KIEDY DOCIERAMY DO SZPITALA, policjant sadza mnie w poczekalni. Trzęsę się tak bardzo, że wraz ze mną trzęsie się krzesło.
- Muszę tam wrócić - mówię do niego. - Muszę tam wrócić! - krzyczę. Zauważam plakietkę z jego nazwiskiem. Hernandez.
- Rozumiem. Dowiem się wszystkiego, co w mojej mocy. Zapewne zajmie się panią pracownik socjalny. Zaraz wracam.
Słyszę, że coś mówi, ale nie jestem w stanie zareagować. Po prostu siedzę na krześle i wbijam wzrok w przeciwległą ścianę. Czuję, że kiwa mi się głowa. Czuję, że wstaję i podchodzę do stanowiska pielęgniarek, ale przerywa mi ponowne pojawienie się Hernandeza. Towarzyszy mu niski mężczyzna w średnim wieku. Jest ubrany w niebieską koszulę z czerwonym krawatem. Założę się, że jak idiota nazywa go swoim krawatem mocy. Pewnie jest przekonany, że będzie miał dobry dzień, gdy go założy.
- Pani... Elsie? - mówi. Chyba powiedziałam Hernandezowi, jak mam na imię. Nie pamiętam, żebym to zrobiła. Wyciąga rękę, jakby chciał, żebym ją uścisnęła. Nie potrzebuję żadnych formalności w obliczu tej tragedii. Nie ujmuję jej. Przed tym wszystkim nigdy bym nie odrzuciła czyjejś wyciągniętej dłoni. Jestem miłą osobą. Czasami nawet frajerką. Nikt nie nazwałby mnie "trudną" czy "niepokorną".
- Jest pani żoną Bena Rossa? Ma pani przy sobie prawo jazdy? - pyta mnie mężczyzna.
- Nie. Ja... wybiegłam z domu. Nie... - Patrzę na swoje stopy. Nie mam nawet butów, a ten facet sądzi, że zabrałam prawo jazdy?
Hernandez odchodzi. Widzę, że oddala się powoli, niezgrabnie. Jestem przekonana, że wydaje mu się, że jego rola już dobiegła końca. Szkoda, że nie jestem nim. Szkoda, że nie mogę odejść i wrócić do domu. Wróciłabym tam, do męża i ciepłego łóżka. Mojego męża, ciepłego łóżka i pieprzonej miseczki fruity pebbles.
- Obawiam się, że jeszcze nie możemy pani tam wpuścić - mówi facet w czerwonym krawacie.
- Dlaczego nie?
- Lekarze jeszcze pracują.
- On żyje?! - krzyczę. Jak szybko wróciła nadzieja.
- Nie. Przykro mi. - Kręci głową. - Pani mąż umarł dzisiaj wieczorem. Był zarejestrowanym dawcą organów.
Czuję się jak winda spadająca na ziemię. Zabierają mi go po kawałku i oddają go innym ludziom. Zabierają części.
Siadam na krześle, jestem martwa w środku. Część mnie chce krzyczeć na tego mężczyznę, żeby mnie tam zaprowadził. Żeby pozwolił mi go zobaczyć. Chcę przebiec przez podwójne drzwi, znaleźć go i objąć. Co oni mu robią? Ale jestem odrętwiała. Ja też jestem martwa.
Mężczyzna w czerwonym krawacie wychodzi na chwilę, po czym wraca z gorącą czekoladą i kapciami. Mam suche i zmęczone oczy. Ledwie widzę. Wszystkie moje zmysły są stłumione. Czuję się uwięziona w swoim ciele, oddzielona od wszystkich wokół.
- Czy ma pani kogoś, do kogo moglibyśmy zadzwonić? Może rodziców?
Kręcę głową.
- Ana - mówię. - Powinnam zadzwonić do Any.
Kładzie dłoń na moim ramieniu.
- Proszę napisać mi jej numer. Zadzwonię po nią.
Potakuję, a on podtyka mi kartkę i długopis. Kilka razy źle zapisuję numer, zanim przypominam sobie właściwy, ale gdy oddaję kartkę, jestem pewna, że zanotowałam dobry.
- Co z Benem? - pytam. Nie wiem, o co mi właściwie chodzi. Po prostu... nie jestem w stanie się z tym pogodzić. Nie mogę być taką osobą, którą zabiera się do domu i której się pilnuje. Trzeba walczyć, prawda? Muszę go znaleźć i ocalić. Jak mam to zrobić?
- Pielęgniarki powiadomiły najbliższą rodzinę.
- Słucham? Ja jestem jego najbliższą rodziną.
- Na jego prawie jazdy widnieje adres w Orange County. Zgodnie z przepisami musimy powiadomić rodzinę.
- Do kogo zadzwoniliście? Kto przyjedzie? - Ale już wiem, kto się zjawi.
- Sprawdzę to. Pójdę zadzwonić do Any. Zaraz wrócę, dobrze?
Potakuję.
Widzę i słyszę inne czekające rodziny. Niektóre wyglądają posępnie, ale większość dobrze się trzyma. Jest tu matka z małą dziewczynką. Czytają książeczkę. Jest młody chłopak, który trzyma lodowy kompres przy twarzy, a obok niego siedzi zirytowany ojciec. Jest para nastolatków trzymająca się za ręce. Nie wiem, po co tu przyszli, ale sądząc po ich uśmiechach oraz tym, jak ze sobą flirtują, zakładam, że to nic poważnego i... chcę na nich nakrzyczeć. Chcę powiedzieć, że izba przyjęć to miejsce dla nagłych wypadków, więc nie powinni tu siedzieć i wyglądać na szczęśliwych i beztroskich. Chcę im przekazać, by poszli do domu i byli szczęśliwi gdzie indziej, bo nie mam ochoty na nich patrzeć. Nie pamiętam, jak to jest być taką jak oni. Nie pamiętam nawet, jak to jest być sobą sprzed tego wypadku. Jedyne, co mam, to wszechobecne poczucie strachu. Oraz złość na tę parę kretynów, którym uśmiechy nie schodzą z pieprzonych gąb.
Nienawidzę ich i nienawidzę cholernych pielęgniarek, które zachowują się, jakby to nie był najgorszy dzień ich życia. Odbierają telefony, robią kopie dokumentów i piją kawę. Nienawidzę ich za to, że potrafią w takiej chwili pić kawę. Nienawidzę wszystkich w całym szpitalu za to, że nie jest im smutno.
Facet w czerwonym krawacie wraca i mówi, że Ana już jedzie. Proponuje, że poczeka ze mną. Wzruszam ramionami. Nich robi, co chce. Jego obecność nie przynosi mi pocieszenia, ale powstrzymuje mnie od wykrzyczenia ludziom w twarz, jak im nie wstyd jeść batonika w takiej chwili. Przed oczami stają mi fruity pebbles na drodze i wiem, że gdy wrócę do domu, wciąż będą tam leżeć. Wiem, że nikt ich nie uprzątnie, ponieważ nikt nie wie, jaki to okropny dla mnie widok. To byłoby zabawne, gdyby nie było takie... Nigdy nie będzie zabawne. Nie ma w tym nic zabawnego. Nawet to, że straciłam męża, bo zachciało mi się dziecięcych płatków wzorowanych na bajce o Flinstonach. Nienawidzę siebie za to. Siebie nienawidzę najbardziej.
Pojawia się spanikowana Ana. Nie wiem, co powiedział jej facet w czerwonym krawacie. Wstaje, żeby się z nią przywitać. Widzę, że rozmawiają, ale nic nie słyszę. Trwa to tylko krótką chwilę, po czym ona podchodzi i mnie obejmuje. Pozwalam jej na to, choć sama nie mam siły, by ją uściskać. Jakby obejmowała kłodę.
- Przykro mi - szepcze mi do ucha, a ja rozpadam się w jej ramionach.
Nie mam ochoty się trzymać, nie pragnę ukrywać swojego bólu. Wyję w poczekalni. Szlocham w jej biust. W każdej innej sytuacji trzymałabym się daleko od tej części jej ciała. Czułabym się niekomfortowo, mając twarz i usta tak blisko jej piersi, ale teraz seks wydaje się trywialny i głupi. Jak coś, co idioci robią z nudów. Ci szczęśliwi nastolatkowie zapewne uprawiają go dla sportu.
Mimo że mnie obejmuje, nie przynosi mi to pocieszenia. Łzy płyną mi z oczu tak, jakbym je z siebie wyduszała, ale tak nie jest. Same lecą. Nawet nie odczuwam smutku. Ten poziom rozpaczy dawno wykroczył poza łzy, więc te moje wydają się nieważne i głupie.
- Widziałaś go, Elsie? Tak mi przykro.
Nie odpowiadam. Siadamy na podłodze poczekalni. Zdaje mi się, że mijają godziny. Czasami płaczę, czasami nic nie czuję. Przez większość czasu spoczywam w objęciach Any, nie dlatego, że mam taką potrzebę, lecz po to, by na nią nie patrzeć. W końcu Ana wstaje i zostawia mnie opartą o ścianę, po czym podchodzi do stanowiska pielęgniarek i zaczyna na nie krzyczeć.
- Ile mamy jeszcze czekać na wpuszczenie do Bena Rossa?! - wrzeszczy na młodą latynoską pielęgniarkę siedzącą przy komputerze.
- Proszę pani... - zaczyna kobieta, wstając, ale Ana się odsuwa.
- Proszę mi tu nie paniować. Gdzie on jest? Proszę nas zaprowadzić.
Pojawia się facet w czerwonym krawacie i usiłuje ją uspokoić.
Rozmawiają przez kilka minut. Widzę, że próbuje dotknąć Any, żeby ją podnieść na duchu, ale ona się odsuwa. On tylko wykonuje swoją pracę. Wszyscy tu wykonują swoją pracę. Co za banda dupków.
Przez drzwi wejściowe wchodzi starsza kobieta. Ma jakieś sześćdziesiąt lat i długie, rudobrązowe włosy, układające się falami wokół jej twarzy. Po policzkach płyną jej łzy zmieszane z tuszem do rzęs, przez ramię ma przewieszoną brązową torebkę, na barkach ciemnobrązowy szal. W dłoniach ściska chusteczki higieniczne. Żałuję, że swojego smutku nie zamknęłam w chusteczkach. Wycierałam smarki w rękawy i dekolt. Moje łzy spadają na podłogę.
Podbiega do recepcji, po czym siada. Przelotnie na mnie zerka, a ja już wiem, kim ona jest. Gapię się na nią. Nie mogę oderwać od niej oczu. To moja teściowa, jakkolwiek by patrzeć, zupełnie mi obca osoba. Kilka razy widziałam jej zdjęcia w albumie fotograficznym, ale ona nie widziała mnie nigdy wcześniej.
Wstaję i idę do łazienki. Nie wiem, jak mam się jej przedstawić. Nie wiem, jak jej powiedzieć, że obie znalazłyśmy się tutaj z powodu tego samego mężczyzny. Że obie opłakujemy tę samą stratę. Staję przed lustrem i patrzę na siebie. Jestem cała czerwona i opuchnięta. Mam podkrążone oczy. Wpatruję się w swoją twarz i myślę, że miałam kogoś, kto ją kochał. A teraz go nie ma. Nikt już nie kocha mojej twarzy.
Wychodzę z łazienki, a jej już nie ma. Ana chwyta mnie za rękę.
- Możesz wejść - mówi i prowadzi mnie do faceta w czerwonym krawacie, z którym wchodzę za podwójne drzwi.
Facet zatrzymuje się przed jedną z sal i pyta, czy chcę, by ze mną wszedł. Dlaczego miałabym chcieć? Dopiero go poznałam. Nic dla mnie nie znaczy. Mężczyzna w tej sali znaczy dla mnie wszystko. Nikt nie pomoże mi się uporać ze stratą wszystkiego. Otwieram drzwi i okazuje się, że w środku są też inni ludzie, ale ja widzę tylko ciało Bena.
- Przepraszam! - mówi moja teściowa przez łzy. Łagodnie, ale stanowczo. Ignoruję ją.
Ujmuję jego twarz w dłonie. Jest zimny. Ma zamknięte oczy. Nigdy już nie zobaczę jego oczu. Dociera do mnie, że może ich nie mieć. Nie chcę na to patrzeć. Nie chcę się przekonywać. Twarz ma posiniaczoną i nie wiem, co to znaczy. Czy był bardzo pokiereszowany, zanim umarł? Umarł samotnie na ulicy? O Boże. Czy cierpiał? Słabo mi. Prześcieradło okrywa jego pierś i nogi. Boję się je odsunąć. Boję się, że odsłonię zbyt dużo Bena, że zobaczę zbyt wiele. Albo że zbyt dużo zabrano.
- Ochrona! - krzyczy ta kobieta.
Gdy trzymam dłoń Bena, w drzwiach staje ochroniarz. Patrzę na swoją teściową. Nie wie, kim jestem. Nie rozumie, co tutaj robię, ale musi wiedzieć, że kochałam jej syna. To chyba jest oczywiste.
- Proszę - błagam ją. - Proszę, Susan, nie rób tego.
Susan patrzy na mnie zaintrygowana i zdezorientowana. Samo to, że znam jej imię, mówi jej, że o czymś jeszcze nie wie. Subtelnie daje znak ochroniarzowi.
- Przepraszam. Da nam pan chwilę? - Gdy facet wychodzi, Susan patrzy na pielęgniarkę. - Pani też dziękuję. - Pielęgniarka opuszcza nas i zamyka drzwi.
Susan jest udręczona, przerażona, a mimo to trzyma się, jakby miała jeszcze dość siły, by przetrwać kolejnych pięć sekund, zanim się rozpadnie.
- Ma na ręce obrączkę - mówi do mnie. Patrzę na nią i próbuję oddychać. Powoli podnoszę swoją lewą rękę, na której mam taką samą obrączkę.
- Pobraliśmy się półtora tygodnia temu - mówię przez łzy. Kąciki moich ust się wyginają. Są takie ciężkie.
- Jak masz na imię? - pyta, drżąc.
- Elsie - odpowiadam. Bardzo się jej boję. Jest zła i zraniona, jak nastolatka, która uciekła z domu.
- Jaka Elsie? - Zatyka ją, gdy mówi.
- Elsie Ross.
Wtedy się rozkleja. Rozkleja się tak jak ja. Po chwili pada na podłogę. Nie ma tu więcej chusteczek higienicznych, więc jej łzy kapią na linoleum.