1
Hani Orahi urodził się w isfahańskim
szpitalu Al-Zahra sześć tygodni przed czasem, więc lekarze nie dawali mu
dużej szansy na przeżycie. Ale Hani bardzo chciał żyć i wsparty
żarliwymi modlitwami rodziców i czterech starszych braci jakimś cudem
przetrzymał kryzys. Zapłacił jednak za to poważną wadą wzroku, co
rodzina, wdzięczna za wielkie szczęście, jakie ją spotkało, uznała za
niewygórowaną cenę.
Dlatego pierwsze okulary dostał, zanim zaczął raczkować. Od tej pory
okulary stały się jego znakiem rozpoznawczym. Niedawno skończył
trzydzieści lat, ale wciąż wyglądał jak podrostek i tak też był
traktowany przez sąsiadów. Nosił teraz mocne szkła korekcyjne w ciężkich
oprawkach, które ciągle poprawiał palcem wskazującym.
Hani był najmłodszym i najbardziej ukochanym z pięciu synów niewidomego
Nadira. Ojciec stracił wzrok podczas wybuchu pieca do wytopu metalu.
Rodzina Orahich od zawsze mieszkała w Isfahanie i zajmowała się
rzemieślniczą produkcją cynowych naczyń, które z trudem sprzedawała na
okolicznych bazarach. Po wypadku Nadira rodzinną firmę przejął średni
syn Omar, ale interesy zaczęły iść jeszcze gorzej.
Pięć lat wcześniej dzięki solidarnemu wysiłkowi całej rodziny Hani
ukończył fizykę na Uniwersytecie Teherańskim i został pierwszym Orahim z dyplomem. W tym samym roku, zaraz po zakończeniu świętego miesiąca
muharram, złożył deklarację do Korpusu Męczenników służących Siłom
Ghods.
Kilka dni przedtem w walce z ISIS zginął pod Aleppo jego najstarszy brat
Mohamed, żołnierz Strażników Rewolucji. Hani uznał zatem, że swoje życie
winny jest Republice Islamskiej i prorokowi Allaha, któremu poświęcony
był pierworodny Nadira. Ojciec na pewno zrozumiałby tę decyzję -
powtarzał sobie Hani - bo przecież on też walczył nad Szatt al-Arab w szeregach męczenników.
Po kilku dniach Hani otrzymał uroczysty list od generała Harumiego, z wyrazami uznania i wdzięczności za patriotyczną postawę, ale najbardziej
utkwił mu w pamięci numer. Został osiemdziesiąt siedem tysięcy dwieście
trzydziestym szóstym żołnierzem Mahometa, czyli Wybranym. Tylu wiernych
gotowych oddać życie dla Allaha zgłosiło się przed nim do Korpusu
Męczenników, a każdy był żywą bombą, którą można było zdetonować w dowolnym miejscu na świecie.
Wybrani to jedyna prawdziwa i najpotężniejsza Armia Boga, uważał Hani i był dumny ze swojej decyzji. Kiedy więc dostał wezwanie, ucieszył się,
że wkrótce wypełni swoją misję i spotka brata. Już od kilku miesięcy
czuł, że tak się stanie, wystarczyło obserwować wiadomości.
Przynależność do Wybranych była ściśle tajna i nikt w rodzinie nie
wiedział o jego planach. Hani spakował więc swój plecak, kupił bilet na
autobus i pojechał do Meszhedu.
W tajnym ośrodku Sił Ghods gdzieś na przedmieściach przeszedł
kilkudniowy kurs, który tylko pozornie miał go przygotować do realizacji
zadania. Hani szybko się zorientował, że chodziło głównie o ustalenie,
czy jest wystarczająco zdeterminowany. Rozmowy z oficerami i mułłami
miały go utwierdzić w przekonaniu, że dokonał jedynego słusznego wyboru.
Na początku był nieco rozczarowany, bo i bez dodatkowych argumentów
cieszył się ze swojej misji. Nikomu o tym nie powiedział, ale bardzo mu
się podobał kryptonim, który otrzymał. "Orzeł" brzmiał dumnie, walecznie
i szlachetnie, więc drobny Hani w korekcyjnych okularach poczuł przypływ
wiary w siebie. Rozumiał, że nie każdy jest tak rzetelny jak on i może
nie wiedzieć, na co się decyduje. Ale on wiedział: "Orła" musiał wybrać
Allah.
Nie miał pojęcia, kiedy ani dokąd pojedzie, ale się nie dopytywał,
chociaż go niepokoiło, czy misja aby na pewno będzie wystarczająco
zaszczytna. Zależało mu, by ojciec, matka i bracia byli z niego dumni
tak jak z Mohameda i mogli podziwiać jego wielki portret na którejś z kamienic Isfahanu albo rzeźbę w izbie pamięci.
Hani zameldował się we wskazanym pensjonacie Irbis na przedmieściach
Bejrutu jako obywatel turecki i zgodnie z planem zaczął oczekiwać na
dalsze instrukcje. Po trzech dniach przyszedł do niego jakiś mężczyzna i bez słowa wręczył mu kopertę, w której znajdował się węgierski paszport
na nazwisko Sándor Kósa, bilet na samolot do Belgradu i trzy tysiące
euro. Na załączonej kartce było zapisane w punktach, co ma robić dalej.
Nieznajomy zabrał jego turecki paszport, telefon i wyszedł. Od tej pory
Hani miał kategoryczny zakaz używania telefonu komórkowego i korzystania
z internetu. Płacić miał tylko gotówką o niskich nominałach.
Rozpoczął się kolejny etap w drodze do raju - pomyślał Hani i ucieszył
się, że jedzie do Europy. Jego misja nabierała coraz większego
znaczenia.
Kontrolę paszportową na lotnisku Tesli przeszedł bez problemów. Sam był
zaskoczony, że się nie denerwował, jakby czuł nad sobą opiekę Allaha.
Funkcjonariuszowi straży granicznej patrzył prosto w oczy i uśmiechnął
się szczerze. Na pytanie, czy ma coś niezgodnego z prawem, odpowiedział,
że nic, i poczuł coś na kształt rozbawienia. Przecież on sam był bombą
niezgodną z żadnym ziemskim prawem!
Z lotniska wziął taksówkę i pokazał kierowcy zapisany na kartce adres
hostelu. Dojechali w ciągu trzech kwadransów. Hani nigdy nie był w Belgradzie i nie miał nawet pojęcia, w jakiej części miasta się
znajduje.
Wyjrzał przez okno. Ciemno, pusta jezdnia była ledwo oświetlona. Padał
deszcz, a po drugiej stronie ulicy majaczył kolorowy neon. Hani znał
nieco rosyjski, więc odczytał, że to restauracja. Spojrzał na zegarek:
minęła osiemnasta. Dopiero teraz przypomniał sobie, że od śniadania nic
nie jadł, i nagle poczuł głód. Przez cały dzień wydawało mu się, że jest
spokojny, nie denerwuje się, panuje nad sobą. A jednak organizmu nie
oszukasz - pomyślał. Stres musiał stłumić uczucie głodu.
Postanowił zjeść coś solidnego i napić się prawdziwego piwa, teraz mógł,
bo pozwalała mu na to takijja. Polecono mu wprawdzie czekać w hostelu,
unikać kontaktów z miejscowymi i zachowywać się tak, by nie zwracać na
siebie uwagi, ale jednak musiał coś zjeść. Włożył kurtkę, naciągnął
wełnianą czapkę i wyszedł.
Restauracja nazywała się Jovanka. Było w niej ponuro i cuchnęło tytoniem
zmieszanym ze smrodkiem alkoholowej uryny. W kącie dwóch rozbudzonych
pijaków przepijało do siebie, więc Hani usiadł pod oknem po przeciwnej
stronie. Po chwili podszedł barczysty kelner w białej koszuli opiętej na
włochatej piersi i odezwał się po serbsku, wydymając mięsiste usta.
- Poproszę kartę i piwo - powiedział Hani cicho po angielsku.
Kelner popatrzył podejrzliwie i mimo swojej wagi zwinnie okręcił się na
pięcie. Po chwili wrócił z kartką, która odgrywała rolę karty dań, i obcesowo położył ją na stoliku. Obok postawił kufel spienionego piwa.
Menu było po serbsku i zawierało tylko siedem pozycji, więc Hani,
posiłkując się swoim słabym rosyjskim, próbował coś wyczytać. Nic jednak
nie zrozumiał.
W ciągu kilku minut wypił kufel piwa. Smakowało mu jak nigdy wcześniej.
Nieraz pił w Iranie piwo bezalkoholowe i nawet kilka razy na studiach
normalne, ale to nie było to, co dostał teraz. Kiedy więc kelner
podszedł, żeby przyjąć zamówienie, Hani od razu poprosił o drugi kufel.
Danie wskazał palcem na chybił trafił.
Po chwili drobny Hani poczuł, że lekko kręci mu się w głowie, ale to
było przyjemne doznanie. Nagle wszystko wokół stało się pozytywne, wręcz
sympatyczne, i zapragnął z kimś porozmawiać. O czymkolwiek, chciał po
prostu zbliżyć się do jakiegoś człowieka.
Nawet nie zauważył, kiedy stanęło przed nim drugie piwo. Chwycił oburącz
ciężki kufel i pociągnął kilka głębokich łyków. Otarł dłonią pianę z ust
i zaraz potem odbiło mu się nosem. Tym razem efekt był jeszcze
przyjemniejszy niż po pierwszym piwie. Hani nabrał pewności siebie i pomyślał, że o niczym nie marzy teraz bardziej niż o tym, by porozmawiać
z kimś przyjaznym, opowiedzieć mu o sobie, o Iranie, Isfahanie,
najpiękniejszym mieście na świecie, o ojcu i śmierci brata Mohameda.
Wiedział, że nie wolno mu rozmawiać z obcymi, ale czuł się taki
szczęśliwy... Nagle śmierć przestała być granicą, droga do raju stanęła
otworem i chciał iść tam, gdzie czekają na niego już wszyscy Wybrani.
Kelner bez słowa postawił przed nim koszyczek ze sztućcami i talerz, na
którym pływał w sosie kawałek mięsa i białe kluski. Hani uśmiechnął się
do kelnera i dotknął palcem brzegu kufla. Kelner delikatnie skinął
głową, ale nic nie odpowiedział. Przez chwilę przyglądał się drobnemu
mężczyźnie w okularach, jakby nie był pewny, czy powinien mu podać
trzecie piwo, aż w końcu się odwrócił i poszedł w stronę baru. Hani
spróbował mięsa, było zimne, kluski też, ale sos był ciepły. Pewnie tak
powinno być - uznał i zjadł wszystko ze smakiem.
Obudził się w swoim pokoju. Było zimno i bolała go głowa. Leżał na
łóżku, w ubraniu, ale bez butów. Okulary równo złożone na stoliku
nocnym, tak jak zawsze.
Przez chwilę rozważał, jak się tu dostał, o której. Nie mógł sobie
przypomnieć żadnego wyraźnego obrazu poza tym, że był w restauracji
naprzeciwko i pił piwo. Nic więcej nie pamiętał.
Usiadł na łóżku i zaczął się zastanawiać, co powinien teraz zrobić.
Dochodziła ósma. Postanowił najpierw się wykąpać, dokonać ablucji, a potem pomodlić. Wprawdzie obejmowała go takijja, ale i tak czuł się
zbrukany po tym, co wczoraj zrobił. Nie musiałem przecież pić piwa -
pomyślał i założył okulary. Od razu obraz zrobił się wyraźny i Hani
poczuł się lepiej.
Gdy ruszył w stronę łazienki, ktoś cicho zastukał do drzwi.
Po chwili do pokoju wszedł wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna w czarnej
skórzanej kurtce i błękitnych dżinsach. Rozejrzał się i nie wyjmując rąk
z kieszeni, usiadł na krześle.
- Zbieraj się... Jedziemy - rzucił w farsi ściszonym głosem.
- Chciałem się jeszcze wykąpać... - odezwał się Hani.
- Nie ma czasu - przerwał mu zdecydowanym tonem nieznajomy. - Nie
musisz. - Spojrzał na stojącą na podłodze zamkniętą torbę. - Już się
spakowałeś. Dobrze.
Hani posłusznie wciągnął buty.
- Nie modliłem się od...
- Nie musisz. Akurat ty... nie musisz.
- Dokąd jedziemy? - zapytał Hani, zawiązując but.
- Zobaczysz - rzucił tajemniczo mężczyzna, podniósł się i wziął torbę
Haniego. - Jedziemy do Zagrzebia. Mów do mnie Luka - dodał i kiedy
ruszyli do wyjścia, położył mu rękę na ramieniu. Był o głowę wyższy. -
Nie przypuszczałem, że jesteś taki drobny, ale... - Zatrzymał się przed
drzwiami i spojrzał prosto w oczy Haniemu, który zadarł głowę i palcem
docisnął okulary. - Jesteś wielki! Bardzo cię szanuję. A nawet więcej,
podziwiam.
Zaczęli schodzić na dół, więc przestali rozmawiać.
Kiedy Hani regulował rachunek, Luka czekał już przed hostelem,
kilkanaście metrów od wyjścia. Ujrzawszy Haniego, ruszył powoli przed
siebie.
Niebieskie volvo V70 na austriackich numerach stało zaparkowane w sąsiedniej uliczce. Luka wrzucił torbę do bagażnika i usiadł za
kierownicą. Po chwili dołączył do niego Hani.
- Jesteś głodny? - zapytał Luka, kiedy tylko ruszyli.
- Tak, i chce mi się pić.
- Masz wodę na tylnym siedzeniu. Zatrzymamy się na stacji benzynowej na
kawę i kanapki.
- Ile czasu będziemy jechać do tego Zagrzebia?
- Około pięciu godzin, bo pojedziemy bocznymi drogami. Wjeżdżamy do Unii
Europejskiej...
- Zagrzeb to nasz cel? - dopytywał się Hani.
- Nie wiem. Mam cię przewieźć przez granicę i dostarczyć na podany adres
w Zagrzebiu. Nic więcej nie wiem i nie pytaj. Mniej wiesz, mniej się
boisz. - Luka prowadził samochód spokojnie, z wprawą. Od razu było
widać, że zna miasto. - Nic nie kupowałeś w Belgradzie? - zapytał.
- Oczywiście, że nie. - Hani popił wody z butelki. - Jestem dobrze
przeszkolony - dodał pewny siebie.
- Wiesz... - zaczął z wahaniem Luka. - Ja też jestem w Korpusie. -
Spojrzał na Haniego i pierwszy raz się uśmiechnął, pokazując duże białe
zęby.
- Osiemdziesiąt siedem dwieście trzydzieści sześć - wyrecytował Hani z dumą.
- Siedemdziesiąt dwa czterysta pięć. - Luka pokiwał głową i wyciągnął do
Haniego rękę. Uścisnęli sobie dłonie, patrząc przed siebie. - Ale wciąż
czekam na prawdziwy przydział, taki jak twój. Na razie tylko pomagam
Wybranym. Zazdroszczę ci. - Głos Luki brzmiał bardzo przekonująco i Hani
poczuł się jeszcze bardziej dowartościowany.
- Przyjdzie i twój czas, nie martw się - powiedział Hani po chwili
namysłu, z lekkim poczuciem wyższości. - Wszystko w ręku Boga. Naprawdę
nie wiesz, dokąd jadę? - zapytał.
- Naprawdę. Moje zadanie to dostarczyć Wybranych w odpowiednie miejsce...
i wszystko.
- Wybranych? To znaczy, że nie jestem jedyny? - Hani był wyraźnie
rozczarowany. - Ilu nas jest? Wiesz? Powiesz mi?
- Nic ci nie powiem - rzucił twardo Luka i wyciągnął papierosa. -
Zapalisz? - zapytał, ale Hani tylko pokręcił głową. - Nic nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć, skąd jesteście... ani skąd pochodzisz.
Dyscyplina, miłość ojczyzny i szczera wiara w Allaha to w Ghods nasza
najpotężniejsza broń i dlatego zwyciężymy. - Przytrzymując kolanem
kierownicę, wygrzebał zapalniczkę z kieszeni i przypalił sobie. - Wojna
jest już blisko.
- Wiem, wiem i znam zasady. - Hani się zamyślił. - Czyli jest nas więcej
w akcji. Tak przypuszczałem. Czuję dumę, że należę do Wybranych. Szkoda
tylko, że nie mogłem się pożegnać z ojcem i braćmi.
Luka wyrzucił niedopałek i zamknął okno.
Wyjechali na dawną autostradę Braterstwo i Jedność przecinającą niegdyś
Jugosławię wzdłuż i kiedy minęli tablicę z napisem Zagrzeb 380 km,
zamilkli.
Hani wpatrywał się w szary krajobraz i czuł, że zaczyna go już mdlić z głodu. Przypomniał Luce, że obiecał śniadanie na stacji benzynowej, ale
ten nic nie odrzekł, tylko siedział zamyślony, prowadząc samochód jedną
ręką.
Rozmowa z Luką była dziwna i Hani po raz pierwszy, odkąd przyjechał do
Meszhedu, poczuł, że czegoś nie rozumie. Jakby pojawiła się rysa na
systemie wartości i zasad, którym się kierował. Wcześniej nie musiał się
nad nim zastanawiać, bo wydawał mu się spójny, logiczny, wręcz idealny.
Każde słowo Luki, zdanie czy myśl pasowały do siebie, otwierając
naturalną drogę do dżihadu, męczeństwa i Allaha. Odnosiło się wrażenie,
że jego wiara jest żarliwa, a mimo to nie brzmiał szczerze. Co więcej,
nie powiedział nic, z czym Hani mógłby się nie zgodzić, i to niepokoiło
go jeszcze bardziej.
Nigdy z nikim nie rozmawiałem w ten sposób o swojej misji - pomyślał -
więc może czegoś nie rozumiem albo jestem zbyt przewrażliwiony. Ale
przecież męczennik nie może być zazdrosny o męczeństwo.
10
Taksówka zatrzymała się w zatoczce przy
ulicy Batorego. Monika zapłaciła dwadzieścia osiem złotych i chociaż
taksówkarz długo szukał reszty, przetrzymała go, aż znalazł. Życzyła mu
miłego dnia, szybkiego zwycięstwa nad Iranem i taniej benzyny.
Pomyślała, że będzie częściej korzystać z ubera, bo Ukraińcy są
przynajmniej mniej rozmowni.
Weszła do pubu i od razu uderzył ją stłumiony gwar głosów zmieszanych z muzyką. Wszystkie stoliki były zajęte, głównie przez młodych ludzi.
Rozejrzała się i ruszyła dalej. Dopiero w kolejnej sali znalazła Witka,
Lutka, Dimę, Ewę i Elę, ale kiedy podeszła bliżej, zobaczyła, że przy
stole siedzą jeszcze dwie osoby - blondynka z końskim ogonem i mężczyzna
w norweskim swetrze. To pewnie ta niespodzianka - pomyślała, zdejmując
płaszcz, i od razu poczuła, że źle się ubrała do pubu.
- Sara Korska - przedstawiła się blondynka, wyciągając rękę.
- Konrad Wolski - dołączył się wysoki brunet z gęstą czupryną przetykaną
srebrnymi nitkami.
Monika, zaskoczona, pokiwała głową.
- Rzeczywiście - odparła. - Prawdziwa niespodzianka. Legenda się
zmaterializowała. - Usiadła naprzeciwko Sary. - Wiele o was słyszałam,
ale nigdy się nie zastanawiałam, jak wyglądacie. To trochę dziwne, bo
lubię myśleć obrazami.
- I jak wypadła konfrontacja z rzeczywistością? - zapytała Sara,
puszczając oko do Konrada.
- Dobrze. Jesteśmy chyba w tym samym wieku.
- Jestem starsza. O trzy lata.
- Aha... - Monika spojrzała na Elę i Witka. - Znaczy, że wynosiliście
tajne informacje Sekcji na zewnątrz. - Uśmiechnęła się. - Wyciągniemy
konsekwencje, prawda, Dima?
- Nie ma już Sekcji... - odparł.
- I nie ma już Wydziału Q, czyli firmy Vigo, spółki z o.o. - dodał
Konrad. - No to... - Uniósł piwo. - Za was. - Pociągnął wzrokiem po
zebranych, którzy też unieśli szklanki. - I za nas...
- I za tych, których nie ma już z nami - dodała Sara poważnie.
Wypili piwo i na chwilę zaległa cisza, jakby każdy kogoś wspominał.
- Właściwie to moglibyśmy teraz założyć własną Agencję Wywiadu - zaczął
z uśmiechem Dima. - Mamy doświadczenie, mamy dobre kadry, kontakty...
- I mamy też ogon. - Konrad spojrzał w kierunku stolika po przeciwnej
stronie sali. - To koledzy z ABW... Pozdrówmy ich. Nie mają lekko. - Znów
uniósł szklankę z piwem, a dwaj mężczyźni, uśmiechając się,
odpowiedzieli mu tym samym. - Jak rozumiem, mają zlecenie na was, bo my
to już sprawa archiwalna.
- Bolecki dostanie białej gorączki, bo pomyśli, że zbieramy siły -
wtrąciła Monika. - Brakuje tylko Romana.
- A co z nim? - zapytał Konrad.
- Krąży po świecie ze swoją partnerką Zofią i zwiedza muzea - wyjaśnił
Dima. - Teraz jest w Szwecji.
- W Szwecji? - zapytała Sara. - Mamy tam sporo przyjaciół. Pamiętacie?
Lutek...
- Prom i Gotlandia - odparł krótko.
- Prom? - zaciekawił się Dima.
- Był taki polski konwertyta Safir as-Salam, przyjaciel Bin Ladena,
ostry wojownik Allaha. Przy pomocy czeczeńskiego rodzeństwa Bogajewów
przygotował atak na prom do Finlandii - wyjaśnił Konrad. - To nasz
wydział razem ze Szwedami z Säpo i pewnym Rosjaninem powstrzymał ten
zamach. A potem Lutek powstrzymał tego Rosjanina na Gotlandii. To był
czas ciągłego powstrzymywania.
- Mogło zginąć trzy i pół tysiąca ludzi - dodał Lutek.
- Słyszałam, głośno było o tym w mediach, ale nie miałam pojęcia, że to
wy - powiedziała z uznaniem Monika. - Szacun dla Lutka, Witka, Eli...
Szacun, że się nigdy nie wysypali, w końcu mieli z czego być dumni.
- My o waszych sprawach też nic nie wiemy - rzucił Konrad. - Takie są
zasady, a my ich przestrzegamy.
- Dlatego nie ma już ani Sekcji, ani Wydziału Q - dodał Dima i wszyscy
wybuchnęli śmiechem. - Bolecki znów premierem, a Agencja wciąż jest na
Miłobędzkiej.
- Nieważne... - włączyła się Sara. - Nie będziemy się przecież licytować
na sukcesy i porażki. Szkoda, że władze najpierw nas, a potem was
przeżuły i wypluły na margines, a przecież zagrożeń nie ubyło. Ale
prawdę mówiąc, nie wiem, czy chciałabym jeszcze to robić. Zmieniły mi
się trochę priorytety... - Urwała i spojrzała na Konrada. - Mamy synka, ma
prawie trzy latka.
- Jesteście małżeństwem? - zapytał Dima.
- Nie, ale jesteśmy razem - odpowiedziała Sara. - Konrad natomiast nie
cierpi emerytury i ciągle go gdzieś nosi. A właściwie walczy z irańską
obsesją...
- Daj spokój, Sara! - obruszył się Konrad. - To żadna obsesja...
- Przed spotkaniem Monika rozesłała wszystkim esemesa, że nie chce,
byśmy rozmawiali o Iranie, bo inaczej wyjdzie - oświadczył Dima z lekką
ironią. - Więc temat odpada.
- Cieszę się, że się w końcu poznaliśmy - wtrąciła się Monika,
przeczuwając narastające iskrzenie między Sarą i Konradem. - Szkoda, że
nie ma z nami M-Irka. Tak ich nazywaliście?
- Tak - potwierdził Witek. - To Mirek i Irek. Zapraszałem ich na to
spotkanie, ale akurat są zajęci. Jak zwykle pracują nad nowym projektem.
Pamiętacie operację "Merkury"? - Ela i Lutek skinęli głowami. - Brakuje
jeszcze jednej osoby... Marcina. Niestety, po rozwiązaniu naszego wydziału
znikł i nie mamy z nim kontaktu. Podobno wyjechał z Polski i pracuje w Niemczech albo gdzieś we Francji.
Atmosfera zaczęła się rozluźniać. Ewa i Ela szybko przesiadły się na
drugi koniec stołu bliżej Moniki i Sary, więc powstały dwa obozy, męski
i żeński, każdy zajęty swoimi tematami. Nie rozmawiali o pracy, nie
wspominali swoich akcji, nie interesowała ich polityka. Monika szukała
kontaktu z Sarą, a Konrad z Dimą, wyczuwali się doskonale i akceptowali
to wzajemne towarzyskie rozpracowywanie, więc rozmowa toczyła się bez
przeszkód. Od początku poczuli do siebie sympatię. Symbolicznie połączył
ich Roman.
Zaangażowanie Sekcji w uwolnienie porwanego Lutka świadczyło o prawdziwej przyjaźni i braterstwie broni. Konrad o tym wiedział i dlatego szczególnie cenił Dimę. Wiedział też, że przez lata działał on w Rosji jako nielegał, i nic nie mogło mu bardziej zaimponować.
- Masz piękne kolczyki. - Sara zwróciła się do Moniki, przerywając
przydługi wywód Eli o postępach jej synka w raczkowaniu. - To srebro?
Wyjątkowo piękne... Jesteś po ASP, prawda?
- Tak - odparła Monika. - Ukończyłam malarstwo, a ta biżuteria to dzieło
mojego kolegi, który nie jest jubilerem, tylko absolwentem rzeźbiarstwa.
To jego eksperymentalne prace, które u mnie wystawiał.
- No tak... pamiętam! - Sara lekko uniosła głos. - Roman mówił, że masz
galerię na Powiślu. - Spojrzała na kolczyki i pokręciła głową. - Piękny
kontrast, to granatowe tło i... Skąd ten opalizujący efekt?
- Nie wiem, jak udało się go uzyskać, ale rzeczywiście w odpowiednim
oświetleniu tak to wygląda. Wpadnij do mnie, to pokażę ci inne prace.
W drugim końcu stołu pojawiła się butelka finlandii. Trwała zażarta
dyskusja o filmie Oficer i szpieg. Dima uważał, że to wyjątkowe
arcydzieło, a Konrad wprost przeciwnie. Witek i Lutek zmieniali zdanie w zależności od siły argumentów każdej ze stron, bo żaden z nich filmu nie
widział. Wszyscy byli jednak zgodni co do jednego: każdy może być
Dreyfusem, szczególnie w dzisiejszej Polsce, ale nie każdy może mieć
swojego Zolę, Prousta czy Anatola France'a.
- Za Dreyfusa! - Dima podniósł kieliszek.
- Czyli? - zapytał Konrad z wymownym uśmieszkiem.
- Za nas - wyjaśnił Dima.
- O co chodzi z tą irańską obsesją Konrada, jeśli mogę zapytać? -
Monika, zwracając się do Sary, niespodziewanie zmieniła temat. - Miało
dzisiaj nie być o polityce, wiem... ale bardzo mnie to intryguje. Jadąc tu
taksówką, miałam ciekawą rozmowę z kierowcą. Trochę się wkurzyłam.
- Może niech ci sam powie. - Sara złapała rozgadanego Konrada za rękę. -
Monika chce poznać sprawę Travisa. Może powinieneś o niej opowiedzieć?
Jak na komendę przy stole zaległa cisza.
Historię Travisa znali wszyscy oprócz Moniki i Dimy. Konrad zmarszczył
brwi, jakby był niezadowolony, i przez chwilę wpatrywał się w swoje
dłonie.
- Przepraszam... - odezwała się niepewnie Monika, widząc jego
zakłopotanie. - Nie chciałam się wtrącać, przepraszam...
- Nie masz za co przepraszać - odparł. - To nie jest jakaś tam moja
sprawa czy obsesja, chociaż to określenie wcale mi nie uwłacza. Może
nawet jest odpowiednie, bo rzeczywiście nigdy nie przestanę dążyć do
poznania prawdy. Więc może to jest obsesja. - Był już lekko podpity i trochę plątały mu się myśli i słowa. - No dobrze! - Podniósł głowę i spojrzał na Monikę. - Ty i Dima powinniście poznać tę historię.
Rozejrzał się wokół i z poważnych spojrzeń zebranych wyczytał, że się z nim zgadzają. Czuł ogromną potrzebę podzielenia się swoimi myślami z Moniką i Dimą. Po raz pierwszy od lat spotkał kogoś, kto mógł, a może
nawet musiał go zrozumieć.
Niespodziewanie dotarło do niego, że Dima, doświadczony nielegał, i Monika, która - jak mówił Roman - widzi więcej niż inni, mogą być
zalążkiem nowej nadziei. Odkąd odszedł ze służby, nieustannie szukał
usprawiedliwienia, rady, a może jakiegoś pomysłu, i nagle tego wieczoru
alkohol otworzył przed nim drzwi.
Wszystko zaczęło się prawie trzy lata temu w domu Lindy Lund na wyspie
F?rö. Linda zastrzeliła wówczas Zoję Tonkinę, partnerkę Miszy
Popowskiego, oficera rosyjskiego wywiadu, którego Konrad i Sara kilka
dni wcześniej eksfiltrowali do Finlandii. Wydarzenia tamtych dni,
strzelanina w ogrodzie botanicznym w Visby, a szczególnie to, co
wydarzyło się wtedy w domu Lindy, wytarło z pamięci Konrada niektóre
fakty.
Zupełnie zapomniał, co na chwilę przed hukiem wystrzałów z dubeltówki
Lindy powiedział mu inspektor Gunnar Selander. Przypomniał sobie o tym
dopiero po jakimś czasie, kiedy był już w Polsce i odszedł ze służby.
Początkowo nie był pewien, czy to, co usłyszał, było prawdą czy
złudzeniem, więc któregoś dnia wsiadł do samolotu i poleciał do
Sztokholmu.
Inspektor Selander chętnie się z nim spotkał i powtórzył jeszcze raz to,
czego się dowiedział od Hasana Mardana, który był więziony w Iranie. Że
w obozie pod Teheranem przetrzymywany był też Amerykanin, Francuz i dwóch Białorusinów.
Konrad spotkał się też z Hasanem i Harriet, ale nie dowiedział się
niczego więcej poza tym, że podobno tamci byli szpiegami. Hasan nawet
ich nie widział, powiedział mu o tym Irańczyk, współwięzień.
Obcokrajowcy przetrzymywani byli w tym samym obozie, ale starannie
odizolowani. Nie mieli ze sobą kontaktu. Białorusini trafili pod opiekę
lekarzy, bo podobno byli torturowani, powiedział Hasanowi Irańczyk. Obóz
pod Teheranem nie był więzieniem wydobywczym jak Ewin, lecz ośrodkiem
odosobnienia prowadzonym przez Strażników Rewolucji. Osadzeni nie byli
tam źle traktowani.
- Mieliśmy w naszym wydziale nielegała. Nazywał się Igor... Oleg Popow,
pseudonim "Travis", i był uplasowany w białoruskim KDB. Świetny chłopak...
wyszedł od nas, z Podlasia. - Spojrzał na Sarę, ale ona siedziała
wpatrzona w stół. - Niestety, w Mińsku doszło do komplikacji i musieliśmy go eksfiltrować do Polski. Nie będę wchodził w szczegóły, ale
to było dla niego bardzo dramatyczne zdarzenie... - Zawahał się, jakby nie
był pewien, czy powinien to powiedzieć. - Musiał kogoś zabić.
- Zabić? - zapytał Dima. - Rozumiem, że bez zgody centrali?
- Tak, w stanie wyższej konieczności. Pułkownika KDB.
- Aha... - Dima delikatnie pokiwał głową i od razu mu się przypomniało,
jak zginął Oleg Dunin.
- Nie miał wyboru. Ratował życie swoje i innych - dodała Sara. - Travis
był moim wychowankiem, to ja go wybrałam, wyszkoliłam i przerzuciłam na
Wschód. Był jak brat. - Głos jej się lekko załamał i Dima poczuł
delikatny ucisk w gardle. Znał los nielegała.
- Razem z Travisem wywieźliśmy do Polski jego przyjaciela i współpracownika, Białorusina i funkcjonariusza mińskiego KDB, Wasilija
Krupę - ciągnął Konrad. - Działaliśmy w stanie wyższej konieczności, jak
już powiedziałem, na własne ryzyko, więc potem zajęły się nami
prokuratura i WBW, jak możecie się domyślać, a właściwie to zajęły się
Sarą. Ostatecznie sprawa wygasła.
- Żadne zaskoczenie - skomentował Dima. - Jesteśmy w takiej samej
sytuacji. Wdzięczność premiera Boleckiego czujemy na własnej skórze.
Roman jest wrogiem publicznym numer jeden. - Spojrzał na Monikę, która
dała mu znak, że się z nim zgadza. - Co było dalej?
- Prowadziliśmy w tym czasie we współpracy z MI6 skomplikowaną operację
w Iranie i stworzyliśmy tam firmę przykryciową. Uplasowaliśmy w niej
Travisa i Wasię, oczywiście jako Białorusinów. Firma była dobrze
zalegendowana i chłopcy wypracowali świetną pozycję operacyjną. Byli
zawodowcami i wiedzieli, co i jak robić. Weszliśmy całkiem głęboko w struktury Pasdaranu... Wiesz, co to?
- Wiemy - wtrąciła Monika. - Strażnicy Rewolucji.
- Rozpoczęliśmy wówczas operację specjalną "Merkury", którą realizował
prawie cały nasz Wydział. Mieliśmy informację, że Irańczycy mają ukryte
centrum wzbogacania uranu w podziemnym tunelu zakamuflowanym jako
bocznica teherańskiego metra. Odnalezienie Pralni, bo tak to
nazywaliśmy, nie było łatwe, ale pomógł nam przypadek, czyli białoruski
pułkownik Żukowski, ale to teraz nieważne. Najtrudniejsze zadanie miał
do wykonania Mały. To on wszedł do tunelu i wypuścił drony z ula.
- Eee... - odezwał się Witek. - Ale nie wyszedłbym z niego, gdyby nie
Lutek! - Położył drobną dłoń na szerokich plecach mężczyzny w szetlandzkim golfie.
- Tak, to Witek był autorem tego sukcesu - potwierdził Konrad. -
Niestety, straciliśmy Igora i Wasię. Nie wiemy dokładnie, co się stało.
Początkowo przypuszczaliśmy, że zginęli w walce z irańskimi służbami w mieszkaniu niejakiego Samada Harumiego, gdzie się ukrywali. Przynajmniej
wszystko na to wskazywało...
- Igor nigdy by się nie poddał. Wiedział, co go czeka z rąk Irańczyków -
dodała Sara.
- Nieprawdopodobna historia - odezwał się Dima. - Gratuluję i współczuję.
- No i co? - Monika w napięciu czekała na dalszy ciąg. - Co wtedy
zrobiliście?
- Lutek widział miejsce... ten dom po walce... i chociaż nie widział ciał,
to byliśmy przekonani, że Igor i Wasia musieli zginąć. Tym bardziej że
irańskie media wkrótce podały, że w tej dzielnicy zlikwidowano komórkę
mudżahedinów ludowych i że zabito przy tym pięciu terrorystów i szpiegów
przysłanych przez Izrael. Ta informacja, chociaż skrojona odpowiednio do
potrzeb tamtejszej propagandy, w gruncie rzeczy trzymała się prawdy i my
o tym wiedzieliśmy. Irańskie służby namierzyły kryjówkę w mieszkaniu
Samada Harumiego, ponieważ w Teheranie zbiegł nam więzień... czy może
zakładnik... pułkownik Żukowski. Był łącznikiem między białoruskim KDB i Vevakiem w sprawach programu jądrowego. Otóż Żukowski myślał, że
jesteśmy z Mosadu, bo tak mu się przedstawiliśmy. Władze już wcześniej
oskarżały mudżahedinów o morderstwa irańskich atomistów dokonane na
zlecenie Mosadu. Ale nasz pomysł, by podszyć się pod Izraelczyków,
zrodził się wtedy zupełnie przypadkowo, z potrzeby chwili. Tak czy
inaczej wszystko utwierdzało nas w przekonaniu, że Igor i Wasia oraz
Samad Harumi, którego trzymali jako zakładnika, zginęli. - Konrad
przerwał na chwilę i dał znać Witkowi, żeby dopełnił kieliszki. - Za
Igora i Wasię! - Uniósł swój kieliszek i wszyscy poszli jego śladem,
chociaż dziewczyny piły piwo. - Od tego czasu zawsze to robimy.
Wypili.
- Wszystko się zmieniło - ciągnął Konrad - kiedy dowiedziałem się od
Hasana Mardana, oficera szwedzkiego wywiadu, że w tym samym obozie, w którym on był więziony, przebywa dwóch Białorusinów. Nigdy ich nie
widział. To był tylko strzępek informacji, ale przełomowy. Rozpocząłem
poszukiwania. Problem w tym, że zbiegło się to z rozwiązaniem Wydziału Q
i naszym odejściem ze służby. Mój dostęp do informacji czy
zaprzyjaźnionych służb był w najlepszym przypadku ograniczony. Musiałem
polegać na prywatnych kontaktach. Pomógł mi trochę George Gordon,
przyjaciel z MI6, który od początku był przy tej operacji. Niestety, nie
ustalił nic w sprawie Igora i Wasi, ale dowiedział się, że Samad, syn
generała Harumiego, przeżył strzelaninę i był więziony przez
mudżahedinów jako zakładnik. Irańczycy mieli go odbić w ciężkim stanie,
pobitego i związanego.
- Nie bardzo rozumiem, kim był ten Samad Harumi dla Igora i Wasi. - Dima
nie krył, że jest nieco zdezorientowany.
- Firmę przykryciową założyliśmy przez podstawionego kazachskiego
biznesmena. Pomogli nam w tym Anglicy. Ale w Iranie, jak wiadomo, nie da
się zrobić żadnych solidnych interesów, to znaczy dotrzeć do
odpowiednich osób, jeżeli nie ma się miejscowego partnera. A trudno o lepszego partnera niż Strażnicy Rewolucji, którzy kontrolują
najważniejsze biznesy. Samad był jednym z chyba pięciu, ale na pewno
najbardziej ukochanym synem generała Ahmada Harumiego, dowódcy Al-Kuds
albo Sił Ghods. Młody, rozpuszczony i bogaty dandys teherański, idealny
partner dla naszej firmy.
- Powiedz o NATO - wtrąciła się Sara. - To bardzo ważne.
- Otóż Samad nie był właściwie zakładnikiem, a przynajmniej nie dawał po
sobie poznać, że jest przeciwko nam. Wykazywał nawet skłonność do
współpracy. Powiedziałem mu, że jesteśmy oddziałem wywiadowczym NATO,
który ma na celu powstrzymanie konfliktu zbrojnego z Iranem, ale ani
słowa, że jesteśmy z Mosadu. Myślę, że Igor zainscenizował porwanie
Samada, by odsunąć od niego podejrzenia i tym samym potwierdzić
informacje od Żukowskiego o udziale izraelskiego wywiadu. Ale to są
tylko moje spekulacje. Koledzy z Mosadu, których o to pytałem, nic nie
odpowiedzieli, bo pewnie nie byli zadowoleni z naszej mistyfikacji pod
ich szyldem. Pytałem w Langley, i też nic. Zresztą według informacji
Hasana Mardana Irańczycy przetrzymywali także Amerykanina i Francuza.
Ani jedni, ani drudzy nie potwierdzili, by im ktoś zaginął. Może
wiedzieli, ale woleli tej wiedzy nie ujawniać. Próbowałem wszędzie,
gdzie tylko mogłem. Bez rezultatu.
- Ale jak to się stało, że wypuścili tego Hasana? Czy dobrze
zrozumiałem, że był on oficerem szwedzkiego wywiadu? - zapytał zdziwiony
Dima. - Wypuścili taki kąsek? Aż trudno uwierzyć...
- Akurat Hasana i Antona, drugiego Szweda, naukowca, którego też
wypuścili, miałem okazję poznać. Rzeczywiście, chwilami wręcz trudno w to uwierzyć, ale jednak... Dokonała tego w pojedynkę dziewczyna Hasana,
Harriet Berghen, też oficer FRA, szwedzkiego NSA. Po prostu pojechała do
Teheranu, spotkała się z generałem Harumim i wyciągnęła obu z więzienia.
- Jakim cudem? - włączyła się zaskoczona Monika. - Po prostu nie wierzę!
To jakaś bajka!
- Rozmawiałam z Harriet - odezwała się Sara. - Znam ją. Nie wiemy, jak
tego dokonała. Wciąż twardo odmawia ujawnienia szczegółów, ale to po
prostu fakt. Twierdzi, że postawiła Harumiego przed wyborem i wybrał
wypuszczenie więźniów. Nic więcej nie wiemy.
Monika i Dima popatrzyli na siebie z niedowierzaniem. Nie mieli żadnego
doświadczenia ani z Iranem, ani ze Szwecją, ale ta opowieść, chociaż
początkowo miała swoją logikę, to jednak pod koniec stawała się całkiem
nieprawdopodobna. Woleli jednak tego nie drążyć. Nowe pytania i komentarze stawiałyby Konrada i Sarę w niezręcznej sytuacji, bo widać
było, że sami nie znają odpowiedzi. Musieli też zostawić sobie czas na
zrozumienie tej historii, mimo wszystko jednak czuli, że tacy zawodowcy
jak Wydział Q nie mogą się mylić i nie mają żadnego powodu, by nimi
manipulować. Musiało być jakieś drugie dno.
- No dobrze, to może Harriet wyciągnęłaby też naszych? Albo chociaż
powiedziała, jak to zrobić - odezwała się w końcu Monika.
- Próbowaliśmy - odparł Konrad. - To nie wchodzi w grę. Gdyby mogła, na
pewno nie odmówiłaby pomocy.
- W takim razie jaka jest teraz sytuacja? Co z Igorem i Wasią? -
dopytywała się Monika. - Minęło chyba sporo czasu. Na co liczysz,
Konrad?
- No właśnie! - rzuciła Sara. - Konrad niczym innym się nie zajmuje. Ja
też się z tym nie pogodziłam, ale straciłam nadzieję. To taki dziwny
stan, ale musiałam coś wybrać, skoro mam się zająć wychowaniem dziecka.
Ile można łykać antydepresanty! - Spojrzała groźnie na Konrada i wszyscy
zamilkli.
Monika też przechodziła trudny okres i nie obyło się bez pomocy
farmakologicznej, ale to właśnie różniło je od mężczyzn, że potrafiły
twardo stawić czoło wyzwaniu, jakim były ich własne emocje. Potrafiły
nazwać sprawy takimi, jakie są, nawet jeżeli robiły to w ciszy i przez
łzy.
Konrad i Dima zawsze dusili w sobie swoje problemy. Twierdzili, że są
wierni zasadom, szczególnie kiedy uważali, że są traktowani
niesprawiedliwie, i obaj nie potrafili przyznać się do porażki. Dlatego
mimo wątpliwości rozumieli się bez słów.
- Nie dziwię ci się, Konrad. - Dima odstawił kieliszek. - Też bym ich
szukał. Tego nie da się odłożyć na później.
- No właśnie! - potwierdził Konrad. - Kto zna Iran, ich zasady,
politykę, a raczej taktykę... ten wie, co to jest taarof! Zapomnieliście?
- Nie, nie zapomnieliśmy - odezwała się Sara.
- No właśnie! - powtórzył, unosząc brwi. - Perska sztuka konwenansu ma
zastosowanie w polityce i na wojnie, a więc i w szpiegostwie. Sam was
tego uczyłem. - Potoczył wzrokiem po zebranych, jakby szukał
potwierdzenia. - Pamiętacie?
- Pamiętamy, Konrad, pamiętamy - znów odezwała się trochę zaniepokojona
Sara. - Rozmawialiśmy już o tym tyle razy i nic się nie zmieniło...
- Ale Monika i Dima o tym nie wiedzą - przerwał jej Konrad. - To ważne,
rozjaśni im...
- Okej. - Sara skinęła głową, ale na jej twarzy pojawił się delikatny
grymas zażenowania.
Butelka finlandii została opróżniona i znikło piwo, a jednak atmosfera
przy stole nie była dobra, coś zawisło w powietrzu. Monika miała
wrażenie, jakby członków dawnego Wydziału Q ogarnęło zakłopotanie, bo
właśnie Sara ujawniła jego wstydliwą tajemnicę. Konrad rzeczywiście
sprawiał wrażenie opętanego, a Dima jakby niczego nie widział i jeszcze
go w tym utwierdzał.
- Taarof to sztuka pozorów, pamiętacie... Igor i Wasia nie zginęli, bo już
wtedy media by to wykorzystały. Cicha śmierć dwóch polskich, zachodnich
szpiegów bez odpowiedniej oprawy nie ma sensu. Oni na swoją śmierć muszą
zapracować, bo zabijanie dla przyjemności jest bezsensowne. Wtedy, w tamtym mieszkaniu, chłopcy zostali tylko ranni, więc ich medialna śmierć
była właśnie pozorna i miała ukryć prawdę. W Iranie prawdziwą wartość
mają żywi, bo jeszcze mogą zginąć dla sprawy. Krótko mówiąc, jeżeli nie
zobaczę ich egzekucji, nie uwierzę, że nie żyją. Kropka!
- Tak, tak... - westchnęła Sara, jakby słyszała to już wielokrotnie.
- Dima... jesteś doświadczonym szpiegiem. No powiedz, nie mam racji? -
Konrad rozejrzał się nieco mętnym wzrokiem, ale przyglądał mu się tylko
Dima.
- No... Nie znam Iranu ani tej kultury, ale to brzmi logicznie, więc nie
będę się mądrzył. Ale do czego właściwie zmierzamy, bo nie bardzo cię
rozumiem.
- Nooo... - zaczął Konrad z lekką emfazą. - Wprawdzie minęły prawie trzy
lata, a my jesteśmy tylko osobami prywatnymi, ale może tak
spróbowalibyśmy połączyć siły i się dowiedzieć, co się stało z chłopakami. Może jeszcze żyją. Sytuacja wokół Iranu jest napięta,
wszystkie służby pracują na najwyższych obrotach, więc może byśmy się
gdzieś przylepili, wkręcili, pomacali... Bo czuję, że oni ich tam trzymają
na taką okazję. Co wy na to? - zwrócił się do Moniki i Dimy. -
Zastanówmy się, co możemy zrobić.
- Daj spokój, Konrad - przerwała mu Sara i zaraz spuściła z tonu. -
Chodźmy już może...
- Ja jestem za - odparł zdecydowanie Dima, a Sara i Monika wymieniły
spojrzenia. - Mam jakieś kontakty w Rosji, więc mogę coś... - Od razu
pomyślał, że mógłby porozmawiać z Tamarą.
- Świetnie! - ucieszył się Konrad. - Rosja to właściwy kierunek, żeby
wejść do Iranu, no i przydałoby się z drugiej strony, przez Tel Awiw. -
Rozejrzał się, wyraźnie zadowolony. - To co? Zakładamy grupę zadaniową?
- Uśmiechnął się.
- Ja w to wchodzę - odezwał się Lutek.
Sara ze zdziwienia otworzyła usta, bo do tej pory niemal milczał.
- To my też - dołączyła się niespodziewanie Ela.
- My musimy najpierw porozmawiać z Romanem - rzuciła Monika i spojrzała
pytająco na Dimę. - Wiesz, nie możemy tak sami, a on jest teraz za
granicą, więc...
- Roman o wszystkim wie - wszedł jej w słowo Konrad. - Rozmawiałem z nim
o tym i mnie poparł, ale za was nie chciał decydować.
Monika i Dima byli szczerze zaskoczeni, ale nie tak jak Sara. Ona była
wściekła.
- To co? - Konrad wyciągnął rękę. - Prywatna grupa zadaniowa kryptonim...?
Wszyscy podali mu rękę oprócz Sary.
- Kurwa, Konrad! - Poderwała się z ławki. - Czy ty zdajesz sobie sprawę,
co robisz? Nie mieszaj ludziom w głowach. Jesteś pijany! Mają swoje
problemy, a ty im wyjeżdżasz z... Człowieku! Igor i Wasia nie żyją. Daj im
spokój! - Spojrzała po twarzach zebranych. - Czy wy wiecie, co chcecie
zrobić? Monikę i Dimę mogę zrozumieć, bo oni tego nie wiedzą, ale wy? -
zwróciła się do Eli, Witka i Lutka. - Tego się po was nie spodziewałam.
Nie jesteście już w służbie, napytacie nieszczęścia sobie i krajowi.
Chwyciła kurtkę i ruszyła do wyjścia.
11
Wrzodowcy zwykle mają bóle wiosną i jesienią. W tym roku jednak Arsen Fiedotow już w połowie września dostał
silnych skurczy i ostrych uderzeń, i to w dwóch miejscach naraz, w górnej części żołądka i pod wątrobą w okolicach dwunastnicy. To było
dziwne, bo do tej pory zawsze bolało go w jednym, albo drugim miejscu,
ale nigdy w obu jednocześnie.
Dotąd leczył się, korzystając z internetu. Nie dlatego, że nie ufał
lekarzom - bo naukę uważał za religię - ale z powodu braku czasu. W Polsce wciąż działo się coś ważnego, a on nie mógł pozwolić, by ktoś
zepsuł jego plan ofensywy. Wiedział, że coś mu siedzi w środku, ale
obawiał się, że lekarze położą go do szpitala i poinformują o tym
generała Tuszyńskiego, który tylko czeka na okazję, żeby go usunąć.
Stan zdrowia pułkownika byłby jedynym i idealnym, bo obiektywnym
pretekstem do pozbycia się ulubieńca prezydenta. Dlatego Arsen Fiedotow
leczył się swoimi metodami, głównie za pomocą ziół i środków
przeciwbólowych, i nigdy nie pokazywał po sobie, że cierpi.
Czasami było lepiej, czasami gorzej, ale ostatnio coraz częściej było
gorzej. Szczególnie w nocy, gdy leżał na lewym boku. W końcu przyszła
pierwsza deszczowa październikowa noc. Było już po wyborach w Polsce,
które kosztowały go mnóstwo nerwów. Odżywiał się byle czym albo w ogóle
godzinami nic nie jadł, pił za to mnóstwo herbacianego ługu. Wiedział,
że organizm się upomni, a on zapłaci za te wybory wysoki rachunek. Ale
opłaciło się, dostał nagrodę państwową pierwszego stopnia.
Tej deszczowej październikowej nocy raz po raz wymiotował, a potem leżał
kilka godzin skręcony jak przegotowana krewetka. W końcu ból zrobił się
tak nieznośny, że Fiedotow musiał wezwać prywatne pogotowie. Karetka
przyjechała w ciągu dziesięciu minut. Na widok lekarza poczuł się nagle
lepiej i gdy ten naciskał mu brzuch, udawał, że ból jest mniejszy. Mimo
to lekarz, podejrzewając perforację dwunastnicy, zalecił natychmiastowy
wyjazd do szpitala. Arsen jednak się wykręcił, wymusił zastrzyk
przeciwbólowy, dostał receptę i obiecał, że wkrótce uda się na badania.
Lekarz machnął ręką, przyjął zapłatę kartą kredytową i odjechał.
Po zastrzyku ból rzeczywiście ustąpił i Fiedotow przed zaśnięciem
obiecał sobie, że więcej nie będzie jadł wieczorem bigosu i popijał go
jägermeistrem, a przynajmniej nie w takich ilościach. Lekarz pytał go,
co zjadł, ale i tak nie zrozumiałby, co to bigos, więc pułkownik
powiedział, że kartofle ze słoniną.
Dzień wcześniej dostał przesyłkę z Warszawy i nie mógł się powstrzymać,
by nie spróbować. Uwielbiał bigos, bo był on filozoficzną, historyczną i polityczną kwintesencją polskości, a do tego smakował wyśmienicie.
Fiedotow uznał, że to nie bigos i niemiecki alkohol mu zaszkodziły,
tylko jego zachłanność i październikowa aura. Mimo to, zanim zasnął,
obiecał sobie radykalną zmianę diety.
Na szczęście następnego dnia była sobota, więc dzięki środkom
przeciwbólowym mógł pospać dłużej. Wstał o dziewiątej i podszedł do
okna. Z dziesiątego piętra jego bloku w Mitino zwykle rozpościerał się
piękny widok na wschodnią Moskwę. Ale tym razem obraz przesłaniała
ściana deszczu i szarzyzny.
Postanowił nie włączać telewizora, złamać swój święty rytuał i spędzić
dzień bez wiadomości z Polski. Dobrze wiedział, że wydarzenia ostatnich
miesięcy przyczyniły się do zintensyfikowania jego wrzodowych bólów,
więc postanowił o siebie zadbać.
Poszedł do łazienki. Nie bez trudu opróżnił pęcherz i stanął przed
lustrem. Przez chwilę trudno było mu uwierzyć, że widzi swoje odbicie.
Spoglądał na niego stary, zniszczony człowiek o ziemistej cerze i zapadniętych oczach. Bruzdy na policzkach i czole pogłębiły się, dodając
dramatyzmu chudej nieogolonej twarzy. Wystawił język, jak kazał mu w nocy lekarz, i ze zdziwieniem stwierdził, że jest fioletowobiały.
- Facet nie ma nawet sześćdziesiątki - powiedział mężczyzna w lustrze.
Fiedotow poczuł się jeszcze gorzej. Czas coś z tym zrobić - pomyślał i głęboko westchnął.
Podjął ważną, dramatyczną decyzję, która mogła zmienić całe jego
postrzeganie świata. Nie był gotowy na umieranie i musiał tę okoliczność
wykreślić ze swojego życia. Uznał więc, że trzeba się porządnie
przebadać, w końcu ofensywa na Polskę wciąż trwała i w całym GRU nie
było nikogo, kto mógłby go zastąpić. Tym bardziej że generał Tuszyński
miał już upatrzonego następcę, który tylko czekał, aż zwolni się miejsce
po Fiedotowie.
Włożył szlafrok i zasiadł do komputera. Od razu znalazł w internecie
prywatną klinikę w Niekrasowce, czyli na drugim końcu Moskwy. Mimo
technicznej trudności związanej z przejazdem przez całe miasto Fiedotow
uznał, że konspiracja jest ważniejsza i nie można pozwolić, żeby ktoś go
przypadkiem zobaczył. Dlatego postanowił wziąć urlop na kilka dni, bo -
jak wyczytał - badania miały być skomplikowane. Od razu zadzwonił i zamówił na poniedziałek wizytę u gastrologa, akademika Siergieja
Andriejewicza Wiernika.
Przez całą sobotę i niedzielę starał się trzymać dietę. Pił herbatę i zjadł wszystkie sucharki z kminkiem. Nie włączył telewizora ani
komputera, słuchał disco polo i po raz trzeci zaczął czytać Lalkę
Bolesława Prusa. Żadnej postaci literackiej nie kochał bardziej niż
Rzeckiego. Czuł do niego prawdziwą braterską miłość, przede wszystkim za
wierność zasadom i ideałom. Ale najbliższa była mu wzruszająca samotność
starego żołnierza i jego szczera miłość do Stacha Wokulskiego. Z kolei
żadna kobieta nie odpychała go tak jak Izabela Łęcka. Miała coś z Nastasji, która porzuciła go pięć lat temu, zabierając syna Griszę i wszystkie oszczędności.
W niedzielę rano poczuł się już na tyle dobrze, że pojechał na spacer po
Kitajgorodzie. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie odwołać
wizyty i o wszystkim zapomnieć. Postanowił jednak trzymać się raz
podjętej decyzji i jechać do kliniki, bo uznał, że drugiego takiego
ataku jak ten z poprzedniej nocy chyba nie przeżyje. Poza tym nie mógł
dopuścić, by jakiś gówniarz prosto po akademii, tylko dlatego, że jest
spokrewniony z generałem i ukończył polonistykę, przejął dzieło jego
życia - zespół Bagration w Departamencie Inspiracji i Dezinformacji GRU.
Wprawdzie wyzwalanie Polski wciąż jeszcze trwało, ale po ostatnich
wyborach zwycięstwo było bliziutko. Fiedotow nie zamierzał pozwolić, by
ostatni meldunek - w dień pobiedy - złożył prezydentowi ktoś inny.
W poniedziałek o dziewiątej stawił się w gabinecie doktora Wiernika,
który rozpoczął od prostego wywiadu, po czym poddał pacjenta badaniom.
Szybko jednak uznał, że są one niewystarczające i że Fiedotow musi
spędzić parę dni w szpitalu w celu zrobienia dokładniejszych.
Dwa dni to chyba mogę - pomyślał pułkownik, wracając metrem do domu.
Otrzymał broszurkę, jak ma się przygotować do badań gastrologicznych i co zabrać ze sobą do szpitala. Zastanawiał się tylko, czy powinien mieć
ze sobą telefon. Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego GRU pracował na
najwyższych obrotach i każdy mógł się stać przedmiotem jego
zainteresowania.
Gdyby generał Tuszyński zorientował się, że Fiedotow w czasie urlopu
odwiedza prywatną klinikę, miałby uzasadnione podejrzenia, że pułkownik
coś przed nim ukrywa, i dobry pretekst do usunięcia go ze stanowiska.
Tak czy inaczej brak łączności w tym czasie byłby bardziej podejrzany -
pomyślał Fiedotow. Wystarczyłyby trzy nieodebrane połączenia, by w miejscu ostatniego logowania zjawił się dyżurny patrol. Dlatego
postanowił nie ryzykować bardziej, niż trzeba, i zabrać ze sobą telefon.
W środę rano wygłodzony i przeczyszczony Fiedotow stawił się w klinice
doktora Wiernika. Po raz pierwszy w życiu nic nie jadł przez dwa dni,
pijąc jedynie jakąś wstrętną miksturę i przesiadując na sedesie. To były
jedne z najtrudniejszych chwil w jego życiu.
W klinice przejęła go młoda i bardzo atrakcyjna pielęgniarka, więc
zdyscyplinowany Fiedotow dokładnie i szybko wykonywał jej polecenia.
W piątek rano, po zakończeniu cyklu różnorodnych badań, do jego pokoju
przyszedł doktor Wiernik, przysiadł na brzegu łóżka i oświadczył, że ma
poważne podejrzenia co do stanu zdrowia pacjenta. Pobrał próbki do badań
histopatologicznych i poklepując Fiedotowa po dłoni, oświadczył, że za
dwa tygodnie, kiedy przyjdą wyniki, natychmiast do niego zadzwoni.
Wychodząc, poklepał go jeszcze po ramieniu, z zadumą pokiwał głową i zrobił minę, jakby już znał wyniki badań.
Arsen Fiedotow wrócił metrem do Mitino. Po raz pierwszy, odkąd porzuciła
go Nastasja, zagapił się i przejechał jedną stację. Wszedł do
mieszkania, a właściwie lokalu służbowego, i od razu, bez zapalania
światła, położył się na kanapie. Mimo że w klinice zjadł tylko
śniadanie, nie czuł żadnego głodu. W ogóle nie czuł żołądka.
Dwa tygodnie - dźwięczała mu w uszach obietnica doktora i cały czas się
zastanawiał, jak się czują niewinni ludzie oskarżeni o zabójstwo, którzy
czekają na wyrok. Czy też kładą się w ciemnym pokoju na kanapie i patrzą
w sufit?
Miał ochotę zamknąć oczy i otworzyć je dopiero za dwa tygodnie. Nagle
wszystko zrobiło się takie obojętne, bez znaczenia, nieciekawe, nudne.
Wszystko, czego w życiu dokonał - takie bezsensowne. Generał Tuszyński,
a nawet prezydent - tacy niepoważni, mali i śmieszni jak dziecięce
zabawki. Zaczynał odlatywać. Myśli przepychały mu się w głowie bez
żadnego porządku i sensu, czyniąc coraz większy bałagan. Nagle poczuł
tępy ból w klatce piersiowej i w oczach zakręciły mu się łzy. Ból zaraz
przeszedł, ale Fiedotow pomyślał, że jeżeli nawali mu jeszcze serce, to
on już chyba tego nie przeżyje.
A jak się okaże, że w tym żołądku nic nie ma, a przynajmniej nic
poważnego? Będziesz się, Arsen, wstydził przed samym sobą za takie
zastrachane myśli. Gdzie twoja duma, hart ducha, niezłomność? -
powtarzał w myśli, próbując gasić niepokój.
W końcu poderwał się z kanapy i usiadł na brzegu. Odczekał chwilę,
wstał, zapalił światło i poszedł do kuchni. Zupełnie zapomniał, że w lodówce ma kartoflankę, którą zrobił tydzień wcześniej. Uchylił pokrywkę
garnka, ostrożnie powąchał i uznał, że już skisła, więc wylał ją do
sedesu. Zajrzał do pojemnika na chleb. Znalazł czerstwą bułkę pszenną. Z lodówki wyjął kefir i usiadł w kuchni przy oknie. Spojrzał na kalendarz
z uralskimi widokami i policzył, że do końca roku został już mniej niż
kwartał.
Co można zrobić w trzy miesiące? To dużo czy mało? - zastanawiał się,
popijając chleb kefirem prosto z kartonu. Czas... i ja.
Ze swetra zebrał na dłoń okruszki bułki i już miał je strzepnąć do
zlewu, gdy zmienił zdanie i wszystko wsypał do ust.
Nadchodzi czas ważnych decyzji - pomyślał i poszedł obejrzeć wiadomości
z Polski.
Mijając regał z filmami, poczuł nagle, że musi się przy nim zatrzymać.
Wyciągnął rękę i na środkowej półce, pod literą "S", odnalazł film
Krzysztofa Zanussiego Spirala. Przez chwilę dotykał grzbietu okładki,
po czym przesunął dłoń ku literze "D" i wskazał palcem Dziewięć dni
jednego roku Michaiła Romma. Oba filmy znał na pamięć.
Nowicki czy Batałow? - pomyślał. Umierać po polsku czy po rosyjsku, a może to wszystko jedno? Oczywiście, że wszystko jedno.
Machnął ręką i poszedł do salonu. Wziął pilota i włączył wiadomości
NTV24. Zaczynała się właśnie konferencja prasowa premiera Boleckiego i ministra spraw zagranicznych Ludomira Baryły.
- A ten długi gdzie? - zapytał na głos, jakby od niechcenia, Fiedotow. -
Aaa... tu jesteś, Kaziura. - Gdy kamera przejechała w prawą stronę,
dojrzał stojącego z boku wysokiego mężczyznę.
12
Dima zamówił taksówkę, bo uznał, że
stanowczo przesadził z alkoholem. Ale nie było mu z tym źle. Wprost
przeciwnie, od wyjścia z prokuratury miał ochotę się napić, lecz myślał
raczej o szklance metaxy w samotności na swojej kanapie. A teraz nawet
nie poczuł dyskomfortu z powodu demonstracyjnego wyjścia Sary, które
zakończyło spotkanie.
Tak się nie robi, a już na pewno tak nie robią szpiedzy. To ona
przegięła, nie Konrad, i to było oczywiste dla wszystkich. Jego
propozycja była żartem, dlatego tak chętnie się na nią zgodzili.
Dima nie znał Sary ani Konrada, ale poczuł, że coś między nimi zgrzyta,
a sprawa Igora i Wasi tylko wyzwoliła jakieś prywatne zaszłości.
Pomyślał, że dobrze, że się nie ożenił, bo gdyby teraz tak miało być
między nim a Moniką, to byłaby katastrofa.
Szpiedzy nie powinni się ze sobą wiązać. To absurd i zawsze musi się źle
skończyć!
Spojrzał na Monikę, która siedziała obok niego w taksówce i też wyraźnie
była pod wpływem alkoholu. Chyba nigdy jej nie widział w takim stanie.
- Przykra sprawa z tą Sarą i Konradem, nie? - zapytała i przygryzła
dolną wargę. - Ale rozumiem ją. Jak się ma dziecko, to... - Wstrzymała na
moment oddech i po chwili zaczerpnęła kilka głębokich haustów powietrza.
- Chyba nie sądzisz, że Konrad mówił to poważnie? Co, Dimka? Każdy ma
jakieś stare sprawy, które gryzą gdzieś tam w duszy i spać nie dają.
Nie? - Wyjrzała przez okno. - To gdzie my jesteśmy?
- Puławska - odparł natychmiast kierowca.
- Aaa... - skomentowała Monika. - A ty co tak milczysz?
- Myślę.
- Byleś się nie przemęczył... A pan? - zwróciła się do kierowcy. - Pan też
chce jechać do Iranu lać islamistów? Zdobywać dla Polski pola naftowe?
- Nie rozumiem - odezwał się po chwili taksówkarz.
- A co tu rozumieć? - Monika była nastawiona prowokująco. - Lać
ciapatych... Nie?
- Daj spokój! - wtrącił się Dima i położył dłoń na jej dłoni. - Nie było
pytania - rzucił do kierowcy.
- Dlaczego nie? Odpowiem. Chociaż nie znam się na polityce. Jestem
przeciwko wojnie, każdej wojnie, a do muzułmanów nic nie mam. Bardziej
martwią mnie miejscowi szaleńcy i oszuści, tacy jak ten Bolecki...
- No to graba! - Monika wyciągnęła rękę, a kierowca ją uścisnął. - Niech
się pan nie gniewa, ja tylko tak...
- Nie ma sprawy - odparł z uśmiechem.
Dima musiał przyznać, że Monika wygląda pięknie w srebrnej biżuterii,
ładnie umalowana i zadziorna. Zamglony wzrok dodawał jej uroku nowości.
Nigdy dotąd tak mu się nie podobała jak w tej chwili. I wciąż pozwalała
mu trzymać dłoń na jej dłoni.
Dojechali pod dom na Ursynowie. Przestało padać i noc się rozpogodziła.
- Niech pan zaczeka, pojedziemy dalej na Powiśle. - Wysiadł z samochodu,
obszedł go i pomógł wysiąść Monice, która ku jego zaskoczeniu trzymała
się bardzo dobrze. - Odprowadzę cię...
- Tylko sobie nic nie wyobrażaj. - Uśmiechnęła się i oparła na jego
ramieniu.
- Tego akurat mi nie zabronisz. Będę sobie wyobrażał, co chcę. Możesz
tylko nie zaprosić mnie do siebie - powiedział z ironią, bo w gruncie
rzeczy bardzo by chciał, żeby go zaprosiła. - Dobrze myślę?
Stanęli przed wejściem.
- Ciągle myślisz i myślisz tego wieczoru, a nikt nie wie o czym. Co ty
ukrywasz, Dimka? Przecież widzę, że coś ukrywasz. - Miała lekko
przymrużone oczy i pogodny uśmiech. - Ja cię rozpracuję, kolego, ale już
nie dzisiaj.
Przyciągnęła go bliżej i pocałowała w usta, a Dima objął ją i przytulił.
Stali tak przez kilka sekund, aż coś, co z początku było ledwie dotykiem
ust, przemieniło się w namiętny pocałunek. Przywarli do siebie całym
ciałem. Nie zdarzyło im się to nigdy wcześniej. W ich związku,
naznaczonym ciągłymi emocjami i uczuciem, o którym nigdy nie rozmawiali,
taka chwila nadeszła dopiero teraz, kiedy zakończył się najważniejszy
etap w ich życiu, już razem nie pracowali i trochę za dużo wypili.
- Jak jakieś dzieciaki - wyszeptała Monika. - Czuć ode mnie...
- Jak dzieciaki? - zapytał Dima, a Monika wtuliła twarz w jego ramię. -
Ładnie powiedziane. Czuję najwspanialszą kobietę, jaką...
- Stop... stop.... też ładnie powiedziane, ale ja wiem, jak jest. -
Pocałowała go jeszcze raz w usta. - Idź już! Taksówka czeka. Dalej dojdę
sama.
Dima dojechał na Powiśle i nawet się nie zorientował, kiedy taksówkarz
zapalił światło i oświadczył: czterdzieści osiem złotych. Dopiero gdy to
powtórzył, Dima chwycił za portfel. Odmówił przyjęcia reszty i wysiadł.
Stanął przed bramą swojego domu, próbując uporządkować męczącą gonitwę
myśli napędzaną alkoholowymi oparami. Miał ochotę jeszcze się przejść,
trochę przewietrzyć. Tyle ważnych rzeczy wydarzyło się tego dnia, ale
wszystko tłumił zapach perfum Moniki.
Sporo miałem w życiu trudnych chwil - pomyślał Dima - więc dlaczego
akurat ten dzień tak mnie dotknął? Bo Monika? Bo nie zadzwoniłem do tych
pieprzonych Złotych Brzóz? Bo zobaczyłem, jak się publicznie żre para
starych szpiegów? Bo zabawiłem się w prywatne szpiegostwo z legendą
wywiadu? Bo nie porozmawiałem ze Stokrotką? Bo kuzynka z Mosadu wieszczy
jakąś katastrofę? Bo chcą wykończyć Romana? Jeszcze tylko brakuje, żeby
zadzwoniła Wiera... Ogon!
Nagle sobie przypomniał, że miał dzisiaj obserwację w centrum handlowym
i pubie. Rozejrzał się po pustej ulicy.
- Gdzie jesteście, panowie?! - krzyknął na całe gardło. - Zapraszam na
kieliszek do siebie! - poniosło się po pustej ulicy. - Kurwa, tyle gówna
w ciągu jednego pierdolonego dnia. Tylko ta Monika... Jednak jest kochana
- powiedział na głos i zaczął szukać kluczy do domu. - Chyba ostatni raz
tak się nagrzmociłem, kiedy wracałem z Rosji. Jak to jest, że jak się
ich szuka, to zawsze są w ostatniej kieszeni...
Mieszkał na drugim piętrze, ale winda była zepsuta od dwóch dni, więc
ruszył po schodach. Doszedł na pierwsze półpiętro, gdy usłyszał
trzaśnięcie drzwi i ruch na klatce schodowej. Po chwili szybkim krokiem
zeszli trzej mężczyźni. Minęli go w milczeniu i znikli na dole. Nigdy
ich wcześniej nie widział.
Przyspieszył kroku. Dobrze przeczuwał: drzwi do jego mieszkania były
uchylone. Pchnął je delikatnie, wsunął rękę i nacisnął włącznik, ale
światło się nie zapaliło.
Wyłączyli prąd, żeby nie działało wi-fi - pomyślał. Bali się ukrytej
kamery.
Poświecił sobie telefonem i włączył prąd. Dopiero teraz zobaczył, że
program monitorujący mieszkanie wysłał mu ostrzeżenie. Dima miał
zainstalowany system bezpieczeństwa niezależny od wewnętrznego wi-fi,
więc na smartfonie utrwaliło się całe nagranie.
Rozejrzał się po mieszkaniu. Jakby przeszła trąba powietrzna albo
trzęsienie ziemi. Nawet go to nie zaskoczyło. Przedstawienie? -
pomyślał.
- Oczywiście, że to show pana Wesołowskiego i prokuratora Farbiarza -
powiedział na głos. - Kto to teraz, kurwa, posprząta? Dziękuję kolegom z obserwacji za profesjonalny kipisz, ale trochę się wpierdoliliście,
panowie... Co ja tak dzisiaj przeklinam?
Podszedł do biurka w sypialni, otworzył szufladę i włożył do niej rękę.
Wyczuł, że notatnik i pakiet z jego greckim paszportem i dowodem
osobistym jest na miejscu.
Wrócił do salonu i usiadł na fotelu. Włączył program monitorujący. Po
chwili na ekranie pojawił się obraz: trzech mężczyzn z latarkami
poruszało się nerwowo po mieszkaniu, wyrzucając ubrania z szafy, książki
z biblioteki i sztućce z szuflady.
No tak... - pomyślał. Niczego nie niszczą i niczego nie szukają, więc albo
mieli takie polecenie, albo sami tak postanowili. W sumie kulturalnie
zrobili ten rozpierdol. Może zadzwonić do Moniki? - przeleciało mu przez
myśl, ale spojrzał na zegar i zobaczył, że minęła północ. Uznał, że
Monika na pewno już śpi. Ale Stokrotka może jeszcze nie spać, a nawet
jeżeli śpi, to akurat teraz powinna się obudzić.
- Mam kilka pytań, pani naczelnik - powiedział, podnosząc z podłogi
książki. - Może niech ktoś przyjedzie z Miłobędzkiej zrobić porządek...
Uśmiechnął się, ale poczuł, że po raz pierwszy, odkąd rzucił na biurko
raport o zwolnienie, zaczyna wzbierać w nim wściekłość, taka prawdziwa,
i na pewno nie jest to skutek nadużycia alkoholu. Tak przynajmniej mu
się wydawało. Odnalazł aplikację SafeOne, którą dostał od Gerber. Wybrał
kontakt oznaczony Mar i nacisnął Połącz.
Odebrała po dłuższej chwili, wyraźnie zaspana.
- Obudziłem cię? - zapytał oschle.
- Tak.
- To bardzo dobrze.
- Co? - Nie kryła zaskoczenia. - O czym ty mówisz?
- To ty nasłałaś na mnie tych złodziei?
- O czym ty mówisz? - powtórzyła, coraz bardziej poruszona. - Co się
dzieje, Dima?
- Zaraz ci pokażę co. Poczekaj...
Rozłączył się, załadował kilkunastosekundowy urywek filmu i wysłał go
Gerber.
- Masz? - zapytał, gdy zadzwonił ponownie.
- Mam.
- To patrz!
Przez chwilę trwała cisza.
Pierwsza odezwała się Gerber.
- Co to jest? To twoje mieszkanie?
- Właśnie, moje mieszkanie...
- A ty jesteś trzeźwy, Dima?
- Nie, ale co to ma do rzeczy? Właśnie minąłem tych miłych panów na
schodach. - Przerwał na moment i zdecydowanym tonem dodał: - Ty za tym
stoisz? To na twoje... a raczej tego palanta Wesołowskiego zlecenie? Od
wyjścia z prokuratury miałem dzisiaj ogon. Po chuj to robisz?
- Czyś ty oszalał? - obruszyła się Maria. - Rzeczywiście, chyba za dużo
się napiłeś. Agencja nie wystawiała żadnego zlecenia na ciebie.
Musiałabym o tym wiedzieć, bo tylko WBW może to zrobić. To ktoś inny.
Swoją drogą, może warto zgłosić to na policję. Będą mieli spory problem,
bo spartolili robotę. Niech się pogimnastykują.
- Okej... pomyślę - odparł spokojnie Dima, ale nie miał zamiaru nic
zgłaszać na policję, bo nie potrzebował nowego problemu, potrzebował
czasu i nie chciał robić na złość facetom z obserwacji, którzy w końcu
byli fair i uprzedzili go, żeby zamykał drzwi. - Przepraszam - ciągnął.
- Tak, napiłem się i cały czas mnie dzisiaj ponosi. Przepraszam,
Marysiu. Nie powinienem...
- Nie ma sprawy. Co się dzieje... - Przerwała na chwilę. - Spotkajmy się
jutro. Pogadamy...
- Nie wiem, czy dam radę. Mam sporo pilnych rzeczy... odezwę się.
- To czekam.
- Wiesz... ci z obserwacji robią tylko na pokaz, nie kryją się i dają mi
sygnały. Jakby chcieli, bym wiedział, że są po mojej stronie.
- Więc to pewnie ABW, bo CBA czy wojskowi by na to nie poszli. Dobrze! -
rzuciła z wyraźną emfazą. - Pomacam jutro i dam ci znać.
- Nie gniewaj się... - zdążył jeszcze powiedzieć, ale nie był pewny, czy
usłyszała.
Nie miał zamiaru robić teraz porządku w mieszkaniu. Siedział w fotelu,
rozglądał się po pokoju i zastanawiał, co powinien przemyśleć w pierwszej kolejności. Czuł się przytłoczony, zmęczony i zdezorientowany.
Musiał podjąć wiele drobnych i ważnych decyzji, a nie potrafił znaleźć
sensu i logiki w swoim postępowaniu. Jakby stracił zdolność prostej
analizy faktów i instynkt samozachowawczy, czyli to, co zawsze pozwalało
mu wyjść z opresji, a nawet ratowało życie.
Spodziewał się, że mogą wejść do mieszkania, bo przecież został
dyskretnie ostrzeżony, ale mimo wszystko odebrał to jak cios. Poniżający
i bolesny, bo wymierzony przez swoich. Musiał jednak wznieść się ponad
to, zmobilizować w chwili kryzysu i przejść do ataku. Tak jak kiedyś.
Popatrzył na stojący pod oknem barek, który pozostał nienaruszony, i niespodziewanie poczuł sympatię do trzech mężczyzn z latarkami. To dobry
znak - pomyślał - zaczynam chyba trzeźwieć, i to nie tylko z oparów
alkoholu.
Przypomniał mu się pocałunek i Dima poczuł, jakby wciąż wdychał feromony
zaklęte w perfumach Moniki. Wiedział już, że nie był to szczenięcy
wybryk po piwie i że nie musi brać nic na otrzeźwienie. Dała mu wyraźny
znak, czego od niego oczekuje, a ona nigdy nie błądzi i nic nie robi
przypadkowo.
- Jest po prostu bystrzejsza i muszę się z tym pogodzić. I jedynie
uważać, by niczego nie zepsuć - powiedział do siebie.
Zanim pójdzie spać, musi postanowić, jaki wykonać pierwszy krok. Rano
wytrzeźwieje, opadną emocje i straci ostrość widzenia. I znów zacznie
się kręcić wokół własnego ogona. A decyzja mogła być tylko jedna: olać
prokuratora Farbiarza i lecieć do Aten, tam bezpiecznie rozpocząć swoją
misję, zadzwonić do Romana, spotkać się z Tamarą. W końcu był tylko
świadkiem i zakaz wyjazdów za granicę nie był decyzją prawną, tylko
pomysłem szefa Wesołowskiego, który chciał go w ten sposób zmusić do
współpracy przeciwko Romanowi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
2
Od chwili rozwiązania Sekcji Dima był w dyspozycji szefa Agencji Wywiadu. Wiedział, że dopóki będzie trwało
śledztwo w sprawie Romana, jego raport o zwolnienie nie zostanie
rozpatrzony.
Początkowo mieszkał w służbowym lokalu na Kazimierzowskiej, ale był
pewny, że z chwilą odejścia z Agencji straci do niego prawo. Wprawdzie
pełniący obowiązki szefa Agencji pułkownik Adam Wiśniewski pozwolił mu
tam mieszkać jeszcze trzy miesiące, ale Dima chciał się rozliczyć
możliwie najszybciej. Pragnął zakończyć służbę i raz na zawsze zamknąć
ten rozdział swojego życia. Nie był zły ani nawet rozgoryczony. Tak
przynajmniej wmawiał Monice. Ale ona wiedziała, że jest dokładnie na
odwrót. Nielegałem pozostaje się do śmierci. Nawet solidna emerytura nie
jest w stanie tego zmienić.
Rozglądał się intensywnie za mieszkaniem, do którego mógłby przewieźć
swoje rzeczy, ale nic mu nie odpowiadało. W końcu sprawą zajęła się
Monika i znalazła mu lokum na Powiślu, blisko swojej galerii.
Lutek i Witek pomogli w przeprowadzce. Od tej pory Dima codziennie
przesiadywał w galerii i pił niesłodzoną kawę pół na pół z mlekiem.
Monika szybko się zorientowała, że jego związek z Katarzyną należy do
przeszłości, i nie mogła zaprzeczyć, że ją to cieszy. Z myślą o Dimie
kupiła nawet duży profesjonalny włoski ekspres, który zaczął też ściągać
nowych klientów.
Pewnego dnia Dima zaproponował, że chciałby wejść z nią w spółkę i solidnie doinwestować galerię MiniMidiMax.
Zrobiłby to, gdyby tylko się zgodziła. Wiedziała, że on wcale nie ma do
tego serca, tylko nieudolnie stara się dać jej wsparcie w trudnych
chwilach i wypełnić pustkę. Tak przynajmniej można było sądzić.
W rzeczywistości nie miał żadnych konkretnych planów na przyszłość, tym
bardziej że wciąż obejmował go zakaz wyjazdu za granicę. Musiał się też
opiekować Józefem, który nie zaaklimatyzował się w nowym ośrodku Złote
Brzozy w Konstancinie i ciągle wszczynał awantury. Wszędzie widział
szpiegów, złodziejki, NKWD i Dima nieustannie był wzywany na dywanik do
dyrektora.
Męczył się coraz bardziej i z trudem ukrywał frustrację. Ale nie przed
Moniką, która sama przeszła załamanie psychiczne. Wiedział, że wypadłby
żałośnie. Dużo rozmawiali przy kawie. Wiedzieli, że tak naprawdę tylko
oni sami mogą pomóc sobie nawzajem. To był rodzaj terapii, chociaż
unikali wspomnień i nie używali słów naznaczonych piętnem przeszłości.
Któregoś dnia Dima powiedział, że całe życie człowieka składa się
wyłącznie ze wspomnień, ale czasem trzeba zapomnieć. I od tej pory oboje
kierowali się tą myślą, choć nigdy jej nie powtarzali. Wystarczyła im
zwykła obecność i rozmowa o broni albo sztuce. Z lekkim oporem Dima dał
się namówić na odwiedzenie strzelnicy. Myślał, że w ten sposób pomaga
Monice wyjść z depresji, a ona - że leczy jego frustrację. W końcu
spostrzegli, że chodzą tam coraz częściej i sprawia im to zwykłą
przyjemność.
Kiedy premier Bolecki wrócił do władzy, prokurator Walerian Farbiarz
bezceremonialnie zaproponował Dimie współpracę w dochodzeniu przeciwko
pułkownikowi Romanowi Leskiemu. W zamian obiecał mu szybkie zwolnienie
ze służby, godziwą emeryturę i umorzenie jego wątku w sprawie.
Dima po raz pierwszy w życiu był celem tak prymitywnego werbunku.
Parsknął śmiechem, aż opluł rumianą twarz prokuratora. Nie przeprosił,
bo nie czuł się winny, raczej sprowokowany. Pomyślał tylko z rozbawieniem, że w prokuraturze powinni w czasie przesłuchania podawać
wodę, a nie kawę.
- To co mam powiedzieć moim przełożonym? - Farbiarz spokojnie wytarł
twarz i okulary. Wyglądał jak gimnazjalista prymus. - Sam pan rozumie,
że los pana Leskiego i tak jest przesądzony. Mamy już zebrane
wystarczające dowody, by postawić mu zarzuty. Jeżeli zdecyduje się pan
nam pomóc, być może znajdziemy jakieś nowe rozwiązanie... mniej bolesne
dla niego.
- O losie pułkownika Leskiego zadecyduje chyba sąd? Pyta mnie pan
oficjalnie, jako prokurator? Czy jako kto, bo nie bardzo rozumiem... -
Dima zmrużył oczy.
- Skąd! To propozycja jak najbardziej nieformalna... no... poza protokołem.
Kto jak kto, ale pan w swoim życiu z pewnością nieraz stawał wobec
takiego wyboru, a pewnie jeszcze częściej stawiał innych. - Prokurator
uśmiechnął się, nieudolnie udając ironię. - Aha! - Spojrzał do notatek.
- Pan zajmuje w Atenach mieszkanie służbowe, prawda?
- Mieszkanie jest zapisane na mnie i ja je kupiłem.
- Ale to jest mieszkanie służbowe?
- Niech pan pyta na Miłobędzkiej, jeśli ma pan taką informację. Nie
jestem upoważniony, by z panem na ten temat rozmawiać. Nie zostałem
zwolniony z tajemnicy państwowej. Proszę się zwrócić do szefa AW.
- Ach, tak... - zamruczał pod nosem prokurator Walerian Farbiarz. - Czyli
odmawia pan współpracy?
- O jakiej współpracy pan mówi? - zapytał spokojnie Dima. - Co łączy
moje mieszkanie ze sprawą pułkownika Leskiego? Przyszedłem tu na
wezwanie, jako świadek, i nie zauważyłem, by pan coś protokołował.
Składa mi pan za to jakieś podejrzane oferty, coś insynuuje, próbuje
szantażować. Albo przystąpi pan do formalnego przesłuchania, albo
wychodzę.
Prokurator Farbiarz podniósł okulary na czoło i wychylił się do tyłu, z rękami założonymi na piersi. Zaczął się wpatrywać w Dimę, jakby chciał
mu powiedzieć: "Wykończę cię, szmato". Wyglądało, że dobrze przećwiczył
tę pozę, wypadł jednak groteskowo i Dima znowu musiał stłumić śmiech.
Zdawał sobie jednak sprawę, że sytuacja jest groźna. Prokurator nie miał
pojęcia, jak się werbuje ludzi, i tym samym się zdekonspirował. Ale może
o to mu chodziło - pomyślał Dima.
Pętla wokół Romana zaciskała się coraz bardziej. Widać było, że
determinacja Boleckiego przybiera na sile i nie zamierza odpuścić.
Prokurator po raz pierwszy oświadczył, że ma mocne materiały, by
postawić zarzuty, ale Dima wiedział, że to blef. Leski był największym
wrogiem Boleckiego, nocną zmorą, obsesją, która nie pozwala mu spokojnie
zasnąć. I to właśnie było najgorsze, bo nieprzewidywalne.
Dlatego Farbiarz niemal wprost zaproponował Dimie wymianę mieszkania w Atenach, wartego dwieście tysięcy euro, na materiały obciążające
Leskiego. To była jednak pusta pętla, bo na Romana nie było żadnych
materiałów, a mieszkanie na Pindarou było formalnie własnością Dimy.
Wprawdzie kupione za pieniądze CIA, ale zgodnie z prawem. Agencja w żaden sposób nie mogła go odzyskać wbrew woli Dimy. Gotów był je zwrócić
w całym pakiecie odcinania ogona, ale teraz zmienił zdanie.
Popatrzył na bezczelną twarz Farbiarza i postanowił, że nie będzie mu
ułatwiał zadania. Niech szef AW, pułkownik Wesołowski, transfer premiera
z kontrwywiadu wojskowego, wysili się i spróbuje odzyskać mieszkanie.
Roman doskonale to przewidział. Mówił, że Bolecki i Wesołowski nie
ścierpią, by Dima zatrzymał sobie mieszkanie w Atenach, i za wszelką
cenę spróbują coś na tym ugrać. "A to będzie dobra okazja do przejęcia
inicjatywy" - zakończył.
Dima pomyślał, że powinien się skontaktować z Marią. Kiedy złożył raport
o zwolnienie, zadzwoniła do niego i zaprosiła na kolację do restauracji.
To było miłe spotkanie przy libańskim winie. Nie wspominali tego, co się
zdarzyło w Baku, ale oboje doskonale wiedzieli, że właśnie wtedy
połączyła ich przyjaźń. Na zakończenie Maria zadeklarowała, że może na
nią liczyć, i wręczyła mu kartkę z nazwą komunikatora internetowego,
hasłem do ściągnięcia aplikacji i kodem dostępu. "Ten jest bezpieczny -
powiedziała. - Dam znać, gdy przestanie być, ale i tak wymieńcie cały
sprzęt".
Dima zrozumiał, że Maria Gerber, naczelnik WBW, jest po jego stronie.
Nie mógł mieć lepszego sojusznika w AW, bo to ona nadzorowała wewnętrzne
postępowanie dotyczące Sekcji i współpracę z prokuraturą.
Sytuacja dojrzała - pomyślał, patrząc na Farbiarza.
- Zrobi pan, co uzna za słuszne - odezwał się oschle prokurator. -
Kiedyś być może zechce pan wyjechać do jakiegoś ciepłego kraju i jak
mniemam, zapewne będzie nim Grecja, więc mieszkanie w Atenach się
przyda.
- Widzę, że nic pan nie pojmuje - rzucił Dima i podniósł się do wyjścia.
- Rozumiem, że nie ma pan do mnie więcej pytań.
- Mam do pana wiele pytań i niech się pan spodziewa wezwania, a raczej
znacznie częstszych wezwań niż dotąd. - Zamilkł na chwilę i opuścił
okulary. - Chyba że...
- Żegnam pana - przerwał mu Dima, chwytając za klamkę.
- Do zobaczenia, panie Calderón - doleciało, gdy zamykał za sobą drzwi.
Dima wyszedł na plac Unii. Było szaro i mroźno. Naciągnął czapkę,
postawił kołnierz i skierował się w stronę centrum handlowego, gdzie w podziemnym garażu zaparkował swojego fiata uno.
Nim uruchomił silnik, wyjął i włączył swój smartfon, który przez cały
czas czekał na niego pod dywanikiem. Aktywował go i po chwili ekran
ożył. Przy aplikacji Kalkulator pojawiło się czerwone kółko z cyfrą 1.
Miał też nieodebraną wiadomość głosową od kontaktu Złote Brzozy. Przez
chwilę wahał się, co zrobić najpierw: oddzwonić do Tamary czy wysłuchać
wiadomości?
3
Minęła szesnasta, gdy dotarli do granicy
serbsko-chorwackiej. Nikt o nic nie pytał, ale chorwaccy strażnicy
przejrzeli samochód bardzo dokładnie. Luka miał paszport austriacki i mówił płynnie po niemiecku. Przez chwilę rozmawiał z celnikiem, lecz
Hani nic nie zrozumiał.
Po kilku minutach byli już po drugiej stronie, w Unii Europejskiej.
Dopiero teraz Luka zjechał na stację benzynową. Nie pozwolił Haniemu
wysiąść i pójść do toalety. Wręczył mu plastikową butelkę i kazał do
niej oddać mocz, sam zaś wysiadł, żeby zatankować. Wrócił z dwiema
butelkami wody, francuskim hot dogiem i garścią batonów czekoladowych.
- Twoje śniadanie. - Podał Haniemu bułkę z kiełbaską. - Spokojnie... jest
halal - dodał i odjechał spod dystrybutora. Zatrzymał samochód na
parkingu.
- Skąd wiesz? - zapytał Hani.
- Bo wiem. A gdyby nawet nie było, to co z tego? Przecież możesz jeść,
co chcesz. Dla ciebie nic nie jest już haram. - Luka rozwinął batonik.
- A ty?
- Co ja?
- Nie jesz? - Hani pokazał bułkę.
- Lubię batoniki - odparł Luka z pełnymi ustami.
- Sikałem do butelki i umyłbym się... Rozumiesz?
- Allah ci daruje, jesteś jego wybrańcem. - Luka rozwinął drugi batonik
i łyknął wody. - Najtrudniejszy moment mamy za sobą, jesteśmy już w Unii, teraz jesteś bezpieczny. Droga do Zagrzebia otwarta. Moja rola się
kończy, wracam do Belgradu, a tobą zajmie się ktoś inny. - Włączył
silnik i zaczął wycofywać samochód. - Polubiłem cię - rzucił
niespodziewanie. - Jesteś inny niż wszyscy.
- Inny? - zapytał zaskoczony Hani, przełykając kęs. - Przecież nic o mnie nie wiesz. Nawet nie zapytałeś, jak mam na imię, skąd jestem...
- To nieważne. Nie muszę znać twojego imienia, żeby cię lubić. A ile
masz lat? - zapytał Luka, wyjeżdżając na autostradę.
- Trzydzieści dwa.
- Ile? - Luka spojrzał na pasażera z niedowierzaniem. - Myślałem, że...
osiemnaście. No to teraz lubię cię jeszcze bardziej! - Uśmiechnął się
drugi raz podczas tej podróży.
- Ukończyłem fizykę na Uniwersytecie Teherańskim jako prymus, pochodzę z Isfahanu, mam na imię Hani, a nazwisko Orahi, mój ojciec Nadir jest
niewidomy - wyrzucił z siebie Hani niemal jednym tchem, jakby chciał się
zaprezentować. Wytarł usta, zmiął papier po bułce i włożył go do
śmietniczki w bocznych drzwiach. - Teraz wiesz już, kogo lubisz?
Luka nie odpowiedział. Wpatrzony w drogę uśmiechnął się lekko i pokiwał
głową. Zapalił papierosa.
Hani poczuł satysfakcję, że powiedział Luce o sobie. Wpajano mu w Meszhedzie, że nie może nikomu ujawniać swojej tożsamości, ale uznał, że
to bezsensowne w obliczu tego, co ma zrobić.
W końcu Luka też należy do Korpusu - pomyślał, wpatrując się w sunący za
szybą obraz. Może jest trochę zimny i małomówny, ale jednak dba o moje
bezpieczeństwo, jest duży, wysportowany, wygląda jak perski heros i wierzy w naszą misję. A hot dog był bardzo smaczny.
Oparł głowę o szybę, zamknął oczy i przywołał obraz uśmiechniętego
Mohameda z automatem w dłoni i zieloną szarfą na czole. Zrobiło mu się
bardzo przyjemnie, bo zaraz sobie wyobraził siebie kroczącego obok
niego.
Nawet nie zauważył, kiedy dotarli na miejsce. Luka szarpnął go
delikatnie za ramię. Hani potrzebował chwili, by przetrzeć oczy i zorientować się, że samochód stoi na parkingu. Na zewnątrz było ciemno i padał drobny deszcz, a wycieraczki leniwie przecierały obraz. Sodowa
latarnia nieśmiało oświetlała dwie ciężarówki, kilka samochodów i szary
dom z zielonym migającym neonem Hostel Mostar.
- Jesteśmy na miejscu - rzucił Luka, wypuszczając dym. - To teraz będzie
twoje schronienie...
- Zagrzeb?
- Tak... przedmieścia.
- Jak długo i co dalej? - zapytał Hani ściszonym głosem.
- Nie wiem jeszcze, ale na razie będę cały czas z tobą. Czekamy na nowe
instrukcje. - Luka nacisnął przycisk na desce rozdzielczej.
Hani ze zdumieniem zauważył, że nad radiem wysunęła się podłużna skrytka
długości piętnastu i szerokości dziesięciu centymetrów. Luka odciągnął
ją mocniej i sprawnie wsunął dłoń do środka. Wyjął pistolet, który
natychmiast ukrył za paskiem, a po chwili smartfon. Włączył go. Ekran
zapełnił się kolorowymi ikonami. Hani w milczeniu obserwował, z jaką
wprawą Luka wykonuje wszystkie czynności, i od razu zrozumiał, że musi
robić to często.
- Jaki to pistolet? - zapytał.
- Beretta... M9. Amerykański... dziewięć milimetrów.
- Pokaż. - Hani wyciągnął rękę. - Nigdy nie trzymałem pistoletu.
- Nie - rzucił krótko Luka i wciąż czegoś szukał w smartfonie.
- Daj! - upierał się Hani. - Bądź przyjacielem... Daj potrzymać! Jedyny
raz w życiu... No?
Luka spojrzał na grube szkła, zza których świdrowało go proszące
spojrzenie dziecka. Z lekkim niedowierzaniem pokręcił głową i sięgnął po
pistolet. Wyjął magazynek i przeładował.
- Ale ciężki! - zamruczał Hani z wyraźnym zdziwieniem. - Amerykański! -
dodał. - Dziewięć milimetrów. A ile pocisków w magazynku?
- Waży prawie kilogram, a pocisków piętnaście, specjalnych...
- Czyli jakich?
- Daj już, wystarczy. - Luka zdecydowanym ruchem wyjął pistolet z ręki
Haniego i schował za pasek. - Idziemy. - Otworzył drzwi.
- Chciałbym mieć taki - rzucił Hani.
- Tobie jest niepotrzebny - odparł Luka obojętnym tonem.
Dwugwiazdkowy hostel Mostar był typowym przydrożnym zajazdem usytuowanym
na zachodnim skraju miasta, niecałe dwieście metrów od autostrady A2.
Korzystali z niego głównie kierowcy ciężarówek i spóźnieni podróżni,
którzy chcieli ominąć Zagrzeb.
Prowadzili go bracia Josip i Petar Juriciowie z Sarajewa. Przenieśli się
do Zagrzebia już po wojnie, ale nikt nie pamiętał kiedy. Bracia byli
dumni, że w dniach rozpadu Jugosławii walczyli przeciwko Serbom w Hercegowinie i zachodniej Sławonii, o czym miały świadczyć liczne
zdjęcia wystawione w barze czynnym całą dobę. Pozostałe, bardziej
wrażliwe pamiątki trzymali w domu.
Podczas wojny mieli zgromadzić potężny majątek, a hostel był tylko
przykrywką do prania pieniędzy, przemytu imigrantów i spotkań
chorwackich weteranów. Bar był też miejscem odwiedzanym często przez
patrole, gdzie policjanci mogli zjeść i wypić za darmo, pogadać z Josipem albo Petarem i odpocząć w przyjaznej atmosferze. Od wojny minęło
już dwadzieścia pięć lat, ale o każdej porze dnia i nocy można było z braćmi powspominać dawne zwycięstwa.
Luka często nocował w tym hostelu i całkiem dobrze poznał jego
właścicieli. Nie wiedział, dlaczego Teheran wybrał ten hostel jako
bezpieczny safe house i punkt przerzutowy, ale z łatwością mógł się
domyślić. Bracia Juriciowie nie ukrywali przed nim, że mają bliskie
relacje z albańską mafią i czują rodzaj wspólnej antyserbskiej sympatii,
która zbliża ich z muzułmanami. A policyjna ochrona była dodatkowym
argumentem, by korzystać z tego hostelu.
Luka podawał się za Asyryjczyka mieszkającego w Wiedniu, ale naprawdę
był Persem i oficerem Sił Ghods, o czym bracia oczywiście nie wiedzieli.
Jak przystało na chrześcijanina, pił rakiję, jadł wieprzowinę, rozliczał
się solidnie i terminowo, więc o nic nie pytali.
Pierwszy wszedł Luka. Hani kroczył tuż za nim, niosąc torbę przerzuconą
przez ramię. Wyglądał, jakby mu usługiwał. W barze było kilka osób. Za
bufetem stał starszy, wąsaty Josip. Od razu zauważył Lukę i uniósł rękę
na powitanie.
- Ostatnio często przyjeżdżasz - rzucił po niemiecku i spojrzał na
Haniego. - A ten to kto? Adoptowałeś synka?
- Nikt - odparł Luka obojętnie i podali sobie ręce. - Jedzie do rodziny
w Berlinie. Daj mi dwa pokoje i piwo. Jak sytuacja? - Pociągnął wzrokiem
po sali.
- Spokojnie. - Josip postawił piwo na barze i położył dwa klucze.
- Dla niego też daj piwo. - Luka wskazał Haniego.
- Dobrze, że jesteś. Mamy dla ciebie robotę...
- Pogadamy jutro - przerwał mu Luka. - Jestem zmęczony i zjadłbym coś.
Cały dzień na batonikach i wodzie. Masz te kotleciki jagnięce z pieprzem? Wiesz, te...
- Mam...
- Daj dwie porcje.
Josip znikł na zapleczu, a Luka podał Haniemu piwo i razem podeszli do
pierwszego wolnego stolika.
- Zamówiłem dla nas jedzenie, dobrze? Głodny jesteś? - zapytał w farsi.
- Wiem, że nie znasz niemieckiego, ale spokojnie. - Rozejrzał się po
sali. - Tu jest bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. Sprawdzone
miejsce. Ale nie przyznawaj się, że znasz angielski, i najlepiej nic nie
mów.
- Wiem, wiem, szkolili...
- To dobrze, że wiesz. Musisz być odpowiedzialny, bo jesteś wybrańcem
Boga i nadzieją na zwycięstwo naszego narodu - ciągnął cicho Luka i raz
po raz popijał piwo.
- Naprawdę nie wiesz, dokąd jedziemy? - zapytał Hani, zdejmując kurtkę.
- Nie wiem. Czekam na dalsze instrukcje. Zgodnie z planem ma cię tu
przejąć następny kurier. - Luka wyjął z kieszeni smartfon i zaczął w nim
czegoś szukać. Po chwili rzucił, wyraźnie rozczarowany: - Nic nowego.
Czekamy.
- Muszę iść do toalety - powiedział Hani.
Luka ruchem głowy wskazał mu kierunek.
Gdy Hani znikł za bordową kotarą, do baru weszło dwóch mężczyzn. Wyższy,
w granatowej wełnianej czapce i wojskowej kurtce, stanął przy drzwiach i zlustrował otoczenie, jakby kogoś szukał. Niższy, blondyn z wysokimi
zakolami, zaczesany do tyłu, w szarym dopasowanym płaszczu, ruszył
zdecydowanie w stronę baru. W tym czasie wełniana czapka usiadł już przy
stoliku obok, zmierzył Lukę podejrzliwym spojrzeniem, a po chwili
przerzucił uwagę na dwóch mężczyzn pod oknem.
Wypchnąwszy tyłem westernowe drzwi, z kuchni wysunął się Josip z dwoma
talerzami w rękach. Od razu dostrzegł stojącego przy barze blondyna i dyskretnie skinął do niego głową. Oczywiste było, że nie są to kierowcy
ciężarówek ani tym bardziej zbłąkani podróżni. W ich zachowaniu czuć
było pewność siebie na granicy arogancji i wrogi dystans do otoczenia.
Luka bardzo dobrze znał ten sposób bycia. Uzbrojeni ludzie wyczuwają
zagrożenie, jakby mieli dodatkowy zmysł - pomyślał i poczuł, że wełniana
czapka intensywnie mu się przygląda. Nie spojrzał w jego stronę, nie
chciał go prowokować.
Przyciągnął talerz, który chwilę wcześniej postawił przed nim Josip, i biorąc sztućce, dla pewności dotknął łokciem rękojeści pistoletu.
4
Dima nie opłacił jeszcze parkingu, więc
postanowił pójść do baru sushi na pierwszym piętrze. Porządnie
zgłodniał, a poza tym chciał usiąść, pomyśleć i w spokoju zadzwonić.
Najpierw do Tamary, potem do Moniki, a dopiero na końcu do ośrodka Złote
Brzozy, chociaż tego ostatniego najchętniej w ogóle by nie zrobił.
Józef stawał się coraz bardziej nieznośny. Czasami Dima miał już dość,
chciał po prostu wymazać z pamięci tego poruszającego się na wózku
starego złośliwca, który pewnie po dwóch tygodniach i tak by zapomniał,
że ma syna. Czy Józef w ogóle zdawał sobie sprawę, że mężczyzna, który
go odwiedza, przywozi banany, owoce i lody, serwisuje aparat słuchowy,
nazywa się Dima i jest jego synem? A już na pewno nie wiedział, że
dobrowolnie dopłaca do jego utrzymania.
Dima rozumiał, że wydarzenia ostatnich tygodni dodatkowo pogorszyły mu
nastrój i mogło się to odbić również na Józefie, ale miał już dosyć tego
obciążenia i musiał zająć się sobą. Jeśli się rozsypię psychicznie, to i Józef na tym ucierpi - pomyślał. Uświadamiał sobie, że trzeba się na coś
zdecydować i zacząć powoli odcinać od swojego życia cały zbędny balast.
Tym bardziej że może być jeszcze gorzej, więc powinien zrobić sobie
miejsce na nowe problemy.
Sądził, że lata dziewięćdziesiąte, które jako nielegał spędził w Rosji,
gdzie większość trudnych spraw rozstrzygała stara tetetka, nóż albo
laska dynamitu, były najgorszym okresem w jego życiu, ale się mylił. Nie
starcie z mafią GRU z Kronsztadu było największym przeżyciem, ale to, co
zafundowała mu ojczyzna, kraj, któremu służył.
Schował telefon do kieszeni i wysiadł z samochodu. Od razu spostrzegł
dwóch mężczyzn, którzy wysunęli się z granatowego forda mondeo. Zauważył
go wcześniej, ale nie mógł wypatrzyć, czy ktoś jest w środku, zwłaszcza
że samochód miał zaciemnione szyby. Dima poczuł, że coś się dzieje, i postanowił sprawdzić się w centrum handlowym, na szybko i na ostro. Nie
był w Moskwie, nie musiał się ukrywać.
ABW, wojacy czy CBA? Ciekawe, kiedy zapłacą za parking - pomyślał nieco
rozbawiony. A może mają wykupiony abonament, bo chyba nie jeżdżą na
blachę?
Wszedł na ruchomą pochylnię. Stanął i zaczął dyskretnie kontrolować
otoczenie. Mężczyźni się rozdzielili. Jeden wyprzedził Dimę, a drugi
ustawił się z tyłu.
Klasyczne rozstawienie w centrum handlowym. Zaraz ich sprawdzę -
zdecydował Dima.
W centrum było stosunkowo pusto. Zatrzymał się przy kantorze i przez
chwilę udawał, że obserwuje tablicę z kursami walut, ale w rzeczywistości patrzył na odbity w szybie obraz, który miał za plecami.
Obserwatorzy zajęli pozycje: jeden stanął przy wystawie księgarni, drugi
przysiadł na ławce.
Dima skręcił w lewo do supermarketu. Facet z ławki ruszył za nim, drugi
obstawiał wyjście.
Dobrze, profesjonalnie - pomyślał Dima. Tylko po co to robią? Przecież
wiedzą, że ich rozkuję. Nie chodzą po japońsku, więc od razu widać, że
nie robią tego prewencyjnie ani złośliwie. Dostali durne zlecenie, ale
muszą je wykonać. Żal mi ich, to takie poniżające.
W supermarkecie też było pusto. Dima nie brał koszyka, tylko od razu
wszedł do działu z alkoholami. Stanął w martwym punkcie, wziął do ręki
butelkę wina i zaczął odliczać. Nie minęło piętnaście sekund, gdy
pojawił się obserwator. Też bez koszyka. Od razu natknął się na Dimę,
ale się nie speszył. Spokojnie zaczął przeglądać wina na półkach. Po
chwili się rozejrzał, jakby kogoś szukał, puścił oko i rzucił cicho:
- Bardzo dobre wino, panie Calderón. Polecam.
Odwrócił się i wyszedł.
Dima był już pewny, że obserwacja nie podchodzi poważnie do zadania.
Wyglądało na to, że zlecenie jest z AW. Postanowiwszy okazać chłopakom
szacunek i sympatię, udał się wprost do restauracji na pierwszym
piętrze. Obaj obserwatorzy zajęli miejsca na zewnątrz, skąd mogli
widzieć Dimę, który usiadł odwrócony do nich plecami.
Wyjął smartfon i położył przed sobą. Na apce Kalkulator pojawiła się w czerwonej kropce cyfra 2, a zatem Tamara musiała dzwonić ponownie.
Dopiero teraz spostrzegł, że nie włączył dźwięku. Sprawdził jeszcze raz:
dzwoniła pięć minut temu. Postanowił oddzwonić po złożeniu zamówienia. I w tym momencie jak na zawołanie pojawił się kelner. Dima na chybił
trafił wskazał zestaw z obrazka i drugi taki sam na wynos dla dwóch
osób. Gdy kelner się oddalił, założył słuchawkę i nacisnął Kalkulator.
Tamara odebrała niemal natychmiast.
- Co nowego, braciszku? - zapytała pierwsza.
- Nic - odparł. - Właśnie wyszedłem z kolejnego niby-przesłuchania i posilam się sushi. A coś się stało?
- Właściwie to...
- No?
- Kiedy będziesz w Atenach?
- Ale o co... - Dima lekko się zaniepokoił.
- No wiem, że nie możesz swobodnie się poruszać, ale bardzo chciałabym z tobą porozmawiać. I to, niestety, nie są nasze sprawy prywatne. Chociaż
mógłbyś przyjechać też do Tel Awiwu. Ajelet bardzo się za tobą
stęskniła. Pojechalibyśmy do Ejlatu popływać z delfinami, jak ostatnio.
- Tamara, czy ty wiesz, co ja tutaj teraz mam... a właściwie co wszyscy
mamy? Wy tego w normalnym kraju nie zrozumiecie. - Dima na moment
przerwał, bo kelner postawił przed nim butelkę wody. - Mów, o co chodzi,
bo zaczynam się niepokoić, a to nie jest mi teraz potrzebne.
- Wolałabym jednak się z tobą zobaczyć. To ważne, Dima, bardzo ważne. -
Tamara obniżyła ton. Zrozumiał, że mówi to na serio. - A czasu mało,
coraz mniej.
- Przecież ten kanał jest bezpieczny. Już nie?
- Nie o to chodzi. Jest bezpieczny, ale wszystko ma swoje granice.
Kurwa, Dima! To nie jest nasza rodzinna sprawa, zrozum to w końcu! To
dotyczy naszych krajów. Po prostu wsiądź do tego pieprzonego samolotu i przyleć do Aten, ale nie mów o tym nikomu... tym swoim z Sekcji też.
Dotarło?
- Nooo... po takim zaproszeniu, siostrzyczko, chyba nie mam wyboru. Ale to
może być trudne, bo właśnie mam ogon.
- Nie żartuj! Co się tam u was dzieje? - Wyraźnie się obruszyła i zaraz
zmieniła ton. - To chyba nie jest dla ciebie problem, co?
- Dobrze, dam ci znać, kiedy przylecę - odparł niepewnie.
- Jutro, Dima! Jutro! - nalegała Tamara.
- Dam znać. Cześć.
- Cześć... A Izrael to też nie jest normalny kraj - rzuciła na koniec.
Skończył rozmawiać, a kelner postawił przed nim tackę z sushi i drugą w papierowej torbie.
- Tę... - wręczył torbę z powrotem kelnerowi - proszę dać tym panom. -
Wskazał obserwatorów za swoimi plecami.
Rozmowa z Tamarą rzeczywiście go zaniepokoiła. Nie miał wątpliwości, że
musiało się stać coś naprawdę ważnego. Jednocześnie wiedział, że nie
może być nic bardziej intrygującego niż tajemnice wewnątrz Mosadu.
Tamara piastowała wysokie stanowisko w pionie operacyjnym, nie mógł więc
jej podejrzewać o brak rozsądku, dystansu, a już w żadnym razie o przesadną nerwowość. Ale dlaczego to właśnie on jej był potrzebny? Po
chwili miał już kilka wersji, jednak wszystkie były tak abstrakcyjne, że
zrezygnował z dalszego kombinowania. W końcu doszedł do wniosku, że nic
nie wie, i zaniepokoił się jeszcze bardziej. Poczuł, że ma ochotę napić
się metaxy.
Nie ma rady, muszę polecieć do Aten - pomyślał.
Obejrzał się. Obserwatorzy siedzieli na ławeczce i nie zwracając na
niego uwagi, jedli sushi.
Nie powinno być problemu - dotarło do niego. Ciekawe, na jak długo mają
na mnie zlecenie? No to będą mieć kłopoty, jak im zniknę.
Nie sprawiło mu to satysfakcji. Byli w porządku.
Zapomniał, że ma jeszcze zadzwonić do Moniki i Złotych Brzóz. Postanowił
jednak najpierw zjeść sushi i zastanowić się, jaką drogą wyjechać
bezpiecznie z Polski i najszybciej dotrzeć do Aten. Była piętnasta
jedenaście, więc zwątpił, by udało mu się dotrzeć jutro na Pindarou.
Pojutrze... może pojutrze. Najlepiej będzie chyba przez Wiedeń. Obserwacja
natychmiast stwierdzi moje zniknięcie i poinformuje AW, a szef -
Boleckiego i prokuraturę. Dostaną furii.
Przez chwilę zrobiło mu się przyjemnie, ale zaraz do niego dotarło, że
wściekłość premiera odbije się na Romanie, Monice i Sekcji, bo i oni nie
powinni o tym wiedzieć. To byłoby nie fair, sprzeczne z zasadami,
przysięgą...
Dima poczuł, że ma prosty, ale poważny problem i nie wie, jak go
rozwiązać.
Wezwał kelnera, zapłacił rachunek i wyszedł z restauracji. Obserwatorzy
rozstawili się, udając tylko, że przystępują do pracy, i kiedy Dima
mijał znajomego z działu win, usłyszał:
- Niech pan koniecznie zmieni samochód i dobrze zamyka drzwi mieszkania.
Delikatnie skinął głową. Nie był zaskoczony, bo od początku zakładał, że
samochód jest pod kontrolą, ale przesłanie zrozumiał natychmiast.
Obserwacja jest po jego stronie, choć musi wykonać zadanie. Dziwne było
jedynie, skąd ta sympatia. Przecież go nie znali, a w zleceniu musiał
być opisany jako obiekt "podejrzany, niebezpieczny i dobrze znający
technikę pracy operacyjnej".
Stokrotka? - przeleciało mu przez myśl. Marysia, i wszystko jasne!
5
Skończyli jeść, a wełniana czapka,
rozparty na krześle, wciąż siedział przy stoliku obok. Hani,
skoncentrowany na krojeniu twardej baraniny, nie zwracał uwagi na
otoczenie. Luka robił to samo, więc mężczyzna szybko przestał się nimi
interesować. Utkwił wzrok w samotnym grubym mężczyźnie o śniadej twarzy,
który pod oknem jadł kluski i popijał wodą.
Blondyn w płaszczu, odwrócony plecami do sali, wciąż stał przy barze i rozmawiał z Josipem. Wychylił szybko dwa kieliszki, ale Luka był pewny,
że nie przyszedł się napić. Gadali już piętnaście minut, ale mówił
głównie nieznajomy. Josip, cały czas krzątając się za barem, kręcił
głową i wydymał usta, jakby chciał powiedzieć: "Czy ja wiem, może,
kiedyś...". Luka szybko zrozumiał, że jest przesłuchiwany. W pewnej chwili
Josip przybliżył się do mężczyzny i wsłuchując się w jego słowa,
spojrzał w stronę Luki. Przez kilka sekund patrzyli na siebie, a Josip
wyglądał, jakby chciał mu przesłać wiadomość: "O tobie mówi".
Luka dopił swoje piwo i skinął na Haniego, by się pospieszył.
Ruszyli w stronę schodów, odprowadzani spojrzeniem Josipa, a kiedy ten w końcu puścił oko, Luka zrozumiał, że może liczyć na jego dyskrecję.
Wiedział doskonale, że hostel braci Juriciów jest miejscem, gdzie
krzyżują się drogi bałkańskich mafii i służb specjalnych. I to właśnie
było jego największą zaletą, także dla Sił Ghods, bo zawsze można tam
było ukryć się w gąszczu przestępców, donosicieli, zbrodniarzy wojennych
czy szpiegów i zdobyć ciekawe informacje. Zostać tym, kim w danym
momencie chciało się być. Wszyscy podejrzewali wszystkich, kupić i sprzedać też można było wszystko.
Luka miał dobrze przygotowaną legendę. Od lat krążył po całej Europie i działał w bałkańskim podziemiu, które opanowało szlaki prowadzące do
Niemiec. Znał wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia, między
Stambułem i Södertälje. Szybko też został tajnym współpracownikiem
austriackiej policji i korzystał z jej ochrony. Od czasu do czasu, by
uwiarygodnić się jako źródło, przekazywał coś wartościowego,
przygotowanego specjalnie przez komórkę wywiadu "Zachód" Sił Ghods. Luka
wiedział, że te informacje trafiają czasami do BND i CIA, bo mówił mu o tym jego prowadzący z austriackiej policji - niejaki Hermann. Luka
uważany był za jednego z najważniejszych informatorów, więc policja
zazdrośnie chroniła go przed kontaktami ze służbami specjalnymi, a nieraz nawet ostrzegała zawczasu.
Jednak tym razem Luka wyczuł, że dwaj nieznajomi na pewno nie są z policji, a spojrzenie Josipa sugerowało, że dzieje się coś ważnego.
Zadanie, jakie tym razem Luka miał do wykonania, było wyjątkowe i mogło
zadecydować o zwycięstwie w zbliżającej się wojnie. W grę wchodziło
życie tysięcy ludzi. Była to największa tajemnica najwyższego przywódcy
i Luka ją znał. Dlatego musiał być bardziej ostrożny niż kiedykolwiek
wcześniej.
- Będziemy spać w jednym pokoju. - Otworzył drzwi. - Ale nie martw się.
- Rzucił Haniemu uśmiech. - Będę spał na podłodze.
- Jestem wytrzymały - odparł dumnie Hani. - Przygotowany do poświęcenia...
- Dlatego muszę zadbać, byś wypoczął. Jesteś świętym człowiekiem,
Wybranym. - Weszli i Luka zamknął drzwi. - Teraz możesz się wykąpać i pomodlić, już pora. Ja muszę wyjść i coś załatwić. Nie otwieraj nikomu.
Rozumiesz, Hani?
- Oczywiście. - Hani po piwie był wyraźnie w dobrym nastroju.
- Jesteś wybrańcem Allaha. - Luka położył mu rękę na ramieniu. -
Zazdroszczę ci, wiesz?
- Przyjdzie i twoja kolej, tylko musisz bardzo chcieć i wierzyć...
- Wierzę, wierzę - przerwał mu Luka i znikł za drzwiami.
Hani przekręcił klucz i zaczął się rozbierać. Bardzo chciał się
pomodlić, potrzebował kontaktu z Najwyższym, bo czas spotkania z nim był
coraz bliżej. Ale najpierw musiał się wykąpać. Luka okazał się
prawdziwym przyjacielem i przewodnikiem. Taki potężny mężczyzna z prawdziwym zaangażowaniem opiekował się kimś tak niepozornym jak on.
Hani czuł się dowartościowany i gdy wchodził pod prysznic, obiecał
sobie, że całą wieczorną modlitwę poświęci Luce, żeby i on jak
najszybciej został męczennikiem.
Kiedy Luka zszedł na dół, mężczyzn już nie było, a Josip stał za barem i rozmawiał przez telefon komórkowy. Luka, niezauważony, usiadł z boku.
Znał trochę serbsko-chorwacki, ale był za daleko i nie mógł zrozumieć, o czym mówi Josip. Zorientował się tylko, że rozmawia z bratem Petarem i jest bardzo zdenerwowany, bo raz po raz przeklinał podniesionym głosem.
Po minucie się rozłączył. Dopiero teraz się odwrócił i zobaczył, że za
bufetem siedzi Luka. Ruszył w jego stronę, chwytając po drodze butelkę
śliwowicy i dwa kieliszki. Bez słowa postawił je na bufecie i napełnił
oba sprawnym ruchem, nie odrywając butelki.
- To była nasza bezpieka - rzucił, stuknął kieliszkiem o kieliszek i nie
czekając na Lukę, wychylił. - Poważna sprawa... Szukają jakiegoś
irańskiego dywersanta, który podaje się za Asyryjczyka. Podobno pracuje
dla wywiadu. - Spojrzał Luce w oczy. - Ale ty jesteś z Syrii, prawda?
- Prawda. A czego konkretnie chciał? - zapytał obojętnie Luka i wlał
śliwowicę do gardła. - Co ja mam z tym wspólnego? Znam jednego
irańskiego Asyryjczyka, który się tu kręci, wozi czasami herę. Może to
on.
- Tak? - Josip spojrzał na niego spod krzaczastych brwi i uzupełnił
kieliszki, a Luka zapalił papierosa. - Ja nie znam, a znam tu
wszystkich. Znam tylko jednego Asyryjczyka, który regularnie się u mnie
zatrzymuje.
- A co mnie to może obchodzić? - Luka zaciągnął się dymem. - Ciągle
kogoś szukają, w Wiedniu jest to samo. CIA, Anglicy albo Francuzi.
Wszystko przez tę wojnę w Syrii. Pełno różnego gówna wypłynęło i pcha
się teraz do Europy, ale to nie nasz interes. Nie, Josip?
- Niestety, Luka... - Josip uniósł kieliszek i uśmiechnął się. - Wszystko
wskazuje na ciebie. Nooo... - Uniósł kieliszek jeszcze wyżej. - Wypijemy
za interes życia?
- Czyli za co? - zapytał zaskoczony Luka.
- Najpierw wypij!
Znów się stuknęli i razem łyknęli śliwowicę.
- Powiem ci tak... - zaczął Josip. - Chuj mnie to obchodzi, że robisz dla
Irańczyków. Każdy dla kogoś pracuje i każdy ma coś na sumieniu. Dzisiaj
nie ma już dziewic, bo wszyscy ruchają się ze wszystkimi. Widzisz tę
rękę? - Uniósł dużą włochatą dłoń i rozcapierzył palce. - Pięćdziesięciu
ośmiu Serbów i trzydziestu Mujo... tą jedną ręką. I co? Chujów sto! -
Uśmiechnął się, pokazując żółte zęby. - A Iran to stary kraj, nie?
- No więc... Co za interes życia?
- No właśnie! - Josip spojrzał Luce prosto w oczy. - Ty mi powiedz, jaki
to będzie mój interes życia! A wiesz przecież, że z żydami i muzułmanami
interesów nie robię.
- Pierdolisz, Josip. Pijany jesteś...
- To co? - Josip wyciągnął kartkę z kieszonki na piersi i pomachał nią
Luce przed nosem. - Mam zadzwonić? Zaraz tu przyjadą.
- Dzwoń, gdzie chcesz - spokojnie odparł Luka i spojrzał na kamerę nad
barem. - Idę spać. Zapłacę jutro - oznajmił zdecydowanie i ruszył w stronę schodów.
- Okej, masz czas do jutra. Zaczekamy. - Gdy Luka znikał w drzwiach,
Josip rzucił jeszcze za nim: - I nie przejmuj się, inszallah!
W pokoju paliło się światło, a Hani spał skulony na podłodze, jakby
zasnął podczas modlitwy. Luka wziął go delikatnie na ręce. Hani tylko
zamruczał i powiedział coś niewyraźnie. Luka położył drobnego mężczyznę
na łóżku, zdjął mu okulary i przykrył go narzutą. Dopiero teraz powiesił
swoją czarną skórzaną kurtkę. Zgasił światło, usiadł na krześle i uchylił okno. Zapalił papierosa.
Na parkingu stało kilka samochodów osobowych i dwa tiry. Luka wyciągnął
pistolet i położył go na parapecie. Sprawdził smartfon, ale nie było
żadnych nowych wiadomości. Niedobrze, bo następnego dnia miał przejąć
Haniego nowy kurier, chyba że Teheran zmieni plany. Tak było ustalone.
Nie to jednak martwiło Lukę. Rozmowa z Josipem wybiła go z rytmu i zaburzyła porządek spraw, które dotąd układały się zgodnie ze
scenariuszem. Od początku zakładano, że służby mogą wpaść na jego trop,
ale nie przypuszczał, że stanie się to tak szybko. A czas był
najważniejszy, bo cały oddział miał być na miejscu w ciągu dwóch dni.
Hani był ostatni. Luka zapewniał generała Harumiego, że szlak jest
bezpieczny, i nie było w tym przesady, chociaż to i owo przemilczał.
Mieli oczywiście plan awaryjny, ale nikt nie wziął pod uwagę, że Luka
zostanie zdekonspirowany przez kogoś, kto zna go osobiście. Nie mogło
być nic gorszego. Poza tym Josip prawdopodobnie nie zdradził
wszystkiego, co usłyszał od tajniaka. A szczegóły były najważniejsze, bo
mogły wskazywać, skąd chorwackie, izraelskie albo amerykańskie służby o nim wiedzą. Josip zbyt łatwo skojarzył go z poszukiwanym Asyryjczykiem.
To byłoby zbyt proste. Muszę wiedzieć więcej - pomyślał Luka. Josip jest
zbyt przebiegły, by wysypać się od razu. Dlatego nie bez powodu
zadzwonił do Petara. A chorwackie służby na pewno mogą wiele zaoferować
byłym rzeźnikom z Bośni.
Wszyscy wiedzieli, że bracia Juriciowie mają na sumieniu zbrodnie
wojenne i tylko ze względu na układy w policji i wojsku są pod cichą
ochroną. Ale odkąd Chorwacja weszła do Unii, w każdej chwili mogło się
to zmienić i bracia dobrze o tym wiedzieli. Musieli być ostrożniejsi, a przede wszystkim bardziej pokorni. Luka doszedł do wniosku, że dopóki
jego legenda pozostanie niezagrożona, uwikłanie Juriciów będzie dla
niego korzystne.
Zanim więc coś postanowi, musi się upewnić, co wie Josip i czy
zrelacjonował bratu rozmowę z tajniakiem. Dopiero wtedy poinformuje
Teheran. Niepokoiło go, że kurier się opóźnia. Jeżeli nie pojawi się do
jutra, wtedy on sam będzie musiał podjąć decyzję. Inaczej pogrzebie całą
operację.
Położył dłoń na zimnym pistolecie i spojrzał na śpiącego Haniego. Nagle
zrobiło mu się go żal. Wszyscy męczennicy, których przerzucał do Europy,
byli głęboko przekonani do swojej misji, wierzyli w jej boskie
przesłanie. Pod tym względem Hani się od nich nie różnił, ale mimo
wykształcenia było w nim coś rozbrajająco naiwnego, ale jednocześnie
szczerego. Może to ten jego niewinny wygląd tak na mnie wpływa -
pomyślał Luka i uśmiechnął się do siebie, lecz wcale nie zrobiło mu się
lepiej. Hani sam wybrał swój los, chociaż tak naprawdę nie mógł
wiedzieć, na co się waży.
Luka wyglądał przez okno na skąpany w deszczu parking. Po lewej stronie,
przy bramie zamkniętego garażu, stał czarny mercedes Josipa. Właściciel
był jeszcze w zajeździe. Luka spojrzał na zegarek: kwadrans po
dwudziestej pierwszej. Od niedopałka przypalił kolejnego papierosa i cienką strużką wypuścił dym przez uchylone okno.
Wtedy zobaczył światła wjeżdżającego na parking samochodu. Srebrny
jaguar I-Pace minął latarnię i stanął obok mercedesa. Chwilę później z niemałym trudem wytoczył się z niego prawie dwustukilowy starszy brat
Josipa, szef miejscowej mafii.
Kiedy Luka patrzył, jak Petar kroczy w deszczu do wejścia, dotarło do
niego, że czekanie do rana nie ma sensu, bo za chwilę pętla może się
zacisnąć.
Czas gra na moją... naszą niekorzyść - pomyślał z narastającym niepokojem.
Josip i Petar się upewnią, że dobrze robią, a ja stracę noc, czas... i zaskoczenie.
6
Amina chwyciła ostrze trzema palcami i wciąż trzymając na kolanach śpiącą Asę, z całej siły cisnęła nożem
kuchennym. Jagan wiedział, że to zrobi, lecz nie zamierzał się bronić.
Miał wystarczająco dużo czasu, by skoczyć i ją obezwładnić, ale jakaś
potężna siła kazała mu tylko podnieść rękę i nadstawić dłoń na lecący w jego stronę nóż. Właściwie nic nie poczuł. Ze zdziwieniem zobaczył, że
nóż przebił mu lewą dłoń i utkwił w niej po rękojeść. Nie popłynęła ani
jedna kropla krwi. Wysunął powoli ostrze i odłożył nóż na stolik obok.
Zacisnął mocno dłoń i po prostu wyszedł.
Trafił do jakiegoś nędznego baru pod odrapanym szyldem Ragnarok i zamówił cztery wódki. Trzy wypił od razu, a czwartą polał sobie zbielałą
już pięść.
Cały czas obserwował go potężny barman z runicznym tatuażem na łysej
głowie i zaplecionymi wąsami. W końcu podszedł, obejrzał pięść, ze
zrozumieniem pokiwał głową, powiedział coś po norwesku i wyciągnął z szafki plaster z opatrunkiem. Spróbował otworzyć dłoń, ale była
zaciśnięta jak kamień. Jagan milcząco dał znać, że nie może jej
rozewrzeć. Norweg przytaknął i nakleił plaster na wierzchnią stronę.
- J?vla t?ff russisk - rzucił pod nosem i postawił Jaganowi wódkę na
koszt firmy.
Następnego dnia Jagan był już w Moskwie. Wciąż miał zaciśniętą pięść i właściwie o niej zapomniał, bo nawet już jej nie czuł. Całkiem sprawnie
radził sobie w podróży jedną ręką, ale uznał w końcu, że powinien coś
zrobić z tą dłonią, bo była mu potrzebna do prowadzenia motocykla.
Próbował ją otworzyć na siłę za pomocą prawej ręki, ale bezskutecznie.
Kiedy dojechał do Aleksandrowki, znalazł w garażu metalowy pręt,
wepchnął go w środek dłoni i spróbował rozewrzeć palce, ale metal tylko
się wygiął.
W końcu wziął butelkę samogonu, ogórki, pół czarnego chleba i poszedł do
starej Maruchy, która mieszkała za lasem. Wygrzebał ją spod sterty
kołder, nalał szklankę wódki, ukroił chleba i położył na gazecie kiszony
ogórek. Marucha wódkę wypiła, chlebem się tylko zaciągnęła, ale ogórkiem
zakąsiła, poruszając bezzębną szczęką. Resztę wódki schowała po stołem.
Jagan bez słowa pokazał dłoń. Marucha obejrzała ją uważnie, chociaż
wszyscy mówili, że jest prawie ślepa. Obracała nią na wszystkie strony,
powąchała, aż w końcu orzekła:
- Mocz.
- Mocz? - zapytał Jagan, ani trochę nie zaskoczony, bo Marucha wszystko
leczyła za pomocą moczu.
- Tak, ale tylko twój - dodała.
- Mam pić?
- Nie, masz sobie szczać na rękę przez dwa dni, ale powoli i do środka.
Zawsze rano i wieczorem. Przejdzie - orzekła z przekonaniem, po czym
wzięła butelkę spod stołu i poczłapała z powrotem do łóżka.
Jagan zrozumiał, że konsultacje się skończyły. Wyszedł na zewnątrz i stanął przed drzwiami. W sumie był zadowolony, że nie kazała mu pić
moczu, bo chyba nie dałby rady. Marucha zalecała go do użytku
zewnętrznego i wewnętrznego, a mimo to ludzie z Aleksandrowki i okolicznych wiosek do niej zjeżdżali, bo pomagało. Czasami wąchała,
próbowała i patrzyła na mocz i jeśli wiedziała, że nie może pomóc, nie
zalecała jego użycia, więc ludzie uważali, że jest uczciwa. Podobno nikt
w Rosji nie znał się na moczu tak jak Marucha.
Odszedł za róg chaty i rozpiął spodnie. Powoli, ostrożnie i dokładnie
zaczął oddawać mocz na pobladłą zaciśniętą pięść. Poczuł ciepło i pomyślał, że Marucha ma jednak rację. Poruszył małym palcem, potem
następnym, mocz dostał się do wnętrza i po chwili dłoń się otworzyła.
Zapiął spodnie i zaczął oglądać palce, które z trudem co prawda, ale
zaczynały się poruszać. Dłoń się zarumieniła. Jagan pomyślał, że
rosyjska medycyna ludowa bije na głowę chińską, nie mówiąc już o amerykańskiej, i jest o wiele tańsza. Do wieczora dłoń zaczęła normalnie
pracować.
Od tamtych dni minęło dużo czasu i Jagan nie pamiętał już, dlaczego
wtedy poddał się woli Aminy. Z trudem przypominał sobie fragmenty
obrazów z Oslo, jakby przywoływał cudze wspomnienia albo przeglądał
internet. Zawsze miał problemy z pamięcią, ale nasiliły się one po
wydarzeniach na Gotlandii, gdzie został ciężko ranny. Do dzisiaj nie
wiedział, co się wtedy stało.
O Bogajewach zapomniał i nawet blizna na dłoni nic mu już nie mówiła.
Śmierć pułkownika Olega Dunina z ręki jego byłej żony zamknęła
rozliczenie. Jagan został bez pieniędzy, jeszcze mocniej rozgoryczony.
Nikogo nie nienawidził teraz bardziej niż facetów z GRU i SWR, ludzi bez
honoru i wyzutych z miłości do ojczyzny, jak uważał. Nie mógł zrozumieć,
dlaczego prezydent wciąż toleruje to żmijowisko, zamiast oprzeć się na
zdrowej części rosyjskiej armii. Czuł się wielokrotnie oszukany i zakładał, że szpiedzy oszukują też prezydenta, a nawet samych siebie.
No, może z wyjątkiem pułkownika Miszy Popowskiego. On był inny, miał
wspaniały kredens w domu i zasady, ale gdzieś, bladź, przepadł -
zastanawiał się Jagan.
Od powrotu z Norwegii zmienił się, ale nikt nie był w stanie tego
zauważyć, bo Jagan dalej mieszkał sam i oprócz dzieci z Aleksandrowki,
które uczył samoobrony, z nikim nie utrzymywał kontaktów.
Kupił laptop z internetem i godzinami siedział w swojej chacie,
przeglądając różne strony. Nagle odkrył świat na nowo. Najbardziej lubił
filmy radzieckie z lat pięćdziesiątych i westerny. Wieczorami pił wódkę
i śpiewał razem z Markiem Bernesem Żurawli albo Tiomnaja nocz´.
Musiał jednak w końcu zmienić repertuar, bo pił coraz więcej i zaczął
się wstydzić swoich łez. Przeszedł na zespół Lube, którego piosenki
dobrze go motywowały i przypominały czasy chwały. Wprawdzie pił tyle
samo, ale już nie płakał.
Co rano, aby przewietrzyć głowę, wsiadał na swój motocykl Ural M-72 z 1951, którego nazywał Rusłanem, i z dubeltówką na plecach pędził po
leśnych bezdrożach. Trochę to pomagało, ale nie na długo, bo internet
pożerał Jagana coraz bardziej. On sam zdawał sobie z tego sprawę i starał się dłużej jeździć na motorze. Zebrał kilkunastu miejscowych
łobuziaków, odciągnął ich od alkoholu i kleju i zorganizował w oddział
płastunów Junarmii. Z trudem, ale wytrwale kształtował w nich
patriotyczne postawy, odnajdując w sobie silne wychowawcze powołanie.
Prawdziwe problemy zaczęły się, kiedy chłopcy pokazali mu gry wojenne.
Następnego dnia przywiózł z Moskwy na plecach wielki monitor i PlayStation, którą polecił mu sprzedawca. Od tego dnia przestał jeździć
na motorze i pić wódkę. Zasłonił okna. Żył czipsami i colą. Spał
godzinę, dwie, a i w snach dalej walczył.
Chłopcy wystawali u niego pod oknem, ale Jagan stracił chęć do dalszej
pracy społecznej i z dnia na dzień przekładał zajęcia. W końcu przestali
przychodzić, a Jagan odpalał motocykl tylko wtedy, kiedy jechał do
Moskwy, żeby kupić nowe gry. Ciągle zwyciężał i przechodził wszystkie
poziomy bez trudu. Wkrótce jako "Borysa" znał go niemal cały świat
graczy i rozpoczęły się poszukiwania, kim naprawdę jest ten Rosjanin.
Każdy chciał być z nim w jednej drużynie i pojawiły się pierwsze
propozycje od producentów gier, którzy chcieli go zatrudnić do pisania
scenariuszy i testowania. Jagan jednak z nikim nie rozmawiał, co jeszcze
bardziej rozbudzało wyobraźnię graczy i budowało mit niezwyciężonego
"Borysa".
Ciągle kupował nowe gry, bo musiał szukać świeżych doznań. Doskonale
zdawał sobie sprawę, że te gry nie mają nic wspólnego z rzeczywistością,
a jednak zatracał się zupełnie i przeżywał każdą misję, jakby to było
naprawdę. Czasami uczył się nawet czegoś nowego.
7
Luka przeładował swoją berettę,
odbezpieczył i wcisnął za pasek z tyłu. Cicho zamknął za sobą drzwi,
żeby nie obudzić Haniego. Zszedł na dół. Za barem stała czarna Mila,
kochanka Josipa i kierowniczka zajazdu. Z uśmiechem obsługiwała dwóch
objętych czule pijaków mruczących nieskładnie jakąś melodię. Zauważyła
go, kiedy kierował się do wyjścia, i uniosła dłoń na powitanie.
- Josip? - zapytał z odległości kilku metrów, bezgłośnie poruszając
ustami.
Wskazała głową na zaplecze.
Luka wyszedł na zewnątrz i podbiegł do swojego volvo, bo deszcz się
wzmógł. Otworzył skrytkę, w której trzymał pistolet, i włożył rękę do
środka. Końcami palców wyczuł podłużny przedmiot, ale nie mógł go
chwycić, bo leżał zbyt głęboko, a ręka się nie mieściła. Od początku
mówił technikowi, że skrytka jest zbyt wąska. W końcu nacisnął ów
przedmiot z jednej strony, tak żeby uniósł się z drugiej, i wtedy
chwycił go dwoma palcami.
Wyjął ze skrytki włoski nóż sprężynowy Frank Beltrame obłożony
palisandrem. Nazywał go Franio. Luka lubił ten nóż o wiele bardziej niż
swoją berettę, bo wiedział, że można go łatwo ukryć, skutecznie nim
zaatakować i cicho zabić. Nie obroni się jednak nożem przed atakiem tak
jak pistoletem kalibru 9 milimetrów.
Zwolnił kciukiem blokadę i dwunastocentymetrowe cienkie ostrze
wyskoczyło z charakterystycznym kliknięciem. Luka uwielbiał ten dźwięk.
Złożył nóż i wsunął go sobie za skarpetkę na prawej nodze.
Wrócił do zajazdu.
Mila próbowała obudzić pijaka, który najwyraźniej zasnął na barze. Drugi
gdzieś znikł. Luka wskazał głową na zaplecze, a Mila potwierdziła.
Biuro Josipa, nazywane kaverną, było ponadtrzydziestometrowym
pomieszczeniem i pełniło funkcję centrum biznesowo-operacyjnego braci
Juriciów oraz izby pamięci ich wojennych dokonań. Było to jedyne
miejsce, w którym czuli się bezpiecznie i wygodnie, więc nie każdy miał
tam wstęp. Uważało się nawet, że zaproszenie do kaverny nobilituje.
Tutaj bracia trzymali pamiątki z wojny, których nie mogli wystawić w barze. Dwie wielkie wytarte czerwone kanapy pamiętały czasy wczesnego
Tito, ale Josip bardzo je lubił i nie pozwalał ich wyrzucić. Ściany,
które kazał pomalować na ciemnoczerwony kolor, żeby pasowały do tych
skórzanych pikowanych kanap, były ozdobione licznymi trofeami z rogami,
zdjęciami z wojny w Hercegowinie oraz namalowanym na zamówienie Petara
dużym portretem Ante Pavelicia w mundurze. Boczne oświetlenie,
zaprojektowane przez Josipa, miało dodawać kavernie intymności i ciepła,
ale Mila uważała, że tylko wzmacnia skojarzenie z Paveliciem.
Luka przeszedł kilka metrów wąskim korytarzem i stanął pod pancernymi
drzwiami. Zastukał, ale nikt nie otwierał. Zastukał jeszcze raz. Luka
pamiętał, że Josip ma obsesję na punkcie bezpieczeństwa i wszędzie
instaluje kamery, więc musi wiedzieć, kto stoi pod drzwiami.
Naradzają się - pomyślał. Nie przypuszczali, że przyjdę.
Drzwi zachrzęściły i otworzyły się na oścież. Przed Luką stanął Petar w koszuli z podwiniętymi rękawami. W ustach miał wielkie cygaro. Wypełniał
sobą całe wejście, ale Luka był wystarczająco wysoki, by dostrzec
Josipa, który z rozłożonymi ramionami siedział na kanapie.
Petar usunął się na bok i Luka wszedł, przecinając gęsty dym z cygar
wzmocniony zapachem whisky. Zajął miejsce na drugiej kanapie,
naprzeciwko Josipa, który wyglądał na mocno wlanego.
- Napijesz się... Luka? - zapytał Petar, podchodząc do barku. - A właściwie to jak się nazywasz, Hasan, Mohamed? - Oba imiona wypowiedział
z nieskrywaną pogardą. - Zresztą... chuj, jak się nazywasz. - Nalał whisky
do szklanki i podał Luce. - Widzisz! Usługuję ci... - Na chwilę zawiesił
głos. - Szanuję. Wiesz, co to znaczy?
- Rozumiem, że Josip już ci opowiedział o wizycie bezpieki - odparł
Luka.
- A co myślałeś? - wtrącił się Josip. - Możemy mieć przez ciebie sporo
problemów i może nas to drogo kosztować. Właściwie powinniśmy dać ci
teraz w łeb, związać i odstawić do Zagrzebia. Przysłużymy się ojczyźnie
i jeszcze na tym zarobimy. - Pochylił się, by wziąć ze stołu szklankę,
ale drugą ręką sięgnął za plecy i wydobył pistolet, który wycelował w Lukę. - Masz broń? - zapytał i dał znak bratu, by go sprawdził. - Wstań!
- rozkazał.
Luka podniósł się, wciąż trzymając szklankę z whisky, a Petar, jakby
wiedział, gdzie chowa broń, wyszarpnął mu berettę zza paska.
- Teraz możemy porozmawiać - oświadczył Josip. - To tak na wszelki
wypadek.
- Przyszedłeś do nas z załadowanym i odbezpieczonym pistoletem? - Petar
uniósł berettę, jakby demonstrował dowód w sądzie.
- No właśnie! - rzucił Josip. - Jak ci zaufać? Od razu widać, że jesteś
podstępny jak każdy wyznawca Allaha.
- To co ci powiedział ten tajniak? - zapytał Luka, bagatelizując
sytuację, bo wiedział, że na Juriciach odbezpieczona broń nie robi
wrażenia. - Że szukają mnie... właśnie mnie? Niby z jakiego powodu? Że
jestem kim... irańskim szpiegiem? - Usiadł na kanapie. Sprawiał wrażenie
spokojnego i zdystansowanego, ale w rzeczywistości był spięty i czuł, że
najpierw musi zapanować nad rękami, bo to był jego najsłabszy punkt.
- Sam fakt, że teraz przyszedłeś, to potwierdza, zresztą i tak sprawa
jest oczywista.
- No więc? - Luka nie ustępował. - Załóżmy, że tak jest. I co?
- I to jest poważna rozmowa - włączył się Petar. - Mamy dla twoich
ajatollahów godną uwagi propozycję i chcielibyśmy porozmawiać z kimś
odpowiedzialnym i decyzyjnym w Teheranie. No... i ty też w tym jesteś. -
Spojrzał na Lukę z udawaną sympatią, puszczając kłęby dymu. - Masz u nas
prowizję, bo u was to nagrodę chyba dadzą ci w niebie.
- W ten sposób zarobisz podwójnie - dodał Josip i pociągnął whisky. - Na
ziemi i w niebie. Uznawszy to za dobry dowcip, Juriciowie roześmiali się
chrapliwie.
Luka wiedział już, co ma zrobić, i był gotów. Dlatego nie mógł się teraz
odkryć, jeśli chciał ustalić, co tajniak powiedział Josipowi.
- Okej. - Pokiwał głową. - Zgadza się, pracuję dla Teheranu i nie za
zbawienie, tylko za kasę, dobrą kasę. To jest biznes...
- Mamy nadzieję, że nie kumasz się z tymi rzeźnikami halal z ISIS -
wtrącił Petar. - Tego nie bierzemy. Rozumiesz?
- Iran walczy z terrorystami, ale przede wszystkim musi sobie radzić z embargiem USA. A szczególnie teraz, kiedy wojna wisi w powietrzu. Jasne?
- rzucił Luka z pełnym przekonaniem.
- I o to właśnie chodzi, nasz drogi irański przyjacielu - ucieszył się
szczerze Josip. - O to chodzi! Nie tylko przymkniemy oko na waszą
działalność, ale jeszcze pomożemy wam twórczo się rozwinąć. Od dawna
szukaliśmy sposobu, żeby dobrać się do tego interesu, i nagle spadłeś
nam z nieba, perski przyjacielu. Biznes jest bardzo delikatny, więc
potrzebujemy kogoś, kto potrafi zachować tajemnicę i jednocześnie będzie
wiarygodnie umocowany. Nie ma lepszego kanału niż wasze służby, prawda?
- Uniósł krzaczaste brwi i zaraz sam sobie odpowiedział: - Oczywiście,
że prawda! Josip dobrze to wie.
- Konkretnie - zniecierpliwił się Luka. - Czego oczekujecie?
- Mówiąc krótko - zaczął Petar - mamy kontakty w porcie i w rafinerii w Rijece oraz w Zagrzebiu, ty masz kontakty w Teheranie i tanią ropę.
Proste? Biznes łatwy i zyskowny.
- A co z Amerykanami? - zapytał Luka.
- Chuj z nimi. - Petar machnął ręką. - Załatwimy sprawę. Pies ich jebał.
- Możemy porozmawiać, bo pomysł jest nienowy i już realizowany tu i tam.
Ale czy wy macie jakieś pojęcie o handlu ropą? I kto o tym wie? I co
wasze służby wiedzą o mnie?
Ostatnie pytanie było najważniejsze, bo Luka doskonale zdawał sobie
sprawę, że Juriciowie nie mają zielonego pojęcia o przemycie ropy, tylko
po prostu zwietrzyli biznes. Z zajazdu na przedmieściach Zagrzebia do
kupna tankowca lewej ropy droga daleka, ale chciwość nie ma granic -
pomyślał.
- I to jest właściwe podejście - oświadczył Josip. - O biznes się nie
martw. Mamy ludzi, którzy się na tym znają. Daj nam tylko odpowiedni
kontakt w Teheranie.
- Resztą my się zajmiemy - dodał Petar. - A ty spokojnie będziesz mógł
sobie działać dalej.
- Co o mnie wiedzą? - zapytał ponownie Luka.
- Szukają Irańczyka, który pracuje dla wywiadu i podaje się za
Asyryjczyka - wyjaśnił Josip. - Wiedzą, że zatrzymywał się kilkakrotnie
w naszym zajeździe. Przerzuca ludzi do Europy. I wszystko było jasne.
- No i jest synem jakiegoś bardzo ważnego mułły czy kogoś w tym rodzaju
- z uśmiechem dorzucił Petar. - I to właśnie zainspirowało nas
najbardziej.
Luka zrozumiał, jak bardzo naiwni są bracia Juriciowie. Mogli być dobrzy
w bandyckim i przemytniczym procederze, ale nic nie rozumieli z polityki
ani tym bardziej z działalności służb specjalnych. Wydawało im się, że
złapali okazję, bo mają kontakty i pomysł, ale wkroczyli na
niebezpieczny teren. Nagle stało się dla Luki oczywiste, że wkrótce
Mosad albo CIA wpadną na jego trop i wszystko ustalą, więc musiał jak
najszybciej zatrzeć za sobą ślady. Nie miał czasu.
Zgubiła ich zwykła arogancja. Jakie to żałosne - pomyślał i schylił się
powoli, jakby chciał poprawić spodnie.
Sięgnął ręką do buta. Wyczuł podłużny kształt noża i wyciągnął go,
kryjąc w dłoni. Przysunął się do Petara, który chwilę wcześniej
przysiadł się do niego na kanapie, i odbezpieczył nóż.
Usłyszeli tylko metaliczne kliknięcie. Luka jednym ruchem podciął grube
gardło Petara i nim któryś z braci połapał się, co zaszło, wybił się z całej siły i skoczył przez stół.
Josip zdążył wyciągnąć rękę w stronę pistoletu, który leżał obok, ale
Luka spadł na niego okrakiem i szybkim pchnięciem wbił mu ostrze w pierś
aż po rękojeść. Josip zamarł w bezruchu, z szeroko otwartymi oczami i ustami, jakby chciał coś powiedzieć. I wtedy Luka gwałtownie obrócił
nożem.
Wstał. Petar jeszcze charczał, trzymając się za gardło i przewracając
oczami, a spod jego dłoni kaskada krwi wylewała się na pierś.
- Duży jest, dużo krwi - wyszeptał Luka, wycierając zakrwawiony nóż i dłoń o kanapę. - Coś mnie tknęło, żeby go wziąć - powiedział głośniej i zapalił papierosa.
Przysiadł na oparciu i pomyślał, że łatwo poszło, ale to dopiero połowa
roboty. Musiał zniszczyć nagrania z monitoringu i została jeszcze Mila.
W rogu kaverny stało biurko, a na nim komputer. Luka usiadł na krześle,
uderzył w klawisz i ekran ożył. Tak jak się spodziewał, pojawiły się na
nim sekwencje z ośmiu kamer. Na jednym z obrazów Mila stała za barem,
paliła papierosa i rozmawiała przez telefon. Pijaków już nie było.
Petar charczał coraz ciszej, ale cygaro w jego dłoni wciąż się tliło.
Luka miał nadzieję, że spali mu palce.
8
Monika wróciła z jogi o piętnastej i postanowiła najpierw zrobić sobie tosty z serem, wziąć prysznic, a dopiero potem obejrzeć wiadomości. Do spotkania zostały trzy godziny. Na
gołe ciało włożyła biały szlafrok frotté i z talerzykiem zaległa przed
telewizorem.
Tego wieczoru Ela i Witek mieli wolne. Z Krakowa przyjechała mama Eli i zajęła się małym Julianem, więc młodzi zorganizowali wyjście EksSekcji,
jak teraz się nazywali, do pubu Zielona Gęś. Lutek i Ewa zapowiedzieli,
że też przyjdą.
Dima początkowo obiecywał niewyraźnie, że wpadnie, ale Monika czuła, że
nie ma nastroju na spotkanie. Próbował się wykręcić pod jakimś mało
przekonującym pretekstem i nawet specjalnie się nie wysilał, żeby
zabrzmieć wiarygodnie. Ela i Witek trwali jednak przy swoim, kusząc go
niespodzianką, jaką przygotowali, aż Dima w końcu przyrzekł, że
przyjdzie. Monika też nic nie wiedziała o niespodziance. Kiedy jednak
próbowała zmienić miejsce spotkania, bo w Zielonej Gęsi nigdy nie była,
Witek odparł zdecydowanie, że tylko tam niespodzianka ma swoją moc.
Brzmiał na tyle tajemniczo i sympatycznie, że przestała oponować.
Włączyła NTV24. Od razu trafiła na panel dyskusyjny dziennikarzy i politologów w sprawie kryzysu w Zatoce Perskiej. Od kilku tygodni
napięcie między Iranem i Arabią Saudyjską sięgało zenitu. Stany
Zjednoczone ściągały wojska do Afganistanu i Iraku, gdzie oddziały
Kata'ib Hezbollah coraz intensywniej atakowały amerykańskich żołnierzy.
VII Flota stała już na Oceanie Indyjskim, a z Teheranu dochodziły coraz
ostrzejsze wypowiedzi ajatollahów i przez miasto przetaczały się ogromne
antyamerykańskie i antyizraelskie demonstracje. Moskwa i Pekin wydały
pod adresem Waszyngtonu bardzo ostre ostrzeżenia, które nie pozostawiały
złudzeń, po czyjej stronie się opowiedzą, i przyspieszyły dostawy broni.
Bruksela również wzywała Stany Zjednoczone do powstrzymania się od
agresywnych działań. Przedwyborcze notowania prezydenta USA, które dotąd
spadały, nagle zatrzymały się i zaczęły gwałtownie rosnąć. Nikt nie mógł
zrozumieć tego amerykańskiego fenomenu politycznego, ale wszyscy byli
zgodni, że nie skończy się to dobrze i że wojna, a w efekcie wielki
światowy kryzys ekonomiczny, wisi w powietrzu.
Monika od samego początku śledziła z uwagą wydarzenia. Była oficerem
operacyjnym wywiadu, a nie analitykiem, ale doskonale zdawała sobie
sprawę, co się dzieje i jakie konsekwencje spadną także na Polskę, na
każdego jej obywatela. Wiedziała i widziała więcej niż inni, dlatego
irytowały ją naiwne dyskusje specjalistów kreowane pod polityczne
zapotrzebowanie i aktualne sympatie. Polskie społeczeństwo zajęte
konsumpcją nie dopuszczało do siebie ponurej perspektywy, w czym
skutecznie utwierdzał je premier Bolecki. Pięknymi oracjami przekonywał
Polaków, że państwo jest sprawne, dobrze przygotowane, nic mu nie grozi
i będzie wiernie stać u boku Stanów Zjednoczonych. Bagatelizował
problem, unikał trudnych pytań. Wtórowały mu rządowe media, gloryfikując
wcześniejszy udział Polski w wojnie w Iraku. Wyniki badań opinii
publicznej wskazywały, że premierowi ufa przeważająca część
społeczeństwa, i to doprowadzało Monikę, podobnie jak wszystkich
pozostałych Eks, do największej wściekłości.
Rozmawiali o tym, spierając się i budując najróżniejsze scenariusze i hipotezy. Ale najbardziej martwiła się Ela, która była Iranką i miała
rodzinę w Teheranie, a najmniej Dima, nieustannie powtarzający, że
żadnej wojny nie będzie. Wszyscy jednak doskonale wiedzieli, że w efekcie zadecydują "nieznane czynniki", czyli to, o czym opinia
publiczna nigdy się nie dowie.
Monika słuchała rozmowy w studiu i nie dowiadywała się niczego nowego.
Prowadząca odczytywała pytania z kartki, jakby nie panowała nad
przebiegiem dyskusji.
Wieczorem w pubie znów będziemy o tym gadać - pomyślała Monika.
Sięgnęła po smartfon i napisała wiadomość: Uprzedzam! Jeżeli ktoś
zacznie mówić o Iranie - wychodzę! Wysłała ją całej grupie. Po chwili
wróciły do niej dwie łapki z wystawionym kciukiem i jeden emotikon. Z telefonem w dłoni czekała na odpowiedź od Dimy, ale on milczał. Po
minucie zadzwoniła.
- Przyjdziesz dzisiaj? - zapytała ciepło, jakby chciała dać mu znać, że
jej na tym zależy.
- Przyjdę... - odparł niepewnie. - Ale chyba tylko na chwilę, bo...
- Bo co? - Uniosła lekko głos. - Co masz takiego ważnego do roboty?
Dostałeś mojego esemesa?
- Dostałem.
- To wiesz, że dzisiaj będzie miło i ciepło. Żadnej wojny, no i młodzi
mają dla nas jakąś niespodziankę. Będzie fajnie, wyluzujemy trochę.
Należy się nam, nie sądzisz? A poza tym co ty tak smęcisz od jakiegoś
czasu? Gdzie jest Dimitrios Calderón?
- Daj spokój, Monika - przerwał jej Dima. - Nie bierz mnie pod włos.
Przecież mówię, że przyjdę. Nic mi nie jest. Porządkuję dokumenty po
przeprowadzce i takie tam...
- Ile ty już czasu porządkujesz te dokumenty? Pomóc ci może...
- No nie... nie trzeba! Widzimy się. Cześć!
- Cześć.
Monika była zadowolona, bo przycisnęła Dimę, a on nie stawiał oporu jak
wcześniej. Był coraz bardziej otwarty, nie upierał się przy byle sprawie
i dawał się przekonać.
Tak się Monice wydawało, bo Dima uważał, że to ona szuka w nim oparcia,
i starał się jej pomóc. Poza tym odkąd przestali razem pracować, znikły
pola konfliktów i pojawiły się nowe tematy, których nigdy wcześniej nie
odkrywali. Dima poczuł, że w Monice jest więcej uroku i kobiecości, niż
dotąd dostrzegał. Bywały chwile, że z trudem znosił jej obecność.
Potrafiła go denerwować, chociaż wcale sobie tego wówczas nie
uświadamiał. Zrozumiał to dopiero teraz, kiedy tamten czas minął. Monika
zaczęła mu się podobać, ale inaczej niż poprzednio. Zawsze wiedział, że
jest szalenie inteligentna, ma wyjątkowe zdolności, rozbudzone zmysły,
jest atrakcyjną kobietą, ale teraz przyłapał się na tym, że coraz
częściej o niej fantazjuje.
Włożyła czarny golf i obcisłe czarne dżinsy, srebrną bransoletkę i kolczyki. Wszystko proste, surowe, w podobnych kształtach
geometrycznych. Do tej pory bardzo oszczędnie używała biżuterii,
uważając, że zbyt mocno identyfikuje ona kobietę, a jako oficer wywiadu
nie mogła sobie na to pozwolić. Nie dała się przekonać ani Eli, ani
Ewie. Nawet makijaż stosowała bardzo oszczędnie.
Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy odeszła ze służby. Najpierw
urządziła w swojej galerii wystawę biżuterii artystycznej kolegi z Akademii i kiedy któregoś wieczoru została sama, zaczęła ją przymierzać.
Od tej chwili uznała srebro za kruszec stworzony dla niej i nabyła
większą część wystawianej biżuterii. Z myślą o wyeksponowaniu srebra
zaczęła dobierać ubrania i wyraźniej się malować. Wszyscy przyjęli jej
metamorfozę z uznaniem, więc skróciła jeszcze włosy i ufarbowała na
platynowy blond.
Była osiemnasta, taksówka przysłała już drugie ponaglenie. Monika
zarzuciła na siebie zieloną parkę z kapturem, zamknęła drzwi i zbiegła
po schodach. Śnieg z deszczem zacinał w twarz, więc poprawiła kaptur i przyspieszyła kroku. Taksówkarz stał za przystankiem autobusowym i kryjąc się od wiatru, skulony palił papierosa. Gdy zobaczył biegnącą
Monikę, zaciągnął się szybko dwa razy i wskoczył do samochodu.
- Zielona Gęś - rzuciła, zdejmując kaptur.
- Niepodległości - odparł kierowca, a z jego ust wypłynął tytoniowy dym.
W radiu dwóch ekspertów spierało się, jak wojna w Zatoce Perskiej może
wpłynąć na cenę ropy.
- Może pan to wyłączyć albo dać jakąś muzykę? - zapytała grzecznie.
- Oczywiście.
Po chwili rozległy się takty disco polo i głos Martyniuka, ale Monika
wolała to niż dyskusję.
- Będzie wojna z Iranem? - zapytał niespodziewanie kierowca. - Jak pani
myśli?
- Oby nie - rzuciła krótko.
- Amerykanie szybko się z nimi rozprawią. Czas rozliczyć tych ciapatych
islamistów za ich zamachy, mułłów, terrorystów...
- O ile wiem, to nie Irańczycy, czyli szyici, są terrorystami, tylko
sunnici. W dodatku Saudyjczycy, ortodoksyjni islamiści, to sojusznicy
Amerykanów - skomentowała prowokacyjnie Monika i czekała na reakcję
taksówkarza, który na chwilę zamilkł, wyraźnie analizując skomplikowaną
informację.
- Ja tam ich nie rozróżniam, ale tak czy inaczej trzeba zrobić z tym
porządek - odezwał się w końcu. - Kolega mojego kuzyna pracuje w Szwecji
i mówi, że tam już islam rządzi na całego. Są miasta opanowane przez
Arabów. A u nas? - Wskazał ręką na człowieka na skuterze, z zielonym
pudłem na plecach. - Widzi pani tych ciapatych z ubera, już kilka razy
bym jednego z drugim rozjechał. Żadnego porządku nie znają. W taką
pogodę jeszcze jeżdżą... A poza tym mówią, że benzyna stanieje, bo mamy
dostać kawałek Iranu z ropą.
- Co takiego? - odparła zaskoczona i z niedowierzaniem pokręciła głową.
Zobaczyła, że kierowca przygląda się jej w lusterku. - Pojedzie pan na
wojnę? - zapytała ni stąd, ni zowąd.
- Ja? Nie... za stary jestem, ale nasi powinni jechać na wojnę, tylko nie
tak jak w Iraku. Teraz Amerykanie muszą dać nam gwarancję, że dostaniemy
własną strefę i ropę.
- Aha... - zamruczała Monika i zamilkła.
9
Dłonie lepiły mu się od krwi, więc
poszedł do łazienki. Najpierw opłukał nóż, wytarł rękojeść pistoletu,
odłożył jedno i drugie na szafkę i dopiero potem dokładnie umył ręce.
Znalazł telefony Petara i Josipa, wyłączył je i schował do kieszeni.
Postanowił odczekać jeszcze chwilę, aż serce mu się uspokoi, a ręce
przestaną drżeć, i dopiero wtedy zrobić następny krok.
Nie miał wyboru. Mila widziała go, jak wchodził do kaverny. Czuł się
źle, wiedząc, że musi ją zabić, ale cóż znaczy jedno życie w obliczu
tego, co wkrótce się stanie, kiedy cierpieć i ginąć będą tysiące kobiet
i dzieci. Przeżył to w Iraku. Tak właśnie myślał za każdym razem, gdy
musiał kogoś zabić. Uważał, że w dzisiejszych czasach nie ma już
niewinnych, bo każdy staje po którejś ze stron, choćby z powodu miejsca
urodzenia.
Braci Juriciów jednak nie było mu żal, a nawet czuł satysfakcję, kiedy
Petar charczał i sztywniało ciało Josipa. Wielokrotnie przechwalali się
swoimi zdjęciami, na których trzymają obcięte głowy bośniackich
muzułmanów. Nie kryli się z tym, bo myśleli, że Luka jest
chrześcijaninem.
Przejrzał komputer Josipa i znalazł aplikację, w której nagrywał się
obraz z kamer. Teraz był już pewny, że może go zniszczyć. Wyłączył
komputer z sieci.
Podszedł do pancernych drzwi i miał już iść do Mili, ale jeszcze się
zatrzymał i rozejrzał po pomieszczeniu. Dwa zakrwawione ciała z odchylonymi do tyłu głowami siedziały naprzeciwko siebie jak kukły w lustrzanym odbiciu. Pomyślał, że jest coś pięknego w tym widoku, i poczuł, że ciało Mili nie będzie tu pasować. Na kanapach siedziało dwóch
zbrodniarzy, którzy sami podcinali gardła, a Mila była młoda, niewinna i nigdy nie widziała śmierci. Musiał jednak dokończyć dzieła, jeżeli
chciał zyskać na czasie.
Nie miał wątpliwości, że niezależnie od tego, co teraz zrobi, służby go
namierzą. Wiedzą już - pomyślał - kim jest Asyryjczyk, ale nie wiedzą
jeszcze, jak wygląda, więc powinienem możliwie najszybciej wyjechać z Chorwacji.
Ściskając w dłoni nóż, otworzył drzwi. Ciemnym korytarzem zbliżył się do
wyjścia. Ostrożnie uchylił kotarę. W barze nie było Mili, a na stołku
siedział wpatrzony w telewizor nieznany mu mężczyzna. Luka spojrzał na
zegar. Było już po dwudziestej drugiej. Wrócił do pokoju i wybrał numer
"bar" na interkomie Josipa.
- Daj Milę - rzucił po chorwacku, gdy odezwał się mężczyzna.
- Pojechała już do domu - odparł tamten, zaskoczony.
- Aaa... - Luka rozłączył się i przysiadł na biurku.
Tego nie przewidział. Musiał wszystko jeszcze raz szybko przekalkulować.
Na początku zamierzał podpalić pomieszczenie, by zatrzeć ślady i opóźnić
pościg, ale teraz, skoro Mila żyła, było to już zbędne. Mógłby pojechać
do niej do domu, ale nie wiedział, gdzie mieszka, a czas zaczął się
coraz bardziej kurczyć. Samochody Josipa i Petara stały przed zajazdem,
więc było oczywiste, że obaj są w środku.
Postanowił zostawić miejsce tak, jak jest, i natychmiast opuścić zajazd.
Na szczęście kamery nie rejestrowały już obrazu. Jeżeli będzie miał
szczęście, to ciała zostaną odkryte dopiero rano, ale co najmniej kilka
dni zajmie ustalenie, kim jest zabójca. Mila nie wiedziała, że Luka
mieszka w Wiedniu, więc stworzenie wizerunku mordercy nie będzie łatwe.
Zabrał ze sobą cały komputer, który na szczęście nie był duży. Zamknął
kavernę na klucz i wymknął się z korytarza na klatkę schodową. Mężczyzna
w barze nawet nie drgnął, a przy stolikach było pusto.
W pokoju Hani wciąż spał skulony jak dziecko.
- Wstawaj. - Luka szarpnął go delikatnie za ramię i podał mu okulary. -
Ubieraj się, jedziemy.
Hani, zdezorientowany, usiadł na łóżku.
- Która jest? - zapytał.
- Nieważne - odparł Luka, wkładając skórzaną kurtkę. - Pospiesz się. -
Rzucił mu ubranie, które leżało na krześle.
- Coś się stało? - dopytywał się zaniepokojony Hani, wciągając spodnie.
- Dopiero dwadzieścia po dziesiątej.
- Nic się nie stało. Nowe rozkazy. Ale musimy wyjechać po cichu,
rozumiesz? Bez zbędnego hałasu. Pospiesz się, Hani.
Zeszli na parter. Luka pociągnął Haniego za rękę i skręcili do korytarza
na parterze. Ominęli w ten sposób westybul, w którym był bar. Zatrzymali
się kilka metrów dalej, przy oknie. Luka otworzył je na oścież.
- Dlaczego wychodzimy tędy? - zaniepokoił się Hani.
- Ucisz się i rób, co każę. - Luka popchnął go lekko. - Tak musi być. -
Podsadził małego Haniego, któremu trudno było wspiąć się z torbą na
parapet.
Chwilę później byli już po drugiej stronie. Na parkingu nic się nie
zmieniło. Deszcz wciąż padał, więc Luka wziął od Haniego torbę i zaczęli
biec w stronę volvo. Minęli samochody braci Juriciów, które stały w ciemności równo obok siebie, i Luka pomyślał, że wyglądają, jakby też
zostały zabite.
Wsiedli do samochodu. Luka, nie włączając świateł, wytoczył się powoli z parkingu. Przejechał dwieście metrów i zatrzymał się na poboczu.
Wyciągnął smartfon, ale nie było żadnej nowej wiadomości.
- To co się stało, że tak nagle... - znów zaczął dopytywać się Hani.
- Zamknij się, do jasnej cholery! - wrzasnął Luka, aż Hani zamarł. -
Zmiana planów - dodał nieco spokojniejszym tonem. - Nie musisz się tym
interesować. To na mnie spoczywa odpowiedzialność, rozumiesz?
- Rozumiem - odparł cicho Hani.
Luka ruszył ostro, aż zarzuciło tyłem samochodu. Dopiero teraz poczuł,
że napięcie go opuszcza. Dociskał gaz, chciał jak najszybciej się
oddalić od hostelu Mostar. Po kilku minutach wjechali na autostradę A2 i minęli tablicę z napisem Wiedeń 368 km.
- Jedziemy do Wiednia? - zapytał nieśmiało Hani.
- Tak - odpowiedział Luka. - Przepraszam. Nie chciałem na ciebie
krzyknąć, ale mam sporo do przemyślenia i trochę mnie to denerwuje.
Wszystko jest już w porządku. Nasza misja idzie jak trzeba. Trochę
zmian, ale... - Uśmiechnął się do Haniego. - Mogę zapalić?
- Jasne! - odparł zadowolony Hani. - Wiesz... ja też zapalę. Dasz?
- Pewnie! - Z bocznej kieszeni kurtki Luka wyłuskał paczkę papierosów i podał ją Haniemu razem z zapalniczką. - Paliłeś?
- Tak... kiedyś... jeszcze na studiach.
Hani niepewnie włożył papierosa do ust, jakby miał dmuchać balon.
Przypalił sobie, po czym wciągnął dym, by go natychmiast wypuścić.
- Tak... - wydusił z siebie przez zaciśnięte gardło. - Dawno, dawno nie
paliłem.
Luka od razu się zorientował, że Hani fantazjuje.
- Lepiej nie pal, bo zrobi ci się niedobrze. - Wyjął papierosa z jego
ręki i wyrzucił przez okno.
Hani nie protestował.
- Będę musiał do toalety.
- Dobrze. Pilne?
- Nooo... jeszcze nie.
Przestało padać i Luka jechał ponad sto dwadzieścia. Czuł, że oczy same
mu się zamykają. Wypity alkohol i stres zaczęły robić swoje, mimo to
myśli goniły jak szalone. Na szczęście Hani zamilkł i zaczął przysypiać.
W samochodzie było ciepło, więc Luka uchylił okno. Wciąż czuł słodki
zapach krwi. Znał go bardzo dobrze, bo spędził w Syrii wystarczająco
dużo czasu, by się z nim oswoić, ale drażnił go wtedy, gdy sam tę krew
upuszczał. Tak było i teraz. Petar Jurić miał dużo krwi, gęstej i tłustej, a Josip wprost przeciwnie - miał jasną i rzadką. Kiedy został
pchnięty w serce, na jego koszuli pojawiła się tylko plama. Trochę to
było dziwne, ale Luka nie takie rzeczy widział na wojnie z ISIS.
Ten uporczywy zapach przypomniał mu, że wciąż nie wie, co ma dalej
robić. Było oczywiste, że musi jak najszybciej wyjechać z Zagrzebia i Chorwacji, dotrzeć do Wiednia i wyczyścić swoje mieszkanie. Teheran
wciąż milczał, ale nie było w tym jeszcze nic niepokojącego. Luka głowił
się, co powinien teraz napisać. Musiał to zrobić, bo nie było nic
ważniejszego niż operacja "Thunder", ale musiał też przedstawić jakieś
wnioski i propozycje. Przećwiczył różne warianty na wypadek
nieprzewidzianych wydarzeń, ale przede wszystkim miał dużą swobodę
postępowania. Nigdy nie wpadł i uchodził za jednego z najsprawniejszych
operatorów wywiadu Sił Ghods. Generał Harumi ufał mu bardziej niż
któremukolwiek innemu oficerowi i zlecał najtrudniejsze zadania. Tym
razem była to najważniejsza operacja od powstania Republiki Islamskiej,
bo mogła zadecydować o jej losach. Luka czuł, że odpowiedzialność za
powodzenie akcji spoczywa teraz na nim.
Hani zasnął, mimo że jeszcze niedawno chciał iść do toalety. Głowa
opadła mu na pierś, a okulary zsunęły się na czubek nosa i za chwilę
mogły spaść. Luka zdjął je delikatnie i położył w skrytce.
Senność w końcu mu przeszła, więc pędził tak szybko, jak mógł. Nawet się
nie zorientował, kiedy wjechał do Słowenii na autostradę A1 i dotarł do
punktu granicznego Spielfeld.
Minęła północ.
Strażnik graniczny na widok volvo z wiedeńskimi numerami i austriackiego
paszportu w dłoni tylko machnął ręką i Luka przejechał ze śpiącym Hanim
na drugą stronę.
Znał tę trasę niemal na pamięć i wiedział, że po dwóch kilometrach
będzie most na Murze, a wcześniej zjazd do miasteczka Spielfeld.
To powinno być dobre miejsce - pomyślał. Rzeka się przyda.
Po lewej stronie autostrady, nad Murą, były duże magazyny i samo
miasteczko. Po prawej stronie gęsty las. Luka wrzucił kierunkowskaz i skręcił w prawo. Ślimakiem przejechał pod autostradą i znalazł się po
jej lewej stronie. Uznał, że przejazd na prawą musi być gdzieś z tyłu, i postanowił się cofnąć. I rzeczywiście, natrafił na niego kilkaset metrów
dalej. Hani wciąż twardo spał. Luka był z tego zadowolony i starał się
tak prowadzić, by go nie obudzić, bo znów musiałby odpowiadać na jego
uciążliwe pytania.
Hani jednak się obudził. Znalazł okulary i z zaciekawieniem zaczął się
rozglądać.
- Gdzie jesteśmy... jakieś pola... las...
- Musieliśmy na chwilę zjechać z trasy, ale jesteśmy już w Austrii -
odparł Luka.
- Dlaczego musieliśmy? - zapytał Hani i zaraz dodał ściszonym głosem: -
Muszę się odlać. Pilnie!
Luka zatrzymał samochód na szutrowej drodze między sadem po prawej
stronie i lasem po lewej. Wiedział, że dwieście metrów dalej, za ścianą
wysokich drzew, musi być rzeka.
Hani wysiadł i odszedł kilka metrów na bok. Było ciemno, tylko
reflektory samochodu oświetlały drogę i nagi sad. Luka też wysiadł,
obszedł samochód i zapalił papierosa. Czekał na Haniego.
- Oj... oj... - doszedł go głos Haniego. - Myślałem, że mnie rozerwie... Uff...
Skąd w człowieku tyle płynów?
- Piłeś piwo! - zawołał Luka. - Jest bardzo moczopędne.
Hani odwrócił się i niepewnie zaczął iść w stronę samochodu.
- Uważaj na rów - rzucił Luka.
- Tak, tak... wiem... - Hani potknął się i podparł ręką.
Wyszedł na drogę. Stanął obok Luki, który puszczał dym z papierosa, i rozglądając się, spytał nieco zaniepokojony:
- Po co tu zjechaliśmy?
- Musieliśmy. Tam się zatrzymamy na noc. - Luka wskazał ręką światełko w oddali.
Hani odwrócił się i wtedy Luka przystawił mu pistolet z tyłu głowy i strzelił. Siła dziewięciomilimetrowego pocisku niemal wyrzuciła drobnego
mężczyznę w powietrze i nim echo wystrzału ucichło, Hani leżał już w przydrożnym rowie, z szeroko rozłożonymi ramionami.
- Niestety, nie miałem wyboru, drogi przyjacielu - wyszeptał Luka i rzucił papierosa. - Wypełniła się twoja misja męczennika, twój dżihad.
Podszedł do bagażnika i odszukał plastikową reklamówkę sklepu Aldi, w której trzymał samochodowe szmaty. Opróżnił ją i wrócił do ciała.
Hani leżał na brzuchu, jakby chciał objąć ziemię. Luka odwrócił go na
plecy i stwierdził, że pocisk wyrwał mu sporą część twarzy wraz z prawym
okiem. Okularów nie było. Spojrzał w stronę, gdzie powinny leżeć, ale
było ciemno, więc musiałby ich szukać. Zrezygnował.
Założył Haniemu torbę na głowę i zawiązał na szyi. Ciało było lekkie,
więc niemal jedną ręką zarzucił je sobie na ramię. Zamknął pilotem
samochód i ruszył przez pole w stronę rzeki.
Po kilku minutach dotarł nad brzeg. Położył ciało na ziemi i przez
chwilę się zastanawiał, czy powinien się pomodlić za Haniego, by pomóc
mu w jego upragnionej wędrówce. Hani jednak zginął jako męczennik, a Koran mówi, że wojownicy Allaha idą do raju bez modlitwy. Luka rozebrał
martwego mężczyznę i nagie ciało delikatnie spuścił do wartkiej rzeki.
Pozbierał ubranie, przeszukał dokładnie kieszenie, wyjął paszport,
portfel i wszystko związał w kurtce jak tobołek. Wrócił do samochodu. W bagażniku znalazł latarkę i poszedł poszukać okularów, ale po kilku
minutach zrezygnował. Uznał, że mogły się rozlecieć od wystrzału albo
upadły gdzieś daleko.
Otworzył torbę Haniego i po kolei zaczął wyjmować rzeczy. Nie było nic
oprócz ubrania kupionego przez wywiad, żadnego Koranu, różańca ani
portretów Alego, które męczennicy czasami przemycają do raju. Włożył
rękę głębiej i na dnie torby wyczuł twardy kształt. Wyciągnął coś, co
wyglądało jak książka. Było zapięte na mosiężny zatrzask i oprawione w zieloną skórę z ozdobnymi tłoczeniami. Poświecił dokładniej latarką. W środku w równych rzędach ułożone były różnokolorowe znaczki. Pierwszy
raz w życiu Luka widział klaser. Przerzucił kilka kart. Wszystkie
wypełnione były po brzegi znaczkami.
- Niemieckie... rosyjskie... - wymieniał powoli - amerykańskie... francuskie...