sobie, że Katarzyna jest rozhisteryzowana, i starał się w to wierzyć, co ona sama mu ułatwiła. Przeraził ją własny wybuch i przez pewien czas nie szczędziła wysiłków, aby przywrócić panu Edwardsowi dawny, słodki obraz samej siebie.

Mężczyzna tak boleśnie zakochany jest zdolny do niewiarygodnej samoudręki. Pan Edwards całym sercem pragnął uwierzyć w dobroć Katarzyny, ale nie pozwalał mu na to zarówno jego własny, wewnętrzny demon, jak i tamten jej wybuch. Nieomal instynktownie rozeznawał prawdę, jednocześnie nie dając jej wiary. Wiedział na przykład, że Katarzyna nie chce lokować pieniędzy w banku. Jeden z jego pracowników, posługując się skomplikowanym systemem lusterek, wykrył w piwnicy ceglanego domu miejsce, gdzie przechowywała gotówkę.

Pewnego dnia przyszedł wycinek z gazety, nadesłany przez agencję, z której usług korzystał pan Edwards. Była to stara wzmianka o pewnym pożarze, zamieszczona w małomiasteczkowym tygodniku. Pan Edwards przestudiował ją uważnie. Pierś i żołądek przemieniły mu się niejako w roztopiony metal, a w głowie, gdzieś za oczami, rozgorzała czerwień. Z jego miłością zmieszał się prawdziwy strach, a rezultatem tych dwojga jest okrucieństwo. W zamroczeniu zatoczył się na kanapę w swoim gabinecie i padł na twarz, przyciskając czoło do chłodnej czarnej skóry. Przez długą chwilę leżał odrętwiały, nie mogąc pochwycić tchu. Stopniowo rozjaśniło mu się w głowie. W ustach czuł słony smak, w ramionach ciężki ból gniewu. Był jednak spokojny, a jego mózg przenikał myślami poprzez czas, niby ostry promień reflektora przez mroczny pokój. Powoli spakował rzeczy, tak jak to zawsze czynił, wyjeżdżając na inspekcję swoich zespołów - czyste koszule i kalesony, szlafrok i nocne pantofle, wreszcie ciężki kańczug z rzemieniem ułożonym wokoło ścianek walizki.

Ociężałym krokiem przeszedł przez ogródek znajdujący się od frontu ceglanego domku i zadzwonił.

Katarzyna natychmiast mu otworzyła. Miała na sobie palto i kapelusz.

- O! - zawołała. - Jaka szkoda! Muszę na chwilę wyjść.

Pan Edwards postawił walizkę.

- Nie - powiedział.

Popatrzała na niego bacznie. Coś się w nim zmieniło. Wyminął ją ociężale i zszedł do piwnicy.

- Gdzie ty idziesz? - Jej głos był przenikliwy.

Nie odpowiedział. Po chwili wyszedł z piwnicy, niosąc niewielkie dębowe puzderko. Otworzył walizkę i włożył je do środka.

- To moje - powiedziała cicho.

- Wiem.

- Co masz zamiar zrobić?

- Myślałem, że może wybierzemy się na małą wycieczkę.

- Dokąd? Ja nie mogę jechać.