Rozdział pierwszy
Mazowieckie Specjalistyczne Centrum Zdrowia, Pruszków, Tworki
27 października 2025, poniedziałek, rano
Dochodziła dziewiąta trzydzieści rano, a lekarze jednego z oddziałów Mazowieckiego Specjalistycznego Centrum Zdrowia imienia Jana Mazurkiewicza w pruszkowskich Tworkach szykowali się właśnie do obchodu. Ordynator oddziału metodycznie przecierał szmatką swoje okulary, podczas gdy jedna z jego najświeższych podopiecznych przyglądała się z nienaturalną uwagą każdemu ruchowi jego dłoni. Młodzi lekarze wciąż widzieli w nim despotycznego geniusza, mającego obsesję na punkcie wyleczenia z chorób psychicznych ludzi, którzy w oczach ogółu społeczeństwa - czy nawet większości specjalistów - cierpieli na choroby nieuleczalne. Znaczna część psychiatrów z wiekiem pozbywała się bowiem podobnych złudzeń. Tymczasem ordynator Łuczak, mimo upływu czasu, wciąż nie tracił młodzieńczego zapału i graniczącej z naiwnością wiary, że wszystko jeszcze jest możliwe. Zachował też wyprostowaną sylwetkę i błysk w przenikliwych, zimnych niebieskich oczach, a nawet sporo włosów, które - posiwiałe niemal do białości - stereotypowo dopełniały jego nieco szaleńczego wyglądu.
- Pani doktor zawsze żuje gumę w pracy? - zwrócił się Łuczak niespodziewanie do młodej lekarki, poprawiając okulary na nosie.
- Zawsze, kiedy się denerwuję - odparła kobieta, żując gumę jeszcze szybciej. Na jej delikatnej, nieco lisiej twarzy nie widać było jednak szczególnych oznak stresu.
- A czym się pani teraz denerwuje, pani doktor?
- To mój pierwszy obchód z panem, szefie. Ja tu od niedawna jestem, a pan ma opinię wymagającego przełożonego i skrupulatnego fachowca - wyznała bez ogródek lekarka.
Profesor doktor Waldemar Łuczak, pełniący funkcję ordynatora oddziału psychiatrycznego już od wielu lat, przez moment przyglądał się swojej nowej podwładnej w bezradnym milczeniu. Kobieta była młodsza od niego o jakieś czterdzieści lat i swoją bezpośredniością, raczej niespotykaną u osób z jego pokolenia, zbiła go z tropu na tyle, że nie wiedział, co właściwie powinien odpowiedzieć. Atmosfera w pokoju lekarskim zagęściła się na moment, jednak w końcu ordynator, chcąc przerwać niezręczną ciszę, gestem ręki wskazał podwładnym drzwi.
Czwórka lekarzy ruszyła korytarzem do pierwszej sali, w której krzątała się już pielęgniarka, drobna szatynka w średnim wieku, upewniając się, że pacjenci są na tyle spokojni, iż nie będą przeszkadzali profesorowi w "praktykowaniu geniuszu". Młoda lekarka, która przed chwilą wprawiła swojego mentora w osłupienie, przyglądała się teraz szefowi uważnie. Odróżniało ją to od reszty zespołu lekarskiego. Jej starsi koledzy z pewną rezerwą podchodzili bowiem do zatroskania i zamyślenia ordynatora, pochylającego się nad każdym pacjentem z przesadną zadumą i uważnie studiującego jego kartę choroby. Lekarze z większym stażem widzieli w tym już tylko swoiste teatrum, ceremonię mającą na celu promowanie tego nieuchwytnego "czegoś", co rzekomo posiadał doktor Łuczak i dzięki czemu miał wyleczyć z najcięższych zaburzeń psychicznych niezliczone rzesze pacjentów.
Kiedy ten specyficzny spektakl, którego reżyserem, scenarzystą i jedynym aktorem był ordynator Łuczak, dobiegł końca, asystująca obchodowi pielęgniarka odetchnęła z ulgą i wzrokiem odprowadziła lekarzy do drzwi. W kolejnej sali było jedynie dwóch pacjentów, dużo mniej kłopotliwych niż ci w "jedynce". Tych nie trzeba było jakoś specjalnie przygotowywać.
Grupka lekarzy podeszła do pierwszego łóżka przy drzwiach, na którym leżał około czterdziestopięcioletni mężczyzna w bladoniebieskiej piżamie.
- A karta tego pana gdzie jest? - Ordynator spojrzał na podwładnych znad ciężkich okularów, które zsunęły mu się na czubek nosa.
- Hmm, dziwne. Zapytam pielęgniarki, szefie. - Jeden z zagadniętych lekarzy odłączył się od kolegów i wyszedł pospiesznie z sali numer dwa.
- Jak się pan dziś czuje? - spytał tymczasem Łuczak spokojnym głosem, pochylając się nad pacjentem, aby obowiązkowej "szopce" stało się zadość.
Pacjent przeniósł wzrok z sufitu na krzaczaste brwi lekarza. Przyglądał im się tak uważnie, że zapewne nie mógł nie dostrzec ich osobliwego zachowania. Każda z brwi ordynatora zdawała się żyć własnym życiem - odchylały się od jego czoła w przeciwnych kierunkach i chwiały pod wpływem ruchów powietrza, każda w swoim rytmie.
- Jak się pan czuje? - powtórzył pytanie ordynator, odsuwając się nieco od twarzy pacjenta.
Mężczyzna uparcie milczał i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał cokolwiek powiedzieć. Jego powieki zamknęły się wreszcie powoli, jak gdyby zapadł w sen. Głowa mężczyzny przechyliła się na bok na białej szpitalnej poduszce.
- Co z tą kartą? - Łuczak wyprostował się i spojrzał na swoich podwładnych wyraźnie już zniecierpliwiony.
W tym właśnie momencie do sali weszła nieco wystraszona pielęgniarka w towarzystwie lekarza, który chwilę wcześniej opuścił grupę w celu ustalenia, gdzie podziała się zguba.
- Karta tego pana się znalazła? - spytał ordynator.
- No właśnie nie, szefie. - Widząc zdenerwowanie pielęgniarki, lekarz zdecydował się odpowiedzieć jako pierwszy.
- Czyli nie wiemy, co temu panu dolega? Dobrze rozumiem?
- Nie wiemy chyba nawet tego, kim ten pan jest. - Młoda miłośniczka gum do żucia nie dość, że nie straciła dobrego nastroju, to jeszcze dobrowolnie wyszła przed szereg starszych kolegów i zwróciła uwagę wszystkich na brak charakterystycznej opaski na nadgarstku pacjenta.
- Może powinna pani doktor przemyśleć zrobienie doktoratu w przyszłości? - spytał kąśliwym tonem Łuczak.
- Na jaki temat, szefie?
- Na temat wpływu żucia gumy na pewność siebie i kojenie nerwów.
- Przemyślę to.
- Powinna pani, bo pani starsi koledzy i koleżanki myślenie porzucili już chyba na dobre. Kim jest ten człowiek i na co się uskarża? Czy ktoś z państwa wie, jak ten pan się nazywa? - Ordynator spojrzał tym razem na pozostałych dwóch pacjentów, leżących w sali.
Pytanie Łuczaka spotkało się ze ścianą milczenia. Po chwili wszyscy lekarze zgodnie spojrzeli na pielęgniarkę, która w ich mniemaniu musiała być najlepiej poinformowaną osobą w tej sprawie.
- Panie ordynatorze... - wyszeptała kobieta - ...nie mam pojęcia, kim jest ten człowiek. Nie mamy go na liście pacjentów i nie mamy jego karty. Ja w nocy byłam sama na dyżurze, może coś przeoczyłam, bo zmęczona byłam... - Pielęgniarka z całych sił próbowała wyjść z sytuacji obronną ręką.
- Czegoś takiego, drodzy państwo, jeszcze nie przerabialiśmy. - Łuczak uśmiechnął się złośliwie. - Jako że nie mamy żadnego wywiadu, to nie mamy także informacji o objawach, a co za tym idzie - nie możemy diagnozować! A jakby tego było mało, nie wiemy, kim jest ten pacjent i nie mamy kontaktu z jego rodziną. Mamy tu więc pacjenta widmo! - Ordynator spojrzał teatralnie w sufit i głośno się zaśmiał.
- Panie ordynatorze, tego mężczyzny wczoraj wieczorem tu nie było. Przysięgam na Boga! - zapewniła gwałtownie pielęgniarka, nagle nieco odważniejsza, uderzając się przy tym w piersi. - Rano też nie. Nie mam pojęcia, co to za człowiek! - Kobieta podniosła głos, chcąc dodać sobie jeszcze animuszu. Nieco bezsensownie wtrąciła też coś, co i tak dla wszystkich obecnych było oczywiste: - Ci pozostali dwaj pacjenci raczej nam nie pomogą. Jeden ma mutyzm, a drugi równie dobrze może powiedzieć, że ten facet spadł z nieba albo że wylazł spod ziemi.
Ordynator bez słowa wyszedł na korytarz, licząc na to, że jego podopieczni zrobią to samo, co rzeczywiście chwilę później nastąpiło.
- Czy ktoś z państwa wie, o co tu chodzi? Nikt? Nawet nasza żująca gumę pani doktor milczy? - Łuczak próbował wybadać swoich podwładnych, ale bez rezultatu. Wystraszona pielęgniarka stała tymczasem w progu sali numer dwa i spoglądała na przemian to na pacjenta, którego po raz pierwszy w życiu zobaczyła jakiś kwadrans temu, to na lekarzy, z których część dla odmiany znała od lat, podobnie jak ich szefa. Wszyscy ci ludzie wyglądali teraz zawstydzeni przez nauczyciela dwunastolatkowie, stojący przy tablicy.
- Drodzy państwo - Łuczak zdjął okulary i przetarł oczy palcami - za dwie godziny mam tutaj spotkanie ze starostą naszego powiatu. Macie sto dwadzieścia minut, żeby dowiedzieć się, kim jest ten facet. Jeśli nie dacie rady tego zrobić, będziemy musieli wezwać policję, a to z kolei może mieć zasadniczy wpływ na decyzję pana starosty co do przyszłości naszego oddziału i naszej własnej. Ustalcie kim, do cholery, jest ten człowiek, państwo doktorzy! Na moje oko przypałętał się tu z innego oddziału, co jest zresztą o wiele bardziej niepokojące niż to, co mógłby potencjalnie powiedzieć jego sąsiad z łóżka obok, czyli że wyszedł spod ziemi! - wykrzyknął ordynator. Wyciągnął z fartucha paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym oddalił się w kierunku swojego gabinetu.
Rozdział drugi
Mazowieckie Specjalistyczne Centrum Zdrowia, Pruszków, Tworki
Poniedziałek, rano
Pokój lekarski, w którym zazwyczaj panowała luźna atmosfera, granicząca z obojętnością, teraz wypełniał się stopniowo nerwowym gwarem oraz charakterystycznym aromatem pary, wydzielanej przez papierosy elektroniczne i ulatującej przez uchylone okna.
- Niezły bałagan. - Czterdziestodwuletni doktor Marek Wojtczuk, sympatycznie wyglądający blondyn z lekką nadwagą, zaśmiał się pod nosem i uchylił kolejne okno, chcąc wywietrzyć pomieszczenie. - Trochę już w tym fachu siedzę i widziałem paru gości, którzy próbowali przez mur skakać, ale zazwyczaj w drugą stronę.
- Wiedziałam, że to był, kurwa, dobry pomysł, żeby tu aplikować. - Najmłodsza stażem lekarka, Marlena Popławska, dyskretnie wyjęła z ust gumę i wymieniła ją na kolejną.
- Marlena, ty masz jakąś fiksację oralną czy co? O co z tym żuciem gum chodzi? - Stojący przy otwartym oknie Wojtczuk podejrzliwie zerknął na koleżankę.
- Kiedyś żarłam, jak się denerwowałam, ale zaczęłam tyć. Od gum nie tyję i mniej kasy na to idzie. A w swoje oralne fiksacje nigdy się jakoś specjalnie nie zagłębiałam. - Kobieta celowo nie zignorowała erotycznej aluzji, co nieco ostudziło protekcjonalne zapędy jej starszego stażem i wiekiem kolegi. - No i co o tym wszystkim myślicie? - spytała już nieco poważniej Marlena i spojrzała kolejno na resztę lekarzy.
- Trzeba sprawdzić na izbie przyjęć, czy kogoś w nocy przywieźli, a przede wszystkim dowiedzieć się, kto miał wtedy dyżur. - Milcząca dotychczas doktor Ewa Wierzbicka, wysoka, dobrze zbudowana brunetka w średnim wieku, pewnie zasugerowała kierunek działania. - Jeśli w nocy była na posterunku niesławna pani Hania, to nie zdziwiłabym się, gdyby po raz kolejny była najebana i przyjęła człowieka na oddział, ale zapomniała go wpisać do systemu. Pójdziesz na izbę i sprawdzisz, Marlena? Ja pogadam z tym gościem od ochrony. Oni chyba o dziesiątej kończą nocną zmianę. - Ewa wstała z dużej, mocno wyeksploatowanej kanapy, nie czekając, aż jej młodsza koleżanka po raz kolejny postanowi zabłysnąć ciętą ripostą.
Kobiety opuściły pokój lekarski i ruszyły korytarzem w stronę izby przyjęć. Po kilku sekundach milczącego marszu Wierzbicka zatrzymała się i spojrzała Marlenie prosto w oczy.
- Dobrze mu się odwinęłaś.
- Masz na myśli Wojtczuka?
- Tak. To kretyn, ale wydaje mu się, że zjadł wszystkie rozumy, bo pisze doktorat - wyjaśniła Ewa. - Dużo wie i lubi się uczyć, ale mam wrażenie, że albo ma autyzm, albo jego mózg nie dokonuje żadnej syntezy faktów, które przyswoił z książek. Odpowie ci na każde pytanie, ale miej do tego, co mówi, trochę dystansu. Facet lubi przemawiać ex cathedra, tyle że czasem po prostu pieprzy bzdury, pomimo że na poziomie faktów wszystko się zgadza. W medycynie, a zwłaszcza w psychiatrii, nie zawsze należy wyciągać ostateczne wnioski, jedynie podsumowując zestaw faktów.
- Okej, dzięki za radę - odparła Popławska, nie przestając żuć gumy.
- Nie ma za co. Ja idę tutaj. - Wierzbicka wskazała dłonią na pomieszczenia szpitalnej ochrony i zniknęła za przeszklonymi mleczną szybą drzwiami.
Marlena skinęła głową i przeszła dalej na izbę przyjęć, gdzie o tej porze zazwyczaj nie działo się zbyt wiele. Jedna z pielęgniarek krzątała się przy stoliku z czajnikiem i pokaźną kolekcją tanich kaw i herbat.
- Dzień dobry, pani Mario. Mam taką sprawę: kto miał w nocy dyżur na izbie?
- Dzień dobry, pani doktor. Wieści szybko się tu rozchodzą. Jakiś nieznany pacjent pojawił się podobno na oddziale?
- Tak. Szef się wściekł. Nie lubi tracić kontroli nad sytuacją. Trzeba, cholera, ustalić, kim jest ten pacjent i skąd się tu wziął - przyznała Popławska.
- Dyżur miała Hania, ale już do niej dzwoniłam. Nic nie wie o tym człowieku. Uprzedzę pani kolejne pytanie: była trzeźwa jak świnia. Przynajmniej kiedy trzy godziny temu się zmieniałyśmy. Przez telefon też brzmiała tak, jakby wiedziała, co mówi. Zapewniła mnie, że nie było żadnego mężczyzny przyjętego w nocy. Przyjęto tylko dwie kobiety, obie są w systemie. Powiedziała też, że możemy sobie sprawdzić monitoring. - Pielęgniarka przekazała słowa problematycznej koleżanki, jednocześnie włączając czajnik.
- Dziwne to wszystko... A co pani o tym myśli? - Popławska zwróciła się o radę do wyraźnie zaskoczonej tym pielęgniarki, która nie była przyzwyczajona do tego, by lekarze pytali ją o coś więcej niż ewentualne podanie leków.
- Może go po prostu zbadajcie? Przynajmniej dowiecie się, co mu jest. A przy okazji może coś powie i wtedy ocenicie, czy znalazł się tu świadomie. Wie pani, to jest jednak szpital psychiatryczny, więc może facet jest przekonany o tym, że leży w swoim własnym łóżku. Jednego jestem pewna, pani doktor: nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował się na ten oddział dostać dobrowolnie. Ten gość to albo kliniczny świr, albo jakiś żartowniś. Wie pani, że dziś w internecie młodzież wymyśla różne durnoty. Może się z kimś założył?
- Taki młody to on znowu nie jest, żeby się z kimś o takie rzeczy zakładać. Na oko to jest po czterdziestce.
- Nie docenia pani mężczyzn po czterdziestce, pani doktor... - stwierdziła z przekąsem Maria.
- Dobra, pogadam jeszcze z resztą, ale trzeba go chyba przyjąć jako NN?[1], żeby był chociaż jakiś ślad w systemie - podsumowała krótką i raczej bezowocną rozmowę Marlena. Pożegnała się szybko i ruszyła z powrotem do pokoju lekarskiego.
- Coraz ciekawiej się robi, Marlenka... - zagadnęła młodszą koleżankę Wierzbicka, która wyszła z pomieszczenia ochrony na korytarz akurat w momencie, kiedy Popławska się tam pojawiła.
- Widziałaś tę kreskówkę "Pingwiny z Madagaskaru"? Tam była taka nadpobudliwa wydra, na którą mówili Marlenka.
- Mój syn uwielbia tę bajkę. Pewnie dlatego tak cię nazwałam, bo oglądał każdy odcinek chyba po sto razy i ciągle to imię słyszałam, ale - Wierzbicka przyjrzała się przez moment koleżance - pasuje to do ciebie. Ty też jesteś taka trochę nadpobudliwa. Szybko mówisz, ciągle żujesz gumę. Od teraz będziesz Marlenką.
- Mogę być. Lubię tę wydrę. Ale co ci powiedzieli w ochronie? Wspomniałaś przed chwilą, że coraz ciekawiej się robi.
- Na nagraniach z monitoringu brakuje kawałka z ostatniej nocy. Gość z ochrony twierdzi, że system jakby wyłączył się, a potem włączył. Problem w tym, że dostęp do tego mają teoretycznie tylko trzej faceci, którzy tam na co dzień siedzą.
- Eh, szef nie będzie zadowolony, ale przynajmniej coś już wiemy. Może by go przyjąć jako NN, żeby nie było takiej widocznej lipy? Będzie w systemie, przyjrzymy mu się i może coś wyjaśni?
- Przez mur go z powrotem nie przerzucimy. Chyba nie ma innego wyjścia, jak tylko, kurwa, jakoś ten jego pobyt tutaj zalegalizować - zgodziła się niechętnie Wierzbicka, po czym dodała pod nosem: - Ale decyzja i tak nie należy do nas.
Rozdział trzeci
Komenda Powiatowa Policji, Pruszków
Poniedziałek, przedpołudnie
Niewielki ekspres do kawy zasyczał cicho w pokoju, który od niedawna był wspólnym biurem podkomisarz Malwiny Lewandowskiej i nadkomisarza Roberta Laurentowicza. Ten drugi, jakiś czas temu oddelegowany na moment z Komendy Stołecznej Policji w Warszawie do Komendy Powiatowej Policji w Pruszkowie, został tu dłużej, niż pierwotnie zakładał. Mniejszy prestiż jednostki pod Warszawą był główną wadą tego rozwiązania. Jednak brak konieczności codziennych dojazdów do stolicy z Pruszkowa, bliskość szkoły syna i fakt, że to właśnie na tym terenie udało mu się rozwiązać dwie duże sprawy, ostatecznie przekonały komisarza do tego, aby zostać dłużej w miejscowej komendzie. Niestety, jeszcze bardziej nadwyrężyło to jego relacje z żoną, ostatnio i tak napięte. Edyta Laurentowicz nie do końca była bowiem przekonana, że na decyzji męża zaważyły wyłącznie kwestie logistyczne. Z tymi jednak nie mogła dyskutować. Fakt, że Robert mógł pracować w Pruszkowie, gdzie niedawno przeprowadzili się z warszawskiej Ochoty, faktycznie zdecydowanie ułatwiał im codzienne życie. Komplikował je natomiast fakt, że teraz pracował z młodą i atrakcyjną kobietą.
- No i jak się odnajdujesz na prowincji, Robert? - zwróciła się do kolegi podkomisarz Lewandowska, napełniając dwa kubki wrzątkiem.
- Na prowincji? Bez przesady. - Nadkomisarz wyjął z ręki koleżanki kubek z cappuccino i wziął spory łyk. - Z Pruszkowa do centrum Warszawy jest jakieś dwadzieścia minut drogi. Ty chyba prowincji nie widziałaś, Malwina.
- W sumie to nawet rodziny na wsi nie mam. - Lewandowska usiadła z kawą przy swoim biurku. - Mój dziadek przeprowadził się tu z Warszawy dawno temu i na Pruszków mówił "prowincja". To był taki jeszcze przedwojenny Warszawiak. Jak ty.
- Ja rozumiem, że jesteś młodsza, ale przedwojenny to ja na pewno nie jestem - odparł lekko obruszony Laurentowicz i otworzył szufladę, z której wyjął papierową teczkę.
- O Warszawiaka mi chodziło - doprecyzowała Lewandowska z podejrzanie szerokim uśmiechem na twarzy. - Co to za kwity tam wyciągnąłeś?
- Wczoraj, jak miałaś wolne, przyszła babka z zawiadomieniem. Słabo to wygląda, cholera.
- Znowu całą rodzinę zatłukli na działce? - nawiązała do ich poprzedniej sprawy Lewandowska.
- Nie, nie. Nauczycielka z miejscowej podstawówki zaginęła. Od tygodnia jej szukają.
- A dlaczego trafiło to do nas? To nie dla kryminalnych robota?
- Ta babka, co wczoraj tu była, też pracuje jako nauczycielka w tej samej szkole. Ponieważ rodzina zaginionej dość intensywnie jej szuka i zrobił się szum, to ta jej koleżanka przyszła i powiedziała, że wie o czymś, co może mieć jakiś związek ze sprawą.
- To mnie zaciekawiłeś. - Lewandowska odstawiła kawę.
- Tak, jest grubo. Ta babka stwierdziła mianowicie, że zaginiona miała molestować jednego z uczniów.
- O kurwa... - zaklęła pod nosem Lewandowska i wstała zza biurka. - Pokaż no te kwity. - Podkomisarz wyjęła kartkę z teczki, którą trzymał Laurentowicz. - Popatrz... Pani od WF-u taka jurna? Cholera, nie wiem, czy słyszałam kiedyś o sprawie kobiety z podobnymi zarzutami.
- Jak widzisz, równouprawnienie zagościło na dobre w wielu obszarach życia - zażartował nadkomisarz i zadowolony z siebie podszedł do okna z kubkiem w dłoni. - Kurde, mój syn chodzi przecież do tej szkoły... - zreflektował się po chwili Laurentowicz i z automatu przybrał poważniejszy ton.
- Cholera. Ale twój syn jest w drugiej czy trzeciej klasie, nie? Takie maluchy mają w ogóle WF? Jeśli tak, to chyba ze swoim wychowawcą.
- Mają. Szczerze mówiąc, to nie wiem, kto Piotrka uczy, kurwa, akurat WF-u.
- Nie pytałeś żony?
- Nie chciałem jej denerwować. Spytam syna. A my powinniśmy chyba się do tej szkoły wybrać, nie? - Laurentowicz odwrócił się od okna i spojrzał na partnerkę.
- Powinniśmy, ale jeśli ona uczyła twojego syna, to nie wiem, czy będziesz mógł przy tym pracować, Robert.
- Dowiem się i wtedy będziemy myśleć, co dalej. Idziemy? - spytał Laurentowicz, jednocześnie sięgając już po skórzaną kurtkę, wiszącą na wieszaku w kącie pokoju.
- A to jakoś niedaleko?
- Na tej samej ulicy co nasza komenda. Chodź. Trzeba znowu w gównie pogrzebać.