Nabór - Vincent V. Severski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Hani Orahi uro­dził się w isfa­hań­skim szpi­talu Al-Zahra sześć tygo­dni przed cza­sem, więc leka­rze nie dawali mu dużej szansy na prze­ży­cie. Ale Hani bar­dzo chciał żyć i wsparty żar­li­wymi modli­twami rodzi­ców i czte­rech star­szych braci jakimś cudem prze­trzy­mał kry­zys. Zapła­cił jed­nak za to poważną wadą wzroku, co rodzina, wdzięczna za wiel­kie szczę­ście, jakie ją spo­tkało, uznała za nie­wy­gó­ro­waną cenę.

Dla­tego pierw­sze oku­lary dostał, zanim zaczął racz­ko­wać. Od tej pory oku­lary stały się jego zna­kiem roz­po­znaw­czym. Nie­dawno skoń­czył trzy­dzie­ści lat, ale wciąż wyglą­dał jak pod­ro­stek i tak też był trak­to­wany przez sąsia­dów. Nosił teraz mocne szkła korek­cyjne w cięż­kich opraw­kach, które cią­gle popra­wiał pal­cem wska­zu­ją­cym.

Hani był naj­młod­szym i naj­bar­dziej uko­cha­nym z pię­ciu synów nie­wi­do­mego Nadira. Ojciec stra­cił wzrok pod­czas wybu­chu pieca do wytopu metalu. Rodzina Ora­hich od zawsze miesz­kała w Isfa­ha­nie i zaj­mo­wała się rze­mieśl­ni­czą pro­duk­cją cyno­wych naczyń, które z tru­dem sprze­da­wała na oko­licz­nych baza­rach. Po wypadku Nadira rodzinną firmę prze­jął średni syn Omar, ale inte­resy zaczęły iść jesz­cze gorzej.

Pięć lat wcze­śniej dzięki soli­dar­nemu wysił­kowi całej rodziny Hani ukoń­czył fizykę na Uni­wer­sy­te­cie Tehe­rań­skim i został pierw­szym Ora­him z dyplo­mem. W tym samym roku, zaraz po zakoń­cze­niu świę­tego mie­siąca muhar­ram, zło­żył dekla­ra­cję do Kor­pusu Męczen­ni­ków słu­żą­cych Siłom Ghods.

Kilka dni przed­tem w walce z ISIS zgi­nął pod Aleppo jego naj­star­szy brat Moha­med, żoł­nierz Straż­ni­ków Rewo­lu­cji. Hani uznał zatem, że swoje życie winny jest Repu­blice Islam­skiej i pro­ro­kowi Allaha, któ­remu poświę­cony był pier­wo­rodny Nadira. Ojciec na pewno zro­zu­miałby tę decy­zję - powta­rzał sobie Hani - bo prze­cież on też wal­czył nad Szatt al-Arab w sze­re­gach męczen­ni­ków.

Po kilku dniach Hani otrzy­mał uro­czy­sty list od gene­rała Haru­miego, z wyra­zami uzna­nia i wdzięcz­no­ści za patrio­tyczną postawę, ale naj­bar­dziej utkwił mu w pamięci numer. Został osiem­dzie­siąt sie­dem tysięcy dwie­ście trzy­dzie­stym szó­stym żoł­nie­rzem Maho­meta, czyli Wybra­nym. Tylu wier­nych goto­wych oddać życie dla Allaha zgło­siło się przed nim do Kor­pusu Męczen­ni­ków, a każdy był żywą bombą, którą można było zde­to­no­wać w dowol­nym miej­scu na świe­cie.

Wybrani to jedyna praw­dziwa i naj­po­tęż­niej­sza Armia Boga, uwa­żał Hani i był dumny ze swo­jej decy­zji. Kiedy więc dostał wezwa­nie, ucie­szył się, że wkrótce wypełni swoją misję i spo­tka brata. Już od kilku mie­sięcy czuł, że tak się sta­nie, wystar­czyło obser­wo­wać wia­do­mo­ści. Przy­na­leż­ność do Wybra­nych była ści­śle tajna i nikt w rodzi­nie nie wie­dział o jego pla­nach. Hani spa­ko­wał więc swój ple­cak, kupił bilet na auto­bus i poje­chał do Meszhedu.

W taj­nym ośrodku Sił Ghods gdzieś na przed­mie­ściach prze­szedł kil­ku­dniowy kurs, który tylko pozor­nie miał go przy­go­to­wać do reali­za­cji zada­nia. Hani szybko się zorien­to­wał, że cho­dziło głów­nie o usta­le­nie, czy jest wystar­cza­jąco zde­ter­mi­no­wany. Roz­mowy z ofi­ce­rami i muł­łami miały go utwier­dzić w prze­ko­na­niu, że doko­nał jedy­nego słusz­nego wyboru.

Na początku był nieco roz­cza­ro­wany, bo i bez dodat­ko­wych argu­men­tów cie­szył się ze swo­jej misji. Nikomu o tym nie powie­dział, ale bar­dzo mu się podo­bał kryp­to­nim, który otrzy­mał. "Orzeł" brzmiał dum­nie, walecz­nie i szla­chet­nie, więc drobny Hani w korek­cyj­nych oku­la­rach poczuł przy­pływ wiary w sie­bie. Rozu­miał, że nie każdy jest tak rze­telny jak on i może nie wie­dzieć, na co się decy­duje. Ale on wie­dział: "Orła" musiał wybrać Allah.

Nie miał poję­cia, kiedy ani dokąd poje­dzie, ale się nie dopy­ty­wał, cho­ciaż go nie­po­ko­iło, czy misja aby na pewno będzie wystar­cza­jąco zaszczytna. Zale­żało mu, by ojciec, matka i bra­cia byli z niego dumni tak jak z Moha­meda i mogli podzi­wiać jego wielki por­tret na któ­rejś z kamie­nic Isfa­hanu albo rzeźbę w izbie pamięci.

Hani zamel­do­wał się we wska­za­nym pen­sjo­na­cie Irbis na przed­mie­ściach Bej­rutu jako oby­wa­tel turecki i zgod­nie z pla­nem zaczął ocze­ki­wać na dal­sze instruk­cje. Po trzech dniach przy­szedł do niego jakiś męż­czy­zna i bez słowa wrę­czył mu kopertę, w któ­rej znaj­do­wał się węgier­ski pasz­port na nazwi­sko Sándor Kósa, bilet na samo­lot do Bel­gradu i trzy tysiące euro. Na załą­czo­nej kartce było zapi­sane w punk­tach, co ma robić dalej. Nie­zna­jomy zabrał jego turecki pasz­port, tele­fon i wyszedł. Od tej pory Hani miał kate­go­ryczny zakaz uży­wa­nia tele­fonu komór­ko­wego i korzy­sta­nia z inter­netu. Pła­cić miał tylko gotówką o niskich nomi­na­łach.

Roz­po­czął się kolejny etap w dro­dze do raju - pomy­ślał Hani i ucie­szył się, że jedzie do Europy. Jego misja nabie­rała coraz więk­szego zna­cze­nia.

Kon­trolę pasz­por­tową na lot­ni­sku Tesli prze­szedł bez pro­ble­mów. Sam był zasko­czony, że się nie dener­wo­wał, jakby czuł nad sobą opiekę Allaha. Funk­cjo­na­riu­szowi straży gra­nicz­nej patrzył pro­sto w oczy i uśmiech­nął się szcze­rze. Na pyta­nie, czy ma coś nie­zgod­nego z pra­wem, odpo­wie­dział, że nic, i poczuł coś na kształt roz­ba­wie­nia. Prze­cież on sam był bombą nie­zgodną z żad­nym ziem­skim pra­wem!

Z lot­ni­ska wziął tak­sówkę i poka­zał kie­rowcy zapi­sany na kartce adres hostelu. Doje­chali w ciągu trzech kwa­dran­sów. Hani ni­gdy nie był w Bel­gra­dzie i nie miał nawet poję­cia, w jakiej czę­ści mia­sta się znaj­duje.

Wyj­rzał przez okno. Ciemno, pusta jezd­nia była ledwo oświe­tlona. Padał deszcz, a po dru­giej stro­nie ulicy maja­czył kolo­rowy neon. Hani znał nieco rosyj­ski, więc odczy­tał, że to restau­ra­cja. Spoj­rzał na zega­rek: minęła osiem­na­sta. Dopiero teraz przy­po­mniał sobie, że od śnia­da­nia nic nie jadł, i nagle poczuł głód. Przez cały dzień wyda­wało mu się, że jest spo­kojny, nie dener­wuje się, panuje nad sobą. A jed­nak orga­ni­zmu nie oszu­kasz - pomy­ślał. Stres musiał stłu­mić uczu­cie głodu.

Posta­no­wił zjeść coś solid­nego i napić się praw­dzi­wego piwa, teraz mógł, bo pozwa­lała mu na to takijja. Pole­cono mu wpraw­dzie cze­kać w hostelu, uni­kać kon­tak­tów z miej­sco­wymi i zacho­wy­wać się tak, by nie zwra­cać na sie­bie uwagi, ale jed­nak musiał coś zjeść. Wło­żył kurtkę, nacią­gnął weł­nianą czapkę i wyszedł.

Restau­ra­cja nazy­wała się Jovanka. Było w niej ponuro i cuch­nęło tyto­niem zmie­sza­nym ze smrod­kiem alko­ho­lo­wej uryny. W kącie dwóch roz­bu­dzo­nych pija­ków prze­pi­jało do sie­bie, więc Hani usiadł pod oknem po prze­ciw­nej stro­nie. Po chwili pod­szedł bar­czy­sty kel­ner w bia­łej koszuli opię­tej na wło­cha­tej piersi i ode­zwał się po serb­sku, wydy­ma­jąc mię­si­ste usta.

- Popro­szę kartę i piwo - powie­dział Hani cicho po angiel­sku.

Kel­ner popa­trzył podejrz­li­wie i mimo swo­jej wagi zwin­nie okrę­cił się na pię­cie. Po chwili wró­cił z kartką, która odgry­wała rolę karty dań, i obce­sowo poło­żył ją na sto­liku. Obok posta­wił kufel spie­nio­nego piwa.

Menu było po serb­sku i zawie­rało tylko sie­dem pozy­cji, więc Hani, posił­ku­jąc się swoim sła­bym rosyj­skim, pró­bo­wał coś wyczy­tać. Nic jed­nak nie zro­zu­miał.

W ciągu kilku minut wypił kufel piwa. Sma­ko­wało mu jak ni­gdy wcze­śniej. Nie­raz pił w Ira­nie piwo bez­al­ko­ho­lowe i nawet kilka razy na stu­diach nor­malne, ale to nie było to, co dostał teraz. Kiedy więc kel­ner pod­szedł, żeby przy­jąć zamó­wie­nie, Hani od razu popro­sił o drugi kufel. Danie wska­zał pal­cem na chy­bił tra­fił.

Po chwili drobny Hani poczuł, że lekko kręci mu się w gło­wie, ale to było przy­jemne dozna­nie. Nagle wszystko wokół stało się pozy­tywne, wręcz sym­pa­tyczne, i zapra­gnął z kimś poroz­ma­wiać. O czym­kol­wiek, chciał po pro­stu zbli­żyć się do jakie­goś czło­wieka.

Nawet nie zauwa­żył, kiedy sta­nęło przed nim dru­gie piwo. Chwy­cił obu­rącz ciężki kufel i pocią­gnął kilka głę­bo­kich łyków. Otarł dło­nią pianę z ust i zaraz potem odbiło mu się nosem. Tym razem efekt był jesz­cze przy­jem­niej­szy niż po pierw­szym piwie. Hani nabrał pew­no­ści sie­bie i pomy­ślał, że o niczym nie marzy teraz bar­dziej niż o tym, by poroz­ma­wiać z kimś przy­ja­znym, opo­wie­dzieć mu o sobie, o Ira­nie, Isfa­ha­nie, naj­pięk­niej­szym mie­ście na świe­cie, o ojcu i śmierci brata Moha­meda. Wie­dział, że nie wolno mu roz­ma­wiać z obcymi, ale czuł się taki szczę­śliwy... Nagle śmierć prze­stała być gra­nicą, droga do raju sta­nęła otwo­rem i chciał iść tam, gdzie cze­kają na niego już wszy­scy Wybrani.

Kel­ner bez słowa posta­wił przed nim koszy­czek ze sztuć­cami i talerz, na któ­rym pły­wał w sosie kawa­łek mięsa i białe klu­ski. Hani uśmiech­nął się do kel­nera i dotknął pal­cem brzegu kufla. Kel­ner deli­kat­nie ski­nął głową, ale nic nie odpo­wie­dział. Przez chwilę przy­glą­dał się drob­nemu męż­czyź­nie w oku­la­rach, jakby nie był pewny, czy powi­nien mu podać trze­cie piwo, aż w końcu się odwró­cił i poszedł w stronę baru. Hani spró­bo­wał mięsa, było zimne, klu­ski też, ale sos był cie­pły. Pew­nie tak powinno być - uznał i zjadł wszystko ze sma­kiem.

Obu­dził się w swoim pokoju. Było zimno i bolała go głowa. Leżał na łóżku, w ubra­niu, ale bez butów. Oku­lary równo zło­żone na sto­liku noc­nym, tak jak zawsze.

Przez chwilę roz­wa­żał, jak się tu dostał, o któ­rej. Nie mógł sobie przy­po­mnieć żad­nego wyraź­nego obrazu poza tym, że był w restau­ra­cji naprze­ciwko i pił piwo. Nic wię­cej nie pamię­tał.

Usiadł na łóżku i zaczął się zasta­na­wiać, co powi­nien teraz zro­bić. Docho­dziła ósma. Posta­no­wił naj­pierw się wyką­pać, doko­nać ablu­cji, a potem pomo­dlić. Wpraw­dzie obej­mo­wała go takijja, ale i tak czuł się zbru­kany po tym, co wczo­raj zro­bił. Nie musia­łem prze­cież pić piwa - pomy­ślał i zało­żył oku­lary. Od razu obraz zro­bił się wyraźny i Hani poczuł się lepiej.

Gdy ruszył w stronę łazienki, ktoś cicho zastu­kał do drzwi.

Po chwili do pokoju wszedł wysoki, krótko ostrzy­żony męż­czy­zna w czar­nej skó­rza­nej kurtce i błę­kit­nych dżin­sach. Rozej­rzał się i nie wyj­mu­jąc rąk z kie­szeni, usiadł na krze­śle.

- Zbie­raj się... Jedziemy - rzu­cił w farsi ści­szo­nym gło­sem.

- Chcia­łem się jesz­cze wyką­pać... - ode­zwał się Hani.

- Nie ma czasu - prze­rwał mu zde­cy­do­wa­nym tonem nie­zna­jomy. - Nie musisz. - Spoj­rzał na sto­jącą na pod­ło­dze zamkniętą torbę. - Już się spa­ko­wa­łeś. Dobrze.

Hani posłusz­nie wcią­gnął buty.

- Nie modli­łem się od...

- Nie musisz. Aku­rat ty... nie musisz.

- Dokąd jedziemy? - zapy­tał Hani, zawią­zu­jąc but.

- Zoba­czysz - rzu­cił tajem­ni­czo męż­czy­zna, pod­niósł się i wziął torbę Haniego. - Jedziemy do Zagrze­bia. Mów do mnie Luka - dodał i kiedy ruszyli do wyj­ścia, poło­żył mu rękę na ramie­niu. Był o głowę wyż­szy. - Nie przy­pusz­cza­łem, że jesteś taki drobny, ale... - Zatrzy­mał się przed drzwiami i spoj­rzał pro­sto w oczy Haniemu, który zadarł głowę i pal­cem doci­snął oku­lary. - Jesteś wielki! Bar­dzo cię sza­nuję. A nawet wię­cej, podzi­wiam.

Zaczęli scho­dzić na dół, więc prze­stali roz­ma­wiać.

Kiedy Hani regu­lo­wał rachu­nek, Luka cze­kał już przed hoste­lem, kil­ka­na­ście metrów od wyj­ścia. Ujrzaw­szy Haniego, ruszył powoli przed sie­bie.

Nie­bie­skie volvo V70 na austriac­kich nume­rach stało zapar­ko­wane w sąsied­niej uliczce. Luka wrzu­cił torbę do bagaż­nika i usiadł za kie­row­nicą. Po chwili dołą­czył do niego Hani.

- Jesteś głodny? - zapy­tał Luka, kiedy tylko ruszyli.

- Tak, i chce mi się pić.

- Masz wodę na tyl­nym sie­dze­niu. Zatrzy­mamy się na sta­cji ben­zy­no­wej na kawę i kanapki.

- Ile czasu będziemy jechać do tego Zagrze­bia?

- Około pię­ciu godzin, bo poje­dziemy bocz­nymi dro­gami. Wjeż­dżamy do Unii Euro­pej­skiej...

- Zagrzeb to nasz cel? - dopy­ty­wał się Hani.

- Nie wiem. Mam cię prze­wieźć przez gra­nicę i dostar­czyć na podany adres w Zagrze­biu. Nic wię­cej nie wiem i nie pytaj. Mniej wiesz, mniej się boisz. - Luka pro­wa­dził samo­chód spo­koj­nie, z wprawą. Od razu było widać, że zna mia­sto. - Nic nie kupo­wa­łeś w Bel­gra­dzie? - zapy­tał.

- Oczy­wi­ście, że nie. - Hani popił wody z butelki. - Jestem dobrze prze­szko­lony - dodał pewny sie­bie.

- Wiesz... - zaczął z waha­niem Luka. - Ja też jestem w Kor­pu­sie. - Spoj­rzał na Haniego i pierw­szy raz się uśmiech­nął, poka­zu­jąc duże białe zęby.

- Osiem­dzie­siąt sie­dem dwie­ście trzy­dzie­ści sześć - wyre­cy­to­wał Hani z dumą.

- Sie­dem­dzie­siąt dwa czte­ry­sta pięć. - Luka poki­wał głową i wycią­gnął do Haniego rękę. Uści­snęli sobie dło­nie, patrząc przed sie­bie. - Ale wciąż cze­kam na praw­dziwy przy­dział, taki jak twój. Na razie tylko poma­gam Wybra­nym. Zazdrosz­czę ci. - Głos Luki brzmiał bar­dzo prze­ko­nu­jąco i Hani poczuł się jesz­cze bar­dziej dowar­to­ścio­wany.

- Przyj­dzie i twój czas, nie martw się - powie­dział Hani po chwili namy­słu, z lek­kim poczu­ciem wyż­szo­ści. - Wszystko w ręku Boga. Naprawdę nie wiesz, dokąd jadę? - zapy­tał.

- Naprawdę. Moje zada­nie to dostar­czyć Wybra­nych w odpo­wied­nie miej­sce... i wszystko.

- Wybra­nych? To zna­czy, że nie jestem jedyny? - Hani był wyraź­nie roz­cza­ro­wany. - Ilu nas jest? Wiesz? Powiesz mi?

- Nic ci nie powiem - rzu­cił twardo Luka i wycią­gnął papie­rosa. - Zapa­lisz? - zapy­tał, ale Hani tylko pokrę­cił głową. - Nic nie wiem i nawet nie chcę wie­dzieć, skąd jeste­ście... ani skąd pocho­dzisz. Dys­cy­plina, miłość ojczy­zny i szczera wiara w Allaha to w Ghods nasza naj­po­tęż­niej­sza broń i dla­tego zwy­cię­żymy. - Przy­trzy­mu­jąc kola­nem kie­row­nicę, wygrze­bał zapal­niczkę z kie­szeni i przy­pa­lił sobie. - Wojna jest już bli­sko.

- Wiem, wiem i znam zasady. - Hani się zamy­ślił. - Czyli jest nas wię­cej w akcji. Tak przy­pusz­cza­łem. Czuję dumę, że należę do Wybra­nych. Szkoda tylko, że nie mogłem się poże­gnać z ojcem i braćmi.

Luka wyrzu­cił nie­do­pa­łek i zamknął okno.

Wyje­chali na dawną auto­stradę Bra­ter­stwo i Jed­ność prze­ci­na­jącą nie­gdyś Jugo­sła­wię wzdłuż i kiedy minęli tablicę z napi­sem Zagrzeb 380 km, zamil­kli.

Hani wpa­try­wał się w szary kra­jo­braz i czuł, że zaczyna go już mdlić z głodu. Przy­po­mniał Luce, że obie­cał śnia­da­nie na sta­cji ben­zy­no­wej, ale ten nic nie odrzekł, tylko sie­dział zamy­ślony, pro­wa­dząc samo­chód jedną ręką.

Roz­mowa z Luką była dziwna i Hani po raz pierw­szy, odkąd przy­je­chał do Meszhedu, poczuł, że cze­goś nie rozu­mie. Jakby poja­wiła się rysa na sys­te­mie war­to­ści i zasad, któ­rym się kie­ro­wał. Wcze­śniej nie musiał się nad nim zasta­na­wiać, bo wyda­wał mu się spójny, logiczny, wręcz ide­alny. Każde słowo Luki, zda­nie czy myśl paso­wały do sie­bie, otwie­ra­jąc natu­ralną drogę do dżi­hadu, męczeń­stwa i Allaha. Odno­siło się wra­że­nie, że jego wiara jest żar­liwa, a mimo to nie brzmiał szcze­rze. Co wię­cej, nie powie­dział nic, z czym Hani mógłby się nie zgo­dzić, i to nie­po­ko­iło go jesz­cze bar­dziej.

Ni­gdy z nikim nie roz­ma­wia­łem w ten spo­sób o swo­jej misji - pomy­ślał - więc może cze­goś nie rozu­miem albo jestem zbyt prze­wraż­li­wiony. Ale prze­cież męczen­nik nie może być zazdro­sny o męczeń­stwo.

10

Taksówka zatrzy­mała się w zatoczce przy ulicy Bato­rego. Monika zapła­ciła dwa­dzie­ścia osiem zło­tych i cho­ciaż tak­sów­karz długo szu­kał reszty, prze­trzy­mała go, aż zna­lazł. Życzyła mu miłego dnia, szyb­kiego zwy­cię­stwa nad Ira­nem i taniej ben­zyny. Pomy­ślała, że będzie czę­ściej korzy­stać z ubera, bo Ukra­ińcy są przy­naj­mniej mniej roz­mowni.

Weszła do pubu i od razu ude­rzył ją stłu­miony gwar gło­sów zmie­sza­nych z muzyką. Wszyst­kie sto­liki były zajęte, głów­nie przez mło­dych ludzi. Rozej­rzała się i ruszyła dalej. Dopiero w kolej­nej sali zna­la­zła Witka, Lutka, Dimę, Ewę i Elę, ale kiedy pode­szła bli­żej, zoba­czyła, że przy stole sie­dzą jesz­cze dwie osoby - blon­dynka z koń­skim ogo­nem i męż­czy­zna w nor­we­skim swe­trze. To pew­nie ta nie­spo­dzianka - pomy­ślała, zdej­mu­jąc płaszcz, i od razu poczuła, że źle się ubrała do pubu.

- Sara Kor­ska - przed­sta­wiła się blon­dynka, wycią­ga­jąc rękę.

- Kon­rad Wol­ski - dołą­czył się wysoki bru­net z gęstą czu­pryną prze­ty­kaną srebr­nymi nit­kami.

Monika, zasko­czona, poki­wała głową.

- Rze­czy­wi­ście - odparła. - Praw­dziwa nie­spo­dzianka. Legenda się zma­te­ria­li­zo­wała. - Usia­dła naprze­ciwko Sary. - Wiele o was sły­sza­łam, ale ni­gdy się nie zasta­na­wia­łam, jak wyglą­da­cie. To tro­chę dziwne, bo lubię myśleć obra­zami.

- I jak wypa­dła kon­fron­ta­cja z rze­czy­wi­sto­ścią? - zapy­tała Sara, pusz­cza­jąc oko do Kon­rada.

- Dobrze. Jeste­śmy chyba w tym samym wieku.

- Jestem star­sza. O trzy lata.

- Aha... - Monika spoj­rzała na Elę i Witka. - Zna­czy, że wyno­si­li­ście tajne infor­ma­cje Sek­cji na zewnątrz. - Uśmiech­nęła się. - Wycią­gniemy kon­se­kwen­cje, prawda, Dima?

- Nie ma już Sek­cji... - odparł.

- I nie ma już Wydziału Q, czyli firmy Vigo, spółki z o.o. - dodał Kon­rad. - No to... - Uniósł piwo. - Za was. - Pocią­gnął wzro­kiem po zebra­nych, któ­rzy też unie­śli szklanki. - I za nas...

- I za tych, któ­rych nie ma już z nami - dodała Sara poważ­nie.

Wypili piwo i na chwilę zale­gła cisza, jakby każdy kogoś wspo­mi­nał.

- Wła­ści­wie to mogli­by­śmy teraz zało­żyć wła­sną Agen­cję Wywiadu - zaczął z uśmie­chem Dima. - Mamy doświad­cze­nie, mamy dobre kadry, kon­takty...

- I mamy też ogon. - Kon­rad spoj­rzał w kie­runku sto­lika po prze­ciw­nej stro­nie sali. - To kole­dzy z ABW... Pozdrówmy ich. Nie mają lekko. - Znów uniósł szklankę z piwem, a dwaj męż­czyźni, uśmie­cha­jąc się, odpo­wie­dzieli mu tym samym. - Jak rozu­miem, mają zle­ce­nie na was, bo my to już sprawa archi­walna.

- Bolecki dosta­nie bia­łej gorączki, bo pomy­śli, że zbie­ramy siły - wtrą­ciła Monika. - Bra­kuje tylko Romana.

- A co z nim? - zapy­tał Kon­rad.

- Krąży po świe­cie ze swoją part­nerką Zofią i zwie­dza muzea - wyja­śnił Dima. - Teraz jest w Szwe­cji.

- W Szwe­cji? - zapy­tała Sara. - Mamy tam sporo przy­ja­ciół. Pamię­ta­cie? Lutek...

- Prom i Gotlan­dia - odparł krótko.

- Prom? - zacie­ka­wił się Dima.

- Był taki pol­ski kon­wer­tyta Safir as-Salam, przy­ja­ciel Bin Ladena, ostry wojow­nik Allaha. Przy pomocy cze­czeń­skiego rodzeń­stwa Boga­je­wów przy­go­to­wał atak na prom do Fin­lan­dii - wyja­śnił Kon­rad. - To nasz wydział razem ze Szwe­dami z Säpo i pew­nym Rosja­ni­nem powstrzy­mał ten zamach. A potem Lutek powstrzy­mał tego Rosja­nina na Gotlan­dii. To był czas cią­głego powstrzy­my­wa­nia.

- Mogło zgi­nąć trzy i pół tysiąca ludzi - dodał Lutek.

- Sły­sza­łam, gło­śno było o tym w mediach, ale nie mia­łam poję­cia, że to wy - powie­działa z uzna­niem Monika. - Sza­cun dla Lutka, Witka, Eli... Sza­cun, że się ni­gdy nie wysy­pali, w końcu mieli z czego być dumni.

- My o waszych spra­wach też nic nie wiemy - rzu­cił Kon­rad. - Takie są zasady, a my ich prze­strze­gamy.

- Dla­tego nie ma już ani Sek­cji, ani Wydziału Q - dodał Dima i wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem. - Bolecki znów pre­mie­rem, a Agen­cja wciąż jest na Miło­będz­kiej.

- Nie­ważne... - włą­czyła się Sara. - Nie będziemy się prze­cież licy­to­wać na suk­cesy i porażki. Szkoda, że wła­dze naj­pierw nas, a potem was prze­żuły i wypluły na mar­gi­nes, a prze­cież zagro­żeń nie ubyło. Ale prawdę mówiąc, nie wiem, czy chcia­ła­bym jesz­cze to robić. Zmie­niły mi się tro­chę prio­ry­tety... - Urwała i spoj­rzała na Kon­rada. - Mamy synka, ma pra­wie trzy latka.

- Jeste­ście mał­żeń­stwem? - zapy­tał Dima.

- Nie, ale jeste­śmy razem - odpo­wie­działa Sara. - Kon­rad nato­miast nie cierpi eme­ry­tury i cią­gle go gdzieś nosi. A wła­ści­wie wal­czy z irań­ską obse­sją...

- Daj spo­kój, Sara! - obru­szył się Kon­rad. - To żadna obse­sja...

- Przed spo­tka­niem Monika roze­słała wszyst­kim ese­mesa, że nie chce, byśmy roz­ma­wiali o Ira­nie, bo ina­czej wyj­dzie - oświad­czył Dima z lekką iro­nią. - Więc temat odpada.

- Cie­szę się, że się w końcu pozna­li­śmy - wtrą­ciła się Monika, prze­czu­wa­jąc nara­sta­jące iskrze­nie mię­dzy Sarą i Kon­ra­dem. - Szkoda, że nie ma z nami M-Irka. Tak ich nazy­wa­li­ście?

- Tak - potwier­dził Witek. - To Mirek i Irek. Zapra­sza­łem ich na to spo­tka­nie, ale aku­rat są zajęci. Jak zwy­kle pra­cują nad nowym pro­jek­tem. Pamię­ta­cie ope­ra­cję "Mer­kury"? - Ela i Lutek ski­nęli gło­wami. - Bra­kuje jesz­cze jed­nej osoby... Mar­cina. Nie­stety, po roz­wią­za­niu naszego wydziału znikł i nie mamy z nim kon­taktu. Podobno wyje­chał z Pol­ski i pra­cuje w Niem­czech albo gdzieś we Fran­cji.

Atmos­fera zaczęła się roz­luź­niać. Ewa i Ela szybko prze­sia­dły się na drugi koniec stołu bli­żej Moniki i Sary, więc powstały dwa obozy, męski i żeń­ski, każdy zajęty swo­imi tema­tami. Nie roz­ma­wiali o pracy, nie wspo­mi­nali swo­ich akcji, nie inte­re­so­wała ich poli­tyka. Monika szu­kała kon­taktu z Sarą, a Kon­rad z Dimą, wyczu­wali się dosko­nale i akcep­to­wali to wza­jemne towa­rzy­skie roz­pra­co­wy­wa­nie, więc roz­mowa toczyła się bez prze­szkód. Od początku poczuli do sie­bie sym­pa­tię. Sym­bo­licz­nie połą­czył ich Roman.

Zaan­ga­żo­wa­nie Sek­cji w uwol­nie­nie porwa­nego Lutka świad­czyło o praw­dzi­wej przy­jaźni i bra­ter­stwie broni. Kon­rad o tym wie­dział i dla­tego szcze­gól­nie cenił Dimę. Wie­dział też, że przez lata dzia­łał on w Rosji jako nie­le­gał, i nic nie mogło mu bar­dziej zaim­po­no­wać.

- Masz piękne kol­czyki. - Sara zwró­ciła się do Moniki, prze­ry­wa­jąc przy­długi wywód Eli o postę­pach jej synka w racz­ko­wa­niu. - To sre­bro? Wyjąt­kowo piękne... Jesteś po ASP, prawda?

- Tak - odparła Monika. - Ukoń­czy­łam malar­stwo, a ta biżu­te­ria to dzieło mojego kolegi, który nie jest jubi­le­rem, tylko absol­wen­tem rzeź­biar­stwa. To jego eks­pe­ry­men­talne prace, które u mnie wysta­wiał.

- No tak... pamię­tam! - Sara lekko unio­sła głos. - Roman mówił, że masz gale­rię na Powi­ślu. - Spoj­rzała na kol­czyki i pokrę­ciła głową. - Piękny kon­trast, to gra­na­towe tło i... Skąd ten opa­li­zu­jący efekt?

- Nie wiem, jak udało się go uzy­skać, ale rze­czy­wi­ście w odpo­wied­nim oświe­tle­niu tak to wygląda. Wpad­nij do mnie, to pokażę ci inne prace.

W dru­gim końcu stołu poja­wiła się butelka fin­lan­dii. Trwała zażarta dys­ku­sja o fil­mie Ofi­cer i szpieg. Dima uwa­żał, że to wyjąt­kowe arcy­dzieło, a Kon­rad wprost prze­ciw­nie. Witek i Lutek zmie­niali zda­nie w zależ­no­ści od siły argu­men­tów każ­dej ze stron, bo żaden z nich filmu nie widział. Wszy­scy byli jed­nak zgodni co do jed­nego: każdy może być Drey­fu­sem, szcze­gól­nie w dzi­siej­szej Pol­sce, ale nie każdy może mieć swo­jego Zolę, Pro­usta czy Ana­tola France'a.

- Za Drey­fusa! - Dima pod­niósł kie­li­szek.

- Czyli? - zapy­tał Kon­rad z wymow­nym uśmiesz­kiem.

- Za nas - wyja­śnił Dima.

- O co cho­dzi z tą irań­ską obse­sją Kon­rada, jeśli mogę zapy­tać? - Monika, zwra­ca­jąc się do Sary, nie­spo­dzie­wa­nie zmie­niła temat. - Miało dzi­siaj nie być o poli­tyce, wiem... ale bar­dzo mnie to intry­guje. Jadąc tu tak­sówką, mia­łam cie­kawą roz­mowę z kie­rowcą. Tro­chę się wku­rzy­łam.

- Może niech ci sam powie. - Sara zła­pała roz­ga­da­nego Kon­rada za rękę. - Monika chce poznać sprawę Tra­visa. Może powi­nie­neś o niej opo­wie­dzieć?

Jak na komendę przy stole zale­gła cisza.

Histo­rię Tra­visa znali wszy­scy oprócz Moniki i Dimy. Kon­rad zmarsz­czył brwi, jakby był nie­za­do­wo­lony, i przez chwilę wpa­try­wał się w swoje dło­nie.

- Prze­pra­szam... - ode­zwała się nie­pew­nie Monika, widząc jego zakło­po­ta­nie. - Nie chcia­łam się wtrą­cać, prze­pra­szam...

- Nie masz za co prze­pra­szać - odparł. - To nie jest jakaś tam moja sprawa czy obse­sja, cho­ciaż to okre­śle­nie wcale mi nie uwła­cza. Może nawet jest odpo­wied­nie, bo rze­czy­wi­ście ni­gdy nie prze­stanę dążyć do pozna­nia prawdy. Więc może to jest obse­sja. - Był już lekko pod­pity i tro­chę plą­tały mu się myśli i słowa. - No dobrze! - Pod­niósł głowę i spoj­rzał na Monikę. - Ty i Dima powin­ni­ście poznać tę histo­rię.

Rozej­rzał się wokół i z poważ­nych spoj­rzeń zebra­nych wyczy­tał, że się z nim zga­dzają. Czuł ogromną potrzebę podzie­le­nia się swo­imi myślami z Moniką i Dimą. Po raz pierw­szy od lat spo­tkał kogoś, kto mógł, a może nawet musiał go zro­zu­mieć.

Nie­spo­dzie­wa­nie dotarło do niego, że Dima, doświad­czony nie­le­gał, i Monika, która - jak mówił Roman - widzi wię­cej niż inni, mogą być zaląż­kiem nowej nadziei. Odkąd odszedł ze służby, nie­ustan­nie szu­kał uspra­wie­dli­wie­nia, rady, a może jakie­goś pomy­słu, i nagle tego wie­czoru alko­hol otwo­rzył przed nim drzwi.

Wszystko zaczęło się pra­wie trzy lata temu w domu Lindy Lund na wyspie F?rö. Linda zastrze­liła wów­czas Zoję Ton­kinę, part­nerkę Miszy Popo­wskiego, ofi­cera rosyj­skiego wywiadu, któ­rego Kon­rad i Sara kilka dni wcze­śniej eks­fil­tro­wali do Fin­lan­dii. Wyda­rze­nia tam­tych dni, strze­la­nina w ogro­dzie bota­nicz­nym w Visby, a szcze­gól­nie to, co wyda­rzyło się wtedy w domu Lindy, wytarło z pamięci Kon­rada nie­które fakty.

Zupeł­nie zapo­mniał, co na chwilę przed hukiem wystrza­łów z dubel­tówki Lindy powie­dział mu inspek­tor Gun­nar Selan­der. Przy­po­mniał sobie o tym dopiero po jakimś cza­sie, kiedy był już w Pol­sce i odszedł ze służby. Począt­kowo nie był pewien, czy to, co usły­szał, było prawdą czy złu­dze­niem, więc któ­re­goś dnia wsiadł do samo­lotu i pole­ciał do Sztok­holmu.

Inspek­tor Selan­der chęt­nie się z nim spo­tkał i powtó­rzył jesz­cze raz to, czego się dowie­dział od Hasana Mar­dana, który był wię­ziony w Ira­nie. Że w obo­zie pod Tehe­ra­nem prze­trzy­my­wany był też Ame­ry­ka­nin, Fran­cuz i dwóch Bia­ło­ru­si­nów.

Kon­rad spo­tkał się też z Hasa­nem i Har­riet, ale nie dowie­dział się niczego wię­cej poza tym, że podobno tamci byli szpie­gami. Hasan nawet ich nie widział, powie­dział mu o tym Irań­czyk, współ­wię­zień. Obco­kra­jowcy prze­trzy­my­wani byli w tym samym obo­zie, ale sta­ran­nie odizo­lo­wani. Nie mieli ze sobą kon­taktu. Bia­ło­ru­sini tra­fili pod opiekę leka­rzy, bo podobno byli tor­tu­ro­wani, powie­dział Hasa­nowi Irań­czyk. Obóz pod Tehe­ra­nem nie był wię­zie­niem wydo­byw­czym jak Ewin, lecz ośrod­kiem odosob­nie­nia pro­wa­dzo­nym przez Straż­ni­ków Rewo­lu­cji. Osa­dzeni nie byli tam źle trak­to­wani.

- Mie­li­śmy w naszym wydziale nie­le­gała. Nazy­wał się Igor... Oleg Popow, pseu­do­nim "Tra­vis", i był upla­so­wany w bia­ło­ru­skim KDB. Świetny chło­pak... wyszedł od nas, z Pod­la­sia. - Spoj­rzał na Sarę, ale ona sie­działa wpa­trzona w stół. - Nie­stety, w Miń­sku doszło do kom­pli­ka­cji i musie­li­śmy go eks­fil­tro­wać do Pol­ski. Nie będę wcho­dził w szcze­góły, ale to było dla niego bar­dzo dra­ma­tyczne zda­rze­nie... - Zawa­hał się, jakby nie był pewien, czy powi­nien to powie­dzieć. - Musiał kogoś zabić.

- Zabić? - zapy­tał Dima. - Rozu­miem, że bez zgody cen­trali?

- Tak, w sta­nie wyż­szej koniecz­no­ści. Puł­kow­nika KDB.

- Aha... - Dima deli­kat­nie poki­wał głową i od razu mu się przy­po­mniało, jak zgi­nął Oleg Dunin.

- Nie miał wyboru. Rato­wał życie swoje i innych - dodała Sara. - Tra­vis był moim wycho­wan­kiem, to ja go wybra­łam, wyszko­li­łam i prze­rzu­ci­łam na Wschód. Był jak brat. - Głos jej się lekko zała­mał i Dima poczuł deli­katny ucisk w gar­dle. Znał los nie­le­gała.

- Razem z Tra­vi­sem wywieź­li­śmy do Pol­ski jego przy­ja­ciela i współ­pra­cow­nika, Bia­ło­ru­sina i funk­cjo­na­riu­sza miń­skiego KDB, Wasi­lija Krupę - cią­gnął Kon­rad. - Dzia­ła­li­śmy w sta­nie wyż­szej koniecz­no­ści, jak już powie­dzia­łem, na wła­sne ryzyko, więc potem zajęły się nami pro­ku­ra­tura i WBW, jak może­cie się domy­ślać, a wła­ści­wie to zajęły się Sarą. Osta­tecz­nie sprawa wyga­sła.

- Żadne zasko­cze­nie - sko­men­to­wał Dima. - Jeste­śmy w takiej samej sytu­acji. Wdzięcz­ność pre­miera Bolec­kiego czu­jemy na wła­snej skó­rze. Roman jest wro­giem publicz­nym numer jeden. - Spoj­rzał na Monikę, która dała mu znak, że się z nim zga­dza. - Co było dalej?

- Pro­wa­dzi­li­śmy w tym cza­sie we współ­pracy z MI6 skom­pli­ko­waną ope­ra­cję w Ira­nie i stwo­rzy­li­śmy tam firmę przy­kry­ciową. Upla­so­wa­li­śmy w niej Tra­visa i Wasię, oczy­wi­ście jako Bia­ło­ru­si­nów. Firma była dobrze zale­gen­do­wana i chłopcy wypra­co­wali świetną pozy­cję ope­ra­cyjną. Byli zawo­dow­cami i wie­dzieli, co i jak robić. Weszli­śmy cał­kiem głę­boko w struk­tury Pas­da­ranu... Wiesz, co to?

- Wiemy - wtrą­ciła Monika. - Straż­nicy Rewo­lu­cji.

- Roz­po­czę­li­śmy wów­czas ope­ra­cję spe­cjalną "Mer­kury", którą reali­zo­wał pra­wie cały nasz Wydział. Mie­li­śmy infor­ma­cję, że Irań­czycy mają ukryte cen­trum wzbo­ga­ca­nia uranu w pod­ziem­nym tunelu zaka­mu­flo­wa­nym jako bocz­nica tehe­rań­skiego metra. Odna­le­zie­nie Pralni, bo tak to nazy­wa­li­śmy, nie było łatwe, ale pomógł nam przy­pa­dek, czyli bia­ło­ru­ski puł­kow­nik Żukow­ski, ale to teraz nie­ważne. Naj­trud­niej­sze zada­nie miał do wyko­na­nia Mały. To on wszedł do tunelu i wypu­ścił drony z ula.

- Eee... - ode­zwał się Witek. - Ale nie wyszedł­bym z niego, gdyby nie Lutek! - Poło­żył drobną dłoń na sze­ro­kich ple­cach męż­czy­zny w sze­tlandz­kim gol­fie.

- Tak, to Witek był auto­rem tego suk­cesu - potwier­dził Kon­rad. - Nie­stety, stra­ci­li­śmy Igora i Wasię. Nie wiemy dokład­nie, co się stało. Począt­kowo przy­pusz­cza­li­śmy, że zgi­nęli w walce z irań­skimi służ­bami w miesz­ka­niu nie­ja­kiego Samada Haru­miego, gdzie się ukry­wali. Przy­naj­mniej wszystko na to wska­zy­wało...

- Igor ni­gdy by się nie pod­dał. Wie­dział, co go czeka z rąk Irań­czy­ków - dodała Sara.

- Nie­praw­do­po­dobna histo­ria - ode­zwał się Dima. - Gra­tu­luję i współ­czuję.

- No i co? - Monika w napię­ciu cze­kała na dal­szy ciąg. - Co wtedy zro­bi­li­ście?

- Lutek widział miej­sce... ten dom po walce... i cho­ciaż nie widział ciał, to byli­śmy prze­ko­nani, że Igor i Wasia musieli zgi­nąć. Tym bar­dziej że irań­skie media wkrótce podały, że w tej dziel­nicy zli­kwi­do­wano komórkę mudża­he­di­nów ludo­wych i że zabito przy tym pię­ciu ter­ro­ry­stów i szpie­gów przy­sła­nych przez Izrael. Ta infor­ma­cja, cho­ciaż skro­jona odpo­wied­nio do potrzeb tam­tej­szej pro­pa­gandy, w grun­cie rze­czy trzy­mała się prawdy i my o tym wie­dzie­li­śmy. Irań­skie służby namie­rzyły kry­jówkę w miesz­ka­niu Samada Haru­miego, ponie­waż w Tehe­ra­nie zbiegł nam wię­zień... czy może zakład­nik... puł­kow­nik Żukow­ski. Był łącz­ni­kiem mię­dzy bia­ło­ru­skim KDB i Veva­kiem w spra­wach pro­gramu jądro­wego. Otóż Żukow­ski myślał, że jeste­śmy z Mosadu, bo tak mu się przed­sta­wi­li­śmy. Wła­dze już wcze­śniej oskar­żały mudża­he­di­nów o mor­der­stwa irań­skich ato­mi­stów doko­nane na zle­ce­nie Mosadu. Ale nasz pomysł, by pod­szyć się pod Izra­el­czy­ków, zro­dził się wtedy zupeł­nie przy­pad­kowo, z potrzeby chwili. Tak czy ina­czej wszystko utwier­dzało nas w prze­ko­naniu, że Igor i Wasia oraz Samad Harumi, któ­rego trzy­mali jako zakład­nika, zgi­nęli. - Kon­rad prze­rwał na chwilę i dał znać Wit­kowi, żeby dopeł­nił kie­liszki. - Za Igora i Wasię! - Uniósł swój kie­li­szek i wszy­scy poszli jego śla­dem, cho­ciaż dziew­czyny piły piwo. - Od tego czasu zawsze to robimy.

Wypili.

- Wszystko się zmie­niło - cią­gnął Kon­rad - kiedy dowie­dzia­łem się od Hasana Mar­dana, ofi­cera szwedz­kiego wywiadu, że w tym samym obo­zie, w któ­rym on był wię­ziony, prze­bywa dwóch Bia­ło­ru­si­nów. Ni­gdy ich nie widział. To był tylko strzę­pek infor­ma­cji, ale prze­ło­mowy. Roz­po­czą­łem poszu­ki­wa­nia. Pro­blem w tym, że zbie­gło się to z roz­wią­za­niem Wydziału Q i naszym odej­ściem ze służby. Mój dostęp do infor­ma­cji czy zaprzy­jaź­nio­nych służb był w naj­lep­szym przy­padku ogra­ni­czony. Musia­łem pole­gać na pry­wat­nych kon­tak­tach. Pomógł mi tro­chę Geo­rge Gor­don, przy­ja­ciel z MI6, który od początku był przy tej ope­ra­cji. Nie­stety, nie usta­lił nic w spra­wie Igora i Wasi, ale dowie­dział się, że Samad, syn gene­rała Haru­miego, prze­żył strze­la­ninę i był wię­ziony przez mudża­he­di­nów jako zakład­nik. Irań­czycy mieli go odbić w cięż­kim sta­nie, pobi­tego i zwią­za­nego.

- Nie bar­dzo rozu­miem, kim był ten Samad Harumi dla Igora i Wasi. - Dima nie krył, że jest nieco zdez­o­rien­to­wany.

- Firmę przy­kry­ciową zało­ży­li­śmy przez pod­sta­wio­nego kazach­skiego biz­nes­mena. Pomo­gli nam w tym Anglicy. Ale w Ira­nie, jak wia­domo, nie da się zro­bić żad­nych solid­nych inte­re­sów, to zna­czy dotrzeć do odpo­wied­nich osób, jeżeli nie ma się miej­sco­wego part­nera. A trudno o lep­szego part­nera niż Straż­nicy Rewo­lu­cji, któ­rzy kon­tro­lują naj­waż­niej­sze biz­nesy. Samad był jed­nym z chyba pię­ciu, ale na pewno naj­bar­dziej uko­cha­nym synem gene­rała Ahmada Haru­miego, dowódcy Al-Kuds albo Sił Ghods. Młody, roz­pusz­czony i bogaty dan­dys tehe­rań­ski, ide­alny part­ner dla naszej firmy.

- Powiedz o NATO - wtrą­ciła się Sara. - To bar­dzo ważne.

- Otóż Samad nie był wła­ści­wie zakład­ni­kiem, a przy­naj­mniej nie dawał po sobie poznać, że jest prze­ciwko nam. Wyka­zy­wał nawet skłon­ność do współ­pracy. Powie­dzia­łem mu, że jeste­śmy oddzia­łem wywia­dow­czym NATO, który ma na celu powstrzy­ma­nie kon­fliktu zbroj­nego z Ira­nem, ale ani słowa, że jeste­śmy z Mosadu. Myślę, że Igor zain­sce­ni­zo­wał porwa­nie Samada, by odsu­nąć od niego podej­rze­nia i tym samym potwier­dzić infor­ma­cje od Żukow­skiego o udziale izra­el­skiego wywiadu. Ale to są tylko moje spe­ku­la­cje. Kole­dzy z Mosadu, któ­rych o to pyta­łem, nic nie odpo­wie­dzieli, bo pew­nie nie byli zado­wo­leni z naszej misty­fi­ka­cji pod ich szyl­dem. Pyta­łem w Lan­gley, i też nic. Zresztą według infor­ma­cji Hasana Mar­dana Irań­czycy prze­trzy­my­wali także Ame­ry­ka­nina i Fran­cuza. Ani jedni, ani dru­dzy nie potwier­dzili, by im ktoś zagi­nął. Może wie­dzieli, ale woleli tej wie­dzy nie ujaw­niać. Pró­bo­wa­łem wszę­dzie, gdzie tylko mogłem. Bez rezul­tatu.

- Ale jak to się stało, że wypu­ścili tego Hasana? Czy dobrze zro­zu­mia­łem, że był on ofi­ce­rem szwedz­kiego wywiadu? - zapy­tał zdzi­wiony Dima. - Wypu­ścili taki kąsek? Aż trudno uwie­rzyć...

- Aku­rat Hasana i Antona, dru­giego Szweda, naukowca, któ­rego też wypu­ścili, mia­łem oka­zję poznać. Rze­czy­wi­ście, chwi­lami wręcz trudno w to uwie­rzyć, ale jed­nak... Doko­nała tego w poje­dynkę dziew­czyna Hasana, Har­riet Ber­ghen, też ofi­cer FRA, szwedz­kiego NSA. Po pro­stu poje­chała do Tehe­ranu, spo­tkała się z gene­ra­łem Haru­mim i wycią­gnęła obu z wię­zie­nia.

- Jakim cudem? - włą­czyła się zasko­czona Monika. - Po pro­stu nie wie­rzę! To jakaś bajka!

- Roz­ma­wia­łam z Har­riet - ode­zwała się Sara. - Znam ją. Nie wiemy, jak tego doko­nała. Wciąż twardo odma­wia ujaw­nie­nia szcze­gó­łów, ale to po pro­stu fakt. Twier­dzi, że posta­wiła Haru­miego przed wybo­rem i wybrał wypusz­cze­nie więź­niów. Nic wię­cej nie wiemy.

Monika i Dima popa­trzyli na sie­bie z nie­do­wie­rza­niem. Nie mieli żad­nego doświad­cze­nia ani z Ira­nem, ani ze Szwe­cją, ale ta opo­wieść, cho­ciaż począt­kowo miała swoją logikę, to jed­nak pod koniec sta­wała się cał­kiem nie­praw­do­po­dobna. Woleli jed­nak tego nie drą­żyć. Nowe pyta­nia i komen­ta­rze sta­wia­łyby Kon­rada i Sarę w nie­zręcz­nej sytu­acji, bo widać było, że sami nie znają odpo­wie­dzi. Musieli też zosta­wić sobie czas na zro­zu­mie­nie tej histo­rii, mimo wszystko jed­nak czuli, że tacy zawo­dowcy jak Wydział Q nie mogą się mylić i nie mają żad­nego powodu, by nimi mani­pu­lo­wać. Musiało być jakieś dru­gie dno.

- No dobrze, to może Har­riet wycią­gnę­łaby też naszych? Albo cho­ciaż powie­działa, jak to zro­bić - ode­zwała się w końcu Monika.

- Pró­bo­wa­li­śmy - odparł Kon­rad. - To nie wcho­dzi w grę. Gdyby mogła, na pewno nie odmó­wi­łaby pomocy.

- W takim razie jaka jest teraz sytu­acja? Co z Igo­rem i Wasią? - dopy­ty­wała się Monika. - Minęło chyba sporo czasu. Na co liczysz, Kon­rad?

- No wła­śnie! - rzu­ciła Sara. - Kon­rad niczym innym się nie zaj­muje. Ja też się z tym nie pogo­dzi­łam, ale stra­ci­łam nadzieję. To taki dziwny stan, ale musia­łam coś wybrać, skoro mam się zająć wycho­wa­niem dziecka. Ile można łykać anty­de­pre­santy! - Spoj­rzała groź­nie na Kon­rada i wszy­scy zamil­kli.

Monika też prze­cho­dziła trudny okres i nie obyło się bez pomocy far­ma­ko­lo­gicz­nej, ale to wła­śnie róż­niło je od męż­czyzn, że potra­fiły twardo sta­wić czoło wyzwa­niu, jakim były ich wła­sne emo­cje. Potra­fiły nazwać sprawy takimi, jakie są, nawet jeżeli robiły to w ciszy i przez łzy.

Kon­rad i Dima zawsze dusili w sobie swoje pro­blemy. Twier­dzili, że są wierni zasa­dom, szcze­gól­nie kiedy uwa­żali, że są trak­to­wani nie­spra­wie­dli­wie, i obaj nie potra­fili przy­znać się do porażki. Dla­tego mimo wąt­pli­wo­ści rozu­mieli się bez słów.

- Nie dzi­wię ci się, Kon­rad. - Dima odsta­wił kie­li­szek. - Też bym ich szu­kał. Tego nie da się odło­żyć na póź­niej.

- No wła­śnie! - potwier­dził Kon­rad. - Kto zna Iran, ich zasady, poli­tykę, a raczej tak­tykę... ten wie, co to jest taarof! Zapo­mnie­li­ście?

- Nie, nie zapo­mnie­li­śmy - ode­zwała się Sara.

- No wła­śnie! - powtó­rzył, uno­sząc brwi. - Per­ska sztuka kon­we­nansu ma zasto­so­wa­nie w poli­tyce i na woj­nie, a więc i w szpie­go­stwie. Sam was tego uczy­łem. - Poto­czył wzro­kiem po zebra­nych, jakby szu­kał potwier­dze­nia. - Pamię­ta­cie?

- Pamię­tamy, Kon­rad, pamię­tamy - znów ode­zwała się tro­chę zanie­po­ko­jona Sara. - Roz­ma­wia­li­śmy już o tym tyle razy i nic się nie zmie­niło...

- Ale Monika i Dima o tym nie wie­dzą - prze­rwał jej Kon­rad. - To ważne, roz­ja­śni im...

- Okej. - Sara ski­nęła głową, ale na jej twa­rzy poja­wił się deli­katny gry­mas zaże­no­wa­nia.

Butelka fin­lan­dii została opróż­niona i zni­kło piwo, a jed­nak atmos­fera przy stole nie była dobra, coś zawi­sło w powie­trzu. Monika miała wra­że­nie, jakby człon­ków daw­nego Wydziału Q ogar­nęło zakło­po­ta­nie, bo wła­śnie Sara ujaw­niła jego wsty­dliwą tajem­nicę. Kon­rad rze­czy­wi­ście spra­wiał wra­że­nie opę­ta­nego, a Dima jakby niczego nie widział i jesz­cze go w tym utwier­dzał.

- Taarof to sztuka pozo­rów, pamię­ta­cie... Igor i Wasia nie zgi­nęli, bo już wtedy media by to wyko­rzy­stały. Cicha śmierć dwóch pol­skich, zachod­nich szpie­gów bez odpo­wied­niej oprawy nie ma sensu. Oni na swoją śmierć muszą zapra­co­wać, bo zabi­ja­nie dla przy­jem­no­ści jest bez­sen­sowne. Wtedy, w tam­tym miesz­ka­niu, chłopcy zostali tylko ranni, więc ich medialna śmierć była wła­śnie pozorna i miała ukryć prawdę. W Ira­nie praw­dziwą war­tość mają żywi, bo jesz­cze mogą zgi­nąć dla sprawy. Krótko mówiąc, jeżeli nie zoba­czę ich egze­ku­cji, nie uwie­rzę, że nie żyją. Kropka!

- Tak, tak... - wes­tchnęła Sara, jakby sły­szała to już wie­lo­krot­nie.

- Dima... jesteś doświad­czo­nym szpie­giem. No powiedz, nie mam racji? - Kon­rad rozej­rzał się nieco męt­nym wzro­kiem, ale przy­glą­dał mu się tylko Dima.

- No... Nie znam Iranu ani tej kul­tury, ale to brzmi logicz­nie, więc nie będę się mądrzył. Ale do czego wła­ści­wie zmie­rzamy, bo nie bar­dzo cię rozu­miem.

- Nooo... - zaczął Kon­rad z lekką emfazą. - Wpraw­dzie minęły pra­wie trzy lata, a my jeste­śmy tylko oso­bami pry­wat­nymi, ale może tak spró­bo­wa­li­by­śmy połą­czyć siły i się dowie­dzieć, co się stało z chło­pa­kami. Może jesz­cze żyją. Sytu­acja wokół Iranu jest napięta, wszyst­kie służby pra­cują na naj­wyż­szych obro­tach, więc może byśmy się gdzieś przy­le­pili, wkrę­cili, poma­cali... Bo czuję, że oni ich tam trzy­mają na taką oka­zję. Co wy na to? - zwró­cił się do Moniki i Dimy. - Zasta­nówmy się, co możemy zro­bić.

- Daj spo­kój, Kon­rad - prze­rwała mu Sara i zaraz spu­ściła z tonu. - Chodźmy już może...

- Ja jestem za - odparł zde­cy­do­wa­nie Dima, a Sara i Monika wymie­niły spoj­rze­nia. - Mam jakieś kon­takty w Rosji, więc mogę coś... - Od razu pomy­ślał, że mógłby poroz­ma­wiać z Tamarą.

- Świet­nie! - ucie­szył się Kon­rad. - Rosja to wła­ściwy kie­ru­nek, żeby wejść do Iranu, no i przy­da­łoby się z dru­giej strony, przez Tel Awiw. - Rozej­rzał się, wyraź­nie zado­wo­lony. - To co? Zakła­damy grupę zada­niową? - Uśmiech­nął się.

- Ja w to wcho­dzę - ode­zwał się Lutek.

Sara ze zdzi­wie­nia otwo­rzyła usta, bo do tej pory nie­mal mil­czał.

- To my też - dołą­czyła się nie­spo­dzie­wa­nie Ela.

- My musimy naj­pierw poroz­ma­wiać z Roma­nem - rzu­ciła Monika i spoj­rzała pyta­jąco na Dimę. - Wiesz, nie możemy tak sami, a on jest teraz za gra­nicą, więc...

- Roman o wszyst­kim wie - wszedł jej w słowo Kon­rad. - Roz­ma­wia­łem z nim o tym i mnie poparł, ale za was nie chciał decy­do­wać.

Monika i Dima byli szcze­rze zasko­czeni, ale nie tak jak Sara. Ona była wście­kła.

- To co? - Kon­rad wycią­gnął rękę. - Pry­watna grupa zada­niowa kryp­to­nim...?

Wszy­scy podali mu rękę oprócz Sary.

- Kurwa, Kon­rad! - Pode­rwała się z ławki. - Czy ty zda­jesz sobie sprawę, co robisz? Nie mie­szaj ludziom w gło­wach. Jesteś pijany! Mają swoje pro­blemy, a ty im wyjeż­dżasz z... Czło­wieku! Igor i Wasia nie żyją. Daj im spo­kój! - Spoj­rzała po twa­rzach zebra­nych. - Czy wy wie­cie, co chce­cie zro­bić? Monikę i Dimę mogę zro­zu­mieć, bo oni tego nie wie­dzą, ale wy? - zwró­ciła się do Eli, Witka i Lutka. - Tego się po was nie spo­dzie­wa­łam. Nie jeste­ście już w służ­bie, napy­ta­cie nie­szczę­ścia sobie i kra­jowi.

Chwy­ciła kurtkę i ruszyła do wyj­ścia.

11

Wrzo­dowcy zwy­kle mają bóle wio­sną i jesie­nią. W tym roku jed­nak Arsen Fie­do­tow już w poło­wie wrze­śnia dostał sil­nych skur­czy i ostrych ude­rzeń, i to w dwóch miej­scach naraz, w gór­nej czę­ści żołądka i pod wątrobą w oko­li­cach dwu­nast­nicy. To było dziwne, bo do tej pory zawsze bolało go w jed­nym, albo dru­gim miej­scu, ale ni­gdy w obu jed­no­cze­śnie.

Dotąd leczył się, korzy­sta­jąc z inter­netu. Nie dla­tego, że nie ufał leka­rzom - bo naukę uwa­żał za reli­gię - ale z powodu braku czasu. W Pol­sce wciąż działo się coś waż­nego, a on nie mógł pozwo­lić, by ktoś zepsuł jego plan ofen­sywy. Wie­dział, że coś mu sie­dzi w środku, ale oba­wiał się, że leka­rze położą go do szpi­tala i poin­for­mują o tym gene­rała Tuszyń­skiego, który tylko czeka na oka­zję, żeby go usu­nąć.

Stan zdro­wia puł­kow­nika byłby jedy­nym i ide­al­nym, bo obiek­tyw­nym pre­tek­stem do pozby­cia się ulu­bieńca pre­zy­denta. Dla­tego Arsen Fie­do­tow leczył się swo­imi meto­dami, głów­nie za pomocą ziół i środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych, i ni­gdy nie poka­zy­wał po sobie, że cierpi.

Cza­sami było lepiej, cza­sami gorzej, ale ostat­nio coraz czę­ściej było gorzej. Szcze­gól­nie w nocy, gdy leżał na lewym boku. W końcu przy­szła pierw­sza desz­czowa paź­dzier­ni­kowa noc. Było już po wybo­rach w Pol­sce, które kosz­to­wały go mnó­stwo ner­wów. Odży­wiał się byle czym albo w ogóle godzi­nami nic nie jadł, pił za to mnó­stwo her­ba­cia­nego ługu. Wie­dział, że orga­nizm się upo­mni, a on zapłaci za te wybory wysoki rachu­nek. Ale opła­ciło się, dostał nagrodę pań­stwową pierw­szego stop­nia.

Tej desz­czo­wej paź­dzier­ni­ko­wej nocy raz po raz wymio­to­wał, a potem leżał kilka godzin skrę­cony jak prze­go­to­wana kre­wetka. W końcu ból zro­bił się tak nie­zno­śny, że Fie­do­tow musiał wezwać pry­watne pogo­to­wie. Karetka przy­je­chała w ciągu dzie­się­ciu minut. Na widok leka­rza poczuł się nagle lepiej i gdy ten naci­skał mu brzuch, uda­wał, że ból jest mniej­szy. Mimo to lekarz, podej­rze­wa­jąc per­fo­ra­cję dwu­nast­nicy, zale­cił natych­mia­stowy wyjazd do szpi­tala. Arsen jed­nak się wykrę­cił, wymu­sił zastrzyk prze­ciw­bó­lowy, dostał receptę i obie­cał, że wkrótce uda się na bada­nia. Lekarz mach­nął ręką, przy­jął zapłatę kartą kre­dy­tową i odje­chał.

Po zastrzyku ból rze­czy­wi­ście ustą­pił i Fie­do­tow przed zaśnię­ciem obie­cał sobie, że wię­cej nie będzie jadł wie­czo­rem bigosu i popi­jał go jägermeistrem, a przy­naj­mniej nie w takich ilo­ściach. Lekarz pytał go, co zjadł, ale i tak nie zro­zu­miałby, co to bigos, więc puł­kow­nik powie­dział, że kar­to­fle ze sło­niną.

Dzień wcze­śniej dostał prze­syłkę z War­szawy i nie mógł się powstrzy­mać, by nie spró­bo­wać. Uwiel­biał bigos, bo był on filo­zo­ficzną, histo­ryczną i poli­tyczną kwin­te­sen­cją pol­sko­ści, a do tego sma­ko­wał wyśmie­ni­cie. Fie­do­tow uznał, że to nie bigos i nie­miecki alko­hol mu zaszko­dziły, tylko jego zachłan­ność i paź­dzier­ni­kowa aura. Mimo to, zanim zasnął, obie­cał sobie rady­kalną zmianę diety.

Na szczę­ście następ­nego dnia była sobota, więc dzięki środ­kom prze­ciw­bó­lo­wym mógł pospać dłu­żej. Wstał o dzie­wią­tej i pod­szedł do okna. Z dzie­sią­tego pię­tra jego bloku w Mitino zwy­kle roz­po­ście­rał się piękny widok na wschod­nią Moskwę. Ale tym razem obraz prze­sła­niała ściana desz­czu i sza­rzy­zny.

Posta­no­wił nie włą­czać tele­wi­zora, zła­mać swój święty rytuał i spę­dzić dzień bez wia­do­mo­ści z Pol­ski. Dobrze wie­dział, że wyda­rze­nia ostat­nich mie­sięcy przy­czy­niły się do zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia jego wrzo­do­wych bólów, więc posta­no­wił o sie­bie zadbać.

Poszedł do łazienki. Nie bez trudu opróż­nił pęcherz i sta­nął przed lustrem. Przez chwilę trudno było mu uwie­rzyć, że widzi swoje odbi­cie. Spo­glą­dał na niego stary, znisz­czony czło­wiek o zie­mi­stej cerze i zapad­nię­tych oczach. Bruzdy na policz­kach i czole pogłę­biły się, doda­jąc dra­ma­ty­zmu chu­dej nie­ogo­lo­nej twa­rzy. Wysta­wił język, jak kazał mu w nocy lekarz, i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że jest fio­le­to­wo­biały.

- Facet nie ma nawet sześć­dzie­siątki - powie­dział męż­czy­zna w lustrze.

Fie­do­tow poczuł się jesz­cze gorzej. Czas coś z tym zro­bić - pomy­ślał i głę­boko wes­tchnął.

Pod­jął ważną, dra­ma­tyczną decy­zję, która mogła zmie­nić całe jego postrze­ga­nie świata. Nie był gotowy na umie­ra­nie i musiał tę oko­licz­ność wykre­ślić ze swo­jego życia. Uznał więc, że trzeba się porząd­nie prze­ba­dać, w końcu ofen­sywa na Pol­skę wciąż trwała i w całym GRU nie było nikogo, kto mógłby go zastą­pić. Tym bar­dziej że gene­rał Tuszyń­ski miał już upa­trzo­nego następcę, który tylko cze­kał, aż zwolni się miej­sce po Fie­do­to­wie.

Wło­żył szla­frok i zasiadł do kom­pu­tera. Od razu zna­lazł w inter­ne­cie pry­watną kli­nikę w Nie­kra­sowce, czyli na dru­gim końcu Moskwy. Mimo tech­nicz­nej trud­no­ści zwią­za­nej z prze­jaz­dem przez całe mia­sto Fie­do­tow uznał, że kon­spi­ra­cja jest waż­niej­sza i nie można pozwo­lić, żeby ktoś go przy­pad­kiem zoba­czył. Dla­tego posta­no­wił wziąć urlop na kilka dni, bo - jak wyczy­tał - bada­nia miały być skom­pli­ko­wane. Od razu zadzwo­nił i zamó­wił na ponie­dzia­łek wizytę u gastro­loga, aka­de­mika Sier­gieja Andrie­je­wi­cza Wier­nika.

Przez całą sobotę i nie­dzielę sta­rał się trzy­mać dietę. Pił her­batę i zjadł wszyst­kie sucharki z kmin­kiem. Nie włą­czył tele­wi­zora ani kom­pu­tera, słu­chał disco polo i po raz trzeci zaczął czy­tać Lalkę Bole­sława Prusa. Żad­nej postaci lite­rac­kiej nie kochał bar­dziej niż Rzec­kiego. Czuł do niego praw­dziwą bra­ter­ską miłość, przede wszyst­kim za wier­ność zasa­dom i ide­ałom. Ale naj­bliż­sza była mu wzru­sza­jąca samot­ność sta­rego żoł­nie­rza i jego szczera miłość do Sta­cha Wokul­skiego. Z kolei żadna kobieta nie odpy­chała go tak jak Iza­bela Łęcka. Miała coś z Nasta­sji, która porzu­ciła go pięć lat temu, zabie­ra­jąc syna Gri­szę i wszyst­kie oszczęd­no­ści.

W nie­dzielę rano poczuł się już na tyle dobrze, że poje­chał na spa­cer po Kitaj­go­ro­dzie. Przez chwilę zasta­na­wiał się nawet, czy nie odwo­łać wizyty i o wszyst­kim zapo­mnieć. Posta­no­wił jed­nak trzy­mać się raz pod­ję­tej decy­zji i jechać do kli­niki, bo uznał, że dru­giego takiego ataku jak ten z poprzed­niej nocy chyba nie prze­żyje. Poza tym nie mógł dopu­ścić, by jakiś gów­niarz pro­sto po aka­de­mii, tylko dla­tego, że jest spo­krew­niony z gene­ra­łem i ukoń­czył polo­ni­stykę, prze­jął dzieło jego życia - zespół Bagra­tion w Depar­ta­men­cie Inspi­ra­cji i Dez­in­for­ma­cji GRU. Wpraw­dzie wyzwa­la­nie Pol­ski wciąż jesz­cze trwało, ale po ostat­nich wybo­rach zwy­cię­stwo było bli­ziutko. Fie­do­tow nie zamie­rzał pozwo­lić, by ostatni mel­du­nek - w dień pobiedy - zło­żył pre­zy­den­towi ktoś inny.

W ponie­dzia­łek o dzie­wią­tej sta­wił się w gabi­ne­cie dok­tora Wier­nika, który roz­po­czął od pro­stego wywiadu, po czym pod­dał pacjenta bada­niom. Szybko jed­nak uznał, że są one nie­wy­star­cza­jące i że Fie­do­tow musi spę­dzić parę dni w szpi­talu w celu zro­bie­nia dokład­niej­szych.

Dwa dni to chyba mogę - pomy­ślał puł­kow­nik, wra­ca­jąc metrem do domu.

Otrzy­mał bro­szurkę, jak ma się przy­go­to­wać do badań gastro­lo­gicz­nych i co zabrać ze sobą do szpi­tala. Zasta­na­wiał się tylko, czy powi­nien mieć ze sobą tele­fon. Depar­ta­ment Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego GRU pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach i każdy mógł się stać przed­mio­tem jego zain­te­re­so­wa­nia.

Gdyby gene­rał Tuszyń­ski zorien­to­wał się, że Fie­do­tow w cza­sie urlopu odwie­dza pry­watną kli­nikę, miałby uza­sad­nione podej­rze­nia, że puł­kow­nik coś przed nim ukrywa, i dobry pre­tekst do usu­nię­cia go ze sta­no­wi­ska. Tak czy ina­czej brak łącz­no­ści w tym cza­sie byłby bar­dziej podej­rzany - pomy­ślał Fie­do­tow. Wystar­czy­łyby trzy nie­ode­brane połą­cze­nia, by w miej­scu ostat­niego logo­wa­nia zja­wił się dyżurny patrol. Dla­tego posta­no­wił nie ryzy­ko­wać bar­dziej, niż trzeba, i zabrać ze sobą tele­fon.

W środę rano wygło­dzony i prze­czysz­czony Fie­do­tow sta­wił się w kli­nice dok­tora Wier­nika. Po raz pierw­szy w życiu nic nie jadł przez dwa dni, pijąc jedy­nie jakąś wstrętną mik­sturę i prze­sia­du­jąc na sede­sie. To były jedne z naj­trud­niej­szych chwil w jego życiu.

W kli­nice prze­jęła go młoda i bar­dzo atrak­cyjna pie­lę­gniarka, więc zdy­scy­pli­no­wany Fie­do­tow dokład­nie i szybko wyko­ny­wał jej pole­ce­nia.

W pią­tek rano, po zakoń­cze­niu cyklu róż­no­rod­nych badań, do jego pokoju przy­szedł dok­tor Wier­nik, przy­siadł na brzegu łóżka i oświad­czył, że ma poważne podej­rze­nia co do stanu zdro­wia pacjenta. Pobrał próbki do badań histo­pa­to­lo­gicz­nych i pokle­pu­jąc Fie­do­towa po dłoni, oświad­czył, że za dwa tygo­dnie, kiedy przyjdą wyniki, natych­miast do niego zadzwoni. Wycho­dząc, pokle­pał go jesz­cze po ramie­niu, z zadumą poki­wał głową i zro­bił minę, jakby już znał wyniki badań.

Arsen Fie­do­tow wró­cił metrem do Mitino. Po raz pierw­szy, odkąd porzu­ciła go Nasta­sja, zaga­pił się i prze­je­chał jedną sta­cję. Wszedł do miesz­ka­nia, a wła­ści­wie lokalu służ­bo­wego, i od razu, bez zapa­la­nia świa­tła, poło­żył się na kana­pie. Mimo że w kli­nice zjadł tylko śnia­da­nie, nie czuł żad­nego głodu. W ogóle nie czuł żołądka.

Dwa tygo­dnie - dźwię­czała mu w uszach obiet­nica dok­tora i cały czas się zasta­na­wiał, jak się czują nie­winni ludzie oskar­żeni o zabój­stwo, któ­rzy cze­kają na wyrok. Czy też kładą się w ciem­nym pokoju na kana­pie i patrzą w sufit?

Miał ochotę zamknąć oczy i otwo­rzyć je dopiero za dwa tygo­dnie. Nagle wszystko zro­biło się takie obo­jętne, bez zna­cze­nia, nie­cie­kawe, nudne. Wszystko, czego w życiu doko­nał - takie bez­sen­sowne. Gene­rał Tuszyń­ski, a nawet pre­zy­dent - tacy nie­po­ważni, mali i śmieszni jak dzie­cięce zabawki. Zaczy­nał odla­ty­wać. Myśli prze­py­chały mu się w gło­wie bez żad­nego porządku i sensu, czy­niąc coraz więk­szy bała­gan. Nagle poczuł tępy ból w klatce pier­sio­wej i w oczach zakrę­ciły mu się łzy. Ból zaraz prze­szedł, ale Fie­do­tow pomy­ślał, że jeżeli nawali mu jesz­cze serce, to on już chyba tego nie prze­żyje.

A jak się okaże, że w tym żołądku nic nie ma, a przy­naj­mniej nic poważ­nego? Będziesz się, Arsen, wsty­dził przed samym sobą za takie zastra­chane myśli. Gdzie twoja duma, hart ducha, nie­złom­ność? - powta­rzał w myśli, pró­bu­jąc gasić nie­po­kój.

W końcu pode­rwał się z kanapy i usiadł na brzegu. Odcze­kał chwilę, wstał, zapa­lił świa­tło i poszedł do kuchni. Zupeł­nie zapo­mniał, że w lodówce ma kar­to­flankę, którą zro­bił tydzień wcze­śniej. Uchy­lił pokrywkę garnka, ostroż­nie pową­chał i uznał, że już ski­sła, więc wylał ją do sedesu. Zaj­rzał do pojem­nika na chleb. Zna­lazł czer­stwą bułkę pszenną. Z lodówki wyjął kefir i usiadł w kuchni przy oknie. Spoj­rzał na kalen­darz z ural­skimi wido­kami i poli­czył, że do końca roku został już mniej niż kwar­tał.

Co można zro­bić w trzy mie­siące? To dużo czy mało? - zasta­na­wiał się, popi­ja­jąc chleb kefi­rem pro­sto z kar­tonu. Czas... i ja.

Ze swe­tra zebrał na dłoń okruszki bułki i już miał je strzep­nąć do zlewu, gdy zmie­nił zda­nie i wszystko wsy­pał do ust.

Nad­cho­dzi czas waż­nych decy­zji - pomy­ślał i poszedł obej­rzeć wia­do­mo­ści z Pol­ski.

Mija­jąc regał z fil­mami, poczuł nagle, że musi się przy nim zatrzy­mać. Wycią­gnął rękę i na środ­ko­wej półce, pod literą "S", odna­lazł film Krzysz­tofa Zanus­siego Spi­rala. Przez chwilę doty­kał grzbietu okładki, po czym prze­su­nął dłoń ku lite­rze "D" i wska­zał pal­cem Dzie­więć dni jed­nego roku Micha­iła Romma. Oba filmy znał na pamięć.

Nowicki czy Bata­łow? - pomy­ślał. Umie­rać po pol­sku czy po rosyj­sku, a może to wszystko jedno? Oczy­wi­ście, że wszystko jedno.

Mach­nął ręką i poszedł do salonu. Wziął pilota i włą­czył wia­do­mo­ści NTV24. Zaczy­nała się wła­śnie kon­fe­ren­cja pra­sowa pre­miera Bolec­kiego i mini­stra spraw zagra­nicz­nych Ludo­mira Baryły.

- A ten długi gdzie? - zapy­tał na głos, jakby od nie­chce­nia, Fie­do­tow. - Aaa... tu jesteś, Kaziura. - Gdy kamera prze­je­chała w prawą stronę, doj­rzał sto­ją­cego z boku wyso­kiego męż­czy­znę.

12

Dima zamó­wił tak­sówkę, bo uznał, że sta­now­czo prze­sa­dził z alko­ho­lem. Ale nie było mu z tym źle. Wprost prze­ciw­nie, od wyj­ścia z pro­ku­ra­tury miał ochotę się napić, lecz myślał raczej o szklance metaxy w samot­no­ści na swo­jej kana­pie. A teraz nawet nie poczuł dys­kom­fortu z powodu demon­stra­cyj­nego wyj­ścia Sary, które zakoń­czyło spo­tka­nie.

Tak się nie robi, a już na pewno tak nie robią szpie­dzy. To ona prze­gięła, nie Kon­rad, i to było oczy­wi­ste dla wszyst­kich. Jego pro­po­zy­cja była żar­tem, dla­tego tak chęt­nie się na nią zgo­dzili.

Dima nie znał Sary ani Kon­rada, ale poczuł, że coś mię­dzy nimi zgrzyta, a sprawa Igora i Wasi tylko wyzwo­liła jakieś pry­watne zaszło­ści. Pomy­ślał, że dobrze, że się nie oże­nił, bo gdyby teraz tak miało być mię­dzy nim a Moniką, to byłaby kata­strofa.

Szpie­dzy nie powinni się ze sobą wią­zać. To absurd i zawsze musi się źle skoń­czyć!

Spoj­rzał na Monikę, która sie­działa obok niego w tak­sówce i też wyraź­nie była pod wpły­wem alko­holu. Chyba ni­gdy jej nie widział w takim sta­nie.

- Przy­kra sprawa z tą Sarą i Kon­ra­dem, nie? - zapy­tała i przy­gry­zła dolną wargę. - Ale rozu­miem ją. Jak się ma dziecko, to... - Wstrzy­mała na moment oddech i po chwili zaczerp­nęła kilka głę­bo­kich hau­stów powie­trza. - Chyba nie sądzisz, że Kon­rad mówił to poważ­nie? Co, Dimka? Każdy ma jakieś stare sprawy, które gryzą gdzieś tam w duszy i spać nie dają. Nie? - Wyj­rzała przez okno. - To gdzie my jeste­śmy?

- Puław­ska - odparł natych­miast kie­rowca.

- Aaa... - sko­men­to­wała Monika. - A ty co tak mil­czysz?

- Myślę.

- Byleś się nie prze­mę­czył... A pan? - zwró­ciła się do kie­rowcy. - Pan też chce jechać do Iranu lać isla­mi­stów? Zdo­by­wać dla Pol­ski pola naf­towe?

- Nie rozu­miem - ode­zwał się po chwili tak­sów­karz.

- A co tu rozu­mieć? - Monika była nasta­wiona pro­wo­ku­jąco. - Lać cia­pa­tych... Nie?

- Daj spo­kój! - wtrą­cił się Dima i poło­żył dłoń na jej dłoni. - Nie było pyta­nia - rzu­cił do kie­rowcy.

- Dla­czego nie? Odpo­wiem. Cho­ciaż nie znam się na poli­tyce. Jestem prze­ciwko woj­nie, każ­dej woj­nie, a do muzuł­ma­nów nic nie mam. Bar­dziej mar­twią mnie miej­scowi sza­leńcy i oszu­ści, tacy jak ten Bolecki...

- No to graba! - Monika wycią­gnęła rękę, a kie­rowca ją uści­snął. - Niech się pan nie gniewa, ja tylko tak...

- Nie ma sprawy - odparł z uśmie­chem.

Dima musiał przy­znać, że Monika wygląda pięk­nie w srebr­nej biżu­te­rii, ład­nie uma­lo­wana i zadziorna. Zamglony wzrok doda­wał jej uroku nowo­ści. Ni­gdy dotąd tak mu się nie podo­bała jak w tej chwili. I wciąż pozwa­lała mu trzy­mać dłoń na jej dłoni.

Doje­chali pod dom na Ursy­no­wie. Prze­stało padać i noc się roz­po­go­dziła.

- Niech pan zaczeka, poje­dziemy dalej na Powi­śle. - Wysiadł z samo­chodu, obszedł go i pomógł wysiąść Monice, która ku jego zasko­cze­niu trzy­mała się bar­dzo dobrze. - Odpro­wa­dzę cię...

- Tylko sobie nic nie wyobra­żaj. - Uśmiech­nęła się i oparła na jego ramie­niu.

- Tego aku­rat mi nie zabro­nisz. Będę sobie wyobra­żał, co chcę. Możesz tylko nie zapro­sić mnie do sie­bie - powie­dział z iro­nią, bo w grun­cie rze­czy bar­dzo by chciał, żeby go zapro­siła. - Dobrze myślę?

Sta­nęli przed wej­ściem.

- Cią­gle myślisz i myślisz tego wie­czoru, a nikt nie wie o czym. Co ty ukry­wasz, Dimka? Prze­cież widzę, że coś ukry­wasz. - Miała lekko przy­mru­żone oczy i pogodny uśmiech. - Ja cię roz­pra­cuję, kolego, ale już nie dzi­siaj.

Przy­cią­gnęła go bli­żej i poca­ło­wała w usta, a Dima objął ją i przy­tu­lił. Stali tak przez kilka sekund, aż coś, co z początku było led­wie doty­kiem ust, prze­mie­niło się w namiętny poca­łu­nek. Przy­warli do sie­bie całym cia­łem. Nie zda­rzyło im się to ni­gdy wcze­śniej. W ich związku, nazna­czo­nym cią­głymi emo­cjami i uczu­ciem, o któ­rym ni­gdy nie roz­ma­wiali, taka chwila nade­szła dopiero teraz, kiedy zakoń­czył się naj­waż­niej­szy etap w ich życiu, już razem nie pra­co­wali i tro­chę za dużo wypili.

- Jak jakieś dzie­ciaki - wyszep­tała Monika. - Czuć ode mnie...

- Jak dzie­ciaki? - zapy­tał Dima, a Monika wtu­liła twarz w jego ramię. - Ład­nie powie­dziane. Czuję naj­wspa­nial­szą kobietę, jaką...

- Stop... stop.... też ład­nie powie­dziane, ale ja wiem, jak jest. - Poca­ło­wała go jesz­cze raz w usta. - Idź już! Tak­sówka czeka. Dalej dojdę sama.

Dima doje­chał na Powi­śle i nawet się nie zorien­to­wał, kiedy tak­sów­karz zapa­lił świa­tło i oświad­czył: czter­dzie­ści osiem zło­tych. Dopiero gdy to powtó­rzył, Dima chwy­cił za port­fel. Odmó­wił przy­ję­cia reszty i wysiadł.

Sta­nął przed bramą swo­jego domu, pró­bu­jąc upo­rząd­ko­wać męczącą goni­twę myśli napę­dzaną alko­ho­lo­wymi opa­rami. Miał ochotę jesz­cze się przejść, tro­chę prze­wie­trzyć. Tyle waż­nych rze­czy wyda­rzyło się tego dnia, ale wszystko tłu­mił zapach per­fum Moniki.

Sporo mia­łem w życiu trud­nych chwil - pomy­ślał Dima - więc dla­czego aku­rat ten dzień tak mnie dotknął? Bo Monika? Bo nie zadzwo­ni­łem do tych pie­przo­nych Zło­tych Brzóz? Bo zoba­czy­łem, jak się publicz­nie żre para sta­rych szpie­gów? Bo zaba­wi­łem się w pry­watne szpie­go­stwo z legendą wywiadu? Bo nie poroz­ma­wia­łem ze Sto­krotką? Bo kuzynka z Mosadu wiesz­czy jakąś kata­strofę? Bo chcą wykoń­czyć Romana? Jesz­cze tylko bra­kuje, żeby zadzwo­niła Wiera... Ogon!

Nagle sobie przy­po­mniał, że miał dzi­siaj obser­wa­cję w cen­trum han­dlo­wym i pubie. Rozej­rzał się po pustej ulicy.

- Gdzie jeste­ście, pano­wie?! - krzyk­nął na całe gar­dło. - Zapra­szam na kie­li­szek do sie­bie! - ponio­sło się po pustej ulicy. - Kurwa, tyle gówna w ciągu jed­nego pier­do­lo­nego dnia. Tylko ta Monika... Jed­nak jest kochana - powie­dział na głos i zaczął szu­kać klu­czy do domu. - Chyba ostatni raz tak się nagrzmo­ci­łem, kiedy wra­ca­łem z Rosji. Jak to jest, że jak się ich szuka, to zawsze są w ostat­niej kie­szeni...

Miesz­kał na dru­gim pię­trze, ale winda była zepsuta od dwóch dni, więc ruszył po scho­dach. Doszedł na pierw­sze pół­pię­tro, gdy usły­szał trza­śnię­cie drzwi i ruch na klatce scho­do­wej. Po chwili szyb­kim kro­kiem zeszli trzej męż­czyźni. Minęli go w mil­cze­niu i zni­kli na dole. Ni­gdy ich wcze­śniej nie widział.

Przy­spie­szył kroku. Dobrze prze­czu­wał: drzwi do jego miesz­ka­nia były uchy­lone. Pchnął je deli­kat­nie, wsu­nął rękę i naci­snął włącz­nik, ale świa­tło się nie zapa­liło.

Wyłą­czyli prąd, żeby nie dzia­łało wi-fi - pomy­ślał. Bali się ukry­tej kamery.

Poświe­cił sobie tele­fo­nem i włą­czył prąd. Dopiero teraz zoba­czył, że pro­gram moni­to­ru­jący miesz­ka­nie wysłał mu ostrze­że­nie. Dima miał zain­sta­lo­wany sys­tem bez­pie­czeń­stwa nie­za­leżny od wewnętrz­nego wi-fi, więc na smart­fo­nie utrwa­liło się całe nagra­nie.

Rozej­rzał się po miesz­ka­niu. Jakby prze­szła trąba powietrzna albo trzę­sie­nie ziemi. Nawet go to nie zasko­czyło. Przed­sta­wie­nie? - pomy­ślał.

- Oczy­wi­ście, że to show pana Weso­łow­skiego i pro­ku­ra­tora Far­bia­rza - powie­dział na głos. - Kto to teraz, kurwa, posprząta? Dzię­kuję kole­gom z obser­wa­cji za pro­fe­sjo­nalny kipisz, ale tro­chę się wpier­do­li­li­ście, pano­wie... Co ja tak dzi­siaj prze­kli­nam?

Pod­szedł do biurka w sypialni, otwo­rzył szu­fladę i wło­żył do niej rękę. Wyczuł, że notat­nik i pakiet z jego grec­kim pasz­por­tem i dowo­dem oso­bi­stym jest na miej­scu.

Wró­cił do salonu i usiadł na fotelu. Włą­czył pro­gram moni­to­ru­jący. Po chwili na ekra­nie poja­wił się obraz: trzech męż­czyzn z latar­kami poru­szało się ner­wowo po miesz­ka­niu, wyrzu­ca­jąc ubra­nia z szafy, książki z biblio­teki i sztućce z szu­flady.

No tak... - pomy­ślał. Niczego nie nisz­czą i niczego nie szu­kają, więc albo mieli takie pole­ce­nie, albo sami tak posta­no­wili. W sumie kul­tu­ral­nie zro­bili ten roz­pier­dol. Może zadzwo­nić do Moniki? - prze­le­ciało mu przez myśl, ale spoj­rzał na zegar i zoba­czył, że minęła pół­noc. Uznał, że Monika na pewno już śpi. Ale Sto­krotka może jesz­cze nie spać, a nawet jeżeli śpi, to aku­rat teraz powinna się obu­dzić.

- Mam kilka pytań, pani naczel­nik - powie­dział, pod­no­sząc z pod­łogi książki. - Może niech ktoś przy­je­dzie z Miło­będz­kiej zro­bić porzą­dek...

Uśmiech­nął się, ale poczuł, że po raz pierw­szy, odkąd rzu­cił na biurko raport o zwol­nie­nie, zaczyna wzbie­rać w nim wście­kłość, taka praw­dziwa, i na pewno nie jest to sku­tek nad­uży­cia alko­holu. Tak przy­naj­mniej mu się wyda­wało. Odna­lazł apli­ka­cję Safe­One, którą dostał od Ger­ber. Wybrał kon­takt ozna­czony Mar i naci­snął Połącz.

Ode­brała po dłuż­szej chwili, wyraź­nie zaspana.

- Obu­dzi­łem cię? - zapy­tał oschle.

- Tak.

- To bar­dzo dobrze.

- Co? - Nie kryła zasko­cze­nia. - O czym ty mówisz?

- To ty nasła­łaś na mnie tych zło­dziei?

- O czym ty mówisz? - powtó­rzyła, coraz bar­dziej poru­szona. - Co się dzieje, Dima?

- Zaraz ci pokażę co. Pocze­kaj...

Roz­łą­czył się, zała­do­wał kil­ku­na­sto­se­kun­dowy ury­wek filmu i wysłał go Ger­ber.

- Masz? - zapy­tał, gdy zadzwo­nił ponow­nie.

- Mam.

- To patrz!

Przez chwilę trwała cisza.

Pierw­sza ode­zwała się Ger­ber.

- Co to jest? To twoje miesz­ka­nie?

- Wła­śnie, moje miesz­ka­nie...

- A ty jesteś trzeźwy, Dima?

- Nie, ale co to ma do rze­czy? Wła­śnie miną­łem tych miłych panów na scho­dach. - Prze­rwał na moment i zde­cy­do­wa­nym tonem dodał: - Ty za tym sto­isz? To na twoje... a raczej tego palanta Weso­łow­skiego zle­ce­nie? Od wyj­ścia z pro­ku­ra­tury mia­łem dzi­siaj ogon. Po chuj to robisz?

- Czyś ty osza­lał? - obru­szyła się Maria. - Rze­czy­wi­ście, chyba za dużo się napi­łeś. Agen­cja nie wysta­wiała żad­nego zle­ce­nia na cie­bie. Musia­ła­bym o tym wie­dzieć, bo tylko WBW może to zro­bić. To ktoś inny. Swoją drogą, może warto zgło­sić to na poli­cję. Będą mieli spory pro­blem, bo spar­to­lili robotę. Niech się pogim­na­sty­kują.

- Okej... pomy­ślę - odparł spo­koj­nie Dima, ale nie miał zamiaru nic zgła­szać na poli­cję, bo nie potrze­bo­wał nowego pro­blemu, potrze­bo­wał czasu i nie chciał robić na złość face­tom z obser­wa­cji, któ­rzy w końcu byli fair i uprze­dzili go, żeby zamy­kał drzwi. - Prze­pra­szam - cią­gnął. - Tak, napi­łem się i cały czas mnie dzi­siaj ponosi. Prze­pra­szam, Mary­siu. Nie powi­nie­nem...

- Nie ma sprawy. Co się dzieje... - Prze­rwała na chwilę. - Spo­tkajmy się jutro. Poga­damy...

- Nie wiem, czy dam radę. Mam sporo pil­nych rze­czy... ode­zwę się.

- To cze­kam.

- Wiesz... ci z obser­wa­cji robią tylko na pokaz, nie kryją się i dają mi sygnały. Jakby chcieli, bym wie­dział, że są po mojej stro­nie.

- Więc to pew­nie ABW, bo CBA czy woj­skowi by na to nie poszli. Dobrze! - rzu­ciła z wyraźną emfazą. - Poma­cam jutro i dam ci znać.

- Nie gnie­waj się... - zdą­żył jesz­cze powie­dzieć, ale nie był pewny, czy usły­szała.

Nie miał zamiaru robić teraz porządku w miesz­ka­niu. Sie­dział w fotelu, roz­glą­dał się po pokoju i zasta­na­wiał, co powi­nien prze­my­śleć w pierw­szej kolej­no­ści. Czuł się przy­tło­czony, zmę­czony i zdez­o­rien­to­wany. Musiał pod­jąć wiele drob­nych i waż­nych decy­zji, a nie potra­fił zna­leźć sensu i logiki w swoim postę­po­wa­niu. Jakby stra­cił zdol­ność pro­stej ana­lizy fak­tów i instynkt samo­za­cho­waw­czy, czyli to, co zawsze pozwa­lało mu wyjść z opre­sji, a nawet rato­wało życie.

Spo­dzie­wał się, że mogą wejść do miesz­ka­nia, bo prze­cież został dys­kret­nie ostrze­żony, ale mimo wszystko ode­brał to jak cios. Poni­ża­jący i bole­sny, bo wymie­rzony przez swo­ich. Musiał jed­nak wznieść się ponad to, zmo­bi­li­zo­wać w chwili kry­zysu i przejść do ataku. Tak jak kie­dyś.

Popa­trzył na sto­jący pod oknem barek, który pozo­stał nie­na­ru­szony, i nie­spo­dzie­wa­nie poczuł sym­pa­tię do trzech męż­czyzn z latar­kami. To dobry znak - pomy­ślał - zaczy­nam chyba trzeź­wieć, i to nie tylko z opa­rów alko­holu.

Przy­po­mniał mu się poca­łu­nek i Dima poczuł, jakby wciąż wdy­chał fero­mony zaklęte w per­fu­mach Moniki. Wie­dział już, że nie był to szcze­nięcy wybryk po piwie i że nie musi brać nic na otrzeź­wie­nie. Dała mu wyraźny znak, czego od niego ocze­kuje, a ona ni­gdy nie błą­dzi i nic nie robi przy­pad­kowo.

- Jest po pro­stu bystrzej­sza i muszę się z tym pogo­dzić. I jedy­nie uwa­żać, by niczego nie zepsuć - powie­dział do sie­bie.

Zanim pój­dzie spać, musi posta­no­wić, jaki wyko­nać pierw­szy krok. Rano wytrzeź­wieje, opadną emo­cje i straci ostrość widze­nia. I znów zacznie się krę­cić wokół wła­snego ogona. A decy­zja mogła być tylko jedna: olać pro­ku­ra­tora Far­bia­rza i lecieć do Aten, tam bez­piecz­nie roz­po­cząć swoją misję, zadzwo­nić do Romana, spo­tkać się z Tamarą. W końcu był tylko świad­kiem i zakaz wyjaz­dów za gra­nicę nie był decy­zją prawną, tylko pomy­słem szefa Weso­łow­skiego, który chciał go w ten spo­sób zmu­sić do współ­pracy prze­ciwko Roma­nowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2

Od chwili roz­wią­za­nia Sek­cji Dima był w dys­po­zy­cji szefa Agen­cji Wywiadu. Wie­dział, że dopóki będzie trwało śledz­two w spra­wie Romana, jego raport o zwol­nie­nie nie zosta­nie roz­pa­trzony.

Począt­kowo miesz­kał w służ­bo­wym lokalu na Kazi­mie­rzow­skiej, ale był pewny, że z chwilą odej­ścia z Agen­cji straci do niego prawo. Wpraw­dzie peł­niący obo­wiązki szefa Agen­cji puł­kow­nik Adam Wiśniew­ski pozwo­lił mu tam miesz­kać jesz­cze trzy mie­siące, ale Dima chciał się roz­li­czyć moż­li­wie naj­szyb­ciej. Pra­gnął zakoń­czyć służbę i raz na zawsze zamknąć ten roz­dział swo­jego życia. Nie był zły ani nawet roz­go­ry­czony. Tak przy­naj­mniej wma­wiał Monice. Ale ona wie­działa, że jest dokład­nie na odwrót. Nie­le­ga­łem pozo­staje się do śmierci. Nawet solidna eme­ry­tura nie jest w sta­nie tego zmie­nić.

Roz­glą­dał się inten­syw­nie za miesz­ka­niem, do któ­rego mógłby prze­wieźć swoje rze­czy, ale nic mu nie odpo­wia­dało. W końcu sprawą zajęła się Monika i zna­la­zła mu lokum na Powi­ślu, bli­sko swo­jej gale­rii.

Lutek i Witek pomo­gli w prze­pro­wadzce. Od tej pory Dima codzien­nie prze­sia­dy­wał w gale­rii i pił nie­sło­dzoną kawę pół na pół z mle­kiem. Monika szybko się zorien­to­wała, że jego zwią­zek z Kata­rzyną należy do prze­szło­ści, i nie mogła zaprze­czyć, że ją to cie­szy. Z myślą o Dimie kupiła nawet duży pro­fe­sjo­nalny wło­ski eks­pres, który zaczął też ścią­gać nowych klien­tów.

Pew­nego dnia Dima zapro­po­no­wał, że chciałby wejść z nią w spółkę i solid­nie doin­we­sto­wać gale­rię Mini­Mi­di­Max.

Zro­biłby to, gdyby tylko się zgo­dziła. Wie­działa, że on wcale nie ma do tego serca, tylko nie­udol­nie stara się dać jej wspar­cie w trud­nych chwi­lach i wypeł­nić pustkę. Tak przy­naj­mniej można było sądzić.

W rze­czy­wi­sto­ści nie miał żad­nych kon­kret­nych pla­nów na przy­szłość, tym bar­dziej że wciąż obej­mo­wał go zakaz wyjazdu za gra­nicę. Musiał się też opie­ko­wać Józe­fem, który nie zaakli­ma­ty­zo­wał się w nowym ośrodku Złote Brzozy w Kon­stan­ci­nie i cią­gle wsz­czy­nał awan­tury. Wszę­dzie widział szpie­gów, zło­dziejki, NKWD i Dima nie­ustan­nie był wzy­wany na dywa­nik do dyrek­tora.

Męczył się coraz bar­dziej i z tru­dem ukry­wał fru­stra­cję. Ale nie przed Moniką, która sama prze­szła zała­ma­nie psy­chiczne. Wie­dział, że wypadłby żało­śnie. Dużo roz­ma­wiali przy kawie. Wie­dzieli, że tak naprawdę tylko oni sami mogą pomóc sobie nawza­jem. To był rodzaj tera­pii, cho­ciaż uni­kali wspo­mnień i nie uży­wali słów nazna­czo­nych pięt­nem prze­szło­ści.

Któ­re­goś dnia Dima powie­dział, że całe życie czło­wieka składa się wyłącz­nie ze wspo­mnień, ale cza­sem trzeba zapo­mnieć. I od tej pory oboje kie­ro­wali się tą myślą, choć ni­gdy jej nie powta­rzali. Wystar­czyła im zwy­kła obec­ność i roz­mowa o broni albo sztuce. Z lek­kim opo­rem Dima dał się namó­wić na odwie­dze­nie strzel­nicy. Myślał, że w ten spo­sób pomaga Monice wyjść z depre­sji, a ona - że leczy jego fru­stra­cję. W końcu spo­strze­gli, że cho­dzą tam coraz czę­ściej i spra­wia im to zwy­kłą przy­jem­ność.

Kiedy pre­mier Bolecki wró­cił do wła­dzy, pro­ku­ra­tor Wale­rian Far­biarz bez­ce­re­mo­nial­nie zapro­po­no­wał Dimie współ­pracę w docho­dze­niu prze­ciwko puł­kow­ni­kowi Roma­nowi Leskiemu. W zamian obie­cał mu szyb­kie zwol­nie­nie ze służby, godziwą eme­ry­turę i umo­rze­nie jego wątku w spra­wie.

Dima po raz pierw­szy w życiu był celem tak pry­mi­tyw­nego wer­bunku. Par­sk­nął śmie­chem, aż opluł rumianą twarz pro­ku­ra­tora. Nie prze­pro­sił, bo nie czuł się winny, raczej spro­wo­ko­wany. Pomy­ślał tylko z roz­ba­wie­niem, że w pro­ku­ra­tu­rze powinni w cza­sie prze­słu­cha­nia poda­wać wodę, a nie kawę.

- To co mam powie­dzieć moim prze­ło­żo­nym? - Far­biarz spo­koj­nie wytarł twarz i oku­lary. Wyglą­dał jak gim­na­zja­li­sta pry­mus. - Sam pan rozu­mie, że los pana Leskiego i tak jest prze­są­dzony. Mamy już zebrane wystar­cza­jące dowody, by posta­wić mu zarzuty. Jeżeli zde­cy­duje się pan nam pomóc, być może znaj­dziemy jakieś nowe roz­wią­za­nie... mniej bole­sne dla niego.

- O losie puł­kow­nika Leskiego zade­cy­duje chyba sąd? Pyta mnie pan ofi­cjal­nie, jako pro­ku­ra­tor? Czy jako kto, bo nie bar­dzo rozu­miem... - Dima zmru­żył oczy.

- Skąd! To pro­po­zy­cja jak naj­bar­dziej nie­for­malna... no... poza pro­to­ko­łem. Kto jak kto, ale pan w swoim życiu z pew­no­ścią nie­raz sta­wał wobec takiego wyboru, a pew­nie jesz­cze czę­ściej sta­wiał innych. - Pro­ku­ra­tor uśmiech­nął się, nie­udol­nie uda­jąc iro­nię. - Aha! - Spoj­rzał do nota­tek. - Pan zaj­muje w Ate­nach miesz­ka­nie służ­bowe, prawda?

- Miesz­ka­nie jest zapi­sane na mnie i ja je kupi­łem.

- Ale to jest miesz­ka­nie służ­bowe?

- Niech pan pyta na Miło­będz­kiej, jeśli ma pan taką infor­ma­cję. Nie jestem upo­waż­niony, by z panem na ten temat roz­ma­wiać. Nie zosta­łem zwol­niony z tajem­nicy pań­stwo­wej. Pro­szę się zwró­cić do szefa AW.

- Ach, tak... - zamru­czał pod nosem pro­ku­ra­tor Wale­rian Far­biarz. - Czyli odma­wia pan współ­pracy?

- O jakiej współ­pracy pan mówi? - zapy­tał spo­koj­nie Dima. - Co łączy moje miesz­ka­nie ze sprawą puł­kow­nika Leskiego? Przy­sze­dłem tu na wezwa­nie, jako świa­dek, i nie zauwa­ży­łem, by pan coś pro­to­ko­ło­wał. Składa mi pan za to jakieś podej­rzane oferty, coś insy­nu­uje, pró­buje szan­ta­żo­wać. Albo przy­stąpi pan do for­mal­nego prze­słu­cha­nia, albo wycho­dzę.

Pro­ku­ra­tor Far­biarz pod­niósł oku­lary na czoło i wychy­lił się do tyłu, z rękami zało­żo­nymi na piersi. Zaczął się wpa­try­wać w Dimę, jakby chciał mu powie­dzieć: "Wykoń­czę cię, szmato". Wyglą­dało, że dobrze prze­ćwi­czył tę pozę, wypadł jed­nak gro­te­skowo i Dima znowu musiał stłu­mić śmiech. Zda­wał sobie jed­nak sprawę, że sytu­acja jest groźna. Pro­ku­ra­tor nie miał poję­cia, jak się wer­buje ludzi, i tym samym się zde­kon­spi­ro­wał. Ale może o to mu cho­dziło - pomy­ślał Dima.

Pętla wokół Romana zaci­skała się coraz bar­dziej. Widać było, że deter­mi­na­cja Bolec­kiego przy­biera na sile i nie zamie­rza odpu­ścić. Pro­ku­ra­tor po raz pierw­szy oświad­czył, że ma mocne mate­riały, by posta­wić zarzuty, ale Dima wie­dział, że to blef. Leski był naj­więk­szym wro­giem Bolec­kiego, nocną zmorą, obse­sją, która nie pozwala mu spo­koj­nie zasnąć. I to wła­śnie było naj­gor­sze, bo nie­prze­wi­dy­walne.

Dla­tego Far­biarz nie­mal wprost zapro­po­no­wał Dimie wymianę miesz­ka­nia w Ate­nach, war­tego dwie­ście tysięcy euro, na mate­riały obcią­ża­jące Leskiego. To była jed­nak pusta pętla, bo na Romana nie było żad­nych mate­ria­łów, a miesz­ka­nie na Pin­da­rou było for­mal­nie wła­sno­ścią Dimy. Wpraw­dzie kupione za pie­nią­dze CIA, ale zgod­nie z pra­wem. Agen­cja w żaden spo­sób nie mogła go odzy­skać wbrew woli Dimy. Gotów był je zwró­cić w całym pakie­cie odci­na­nia ogona, ale teraz zmie­nił zda­nie.

Popa­trzył na bez­czelną twarz Far­bia­rza i posta­no­wił, że nie będzie mu uła­twiał zada­nia. Niech szef AW, puł­kow­nik Weso­łow­ski, trans­fer pre­miera z kontr­wy­wiadu woj­sko­wego, wysili się i spró­buje odzy­skać miesz­ka­nie. Roman dosko­nale to prze­wi­dział. Mówił, że Bolecki i Weso­łow­ski nie ścier­pią, by Dima zatrzy­mał sobie miesz­ka­nie w Ate­nach, i za wszelką cenę spró­bują coś na tym ugrać. "A to będzie dobra oka­zja do prze­ję­cia ini­cja­tywy" - zakoń­czył.

Dima pomy­ślał, że powi­nien się skon­tak­to­wać z Marią. Kiedy zło­żył raport o zwol­nie­nie, zadzwo­niła do niego i zapro­siła na kola­cję do restau­ra­cji. To było miłe spo­tka­nie przy libań­skim winie. Nie wspo­mi­nali tego, co się zda­rzyło w Baku, ale oboje dosko­nale wie­dzieli, że wła­śnie wtedy połą­czyła ich przy­jaźń. Na zakoń­cze­nie Maria zade­kla­ro­wała, że może na nią liczyć, i wrę­czyła mu kartkę z nazwą komu­ni­ka­tora inter­ne­to­wego, hasłem do ścią­gnię­cia apli­ka­cji i kodem dostępu. "Ten jest bez­pieczny - powie­działa. - Dam znać, gdy prze­sta­nie być, ale i tak wymień­cie cały sprzęt".

Dima zro­zu­miał, że Maria Ger­ber, naczel­nik WBW, jest po jego stro­nie. Nie mógł mieć lep­szego sojusz­nika w AW, bo to ona nad­zo­ro­wała wewnętrzne postę­po­wa­nie doty­czące Sek­cji i współ­pracę z pro­ku­ra­turą.

Sytu­acja doj­rzała - pomy­ślał, patrząc na Far­bia­rza.

- Zrobi pan, co uzna za słuszne - ode­zwał się oschle pro­ku­ra­tor. - Kie­dyś być może zechce pan wyje­chać do jakie­goś cie­płego kraju i jak mnie­mam, zapewne będzie nim Gre­cja, więc miesz­ka­nie w Ate­nach się przyda.

- Widzę, że nic pan nie poj­muje - rzu­cił Dima i pod­niósł się do wyj­ścia. - Rozu­miem, że nie ma pan do mnie wię­cej pytań.

- Mam do pana wiele pytań i niech się pan spo­dziewa wezwa­nia, a raczej znacz­nie częst­szych wezwań niż dotąd. - Zamilkł na chwilę i opu­ścił oku­lary. - Chyba że...

- Żegnam pana - prze­rwał mu Dima, chwy­ta­jąc za klamkę.

- Do zoba­cze­nia, panie Cal­de­rón - dole­ciało, gdy zamy­kał za sobą drzwi.

Dima wyszedł na plac Unii. Było szaro i mroźno. Nacią­gnął czapkę, posta­wił koł­nierz i skie­ro­wał się w stronę cen­trum han­dlo­wego, gdzie w pod­ziem­nym garażu zapar­ko­wał swo­jego fiata uno.

Nim uru­cho­mił sil­nik, wyjął i włą­czył swój smart­fon, który przez cały czas cze­kał na niego pod dywa­ni­kiem. Akty­wo­wał go i po chwili ekran ożył. Przy apli­ka­cji Kal­ku­la­tor poja­wiło się czer­wone kółko z cyfrą 1. Miał też nie­ode­braną wia­do­mość gło­sową od kon­taktu Złote Brzozy. Przez chwilę wahał się, co zro­bić naj­pierw: oddzwo­nić do Tamary czy wysłu­chać wia­do­mo­ści?

3

Minęła szes­na­sta, gdy dotarli do gra­nicy serb­sko-chor­wac­kiej. Nikt o nic nie pytał, ale chor­waccy straż­nicy przej­rzeli samo­chód bar­dzo dokład­nie. Luka miał pasz­port austriacki i mówił płyn­nie po nie­miecku. Przez chwilę roz­ma­wiał z cel­ni­kiem, lecz Hani nic nie zro­zu­miał.

Po kilku minu­tach byli już po dru­giej stro­nie, w Unii Euro­pej­skiej. Dopiero teraz Luka zje­chał na sta­cję ben­zy­nową. Nie pozwo­lił Haniemu wysiąść i pójść do toa­lety. Wrę­czył mu pla­sti­kową butelkę i kazał do niej oddać mocz, sam zaś wysiadł, żeby zatan­ko­wać. Wró­cił z dwiema butel­kami wody, fran­cu­skim hot dogiem i gar­ścią bato­nów cze­ko­la­do­wych.

- Twoje śnia­da­nie. - Podał Haniemu bułkę z kieł­ba­ską. - Spo­koj­nie... jest halal - dodał i odje­chał spod dys­try­bu­tora. Zatrzy­mał samo­chód na par­kingu.

- Skąd wiesz? - zapy­tał Hani.

- Bo wiem. A gdyby nawet nie było, to co z tego? Prze­cież możesz jeść, co chcesz. Dla cie­bie nic nie jest już haram. - Luka roz­wi­nął bato­nik.

- A ty?

- Co ja?

- Nie jesz? - Hani poka­zał bułkę.

- Lubię bato­niki - odparł Luka z peł­nymi ustami.

- Sika­łem do butelki i umył­bym się... Rozu­miesz?

- Allah ci daruje, jesteś jego wybrań­cem. - Luka roz­wi­nął drugi bato­nik i łyk­nął wody. - Naj­trud­niej­szy moment mamy za sobą, jeste­śmy już w Unii, teraz jesteś bez­pieczny. Droga do Zagrze­bia otwarta. Moja rola się koń­czy, wra­cam do Bel­gradu, a tobą zaj­mie się ktoś inny. - Włą­czył sil­nik i zaczął wyco­fy­wać samo­chód. - Polu­bi­łem cię - rzu­cił nie­spo­dzie­wa­nie. - Jesteś inny niż wszy­scy.

- Inny? - zapy­tał zasko­czony Hani, prze­ły­ka­jąc kęs. - Prze­cież nic o mnie nie wiesz. Nawet nie zapy­tałeś, jak mam na imię, skąd jestem...

- To nie­ważne. Nie muszę znać two­jego imie­nia, żeby cię lubić. A ile masz lat? - zapy­tał Luka, wyjeż­dża­jąc na auto­stradę.

- Trzy­dzie­ści dwa.

- Ile? - Luka spoj­rzał na pasa­żera z nie­do­wie­rza­niem. - Myśla­łem, że... osiem­na­ście. No to teraz lubię cię jesz­cze bar­dziej! - Uśmiech­nął się drugi raz pod­czas tej podróży.

- Ukoń­czy­łem fizykę na Uni­wer­sy­te­cie Tehe­rań­skim jako pry­mus, pocho­dzę z Isfa­hanu, mam na imię Hani, a nazwi­sko Orahi, mój ojciec Nadir jest nie­wi­domy - wyrzu­cił z sie­bie Hani nie­mal jed­nym tchem, jakby chciał się zapre­zen­to­wać. Wytarł usta, zmiął papier po bułce i wło­żył go do śmiet­niczki w bocz­nych drzwiach. - Teraz wiesz już, kogo lubisz?

Luka nie odpo­wie­dział. Wpa­trzony w drogę uśmiech­nął się lekko i poki­wał głową. Zapa­lił papie­rosa.

Hani poczuł satys­fak­cję, że powie­dział Luce o sobie. Wpa­jano mu w Meszhe­dzie, że nie może nikomu ujaw­niać swo­jej toż­sa­mo­ści, ale uznał, że to bez­sen­sowne w obli­czu tego, co ma zro­bić.

W końcu Luka też należy do Kor­pusu - pomy­ślał, wpa­tru­jąc się w sunący za szybą obraz. Może jest tro­chę zimny i mało­mówny, ale jed­nak dba o moje bez­pie­czeń­stwo, jest duży, wyspor­to­wany, wygląda jak per­ski heros i wie­rzy w naszą misję. A hot dog był bar­dzo smaczny.

Oparł głowę o szybę, zamknął oczy i przy­wo­łał obraz uśmiech­nię­tego Moha­meda z auto­ma­tem w dłoni i zie­loną szarfą na czole. Zro­biło mu się bar­dzo przy­jem­nie, bo zaraz sobie wyobra­ził sie­bie kro­czą­cego obok niego.

Nawet nie zauwa­żył, kiedy dotarli na miej­sce. Luka szarp­nął go deli­kat­nie za ramię. Hani potrze­bo­wał chwili, by prze­trzeć oczy i zorien­to­wać się, że samo­chód stoi na par­kingu. Na zewnątrz było ciemno i padał drobny deszcz, a wycie­raczki leni­wie prze­cie­rały obraz. Sodowa latar­nia nie­śmiało oświe­tlała dwie cię­ża­rówki, kilka samo­cho­dów i szary dom z zie­lo­nym miga­ją­cym neo­nem Hostel Mostar.

- Jeste­śmy na miej­scu - rzu­cił Luka, wypusz­cza­jąc dym. - To teraz będzie twoje schro­nie­nie...

- Zagrzeb?

- Tak... przed­mie­ścia.

- Jak długo i co dalej? - zapy­tał Hani ści­szo­nym gło­sem.

- Nie wiem jesz­cze, ale na razie będę cały czas z tobą. Cze­kamy na nowe instruk­cje. - Luka naci­snął przy­cisk na desce roz­dziel­czej.

Hani ze zdu­mie­niem zauwa­żył, że nad radiem wysu­nęła się podłużna skrytka dłu­go­ści pięt­na­stu i sze­ro­ko­ści dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Luka odcią­gnął ją moc­niej i spraw­nie wsu­nął dłoń do środka. Wyjął pisto­let, który natych­miast ukrył za paskiem, a po chwili smart­fon. Włą­czył go. Ekran zapeł­nił się kolo­ro­wymi iko­nami. Hani w mil­cze­niu obser­wo­wał, z jaką wprawą Luka wyko­nuje wszyst­kie czyn­no­ści, i od razu zro­zu­miał, że musi robić to czę­sto.

- Jaki to pisto­let? - zapy­tał.

- Beretta... M9. Ame­ry­kań­ski... dzie­więć mili­me­trów.

- Pokaż. - Hani wycią­gnął rękę. - Ni­gdy nie trzy­ma­łem pisto­letu.

- Nie - rzu­cił krótko Luka i wciąż cze­goś szu­kał w smart­fo­nie.

- Daj! - upie­rał się Hani. - Bądź przy­ja­cie­lem... Daj potrzy­mać! Jedyny raz w życiu... No?

Luka spoj­rzał na grube szkła, zza któ­rych świ­dro­wało go pro­szące spoj­rze­nie dziecka. Z lek­kim nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową i się­gnął po pisto­let. Wyjął maga­zy­nek i prze­ła­do­wał.

- Ale ciężki! - zamru­czał Hani z wyraź­nym zdzi­wie­niem. - Ame­ry­kań­ski! - dodał. - Dzie­więć mili­me­trów. A ile poci­sków w maga­zynku?

- Waży pra­wie kilo­gram, a poci­sków pięt­na­ście, spe­cjal­nych...

- Czyli jakich?

- Daj już, wystar­czy. - Luka zde­cy­do­wa­nym ruchem wyjął pisto­let z ręki Haniego i scho­wał za pasek. - Idziemy. - Otwo­rzył drzwi.

- Chciał­bym mieć taki - rzu­cił Hani.

- Tobie jest nie­po­trzebny - odparł Luka obo­jęt­nym tonem.

Dwu­gwiazd­kowy hostel Mostar był typo­wym przy­droż­nym zajaz­dem usy­tu­owa­nym na zachod­nim skraju mia­sta, nie­całe dwie­ście metrów od auto­strady A2. Korzy­stali z niego głów­nie kie­rowcy cię­ża­ró­wek i spóź­nieni podróżni, któ­rzy chcieli omi­nąć Zagrzeb.

Pro­wa­dzili go bra­cia Josip i Petar Juri­cio­wie z Sara­jewa. Prze­nie­śli się do Zagrze­bia już po woj­nie, ale nikt nie pamię­tał kiedy. Bra­cia byli dumni, że w dniach roz­padu Jugo­sła­wii wal­czyli prze­ciwko Ser­bom w Her­ce­go­wi­nie i zachod­niej Sła­wo­nii, o czym miały świad­czyć liczne zdję­cia wysta­wione w barze czyn­nym całą dobę. Pozo­stałe, bar­dziej wraż­liwe pamiątki trzy­mali w domu.

Pod­czas wojny mieli zgro­ma­dzić potężny mają­tek, a hostel był tylko przy­krywką do pra­nia pie­nię­dzy, prze­mytu imi­gran­tów i spo­tkań chor­wac­kich wete­ra­nów. Bar był też miej­scem odwie­dza­nym czę­sto przez patrole, gdzie poli­cjanci mogli zjeść i wypić za darmo, poga­dać z Josi­pem albo Peta­rem i odpo­cząć w przy­ja­znej atmos­fe­rze. Od wojny minęło już dwa­dzie­ścia pięć lat, ale o każ­dej porze dnia i nocy można było z braćmi powspo­mi­nać dawne zwy­cię­stwa.

Luka czę­sto noco­wał w tym hostelu i cał­kiem dobrze poznał jego wła­ści­cieli. Nie wie­dział, dla­czego Tehe­ran wybrał ten hostel jako bez­pieczny safe house i punkt prze­rzu­towy, ale z łatwo­ścią mógł się domy­ślić. Bra­cia Juri­cio­wie nie ukry­wali przed nim, że mają bli­skie rela­cje z albań­ską mafią i czują rodzaj wspól­nej anty­serb­skiej sym­pa­tii, która zbliża ich z muzuł­ma­nami. A poli­cyjna ochrona była dodat­ko­wym argu­men­tem, by korzy­stać z tego hostelu.

Luka poda­wał się za Asy­ryj­czyka miesz­ka­ją­cego w Wied­niu, ale naprawdę był Per­sem i ofi­ce­rem Sił Ghods, o czym bra­cia oczy­wi­ście nie wie­dzieli. Jak przy­stało na chrze­ści­ja­nina, pił rakiję, jadł wie­przo­winę, roz­li­czał się solid­nie i ter­mi­nowo, więc o nic nie pytali.

Pierw­szy wszedł Luka. Hani kro­czył tuż za nim, nio­sąc torbę prze­rzu­coną przez ramię. Wyglą­dał, jakby mu usłu­gi­wał. W barze było kilka osób. Za bufe­tem stał star­szy, wąsaty Josip. Od razu zauwa­żył Lukę i uniósł rękę na powi­ta­nie.

- Ostat­nio czę­sto przy­jeż­dżasz - rzu­cił po nie­miecku i spoj­rzał na Haniego. - A ten to kto? Adop­to­wa­łeś synka?

- Nikt - odparł Luka obo­jęt­nie i podali sobie ręce. - Jedzie do rodziny w Ber­li­nie. Daj mi dwa pokoje i piwo. Jak sytu­acja? - Pocią­gnął wzro­kiem po sali.

- Spo­koj­nie. - Josip posta­wił piwo na barze i poło­żył dwa klu­cze.

- Dla niego też daj piwo. - Luka wska­zał Haniego.

- Dobrze, że jesteś. Mamy dla cie­bie robotę...

- Poga­damy jutro - prze­rwał mu Luka. - Jestem zmę­czony i zjadł­bym coś. Cały dzień na bato­ni­kach i wodzie. Masz te kotle­ciki jagnięce z pie­przem? Wiesz, te...

- Mam...

- Daj dwie por­cje.

Josip znikł na zaple­czu, a Luka podał Haniemu piwo i razem pode­szli do pierw­szego wol­nego sto­lika.

- Zamó­wi­łem dla nas jedze­nie, dobrze? Głodny jesteś? - zapy­tał w farsi. - Wiem, że nie znasz nie­miec­kiego, ale spo­koj­nie. - Rozej­rzał się po sali. - Tu jest bez­piecz­niej niż gdzie­kol­wiek indziej. Spraw­dzone miej­sce. Ale nie przy­zna­waj się, że znasz angiel­ski, i naj­le­piej nic nie mów.

- Wiem, wiem, szko­lili...

- To dobrze, że wiesz. Musisz być odpo­wie­dzialny, bo jesteś wybrań­cem Boga i nadzieją na zwy­cię­stwo naszego narodu - cią­gnął cicho Luka i raz po raz popi­jał piwo.

- Naprawdę nie wiesz, dokąd jedziemy? - zapy­tał Hani, zdej­mu­jąc kurtkę.

- Nie wiem. Cze­kam na dal­sze instruk­cje. Zgod­nie z pla­nem ma cię tu prze­jąć następny kurier. - Luka wyjął z kie­szeni smart­fon i zaczął w nim cze­goś szu­kać. Po chwili rzu­cił, wyraź­nie roz­cza­ro­wany: - Nic nowego. Cze­kamy.

- Muszę iść do toa­lety - powie­dział Hani.

Luka ruchem głowy wska­zał mu kie­ru­nek.

Gdy Hani znikł za bor­dową kotarą, do baru weszło dwóch męż­czyzn. Wyż­szy, w gra­na­to­wej weł­nia­nej czapce i woj­sko­wej kurtce, sta­nął przy drzwiach i zlu­stro­wał oto­cze­nie, jakby kogoś szu­kał. Niż­szy, blon­dyn z wyso­kimi zako­lami, zacze­sany do tyłu, w sza­rym dopa­so­wa­nym płasz­czu, ruszył zde­cy­do­wa­nie w stronę baru. W tym cza­sie weł­niana czapka usiadł już przy sto­liku obok, zmie­rzył Lukę podejrz­li­wym spoj­rze­niem, a po chwili prze­rzu­cił uwagę na dwóch męż­czyzn pod oknem.

Wypchnąw­szy tyłem wester­nowe drzwi, z kuchni wysu­nął się Josip z dwoma tale­rzami w rękach. Od razu dostrzegł sto­ją­cego przy barze blon­dyna i dys­kret­nie ski­nął do niego głową. Oczy­wi­ste było, że nie są to kie­rowcy cię­ża­ró­wek ani tym bar­dziej zbłą­kani podróżni. W ich zacho­wa­niu czuć było pew­ność sie­bie na gra­nicy aro­gan­cji i wrogi dystans do oto­cze­nia. Luka bar­dzo dobrze znał ten spo­sób bycia. Uzbro­jeni ludzie wyczu­wają zagro­że­nie, jakby mieli dodat­kowy zmysł - pomy­ślał i poczuł, że weł­niana czapka inten­syw­nie mu się przy­gląda. Nie spoj­rzał w jego stronę, nie chciał go pro­wo­ko­wać.

Przy­cią­gnął talerz, który chwilę wcze­śniej posta­wił przed nim Josip, i bio­rąc sztućce, dla pew­no­ści dotknął łok­ciem ręko­je­ści pisto­letu.

4

Dima nie opła­cił jesz­cze par­kingu, więc posta­no­wił pójść do baru sushi na pierw­szym pię­trze. Porząd­nie zgłod­niał, a poza tym chciał usiąść, pomy­śleć i w spo­koju zadzwo­nić. Naj­pierw do Tamary, potem do Moniki, a dopiero na końcu do ośrodka Złote Brzozy, cho­ciaż tego ostat­niego naj­chęt­niej w ogóle by nie zro­bił.

Józef sta­wał się coraz bar­dziej nie­zno­śny. Cza­sami Dima miał już dość, chciał po pro­stu wyma­zać z pamięci tego poru­sza­ją­cego się na wózku sta­rego zło­śliwca, który pew­nie po dwóch tygo­dniach i tak by zapo­mniał, że ma syna. Czy Józef w ogóle zda­wał sobie sprawę, że męż­czy­zna, który go odwie­dza, przy­wozi banany, owoce i lody, ser­wi­suje apa­rat słu­chowy, nazywa się Dima i jest jego synem? A już na pewno nie wie­dział, że dobro­wol­nie dopłaca do jego utrzy­ma­nia.

Dima rozu­miał, że wyda­rze­nia ostat­nich tygo­dni dodat­kowo pogor­szyły mu nastrój i mogło się to odbić rów­nież na Józe­fie, ale miał już dosyć tego obcią­że­nia i musiał zająć się sobą. Jeśli się roz­sy­pię psy­chicz­nie, to i Józef na tym ucierpi - pomy­ślał. Uświa­da­miał sobie, że trzeba się na coś zde­cy­do­wać i zacząć powoli odci­nać od swo­jego życia cały zbędny balast. Tym bar­dziej że może być jesz­cze gorzej, więc powi­nien zro­bić sobie miej­sce na nowe pro­blemy.

Sądził, że lata dzie­więć­dzie­siąte, które jako nie­le­gał spę­dził w Rosji, gdzie więk­szość trud­nych spraw roz­strzy­gała stara tetetka, nóż albo laska dyna­mitu, były naj­gor­szym okre­sem w jego życiu, ale się mylił. Nie star­cie z mafią GRU z Kronsz­tadu było naj­więk­szym prze­ży­ciem, ale to, co zafun­do­wała mu ojczy­zna, kraj, któ­remu słu­żył.

Scho­wał tele­fon do kie­szeni i wysiadł z samo­chodu. Od razu spo­strzegł dwóch męż­czyzn, któ­rzy wysu­nęli się z gra­na­to­wego forda mon­deo. Zauwa­żył go wcze­śniej, ale nie mógł wypa­trzyć, czy ktoś jest w środku, zwłasz­cza że samo­chód miał zaciem­nione szyby. Dima poczuł, że coś się dzieje, i posta­no­wił spraw­dzić się w cen­trum han­dlo­wym, na szybko i na ostro. Nie był w Moskwie, nie musiał się ukry­wać.

ABW, wojacy czy CBA? Cie­kawe, kiedy zapłacą za par­king - pomy­ślał nieco roz­ba­wiony. A może mają wyku­piony abo­na­ment, bo chyba nie jeż­dżą na bla­chę?

Wszedł na ruchomą pochyl­nię. Sta­nął i zaczął dys­kret­nie kon­tro­lo­wać oto­cze­nie. Męż­czyźni się roz­dzie­lili. Jeden wyprze­dził Dimę, a drugi usta­wił się z tyłu.

Kla­syczne roz­sta­wie­nie w cen­trum han­dlo­wym. Zaraz ich spraw­dzę - zde­cy­do­wał Dima.

W cen­trum było sto­sun­kowo pusto. Zatrzy­mał się przy kan­to­rze i przez chwilę uda­wał, że obser­wuje tablicę z kur­sami walut, ale w rze­czy­wi­sto­ści patrzył na odbity w szy­bie obraz, który miał za ple­cami. Obser­wa­to­rzy zajęli pozy­cje: jeden sta­nął przy wysta­wie księ­garni, drugi przy­siadł na ławce.

Dima skrę­cił w lewo do super­mar­ketu. Facet z ławki ruszył za nim, drugi obsta­wiał wyj­ście.

Dobrze, pro­fe­sjo­nal­nie - pomy­ślał Dima. Tylko po co to robią? Prze­cież wie­dzą, że ich roz­kuję. Nie cho­dzą po japoń­sku, więc od razu widać, że nie robią tego pre­wen­cyj­nie ani zło­śli­wie. Dostali durne zle­ce­nie, ale muszą je wyko­nać. Żal mi ich, to takie poni­ża­jące.

W super­mar­ke­cie też było pusto. Dima nie brał koszyka, tylko od razu wszedł do działu z alko­ho­lami. Sta­nął w mar­twym punk­cie, wziął do ręki butelkę wina i zaczął odli­czać. Nie minęło pięt­na­ście sekund, gdy poja­wił się obser­wa­tor. Też bez koszyka. Od razu natknął się na Dimę, ale się nie spe­szył. Spo­koj­nie zaczął prze­glą­dać wina na pół­kach. Po chwili się rozej­rzał, jakby kogoś szu­kał, puścił oko i rzu­cił cicho:

- Bar­dzo dobre wino, panie Cal­de­rón. Pole­cam.

Odwró­cił się i wyszedł.

Dima był już pewny, że obser­wa­cja nie pod­cho­dzi poważ­nie do zada­nia. Wyglą­dało na to, że zle­ce­nie jest z AW. Posta­no­wiw­szy oka­zać chło­pa­kom sza­cu­nek i sym­pa­tię, udał się wprost do restau­ra­cji na pierw­szym pię­trze. Obaj obser­wa­to­rzy zajęli miej­sca na zewnątrz, skąd mogli widzieć Dimę, który usiadł odwró­cony do nich ple­cami.

Wyjął smart­fon i poło­żył przed sobą. Na apce Kal­ku­la­tor poja­wiła się w czer­wo­nej kropce cyfra 2, a zatem Tamara musiała dzwo­nić ponow­nie. Dopiero teraz spo­strzegł, że nie włą­czył dźwięku. Spraw­dził jesz­cze raz: dzwo­niła pięć minut temu. Posta­no­wił oddzwo­nić po zło­że­niu zamó­wie­nia. I w tym momen­cie jak na zawo­ła­nie poja­wił się kel­ner. Dima na chy­bił tra­fił wska­zał zestaw z obrazka i drugi taki sam na wynos dla dwóch osób. Gdy kel­ner się odda­lił, zało­żył słu­chawkę i naci­snął Kal­ku­la­tor.

Tamara ode­brała nie­mal natych­miast.

- Co nowego, bra­ciszku? - zapy­tała pierw­sza.

- Nic - odparł. - Wła­śnie wysze­dłem z kolej­nego niby-prze­słu­cha­nia i posi­lam się sushi. A coś się stało?

- Wła­ści­wie to...

- No?

- Kiedy będziesz w Ate­nach?

- Ale o co... - Dima lekko się zanie­po­koił.

- No wiem, że nie możesz swo­bod­nie się poru­szać, ale bar­dzo chcia­ła­bym z tobą poroz­ma­wiać. I to, nie­stety, nie są nasze sprawy pry­watne. Cho­ciaż mógł­byś przy­je­chać też do Tel Awiwu. Aje­let bar­dzo się za tobą stę­sk­niła. Poje­cha­li­by­śmy do Ejlatu popły­wać z del­fi­nami, jak ostat­nio.

- Tamara, czy ty wiesz, co ja tutaj teraz mam... a wła­ści­wie co wszy­scy mamy? Wy tego w nor­mal­nym kraju nie zro­zu­mie­cie. - Dima na moment prze­rwał, bo kel­ner posta­wił przed nim butelkę wody. - Mów, o co cho­dzi, bo zaczy­nam się nie­po­koić, a to nie jest mi teraz potrzebne.

- Wola­ła­bym jed­nak się z tobą zoba­czyć. To ważne, Dima, bar­dzo ważne. - Tamara obni­żyła ton. Zro­zu­miał, że mówi to na serio. - A czasu mało, coraz mniej.

- Prze­cież ten kanał jest bez­pieczny. Już nie?

- Nie o to cho­dzi. Jest bez­pieczny, ale wszystko ma swoje gra­nice. Kurwa, Dima! To nie jest nasza rodzinna sprawa, zro­zum to w końcu! To doty­czy naszych kra­jów. Po pro­stu wsiądź do tego pie­przo­nego samo­lotu i przy­leć do Aten, ale nie mów o tym nikomu... tym swoim z Sek­cji też. Dotarło?

- Nooo... po takim zapro­sze­niu, sio­strzyczko, chyba nie mam wyboru. Ale to może być trudne, bo wła­śnie mam ogon.

- Nie żar­tuj! Co się tam u was dzieje? - Wyraź­nie się obru­szyła i zaraz zmie­niła ton. - To chyba nie jest dla cie­bie pro­blem, co?

- Dobrze, dam ci znać, kiedy przy­lecę - odparł nie­pew­nie.

- Jutro, Dima! Jutro! - nale­gała Tamara.

- Dam znać. Cześć.

- Cześć... A Izrael to też nie jest nor­malny kraj - rzu­ciła na koniec.

Skoń­czył roz­ma­wiać, a kel­ner posta­wił przed nim tackę z sushi i drugą w papie­ro­wej tor­bie.

- Tę... - wrę­czył torbę z powro­tem kel­ne­rowi - pro­szę dać tym panom. - Wska­zał obser­wa­to­rów za swo­imi ple­cami.

Roz­mowa z Tamarą rze­czy­wi­ście go zanie­po­ko­iła. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że musiało się stać coś naprawdę waż­nego. Jed­no­cze­śnie wie­dział, że nie może być nic bar­dziej intry­gu­ją­cego niż tajem­nice wewnątrz Mosadu. Tamara pia­sto­wała wyso­kie sta­no­wi­sko w pio­nie ope­ra­cyj­nym, nie mógł więc jej podej­rze­wać o brak roz­sądku, dystansu, a już w żad­nym razie o prze­sadną ner­wo­wość. Ale dla­czego to wła­śnie on jej był potrzebny? Po chwili miał już kilka wer­sji, jed­nak wszyst­kie były tak abs­trak­cyjne, że zre­zy­gno­wał z dal­szego kom­bi­no­wa­nia. W końcu doszedł do wnio­sku, że nic nie wie, i zanie­po­koił się jesz­cze bar­dziej. Poczuł, że ma ochotę napić się metaxy.

Nie ma rady, muszę pole­cieć do Aten - pomy­ślał.

Obej­rzał się. Obser­wa­to­rzy sie­dzieli na ławeczce i nie zwra­ca­jąc na niego uwagi, jedli sushi.

Nie powinno być pro­blemu - dotarło do niego. Cie­kawe, na jak długo mają na mnie zle­ce­nie? No to będą mieć kło­poty, jak im zniknę.

Nie spra­wiło mu to satys­fak­cji. Byli w porządku.

Zapo­mniał, że ma jesz­cze zadzwo­nić do Moniki i Zło­tych Brzóz. Posta­no­wił jed­nak naj­pierw zjeść sushi i zasta­no­wić się, jaką drogą wyje­chać bez­piecz­nie z Pol­ski i naj­szyb­ciej dotrzeć do Aten. Była pięt­na­sta jede­na­ście, więc zwąt­pił, by udało mu się dotrzeć jutro na Pin­da­rou.

Poju­trze... może poju­trze. Naj­le­piej będzie chyba przez Wie­deń. Obser­wa­cja natych­miast stwier­dzi moje znik­nię­cie i poin­for­muje AW, a szef - Bolec­kiego i pro­ku­ra­turę. Dostaną furii.

Przez chwilę zro­biło mu się przy­jem­nie, ale zaraz do niego dotarło, że wście­kłość pre­miera odbije się na Roma­nie, Monice i Sek­cji, bo i oni nie powinni o tym wie­dzieć. To byłoby nie fair, sprzeczne z zasa­dami, przy­sięgą...

Dima poczuł, że ma pro­sty, ale poważny pro­blem i nie wie, jak go roz­wią­zać.

Wezwał kel­nera, zapła­cił rachu­nek i wyszedł z restau­ra­cji. Obser­wa­to­rzy roz­sta­wili się, uda­jąc tylko, że przy­stę­pują do pracy, i kiedy Dima mijał zna­jo­mego z działu win, usły­szał:

- Niech pan koniecz­nie zmieni samo­chód i dobrze zamyka drzwi miesz­ka­nia.

Deli­kat­nie ski­nął głową. Nie był zasko­czony, bo od początku zakła­dał, że samo­chód jest pod kon­trolą, ale prze­sła­nie zro­zu­miał natych­miast. Obser­wa­cja jest po jego stro­nie, choć musi wyko­nać zada­nie. Dziwne było jedy­nie, skąd ta sym­pa­tia. Prze­cież go nie znali, a w zle­ce­niu musiał być opi­sany jako obiekt "podej­rzany, nie­bez­pieczny i dobrze zna­jący tech­nikę pracy ope­ra­cyj­nej".

Sto­krotka? - prze­le­ciało mu przez myśl. Mary­sia, i wszystko jasne!

5

Skoń­czyli jeść, a weł­niana czapka, roz­party na krze­śle, wciąż sie­dział przy sto­liku obok. Hani, skon­cen­tro­wany na kro­je­niu twar­dej bara­niny, nie zwra­cał uwagi na oto­cze­nie. Luka robił to samo, więc męż­czy­zna szybko prze­stał się nimi inte­re­so­wać. Utkwił wzrok w samot­nym gru­bym męż­czyź­nie o śnia­dej twa­rzy, który pod oknem jadł klu­ski i popi­jał wodą.

Blon­dyn w płasz­czu, odwró­cony ple­cami do sali, wciąż stał przy barze i roz­ma­wiał z Josi­pem. Wychy­lił szybko dwa kie­liszki, ale Luka był pewny, że nie przy­szedł się napić. Gadali już pięt­na­ście minut, ale mówił głów­nie nie­zna­jomy. Josip, cały czas krzą­ta­jąc się za barem, krę­cił głową i wydy­mał usta, jakby chciał powie­dzieć: "Czy ja wiem, może, kie­dyś...". Luka szybko zro­zu­miał, że jest prze­słu­chi­wany. W pew­nej chwili Josip przy­bli­żył się do męż­czy­zny i wsłu­chu­jąc się w jego słowa, spoj­rzał w stronę Luki. Przez kilka sekund patrzyli na sie­bie, a Josip wyglą­dał, jakby chciał mu prze­słać wia­do­mość: "O tobie mówi".

Luka dopił swoje piwo i ski­nął na Haniego, by się pospie­szył.

Ruszyli w stronę scho­dów, odpro­wa­dzani spoj­rze­niem Josipa, a kiedy ten w końcu puścił oko, Luka zro­zu­miał, że może liczyć na jego dys­kre­cję. Wie­dział dosko­nale, że hostel braci Juri­ciów jest miej­scem, gdzie krzy­żują się drogi bał­kań­skich mafii i służb spe­cjal­nych. I to wła­śnie było jego naj­więk­szą zaletą, także dla Sił Ghods, bo zawsze można tam było ukryć się w gąsz­czu prze­stęp­ców, dono­si­cieli, zbrod­nia­rzy wojen­nych czy szpie­gów i zdo­być cie­kawe infor­ma­cje. Zostać tym, kim w danym momen­cie chciało się być. Wszy­scy podej­rze­wali wszyst­kich, kupić i sprze­dać też można było wszystko.

Luka miał dobrze przy­go­to­waną legendę. Od lat krą­żył po całej Euro­pie i dzia­łał w bał­kań­skim pod­zie­miu, które opa­no­wało szlaki pro­wa­dzące do Nie­miec. Znał wszyst­kich, któ­rzy mieli coś do powie­dze­nia, mię­dzy Stam­bu­łem i Södertälje. Szybko też został taj­nym współ­pra­cow­ni­kiem austriac­kiej poli­cji i korzy­stał z jej ochrony. Od czasu do czasu, by uwia­ry­god­nić się jako źró­dło, prze­ka­zy­wał coś war­to­ścio­wego, przy­go­to­wa­nego spe­cjal­nie przez komórkę wywiadu "Zachód" Sił Ghods. Luka wie­dział, że te infor­ma­cje tra­fiają cza­sami do BND i CIA, bo mówił mu o tym jego pro­wa­dzący z austriac­kiej poli­cji - nie­jaki Her­mann. Luka uwa­żany był za jed­nego z naj­waż­niej­szych infor­ma­to­rów, więc poli­cja zazdro­śnie chro­niła go przed kon­tak­tami ze służ­bami spe­cjal­nymi, a nie­raz nawet ostrze­gała zawczasu.

Jed­nak tym razem Luka wyczuł, że dwaj nie­zna­jomi na pewno nie są z poli­cji, a spoj­rze­nie Josipa suge­ro­wało, że dzieje się coś waż­nego.

Zada­nie, jakie tym razem Luka miał do wyko­na­nia, było wyjąt­kowe i mogło zade­cy­do­wać o zwy­cię­stwie w zbli­ża­ją­cej się woj­nie. W grę wcho­dziło życie tysięcy ludzi. Była to naj­więk­sza tajem­nica naj­wyż­szego przy­wódcy i Luka ją znał. Dla­tego musiał być bar­dziej ostrożny niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

- Będziemy spać w jed­nym pokoju. - Otwo­rzył drzwi. - Ale nie martw się. - Rzu­cił Haniemu uśmiech. - Będę spał na pod­ło­dze.

- Jestem wytrzy­mały - odparł dum­nie Hani. - Przy­go­to­wany do poświę­ce­nia...

- Dla­tego muszę zadbać, byś wypo­czął. Jesteś świę­tym czło­wie­kiem, Wybra­nym. - Weszli i Luka zamknął drzwi. - Teraz możesz się wyką­pać i pomo­dlić, już pora. Ja muszę wyjść i coś zała­twić. Nie otwie­raj nikomu. Rozu­miesz, Hani?

- Oczy­wi­ście. - Hani po piwie był wyraź­nie w dobrym nastroju.

- Jesteś wybrań­cem Allaha. - Luka poło­żył mu rękę na ramie­niu. - Zazdrosz­czę ci, wiesz?

- Przyj­dzie i twoja kolej, tylko musisz bar­dzo chcieć i wie­rzyć...

- Wie­rzę, wie­rzę - prze­rwał mu Luka i znikł za drzwiami.

Hani prze­krę­cił klucz i zaczął się roz­bie­rać. Bar­dzo chciał się pomo­dlić, potrze­bo­wał kon­taktu z Naj­wyż­szym, bo czas spo­tka­nia z nim był coraz bli­żej. Ale naj­pierw musiał się wyką­pać. Luka oka­zał się praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem i prze­wod­ni­kiem. Taki potężny męż­czy­zna z praw­dzi­wym zaan­ga­żo­wa­niem opie­ko­wał się kimś tak nie­po­zor­nym jak on. Hani czuł się dowar­to­ścio­wany i gdy wcho­dził pod prysz­nic, obie­cał sobie, że całą wie­czorną modli­twę poświęci Luce, żeby i on jak naj­szyb­ciej został męczen­ni­kiem.

Kiedy Luka zszedł na dół, męż­czyzn już nie było, a Josip stał za barem i roz­ma­wiał przez tele­fon komór­kowy. Luka, nie­zau­wa­żony, usiadł z boku. Znał tro­chę serb­sko-chor­wacki, ale był za daleko i nie mógł zro­zu­mieć, o czym mówi Josip. Zorien­to­wał się tylko, że roz­ma­wia z bra­tem Peta­rem i jest bar­dzo zde­ner­wo­wany, bo raz po raz prze­kli­nał pod­nie­sio­nym gło­sem.

Po minu­cie się roz­łą­czył. Dopiero teraz się odwró­cił i zoba­czył, że za bufe­tem sie­dzi Luka. Ruszył w jego stronę, chwy­ta­jąc po dro­dze butelkę śli­wo­wicy i dwa kie­liszki. Bez słowa posta­wił je na bufe­cie i napeł­nił oba spraw­nym ruchem, nie odry­wa­jąc butelki.

- To była nasza bez­pieka - rzu­cił, stuk­nął kie­lisz­kiem o kie­li­szek i nie cze­ka­jąc na Lukę, wychy­lił. - Poważna sprawa... Szu­kają jakie­goś irań­skiego dywer­santa, który podaje się za Asy­ryj­czyka. Podobno pra­cuje dla wywiadu. - Spoj­rzał Luce w oczy. - Ale ty jesteś z Syrii, prawda?

- Prawda. A czego kon­kret­nie chciał? - zapy­tał obo­jęt­nie Luka i wlał śli­wo­wicę do gar­dła. - Co ja mam z tym wspól­nego? Znam jed­nego irań­skiego Asy­ryj­czyka, który się tu kręci, wozi cza­sami herę. Może to on.

- Tak? - Josip spoj­rzał na niego spod krza­cza­stych brwi i uzu­peł­nił kie­liszki, a Luka zapa­lił papie­rosa. - Ja nie znam, a znam tu wszyst­kich. Znam tylko jed­nego Asy­ryj­czyka, który regu­lar­nie się u mnie zatrzy­muje.

- A co mnie to może obcho­dzić? - Luka zacią­gnął się dymem. - Cią­gle kogoś szu­kają, w Wied­niu jest to samo. CIA, Anglicy albo Fran­cuzi. Wszystko przez tę wojnę w Syrii. Pełno róż­nego gówna wypły­nęło i pcha się teraz do Europy, ale to nie nasz inte­res. Nie, Josip?

- Nie­stety, Luka... - Josip uniósł kie­li­szek i uśmiech­nął się. - Wszystko wska­zuje na cie­bie. Nooo... - Uniósł kie­li­szek jesz­cze wyżej. - Wypi­jemy za inte­res życia?

- Czyli za co? - zapy­tał zasko­czony Luka.

- Naj­pierw wypij!

Znów się stuk­nęli i razem łyk­nęli śli­wo­wicę.

- Powiem ci tak... - zaczął Josip. - Chuj mnie to obcho­dzi, że robisz dla Irań­czy­ków. Każdy dla kogoś pra­cuje i każdy ma coś na sumie­niu. Dzi­siaj nie ma już dzie­wic, bo wszy­scy ruchają się ze wszyst­kimi. Widzisz tę rękę? - Uniósł dużą wło­chatą dłoń i roz­ca­pie­rzył palce. - Pięć­dzie­się­ciu ośmiu Ser­bów i trzy­dzie­stu Mujo... tą jedną ręką. I co? Chu­jów sto! - Uśmiech­nął się, poka­zu­jąc żółte zęby. - A Iran to stary kraj, nie?

- No więc... Co za inte­res życia?

- No wła­śnie! - Josip spoj­rzał Luce pro­sto w oczy. - Ty mi powiedz, jaki to będzie mój inte­res życia! A wiesz prze­cież, że z żydami i muzuł­ma­nami inte­resów nie robię.

- Pier­do­lisz, Josip. Pijany jesteś...

- To co? - Josip wycią­gnął kartkę z kie­szonki na piersi i poma­chał nią Luce przed nosem. - Mam zadzwo­nić? Zaraz tu przy­jadą.

- Dzwoń, gdzie chcesz - spo­koj­nie odparł Luka i spoj­rzał na kamerę nad barem. - Idę spać. Zapłacę jutro - oznaj­mił zde­cy­do­wa­nie i ruszył w stronę scho­dów.

- Okej, masz czas do jutra. Zacze­kamy. - Gdy Luka zni­kał w drzwiach, Josip rzu­cił jesz­cze za nim: - I nie przej­muj się, inszal­lah!

W pokoju paliło się świa­tło, a Hani spał sku­lony na pod­ło­dze, jakby zasnął pod­czas modli­twy. Luka wziął go deli­kat­nie na ręce. Hani tylko zamru­czał i powie­dział coś nie­wy­raź­nie. Luka poło­żył drob­nego męż­czy­znę na łóżku, zdjął mu oku­lary i przy­krył go narzutą. Dopiero teraz powie­sił swoją czarną skó­rzaną kurtkę. Zga­sił świa­tło, usiadł na krze­śle i uchy­lił okno. Zapa­lił papie­rosa.

Na par­kingu stało kilka samo­cho­dów oso­bo­wych i dwa tiry. Luka wycią­gnął pisto­let i poło­żył go na para­pe­cie. Spraw­dził smart­fon, ale nie było żad­nych nowych wia­do­mo­ści. Nie­do­brze, bo następ­nego dnia miał prze­jąć Haniego nowy kurier, chyba że Tehe­ran zmieni plany. Tak było usta­lone.

Nie to jed­nak mar­twiło Lukę. Roz­mowa z Josi­pem wybiła go z rytmu i zabu­rzyła porzą­dek spraw, które dotąd ukła­dały się zgod­nie ze sce­na­riu­szem. Od początku zakła­dano, że służby mogą wpaść na jego trop, ale nie przy­pusz­czał, że sta­nie się to tak szybko. A czas był naj­waż­niej­szy, bo cały oddział miał być na miej­scu w ciągu dwóch dni. Hani był ostatni. Luka zapew­niał gene­rała Haru­miego, że szlak jest bez­pieczny, i nie było w tym prze­sady, cho­ciaż to i owo prze­mil­czał. Mieli oczy­wi­ście plan awa­ryjny, ale nikt nie wziął pod uwagę, że Luka zosta­nie zde­kon­spi­ro­wany przez kogoś, kto zna go oso­bi­ście. Nie mogło być nic gor­szego. Poza tym Josip praw­do­po­dob­nie nie zdra­dził wszyst­kiego, co usły­szał od taj­niaka. A szcze­góły były naj­waż­niej­sze, bo mogły wska­zy­wać, skąd chor­wac­kie, izra­el­skie albo ame­ry­kań­skie służby o nim wie­dzą. Josip zbyt łatwo sko­ja­rzył go z poszu­ki­wa­nym Asy­ryj­czy­kiem.

To byłoby zbyt pro­ste. Muszę wie­dzieć wię­cej - pomy­ślał Luka. Josip jest zbyt prze­bie­gły, by wysy­pać się od razu. Dla­tego nie bez powodu zadzwo­nił do Petara. A chor­wac­kie służby na pewno mogą wiele zaofe­ro­wać byłym rzeź­ni­kom z Bośni.

Wszy­scy wie­dzieli, że bra­cia Juri­cio­wie mają na sumie­niu zbrod­nie wojenne i tylko ze względu na układy w poli­cji i woj­sku są pod cichą ochroną. Ale odkąd Chor­wa­cja weszła do Unii, w każ­dej chwili mogło się to zmie­nić i bra­cia dobrze o tym wie­dzieli. Musieli być ostroż­niejsi, a przede wszyst­kim bar­dziej pokorni. Luka doszedł do wnio­sku, że dopóki jego legenda pozo­sta­nie nie­za­gro­żona, uwi­kła­nie Juri­ciów będzie dla niego korzystne.

Zanim więc coś posta­nowi, musi się upew­nić, co wie Josip i czy zre­la­cjo­no­wał bratu roz­mowę z taj­nia­kiem. Dopiero wtedy poin­for­muje Tehe­ran. Nie­po­ko­iło go, że kurier się opóź­nia. Jeżeli nie pojawi się do jutra, wtedy on sam będzie musiał pod­jąć decy­zję. Ina­czej pogrze­bie całą ope­ra­cję.

Poło­żył dłoń na zim­nym pisto­le­cie i spoj­rzał na śpią­cego Haniego. Nagle zro­biło mu się go żal. Wszy­scy męczen­nicy, któ­rych prze­rzu­cał do Europy, byli głę­boko prze­ko­nani do swo­jej misji, wie­rzyli w jej boskie prze­sła­nie. Pod tym wzglę­dem Hani się od nich nie róż­nił, ale mimo wykształ­ce­nia było w nim coś roz­bra­ja­jąco naiw­nego, ale jed­no­cze­śnie szcze­rego. Może to ten jego nie­winny wygląd tak na mnie wpływa - pomy­ślał Luka i uśmiech­nął się do sie­bie, lecz wcale nie zro­biło mu się lepiej. Hani sam wybrał swój los, cho­ciaż tak naprawdę nie mógł wie­dzieć, na co się waży.

Luka wyglą­dał przez okno na ską­pany w desz­czu par­king. Po lewej stro­nie, przy bra­mie zamknię­tego garażu, stał czarny mer­ce­des Josipa. Wła­ści­ciel był jesz­cze w zajeź­dzie. Luka spoj­rzał na zega­rek: kwa­drans po dwu­dzie­stej pierw­szej. Od nie­do­pałka przy­pa­lił kolej­nego papie­rosa i cienką strużką wypu­ścił dym przez uchy­lone okno.

Wtedy zoba­czył świa­tła wjeż­dża­ją­cego na par­king samo­chodu. Srebrny jaguar I-Pace minął latar­nię i sta­nął obok mer­ce­desa. Chwilę póź­niej z nie­ma­łym tru­dem wyto­czył się z niego pra­wie dwu­stu­ki­lowy star­szy brat Josipa, szef miej­sco­wej mafii.

Kiedy Luka patrzył, jak Petar kro­czy w desz­czu do wej­ścia, dotarło do niego, że cze­ka­nie do rana nie ma sensu, bo za chwilę pętla może się zaci­snąć.

Czas gra na moją... naszą nie­ko­rzyść - pomy­ślał z nara­sta­ją­cym nie­po­ko­jem. Josip i Petar się upew­nią, że dobrze robią, a ja stracę noc, czas... i zasko­cze­nie.

6

Amina chwy­ciła ostrze trzema pal­cami i wciąż trzy­ma­jąc na kola­nach śpiącą Asę, z całej siły cisnęła nożem kuchen­nym. Jagan wie­dział, że to zrobi, lecz nie zamie­rzał się bro­nić. Miał wystar­cza­jąco dużo czasu, by sko­czyć i ją obez­wład­nić, ale jakaś potężna siła kazała mu tylko pod­nieść rękę i nad­sta­wić dłoń na lecący w jego stronę nóż. Wła­ści­wie nic nie poczuł. Ze zdzi­wie­niem zoba­czył, że nóż prze­bił mu lewą dłoń i utkwił w niej po ręko­jeść. Nie popły­nęła ani jedna kro­pla krwi. Wysu­nął powoli ostrze i odło­żył nóż na sto­lik obok. Zaci­snął mocno dłoń i po pro­stu wyszedł.

Tra­fił do jakie­goś nędz­nego baru pod odra­pa­nym szyl­dem Ragna­rok i zamó­wił cztery wódki. Trzy wypił od razu, a czwartą polał sobie zbie­lałą już pięść.

Cały czas obser­wo­wał go potężny bar­man z runicz­nym tatu­ażem na łysej gło­wie i zaple­cio­nymi wąsami. W końcu pod­szedł, obej­rzał pięść, ze zro­zu­mie­niem poki­wał głową, powie­dział coś po nor­we­sku i wycią­gnął z szafki pla­ster z opa­trun­kiem. Spró­bo­wał otwo­rzyć dłoń, ale była zaci­śnięta jak kamień. Jagan mil­cząco dał znać, że nie może jej roze­wrzeć. Nor­weg przy­tak­nął i nakleił pla­ster na wierzch­nią stronę.

- J?vla t?ff rus­sisk - rzu­cił pod nosem i posta­wił Jaga­nowi wódkę na koszt firmy.

Następ­nego dnia Jagan był już w Moskwie. Wciąż miał zaci­śniętą pięść i wła­ści­wie o niej zapo­mniał, bo nawet już jej nie czuł. Cał­kiem spraw­nie radził sobie w podróży jedną ręką, ale uznał w końcu, że powi­nien coś zro­bić z tą dło­nią, bo była mu potrzebna do pro­wa­dze­nia moto­cy­kla. Pró­bo­wał ją otwo­rzyć na siłę za pomocą pra­wej ręki, ale bez­sku­tecz­nie. Kiedy doje­chał do Alek­san­drowki, zna­lazł w garażu meta­lowy pręt, wepchnął go w śro­dek dłoni i spró­bo­wał roze­wrzeć palce, ale metal tylko się wygiął.

W końcu wziął butelkę samo­gonu, ogórki, pół czar­nego chleba i poszedł do sta­rej Maru­chy, która miesz­kała za lasem. Wygrze­bał ją spod sterty koł­der, nalał szklankę wódki, ukroił chleba i poło­żył na gaze­cie kiszony ogó­rek. Maru­cha wódkę wypiła, chle­bem się tylko zacią­gnęła, ale ogór­kiem zaką­siła, poru­sza­jąc bez­zębną szczęką. Resztę wódki scho­wała po sto­łem.

Jagan bez słowa poka­zał dłoń. Maru­cha obej­rzała ją uważ­nie, cho­ciaż wszy­scy mówili, że jest pra­wie ślepa. Obra­cała nią na wszyst­kie strony, pową­chała, aż w końcu orze­kła:

- Mocz.

- Mocz? - zapy­tał Jagan, ani tro­chę nie zasko­czony, bo Maru­cha wszystko leczyła za pomocą moczu.

- Tak, ale tylko twój - dodała.

- Mam pić?

- Nie, masz sobie szczać na rękę przez dwa dni, ale powoli i do środka. Zawsze rano i wie­czo­rem. Przej­dzie - orze­kła z prze­ko­na­niem, po czym wzięła butelkę spod stołu i poczła­pała z powro­tem do łóżka.

Jagan zro­zu­miał, że kon­sul­ta­cje się skoń­czyły. Wyszedł na zewnątrz i sta­nął przed drzwiami. W sumie był zado­wo­lony, że nie kazała mu pić moczu, bo chyba nie dałby rady. Maru­cha zale­cała go do użytku zewnętrz­nego i wewnętrz­nego, a mimo to ludzie z Alek­san­drowki i oko­licz­nych wio­sek do niej zjeż­dżali, bo poma­gało. Cza­sami wąchała, pró­bo­wała i patrzyła na mocz i jeśli wie­działa, że nie może pomóc, nie zale­cała jego uży­cia, więc ludzie uwa­żali, że jest uczciwa. Podobno nikt w Rosji nie znał się na moczu tak jak Maru­cha.

Odszedł za róg chaty i roz­piął spodnie. Powoli, ostroż­nie i dokład­nie zaczął odda­wać mocz na pobla­dłą zaci­śniętą pięść. Poczuł cie­pło i pomy­ślał, że Maru­cha ma jed­nak rację. Poru­szył małym pal­cem, potem następ­nym, mocz dostał się do wnę­trza i po chwili dłoń się otwo­rzyła. Zapiął spodnie i zaczął oglą­dać palce, które z tru­dem co prawda, ale zaczy­nały się poru­szać. Dłoń się zaru­mie­niła. Jagan pomy­ślał, że rosyj­ska medy­cyna ludowa bije na głowę chiń­ską, nie mówiąc już o ame­ry­kań­skiej, i jest o wiele tań­sza. Do wie­czora dłoń zaczęła nor­mal­nie pra­co­wać.

Od tam­tych dni minęło dużo czasu i Jagan nie pamię­tał już, dla­czego wtedy pod­dał się woli Aminy. Z tru­dem przy­po­mi­nał sobie frag­menty obra­zów z Oslo, jakby przy­wo­ły­wał cudze wspo­mnie­nia albo prze­glą­dał inter­net. Zawsze miał pro­blemy z pamię­cią, ale nasi­liły się one po wyda­rze­niach na Gotlan­dii, gdzie został ciężko ranny. Do dzi­siaj nie wie­dział, co się wtedy stało.

O Boga­je­wach zapo­mniał i nawet bli­zna na dłoni nic mu już nie mówiła. Śmierć puł­kow­nika Olega Dunina z ręki jego byłej żony zamknęła roz­li­cze­nie. Jagan został bez pie­nię­dzy, jesz­cze moc­niej roz­go­ry­czony. Nikogo nie nie­na­wi­dził teraz bar­dziej niż face­tów z GRU i SWR, ludzi bez honoru i wyzu­tych z miło­ści do ojczy­zny, jak uwa­żał. Nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego pre­zy­dent wciąż tole­ruje to żmi­jo­wi­sko, zamiast oprzeć się na zdro­wej czę­ści rosyj­skiej armii. Czuł się wie­lo­krot­nie oszu­kany i zakła­dał, że szpie­dzy oszu­kują też pre­zy­denta, a nawet samych sie­bie.

No, może z wyjąt­kiem puł­kow­nika Miszy Popo­wskiego. On był inny, miał wspa­niały kre­dens w domu i zasady, ale gdzieś, bladź, prze­padł - zasta­na­wiał się Jagan.

Od powrotu z Nor­we­gii zmie­nił się, ale nikt nie był w sta­nie tego zauwa­żyć, bo Jagan dalej miesz­kał sam i oprócz dzieci z Alek­san­drowki, które uczył samo­obrony, z nikim nie utrzy­my­wał kon­tak­tów.

Kupił lap­top z inter­ne­tem i godzi­nami sie­dział w swo­jej cha­cie, prze­glą­da­jąc różne strony. Nagle odkrył świat na nowo. Naj­bar­dziej lubił filmy radziec­kie z lat pięć­dzie­sią­tych i westerny. Wie­czo­rami pił wódkę i śpie­wał razem z Mar­kiem Ber­ne­sem Żurawli albo Tiom­naja nocz´. Musiał jed­nak w końcu zmie­nić reper­tuar, bo pił coraz wię­cej i zaczął się wsty­dzić swo­ich łez. Prze­szedł na zespół Lube, któ­rego pio­senki dobrze go moty­wo­wały i przy­po­mi­nały czasy chwały. Wpraw­dzie pił tyle samo, ale już nie pła­kał.

Co rano, aby prze­wie­trzyć głowę, wsia­dał na swój moto­cykl Ural M-72 z 1951, któ­rego nazy­wał Rusła­nem, i z dubel­tówką na ple­cach pędził po leśnych bez­dro­żach. Tro­chę to poma­gało, ale nie na długo, bo inter­net poże­rał Jagana coraz bar­dziej. On sam zda­wał sobie z tego sprawę i sta­rał się dłu­żej jeź­dzić na moto­rze. Zebrał kil­ku­na­stu miej­sco­wych łobu­zia­ków, odcią­gnął ich od alko­holu i kleju i zor­ga­ni­zo­wał w oddział pła­stu­nów Junar­mii. Z tru­dem, ale wytrwale kształ­to­wał w nich patrio­tyczne postawy, odnaj­du­jąc w sobie silne wycho­waw­cze powo­ła­nie.

Praw­dziwe pro­blemy zaczęły się, kiedy chłopcy poka­zali mu gry wojenne. Następ­nego dnia przy­wiózł z Moskwy na ple­cach wielki moni­tor i Play­Sta­tion, którą pole­cił mu sprze­dawca. Od tego dnia prze­stał jeź­dzić na moto­rze i pić wódkę. Zasło­nił okna. Żył czip­sami i colą. Spał godzinę, dwie, a i w snach dalej wal­czył.

Chłopcy wysta­wali u niego pod oknem, ale Jagan stra­cił chęć do dal­szej pracy spo­łecz­nej i z dnia na dzień prze­kła­dał zaję­cia. W końcu prze­stali przy­cho­dzić, a Jagan odpa­lał moto­cykl tylko wtedy, kiedy jechał do Moskwy, żeby kupić nowe gry. Cią­gle zwy­cię­żał i prze­cho­dził wszyst­kie poziomy bez trudu. Wkrótce jako "Borysa" znał go nie­mal cały świat gra­czy i roz­po­częły się poszu­ki­wa­nia, kim naprawdę jest ten Rosja­nin. Każdy chciał być z nim w jed­nej dru­ży­nie i poja­wiły się pierw­sze pro­po­zy­cje od pro­du­cen­tów gier, któ­rzy chcieli go zatrud­nić do pisa­nia sce­na­riu­szy i testo­wa­nia. Jagan jed­nak z nikim nie roz­ma­wiał, co jesz­cze bar­dziej roz­bu­dzało wyobraź­nię gra­czy i budo­wało mit nie­zwy­cię­żo­nego "Borysa".

Cią­gle kupo­wał nowe gry, bo musiał szu­kać świe­żych doznań. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że te gry nie mają nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią, a jed­nak zatra­cał się zupeł­nie i prze­ży­wał każdą misję, jakby to było naprawdę. Cza­sami uczył się nawet cze­goś nowego.

7

Luka prze­ła­do­wał swoją berettę, odbez­pie­czył i wci­snął za pasek z tyłu. Cicho zamknął za sobą drzwi, żeby nie obu­dzić Haniego. Zszedł na dół. Za barem stała czarna Mila, kochanka Josipa i kie­row­niczka zajazdu. Z uśmie­chem obsłu­gi­wała dwóch obję­tych czule pija­ków mru­czą­cych nie­skład­nie jakąś melo­dię. Zauwa­żyła go, kiedy kie­ro­wał się do wyj­ścia, i unio­sła dłoń na powi­ta­nie.

- Josip? - zapy­tał z odle­gło­ści kilku metrów, bez­gło­śnie poru­sza­jąc ustami.

Wska­zała głową na zaple­cze.

Luka wyszedł na zewnątrz i pod­biegł do swo­jego volvo, bo deszcz się wzmógł. Otwo­rzył skrytkę, w któ­rej trzy­mał pisto­let, i wło­żył rękę do środka. Koń­cami pal­ców wyczuł podłużny przed­miot, ale nie mógł go chwy­cić, bo leżał zbyt głę­boko, a ręka się nie mie­ściła. Od początku mówił tech­ni­kowi, że skrytka jest zbyt wąska. W końcu naci­snął ów przed­miot z jed­nej strony, tak żeby uniósł się z dru­giej, i wtedy chwy­cił go dwoma pal­cami.

Wyjął ze skrytki wło­ski nóż sprę­ży­nowy Frank Bel­trame obło­żony pali­san­drem. Nazy­wał go Fra­nio. Luka lubił ten nóż o wiele bar­dziej niż swoją berettę, bo wie­dział, że można go łatwo ukryć, sku­tecz­nie nim zaata­ko­wać i cicho zabić. Nie obroni się jed­nak nożem przed ata­kiem tak jak pisto­le­tem kali­bru 9 mili­me­trów.

Zwol­nił kciu­kiem blo­kadę i dwu­na­sto­cen­ty­me­trowe cien­kie ostrze wysko­czyło z cha­rak­te­ry­stycz­nym klik­nię­ciem. Luka uwiel­biał ten dźwięk. Zło­żył nóż i wsu­nął go sobie za skar­petkę na pra­wej nodze.

Wró­cił do zajazdu.

Mila pró­bo­wała obu­dzić pijaka, który naj­wy­raź­niej zasnął na barze. Drugi gdzieś znikł. Luka wska­zał głową na zaple­cze, a Mila potwier­dziła.

Biuro Josipa, nazy­wane kaverną, było ponad­trzy­dzie­sto­me­tro­wym pomiesz­cze­niem i peł­niło funk­cję cen­trum biz­ne­sowo-ope­ra­cyj­nego braci Juri­ciów oraz izby pamięci ich wojen­nych doko­nań. Było to jedyne miej­sce, w któ­rym czuli się bez­piecz­nie i wygod­nie, więc nie każdy miał tam wstęp. Uwa­żało się nawet, że zapro­sze­nie do kaverny nobi­li­tuje. Tutaj bra­cia trzy­mali pamiątki z wojny, któ­rych nie mogli wysta­wić w barze. Dwie wiel­kie wytarte czer­wone kanapy pamię­tały czasy wcze­snego Tito, ale Josip bar­dzo je lubił i nie pozwa­lał ich wyrzu­cić. Ściany, które kazał poma­lo­wać na ciem­no­czer­wony kolor, żeby paso­wały do tych skó­rza­nych piko­wa­nych kanap, były ozdo­bione licz­nymi tro­fe­ami z rogami, zdję­ciami z wojny w Her­ce­go­wi­nie oraz nama­lo­wa­nym na zamó­wie­nie Petara dużym por­tre­tem Ante Pave­li­cia w mun­du­rze. Boczne oświe­tle­nie, zapro­jek­to­wane przez Josipa, miało doda­wać kaver­nie intym­no­ści i cie­pła, ale Mila uwa­żała, że tylko wzmac­nia sko­ja­rze­nie z Pave­li­ciem.

Luka prze­szedł kilka metrów wąskim kory­ta­rzem i sta­nął pod pan­cer­nymi drzwiami. Zastu­kał, ale nikt nie otwie­rał. Zastu­kał jesz­cze raz. Luka pamię­tał, że Josip ma obse­sję na punk­cie bez­pie­czeń­stwa i wszę­dzie insta­luje kamery, więc musi wie­dzieć, kto stoi pod drzwiami.

Nara­dzają się - pomy­ślał. Nie przy­pusz­czali, że przyjdę.

Drzwi zachrzę­ściły i otwo­rzyły się na oścież. Przed Luką sta­nął Petar w koszuli z pod­wi­nię­tymi ręka­wami. W ustach miał wiel­kie cygaro. Wypeł­niał sobą całe wej­ście, ale Luka był wystar­cza­jąco wysoki, by dostrzec Josipa, który z roz­ło­żo­nymi ramio­nami sie­dział na kana­pie.

Petar usu­nął się na bok i Luka wszedł, prze­ci­na­jąc gęsty dym z cygar wzmoc­niony zapa­chem whi­sky. Zajął miej­sce na dru­giej kana­pie, naprze­ciwko Josipa, który wyglą­dał na mocno wla­nego.

- Napi­jesz się... Luka? - zapy­tał Petar, pod­cho­dząc do barku. - A wła­ści­wie to jak się nazy­wasz, Hasan, Moha­med? - Oba imiona wypo­wie­dział z nie­skry­waną pogardą. - Zresztą... chuj, jak się nazy­wasz. - Nalał whi­sky do szklanki i podał Luce. - Widzisz! Usłu­guję ci... - Na chwilę zawie­sił głos. - Sza­nuję. Wiesz, co to zna­czy?

- Rozu­miem, że Josip już ci opo­wie­dział o wizy­cie bez­pieki - odparł Luka.

- A co myśla­łeś? - wtrą­cił się Josip. - Możemy mieć przez cie­bie sporo pro­ble­mów i może nas to drogo kosz­to­wać. Wła­ści­wie powin­ni­śmy dać ci teraz w łeb, zwią­zać i odsta­wić do Zagrze­bia. Przy­słu­żymy się ojczyź­nie i jesz­cze na tym zaro­bimy. - Pochy­lił się, by wziąć ze stołu szklankę, ale drugą ręką się­gnął za plecy i wydo­był pisto­let, który wyce­lo­wał w Lukę. - Masz broń? - zapy­tał i dał znak bratu, by go spraw­dził. - Wstań! - roz­ka­zał.

Luka pod­niósł się, wciąż trzy­ma­jąc szklankę z whi­sky, a Petar, jakby wie­dział, gdzie chowa broń, wyszarp­nął mu berettę zza paska.

- Teraz możemy poroz­ma­wiać - oświad­czył Josip. - To tak na wszelki wypa­dek.

- Przy­sze­dłeś do nas z zała­do­wa­nym i odbez­pie­czo­nym pisto­le­tem? - Petar uniósł berettę, jakby demon­stro­wał dowód w sądzie.

- No wła­śnie! - rzu­cił Josip. - Jak ci zaufać? Od razu widać, że jesteś pod­stępny jak każdy wyznawca Allaha.

- To co ci powie­dział ten taj­niak? - zapy­tał Luka, baga­te­li­zu­jąc sytu­ację, bo wie­dział, że na Juri­ciach odbez­pie­czona broń nie robi wra­że­nia. - Że szu­kają mnie... wła­śnie mnie? Niby z jakiego powodu? Że jestem kim... irań­skim szpie­giem? - Usiadł na kana­pie. Spra­wiał wra­że­nie spo­koj­nego i zdy­stan­so­wa­nego, ale w rze­czy­wi­sto­ści był spięty i czuł, że naj­pierw musi zapa­no­wać nad rękami, bo to był jego naj­słab­szy punkt.

- Sam fakt, że teraz przy­sze­dłeś, to potwier­dza, zresztą i tak sprawa jest oczy­wi­sta.

- No więc? - Luka nie ustę­po­wał. - Załóżmy, że tak jest. I co?

- I to jest poważna roz­mowa - włą­czył się Petar. - Mamy dla two­ich aja­tol­la­hów godną uwagi pro­po­zy­cję i chcie­li­by­śmy poroz­ma­wiać z kimś odpo­wie­dzial­nym i decy­zyj­nym w Tehe­ra­nie. No... i ty też w tym jesteś. - Spoj­rzał na Lukę z uda­waną sym­pa­tią, pusz­cza­jąc kłęby dymu. - Masz u nas pro­wi­zję, bo u was to nagrodę chyba dadzą ci w nie­bie.

- W ten spo­sób zaro­bisz podwój­nie - dodał Josip i pocią­gnął whi­sky. - Na ziemi i w nie­bie. Uznaw­szy to za dobry dow­cip, Juri­cio­wie roze­śmiali się chra­pli­wie.

Luka wie­dział już, co ma zro­bić, i był gotów. Dla­tego nie mógł się teraz odkryć, jeśli chciał usta­lić, co taj­niak powie­dział Josi­powi.

- Okej. - Poki­wał głową. - Zga­dza się, pra­cuję dla Tehe­ranu i nie za zba­wie­nie, tylko za kasę, dobrą kasę. To jest biz­nes...

- Mamy nadzieję, że nie kumasz się z tymi rzeź­ni­kami halal z ISIS - wtrą­cił Petar. - Tego nie bie­rzemy. Rozu­miesz?

- Iran wal­czy z ter­ro­ry­stami, ale przede wszyst­kim musi sobie radzić z embar­giem USA. A szcze­gól­nie teraz, kiedy wojna wisi w powie­trzu. Jasne? - rzu­cił Luka z peł­nym prze­ko­na­niem.

- I o to wła­śnie cho­dzi, nasz drogi irań­ski przy­ja­cielu - ucie­szył się szcze­rze Josip. - O to cho­dzi! Nie tylko przy­mkniemy oko na waszą dzia­łal­ność, ale jesz­cze pomo­żemy wam twór­czo się roz­wi­nąć. Od dawna szu­ka­li­śmy spo­sobu, żeby dobrać się do tego inte­resu, i nagle spa­dłeś nam z nieba, per­ski przy­ja­cielu. Biz­nes jest bar­dzo deli­katny, więc potrze­bu­jemy kogoś, kto potrafi zacho­wać tajem­nicę i jed­no­cze­śnie będzie wia­ry­god­nie umo­co­wany. Nie ma lep­szego kanału niż wasze służby, prawda? - Uniósł krza­cza­ste brwi i zaraz sam sobie odpo­wie­dział: - Oczy­wi­ście, że prawda! Josip dobrze to wie.

- Kon­kret­nie - znie­cier­pli­wił się Luka. - Czego ocze­ku­je­cie?

- Mówiąc krótko - zaczął Petar - mamy kon­takty w por­cie i w rafi­ne­rii w Rijece oraz w Zagrze­biu, ty masz kon­takty w Tehe­ra­nie i tanią ropę. Pro­ste? Biz­nes łatwy i zyskowny.

- A co z Ame­ry­ka­nami? - zapy­tał Luka.

- Chuj z nimi. - Petar mach­nął ręką. - Zała­twimy sprawę. Pies ich jebał.

- Możemy poroz­ma­wiać, bo pomysł jest nie­nowy i już reali­zo­wany tu i tam. Ale czy wy macie jakieś poję­cie o han­dlu ropą? I kto o tym wie? I co wasze służby wie­dzą o mnie?

Ostat­nie pyta­nie było naj­waż­niej­sze, bo Luka dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że Juri­cio­wie nie mają zie­lo­nego poję­cia o prze­my­cie ropy, tylko po pro­stu zwie­trzyli biz­nes. Z zajazdu na przed­mie­ściach Zagrze­bia do kupna tan­kowca lewej ropy droga daleka, ale chci­wość nie ma gra­nic - pomy­ślał.

- I to jest wła­ściwe podej­ście - oświad­czył Josip. - O biz­nes się nie martw. Mamy ludzi, któ­rzy się na tym znają. Daj nam tylko odpo­wiedni kon­takt w Tehe­ra­nie.

- Resztą my się zaj­miemy - dodał Petar. - A ty spo­koj­nie będziesz mógł sobie dzia­łać dalej.

- Co o mnie wie­dzą? - zapy­tał ponow­nie Luka.

- Szu­kają Irań­czyka, który pra­cuje dla wywiadu i podaje się za Asy­ryj­czyka - wyja­śnił Josip. - Wie­dzą, że zatrzy­my­wał się kil­ka­krot­nie w naszym zajeź­dzie. Prze­rzuca ludzi do Europy. I wszystko było jasne.

- No i jest synem jakie­goś bar­dzo waż­nego mułły czy kogoś w tym rodzaju - z uśmie­chem dorzu­cił Petar. - I to wła­śnie zain­spi­ro­wało nas naj­bar­dziej.

Luka zro­zu­miał, jak bar­dzo naiwni są bra­cia Juri­cio­wie. Mogli być dobrzy w ban­dyc­kim i prze­myt­ni­czym pro­ce­de­rze, ale nic nie rozu­mieli z poli­tyki ani tym bar­dziej z dzia­łal­no­ści służb spe­cjal­nych. Wyda­wało im się, że zła­pali oka­zję, bo mają kon­takty i pomysł, ale wkro­czyli na nie­bez­pieczny teren. Nagle stało się dla Luki oczy­wi­ste, że wkrótce Mosad albo CIA wpadną na jego trop i wszystko ustalą, więc musiał jak naj­szyb­ciej zatrzeć za sobą ślady. Nie miał czasu.

Zgu­biła ich zwy­kła aro­gan­cja. Jakie to żało­sne - pomy­ślał i schy­lił się powoli, jakby chciał popra­wić spodnie.

Się­gnął ręką do buta. Wyczuł podłużny kształt noża i wycią­gnął go, kry­jąc w dłoni. Przy­su­nął się do Petara, który chwilę wcze­śniej przy­siadł się do niego na kana­pie, i odbez­pie­czył nóż.

Usły­szeli tylko meta­liczne klik­nię­cie. Luka jed­nym ruchem pod­ciął grube gar­dło Petara i nim któ­ryś z braci poła­pał się, co zaszło, wybił się z całej siły i sko­czył przez stół.

Josip zdą­żył wycią­gnąć rękę w stronę pisto­letu, który leżał obok, ale Luka spadł na niego okra­kiem i szyb­kim pchnię­ciem wbił mu ostrze w pierś aż po ręko­jeść. Josip zamarł w bez­ru­chu, z sze­roko otwar­tymi oczami i ustami, jakby chciał coś powie­dzieć. I wtedy Luka gwał­tow­nie obró­cił nożem.

Wstał. Petar jesz­cze char­czał, trzy­ma­jąc się za gar­dło i prze­wra­ca­jąc oczami, a spod jego dłoni kaskada krwi wyle­wała się na pierś.

- Duży jest, dużo krwi - wyszep­tał Luka, wycie­ra­jąc zakrwa­wiony nóż i dłoń o kanapę. - Coś mnie tknęło, żeby go wziąć - powie­dział gło­śniej i zapa­lił papie­rosa.

Przy­siadł na opar­ciu i pomy­ślał, że łatwo poszło, ale to dopiero połowa roboty. Musiał znisz­czyć nagra­nia z moni­to­ringu i została jesz­cze Mila.

W rogu kaverny stało biurko, a na nim kom­pu­ter. Luka usiadł na krze­śle, ude­rzył w kla­wisz i ekran ożył. Tak jak się spo­dzie­wał, poja­wiły się na nim sekwen­cje z ośmiu kamer. Na jed­nym z obra­zów Mila stała za barem, paliła papie­rosa i roz­ma­wiała przez tele­fon. Pija­ków już nie było.

Petar char­czał coraz ciszej, ale cygaro w jego dłoni wciąż się tliło. Luka miał nadzieję, że spali mu palce.

8

Monika wró­ciła z jogi o pięt­na­stej i posta­no­wiła naj­pierw zro­bić sobie tosty z serem, wziąć prysz­nic, a dopiero potem obej­rzeć wia­do­mo­ści. Do spo­tka­nia zostały trzy godziny. Na gołe ciało wło­żyła biały szla­frok frotté i z tale­rzy­kiem zale­gła przed tele­wi­zo­rem.

Tego wie­czoru Ela i Witek mieli wolne. Z Kra­kowa przy­je­chała mama Eli i zajęła się małym Julia­nem, więc mło­dzi zor­ga­ni­zo­wali wyj­ście Eks­Sek­cji, jak teraz się nazy­wali, do pubu Zie­lona Gęś. Lutek i Ewa zapo­wie­dzieli, że też przyjdą.

Dima począt­kowo obie­cy­wał nie­wy­raź­nie, że wpad­nie, ale Monika czuła, że nie ma nastroju na spo­tka­nie. Pró­bo­wał się wykrę­cić pod jakimś mało prze­ko­nu­ją­cym pre­tek­stem i nawet spe­cjal­nie się nie wysi­lał, żeby zabrzmieć wia­ry­god­nie. Ela i Witek trwali jed­nak przy swoim, kusząc go nie­spo­dzianką, jaką przy­go­to­wali, aż Dima w końcu przy­rzekł, że przyj­dzie. Monika też nic nie wie­działa o nie­spo­dziance. Kiedy jed­nak pró­bo­wała zmie­nić miej­sce spo­tka­nia, bo w Zie­lo­nej Gęsi ni­gdy nie była, Witek odparł zde­cy­do­wa­nie, że tylko tam nie­spo­dzianka ma swoją moc. Brzmiał na tyle tajem­ni­czo i sym­pa­tycz­nie, że prze­stała opo­no­wać.

Włą­czyła NTV24. Od razu tra­fiła na panel dys­ku­syjny dzien­ni­ka­rzy i poli­to­lo­gów w spra­wie kry­zysu w Zatoce Per­skiej. Od kilku tygo­dni napię­cie mię­dzy Ira­nem i Ara­bią Sau­dyj­ską się­gało zenitu. Stany Zjed­no­czone ścią­gały woj­ska do Afga­ni­stanu i Iraku, gdzie oddziały Kata'ib Hezbol­lah coraz inten­syw­niej ata­ko­wały ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy. VII Flota stała już na Oce­anie Indyj­skim, a z Tehe­ranu docho­dziły coraz ostrzej­sze wypo­wie­dzi aja­tol­la­hów i przez mia­sto prze­ta­czały się ogromne anty­ame­ry­kań­skie i anty­izra­el­skie demon­stra­cje. Moskwa i Pekin wydały pod adre­sem Waszyng­tonu bar­dzo ostre ostrze­że­nia, które nie pozo­sta­wiały złu­dzeń, po czy­jej stro­nie się opo­wie­dzą, i przy­spie­szyły dostawy broni. Bruk­sela rów­nież wzy­wała Stany Zjed­no­czone do powstrzy­ma­nia się od agre­syw­nych dzia­łań. Przed­wy­bor­cze noto­wa­nia pre­zy­denta USA, które dotąd spa­dały, nagle zatrzy­mały się i zaczęły gwał­tow­nie rosnąć. Nikt nie mógł zro­zu­mieć tego ame­ry­kań­skiego feno­menu poli­tycz­nego, ale wszy­scy byli zgodni, że nie skoń­czy się to dobrze i że wojna, a w efek­cie wielki świa­towy kry­zys eko­no­miczny, wisi w powie­trzu.

Monika od samego początku śle­dziła z uwagą wyda­rze­nia. Była ofi­ce­rem ope­ra­cyj­nym wywiadu, a nie ana­li­ty­kiem, ale dosko­nale zda­wała sobie sprawę, co się dzieje i jakie kon­se­kwen­cje spadną także na Pol­skę, na każ­dego jej oby­wa­tela. Wie­działa i widziała wię­cej niż inni, dla­tego iry­to­wały ją naiwne dys­ku­sje spe­cja­li­stów kre­owane pod poli­tyczne zapo­trze­bo­wa­nie i aktu­alne sym­pa­tie. Pol­skie spo­łe­czeń­stwo zajęte kon­sump­cją nie dopusz­czało do sie­bie ponu­rej per­spek­tywy, w czym sku­tecz­nie utwier­dzał je pre­mier Bolecki. Pięk­nymi ora­cjami prze­ko­ny­wał Pola­ków, że pań­stwo jest sprawne, dobrze przy­go­to­wane, nic mu nie grozi i będzie wier­nie stać u boku Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Baga­te­li­zo­wał pro­blem, uni­kał trud­nych pytań. Wtó­ro­wały mu rzą­dowe media, glo­ry­fi­ku­jąc wcze­śniej­szy udział Pol­ski w woj­nie w Iraku. Wyniki badań opi­nii publicz­nej wska­zy­wały, że pre­mierowi ufa prze­wa­ża­jąca część spo­łe­czeń­stwa, i to dopro­wa­dzało Monikę, podob­nie jak wszyst­kich pozo­sta­łych Eks, do naj­więk­szej wście­kło­ści.

Roz­ma­wiali o tym, spie­ra­jąc się i budu­jąc naj­róż­niej­sze sce­na­riu­sze i hipo­tezy. Ale naj­bar­dziej mar­twiła się Ela, która była Iranką i miała rodzinę w Tehe­ra­nie, a naj­mniej Dima, nie­ustan­nie powta­rza­jący, że żad­nej wojny nie będzie. Wszy­scy jed­nak dosko­nale wie­dzieli, że w efek­cie zade­cy­dują "nie­znane czyn­niki", czyli to, o czym opi­nia publiczna ni­gdy się nie dowie.

Monika słu­chała roz­mowy w stu­diu i nie dowia­dy­wała się niczego nowego. Pro­wa­dząca odczy­ty­wała pyta­nia z kartki, jakby nie pano­wała nad prze­bie­giem dys­ku­sji.

Wie­czo­rem w pubie znów będziemy o tym gadać - pomy­ślała Monika.

Się­gnęła po smart­fon i napi­sała wia­do­mość: Uprze­dzam! Jeżeli ktoś zacznie mówić o Ira­nie - wycho­dzę! Wysłała ją całej gru­pie. Po chwili wró­ciły do niej dwie łapki z wysta­wio­nym kciu­kiem i jeden emo­ti­kon. Z tele­fo­nem w dłoni cze­kała na odpo­wiedź od Dimy, ale on mil­czał. Po minu­cie zadzwo­niła.

- Przyj­dziesz dzi­siaj? - zapy­tała cie­pło, jakby chciała dać mu znać, że jej na tym zależy.

- Przyjdę... - odparł nie­pew­nie. - Ale chyba tylko na chwilę, bo...

- Bo co? - Unio­sła lekko głos. - Co masz takiego waż­nego do roboty? Dosta­łeś mojego ese­mesa?

- Dosta­łem.

- To wiesz, że dzi­siaj będzie miło i cie­pło. Żad­nej wojny, no i mło­dzi mają dla nas jakąś nie­spo­dziankę. Będzie faj­nie, wylu­zu­jemy tro­chę. Należy się nam, nie sądzisz? A poza tym co ty tak smę­cisz od jakie­goś czasu? Gdzie jest Dimi­trios Cal­de­rón?

- Daj spo­kój, Monika - prze­rwał jej Dima. - Nie bierz mnie pod włos. Prze­cież mówię, że przyjdę. Nic mi nie jest. Porząd­kuję doku­menty po prze­pro­wadzce i takie tam...

- Ile ty już czasu porząd­ku­jesz te doku­menty? Pomóc ci może...

- No nie... nie trzeba! Widzimy się. Cześć!

- Cześć.

Monika była zado­wo­lona, bo przy­ci­snęła Dimę, a on nie sta­wiał oporu jak wcze­śniej. Był coraz bar­dziej otwarty, nie upie­rał się przy byle spra­wie i dawał się prze­ko­nać.

Tak się Monice wyda­wało, bo Dima uwa­żał, że to ona szuka w nim opar­cia, i sta­rał się jej pomóc. Poza tym odkąd prze­stali razem pra­co­wać, zni­kły pola kon­flik­tów i poja­wiły się nowe tematy, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie odkry­wali. Dima poczuł, że w Monice jest wię­cej uroku i kobie­co­ści, niż dotąd dostrze­gał. Bywały chwile, że z tru­dem zno­sił jej obec­ność. Potra­fiła go dener­wo­wać, cho­ciaż wcale sobie tego wów­czas nie uświa­da­miał. Zro­zu­miał to dopiero teraz, kiedy tam­ten czas minął. Monika zaczęła mu się podo­bać, ale ina­czej niż poprzed­nio. Zawsze wie­dział, że jest sza­le­nie inte­li­gentna, ma wyjąt­kowe zdol­no­ści, roz­bu­dzone zmy­sły, jest atrak­cyjną kobietą, ale teraz przy­ła­pał się na tym, że coraz czę­ściej o niej fan­ta­zjuje.

Wło­żyła czarny golf i obci­słe czarne dżinsy, srebrną bran­so­letkę i kol­czyki. Wszystko pro­ste, surowe, w podob­nych kształ­tach geo­me­trycz­nych. Do tej pory bar­dzo oszczęd­nie uży­wała biżu­te­rii, uwa­ża­jąc, że zbyt mocno iden­ty­fi­kuje ona kobietę, a jako ofi­cer wywiadu nie mogła sobie na to pozwo­lić. Nie dała się prze­ko­nać ani Eli, ani Ewie. Nawet maki­jaż sto­so­wała bar­dzo oszczęd­nie.

Wszystko zaczęło się zmie­niać, kiedy ode­szła ze służby. Naj­pierw urzą­dziła w swo­jej gale­rii wystawę biżu­te­rii arty­stycz­nej kolegi z Aka­de­mii i kiedy któ­re­goś wie­czoru została sama, zaczęła ją przy­mie­rzać. Od tej chwili uznała sre­bro za kru­szec stwo­rzony dla niej i nabyła więk­szą część wysta­wia­nej biżu­te­rii. Z myślą o wyeks­po­no­wa­niu sre­bra zaczęła dobie­rać ubra­nia i wyraź­niej się malo­wać. Wszy­scy przy­jęli jej meta­mor­fozę z uzna­niem, więc skró­ciła jesz­cze włosy i ufar­bo­wała na pla­ty­nowy blond.

Była osiem­na­sta, tak­sówka przy­słała już dru­gie pona­gle­nie. Monika zarzu­ciła na sie­bie zie­loną parkę z kap­tu­rem, zamknęła drzwi i zbie­gła po scho­dach. Śnieg z desz­czem zaci­nał w twarz, więc popra­wiła kap­tur i przy­spie­szyła kroku. Tak­sów­karz stał za przy­stan­kiem auto­bu­so­wym i kry­jąc się od wia­tru, sku­lony palił papie­rosa. Gdy zoba­czył bie­gnącą Monikę, zacią­gnął się szybko dwa razy i wsko­czył do samo­chodu.

- Zie­lona Gęś - rzu­ciła, zdej­mu­jąc kap­tur.

- Nie­pod­le­gło­ści - odparł kie­rowca, a z jego ust wypły­nął tyto­niowy dym.

W radiu dwóch eks­per­tów spie­rało się, jak wojna w Zatoce Per­skiej może wpły­nąć na cenę ropy.

- Może pan to wyłą­czyć albo dać jakąś muzykę? - zapy­tała grzecz­nie.

- Oczy­wi­ście.

Po chwili roz­le­gły się takty disco polo i głos Mar­ty­niuka, ale Monika wolała to niż dys­ku­sję.

- Będzie wojna z Ira­nem? - zapy­tał nie­spo­dzie­wa­nie kie­rowca. - Jak pani myśli?

- Oby nie - rzu­ciła krótko.

- Ame­ry­ka­nie szybko się z nimi roz­pra­wią. Czas roz­li­czyć tych cia­pa­tych isla­mi­stów za ich zama­chy, muł­łów, ter­ro­ry­stów...

- O ile wiem, to nie Irań­czycy, czyli szy­ici, są ter­ro­ry­stami, tylko sun­nici. W dodatku Sau­dyj­czycy, orto­dok­syjni isla­mi­ści, to sojusz­nicy Ame­ry­ka­nów - sko­men­to­wała pro­wo­ka­cyj­nie Monika i cze­kała na reak­cję tak­sów­ka­rza, który na chwilę zamilkł, wyraź­nie ana­li­zu­jąc skom­pli­ko­waną infor­ma­cję.

- Ja tam ich nie roz­róż­niam, ale tak czy ina­czej trzeba zro­bić z tym porzą­dek - ode­zwał się w końcu. - Kolega mojego kuzyna pra­cuje w Szwe­cji i mówi, że tam już islam rzą­dzi na całego. Są mia­sta opa­no­wane przez Ara­bów. A u nas? - Wska­zał ręką na czło­wieka na sku­te­rze, z zie­lo­nym pudłem na ple­cach. - Widzi pani tych cia­pa­tych z ubera, już kilka razy bym jed­nego z dru­gim roz­je­chał. Żad­nego porządku nie znają. W taką pogodę jesz­cze jeż­dżą... A poza tym mówią, że ben­zyna sta­nieje, bo mamy dostać kawa­łek Iranu z ropą.

- Co takiego? - odparła zasko­czona i z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ciła głową. Zoba­czyła, że kie­rowca przy­gląda się jej w lusterku. - Poje­dzie pan na wojnę? - zapy­tała ni stąd, ni zowąd.

- Ja? Nie... za stary jestem, ale nasi powinni jechać na wojnę, tylko nie tak jak w Iraku. Teraz Ame­ry­ka­nie muszą dać nam gwa­ran­cję, że dosta­niemy wła­sną strefę i ropę.

- Aha... - zamru­czała Monika i zamil­kła.

9

Dłonie lepiły mu się od krwi, więc poszedł do łazienki. Naj­pierw opłu­kał nóż, wytarł ręko­jeść pisto­letu, odło­żył jedno i dru­gie na szafkę i dopiero potem dokład­nie umył ręce. Zna­lazł tele­fony Petara i Josipa, wyłą­czył je i scho­wał do kie­szeni. Posta­no­wił odcze­kać jesz­cze chwilę, aż serce mu się uspo­koi, a ręce prze­staną drżeć, i dopiero wtedy zro­bić następny krok.

Nie miał wyboru. Mila widziała go, jak wcho­dził do kaverny. Czuł się źle, wie­dząc, że musi ją zabić, ale cóż zna­czy jedno życie w obli­czu tego, co wkrótce się sta­nie, kiedy cier­pieć i ginąć będą tysiące kobiet i dzieci. Prze­żył to w Iraku. Tak wła­śnie myślał za każ­dym razem, gdy musiał kogoś zabić. Uwa­żał, że w dzi­siej­szych cza­sach nie ma już nie­win­nych, bo każdy staje po któ­rejś ze stron, choćby z powodu miej­sca uro­dze­nia.

Braci Juri­ciów jed­nak nie było mu żal, a nawet czuł satys­fak­cję, kiedy Petar char­czał i sztyw­niało ciało Josipa. Wie­lo­krot­nie prze­chwa­lali się swo­imi zdję­ciami, na któ­rych trzy­mają obcięte głowy bośniac­kich muzuł­ma­nów. Nie kryli się z tym, bo myśleli, że Luka jest chrze­ści­ja­ni­nem.

Przej­rzał kom­pu­ter Josipa i zna­lazł apli­ka­cję, w któ­rej nagry­wał się obraz z kamer. Teraz był już pewny, że może go znisz­czyć. Wyłą­czył kom­pu­ter z sieci.

Pod­szedł do pan­cer­nych drzwi i miał już iść do Mili, ale jesz­cze się zatrzy­mał i rozej­rzał po pomiesz­cze­niu. Dwa zakrwa­wione ciała z odchy­lo­nymi do tyłu gło­wami sie­działy naprze­ciwko sie­bie jak kukły w lustrza­nym odbi­ciu. Pomy­ślał, że jest coś pięk­nego w tym widoku, i poczuł, że ciało Mili nie będzie tu paso­wać. Na kana­pach sie­działo dwóch zbrod­nia­rzy, któ­rzy sami pod­ci­nali gar­dła, a Mila była młoda, nie­winna i ni­gdy nie widziała śmierci. Musiał jed­nak dokoń­czyć dzieła, jeżeli chciał zyskać na cza­sie.

Nie miał wąt­pli­wo­ści, że nie­za­leż­nie od tego, co teraz zrobi, służby go namie­rzą. Wie­dzą już - pomy­ślał - kim jest Asy­ryj­czyk, ale nie wie­dzą jesz­cze, jak wygląda, więc powi­nie­nem moż­li­wie naj­szyb­ciej wyje­chać z Chor­wa­cji.

Ści­ska­jąc w dłoni nóż, otwo­rzył drzwi. Ciem­nym kory­ta­rzem zbli­żył się do wyj­ścia. Ostroż­nie uchy­lił kotarę. W barze nie było Mili, a na stołku sie­dział wpa­trzony w tele­wi­zor nie­znany mu męż­czy­zna. Luka spoj­rzał na zegar. Było już po dwu­dzie­stej dru­giej. Wró­cił do pokoju i wybrał numer "bar" na inter­ko­mie Josipa.

- Daj Milę - rzu­cił po chor­wacku, gdy ode­zwał się męż­czy­zna.

- Poje­chała już do domu - odparł tam­ten, zasko­czony.

- Aaa... - Luka roz­łą­czył się i przy­siadł na biurku.

Tego nie prze­wi­dział. Musiał wszystko jesz­cze raz szybko prze­kal­ku­lo­wać. Na początku zamie­rzał pod­pa­lić pomiesz­cze­nie, by zatrzeć ślady i opóź­nić pościg, ale teraz, skoro Mila żyła, było to już zbędne. Mógłby poje­chać do niej do domu, ale nie wie­dział, gdzie mieszka, a czas zaczął się coraz bar­dziej kur­czyć. Samo­chody Josipa i Petara stały przed zajaz­dem, więc było oczy­wi­ste, że obaj są w środku.

Posta­no­wił zosta­wić miej­sce tak, jak jest, i natych­miast opu­ścić zajazd. Na szczę­ście kamery nie reje­stro­wały już obrazu. Jeżeli będzie miał szczę­ście, to ciała zostaną odkryte dopiero rano, ale co naj­mniej kilka dni zaj­mie usta­le­nie, kim jest zabójca. Mila nie wie­działa, że Luka mieszka w Wied­niu, więc stwo­rze­nie wize­runku mor­dercy nie będzie łatwe.

Zabrał ze sobą cały kom­pu­ter, który na szczę­ście nie był duży. Zamknął kavernę na klucz i wymknął się z kory­ta­rza na klatkę scho­dową. Męż­czy­zna w barze nawet nie drgnął, a przy sto­li­kach było pusto.

W pokoju Hani wciąż spał sku­lony jak dziecko.

- Wsta­waj. - Luka szarp­nął go deli­kat­nie za ramię i podał mu oku­lary. - Ubie­raj się, jedziemy.

Hani, zdez­o­rien­to­wany, usiadł na łóżku.

- Która jest? - zapy­tał.

- Nie­ważne - odparł Luka, wkła­da­jąc skó­rzaną kurtkę. - Pospiesz się. - Rzu­cił mu ubra­nie, które leżało na krze­śle.

- Coś się stało? - dopy­ty­wał się zanie­po­ko­jony Hani, wcią­ga­jąc spodnie. - Dopiero dwa­dzie­ścia po dzie­sią­tej.

- Nic się nie stało. Nowe roz­kazy. Ale musimy wyje­chać po cichu, rozu­miesz? Bez zbęd­nego hałasu. Pospiesz się, Hani.

Zeszli na par­ter. Luka pocią­gnął Haniego za rękę i skrę­cili do kory­ta­rza na par­terze. Omi­nęli w ten spo­sób westy­bul, w któ­rym był bar. Zatrzy­mali się kilka metrów dalej, przy oknie. Luka otwo­rzył je na oścież.

- Dla­czego wycho­dzimy tędy? - zanie­po­koił się Hani.

- Ucisz się i rób, co każę. - Luka popchnął go lekko. - Tak musi być. - Pod­sa­dził małego Haniego, któ­remu trudno było wspiąć się z torbą na para­pet.

Chwilę póź­niej byli już po dru­giej stro­nie. Na par­kingu nic się nie zmie­niło. Deszcz wciąż padał, więc Luka wziął od Haniego torbę i zaczęli biec w stronę volvo. Minęli samo­chody braci Juri­ciów, które stały w ciem­no­ści równo obok sie­bie, i Luka pomy­ślał, że wyglą­dają, jakby też zostały zabite.

Wsie­dli do samo­chodu. Luka, nie włą­cza­jąc świa­teł, wyto­czył się powoli z par­kingu. Prze­je­chał dwie­ście metrów i zatrzy­mał się na pobo­czu. Wycią­gnął smart­fon, ale nie było żad­nej nowej wia­do­mo­ści.

- To co się stało, że tak nagle... - znów zaczął dopy­ty­wać się Hani.

- Zamknij się, do jasnej cho­lery! - wrza­snął Luka, aż Hani zamarł. - Zmiana pla­nów - dodał nieco spo­koj­niej­szym tonem. - Nie musisz się tym inte­re­so­wać. To na mnie spo­czywa odpo­wie­dzial­ność, rozu­miesz?

- Rozu­miem - odparł cicho Hani.

Luka ruszył ostro, aż zarzu­ciło tyłem samo­chodu. Dopiero teraz poczuł, że napię­cie go opusz­cza. Doci­skał gaz, chciał jak naj­szyb­ciej się odda­lić od hostelu Mostar. Po kilku minu­tach wje­chali na auto­stradę A2 i minęli tablicę z napi­sem Wie­deń 368 km.

- Jedziemy do Wied­nia? - zapy­tał nie­śmiało Hani.

- Tak - odpo­wie­dział Luka. - Prze­pra­szam. Nie chcia­łem na cie­bie krzyk­nąć, ale mam sporo do prze­my­śle­nia i tro­chę mnie to dener­wuje. Wszystko jest już w porządku. Nasza misja idzie jak trzeba. Tro­chę zmian, ale... - Uśmiech­nął się do Haniego. - Mogę zapa­lić?

- Jasne! - odparł zado­wo­lony Hani. - Wiesz... ja też zapalę. Dasz?

- Pew­nie! - Z bocz­nej kie­szeni kurtki Luka wyłu­skał paczkę papie­ro­sów i podał ją Haniemu razem z zapal­niczką. - Pali­łeś?

- Tak... kie­dyś... jesz­cze na stu­diach.

Hani nie­pew­nie wło­żył papie­rosa do ust, jakby miał dmu­chać balon. Przy­pa­lił sobie, po czym wcią­gnął dym, by go natych­miast wypu­ścić.

- Tak... - wydu­sił z sie­bie przez zaci­śnięte gar­dło. - Dawno, dawno nie pali­łem.

Luka od razu się zorien­to­wał, że Hani fan­ta­zjuje.

- Lepiej nie pal, bo zrobi ci się nie­do­brze. - Wyjął papie­rosa z jego ręki i wyrzu­cił przez okno.

Hani nie pro­te­sto­wał.

- Będę musiał do toa­lety.

- Dobrze. Pilne?

- Nooo... jesz­cze nie.

Prze­stało padać i Luka jechał ponad sto dwa­dzie­ścia. Czuł, że oczy same mu się zamy­kają. Wypity alko­hol i stres zaczęły robić swoje, mimo to myśli goniły jak sza­lone. Na szczę­ście Hani zamilkł i zaczął przy­sy­piać.

W samo­cho­dzie było cie­pło, więc Luka uchy­lił okno. Wciąż czuł słodki zapach krwi. Znał go bar­dzo dobrze, bo spę­dził w Syrii wystar­cza­jąco dużo czasu, by się z nim oswoić, ale draż­nił go wtedy, gdy sam tę krew upusz­czał. Tak było i teraz. Petar Jurić miał dużo krwi, gęstej i tłu­stej, a Josip wprost prze­ciw­nie - miał jasną i rzadką. Kiedy został pchnięty w serce, na jego koszuli poja­wiła się tylko plama. Tro­chę to było dziwne, ale Luka nie takie rze­czy widział na woj­nie z ISIS.

Ten upo­rczywy zapach przy­po­mniał mu, że wciąż nie wie, co ma dalej robić. Było oczy­wi­ste, że musi jak naj­szyb­ciej wyje­chać z Zagrze­bia i Chor­wa­cji, dotrzeć do Wied­nia i wyczy­ścić swoje miesz­ka­nie. Tehe­ran wciąż mil­czał, ale nie było w tym jesz­cze nic nie­po­ko­ją­cego. Luka gło­wił się, co powi­nien teraz napi­sać. Musiał to zro­bić, bo nie było nic waż­niej­szego niż ope­ra­cja "Thun­der", ale musiał też przed­sta­wić jakieś wnio­ski i pro­po­zy­cje. Prze­ćwi­czył różne warianty na wypa­dek nie­prze­wi­dzia­nych wyda­rzeń, ale przede wszyst­kim miał dużą swo­bodę postę­po­wa­nia. Ni­gdy nie wpadł i ucho­dził za jed­nego z naj­spraw­niej­szych ope­ra­to­rów wywiadu Sił Ghods. Gene­rał Harumi ufał mu bar­dziej niż któ­re­mu­kol­wiek innemu ofi­ce­rowi i zle­cał naj­trud­niej­sze zada­nia. Tym razem była to naj­waż­niej­sza ope­ra­cja od powsta­nia Repu­bliki Islam­skiej, bo mogła zade­cy­do­wać o jej losach. Luka czuł, że odpo­wie­dzial­ność za powo­dze­nie akcji spo­czywa teraz na nim.

Hani zasnął, mimo że jesz­cze nie­dawno chciał iść do toa­lety. Głowa opa­dła mu na pierś, a oku­lary zsu­nęły się na czu­bek nosa i za chwilę mogły spaść. Luka zdjął je deli­kat­nie i poło­żył w skrytce.

Sen­ność w końcu mu prze­szła, więc pędził tak szybko, jak mógł. Nawet się nie zorien­to­wał, kiedy wje­chał do Sło­we­nii na auto­stradę A1 i dotarł do punktu gra­nicz­nego Spiel­feld.

Minęła pół­noc.

Straż­nik gra­niczny na widok volvo z wie­deń­skimi nume­rami i austriac­kiego pasz­portu w dłoni tylko mach­nął ręką i Luka prze­je­chał ze śpią­cym Hanim na drugą stronę.

Znał tę trasę nie­mal na pamięć i wie­dział, że po dwóch kilo­me­trach będzie most na Murze, a wcze­śniej zjazd do mia­steczka Spiel­feld.

To powinno być dobre miej­sce - pomy­ślał. Rzeka się przyda.

Po lewej stro­nie auto­strady, nad Murą, były duże maga­zyny i samo mia­steczko. Po pra­wej stro­nie gęsty las. Luka wrzu­cił kie­run­kow­skaz i skrę­cił w prawo. Śli­ma­kiem prze­je­chał pod auto­stradą i zna­lazł się po jej lewej stro­nie. Uznał, że prze­jazd na prawą musi być gdzieś z tyłu, i posta­no­wił się cof­nąć. I rze­czy­wi­ście, natra­fił na niego kil­ka­set metrów dalej. Hani wciąż twardo spał. Luka był z tego zado­wo­lony i sta­rał się tak pro­wa­dzić, by go nie obu­dzić, bo znów musiałby odpo­wia­dać na jego uciąż­liwe pyta­nia.

Hani jed­nak się obu­dził. Zna­lazł oku­lary i z zacie­ka­wie­niem zaczął się roz­glą­dać.

- Gdzie jeste­śmy... jakieś pola... las...

- Musie­li­śmy na chwilę zje­chać z trasy, ale jeste­śmy już w Austrii - odparł Luka.

- Dla­czego musie­li­śmy? - zapy­tał Hani i zaraz dodał ści­szo­nym gło­sem: - Muszę się odlać. Pil­nie!

Luka zatrzy­mał samo­chód na szu­tro­wej dro­dze mię­dzy sadem po pra­wej stro­nie i lasem po lewej. Wie­dział, że dwie­ście metrów dalej, za ścianą wyso­kich drzew, musi być rzeka.

Hani wysiadł i odszedł kilka metrów na bok. Było ciemno, tylko reflek­tory samo­chodu oświe­tlały drogę i nagi sad. Luka też wysiadł, obszedł samo­chód i zapa­lił papie­rosa. Cze­kał na Haniego.

- Oj... oj... - doszedł go głos Haniego. - Myśla­łem, że mnie roze­rwie... Uff... Skąd w czło­wieku tyle pły­nów?

- Piłeś piwo! - zawo­łał Luka. - Jest bar­dzo moczo­pędne.

Hani odwró­cił się i nie­pew­nie zaczął iść w stronę samo­chodu.

- Uwa­żaj na rów - rzu­cił Luka.

- Tak, tak... wiem... - Hani potknął się i pod­parł ręką.

Wyszedł na drogę. Sta­nął obok Luki, który pusz­czał dym z papie­rosa, i roz­glą­da­jąc się, spy­tał nieco zanie­po­ko­jony:

- Po co tu zje­cha­li­śmy?

- Musie­li­śmy. Tam się zatrzy­mamy na noc. - Luka wska­zał ręką świa­tełko w oddali.

Hani odwró­cił się i wtedy Luka przy­sta­wił mu pisto­let z tyłu głowy i strze­lił. Siła dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­wego poci­sku nie­mal wyrzu­ciła drob­nego męż­czy­znę w powie­trze i nim echo wystrzału uci­chło, Hani leżał już w przy­droż­nym rowie, z sze­roko roz­ło­żo­nymi ramio­nami.

- Nie­stety, nie mia­łem wyboru, drogi przy­ja­cielu - wyszep­tał Luka i rzu­cił papie­rosa. - Wypeł­niła się twoja misja męczen­nika, twój dżi­had.

Pod­szedł do bagaż­nika i odszu­kał pla­sti­kową rekla­mówkę sklepu Aldi, w któ­rej trzy­mał samo­cho­dowe szmaty. Opróż­nił ją i wró­cił do ciała.

Hani leżał na brzu­chu, jakby chciał objąć zie­mię. Luka odwró­cił go na plecy i stwier­dził, że pocisk wyrwał mu sporą część twa­rzy wraz z pra­wym okiem. Oku­la­rów nie było. Spoj­rzał w stronę, gdzie powinny leżeć, ale było ciemno, więc musiałby ich szu­kać. Zre­zy­gno­wał.

Zało­żył Haniemu torbę na głowę i zawią­zał na szyi. Ciało było lek­kie, więc nie­mal jedną ręką zarzu­cił je sobie na ramię. Zamknął pilo­tem samo­chód i ruszył przez pole w stronę rzeki.

Po kilku minu­tach dotarł nad brzeg. Poło­żył ciało na ziemi i przez chwilę się zasta­na­wiał, czy powi­nien się pomo­dlić za Haniego, by pomóc mu w jego upra­gnio­nej wędrówce. Hani jed­nak zgi­nął jako męczen­nik, a Koran mówi, że wojow­nicy Allaha idą do raju bez modli­twy. Luka roze­brał mar­twego męż­czy­znę i nagie ciało deli­kat­nie spu­ścił do wart­kiej rzeki.

Pozbie­rał ubra­nie, prze­szu­kał dokład­nie kie­sze­nie, wyjął pasz­port, port­fel i wszystko zwią­zał w kurtce jak tobo­łek. Wró­cił do samo­chodu. W bagaż­niku zna­lazł latarkę i poszedł poszu­kać oku­la­rów, ale po kilku minu­tach zre­zy­gno­wał. Uznał, że mogły się roz­le­cieć od wystrzału albo upa­dły gdzieś daleko.

Otwo­rzył torbę Haniego i po kolei zaczął wyj­mo­wać rze­czy. Nie było nic oprócz ubra­nia kupio­nego przez wywiad, żad­nego Koranu, różańca ani por­tre­tów Alego, które męczen­nicy cza­sami prze­my­cają do raju. Wło­żył rękę głę­biej i na dnie torby wyczuł twardy kształt. Wycią­gnął coś, co wyglą­dało jak książka. Było zapięte na mosiężny zatrzask i opra­wione w zie­loną skórę z ozdob­nymi tło­cze­niami. Poświe­cił dokład­niej latarką. W środku w rów­nych rzę­dach uło­żone były róż­no­ko­lo­rowe znaczki. Pierw­szy raz w życiu Luka widział kla­ser. Prze­rzu­cił kilka kart. Wszyst­kie wypeł­nione były po brzegi znacz­kami.

- Nie­miec­kie... rosyj­skie... - wymie­niał powoli - ame­ry­kań­skie... fran­cu­skie...