Rozdział II
Nikt nic nie wie
Adwokat zerwał się z miejsca. Szybko napełnił szklankę wodą i podsunął ją płaczącej kobiecie.
- Proszę, niech się pani uspokoi. Na pewno poradzimy coś w tej sprawie.
Helena Kowalska upiła łyk. Z wolna opanowała się. Wytarła oczy chusteczką, a nawet próbowała, co zresztą niezbyt się udało, uśmiechnąć się.
- Bardzo pana mecenasa przepraszam za moje zachowanie, ale naprawdę spotkało mnie straszne nieszczęście. Moje dziecko, czteroletni synek, Januszek, zaginął.
- Jak to: zaginął?
- Stał przed supersamem i później już nikt go nie widział. Nikt nic nie wie i nikt nie chce mi pomóc.
Kobieta bliska była nowego wybuchu płaczu. Żeby do tego nie dopuścić, Ruszyński szybko zadał pytanie:
- Kiedy to się stało?
- We wtorek, ósmego czerwca. Około jedenastej rano.
- Na Puławskiej? Przed supersamem?
- Nie. Na Solcu. Tam też jest duży pawilon samoobsługowy. Wprawdzie mniejszy od tego przy Puławskiej, ale wszyscy na Powiślu nazywają go "supersamem".
- To było przed przeszło trzema miesiącami - zdziwił się adwokat. - Chyba szukała pani dziecka? Dała pani znać milicji?
- Tego samego dnia. Zawiadomiłam naszą komendę dzielnicową. Początkowo zajęli się tym bardzo energicznie. Nawet były komunikaty w radio i w telewizji. Wszystko na próżno. Nie znaleziono najmniejszego śladu. A dzisiaj rano otrzymałam to przez pocztę...
Kobieta sięgnęła do torebki. Mecenas doskonale wiedział, co mu klientka za chwilę pokaże: urzędowe zawiadomienie o umorzeniu śledztwa.
- Kiedy dostałam ten papier, myślałam, że mi serce pęknie. Albo że najlepiej będzie od razu z szóstego piętra skoczyć na bruk. Wtedy jeden z kolegów opowiedział mi o panu. Jakie pan mecenas zawikłane sprawy rozwiązuje i jak pan bardzo ludziom pomaga.
- No - przyznał adwokat - coś niecoś w życiu się zrobiło... - Fałszywa skromność nie była wadą Miecia.
- Pomyślałam wtedy, że w panu mecenasie mój jedyny ratunek. Jeśli pan mi nie pomoże, nie ma dla mnie już życia.
- Na pewno pomogę - potwierdził adwokat. Naprawdę zrobiło mu się żal młodej kobiety. Takiej ładnej i takiej zrozpaczonej.
- Panie mecenasie - zapewniła żarliwie Kowalska - nie jestem bogata, ale nie ma sumy, której bym nie zapłaciła. Dam tyle, ile pan zażąda.
Sławny adwokat aż się żachnął. Najwidoczniej facet, który podał jej adres zespołu, musiał narobić jakichś głupich plotek.
- O wysokości honorarium będzie pani rozmawiała z kierownikiem zespołu - wyjaśnił zimno. - Najpierw muszę dokładnie poznać całą sprawę i wtedy zastanowimy się, co można zrobić. Na odwrocie dokumentu, który pani przysłano, jest zaznaczone, że od tej decyzji przysługuje odwołanie.
- Ja nie chcę odwołania! Chcę, żeby znaleziono moje dziecko! Błagam pana mecenasa, żeby pan wziął spraw w swoje ręce - kobieta najwidoczniej zrozumiała, że przed chwilą strzeliła głupstwo. - Tyle o panu słyszałam. Mam bezgraniczne zaufanie do pana mecenasa.
Miecio nie umiał oprzeć się czarowi pięknej pani, jej prośbom i... jej prawdziwej tragedii. Sam przecież miał córkę. Wprawdzie już dorosłą, doktora medycyny, ale czyż w uczuciach rodzicielskich wiek dziecka odgrywa rolę?
- Wobec tego niech mi pani wszystko od początku opowie - zadecydował.
- Mieszkam w nowych blokach przy ulicy Kruczkowskiego - zaczęła pani Kowalska. - Mam tam pokój z kuchnią. Niewielkie jak to w nowym domu, ale bardzo przyjemne mieszkanko. Dorobiłam się go dzięki pomocy mojego zakładu pracy. W tym samym domu otrzymał przydział także kolega z biura. Właściwie to mój zwierzchnik, bo wiceprezes naszej spółdzielni. Ma dwoje dzieci. Pięcioletnią córeczkę Krysię i rocznego synka Zygmusia. Żona pana Derkowskiego nie pracuje zawodowo, zajmuje się wychowaniem tej dwójki. Jestem bardzo zaprzyjaźniona zarówno z Krzysztofem, jak i z Jadwigą. Mój mały, chociaż to normalne, dobrze rozwinięte dziecko, kiedy chodził do przedszkola, stale na coś chorował. A to zapalenie oskrzeli, a to grypa. Nawet zapalenie ucha wewnętrznego nie ominęło go. Więc Jaga zaproponowała mi, żebym Januszka zabrała z przedszkola, a ona, opiekując się własnymi dziećmi, zajmie się także i moim synkiem. To mi rozwiązało ręce, bo ciągle brałam zwolnienia z pracy dla pielęgnowania malca. Poważnie się bałam, że mam u personalnego kreskę.
- Syn przestał chorować? - zapytał adwokat, aby przerwać ten przydługi monolog nie wnoszący niczego istotnego do sprawy.
- Jak ręką odjął. Wychodząc rano do pracy, odprowadzałam Januszka do Derkowskich, a wracając gdzieś około czwartej po południu, zabierałam go z powrotem. Tego dnia, nigdy nie zapomnę tej chwili, we wtorek ósmego czerwca, Jaga zatelefonowała do mnie do spółdzielni, ze Januszek zniknął. Natychmiast przyjechałam. Sama szukałam wszędzie mojego dziecka. Bez skutku.
- Jak to się stało? Niech pani dokładnie opowie.
- Jak zwykle około jedenastej Jaga Derkowska zabrała dzieci na spacer. Zygmusia w wózku, Krysia i Januszek szli obok. Pogoda była tego dnia nie za ładna, więc dzieci były dość ciepło ubrane. Januszek w granatowym ubranku i w czerwonym bereciku. Doszli ulicą Kruczkowskiego do alei Trzeciego Maja i alejami do rogu Solca. Tutaj na małym placyku znajduje się właśnie nasz powiślański supersam.
- Znam ten sklep.
- Jaga postawiła wózek z boku i zostawiła przy nim dzieci, sama zaś weszła do supersamu. Robiła tak prawie codziennie. Jak już kupowała produkty dla swojego domu, to i dla mnie... Krysia i Januszek wiedzieli, że nie wolno im oddalać się od wózka z małym dzieckiem, i zawsze cierpliwie czekali na powrót Jagi. A tego dnia, pierwszy raz, Krysia opuściła braciszka i Januszka. Weszła do sklepu, odszukała tam matkę i zaczęła prosić, żęby Jaga kupiła jej jakieś cukierki. Kiedy Derkowska wyszła z supersamu, wózek stał na swoim miejscu, Zygmuś spał, lecz Januszka nie było. Szukając małego, obiegła całą okolicę. Na próżno. Zatelefonowała do mnie. Przyjechałam natychmiast. Szukałyśmy obie. Dopytywałyśmy się wszędzie. Nikt niczego nie zauważył. Po paru godzinach bezskutecznych poszukiwań zawiadomiłyśmy milicję. I ona dziecka nie odnalazła. Jak kamień w wodę...
- Wybaczy pani, że będę może brutalny, ale sama pani użyła wyrażenia "jak kamień w wodę". Tam do Wisły blisko. Najwyżej sto metrów.
- Pan mecenas ma rację. Wisła tuż, tuż. Ale żeby do niej dojść, trzeba przejść przez bardzo uczęszczaną ulicę, Wybrzeże Kościuszkowskie, gdzie panuje wielki ruch samochodowy.
- Januszek na pewno nieraz tamtędy chodził ze swoją opiekunką na spacer.
- To prawda. Chodził. Ale nauczyłam dziecko, że nie wolno mu choćby tylko jedną nogą stanąć poza chodnikiem. Przechodził jezdnię trzymając za rękę osobę dorosłą. Na pewno więc i wtedy nie wbiegłby sam na jezdnię, nie zapuściłby się pod wiadukt i nie przeszedł drugiego pasa ulicy. To wykluczone! Obie pytałyśmy wędkarzy nad brzegiem rzeki, rozmawiałam też na pobliskiej przystani z obsługą statków pasażerskich... Nikt nie widział samotnie idącego dziecka, ubranego przecież tak znacznie, bo w czerwonym bereciku. Przyjmując najgorsze, gdyby Januszek nawet - Boże, broń - wpadł do Wisły, to ten beret płynąłby przecież z nurtem rzeki. Ludzi na wybrzeżu jest zawsze sporo. Wędkarze, spacerowicze, zakochane parki. Trudno przypuścić, żeby nikt niczego nie zauważył.
- A co zrobiła milicja?
- Oni także przypuszczali, że dziecko mogło nieostrożnie podejść zbyt blisko brzegu i wpaść do wody. Pilotowali rzekę motorówkami, ciągnęli sieci, nawet sprowadzili dwóch płetwonurków, którzy szukali na dnie Wisły. Nie znaleźli. Na szczęście! Ja wiem, że Januszek żyje. On został porwany.
Cóż adwokat mógł odpowiedzieć matce, która nie chciała uwierzyć w śmierć jedynego dziecka?
- Sądząc z okoliczności, które mi pani opowiedziała, rzeczywiście synek mógł zostać porwany.
- On żyje. Jestem tego najzupełniej pewna. Nie dalej jak trzy dni temu śnił mi się. Wyciągał do mnie rączki i prosił: "Mamo, zabierz mnie stąd".
Ruszyński taktownie nie zabierał głosu, zaś klientka ciągnęła dalej:
- Milicja jest przekonana, że Januszek utopił się. Jakiś kapitan z komendy dzielnicowej wręcz mi to powiedział. A ja wiem, że mi synka ukradli...
- Domyśla się pani, kto to mógł zrobić?
- Pojęcia nie mam. W Ameryce porywają dzieci dla okupa.
- Sama pani powiedziała przed chwilą, że nie jest pani bogata. Takie porwanie opłaca się przestępcy jedynie wówczas, kiedy może liczyć na naprawdę grube pieniądze w zamian za oddanie dziecka. Inaczej ryzyko jest zbyt wielkie. Prawo bardzo surowo karze kidnaping. Zresztą do tej pory, w ciągu przeszło trzech miesięcy, porywacze już by wystąpili ze swoimi żądaniami.
- Może Cyganie? - podsunęła zrozpaczona matka. - Zawsze słyszałam, że oni kradną małe dzieci, podchowają je i później każą im żebrać.
Ruszyński uśmiechnął się.
- Może tak bywało dawniej. Ale to chyba raczej legendy. Dziś, w 1973 roku, zupełnie wykluczone.
- Może jakieś bezdzietne małżeństwo?
- To już bardziej prawdopodobne - zgodził się adwokat - ale nie ma żadnych przeszkód, aby takie małżeństwo adoptowało sierotę z Domu Dziecka.
- Januszek wszystkim się bardzo podobał. To bardzo grzeczne, ładne i nad wiek mądre dziecko.
- Pani powiedziała, że mieszka sama, tylko z synkiem - adwokat dyplomatycznie zmienił temat rozmowy. Obawiał się, że pani Kowalska będzie się długo rozwodziła nad zaletami synka.
- Tak. Tylko we dwójkę.
- A pani stan cywilny?
Złotoruda piękność po raz pierwszy roześmiała się.
- Pan mecenas wziął mnie za pannę z dzieckiem?
- Nie widzę w tym niczego złego - zastrzegł się szybko adwokat - kobiet jest przecież więcej niż mężczyzn. Cóż więc dziwnego, że są takie, które chcą doświadczyć radości macierzyństwa nie zważając na głupie przesądy?
- Nie jestem jedną z nich. Sama zresztą nie wiem, czy jestem wdową, czy też rozwódką?
- Nie rozumiem... - przyznał szczerze Ruszyński.
- Banalna historia. Wyszłam za mąż. Po paru latach rozstaliśmy się. Przeprowadziliśmy formalny rozwód. Niedługo potem mój były mąż zmarł. Zostałam rozwiedzioną wdową albo, jak pan woli, owdowiałą rozwódką.
- Tylko rozwódką - adwokat był w sprawach prawnych zawsze bardzo ścisły. - Śmierć byłego męża nie zmienia stanu cywilnego rozwiedzionej z nim żony. To by miało znaczenie wyłącznie w prawie kanonicznym. Gdyby pani drugi raz wychodziła za mąż, mogłaby pani brać ślub także i w kościele, czego nie wolno rozwodzącym się.
- Nie mam zamiaru po raz drugi popełnić tego samego głupstwa.
- Może opowie mi pani trochę szerzej o waszym małżeństwie - zaproponował Ruszyński. - Podejmując się prowadzenia takiej sprawy, muszę być zorientowany we wszystkich szczegółach, jakie mogłyby mieć związek z zaginięciem małego Januszka.
- To są moje prywatne przeżycia - broniła się klientka - zresztą przykre dla mnie. Wolałabym do nich nigdy nie wracać. Jaki mogą mieć związek z tym, co stało się ósmego czerwca?
- Przypuszczalnie żaden. Ale musimy szukać wszędzie.
- Jeśli pan mecenas tak uważa... - zgodziła się Kowalska. - Pochodzę z Puław. Mój ojciec jest listonoszem. Mam czworo rodzeństwa. Sam pan rozumie, że w domu nie przelewało się, a jednak rodzice zadbali, żeby każde z nas otrzymało przynajmniej średnie wykształcenie. Po maturze zdałam na Politechnikę Warszawską i tu śmiertelnie się zakochałam w koledze z wydziału. Był ode mnie rok wyżej. Moi rodzice niezbyt chętnie przyjęli wiadomość, że córka postanowiła wyjść za mąż jeszcze na studiach, jednakże nie protestowali. Natomiast matka mojego chłopca, bo jego ojciec już nie żył, szalała wprost ze złości. Nigdy zresztą nie przebaczyła mi, że "uwiodłam" jej syna.
- Skąd pochodzi pani mąż?
- Z Krakowa. Ale tam nie dostał się na politechnikę. Z większym szczęściem spróbował w stolicy. Z tego, co opowiadała teściowa, jej mąż był jakimś wysokim urzędnikiem w byłym cesarstwie austriackim. Podobno nawet radcą stanu. Karol był jedynakiem. Ukochanym dzieckiem i miał też "najdroższą mamusię"...
Adwokat ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Imię "Karol" nie zdarza się często wśród dzisiejszych studentów. Czy mąż był znacznie od pani starszy? - zapytał.
- Nie. Zaledwie o trzy lata. Nazwano go Karolem, bo właśnie ten ostatni cesarz nieboszczki monarchii austriackiej nadał mojemu teściowi jakiś order. Do tej pory wisi on na honorowym miejscu w mieszkaniu przy Łobzowskiej. Teściowa stale powtarzała, jakie to wielkie wyróżnienie mnie spotkało i jaki wielki mezalians popełnił syn "rzeczywistego tajnego radcy dworu" żeniąc się z listonoszówną.
- Zdarzają się takie mamy.
- Bogiem a prawdą, kariery wielkiej nie zrobiłam. Karol, podobnie jak i ja, nie mógł liczyć na żadną pomoc z domu. Jego matka pobierała niewielką emeryturkę i trochę dorabiała jako chałupniczka. Wprawdzie mieszkanie miała załadowane najrozmaitszymi antykami, niektóre nawet znacznej wartości, widziałam tam także kilka dobrych obrazów, ale nie było mowy, aby coś z tego ruszyć i sprzedać. Na moje nieśmiałe propozycje, aby któryś z tych przedmiotów wymienić na pieniądze, usłyszałam, że "Karolek to wszystko dostanie po mojej śmierci". Podejrzewałam, że teściowa ma również jakąś cenną biżuterię, ale nigdy mi jej nie pokazywała. Starsza pani była chorobliwie skąpa, a synowi, który się ożenił bez jej pozwolenia, ani myślała pomagać.
- Więc jak dawaliście sobie radę?
- On mieszkał w swoim akademiku, ja w moim. On miał stypendium, ja także. Tak przemęczyliśmy się prawie dwa lata. Miałam tego dosyć. Postanowiliśmy oboje z Karolem, że przerwę studia i znajdę jakąś posadę. Kiedy on już skończy politechnikę i zacznie zarabiać, wtedy przyjdzie kolej na mój dyplom. Taka dżentelmeńska umowa dwojga zakochanych ludzi.
- Z której nic nie wyszło? - domyślił się adwokat.
- Z której później nic nie wyszło. Ale początkowo byłam bardzo szczęśliwa. Udało nam się nawet tanio, bo za siedemset złotych miesięcznie, wynająć ładny pokoik na Marymoncie. Znalazłam posadę w spółdzielni pracy i szybko awansowałam. Wkrótce zarabiałam prawie trzy tysiące miesięcznie. To była fortuna w porównaniu z naszą poprzednią egzystencją.
- A potem przyszło dziecko?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.