Na wszystkich frontach życia - Krzysztof Kwaśnica

Reflow text when sidebars are open.
Pan Jan klęczał w kuchni przed lodówką, nie ze względu na kult cargo, by ta w cudowny i niezbadany sposób znowu się zapełniła, lecz dlatego, że miał wiele pokory, jeżeli chodzi o wykonywanie pracy. Podchodził do niej ostrożnie, z namaszczeniem, był czujny niczym ryś na łowach, wietrzył, czy nie kryje się za nią jakiś podstęp. A zadanie było tytaniczne. Jedną ręką miał ruszyć z posad bryłę świata, no, zasadniczo tylko jego część w postaci urządzenia chłodniczego, drugą natomiast kręcić nóżką, co była tak sprytnie obmyślona, żeby akurat to robić. Dla jasności w sprawie, wcale nie chodziło o to, by trzymając jedną ręką lodówkę, wywijał zgrabnie swoją kończyną w ramach perwersyjnej gimnastyki, ale odnóżem chłodziarki. A wszystko to po to, by ta osiągnęła poziom, bo przecież wiadomo, że każdy chce żyć na poziomie, nawet jeżeli osiągnięcie tego stanu jest możliwe tylko przy okazji stabilizacji lodówki. Żeby przedstawić całą atrakcyjność przedsięwzięcia, trzeba wspomnieć, iż była z niej dziewucha nie lada, dwa metry wzrostu i wielkie pokłady niewykorzystanej jeszcze oziębłości, natomiast Pan Jan, mimo olbrzymich zasobów gorącego temperamentu południowca z kręgów podbiegunowych, takiej wysokości nie osiągnął i nic nie wskazywało na to, że jeszcze urośnie. Tutaj na marginesie i nawiasem mówiąc(choć sztuka jest to nielada), gwoli wyjaśnienia wspomnieć muszę, iż Jan był Panem wielkim, a jego ego nie wynikało z pospolitego Jasieństwa, lecz niczym balon unosiło się nad powierzchnią ziemi wciąż pompowane megalomańską mieszanką. Dlatego nikt nie powinien się ważyć mówić, a nawet myśleć inaczej niż Pan wielką literą. Z jego psem sprawa miała się jednak nieco odmiennie. Ten był najwybitniejszym przedstawicielem nurtu filozoficznego stoików, takoż niemniejszą literą winien być zapisywany. Co do muskulatury, to oczywiście Pan Jan był mocno umięśniony, ale w sposób raczej introwertyczny. Wsunął więc jedną dłoń pod urządzenie, nie zapomniał też o zastosowaniu przeciwstawnego kciuka, tak charakterystycznego dla ssaków naczelnych, i szarpnął do góry tę krainę udomowionych lodowców.
- Ożeż... - I tu padło słowo, które zwykle pada przy takich okazjach, ale rzadko ma to coś wspólnego z chucią i chęcią jej szybkiego i profesjonalnego zaspokojenia. - Owocem życia jest ból - dodał po chwili z rezygnacją.
- A ty co? Zamiast wykonać pracę, kurtyzany sobie do domu zwołujesz, a potem do jakiegoś sadu się wybierasz. Owocków się zachciewa?
- Ależ nie, dopadł mnie ból istnienia. Gdzieś tutaj, w okolicach kręgosłupa, fachowo w języku medycyny. Zlokalizowany jest trochę powyżej dupy, co jasno i empirycznie dowodzi, że życie jest cierpieniem.
- Ty mi nie miałeś przeprowadzać dowodów, tylko wypoziomować lodówkę, żeby było normalnie, tak jak u wszystkich ludzi na całym świecie.
- Są takie miejsca na tej ziemi, gdzie ludziom nie śniła się fanaberia lodówki. Twój brak empatii dla mojego cierpienia jest przerażający.
- Są takie miejsca, gdzie fanaberia jedzenia będzie zapomniana. A co do współczucia, to posmaruję ci obolałość maścią z jadu żmii.
- Co, spluniesz mi na plecy?
- Świnia, sam sobie radź!
I udał się Pan Jan do swojej jaskini, by w pełni oddać się rozkoszom bólu i cierpienia, w pozycji horyzontalnej, acz nie ostatecznej. No bo cierpieć to trzeba umieć, a może nawet potrafić.
Za oknem rozpościerała się panorama obcości, jakby ktoś wyssał kolory aż do zupełnego zaniku ich jędrności, jakby obraz był namalowany błotem i udręką. Budynki przypominały atrapy z poligonu, gdzie brak oznak życia jest normą, a udawane domy mają tworzyć złudzenie normalności. Niech z bólu ryczy ranny łoś. - Panu Janowi się zdawało, iż coś w nim zaryczało, ale po głębszej analizie doszedł do wniosku, że to sąsiad rodzinnie zaskowytał do sąsiadki, by ta mogła mu odpowiedzieć podobną nutą, aby w ten sposób tworzyć ułudę dźwiękową wybiegu dla szakali, znajdującego się za ścianą. Żyję w świecie pozorów i niedopowiedzeń - pomyślał, ale że był organizmem wręcz genialnym i potrafił czasem robić dwie rzeczy naraz, to oprócz poczynań refleksyjnych poczuł na sobie wzrok. Nie było to spojrzenie spod przymkniętych powiek, lecz raczej otwartych na oścież wrót piekieł.
- Co robisz, Janeczku - zadźwięczało pytanie, bezwzględne w swej bezceremonialności, niczym chłodna stal sztyletu zwiedzającego otrzewną.
Pan Jan chwycił się środków ostatecznych, to znaczy firanki, i odsłonił okno.
- Widzisz to, kobieto?! - zakrzyknął rozpaczliwie, z wyraźną nutą desperacji.
- Widzę, pejzaż nie zmienił się za bardzo od wczoraj, tylko pada deszcz.
- Nie, nic nie rozumiesz. Jesteśmy w potrzasku. To przecież jest zwykłe imadło, a my w samym epicentrum strefy zgniotu. Ziemia dociska nas od spodu, a to stalowoszare z odcieniami grafitu i różnymi wariacjami na temat czerni - od góry. I nie deszcz to jest, tylko zwolniony film lub zdjęcia poklatkowe z wyraźnie odznaczającą się pikselozą.
- Tak łatwo się nie wyłgasz od pójścia na zakupy.
- Ale to, tam na zewnątrz, tylko czyha, by zgnieść moją wrażliwość na jakiś naleśnik, co jego miąższość będzie liczona w mikronach. Przecież nie mogę dopuścić, by moja żona żyła pod jednym dachem z mężczyzną, u którego wykryto jej atrofię.
- Ależ nie zamartwiaj się tak, kochanie. Wiedz, że pusta lodówka wywołuje u mnie nostalgię posiłkową. Pamiętasz Deszczową piosenkę? Bądź jak Gene Kelly, potrenuj chwilę w domu, potem weź parasol, a ja pozwolę ci poskakać po kałużach, pośpiewać i zupełnie nie będę krzyczała, tylko nie ubrudź się za bardzo i przynieś w końcu coś do jedzenia.
W pokoju rozległ się dźwięk, lecz nie był to odgłos dziarskiego stepowania, tylko Janowe kości w perkusyjnym akompaniamencie dawały świadectwo kruchego życia, które się jeszcze tliło, na przekór wszystkiemu. Z gardła wydobyły się najprawdopodobniej jakieś nuty, ale tu nie można mieć pewności, choć twórca dźwięku był przekonany, że śpiewa. Niestety, nie zaświeciło dzięki temu słoneczko, to znaczy zaświeciło, ale w Zimbabwe, gdzie tamtejszy hebanowy Jan mógł nabierać dodatkowego kolorytu, natomiast konserwatywny Europejczyk musiał blednąć z rozpaczy. Tylko Pan Stefan zwinął się mocniej w kłębek, by być bardziej niewidocznym, bo komuś mogło wpaść do głowy, by brać go na jakiś spacer, a on uważał, że sikanie na deszczu rozwadnia samczy komunikat i może spowodować reumatyzm.
Oczy tej małej
jak dwa sztylety.
Wady tej małej -
żadnej zalety1.
- Co ty tam z siebie jakieś nieprzyzwoite dźwięki wydajesz? - zapytała pani z wyglądu przypominająca raczej państwo, a kto wie, może nawet lokalne mocarstwo, wcale nie ze względu na swój cielesny ogrom, bo ten był raczej w skali mikro, ale na wyraz twarzy, który zwiastował groźbę konfliktu nuklearnego, a ten skutkowałby falą uderzeniową mieszczącą się poza granicami wszelkiej skali, a przynajmniej skali dobrego smaku.
- O kobietach wyśpiewuję - odparł z filuternym uśmieszkiem.
- A co ty tam wiesz o kobietach? - Sceptycyzm w formie pytającej wskazywał na pewność, iż Janowa wiedza jest żadna.
- Wiem na przykład, że najlepszym przyjacielem kobiety są kartofle. Już Marilyn Monroe o tym śpiewała.
- O diamentach śpiewała, ćwoku.
- Może i śpiewała o diamentach, ale myślała o ziemniakach, wyglądała na taką, co je może nawet wdziewać.
- A ty, gdzie się wybierasz?
- Muszę ci coś udowodnić.
- Nie jest dobrze, gdy mężczyzna musi coś udowodnić, bo to zwykle kłopotami się kończy.
- Nie martw się, pójdę, nakupię ziemniaków, a potem nasmażę placków. Nie oprzesz się mojemu urokowi i czarownej mocy.
- Dobra, ale weź Pana Stefana, niech pilnuje, byś za długo bab na osiedlu nie uwodził, za pomocą kartoflanych sztuczek, ty mój bulwiasty Adonisie.
Pan Stefan na dźwięk swojego imienia przeciągnął się leniwie, ziewnął i wstał z miejsca. Jest to jednak jakaś odmiana, gdy się można zapoznać z newsami zamieszczonymi pod latarnią, a i samemu jakąś wiadomość zostawić. Ale placki ziemniaczane? Przecież w nich jest cebula, co może uśmiercić psa. Ci ludzie nie mają pojęcia o kuchni.
I wyruszył Pan Jan, by skrobi nakupić, co to podsyca płomienie gorących uczuć, a kobiety zamienia w demony ogarnięte huraganem miłości. A ponieważ był on wiecznym romantykiem, to nie żałował środków i wór spory zakupił, a do tegoż oleum z pierwszego tłoczenia, pozyskane z rośliny magicznej, co to potrafi piękną żółcią pole przyozdobić. Kto wie, może życie van Gogha wyglądałoby inaczej, gdyby bliżej z rzepakiem się zaprzyjaźnił?
Pan Jan z namaszczeniem i skupieniem zabrał się do dzieła, natomiast oczy pani jego robiły się coraz bardziej maślane, w miarę jak woń smażenia zaczęła się rozchodzić po kuchni, ulatywać przez okno, rozprzestrzeniając się po świecie, a może nawet docierając do rogatek wszechświata, by ten w szlachetnym uczuciu mógł się zatracić. Lecz oto nagle za oknem huknęło niczym grom, nie tylko szyby zadrżały, ale i ściany wpadły w wibracje. To okoliczne niewiasty, kobiety, dziewczęta i podlotki, ponoć widziano także białogłowy, zaśpiewały zgodnym chórem:
Panie Janie,
niech pan smaży.
Może miłość
się przydarzy.
Czas trwa, to ja przemijam - pomyślał Pan Jan, patrząc na swe odbicie w menisku herbaty, co to korzystała chwilowo z gościnności kubka. - Strasznie pożółkłem i lica mi falują. Może umieram?
Tymczasem Pan Stefan wlepił swój wzrok uporczywy, a spojrzenie to było godne najlepszego spaghetti westernu. "Czas się kończy, gdy chce się siku" - mógłby powiedzieć, ale z natury był małomówny i nie miał przekonania do tej formy wzajemnych kontaktów. Ludzie przecież tyle mówią, ale najczęściej do siebie i nic z tego nie wynika, ot, magiczne sztuczki z kością gnykową, wciąż się tylko popisują. Pies, jak zostawi informację na latarni, to ona ma swoją barwę, skrzy się i połyskuje w słońcu, nie mówiąc o bukiecie zapachowym, będącym esencją przekazu. To ludzkie gadanie jest takie niemęskie - pomyślał Pan Stefan, który swoją męskość dumnie skrywał pod gęstym futrem i aby innych nią za bardzo nie onieśmielać, także pod tkanką tłuszczową, i tylko od czasu do czasu kładł się i lizał sobie jaja, żeby był maskulinizacyjny poler. Pan Stefan aż się wzdrygnął na samą myśl o tym, co by było, gdyby ludzkość w dobie kryzysu męskości, chcąc mu przeciwdziałać, zaczęła robić to samo. Mogła zająć stadnie miejskie trawniki, a to przecież bardzo pożyteczne płaszczyzny są. Inna sprawa, że służby medyczne nie nadążałyby z interwencjami, a populacja znacznie by się zmniejszyła przez liczne złamania karku. Między Janem a Stefanem istniała nić niewerbalnego porozumienia. Obaj wiedzieli, co należy zrobić, ale tym razem Pan Jan jakoś się zawiesił z tą refleksją o przemijaniu; wolałby w zwierciadle z chińskiego naparu zobaczyć twarz młodzieńca niż jakąś niewyraźną permutację fizjonomii Wodnika Szuwarka. A czas biegł wręcz niemiłosiernie, trzeszcząc upływem sekund. Nic dziwnego, że dawno już pogubił nogi - tyle lat pędzić, to i kończyny się starły. Jedyne, co zostawiał po sobie, to oznaki jego upływu, a Pan Stefan nie bardzo chciał w mieszkaniu je demonstrować. Sytuacja stawała się napięta; uratować mógł ją jedynie jakiś deus ex machina. No i pojawił się taki, no może nie z machiny, a z kuchni przybył w postaci żony Janowej i jej dość kategorycznego nakazu:
- Rusz się wreszcie, nie męcz Stefana!
- Nie mogę, czas mnie tratuje, jestem zdruzgotany.
- Nie wiesz jeszcze, co się kryje pod pojęciem "zdruzgotany", a twój czas na reakcję trwa dokładnie trzy sekundy.
Z czymś takim się nie dyskutuje. Dzięki temu Pan Stefan zdążył zapomnieć o napięciu, które mu towarzyszyło. Pan Jan niespecjalnie przywiązał się do swojej refleksji i ją porzucił, tym bardziej iż wydała mu się mało urodziwa. A czas trwał, oznaczając swój upływ jedynie ruchem obłoków na niebie.
Mężczyzna siedział na kanapie. Nie była ona z tych welwetem obitych, co to puszystość drze ryja o luksusie, raczej tapicerka tworzyła złudzenie normalności, w stylu "jak wszyscy". Znajdował się w stanie pozornego spoczynku, bo tak naprawdę pracował konceptualnie. Ten jego wysiłek umysłowy był wsparty dogłębną eksploracją palpacyjną okolic nosa, co jakiś czas przynoszącą na światło dzienne sukces badawczy.
- Co robisz? - zapytała żona Pana Jana.
- Rozmyślam. Widzisz, świat na pierwszy rzut oka jest bezkształtną, nieprzyjemną bryłą - na dowód tego, co mówi, wyciągnął wyżej wspomniany przez niego efekt swoich poszukiwań - ale jak nad nim popracować, to staje się całkiem miłą dla oka kulą, tylko że wtedy przestaje być interesujący.
Kobieta widziała, widziała nazbyt dobrze; można powiedzieć, że miała dar przewidywania przyszłości.
- I co teraz, demiurgu od siedmiu boleści, pieprzniesz swoje dzieło na podłogę? A z tego potem powstaną góry, doliny, a może nawet życie. A to życie nie wiadomo, czy będzie przyjazne, czy da się oswoić, albo też może pokąsa rękę swego twórcy. Jak się pochopnie tworzy świat, to trzeba się liczyć z konsekwencjami i wziąć pod uwagę, że spotka się z niewdzięcznością - bierz odkurzacz i zabieraj się do roboty.
I smutno się zrobiło Panu Janowi, no bo może nie był to najpiękniejszy ze światów, ale był jego, on był jego autorem, a na dodatek bardzo mu się nie chciało ruszyć dupy z twórczego posadowienia.
- Ależ, żono moja, on dopiero co powstał. Czy nie jest zbyt pochopnym, tak szybko go unicestwiać? Taki odkurzacz jest dla niego niczym kosmiczna czarna dziura, jego czeluści przelękną go niebywale, zanim nastąpi koniec.
- A ty co, nie znasz strachu, że tak grasz na czas? Teraz to ja idę na babski wieczór. Nie chcę sobie psuć humoru. Mam nadzieję, że jak wrócę, to on nadal będzie w dobrym stanie.
- Ale przecież na tym waszym spotkaniu to gadać będziecie, a z tych słów powstaną byty niezliczone. To dopiero jest niebezpieczne, wszak słowo daje początek, tak gdzieś było napisane. Natworzycie światów w beztroskich pogaduszkach, potem powiecie sobie "pa" i rozejdziecie się do domów. Kto wtedy ten cały bałagan posprząta?
- Ty się już tak nie zamartwiaj i nie zastanawiaj, tylko użyj swojej cielesności do zaprowadzenia ładu i harmonii w naszym habitacie.
Jak ktoś kiedyś powiedział: "Trudno być demiurgiem we własnym domu". Tym bardziej gdy ten zetknie się z prawdziwym absolutem, to kończą się dyskusje. Jeżeli poczujesz, że coś wciąga ci rzeczywistość, znaczy to, iż Pan Jan znowu sprząta. A na razie odpoczywa na ławeczce w parku, bo bezpieczniej przywoływać byty na świeżym powietrzu.
- O, jaki miły i przystojny dziaders - rzekł młody redaktor, co w ruchach swych miał jakąś elastyczność i miękkość, zbyt nienaturalną jak na mężczyznę, ale i w świecie kobiet raczej niespotykaną.
Tak to usłyszał Pan Jan, a przynajmniej chciał, żeby tak było. Choć po głębszej analizie drgań fali dźwiękowej, które wydobyły się z ust adepta sztuki dziennikarskiej, doszedł do wniosku, iż było to raczej: "Jaki przykry i mdły dziaders zanieczyszcza przestrzeń parkową swą obecnością". A żeby nie było niedomówień co do intencji, w sukurs mu przyszła jeszcze nie bardzo potrącona przez rydwan czasu reporterka z medium o sile rażenia głowicy średniego zasięgu, stosując język nowej poezji, którym to zachwyca się nasza zacna noblistka.
- Jebać dziada!
- Ależ szanowna pani, jakże to jebać, tak zupełnie bez gry wstępnej?
- Zamknij się, staruchu, pewnie jesteś zwolennikiem Partii Przeszłości Wspomnień i Wstecznictwa albo jednym z tych liberałów Dryfujemy z Prądem z Rozważnym Poglądem, co udają postępowców, wietrzą koniunkturę. Żonę to na pewno sobie na targu kupiłeś, gdzie stała w upodleniu pomiędzy zagrodą z krowami a stoiskiem z pejczami. Wieczorami bijasz ją notorycznie, popijając piwo, a w przerwach, żeby odpocząć, oglądasz mecze piłki nożnej, tłamsisz jej kobiecość, zaminowałeś swoją toksycznością wszelkie drogi jej rozwoju. Mamy tu teraz piknik postępu, rozwoju, nowego, ekologicznego, metafizycznie ledowego oświecenia, a ty, siedząc tu na ławce, zakłócasz go swoją estetyką minionych czasów. Te zmarszczki to zwykły reakcjonizm.
- Ależ młoda, wiecznie niezadowolona, i obyś takowego nigdy nie zaznała, niedamo, zmiana to niekoniecznie jest postęp, a ten, kto najgłośniej drze mordę, nie zawsze musi mieć rację. Widzi pan, Panie Stefanie - zwrócił się do swojego towarzysza, który nic nie robiąc sobie z całej sytuacji, nonszalancko lizał się po jajach, bo z natury był introwertykiem, ale i stoikiem.Ta dzisiejsza młodzież. Wymyśliła postęp. Ile my takich już przeżyliśmy?
Niektórym mogło się wydawać dziwne, że Pan Jan w ten sposób zwraca się do Pana Stefana, gdyż status społeczny tego drugiego, z racji jego urodzenia, był statusem psa. Ale dla Pana Jana był on jedynym człowiekiem, z którym mógł szczerze porozmawiać. Na spacerach trzymali się sztywnej zasady i zwracali się do siebie per pan, natomiast w nieoficjalnych, domowych warunkach bezproblemowo przechodzili na ty.
- Gdzie jest służba medyczna? - gorączkował się redaktor. - Szybko, proszę tu przyjść ze strzykawką z fenolem.
Na wieść o zbyt wcześnie mającej nadejść eutanazji Pan Stefan oderwał się od wyżej wspomnianej czynności i chociaż rzadko mówił, to odezwał się z wyraźnie wschodnim akcentem, pochodzącym z dzikich pól i stepów, niosącym ze sobą nutę porywistego wiatru i niekończących się polowań.
- Przychodzi mi na myśl w zaistniałej sytuacji dykteryjka taka. Owóż podobno hrabia Fredro, będąc wykładowcą, zwrócił się do nieco rozbrykanej młodzieży, w odpowiedzi na ich psikus, z taką epistołą: "Jebcie, jebcie moje dziatki, jam pierdolił wasze matki. I zapewne z tej przyczyny wy jesteście skurwysyny".I utkwił wzrok w redaktorskiej parze, a że jednym z jego ulubionych bohaterów był Clint Eastwood w spaghetti westernach, to potrafił patrzeć tak, iż u obserwowanego organy wewnętrzne stawały się padliną. W związku z tym przedstawiciele mediów oddalili się ku bliżej nieokreślonemu postępowi.
- Widzi pan, Panie Stefanie - odezwał się Pan Jan. - Znowu na linii frontu, znowu walczymy, tym razem przez swoje istnienie, a można by nawet rzec, przez zasiedzenie.
Oto nastał ten dzień, choć tak naprawdę nastawał on co miesiąc. Nie ma to jednak zbyt wielkiego znaczenia, gdyż przeszłość i zaprzeszłość to tylko kwestia coraz bardziej ułomnej pamięci. Pan Jan zasiadł na krześle i zamruczał znaną piosenkę pana Kazimierza: "Siedzę prosto, siedzę tam, gdzie siedzę...". No, może słowa były trochę inne, ale liczy się myśl przewodnia. Jeśli zaś chodzi o istotę spoczynku, można było dostrzec w samym człowieku pewną prostotę, natomiast postawa prezentowała pewną barokową rozlazłość formy. Kręgosłup był wygięty niczym u kobry przed atakiem, kończyny niedbale porozrzucane w okolicach siedziska, w tym jedna dolna na stole, co miało świadczyć o niebywałych zdolnościach gimnastycznych jej właściciela, chociaż tak naprawdę wywindował ją tam za pomocą różnych dźwigni i wspomagania ręcznego. W Jana wpatrywało się jedno oko monitora, z bezwzględnym, trupim blaskiem nowoczesności, chociaż on był zasadniczo postnowocześnie nienowoczesny.
No i biegnie do mnie światłowodem Lucyfer w rurkach - pomyślał Jan, wziął głęboki oddech i przystąpił do dzieła. Każdy, kto kiedyś płacił rachunki, wie, że nie ma w tym nic fascynującego, ale można na bieżąco śledzić proces zubożenia.
- Jestem zrujnowany! - krzyknął Jan w akcie rozpaczy, bo mimo licznych inwestycji w gaz, prąd i wodę zysku mu to nie przynosiło, a stratę jedynie. - Nic nie mam, cały majątek utraciłem.
Twarz mu zastygła na podobieństwo miedziorytu, uwydatniając zmarszczki, co to odpowiadają za zmartwienie, a anihilując te, co by mogły zdradzać, iż oblicze doświadczyło kiedykolwiek jakiejkolwiek formy radości. Skroń zaczęła mu siwieć z rozmachem, nieumiarkowanie, niczym tundra zimową porą. Lecz to wcale nie złagodziło poczucia straty i głowę zaczął świdrować przenikliwy ból.
- Dlaczego, ach, dlaczego skazany jestem na takie cierpienie - wyszeptał z rezygnacją pytanie, zasadniczo retoryczne. W tym momencie dostrzegł kontem oka, iż Pan Stefan drapie się, intensywnie i zapamiętale, tylną łapą w okolicy ucha.
- Toż to jest jakiś Dzień Hioba z przerzutami. Czy nawałnicy cierpienia nie ma końca? Wszyscy mnie opuścili, żona, dzieci, rodzice. Jestem sierotą, samotnym okrętem na oceanie cierpienia.
Faktycznie, żona Pana Jana opuściła go, wyszła do sklepu, by wyszastać resztę majątku. Dzieci, ponieważ były już duże, wyfrunęły z gniazda, nie zamykając sobie możliwości powrotu. Natomiast rodzice, i to fakt, wybrali się w podróż w jedną stronę, toteż prawdą jest, iż bezceremonialnie osierocili Jasia.
- Co się tak wydzierasz? - To żona Jana powróciła z niezbyt pełnymi torbami dóbr doczesnych.
- Jesteśmy zrujnowani, wszyscy nas opuścili, boli mnie głowa i posiwiałem w stopniu znacznym.
- No cóż, do naszej młodości ktoś dodał złego kruszywa, słabo związała się z czasem. Połóż się, to cnota cierpliwości będzie nagrodzona i obudzisz się jutro, by móc iść do pracy pomnażać nasz majątek. A na koniec najlepsza wiadomość. Dzwoniła nasza córka, będziesz dziadkiem!
- To już nie wystarczy, że jestem dziadem, jeszcze dziadkiem być muszę.
Wiatr zawył, zaszumiał i zaślinił się deszczem, nie był to zbyt atrakcyjny początek podróży. Stopy wgniatały się w mokry grunt, zostawiając ślad, jakby przechodził tą drogą Sasquatch, pomnik człowieka - odciski w błocie. Świadectwo trudu - zadyszka, świst oddechu i dziwne wrażenie, jakby tego wydychanego powietrza było więcej niż wdychanego, a przecież człowiek dąży do homeostazy. To, że dąży, to jedna sprawa, a że jej nigdy nie osiąga, to zupełnie inna. A przecież z wydechem może ulotnić się dusza, bo jej w tym mokrym, nadpsutym ciele brakuje jakiegoś rodzaju powietrza i ciasność jest jakaś. Nie bardzo ją interesuje wysiłek cielesny, nie męczy się przy nim. Jej jakieś bóle fantomowe pochodzą z innych obszarów, gdzie świat realny miesza się z iluzjami. Podobno są takie momenty, gdy ona może obserwować ciało, w drugą stronę to jednak nie działa. Powstaje jakiś dysonans poznawczy, wręcz można powiedzieć, że w jednym obszarze kohabitacji następuje rozdwojenie i jawna nierówność.
Pan Jan prowadził sobie takie dywagacje wewnętrzne, kierując swoje ciało w stronę kniei majaczącej na horyzoncie, natomiast jego duch był w stanie wojny. Przeciwnik okrążał go, a to za pomocą ekspedientki w sklepie, a to kierowcy zajmującego wcześniej upatrzone miejsce parkingowe. Ale sprawę przesądziła prowokacja, którą śmiało by można nazwać gliwicką, gdyby nie to, że wydarzyła się w innym mieście. Żona Pana Jana, pełniąca tę funkcję od nie wiadomo ilu lat - ale też pozbawieni jesteśmy wiedzy, czy nie była to zwykła przykrywka dla agentury obcego wywiadu albo grupy dywersyjnej - przejęła władzę nad pilotem od telewizora. A Pan Jan chciał tego wieczoru rozsiąść się wygodnie i poobcować (lubił to robić) z wielkim światem, wtedy ten świat odbijał się w jego oczach, a te odpowiadały refleksem z przeciwnej strony i oba byty były niczym dwa błękity. Buntownicza natura zrodziła myśl śmiałą, by dokonać eskapizmu pieszego i w dzikości natury ukojenia szukać. Postanowił tam użyć cudownego balsamu do układania myśli, koafiura miała być z przedziałkiem, złe myśli na lewą stronę, dobre na prawą bądź też zupełnie odwrotnie, segregacja jest podstawą porządku. Wiadomo, gdy układalność jest dokonana, to życie staje się łatwiejsze, przejrzyste, a przez to jakby przyjemniejsze. Zielenina lasu majaczyła z daleka, koloryt dawał nadzieję, iż w dzikości da się zamaskować całe Janowe nieprzystosowanie. Bo on nieustannie albo gdzieś wystawał za bardzo, albo też wklęsły był nie tam, gdzie trzeba; no można rzec, ogólna bryła adaptacyjna nie rysowała się zbyt perfekcyjnie, a wręcz jakby przeciwnie było. W takim lesie to można jednak sterczyny zamaskować listowiem, natomiast w ubytki mchu napchać. No może nie była to jakaś amazońska dżungla, ale parę solidnych pni z ziemi wystawało, na okrasę były jeszcze krzewy i byliny, a wszystko to szeleściło z daleka, budząc jakieś dzikie drżenie serca, co jak łatwo sobie wyobrazić, może się przeistoczyć w dzikość serca.
Nareszcie będę mógł się schronić w miejscu, z którego w zamierzchłej przeszłości wyszli przodkowie - pomyślał. - Nomen omen powrót do korzeni.
I choć myśl ta była błogosławiona i miała potencjał rozwojowy, a także mogła podążać w zgoła nieokreślonym kierunku, to jednak została brutalnie przerwana, no może nie od razu zabita, ale nie miała szansy na żadne kontinuum.
- Stać! Stać! Proszę się zatrzymać! - Z krzaków wyłonił się jegomość o powierzchowności muchomora. - Bilecik szanowny pan kupi.
- Bilet? Ale przecież to dziki las, odwieczne miejsce ucieczki dla wszelkiej maści renegatów.
- A pan by sobie chciał uciekać za zupełną darmochę? Luksus kosztuje. Eskapizm jednodniowy, dłuższy pobyt czy też rezydent?
- No nie zastanawiałem się nad tym.
- Nie zastanawiał się pan, czyli uciekł po prostu jak tchórz z placu boju, bez żadnego planu i przygotowania. Trzeba było przynajmniej jakiś film o więzieniu obejrzeć. Oni tam zawsze się jakoś organizują. A jaki ma mieć charakter ta eskapada?
- Jak to, jaki charakter? Normalny, ucieczka w dzikość.
"Muchomorek" spojrzał ze służbową litością, wydął policzki i parsknął jak jakieś zwierzę, co trudni się parskaniem, ale raczej nie jak koń.
- Widzi pan tamten zagajnik? Tam siedzą młodzieńcy, co jodłują zawzięcie do momentu, aż nie osiągną dorosłości, natomiast pośród tych wysokich drzew przechadzają się nadobne niewiasty, co otulają swoją samotność psami bądź kotami, przy stawie zgromadzili się biczownicy, co wodę chłoszczą. Czym ona im zawiniła, nikt nie wie. Uciekać można dynamicznie bądź też stacjonarnie, w pozycji horyzontalnej albo siedząc w kucki.
- A tamten z obumarłymi, suchymi drzewami to las samobójców?
- Nie, on pamięta jeszcze początki Narodowego Parku Eskapizmu. Wtedy wpuszczano tu ludzi samopas, zupełnie ich nikt nie pilnował, a ci chodzili, sikali, gdzie popadnie, i rośliny pomarły. Trzeba było zrobić nowe nasadzenia, a ten fragment zostawiliśmy na pamiątkę. Dobrze, musi pan jeszcze wypełnić ankietę dotyczącą stanu zdrowia, alergii, przebytych chorób, stanu cywilnego oraz rozliczenia z fiskusem.
Pan Jan wziął papier i chciał uciec w miejsce, z którego nie ma już ucieczki, lecz był tam szlaban, zatem z podkulonym jestestwem powrócił do domu, gdzie mógł się przynajmniej ukryć pod kocykiem.
- Nie mów tak, nie myśl tak, z tego rodzi się faszyzm - rzekła z wyraźną dezaprobatą żona Pana Jana.
- Nie miałem ochoty niczego rodzić, tym bardziej faszyzmu. Co ze mnie za matka by była, która na dodatek jest ojcem. I jakim wymieniem miałbym wykarmić tego gówniarza?
- Przestań głupoty mówić, na świat je wydawać takie nieodziane. Jeszcze się przeziębią i poważna choroba gotowa.
- Tak, tak - zżymał się Pan Jan. - Knebel na ryj, a potem godność jest jak u pana Marsellusa w jednej scenie w Pulp Fiction.
- A co ty taki wojowniczy się zrobiłeś?
- Nie "zrobiłeś", ja zawsze byłem pełnym wigoru wojownikiem.
Żona zaczęła grzebać w pamięci, a że miała tam spory bałagan i pełno niepotrzebnych rupieci, to i eksploracja okazała się mozolna. Mimo całego trudu i nieszczędzonego wysiłku nie potrafiła sobie przypomnieć Pana Jana w roli jurnego buhaja. Może to była jakaś mgła demencyjna, a może taki stan rzeczy w ogóle się nie wydarzył, ale jakie to ma znaczenie, gdy najistotniejsze są fakty, które nigdy nie zaistniały.
- A co ciebie dzisiaj wyprowadziło z równowagi? - zapytała raczej dla zasady, by nie urazić uczuć swego oblubieńca.
- Widzisz tego mydłka w telewizorze? Facet ubrany jest w ciuchy warte tyle, co nasz półroczny dochód i opowiada coś o tym, że serce trzeba mieć po lewej stronie. Anatom się znalazł, przecież on w ogóle nie ma serca albo, co gorsze, jak czarownik u Indian Hopi, co się posługuje złą magią, ma dwa.
- Ale sam przyznasz, że to bardzo praktyczne w przypadku zawału - powiedziała kobieta, która była osobą praktyczną i wielki świat jej w zasadzie nie interesował, bo był niepraktyczny.
- Praktyczne? Człowiek powinien mieć jedno serce, które goreje dla sprawy.
- Może i twoje goreje, ale jakoś tak na kanapie. Nigdy cię nie widziałam na jakimś proteście. A tak tylko telewizor zapluty i ja mam robotę.
- Nic nie rozumiesz, kobieto. Ja jestem niczym falochron. O mnie rozbijają się wzburzone fale rzeczywistości z jej zawirowaniami. Stacjonarność daje mi przewagę, nie podlegam dryfowi z jakimkolwiek prądem. Jestem monolitem i stabilizatorem ludzkości.
Stabilny, stacjonarny buhaj - pomyślała żona. I poszła, bo o czym z takim gadać?
Muszę ocieplić swój wizerunek - pomyślał Pan Jan i założył szalik i czapkę. - Na nic to całe ocieplenie klimatu, gdy ja marznę. I jeszcze za oknem ta dziwna biała niestosowność, jakby w hołdzie kokainistom przygotowującym się do jakichś świąt. Dobrze, że buty wypastowałem.
Rzeczywiście, za oknem padało coś, co absolutnie manną nie było. Po drogach jeździły pługi, posypując Ojczyznę solą, by ta była doprawiona, a nie mdła w smaku. Ptaszęta nagromadziły się przy karmniku, zawodząc pieśni głodowe pańszczyźnianych chłopów, zrodzone gdzieś w pomroce dziejów na dnie pustych misek. Drzewom opadały ręce ze zmęczenia od noszenia zbędnego ciężaru zmrożonej wody. Na nic opowieści o tym, że świat otuliła biała, puszysta kołderka. Przecież pod takową jest ciepło, a to, co za oknem, nie serwowało takich możliwości. Pan Jan to wiedział. Dysponował wszechstronną i gruntowną wiedzą. Może nawet bardziej gruntowną, ponieważ pracował kiedyś przy kładzeniu kanalizacji, czym pchnął ludzkość w ramiona niebywałego postępu. Przygotowanie się do wyjścia na spacer to poważna sprawa, przecież tam na zewnątrz człowiek jest wystawiony na działanie żywiołów. Był już gotowy do opuszczenia mieszkania, chętnie by wdział ciepłe palto, ale nie wiedział, co to jest, więc włożył kurtkę, swoje wyjście skrupulatnie odnotował w Księdze wyjścia, a co zostało zapisane, to zostało spełnione. Ponieważ nie lubił być gołosłowny, wyszedł. Ruch mas powietrza okazał się na tyle istotny, że nos Janowy nabrał wyglądu dojrzewającego pomidora.
Źle samemu przemierzać świat na przekór przeciwnościom losu, kolegi mi trzeba - pomyślał Pan Jan i w demiurgicznym szale zabrał się za akt twórczy. A gdy dzieło jego było prawie na ukończeniu, uśmiechnął się od ucha do ucha, bo wydało mu się, iż to, co wyszło spod jego rąk, było piękne i dobre. I już zaczął ściągać szalik, by się nim podzielić w swej hojności, gdy usłyszał:
- Ty debilu, przecież ja nie mam szyi. - Pan Bałwan powiedział to nieco niewyraźnie, bo usta miał z patyka. - Na dodatek nos mi zrobiłeś z włoszczyzny, a oczy - ja rozumiem, że w dzisiejszych czasach są trudności z węglem, ale mógłbyś czasem przetrzeć swoje okulary, to byś wtedy wiedział, że nie są to kamyczki, tylko zamarznięte psie kupy. Kolegi na spacer się zachciało? To dlaczego ja nie mam nóg? Wydawało ci się, że zdołasz coś stworzyć. Jesteś tylko człowiekiem, a jako taki możesz jedynie coś zrobić i jest duża doza prawdopodobieństwa, że to spierdolisz.
Pan Jan obrócił się i odszedł bez słowa, bo był urażony do żywego, wszak to jego dziecko okazało się niewdzięczne, oziębłe i wyjątkowo pyskate.
Następnego kolegę ulepię sobie, wedle starego, sprawdzonego przepisu, z gliny - pomyślał i wszedł do domu, co odnotował w Księdze wejścia.
Mężczyzna z zafrasowaną miną siedział wpatrzony w monitor, tak jakby się tam znajdowało coś, w co absolutnie nie można uwierzyć, jedna z tych rzeczy niemożliwych, która nie powinna zaistnieć, a jednak zaistniała. W międzyczasie wprowadzał do organizmu słone paluszki, manualnie, nerwowo, acz pewnie, a nie było to korzystne, przecież nadmiar soli może powodować nadciśnienie, a gdy ciśnienie jest za wysokie, to życie staje się trudne. Kobieta, a zarazem niewiasta, bo i nią potrafiła bywać, dostrzegła biedaka w tym tragicznym momencie jego życia.
- Cóż tam takiego wyczytałeś, że jesteś w stanie wyjątkowego pobudzenia i zjadasz zapas paluszków, co miał nam przez cały tydzień służyć swoją wykwintnością?
- Odbył się kongres mężczyzn i nikt mnie nie zaprosił!
- Bo ty nie jesteś mężczyzną, tylko Janem.
- Zabrzmiało to trochę obraźliwie. Strzelę focha i zobaczysz.
- Oj, przestań, bycie Janem to takim nadmężczyzną, maskulinizm spotęgowany do granic możliwości, a czasem i rozsądku. A ten kongres to zorganizowali "zieloni" w ramach ochrony ginącego gatunku?
- Nie, to mężczyźni dla mężczyzn przez mężczyzn, choć nieco obrzydliwie to brzmi. Ja w ogóle nic nie wiedziałem o tym, że mężczyzna jest teraz w przebudowie. Nikt nie raczył mnie o tym fakcie poinformować.
- A kto przebudowuje?
- No pewnie inżynierowie.
- Żeby nie było jak z tym chodnikiem przed blokiem, też projektowali inżynierowie, a po tygodniu popękał.
- To mężczyzna nie może już pękać?
- Ależ oczywiście, że może. Tylko z umiarem.
- To jaki ma być?
- Twardy jak beton, lecz przemawiać jak Safona.
- Czyli dzisiaj już nie wystarczy występować w lekko ciotowatym odcieniu, ale trzeba, by facet był niczym pancerna lesba.
- Coś w tym guście, tylko zupełnie inaczej, mężczyzna powinien być al dente, tylko odwrotnie.
- Stanowić lekki opór przy ugryzieniu?
- Niezupełnie, winien być twardy na zewnątrz i mięciutki w środku. No i nie ufaj za bardzo inżynierom, szczególnie społecznym. Człowiek indywidualnie, jak i in gremio, nigdy nie pasuje do ich przyciasnych koncepcji.
- To ja pójdę się transformować w pozycji horyzontalnej.
- No tak, obżarł się i teraz będzie leżał. Wy, faceci, nigdy się nie zmienicie.
Pan Jan siedział przy stole w kuchni, a ta była umeblowana w stylu "bez żadnych rewolucji". Siedział tak i patrzył. Można powiedzieć, iż patrzył w sposób wzmożony, bo uzbrojony był w okulary. A obiektem jego oglądu był słój, na oko o pojemności około jednego litra, zakręcany, za to dojmująco pusty, wręcz emanujący nicością. Ktoś by mógł powiedzieć, że Jan gapi się w uformowaną pustkę. A że czasem tak się zdarza i teoretyczne możliwości manifestują się w praktyce, to tym razem skorzystały z szansy, objawiając się z całą mocą.
- Co się tak gapisz w pusty słoik? - Żona niby zapytała, ale była to chyba bardziej forma dezaprobaty ubrana w falę dźwiękową.
Ale Jan, jak zawsze, był przygotowany i nie dał się zbić z pantałyku. Choć jeżeli chodzi o tego ostatniego, to nie bardzo wiedział, co to za jeden.
- Pewien naukowiec ostatnio udowadniał, iż wszechświat to taki pusty słoik po ogórkach pozostały po jakiejś imprezie, a my się bujamy na przypadkowej drobinie eterycznych wspomnień.
- No i widzisz, nauka się do czegoś przydaje, bo jakoś tak jest, że natura nie cierpi próżni. Pójdziesz na targ, nakupisz ogórków, zrobimy małosolne. Znajdzie się miejsce dla drobiny i dla nich, a wszechświat będzie miał posmak czosnku i kopru.
- Ale jest taki upał, eksperyment się nie powiedzie i akt twórczy ulegnie zepsuciu, a intryganci będą szeptać, że demiurg coś spieprzył.
- Nie można się poddawać, trzeba próbować. A słyszałeś, że podobno jakiś Polak to w kosmos poleciał? Ja to bym ciebie nie puściła.
- Słyszałem. Nic nadzwyczajnego. Ja od urodzenia w kosmosie się unoszę i nie robię z tego zbyt wielkiego szumu, i to wraz z całą planetą. Raz to nawet w pewnym mieście byłem w barze Kosmos, owszem, nieważkość została osiągnięta, ale morda poobijana - przereklamowany stan.
- Ty nie bądź taki Luke Skywalker. Ciekawe, co oni tam robią?
- Unoszą się bezwładnie i piją przefiltrowany mocz, swój albo kolegi.
- Czyli to taka urynoterapia dla bogatych ekscentryków.
- Można tak powiedzieć.
Panu Stefanowi opcja lewitacji wydała się niedorzeczna, przecież nie można wtedy olewać świata punktowo, a działanie staje się jakieś rozproszone i zupełnie nieskuteczne. Wyjście na ewentualny spacer w taki upał też go nie nęciło.Trzeba wtedy iść z wystawionym jęzorem jak jakiś pies na baby. Pan Jan z tym targiem to raczej nie miał pola manewru, ale on mógł przyjąć znaną i skuteczną taktykę obrony, czyli udawać, że go nie ma. Przecież lepiej udawać, że się nie jest, gdy się jest, niż markować bycie, gdy się nie istnieje, a przecież są wichrzyciele, którzy głoszą, iż śmierć oznacza niebycie. Toteż Pan Stefan postanowił zastosować taktykę trupa, bo tak naprawdę był anarchistą i to tym najgorszym typem, a mianowicie anarchistą kanapowym. Nie było mowy o jakichś tam bakuninowskich bzdetach. On stosował anarchię przez zależenie, wręcz emanował nią statycznie. Nie można też krzywdzić Pana Jana, on też jest buntownikiem i może dlatego przyniósł do domu zwiędły koperek, by dać odpór tyranii, natomiast żona jego, w całej swej mądrości, ukisiła wszechświat.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
1 Pan Jan podśpiewywał starą pieśń weselną z okresu, który zapewne nigdy nie istniał, a jednak się za nim tęskni. Inspirowane utworem Agnieszki Osieckiej Oczy tej małej.