Na wszystkich frontach życia - Krzysztof Kwaśnica

-
Proszę czekać

I

Ból istnienia

Pan Jan klę­czał w kuch­ni przed lo­dów­ką, nie ze wzglę­du na kult car­go, by ta w cu­dow­ny i nie­zba­da­ny spo­sób zno­wu się za­peł­ni­ła, lecz dla­te­go, że miał wie­le po­ko­ry, je­że­li cho­dzi o wy­ko­ny­wa­nie pra­cy. Pod­cho­dził do niej ostroż­nie, z na­masz­cze­niem, był czuj­ny ni­czym ryś na ło­wach, wie­trzył, czy nie kry­je się za nią ja­kiś pod­stęp. A za­da­nie było ty­ta­nicz­ne. Jed­ną ręką miał ru­szyć z po­sad bry­łę świa­ta, no, za­sad­ni­czo tyl­ko jego część w po­sta­ci urzą­dze­nia chłod­ni­cze­go, dru­gą na­to­miast krę­cić nóż­ką, co była tak spryt­nie ob­my­ślo­na, żeby aku­rat to ro­bić. Dla ja­sno­ści w spra­wie, wca­le nie cho­dzi­ło o to, by trzy­ma­jąc jed­ną ręką lo­dów­kę, wy­wi­jał zgrab­nie swo­ją koń­czy­ną w ra­mach per­wer­syj­nej gim­na­sty­ki, ale od­nó­żem chło­dziar­ki. A wszyst­ko to po to, by ta osią­gnę­ła po­ziom, bo prze­cież wia­do­mo, że każ­dy chce żyć na po­zio­mie, na­wet je­że­li osią­gnię­cie tego sta­nu jest moż­li­we tyl­ko przy oka­zji sta­bi­li­za­cji lo­dów­ki. Żeby przed­sta­wić całą atrak­cyj­ność przed­się­wzię­cia, trze­ba wspo­mnieć, iż była z niej dzie­wu­cha nie lada, dwa me­try wzro­stu i wiel­kie po­kła­dy nie­wy­ko­rzy­sta­nej jesz­cze ozię­bło­ści, na­to­miast Pan Jan, mimo ol­brzy­mich za­so­bów go­rą­ce­go tem­pe­ra­men­tu po­łu­dniow­ca z krę­gów pod­bie­gu­no­wych, ta­kiej wy­so­ko­ści nie osią­gnął i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że jesz­cze uro­śnie. Tu­taj na mar­gi­ne­sie i na­wia­sem mó­wiąc(choć sztu­ka jest to nie­la­da), gwo­li wy­ja­śnie­nia wspo­mnieć mu­szę, iż Jan był Pa­nem wiel­kim, a jego ego nie wy­ni­ka­ło z po­spo­li­te­go Ja­sień­stwa, lecz ni­czym ba­lon uno­si­ło się nad po­wierzch­nią zie­mi wciąż pom­po­wa­ne me­ga­lo­mań­ską mie­szan­ką. Dla­te­go nikt nie po­wi­nien się wa­żyć mó­wić, a na­wet my­śleć ina­czej niż Pan wiel­ką li­te­rą. Z jego psem spra­wa mia­ła się jed­nak nie­co od­mien­nie. Ten był naj­wy­bit­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem nur­tu fi­lo­zo­ficz­ne­go sto­ików, ta­koż nie­mniej­szą li­te­rą wi­nien być za­pi­sy­wa­ny. Co do mu­sku­la­tu­ry, to oczy­wi­ście Pan Jan był moc­no umię­śnio­ny, ale w spo­sób ra­czej in­tro­wer­tycz­ny. Wsu­nął więc jed­ną dłoń pod urzą­dze­nie, nie za­po­mniał też o za­sto­so­wa­niu prze­ciw­staw­ne­go kciu­ka, tak cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla ssa­ków na­czel­nych, i szarp­nął do góry tę kra­inę udo­mo­wio­nych lo­dow­ców.

- Ożeż... - I tu pa­dło sło­wo, któ­re zwy­kle pada przy ta­kich oka­zjach, ale rzad­ko ma to coś wspól­ne­go z chu­cią i chę­cią jej szyb­kie­go i pro­fe­sjo­nal­ne­go za­spo­ko­je­nia. - Owo­cem ży­cia jest ból - do­dał po chwi­li z re­zy­gna­cją.

- A ty co? Za­miast wy­ko­nać pra­cę, kur­ty­za­ny so­bie do domu zwo­łu­jesz, a po­tem do ja­kie­goś sadu się wy­bie­rasz. Owoc­ków się za­chcie­wa?

- Ależ nie, do­padł mnie ból ist­nie­nia. Gdzieś tu­taj, w oko­li­cach krę­go­słu­pa, fa­cho­wo w ję­zy­ku me­dy­cy­ny. Zlo­ka­li­zo­wa­ny jest tro­chę po­wy­żej dupy, co ja­sno i em­pi­rycz­nie do­wo­dzi, że ży­cie jest cier­pie­niem.

- Ty mi nie mia­łeś prze­pro­wa­dzać do­wo­dów, tyl­ko wy­po­zio­mo­wać lo­dów­kę, żeby było nor­mal­nie, tak jak u wszyst­kich lu­dzi na ca­łym świe­cie.

- Są ta­kie miej­sca na tej zie­mi, gdzie lu­dziom nie śni­ła się fa­na­be­ria lo­dów­ki. Twój brak em­pa­tii dla mo­je­go cier­pie­nia jest prze­ra­ża­ją­cy.

- Są ta­kie miej­sca, gdzie fa­na­be­ria je­dze­nia bę­dzie za­po­mnia­na. A co do współ­czu­cia, to po­sma­ru­ję ci obo­la­łość ma­ścią z jadu żmii.

- Co, splu­niesz mi na ple­cy?

- Świ­nia, sam so­bie radź!

I udał się Pan Jan do swo­jej ja­ski­ni, by w peł­ni od­dać się roz­ko­szom bólu i cier­pie­nia, w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej, acz nie osta­tecz­nej. No bo cier­pieć to trze­ba umieć, a może na­wet po­tra­fić.

Deszczowa piosenka

Za oknem roz­po­ście­ra­ła się pa­no­ra­ma ob­co­ści, jak­by ktoś wy­ssał ko­lo­ry aż do zu­peł­ne­go za­ni­ku ich jędr­no­ści, jak­by ob­raz był na­ma­lo­wa­ny bło­tem i udrę­ką. Bu­dyn­ki przy­po­mi­na­ły atra­py z po­li­go­nu, gdzie brak oznak ży­cia jest nor­mą, a uda­wa­ne domy mają two­rzyć złu­dze­nie nor­mal­no­ści. Niech z bólu ry­czy ran­ny łoś. - Panu Ja­no­wi się zda­wa­ło, iż coś w nim za­ry­cza­ło, ale po głęb­szej ana­li­zie do­szedł do wnio­sku, że to są­siad ro­dzin­nie za­sko­wy­tał do są­siad­ki, by ta mo­gła mu od­po­wie­dzieć po­dob­ną nutą, aby w ten spo­sób two­rzyć ułu­dę dźwię­ko­wą wy­bie­gu dla sza­ka­li, znaj­du­ją­ce­go się za ścia­ną. Żyję w świe­cie po­zo­rów i nie­do­po­wie­dzeń - po­my­ślał, ale że był or­ga­ni­zmem wręcz ge­nial­nym i po­tra­fił cza­sem ro­bić dwie rze­czy na­raz, to oprócz po­czy­nań re­flek­syj­nych po­czuł na so­bie wzrok. Nie było to spoj­rze­nie spod przy­mknię­tych po­wiek, lecz ra­czej otwar­tych na oścież wrót pie­kieł.

- Co ro­bisz, Ja­necz­ku - za­dźwię­cza­ło py­ta­nie, bez­względ­ne w swej bez­ce­re­mo­nial­no­ści, ni­czym chłod­na stal szty­le­tu zwie­dza­ją­ce­go otrzew­ną.

Pan Jan chwy­cił się środ­ków osta­tecz­nych, to zna­czy fi­ran­ki, i od­sło­nił okno.

- Wi­dzisz to, ko­bie­to?! - za­krzyk­nął roz­pacz­li­wie, z wy­raź­ną nutą de­spe­ra­cji.

- Wi­dzę, pej­zaż nie zmie­nił się za bar­dzo od wczo­raj, tyl­ko pada deszcz.

- Nie, nic nie ro­zu­miesz. Je­ste­śmy w po­trza­sku. To prze­cież jest zwy­kłe ima­dło, a my w sa­mym epi­cen­trum stre­fy zgnio­tu. Zie­mia do­ci­ska nas od spodu, a to sta­lo­wo­sza­re z od­cie­nia­mi gra­fi­tu i róż­ny­mi wa­ria­cja­mi na te­mat czer­ni - od góry. I nie deszcz to jest, tyl­ko zwol­nio­ny film lub zdję­cia po­klat­ko­we z wy­raź­nie od­zna­cza­ją­cą się pik­se­lo­zą.

- Tak ła­two się nie wy­łgasz od pój­ścia na za­ku­py.

- Ale to, tam na ze­wnątrz, tyl­ko czy­ha, by zgnieść moją wraż­li­wość na ja­kiś na­le­śnik, co jego miąż­szość bę­dzie li­czo­na w mi­kro­nach. Prze­cież nie mogę do­pu­ścić, by moja żona żyła pod jed­nym da­chem z męż­czy­zną, u któ­re­go wy­kry­to jej atro­fię.

- Ależ nie za­mar­twiaj się tak, ko­cha­nie. Wiedz, że pu­sta lo­dów­ka wy­wo­łu­je u mnie no­stal­gię po­sił­ko­wą. Pa­mię­tasz Desz­czo­wą pio­sen­kę? Bądź jak Gene Kel­ly, po­tre­nuj chwi­lę w domu, po­tem weź pa­ra­sol, a ja po­zwo­lę ci po­ska­kać po ka­łu­żach, po­śpie­wać i zu­peł­nie nie będę krzy­cza­ła, tyl­ko nie ubrudź się za bar­dzo i przy­nieś w koń­cu coś do je­dze­nia.

W po­ko­ju roz­legł się dźwięk, lecz nie był to od­głos dziar­skie­go ste­po­wa­nia, tyl­ko Ja­no­we ko­ści w per­ku­syj­nym akom­pa­nia­men­cie da­wa­ły świa­dec­two kru­che­go ży­cia, któ­re się jesz­cze tli­ło, na prze­kór wszyst­kie­mu. Z gar­dła wy­do­by­ły się naj­praw­do­po­dob­niej ja­kieś nuty, ale tu nie moż­na mieć pew­no­ści, choć twór­ca dźwię­ku był prze­ko­na­ny, że śpie­wa. Nie­ste­ty, nie za­świe­ci­ło dzię­ki temu sło­necz­ko, to zna­czy za­świe­ci­ło, ale w Zim­ba­bwe, gdzie tam­tej­szy he­ba­no­wy Jan mógł na­bie­rać do­dat­ko­we­go ko­lo­ry­tu, na­to­miast kon­ser­wa­tyw­ny Eu­ro­pej­czyk mu­siał bled­nąć z roz­pa­czy. Tyl­ko Pan Ste­fan zwi­nął się moc­niej w kłę­bek, by być bar­dziej nie­wi­docz­nym, bo ko­muś mo­gło wpaść do gło­wy, by brać go na ja­kiś spa­cer, a on uwa­żał, że si­ka­nie na desz­czu roz­wad­nia sam­czy ko­mu­ni­kat i może spo­wo­do­wać reu­ma­tyzm.

Cud ziemniaczany

Oczy tej ma­łej

jak dwa szty­le­ty.

Wady tej ma­łej -

żad­nej za­le­ty1.

- Co ty tam z sie­bie ja­kieś nie­przy­zwo­ite dźwię­ki wy­da­jesz? - za­py­ta­ła pani z wy­glą­du przy­po­mi­na­ją­ca ra­czej pań­stwo, a kto wie, może na­wet lo­kal­ne mo­car­stwo, wca­le nie ze wzglę­du na swój cie­le­sny ogrom, bo ten był ra­czej w ska­li mi­kro, ale na wy­raz twa­rzy, któ­ry zwia­sto­wał groź­bę kon­flik­tu nu­kle­ar­ne­go, a ten skut­ko­wał­by falą ude­rze­nio­wą miesz­czą­cą się poza gra­ni­ca­mi wszel­kiej ska­li, a przy­naj­mniej ska­li do­bre­go sma­ku.

- O ko­bie­tach wy­śpie­wu­ję - od­parł z fi­lu­ter­nym uśmiesz­kiem.

- A co ty tam wiesz o ko­bie­tach? - Scep­ty­cyzm w for­mie py­ta­ją­cej wska­zy­wał na pew­ność, iż Ja­no­wa wie­dza jest żad­na.

- Wiem na przy­kład, że naj­lep­szym przy­ja­cie­lem ko­bie­ty są kar­to­fle. Już Ma­ri­lyn Mon­roe o tym śpie­wa­ła.

- O dia­men­tach śpie­wa­ła, ćwo­ku.

- Może i śpie­wa­ła o dia­men­tach, ale my­śla­ła o ziem­nia­kach, wy­glą­da­ła na taką, co je może na­wet wdzie­wać.

- A ty, gdzie się wy­bie­rasz?

- Mu­szę ci coś udo­wod­nić.

- Nie jest do­brze, gdy męż­czy­zna musi coś udo­wod­nić, bo to zwy­kle kło­po­ta­mi się koń­czy.

- Nie martw się, pój­dę, na­ku­pię ziem­nia­ków, a po­tem na­sma­żę plac­ków. Nie oprzesz się mo­je­mu uro­ko­wi i cza­row­nej mocy.

- Do­bra, ale weź Pana Ste­fa­na, niech pil­nu­je, byś za dłu­go bab na osie­dlu nie uwo­dził, za po­mo­cą kar­to­fla­nych sztu­czek, ty mój bul­wia­sty Ado­ni­sie.

Pan Ste­fan na dźwięk swo­je­go imie­nia prze­cią­gnął się le­ni­wie, ziew­nął i wstał z miej­sca. Jest to jed­nak ja­kaś od­mia­na, gdy się moż­na za­po­znać z new­sa­mi za­miesz­czo­ny­mi pod la­tar­nią, a i sa­me­mu ja­kąś wia­do­mość zo­sta­wić. Ale plac­ki ziem­nia­cza­ne? Prze­cież w nich jest ce­bu­la, co może uśmier­cić psa. Ci lu­dzie nie mają po­ję­cia o kuch­ni.

I wy­ru­szył Pan Jan, by skro­bi na­ku­pić, co to pod­sy­ca pło­mie­nie go­rą­cych uczuć, a ko­bie­ty za­mie­nia w de­mo­ny ogar­nię­te hu­ra­ga­nem mi­ło­ści. A po­nie­waż był on wiecz­nym ro­man­ty­kiem, to nie ża­ło­wał środ­ków i wór spo­ry za­ku­pił, a do te­goż oleum z pierw­sze­go tło­cze­nia, po­zy­ska­ne z ro­śli­ny ma­gicz­nej, co to po­tra­fi pięk­ną żół­cią pole przy­ozdo­bić. Kto wie, może ży­cie van Go­gha wy­glą­da­ło­by ina­czej, gdy­by bli­żej z rze­pa­kiem się za­przy­jaź­nił?

Pan Jan z na­masz­cze­niem i sku­pie­niem za­brał się do dzie­ła, na­to­miast oczy pani jego ro­bi­ły się co­raz bar­dziej ma­śla­ne, w mia­rę jak woń sma­że­nia za­czę­ła się roz­cho­dzić po kuch­ni, ula­ty­wać przez okno, roz­prze­strze­nia­jąc się po świe­cie, a może na­wet do­cie­ra­jąc do ro­ga­tek wszech­świa­ta, by ten w szla­chet­nym uczu­ciu mógł się za­tra­cić. Lecz oto na­gle za oknem huk­nę­ło ni­czym grom, nie tyl­ko szy­by za­drża­ły, ale i ścia­ny wpa­dły w wi­bra­cje. To oko­licz­ne nie­wia­sty, ko­bie­ty, dziew­czę­ta i pod­lot­ki, po­noć wi­dzia­no tak­że bia­ło­gło­wy, za­śpie­wa­ły zgod­nym chó­rem:

Pa­nie Ja­nie,

niech pan sma­ży.

Może mi­łość

się przy­da­rzy.

Czas trwa

Czas trwa, to ja prze­mi­jam - po­my­ślał Pan Jan, pa­trząc na swe od­bi­cie w me­ni­sku her­ba­ty, co to ko­rzy­sta­ła chwi­lo­wo z go­ścin­no­ści kub­ka. - Strasz­nie po­żół­kłem i lica mi fa­lu­ją. Może umie­ram?

Tym­cza­sem Pan Ste­fan wle­pił swój wzrok upo­rczy­wy, a spoj­rze­nie to było god­ne naj­lep­sze­go spa­ghet­ti we­ster­nu. "Czas się koń­czy, gdy chce się siku" - mógł­by po­wie­dzieć, ale z na­tu­ry był ma­ło­mów­ny i nie miał prze­ko­na­nia do tej for­my wza­jem­nych kon­tak­tów. Lu­dzie prze­cież tyle mó­wią, ale naj­czę­ściej do sie­bie i nic z tego nie wy­ni­ka, ot, ma­gicz­ne sztucz­ki z ko­ścią gny­ko­wą, wciąż się tyl­ko po­pi­su­ją. Pies, jak zo­sta­wi in­for­ma­cję na la­tar­ni, to ona ma swo­ją bar­wę, skrzy się i po­ły­sku­je w słoń­cu, nie mó­wiąc o bu­kie­cie za­pa­cho­wym, bę­dą­cym esen­cją prze­ka­zu. To ludz­kie ga­da­nie jest ta­kie nie­mę­skie - po­my­ślał Pan Ste­fan, któ­ry swo­ją mę­skość dum­nie skry­wał pod gę­stym fu­trem i aby in­nych nią za bar­dzo nie onie­śmie­lać, tak­że pod tkan­ką tłusz­czo­wą, i tyl­ko od cza­su do cza­su kładł się i li­zał so­bie jaja, żeby był ma­sku­li­ni­za­cyj­ny po­ler. Pan Ste­fan aż się wzdry­gnął na samą myśl o tym, co by było, gdy­by ludz­kość w do­bie kry­zy­su mę­sko­ści, chcąc mu prze­ciw­dzia­łać, za­czę­ła ro­bić to samo. Mo­gła za­jąć stad­nie miej­skie traw­ni­ki, a to prze­cież bar­dzo po­ży­tecz­ne płasz­czy­zny są. Inna spra­wa, że służ­by me­dycz­ne nie na­dą­ża­ły­by z in­ter­wen­cja­mi, a po­pu­la­cja znacz­nie by się zmniej­szy­ła przez licz­ne zła­ma­nia kar­ku. Mię­dzy Ja­nem a Ste­fa­nem ist­nia­ła nić nie­wer­bal­ne­go po­ro­zu­mie­nia. Obaj wie­dzie­li, co na­le­ży zro­bić, ale tym ra­zem Pan Jan ja­koś się za­wie­sił z tą re­flek­sją o prze­mi­ja­niu; wo­lał­by w zwier­cia­dle z chiń­skie­go na­pa­ru zo­ba­czyć twarz mło­dzień­ca niż ja­kąś nie­wy­raź­ną per­mu­ta­cję fi­zjo­no­mii Wod­ni­ka Szu­war­ka. A czas biegł wręcz nie­mi­ło­sier­nie, trzesz­cząc upły­wem se­kund. Nic dziw­ne­go, że daw­no już po­gu­bił nogi - tyle lat pę­dzić, to i koń­czy­ny się star­ły. Je­dy­ne, co zo­sta­wiał po so­bie, to ozna­ki jego upły­wu, a Pan Ste­fan nie bar­dzo chciał w miesz­ka­niu je de­mon­stro­wać. Sy­tu­acja sta­wa­ła się na­pię­ta; ura­to­wać mógł ją je­dy­nie ja­kiś deus ex ma­chi­na. No i po­ja­wił się taki, no może nie z ma­chi­ny, a z kuch­ni przy­był w po­sta­ci żony Ja­no­wej i jej dość ka­te­go­rycz­ne­go na­ka­zu:

- Rusz się wresz­cie, nie męcz Ste­fa­na!

- Nie mogę, czas mnie tra­tu­je, je­stem zdru­zgo­ta­ny.

- Nie wiesz jesz­cze, co się kry­je pod po­ję­ciem "zdru­zgo­ta­ny", a twój czas na re­ak­cję trwa do­kład­nie trzy se­kun­dy.

Z czymś ta­kim się nie dys­ku­tu­je. Dzię­ki temu Pan Ste­fan zdą­żył za­po­mnieć o na­pię­ciu, któ­re mu to­wa­rzy­szy­ło. Pan Jan nie­spe­cjal­nie przy­wią­zał się do swo­jej re­flek­sji i ją po­rzu­cił, tym bar­dziej iż wy­da­ła mu się mało uro­dzi­wa. A czas trwał, ozna­cza­jąc swój upływ je­dy­nie ru­chem ob­ło­ków na nie­bie.

Demiurg obrzydliwy

Męż­czy­zna sie­dział na ka­na­pie. Nie była ona z tych wel­we­tem obi­tych, co to pu­szy­stość drze ryja o luk­su­sie, ra­czej ta­pi­cer­ka two­rzy­ła złu­dze­nie nor­mal­no­ści, w sty­lu "jak wszy­scy". Znaj­do­wał się w sta­nie po­zor­ne­go spo­czyn­ku, bo tak na­praw­dę pra­co­wał kon­cep­tu­al­nie. Ten jego wy­si­łek umy­sło­wy był wspar­ty do­głęb­ną eks­plo­ra­cją pal­pa­cyj­ną oko­lic nosa, co ja­kiś czas przy­no­szą­cą na świa­tło dzien­ne suk­ces ba­daw­czy.

- Co ro­bisz? - za­py­ta­ła żona Pana Jana.

- Roz­my­ślam. Wi­dzisz, świat na pierw­szy rzut oka jest bez­kształt­ną, nie­przy­jem­ną bry­łą - na do­wód tego, co mówi, wy­cią­gnął wy­żej wspo­mnia­ny przez nie­go efekt swo­ich po­szu­ki­wań - ale jak nad nim po­pra­co­wać, to sta­je się cał­kiem miłą dla oka kulą, tyl­ko że wte­dy prze­sta­je być in­te­re­su­ją­cy.

Ko­bie­ta wi­dzia­ła, wi­dzia­ła na­zbyt do­brze; moż­na po­wie­dzieć, że mia­ła dar prze­wi­dy­wa­nia przy­szło­ści.

- I co te­raz, de­miur­gu od sied­miu bo­le­ści, pie­prz­niesz swo­je dzie­ło na pod­ło­gę? A z tego po­tem po­wsta­ną góry, do­li­ny, a może na­wet ży­cie. A to ży­cie nie wia­do­mo, czy bę­dzie przy­ja­zne, czy da się oswo­ić, albo też może po­ką­sa rękę swe­go twór­cy. Jak się po­chop­nie two­rzy świat, to trze­ba się li­czyć z kon­se­kwen­cja­mi i wziąć pod uwa­gę, że spo­tka się z nie­wdzięcz­no­ścią - bierz od­ku­rzacz i za­bie­raj się do ro­bo­ty.

I smut­no się zro­bi­ło Panu Ja­no­wi, no bo może nie był to naj­pięk­niej­szy ze świa­tów, ale był jego, on był jego au­to­rem, a na do­da­tek bar­dzo mu się nie chcia­ło ru­szyć dupy z twór­cze­go po­sa­do­wie­nia.

- Ależ, żono moja, on do­pie­ro co po­wstał. Czy nie jest zbyt po­chop­nym, tak szyb­ko go uni­ce­stwiać? Taki od­ku­rzacz jest dla nie­go ni­czym ko­smicz­na czar­na dziu­ra, jego cze­lu­ści prze­lęk­ną go nie­by­wa­le, za­nim na­stą­pi ko­niec.

- A ty co, nie znasz stra­chu, że tak grasz na czas? Te­raz to ja idę na bab­ski wie­czór. Nie chcę so­bie psuć hu­mo­ru. Mam na­dzie­ję, że jak wró­cę, to on na­dal bę­dzie w do­brym sta­nie.

- Ale prze­cież na tym wa­szym spo­tka­niu to ga­dać bę­dzie­cie, a z tych słów po­wsta­ną byty nie­zli­czo­ne. To do­pie­ro jest nie­bez­piecz­ne, wszak sło­wo daje po­czą­tek, tak gdzieś było na­pi­sa­ne. Na­two­rzy­cie świa­tów w bez­tro­skich po­ga­dusz­kach, po­tem po­wie­cie so­bie "pa" i ro­zej­dzie­cie się do do­mów. Kto wte­dy ten cały ba­ła­gan po­sprzą­ta?

- Ty się już tak nie za­mar­twiaj i nie za­sta­na­wiaj, tyl­ko użyj swo­jej cie­le­sno­ści do za­pro­wa­dze­nia ładu i har­mo­nii w na­szym ha­bi­ta­cie.

Jak ktoś kie­dyś po­wie­dział: "Trud­no być de­miur­giem we wła­snym domu". Tym bar­dziej gdy ten ze­tknie się z praw­dzi­wym ab­so­lu­tem, to koń­czą się dys­ku­sje. Je­że­li po­czu­jesz, że coś wcią­ga ci rze­czy­wi­stość, zna­czy to, iż Pan Jan zno­wu sprzą­ta. A na ra­zie od­po­czy­wa na ła­wecz­ce w par­ku, bo bez­piecz­niej przy­wo­ły­wać byty na świe­żym po­wie­trzu.

Dziaders walczący

- O, jaki miły i przy­stoj­ny dzia­ders - rzekł mło­dy re­dak­tor, co w ru­chach swych miał ja­kąś ela­stycz­ność i mięk­kość, zbyt nie­na­tu­ral­ną jak na męż­czy­znę, ale i w świe­cie ko­biet ra­czej nie­spo­ty­ka­ną.

Tak to usły­szał Pan Jan, a przy­naj­mniej chciał, żeby tak było. Choć po głęb­szej ana­li­zie drgań fali dźwię­ko­wej, któ­re wy­do­by­ły się z ust adep­ta sztu­ki dzien­ni­kar­skiej, do­szedł do wnio­sku, iż było to ra­czej: "Jaki przy­kry i mdły dzia­ders za­nie­czysz­cza prze­strzeń par­ko­wą swą obec­no­ścią". A żeby nie było nie­do­mó­wień co do in­ten­cji, w su­kurs mu przy­szła jesz­cze nie bar­dzo po­trą­co­na przez ry­dwan cza­su re­por­ter­ka z me­dium o sile ra­że­nia gło­wi­cy śred­nie­go za­się­gu, sto­su­jąc ję­zyk no­wej po­ezji, któ­rym to za­chwy­ca się na­sza za­cna no­blist­ka.

- Je­bać dzia­da!

- Ależ sza­now­na pani, jak­że to je­bać, tak zu­peł­nie bez gry wstęp­nej?

- Za­mknij się, sta­ru­chu, pew­nie je­steś zwo­len­ni­kiem Par­tii Prze­szło­ści Wspo­mnień i Wstecz­nic­twa albo jed­nym z tych li­be­ra­łów Dry­fu­je­my z Prą­dem z Roz­waż­nym Po­glą­dem, co uda­ją po­stę­pow­ców, wie­trzą ko­niunk­tu­rę. Żonę to na pew­no so­bie na tar­gu ku­pi­łeś, gdzie sta­ła w upodle­niu po­mię­dzy za­gro­dą z kro­wa­mi a sto­iskiem z pej­cza­mi. Wie­czo­ra­mi bi­jasz ją no­to­rycz­nie, po­pi­ja­jąc piwo, a w prze­rwach, żeby od­po­cząć, oglą­dasz me­cze pił­ki noż­nej, tłam­sisz jej ko­bie­cość, za­mi­no­wa­łeś swo­ją tok­sycz­no­ścią wszel­kie dro­gi jej roz­wo­ju. Mamy tu te­raz pik­nik po­stę­pu, roz­wo­ju, no­we­go, eko­lo­gicz­ne­go, me­ta­fi­zycz­nie le­do­we­go oświe­ce­nia, a ty, sie­dząc tu na ław­ce, za­kłó­casz go swo­ją es­te­ty­ką mi­nio­nych cza­sów. Te zmarszcz­ki to zwy­kły re­ak­cjo­nizm.

- Ależ mło­da, wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­na, i obyś ta­ko­we­go ni­g­dy nie za­zna­ła, nie­da­mo, zmia­na to nie­ko­niecz­nie jest po­stęp, a ten, kto naj­gło­śniej drze mor­dę, nie za­wsze musi mieć ra­cję. Wi­dzi pan, Pa­nie Ste­fa­nie - zwró­cił się do swo­je­go to­wa­rzy­sza, któ­ry nic nie ro­biąc so­bie z ca­łej sy­tu­acji, non­sza­lanc­ko li­zał się po ja­jach, bo z na­tu­ry był in­tro­wer­ty­kiem, ale i sto­ikiem.Ta dzi­siej­sza mło­dzież. Wy­my­śli­ła po­stęp. Ile my ta­kich już prze­ży­li­śmy?

Nie­któ­rym mo­gło się wy­da­wać dziw­ne, że Pan Jan w ten spo­sób zwra­ca się do Pana Ste­fa­na, gdyż sta­tus spo­łecz­ny tego dru­gie­go, z ra­cji jego uro­dze­nia, był sta­tu­sem psa. Ale dla Pana Jana był on je­dy­nym czło­wie­kiem, z któ­rym mógł szcze­rze po­roz­ma­wiać. Na spa­ce­rach trzy­ma­li się sztyw­nej za­sa­dy i zwra­ca­li się do sie­bie per pan, na­to­miast w nie­ofi­cjal­nych, do­mo­wych wa­run­kach bez­pro­ble­mo­wo prze­cho­dzi­li na ty.

- Gdzie jest służ­ba me­dycz­na? - go­rącz­ko­wał się re­dak­tor. - Szyb­ko, pro­szę tu przyjść ze strzy­kaw­ką z fe­no­lem.

Na wieść o zbyt wcze­śnie ma­ją­cej na­dejść eu­ta­na­zji Pan Ste­fan ode­rwał się od wy­żej wspo­mnia­nej czyn­no­ści i cho­ciaż rzad­ko mó­wił, to ode­zwał się z wy­raź­nie wschod­nim ak­cen­tem, po­cho­dzą­cym z dzi­kich pól i ste­pów, nio­są­cym ze sobą nutę po­ry­wi­ste­go wia­tru i nie­koń­czą­cych się po­lo­wań.

- Przy­cho­dzi mi na myśl w za­ist­nia­łej sy­tu­acji dyk­te­ryj­ka taka. Owóż po­dob­no hra­bia Fre­dro, bę­dąc wy­kła­dow­cą, zwró­cił się do nie­co roz­bry­ka­nej mło­dzie­ży, w od­po­wie­dzi na ich psi­kus, z taką epi­sto­łą: "Jeb­cie, jeb­cie moje dziat­ki, jam pier­do­lił wa­sze mat­ki. I za­pew­ne z tej przy­czy­ny wy je­ste­ście skur­wy­sy­ny".I utkwił wzrok w re­dak­tor­skiej pa­rze, a że jed­nym z jego ulu­bio­nych bo­ha­te­rów był Clint Eastwo­od w spa­ghet­ti we­ster­nach, to po­tra­fił pa­trzeć tak, iż u ob­ser­wo­wa­ne­go or­ga­ny we­wnętrz­ne sta­wa­ły się pa­dli­ną. W związ­ku z tym przed­sta­wi­cie­le me­diów od­da­li­li się ku bli­żej nie­okre­ślo­ne­mu po­stę­po­wi.

- Wi­dzi pan, Pa­nie Ste­fa­nie - ode­zwał się Pan Jan. - Zno­wu na li­nii fron­tu, zno­wu wal­czy­my, tym ra­zem przez swo­je ist­nie­nie, a moż­na by na­wet rzec, przez za­sie­dze­nie.

Dzień Hioba

Oto na­stał ten dzień, choć tak na­praw­dę na­sta­wał on co mie­siąc. Nie ma to jed­nak zbyt wiel­kie­go zna­cze­nia, gdyż prze­szłość i za­prze­szłość to tyl­ko kwe­stia co­raz bar­dziej ułom­nej pa­mię­ci. Pan Jan za­siadł na krze­śle i za­mru­czał zna­ną pio­sen­kę pana Ka­zi­mie­rza: "Sie­dzę pro­sto, sie­dzę tam, gdzie sie­dzę...". No, może sło­wa były tro­chę inne, ale li­czy się myśl prze­wod­nia. Je­śli zaś cho­dzi o isto­tę spo­czyn­ku, moż­na było do­strzec w sa­mym czło­wie­ku pew­ną pro­sto­tę, na­to­miast po­sta­wa pre­zen­to­wa­ła pew­ną ba­ro­ko­wą roz­la­złość for­my. Krę­go­słup był wy­gię­ty ni­czym u ko­bry przed ata­kiem, koń­czy­ny nie­dba­le po­roz­rzu­ca­ne w oko­li­cach sie­dzi­ska, w tym jed­na dol­na na sto­le, co mia­ło świad­czyć o nie­by­wa­łych zdol­no­ściach gim­na­stycz­nych jej wła­ści­cie­la, cho­ciaż tak na­praw­dę wy­win­do­wał ją tam za po­mo­cą róż­nych dźwi­gni i wspo­ma­ga­nia ręcz­ne­go. W Jana wpa­try­wa­ło się jed­no oko mo­ni­to­ra, z bez­względ­nym, tru­pim bla­skiem no­wo­cze­sno­ści, cho­ciaż on był za­sad­ni­czo po­st­no­wo­cze­śnie nie­no­wo­cze­sny.

No i bie­gnie do mnie świa­tło­wo­dem Lu­cy­fer w rur­kach - po­my­ślał Jan, wziął głę­bo­ki od­dech i przy­stą­pił do dzie­ła. Każ­dy, kto kie­dyś pła­cił ra­chun­ki, wie, że nie ma w tym nic fa­scy­nu­ją­ce­go, ale moż­na na bie­żą­co śle­dzić pro­ces zu­bo­że­nia.

- Je­stem zruj­no­wa­ny! - krzyk­nął Jan w ak­cie roz­pa­czy, bo mimo licz­nych in­we­sty­cji w gaz, prąd i wodę zy­sku mu to nie przy­no­si­ło, a stra­tę je­dy­nie. - Nic nie mam, cały ma­ją­tek utra­ci­łem.

Twarz mu za­sty­gła na po­do­bień­stwo mie­dzio­ry­tu, uwy­dat­nia­jąc zmarszcz­ki, co to od­po­wia­da­ją za zmar­twie­nie, a ani­hi­lu­jąc te, co by mo­gły zdra­dzać, iż ob­li­cze do­świad­czy­ło kie­dy­kol­wiek ja­kiej­kol­wiek for­my ra­do­ści. Skroń za­czę­ła mu si­wieć z roz­ma­chem, nie­umiar­ko­wa­nie, ni­czym tun­dra zi­mo­wą porą. Lecz to wca­le nie zła­go­dzi­ło po­czu­cia stra­ty i gło­wę za­czął świ­dro­wać prze­ni­kli­wy ból.

- Dla­cze­go, ach, dla­cze­go ska­za­ny je­stem na ta­kie cier­pie­nie - wy­szep­tał z re­zy­gna­cją py­ta­nie, za­sad­ni­czo re­to­rycz­ne. W tym mo­men­cie do­strzegł kon­tem oka, iż Pan Ste­fan dra­pie się, in­ten­syw­nie i za­pa­mię­ta­le, tyl­ną łapą w oko­li­cy ucha.

- Toż to jest ja­kiś Dzień Hio­ba z prze­rzu­ta­mi. Czy na­wał­ni­cy cier­pie­nia nie ma koń­ca? Wszy­scy mnie opu­ści­li, żona, dzie­ci, ro­dzi­ce. Je­stem sie­ro­tą, sa­mot­nym okrę­tem na oce­anie cier­pie­nia.

Fak­tycz­nie, żona Pana Jana opu­ści­ła go, wy­szła do skle­pu, by wy­sza­stać resz­tę ma­jąt­ku. Dzie­ci, po­nie­waż były już duże, wy­fru­nę­ły z gniaz­da, nie za­my­ka­jąc so­bie moż­li­wo­ści po­wro­tu. Na­to­miast ro­dzi­ce, i to fakt, wy­bra­li się w po­dróż w jed­ną stro­nę, to­też praw­dą jest, iż bez­ce­re­mo­nial­nie osie­ro­ci­li Ja­sia.

- Co się tak wy­dzie­rasz? - To żona Jana po­wró­ci­ła z nie­zbyt peł­ny­mi tor­ba­mi dóbr do­cze­snych.

- Je­ste­śmy zruj­no­wa­ni, wszy­scy nas opu­ści­li, boli mnie gło­wa i po­si­wia­łem w stop­niu znacz­nym.

- No cóż, do na­szej mło­do­ści ktoś do­dał złe­go kru­szy­wa, sła­bo zwią­za­ła się z cza­sem. Po­łóż się, to cno­ta cier­pli­wo­ści bę­dzie na­gro­dzo­na i obu­dzisz się ju­tro, by móc iść do pra­cy po­mna­żać nasz ma­ją­tek. A na ko­niec naj­lep­sza wia­do­mość. Dzwo­ni­ła na­sza cór­ka, bę­dziesz dziad­kiem!

- To już nie wy­star­czy, że je­stem dzia­dem, jesz­cze dziad­kiem być mu­szę.

Eskapizm

Wiatr za­wył, za­szu­miał i za­śli­nił się desz­czem, nie był to zbyt atrak­cyj­ny po­czą­tek po­dró­ży. Sto­py wgnia­ta­ły się w mo­kry grunt, zo­sta­wia­jąc ślad, jak­by prze­cho­dził tą dro­gą Sa­squ­atch, po­mnik czło­wie­ka - od­ci­ski w bło­cie. Świa­dec­two tru­du - za­dysz­ka, świst od­de­chu i dziw­ne wra­że­nie, jak­by tego wy­dy­cha­ne­go po­wie­trza było wię­cej niż wdy­cha­ne­go, a prze­cież czło­wiek dąży do ho­me­osta­zy. To, że dąży, to jed­na spra­wa, a że jej ni­g­dy nie osią­ga, to zu­peł­nie inna. A prze­cież z wy­de­chem może ulot­nić się du­sza, bo jej w tym mo­krym, nad­psu­tym cie­le bra­ku­je ja­kie­goś ro­dza­ju po­wie­trza i cia­sność jest ja­kaś. Nie bar­dzo ją in­te­re­su­je wy­si­łek cie­le­sny, nie mę­czy się przy nim. Jej ja­kieś bóle fan­to­mo­we po­cho­dzą z in­nych ob­sza­rów, gdzie świat re­al­ny mie­sza się z ilu­zja­mi. Po­dob­no są ta­kie mo­men­ty, gdy ona może ob­ser­wo­wać cia­ło, w dru­gą stro­nę to jed­nak nie dzia­ła. Po­wsta­je ja­kiś dy­so­nans po­znaw­czy, wręcz moż­na po­wie­dzieć, że w jed­nym ob­sza­rze ko­ha­bi­ta­cji na­stę­pu­je roz­dwo­je­nie i jaw­na nie­rów­ność.

Pan Jan pro­wa­dził so­bie ta­kie dy­wa­ga­cje we­wnętrz­ne, kie­ru­jąc swo­je cia­ło w stro­nę kniei ma­ja­czą­cej na ho­ry­zon­cie, na­to­miast jego duch był w sta­nie woj­ny. Prze­ciw­nik okrą­żał go, a to za po­mo­cą eks­pe­dient­ki w skle­pie, a to kie­row­cy zaj­mu­ją­ce­go wcze­śniej upa­trzo­ne miej­sce par­kin­go­we. Ale spra­wę prze­są­dzi­ła pro­wo­ka­cja, któ­rą śmia­ło by moż­na na­zwać gli­wic­ką, gdy­by nie to, że wy­da­rzy­ła się w in­nym mie­ście. Żona Pana Jana, peł­nią­ca tę funk­cję od nie wia­do­mo ilu lat - ale też po­zba­wie­ni je­ste­śmy wie­dzy, czy nie była to zwy­kła przy­kryw­ka dla agen­tu­ry ob­ce­go wy­wia­du albo gru­py dy­wer­syj­nej - prze­ję­ła wła­dzę nad pi­lo­tem od te­le­wi­zo­ra. A Pan Jan chciał tego wie­czo­ru roz­siąść się wy­god­nie i po­ob­co­wać (lu­bił to ro­bić) z wiel­kim świa­tem, wte­dy ten świat od­bi­jał się w jego oczach, a te od­po­wia­da­ły re­flek­sem z prze­ciw­nej stro­ny i oba byty były ni­czym dwa błę­ki­ty. Bun­tow­ni­cza na­tu­ra zro­dzi­ła myśl śmia­łą, by do­ko­nać eska­pi­zmu pie­sze­go i w dzi­ko­ści na­tu­ry uko­je­nia szu­kać. Po­sta­no­wił tam użyć cu­dow­ne­go bal­sa­mu do ukła­da­nia my­śli, ko­afiu­ra mia­ła być z prze­dział­kiem, złe my­śli na lewą stro­nę, do­bre na pra­wą bądź też zu­peł­nie od­wrot­nie, se­gre­ga­cja jest pod­sta­wą po­rząd­ku. Wia­do­mo, gdy ukła­dal­ność jest do­ko­na­na, to ży­cie sta­je się ła­twiej­sze, przej­rzy­ste, a przez to jak­by przy­jem­niej­sze. Zie­le­ni­na lasu ma­ja­czy­ła z da­le­ka, ko­lo­ryt da­wał na­dzie­ję, iż w dzi­ko­ści da się za­ma­sko­wać całe Ja­no­we nie­przy­sto­so­wa­nie. Bo on nie­ustan­nie albo gdzieś wy­sta­wał za bar­dzo, albo też wklę­sły był nie tam, gdzie trze­ba; no moż­na rzec, ogól­na bry­ła ad­ap­ta­cyj­na nie ry­so­wa­ła się zbyt per­fek­cyj­nie, a wręcz jak­by prze­ciw­nie było. W ta­kim le­sie to moż­na jed­nak ster­czy­ny za­ma­sko­wać li­sto­wiem, na­to­miast w ubyt­ki mchu na­pchać. No może nie była to ja­kaś ama­zoń­ska dżun­gla, ale parę so­lid­nych pni z zie­mi wy­sta­wa­ło, na okra­sę były jesz­cze krze­wy i by­li­ny, a wszyst­ko to sze­le­ści­ło z da­le­ka, bu­dząc ja­kieś dzi­kie drże­nie ser­ca, co jak ła­two so­bie wy­obra­zić, może się prze­isto­czyć w dzi­kość ser­ca.

Na­resz­cie będę mógł się schro­nić w miej­scu, z któ­re­go w za­mierz­chłej prze­szło­ści wy­szli przod­ko­wie - po­my­ślał. - No­men omen po­wrót do ko­rze­ni.

I choć myśl ta była bło­go­sła­wio­na i mia­ła po­ten­cjał roz­wo­jo­wy, a tak­że mo­gła po­dą­żać w zgo­ła nie­okre­ślo­nym kie­run­ku, to jed­nak zo­sta­ła bru­tal­nie prze­rwa­na, no może nie od razu za­bi­ta, ale nie mia­ła szan­sy na żad­ne kon­ti­nu­um.

- Stać! Stać! Pro­szę się za­trzy­mać! - Z krza­ków wy­ło­nił się je­go­mość o po­wierz­chow­no­ści mu­cho­mo­ra. - Bi­le­cik sza­now­ny pan kupi.

- Bi­let? Ale prze­cież to dzi­ki las, od­wiecz­ne miej­sce uciecz­ki dla wszel­kiej ma­ści re­ne­ga­tów.

- A pan by so­bie chciał ucie­kać za zu­peł­ną dar­mo­chę? Luk­sus kosz­tu­je. Eska­pizm jed­no­dnio­wy, dłuż­szy po­byt czy też re­zy­dent?

- No nie za­sta­na­wia­łem się nad tym.

- Nie za­sta­na­wiał się pan, czy­li uciekł po pro­stu jak tchórz z pla­cu boju, bez żad­ne­go pla­nu i przy­go­to­wa­nia. Trze­ba było przy­naj­mniej ja­kiś film o wię­zie­niu obej­rzeć. Oni tam za­wsze się ja­koś or­ga­ni­zu­ją. A jaki ma mieć cha­rak­ter ta eska­pa­da?

- Jak to, jaki cha­rak­ter? Nor­mal­ny, uciecz­ka w dzi­kość.

"Mu­cho­mo­rek" spoj­rzał ze służ­bo­wą li­to­ścią, wy­dął po­licz­ki i par­sk­nął jak ja­kieś zwie­rzę, co trud­ni się par­ska­niem, ale ra­czej nie jak koń.

- Wi­dzi pan tam­ten za­gaj­nik? Tam sie­dzą mło­dzień­cy, co jo­dłu­ją za­wzię­cie do mo­men­tu, aż nie osią­gną do­ro­sło­ści, na­to­miast po­śród tych wy­so­kich drzew prze­cha­dza­ją się na­dob­ne nie­wia­sty, co otu­la­ją swo­ją sa­mot­ność psa­mi bądź ko­ta­mi, przy sta­wie zgro­ma­dzi­li się bi­czow­ni­cy, co wodę chłosz­czą. Czym ona im za­wi­ni­ła, nikt nie wie. Ucie­kać moż­na dy­na­micz­nie bądź też sta­cjo­nar­nie, w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej albo sie­dząc w kuc­ki.

- A tam­ten z ob­umar­ły­mi, su­chy­mi drze­wa­mi to las sa­mo­bój­ców?

- Nie, on pa­mię­ta jesz­cze po­cząt­ki Na­ro­do­we­go Par­ku Eska­pi­zmu. Wte­dy wpusz­cza­no tu lu­dzi sa­mo­pas, zu­peł­nie ich nikt nie pil­no­wał, a ci cho­dzi­li, si­ka­li, gdzie po­pad­nie, i ro­śli­ny po­mar­ły. Trze­ba było zro­bić nowe na­sa­dze­nia, a ten frag­ment zo­sta­wi­li­śmy na pa­miąt­kę. Do­brze, musi pan jesz­cze wy­peł­nić an­kie­tę do­ty­czą­cą sta­nu zdro­wia, aler­gii, prze­by­tych cho­rób, sta­nu cy­wil­ne­go oraz roz­li­cze­nia z fi­sku­sem.

Pan Jan wziął pa­pier i chciał uciec w miej­sce, z któ­re­go nie ma już uciecz­ki, lecz był tam szla­ban, za­tem z pod­ku­lo­nym je­ste­stwem po­wró­cił do domu, gdzie mógł się przy­naj­mniej ukryć pod ko­cy­kiem.

Falochron

- Nie mów tak, nie myśl tak, z tego ro­dzi się fa­szyzm - rze­kła z wy­raź­ną dez­apro­ba­tą żona Pana Jana.

- Nie mia­łem ocho­ty ni­cze­go ro­dzić, tym bar­dziej fa­szy­zmu. Co ze mnie za mat­ka by była, któ­ra na do­da­tek jest oj­cem. I ja­kim wy­mie­niem miał­bym wy­kar­mić tego gów­nia­rza?

- Prze­stań głu­po­ty mó­wić, na świat je wy­da­wać ta­kie nie­odzia­ne. Jesz­cze się prze­zię­bią i po­waż­na cho­ro­ba go­to­wa.

- Tak, tak - zży­mał się Pan Jan. - Kne­bel na ryj, a po­tem god­ność jest jak u pana Mar­sel­lu­sa w jed­nej sce­nie w Pulp Fic­tion.

- A co ty taki wo­jow­ni­czy się zro­bi­łeś?

- Nie "zro­bi­łeś", ja za­wsze by­łem peł­nym wi­go­ru wo­jow­ni­kiem.

Żona za­czę­ła grze­bać w pa­mię­ci, a że mia­ła tam spo­ry ba­ła­gan i peł­no nie­po­trzeb­nych ru­pie­ci, to i eks­plo­ra­cja oka­za­ła się mo­zol­na. Mimo ca­łe­go tru­du i nie­szczę­dzo­ne­go wy­sił­ku nie po­tra­fi­ła so­bie przy­po­mnieć Pana Jana w roli jur­ne­go bu­ha­ja. Może to była ja­kaś mgła de­men­cyj­na, a może taki stan rze­czy w ogó­le się nie wy­da­rzył, ale ja­kie to ma zna­cze­nie, gdy naj­istot­niej­sze są fak­ty, któ­re ni­g­dy nie za­ist­nia­ły.

- A co cie­bie dzi­siaj wy­pro­wa­dzi­ło z rów­no­wa­gi? - za­py­ta­ła ra­czej dla za­sa­dy, by nie ura­zić uczuć swe­go ob­lu­bień­ca.

- Wi­dzisz tego my­dł­ka w te­le­wi­zo­rze? Fa­cet ubra­ny jest w ciu­chy war­te tyle, co nasz pół­rocz­ny do­chód i opo­wia­da coś o tym, że ser­ce trze­ba mieć po le­wej stro­nie. Ana­tom się zna­lazł, prze­cież on w ogó­le nie ma ser­ca albo, co gor­sze, jak cza­row­nik u In­dian Hopi, co się po­słu­gu­je złą ma­gią, ma dwa.

- Ale sam przy­znasz, że to bar­dzo prak­tycz­ne w przy­pad­ku za­wa­łu - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, któ­ra była oso­bą prak­tycz­ną i wiel­ki świat jej w za­sa­dzie nie in­te­re­so­wał, bo był nie­prak­tycz­ny.

- Prak­tycz­ne? Czło­wiek po­wi­nien mieć jed­no ser­ce, któ­re go­re­je dla spra­wy.

- Może i two­je go­re­je, ale ja­koś tak na ka­na­pie. Ni­g­dy cię nie wi­dzia­łam na ja­kimś pro­te­ście. A tak tyl­ko te­le­wi­zor za­plu­ty i ja mam ro­bo­tę.

- Nic nie ro­zu­miesz, ko­bie­to. Ja je­stem ni­czym fa­lo­chron. O mnie roz­bi­ja­ją się wzbu­rzo­ne fale rze­czy­wi­sto­ści z jej za­wi­ro­wa­nia­mi. Sta­cjo­nar­ność daje mi prze­wa­gę, nie pod­le­gam dry­fo­wi z ja­kim­kol­wiek prą­dem. Je­stem mo­no­li­tem i sta­bi­li­za­to­rem ludz­ko­ści.

Sta­bil­ny, sta­cjo­nar­ny bu­haj - po­my­śla­ła żona. I po­szła, bo o czym z ta­kim ga­dać?

Kolega

Mu­szę ocie­plić swój wi­ze­ru­nek - po­my­ślał Pan Jan i za­ło­żył sza­lik i czap­kę. - Na nic to całe ocie­ple­nie kli­ma­tu, gdy ja mar­z­nę. I jesz­cze za oknem ta dziw­na bia­ła nie­sto­sow­ność, jak­by w hoł­dzie ko­ka­ini­stom przy­go­to­wu­ją­cym się do ja­kichś świąt. Do­brze, że buty wy­pa­sto­wa­łem.

Rze­czy­wi­ście, za oknem pa­da­ło coś, co ab­so­lut­nie man­ną nie było. Po dro­gach jeź­dzi­ły płu­gi, po­sy­pu­jąc Oj­czy­znę solą, by ta była do­pra­wio­na, a nie mdła w sma­ku. Pta­szę­ta na­gro­ma­dzi­ły się przy karm­ni­ku, za­wo­dząc pie­śni gło­do­we pańsz­czyź­nia­nych chło­pów, zro­dzo­ne gdzieś w po­mro­ce dzie­jów na dnie pu­stych mi­sek. Drze­wom opa­da­ły ręce ze zmę­cze­nia od no­sze­nia zbęd­ne­go cię­ża­ru zmro­żo­nej wody. Na nic opo­wie­ści o tym, że świat otu­li­ła bia­ła, pu­szy­sta koł­der­ka. Prze­cież pod ta­ko­wą jest cie­pło, a to, co za oknem, nie ser­wo­wa­ło ta­kich moż­li­wo­ści. Pan Jan to wie­dział. Dys­po­no­wał wszech­stron­ną i grun­tow­ną wie­dzą. Może na­wet bar­dziej grun­tow­ną, po­nie­waż pra­co­wał kie­dyś przy kła­dze­niu ka­na­li­za­cji, czym pchnął ludz­kość w ra­mio­na nie­by­wa­łe­go po­stę­pu. Przy­go­to­wa­nie się do wyj­ścia na spa­cer to po­waż­na spra­wa, prze­cież tam na ze­wnątrz czło­wiek jest wy­sta­wio­ny na dzia­ła­nie ży­wio­łów. Był już go­to­wy do opusz­cze­nia miesz­ka­nia, chęt­nie by wdział cie­płe pal­to, ale nie wie­dział, co to jest, więc wło­żył kurt­kę, swo­je wyj­ście skru­pu­lat­nie od­no­to­wał w Księ­dze wyj­ścia, a co zo­sta­ło za­pi­sa­ne, to zo­sta­ło speł­nio­ne. Po­nie­waż nie lu­bił być go­ło­słow­ny, wy­szedł. Ruch mas po­wie­trza oka­zał się na tyle istot­ny, że nos Ja­no­wy na­brał wy­glą­du doj­rze­wa­ją­ce­go po­mi­do­ra.

Źle sa­me­mu prze­mie­rzać świat na prze­kór prze­ciw­no­ściom losu, ko­le­gi mi trze­ba - po­my­ślał Pan Jan i w de­miur­gicz­nym sza­le za­brał się za akt twór­czy. A gdy dzie­ło jego było pra­wie na ukoń­cze­niu, uśmiech­nął się od ucha do ucha, bo wy­da­ło mu się, iż to, co wy­szło spod jego rąk, było pięk­ne i do­bre. I już za­czął ścią­gać sza­lik, by się nim po­dzie­lić w swej hoj­no­ści, gdy usły­szał:

- Ty de­bi­lu, prze­cież ja nie mam szyi. - Pan Bał­wan po­wie­dział to nie­co nie­wy­raź­nie, bo usta miał z pa­ty­ka. - Na do­da­tek nos mi zro­bi­łeś z włosz­czy­zny, a oczy - ja ro­zu­miem, że w dzi­siej­szych cza­sach są trud­no­ści z wę­glem, ale mógł­byś cza­sem prze­trzeć swo­je oku­la­ry, to byś wte­dy wie­dział, że nie są to ka­mycz­ki, tyl­ko za­mar­z­nię­te psie kupy. Ko­le­gi na spa­cer się za­chcia­ło? To dla­cze­go ja nie mam nóg? Wy­da­wa­ło ci się, że zdo­łasz coś stwo­rzyć. Je­steś tyl­ko czło­wie­kiem, a jako taki mo­żesz je­dy­nie coś zro­bić i jest duża doza praw­do­po­do­bień­stwa, że to spier­do­lisz.

Pan Jan ob­ró­cił się i od­szedł bez sło­wa, bo był ura­żo­ny do ży­we­go, wszak to jego dziec­ko oka­za­ło się nie­wdzięcz­ne, ozię­błe i wy­jąt­ko­wo py­ska­te.

Na­stęp­ne­go ko­le­gę ule­pię so­bie, we­dle sta­re­go, spraw­dzo­ne­go prze­pi­su, z gli­ny - po­my­ślał i wszedł do domu, co od­no­to­wał w Księ­dze wej­ścia.

Kongres

Męż­czy­zna z za­fra­so­wa­ną miną sie­dział wpa­trzo­ny w mo­ni­tor, tak jak­by się tam znaj­do­wa­ło coś, w co ab­so­lut­nie nie moż­na uwie­rzyć, jed­na z tych rze­czy nie­moż­li­wych, któ­ra nie po­win­na za­ist­nieć, a jed­nak za­ist­nia­ła. W mię­dzy­cza­sie wpro­wa­dzał do or­ga­ni­zmu sło­ne pa­lusz­ki, ma­nu­al­nie, ner­wo­wo, acz pew­nie, a nie było to ko­rzyst­ne, prze­cież nad­miar soli może po­wo­do­wać nad­ci­śnie­nie, a gdy ci­śnie­nie jest za wy­so­kie, to ży­cie sta­je się trud­ne. Ko­bie­ta, a za­ra­zem nie­wia­sta, bo i nią po­tra­fi­ła by­wać, do­strze­gła bie­da­ka w tym tra­gicz­nym mo­men­cie jego ży­cia.

- Cóż tam ta­kie­go wy­czy­ta­łeś, że je­steś w sta­nie wy­jąt­ko­we­go po­bu­dze­nia i zja­dasz za­pas pa­lusz­ków, co miał nam przez cały ty­dzień słu­żyć swo­ją wy­kwint­no­ścią?

- Od­był się kon­gres męż­czyzn i nikt mnie nie za­pro­sił!

- Bo ty nie je­steś męż­czy­zną, tyl­ko Ja­nem.

- Za­brzmia­ło to tro­chę ob­raź­li­wie. Strze­lę fo­cha i zo­ba­czysz.

- Oj, prze­stań, by­cie Ja­nem to ta­kim nad­męż­czy­zną, ma­sku­li­nizm spo­tę­go­wa­ny do gra­nic moż­li­wo­ści, a cza­sem i roz­sąd­ku. A ten kon­gres to zor­ga­ni­zo­wa­li "zie­lo­ni" w ra­mach ochro­ny gi­ną­ce­go ga­tun­ku?

- Nie, to męż­czyź­ni dla męż­czyzn przez męż­czyzn, choć nie­co obrzy­dli­wie to brzmi. Ja w ogó­le nic nie wie­dzia­łem o tym, że męż­czy­zna jest te­raz w prze­bu­do­wie. Nikt nie ra­czył mnie o tym fak­cie po­in­for­mo­wać.

- A kto prze­bu­do­wu­je?

- No pew­nie in­ży­nie­ro­wie.

- Żeby nie było jak z tym chod­ni­kiem przed blo­kiem, też pro­jek­to­wa­li in­ży­nie­ro­wie, a po ty­go­dniu po­pę­kał.

- To męż­czy­zna nie może już pę­kać?

- Ależ oczy­wi­ście, że może. Tyl­ko z umia­rem.

- To jaki ma być?

- Twar­dy jak be­ton, lecz prze­ma­wiać jak Sa­fo­na.

- Czy­li dzi­siaj już nie wy­star­czy wy­stę­po­wać w lek­ko cio­to­wa­tym od­cie­niu, ale trze­ba, by fa­cet był ni­czym pan­cer­na les­ba.

- Coś w tym gu­ście, tyl­ko zu­peł­nie ina­czej, męż­czy­zna po­wi­nien być al den­te, tyl­ko od­wrot­nie.

- Sta­no­wić lek­ki opór przy ugry­zie­niu?

- Nie­zu­peł­nie, wi­nien być twar­dy na ze­wnątrz i mię­ciut­ki w środ­ku. No i nie ufaj za bar­dzo in­ży­nie­rom, szcze­gól­nie spo­łecz­nym. Czło­wiek in­dy­wi­du­al­nie, jak i in gre­mio, ni­g­dy nie pa­su­je do ich przy­cia­snych kon­cep­cji.

- To ja pój­dę się trans­for­mo­wać w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej.

- No tak, ob­żarł się i te­raz bę­dzie le­żał. Wy, fa­ce­ci, ni­g­dy się nie zmie­ni­cie.

Kosmos i anarchia

Pan Jan sie­dział przy sto­le w kuch­ni, a ta była ume­blo­wa­na w sty­lu "bez żad­nych re­wo­lu­cji". Sie­dział tak i pa­trzył. Moż­na po­wie­dzieć, iż pa­trzył w spo­sób wzmo­żo­ny, bo uzbro­jo­ny był w oku­la­ry. A obiek­tem jego oglą­du był słój, na oko o po­jem­no­ści oko­ło jed­ne­go li­tra, za­krę­ca­ny, za to doj­mu­ją­co pu­sty, wręcz ema­nu­ją­cy ni­co­ścią. Ktoś by mógł po­wie­dzieć, że Jan gapi się w ufor­mo­wa­ną pust­kę. A że cza­sem tak się zda­rza i teo­re­tycz­ne moż­li­wo­ści ma­ni­fe­stu­ją się w prak­ty­ce, to tym ra­zem sko­rzy­sta­ły z szan­sy, ob­ja­wia­jąc się z całą mocą.

- Co się tak ga­pisz w pu­sty sło­ik? - Żona niby za­py­ta­ła, ale była to chy­ba bar­dziej for­ma dez­apro­ba­ty ubra­na w falę dźwię­ko­wą.

Ale Jan, jak za­wsze, był przy­go­to­wa­ny i nie dał się zbić z pan­ta­ły­ku. Choć je­że­li cho­dzi o tego ostat­nie­go, to nie bar­dzo wie­dział, co to za je­den.

- Pe­wien na­uko­wiec ostat­nio udo­wad­niał, iż wszech­świat to taki pu­sty sło­ik po ogór­kach po­zo­sta­ły po ja­kiejś im­pre­zie, a my się bu­ja­my na przy­pad­ko­wej dro­bi­nie ete­rycz­nych wspo­mnień.

- No i wi­dzisz, na­uka się do cze­goś przy­da­je, bo ja­koś tak jest, że na­tu­ra nie cier­pi próż­ni. Pój­dziesz na targ, na­ku­pisz ogór­ków, zro­bi­my ma­ło­sol­ne. Znaj­dzie się miej­sce dla dro­bi­ny i dla nich, a wszech­świat bę­dzie miał po­smak czosn­ku i ko­pru.

- Ale jest taki upał, eks­pe­ry­ment się nie po­wie­dzie i akt twór­czy ule­gnie ze­psu­ciu, a in­try­gan­ci będą szep­tać, że de­miurg coś spie­przył.

- Nie moż­na się pod­da­wać, trze­ba pró­bo­wać. A sły­sza­łeś, że po­dob­no ja­kiś Po­lak to w ko­smos po­le­ciał? Ja to bym cie­bie nie pu­ści­ła.

- Sły­sza­łem. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Ja od uro­dze­nia w ko­smo­sie się uno­szę i nie ro­bię z tego zbyt wiel­kie­go szu­mu, i to wraz z całą pla­ne­tą. Raz to na­wet w pew­nym mie­ście by­łem w ba­rze Ko­smos, ow­szem, nie­waż­kość zo­sta­ła osią­gnię­ta, ale mor­da po­obi­ja­na - prze­re­kla­mo­wa­ny stan.

- Ty nie bądź taki Luke Sky­wal­ker. Cie­ka­we, co oni tam ro­bią?

- Uno­szą się bez­wład­nie i piją prze­fil­tro­wa­ny mocz, swój albo ko­le­gi.

- Czy­li to taka ury­no­te­ra­pia dla bo­ga­tych eks­cen­try­ków.

- Moż­na tak po­wie­dzieć.

Panu Ste­fa­no­wi opcja le­wi­ta­cji wy­da­ła się nie­do­rzecz­na, prze­cież nie moż­na wte­dy ole­wać świa­ta punk­to­wo, a dzia­ła­nie sta­je się ja­kieś roz­pro­szo­ne i zu­peł­nie nie­sku­tecz­ne. Wyj­ście na ewen­tu­al­ny spa­cer w taki upał też go nie nę­ci­ło.Trze­ba wte­dy iść z wy­sta­wio­nym ję­zo­rem jak ja­kiś pies na baby. Pan Jan z tym tar­giem to ra­czej nie miał pola ma­new­ru, ale on mógł przy­jąć zna­ną i sku­tecz­ną tak­ty­kę obro­ny, czy­li uda­wać, że go nie ma. Prze­cież le­piej uda­wać, że się nie jest, gdy się jest, niż mar­ko­wać by­cie, gdy się nie ist­nie­je, a prze­cież są wi­chrzy­cie­le, któ­rzy gło­szą, iż śmierć ozna­cza nie­by­cie. To­też Pan Ste­fan po­sta­no­wił za­sto­so­wać tak­ty­kę tru­pa, bo tak na­praw­dę był anar­chi­stą i to tym naj­gor­szym ty­pem, a mia­no­wi­cie anar­chi­stą ka­na­po­wym. Nie było mowy o ja­kichś tam ba­ku­ni­now­skich bzde­tach. On sto­so­wał anar­chię przez za­le­że­nie, wręcz ema­no­wał nią sta­tycz­nie. Nie moż­na też krzyw­dzić Pana Jana, on też jest bun­tow­ni­kiem i może dla­te­go przy­niósł do domu zwię­dły ko­pe­rek, by dać od­pór ty­ra­nii, na­to­miast żona jego, w ca­łej swej mą­dro­ści, uki­si­ła wszech­świat.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

1 Pan Jan pod­śpie­wy­wał sta­rą pieśń we­sel­ną z okre­su, któ­ry za­pew­ne ni­g­dy nie ist­niał, a jed­nak się za nim tę­sk­ni. In­spi­ro­wa­ne utwo­rem Agniesz­ki Osiec­kiej Oczy tej ma­łej.