Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2010 - Lee Child

Kup ebooka

30.90 zł
24.72 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Wy­da­je się, że wszy­scy wiedzą, czym jest opo­wia­da­nie, ale teo­re­tycz­na dys­ku­sja do­tycząca tego ga­tun­ku jest dość ogra­ni­czo­na. De­fi­ni­cja, da­le­ka od jed­no­znacz­ności, wy­wo­dzi się z dwóch źródeł: pierw­szym jest Ed­gar Al­lan Poe, który po­wie­dział, że trak­tu­je po­wieść po­dejrz­li­wie i woli coś, co można prze­czy­tać za jed­nym ra­zem; dru­gim jest Mark Twa­in, który oświad­czył - mając na myśli list, nie po­wieść - Prze­pra­szam, że jest tak długi; nie miałem cza­su go skrócić.

Niektórzy przy­pi­sują ten dru­gi cy­tat Pas­ca­lo­wi, ale jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że zda­nie to padło właśnie z ust Twa­ina, au­to­ra licz­nych po­wie­dzo­nek. Tak czy in­a­czej, sens w obu przy­pad­kach jest oczy­wi­sty i sprzecz­ny z tym, co au­to­ma­tycz­nie się na­su­wa: nada­nie hi­sto­rii krótkiej for­my wy­ma­ga więcej cza­su i wysiłku niż jej roz­wi­nięcie w dłuższą opo­wieść. W świe­tle stwo­rzo­nej przez Po­ego kon­cep­cji "jed­ne­go razu", opo­wia­da­nie upo­dab­nia się do wy­piesz­czo­ne­go klej­no­tu, którym ko­ne­ser po­tra­fi się za­chwy­cać, tak jak sma­kosz za­chwy­ca się do­sko­nałym wi­nem albo wy­ra­fi­no­wa­nym da­niem.

Nie je­stem tego taki pe­wien.

Kwe­stio­nując na początek Po­ego: jego słowa są pełne in­te­re­sow­ności. Żadna for­ma li­te­rac­ka nie od­zna­cza się wyższością nad jakąkol­wiek inną formą. Wszy­scy pi­sa­rze mio­tają się w głębi du­szy. Wszy­scy próbu­je­my za­ro­bić na chleb po­wsze­dni i stwo­rzyć coś, co się sprze­da. Nie­pod­ważalna według Po­ego kon­cep­cja "utwo­ru na je­den raz" była po­dyk­to­wa­na wy­mo­ga­mi ówcze­sne­go ryn­ku wy­daw­ni­cze­go. Poe sta­rał się odpędzić wid­mo głodu, pisząc dla pe­rio­dyków, których za jego życia było mnóstwo i których licz­ba bez­u­stan­nie rosła. Wierz­cie mi, gdy­by mógł sprze­dawać tysiącstro­ni­co­we po­wieści, robiłby to i dzi­siaj byłby zna­ny jako ktoś, kto głosi ich wyższość nad krótki­mi for­mami. Jed­nak ry­nek po­trze­bo­wał nie­wiel­kich kawałków li­te­ra­tu­ry, więc Poe je do­star­czał. Char­les Dic­kens je­chał na tym sa­mym wo­zie, ale on po pro­stu dzie­lił swo­je (tysiącstro­ni­co­we) po­wieści na mniej­sze kawałki, które dru­ko­wa­no w od­cin­kach, ku wiel­kie­mu za­chwy­to­wi czy­tel­ników, głównie dla­te­go że chcie­li się do­wie­dzieć, co będzie da­lej. Ar­tur Co­nan Doy­le pla­su­je się gdzieś pośrod­ku; ka­non pod hasłem Sher­lock Hol­mes to z pew­nością se­ria opo­wia­dań, ale "Sher­lock Hol­mes" to także jed­na, nie­po­dziel­na całość, uwiel­bia­na i wzbu­dzająca za­chwyt swo­im całokształtem, nie zaś epi­zo­dycz­nym cha­rak­te­rem, jak­by rzecz ist­niała pod po­sta­cią gi­gan­tycz­nej po­wieści, nie­za­leżnie od swej cha­otycz­nej hi­sto­rii wy­daw­ni­czej.

I te­raz, by za­kwe­stio­no­wać założenie kryjące się w słowach Twa­ina: gwa­ran­tuję z całym prze­ko­na­niem, że żadne opo­wia­da­nie w ni­niej­szej an­to­lo­gii nie za­brało au­to­ro­wi więcej cza­su niż jego po­wieści. Na­wet w przy­bliżeniu. A jed­nak każde zda­nie jest sta­ran­nie opra­co­wa­ne i wygładzo­ne; tak, każde z opo­wia­dań było czy­ta­ne i po­pra­wia­ne, po­now­nie czy­ta­ne i po­pra­wia­ne - ale tak też się dzie­je z każdym zda­niem i roz­działem w po­wieści, które są znacz­nie dłuższe od opo­wia­dań; wysiłek w obu wy­pad­kach jest pro­por­cjo­nal­ny i porówny­wal­ny.

A za­tem, czy opo­wia­da­nia w tym zbio­rze nie są cu­dow­nie wy­piesz­czo­ny­mi klej­no­ta­mi, którymi ko­ne­ser może się cie­szyć jak wy­kwint­nym posiłkiem czy wi­nem? No cóż, owszem, jed­nak nie z po­wodów, które są uważane za pew­nik.

Opo­wia­da­nia po­zwa­lają na odro­binę swo­bo­dy. Pre­zen­to­wa­ni tu au­to­rzy, jako po­wieścio­pi­sa­rze, są w pew­nym stop­niu ogra­ni­cze­ni w tym, co piszą; cho­dzi zarówno o względy eko­no­micz­ne, jak i ocze­ki­wa­nia. Jed­nak na współcze­snym ryn­ku wy­daw­ni­czym opo­wia­da­nia nie są obar­czo­ne ry­zy­kiem fi­nan­so­wym, nie pod­le­gają też ogra­ni­cze­niom, ja­kie na­rzu­cają ocze­ki­wa­nia czy­tel­ników. Tak więc au­to­rzy mogą pisać o różnych rze­czach i, co więcej, mogą to robić na różne spo­so­by.

Po­wieści są ple­cio­ne na wzór na­szyj­ników, z długiej se­kwen­cji po­mysłów, które łączą się z sobą ni­czym klej­no­ty i węzły; opo­wia­da­nia mogą za­wie­rać tyl­ko jedną myśl. Po­wieści muszą brać za cel całe spek­trum po­ru­sza­nych za­gad­nień; opo­wia­da­nia mogą się ogra­ni­czyć do szyb­ko za­da­wa­nych ciosów, a główna myśl może być je­dy­nie za­su­ge­ro­wa­na (jak w słyn­nym pięcio­wy­ra­zo­wym opo­wia­da­niu Er­ne­sta He­min­gwaya: Na sprze­daż. Dzie­cięce buty. Nie­no­szo­ne). Do pew­ne­go stop­nia zni­ko­mość główne­go te­ma­tu - czy skąpa wie­dza na jego te­mat - sta­je się cnotą. Byłem kie­dyś w luk­su­so­wym bu­ti­ku na Ma­di­son Ave­nue w No­wym Jor­ku. Sprze­da­wa­no tam pióra, no­tat­ni­ki i temu po­dob­ne rze­czy. Jakaś ko­bie­ta po­pro­siła, żeby po­ka­za­no jej kil­ka fi­lo­faxów - nie­wiel­kich skórza­nych kołono­tat­ników. Po­ka­za­no jej dwa. Za­dzwo­niła ze swo­jej komórki i oznaj­miła: "Mająnie­bie­skie i zie­lo­ne". Wysłuchała od­po­wie­dzi i oznaj­miła: "Wca­le nie je­stem pa­syw­nie agre­syw­na!".

No cóż, nie­możliwe, by ten podsłucha­ny in­cy­dent mógł za­in­spi­ro­wać kogoś do na­pi­sa­nia po­wieści. Za mało ma­te­riału. Ale mógłby za­in­spi­ro­wać do opo­wia­da­nia. Każdy pi­sarz ma w głowie szu­fladę z ety­kietką "Wspa­niałe po­mysły, których nie mogę wy­ko­rzy­stać w po­wieści". Można jed­nak wy­ko­rzy­stać je w opo­wia­da­niach.

Po­dob­nie każdy pi­sarz ma w głowie szu­fladę z ety­kietką "Wiel­kie głosy, których nie mogę..." i "Wiel­kie po­sta­ci, których nie mogę...", i "Wiel­kie sce­na­riu­sze, których nie mogę...", i tak da­lej. Pi­sa­rze spe­cja­li­zujący się w ga­tun­ku noir mogą od­czuć w pew­nym mo­men­cie po­kusę, by spróbować cze­goś we­sel­sze­go, a ci od książek dla do­ra­stających dzie­ci mogą zatęsknić za czymś do­zwo­lo­nym od lat osiem­na­stu albo ob­wa­ro­wa­nym jesz­cze ostrzej­szy­mi re­stryk­cja­mi. Ry­nek opo­wia­dań po­zwa­la roz­winąć te skrzydła. Często re­zul­ta­tem jest wy­czu­wal­ne między wier­sza­mi wrażenie świeżości, en­tu­zja­zmu, no­wa­tor­stwa i radości ze stro­ny au­to­ra. Wy także od­nie­sie­cie to wrażenie i być może po­zwo­li nam ono pełniej, le­piej zro­zu­mieć, czym jest opo­wia­danie - w dzi­siej­szej kul­tu­rze przy­najm­niej: ob­co­wa­niem z praw­dzi­wym mi­strzo­stwem, jak w ba­se­bal­lu... długi męczący se­zon do­bie­ga końca i wszy­scy cze­kają na cel­ny rzut.

Przed­mo­wa

Co roku, kie­dy za­sia­dam do na­pi­sa­nia słowa wstępne­go do no­we­go wy­da­nia Naj­lep­szych ame­ry­kańskich opo­wia­dań kry­mi­nal­nych, przy­chodzą mi do głowy dwie rze­czy. Po pierw­sze: czy mogę na­pi­sać o czymś, o czym nie na­pi­sałem przy oka­zji po­przed­nich edy­cji? Po dru­gie: czy ktoś to w ogóle czy­ta, czy też (postępując mądrze) prze­cho­dzi od razu do opo­wia­dań?

No cóż, na wy­pa­dek gdy­by ta książka wpadła w ręce nie­zo­rien­to­wa­ne­go czy­tel­ni­ka, oto kil­ka uwag, o których należy pamiętać.

- Kry­mi­nał to bar­dzo sze­ro­ki ga­tu­nek li­te­rac­ki, obej­mujący każdą opo­wieść, w której przestępstwo (za­zwy­czaj mor­der­stwo) albo groźba przestępstwa (tworząca su­spens) sta­no­wią główny wątek fabuły albo te­mat. Opo­wia­da­nia de­tek­ty­wi­stycz­ne to je­den z pod­ga­tunków, po­dob­nie jak wy­da­rze­nia opo­wia­da­ne z punk­tu wi­dze­nia przestępcy, po­wieści su­spensu (nie­uchron­ne zło, którego sprawcą jest człowiek), po­wieści szpie­gow­skie (przestępstwa wo­bec państwa, których skut­kiem jest więcej ofiar niż w przy­pad­ku po­je­dyn­cze­go mor­der­stwa), a także li­te­ra­tu­ra opi­sująca pro­ce­du­ry po­li­cyj­ne, czer­piąca z hi­sto­rii, opie­rająca się na hu­mo­rze, za­gad­kach, działaniach sa­mot­ne­go de­tek­ty­wa, określana jako noir, i tak da­lej.

- Jeśli ktoś spo­dzie­wa się tu­taj głównie opo­wia­dań de­tek­ty­wi­stycz­nych, to będzie za­wie­dzio­ny. Już pra­wie nikt nie pi­sze wy­bit­nych hi­sto­rii, opar­tych wyłącznie na de­duk­cji; ob­ser­wa­cja ukry­tych tropów i wskazówek, które wy­ko­rzy­stu­je ge­nial­ny de­tek­tyw, odeszła do la­mu­sa. Głównym ele­men­tem współcze­snych opo­wia­dań de­tek­ty­wi­stycz­nych jest w większości przy­pa­dek, łut szczęścia albo in­tu­icja de­tek­tywa (taj­nia­ka, funk­cjo­na­riu­sza po­li­cji albo ama­to­ra, który może się ode­rwać od co­dzien­nych zajęć - go­to­wa­nia, upra­wia­nia ogródka, szy­dełko­wa­nia, pi­sa­nia, strzyżenia czy też za­kupów).

- Współcze­sna li­te­ra­tu­ra kry­mi­nal­na sku­pia się głównie na od­po­wie­dzi na py­ta­nie "dla­cze­go" za­miast "jak" lub "kto". Tym sa­mym większość hi­sto­rii opie­ra się na ana­li­zie psy­cho­lo­gicz­nej - do­ko­ny­wa­nej przez de­tek­ty­wa, sa­me­go czy­tel­ni­ka czy też bo­ha­te­ra opo­wieści.

- Gra­ni­ca między li­te­ra­turą kry­mi­nalną a kla­syczną za­tarła się nie­mal całko­wi­cie. Tacy au­to­rzy kry­mi­nałów, jak El­mo­re Le­onard, Ro­bert B. Par­ker, Den­nis Le­ha­ne, Geo­r­ge Pe­le­ca­nos, Ja­mes El­l­roy i inni z pew­nością tworzą dzieła li­te­rac­kie. Tacy wy­bit­ni pi­sa­rze, jak Joy­ce Ca­rol Oates, Mi­cha­el Cha­bon, Paul Au­ster, Jo­na­than Le­them, Sal­man Ru­sh­die i inni mają w swo­im do­rob­ku również opo­wia­da­nia oraz po­wieści de­tek­ty­wi­stycz­ne i kry­mi­nalne.

- Ni­niej­szy zbiór obej­mu­je naj­lep­sze opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne opu­bli­ko­wa­ne w roku 2009. Czy­tel­nik może je na­zwać kry­mi­nal­ny­mi, de­tek­ty­wi­stycz­ny­mi czy po pro­stu określić je jako kla­syczną prozę, i za każdym ra­zem będzie miał rację. Ce­lem tego wy­da­nia, jak każdego z po­przed­nich (a jest to czter­na­sta edy­cja) było ze­bra­nie naj­lep­szych hi­sto­rii kry­mi­nal­nych roku; sądzę, że się nam to udało - ko­lej­ny raz.

Piszę tu w licz­bie mno­giej, mając na myśli moją koleżankę po fa­chu, Mi­che­le Slung, która czy­ta co roku tysiące opo­wia­dań, by wy­szu­kać te naj­bar­dziej war­tościo­we; Nata So­be­la, naj­lep­sze­go agen­ta li­te­rac­kie­go na świe­cie, który dzięki bezbłędne­mu wy­czu­ciu i sma­ko­wi li­te­rac­kie­mu po­tra­fił wska­zać dzie­siątki pierw­szorzędnych utworów spośród za­re­ko­men­do­wa­nych; licz­nych re­dak­torów ma­ga­zynów li­te­rac­kich, którzy przedłużają mi sub­skrypcję i nie­jed­no­krot­nie wska­zują rze­czy god­ne uwa­gi; i oczy­wiście Lee Chil­da. Jest po­wo­dem do zdu­mie­nia i jed­no­cześnie wdzięczności, że Child, au­tor licz­nych be­st­sel­lerów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, An­glii i Bóg wie, gdzie jesz­cze, po­mi­mo licz­nych zajęć i obo­wiązków zgo­dził się prze­czy­tać pięćdzie­siąt opo­wia­dań, które wy­brałem w tym roku jako naj­lep­sze (lub które po­do­bały mi się naj­bar­dziej), i do­ko­nał ściślej­szej se­lek­cji, wska­zując dwa­dzieścia naj­wy­bit­niej­szych. Nie wspo­mi­nając już o na­pi­sa­niu do­sko­nałego i ory­gi­nal­ne­go wstępu.

Do suk­ce­su tej se­rii przy­czy­ni­li się także w sposób nie­zwy­kle ważny, choć nie bez­pośred­nio, po­przed­ni wspa­nia­li re­dak­to­rzy, którzy poświęcili tyle uwa­gi i cza­su tym co­rocz­nym edy­cjom: nieżyjący już Ro­bert B. Par­ker, Sue Gra­fton, Evan Hun­ter (Ed McBa­in), Do­nald E. We­stla­ke, Law­ren­ce Block, Ja­mes El­l­roy, Mi­cha­el Con­nel­ly, Nel­son De­Mil­le, Joy­ce Ca­rol Oates, Scott Tu­row, Carl Hia­asen, Geo­r­ge Pe­le­ca­nos i Jef­fe­ry De­aver.

Po­nie­waż od­daję się nie­mal ob­se­syj­nym po­szu­ki­wa­niom i lek­tu­rze każdego opo­wia­da­nia kry­mi­nal­ne­go, ja­kie opu­bli­ko­wa­no, prześla­du­je mnie pa­ra­no­icz­ny lęk, że mogę prze­oczyć jakąś war­tościową rzecz, jeśli więc je­steś au­to­rem, re­dak­to­rem lub wy­dawcą albo na­tra­fiłeś na coś god­ne­go uwa­gi, przyślij mi książkę, ma­ga­zyn, a na­wet po­je­dyn­cze kart­ki z tek­stem na ad­res: The My­ste­rio­us Bo­ok­shop, 58 War­ren Stre­et, New York, NY 10007. Jeśli dany utwór uka­zał się naj­pierw w wer­sji elek­tro­nicz­nej, należy przesłać wy­druk. Ko­niecz­nie dołącz in­for­ma­cje po­zwa­lające skon­tak­to­wać się z au­to­rem. Ma­te­riały dotąd nie­pu­bli­ko­wa­ne nie będą ze zro­zu­miałych względów bra­ne pod uwagę. I żadne nie będą zwra­ca­ne. Jeśli nie masz za­ufa­nia do pocz­ty, dołącz do ko­re­spon­den­cji zaad­resowaną i opa­trzoną stem­plem kartę.

Opo­wia­da­nie musi być na­pi­sa­ne przez ame­ry­kańskie­go albo kanadyjskie­go au­to­ra i opu­bli­ko­wa­ne w Sta­nach Zjed­no­czo­nych lub Ka­na­dzie w roku ka­len­da­rzo­wym 2010. Im wcześniej je otrzy­mam, tym chętniej je roz­patrzę. Z po­wodów zna­nych je­dy­nie tu­ma­nom (bez ob­ra­zy), którzy cze­kają do Bożego Na­ro­dze­nia z przesłaniem opo­wia­da­nia opu­bli­ko­wa­nego mi­nio­nej wio­sny, co zda­rza się każdego roku, zgrzy­tając zębami, czy­tam sto­sy opo­wia­dań, pod­czas gdy moja żona i przy­ja­cie­le przy­stra­jają cho­inkę i cieszą się świętami. Jeśli za­mie­rzasz tak zro­bić, to byłoby do­brze, żebyś do­star­czył mi coś na­prawdę do­bre­go, bo przystąpię do lek­tu­ry z wściekłością, nad którą le­d­wie pa­nuję. W związku z napiętym pla­nem wy­daw­ni­czym osta­tecz­ny ter­min nad­syłania prac upływa 31 grud­nia. Jeśli two­je opo­wia­danie tra­fi do mnie dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny później, nie będę go czy­tał. Na­prawdę.

O.P.

R.A. Al­len

Szma­rag­do­we Wy­brzeże Z "The Li­te­ra­ry Re­view"

Nie wy­czu­wało się wia­tru. Nie­bie­sko­zie­lo­na po­wierzch­nia za­to­ki była całko­wi­cie płaska, a nad nią zwie­szały się opa­ry - za­ni­kająca po­zo­stałość po­ran­nej mgły. Apa­tycz­ne fale ob­my­wały z plu­skiem linię przypływu. Wa­itron za­pa­lił pa­pie­ro­sa, opie­rając się nie­dba­le o drew­nianą ba­lu­stradę, która ota­czała ta­ras Joe's Crab Trap. Chwi­la po­ran­ne­go za­sto­ju: bar­ma­ni przy­go­to­wy­wa­li sałatki owo­co­we z myślą o wcze­snym wie­czo­rze, po­moc­ni­cy kel­ne­ra za­mia­ta­li z de­sek za­piasz­czo­ne fryt­ki, per­so­nel re­stau­ra­cji od­da­wał się kie­ra­to­wi ubocz­nych zajęć, za które nikt mu nie płacił, ale których wy­ma­gało oszczędne sze­fo­stwo; nikt nie miał za­mia­ru za­trud­niać lu­dzi do pu­co­wa­nia lu­ster, od­ku­rza­nia sto­lar­ki, po­le­ro­wa­nia sta­li i cze­go tam jesz­cze.

Z po­wo­du mgiełki blask słońca był roz­pro­szo­ny i wszędo­byl­ski. Wa­itron czuł, jak drażni mu siatkówki oczu na­wet w cie­niu za­da­sze­nia. Mgiełka tłumiła też odgłosy plaży: pisk dzie­ci, głuche ude­rze­nia piłki siat­ko­wej, strzępy mu­zy­ki, prze­raźliwe krzy­ki mew. Prze­su­wał wzro­kiem wzdłuż wy­brzeża, ze wscho­du na zachód, tak da­le­ko, jak po­zwa­lał mu na to wzrok. Ile ko­biet mógł do­strzec między zni­kającymi bie­gu­na­mi w polu jego wi­dze­nia? Trzy­sta? Po­nad pięćset? Z pew­nością mniej, niż było ich w sierp­niu.

Na­ra­stała w nim po­trze­ba, bu­zująca ni­czym para - po­trze­ba sek­su-plus. Seks-plus sta­no­wił spełnie­nie, o którym, jak do­sko­na­le wie­dział, nig­dy nie marzą prze­ciętni mężczyźni; on jed­nak czer­pał z nie­go nie­by­wałą sa­tys­fakcję. Miała jed­nak swoją cenę, a była nią sama po­trze­ba - chęć - która przy­po­mi­nała jed­no­cześnie głód, łaknie­nie wody i pragnie­nie nar­ko­ty­ku. Nad­szedł czas, by za­zna­czyć to te­ry­to­rium i ru­szyć da­lej. Tego wie­czo­ru kończył się jego tur­nus, on sam zaś miał się spa­ko­wać i ru­szyć za kil­ka dni do Ko­lo­ra­do, po­now­nie zni­kając w ru­cho­mym świe­cie se­zo­no­wych kel­nerów. Pora była od­po­wied­nia, jak ko­rzyst­na dla nie­go ko­niunk­cja pla­net. Mu­siał zna­leźć tę od­po­wied­nią ko­bietę. Mu­siał spróbować jesz­cze tej nocy.

- Ro­bert? - Nie kto inny, tyl­ko Hol­comb, szef dzien­nej zmia­ny; je­dy­ny, który zwra­cał się do nie­go po imie­niu, tym praw­dzi­wym. Stał w drzwiach, z rękami na bio­drach. - Mógłbyś w miarę szyb­ko od­ku­rzyć wen­ty­la­to­ry?

Był to je­den z ubocz­nych obo­wiązków Wa­itro­na, co za­wdzięczał swo­je­mu wy­so­kie­mu wzro­sto­wi. Przez se­kundę czy dwie pa­trzył na Hol­com­ba zim­nym wzro­kiem.

- Jak skończę palić - od­parł, strząsając popiół na de­ski ta­ra­su.

Hol­comb wszedł z po­wro­tem do re­stau­ra­cji. Nie mógł nic więcej po­wie­dzieć i obaj do­sko­na­le o tym wie­dzie­li - se­zon do­biegł końca. Wa­itron po­now­nie sku­pił uwagę na plaży. Ile dziewcząt w wie­ku od dwu­na­stu do dwu­dzie­stu czte­rech lat? Ile z od­po­wied­ni­mi włosa­mi? Z od­po­wied­nim ciałem?

W jego zamyśle­nie wdarł się stu­kot - jakiś człowiek wy­mie­niał gon­ty na da­chu główne­go bu­dyn­ku re­stau­ra­cji. Wa­itron ob­ser­wo­wał go obojętnie. De­karz za­li­czał się do typu bu­dow­lańców, od których jesz­cze kil­ka se­zonów wcześniej roiło się w De­stin. Nie­chluj­ne włosy i bro­da, półnagi i opa­lo­ny na nie­praw­do­po­dob­ny brąz, je­den z nie­zli­czo­ne­go motłochu przy­ciąga­ne­go z rol­ni­czych re­jonów południo­we­go wscho­du przez boom bu­dow­lany na szma­rag­do­wym wy­brzeżu ka­li­for­nij­skiej en­kla­wy. Śred­niej po­stu­ry, małpiej bu­do­wy ciała, same ścięgna i żyły. Pas z narzędzia­mi na dżin­sach z obciętymi no­gaw­ka­mi i para brud­nych te­nisówek. W oczach Wa­itrona był do­sko­nałym oka­zem swo­jej kla­sy: bie­dak z Geo­r­gii albo północ­nej Flo­ry­dy, wy­wodzący się z tak zwa­nej białej hołoty, której życie ob­ra­cało się wokół nie­wy­ma­gającej pełnych kwa­li­fi­ka­cji pra­cy, ta­nie­go piwa i awan­tur na osie­dlu przy­czep miesz­kal­nych. Na górze musi być ze czter­dzieści pięć stop­ni, myśli Wa­itron. Jak on to wy­trzy­mu­je?

Jak­by wy­czu­wając czyjś wzrok, de­karz prze­rwał pracę i przy­kucnął na łagod­nie na­chy­lo­nej po­wierzch­ni da­chu, wsparłszy nad­garst­ki na ko­la­nach. W dłoni kołysał mu się młotek. Po­pa­trzył na Wa­itro­na. Miał na le­wym mięśniu trójgłowym pry­mi­tyw­ny ta­tuaż: oko. Wa­itron po­czuł, jak gdzieś z za­ka­marków pamięci napływa ostrzeżenie. De­karz wciąż wle­piał w nie­go spoj­rze­nie bla­dych oczu osa­dzo­nych w jastrzębiej twa­rzy. Wa­itron odwrócił wzrok.

- - -

Oakley cho­dził tam i z po­wro­tem po bal­ko­nie, ule­gając po­nu­re­mu na­stro­jo­wi, który go ogarnął.

- Na­zy­wają nas hołotą z przy­czep miesz­kal­nych - oznaj­mił. - A po­nie­waż świat przy­piął nam taką łatkę, je­steśmy ska­za­ni na zwierzęcą eg­zy­stencję.

- Tak so­bie myślę, że wy­ni­ka to z na­sze­go uro­dze­nia - od­parł łagod­nie Spar­row. - Oso­biście nie czuję się jak hołota.

Od piątej rano wbi­jał gwoździe w kosz­mar­nym upa­le. Te­raz, kie­dy już wziął prysz­nic i prze­brał się w czy­ste rze­czy, chciał się tyl­ko zre­lak­so­wać przy pi­wie, pod­czas gdy słońce za­cho­dziło nad piękną za­toką w dole.

- Czy­tałeś Hob­be­sa, kie­dy sie­działeś w Fo­un­ta­in?

- Tak, czy­tałem Le­wia­ta­na. I eg­zem­plarz Woj­ny pe­lo­po­ne­skiej, który mi przysłałeś. Czy­tałem mnóstwo. Nic się nie zmie­nia: od­wa­lasz ro­botę po czter­dzieści centów za go­dzinę, ćwi­czysz na siłowni, idziesz żreć, kie­dy ci każą, i śpisz, kie­dy gaszą światło. Po­zo­sta­je cho­ler­nie dużo cza­su na naukę.

- Nie od­sta­wiasz ko­mu­ni­stycz­nej pro­pa­gan­dy, co? - zażar­to­wał Spar­row.

- Nie. Mówię tyl­ko, że...

Oakley wy­szedł trzy ty­go­dnie wcześniej. Nieszczęsna fa­scy­na­cja skle­pem ju­bi­ler­skim w Do­than kosz­to­wała go dwa lata i dzie­sięć mie­sięcy.

Spar­row i Oakley byli przy­ja­ciółmi od cza­su szkoły pod­sta­wo­wej na bez­i­mien­nym, pa­lo­nym słońcem osie­dlu, gdzieś na pe­ry­fe­riach Mary Es­ther na Flo­ry­dzie - mia­stecz­ka z ciągiem sklepów, za­wdzięczającemu swe ist­nie­nie po­bli­skiej ba­zie lot­ni­czej. Przeżywa­li wspólnie zarówno chwi­le radości, jak i smut­ku i nieśli so­bie na­wza­jem po­moc w więzie­niu i na wol­ności.

Sie­dzie­li te­raz na bal­ko­nie sy­pial­ni Oakleya na pierw­szym piętrze sta­re­go mo­te­lu Spin­drift, re­lik­tu z lat pięćdzie­siątych, te­raz opusz­czo­ne­go - czerw­co­wy hu­ra­gan na­ru­szył pa­lo­wa­nie, co za­grażało sta­bil­ności za­chod­nie­go skrzydła. Na jego miej­scu, za rok o tej sa­mej po­rze, miał stanąć pa­ste­lo­wy wieżowiec, który można było so­bie obej­rzeć na bil­l­bo­ar­dzie. Oakley miesz­kał tu po kry­jo­mu dzięki do­bro­ci fa­ce­ta o ksy­wie Two-Ele­ven, za­trud­nio­ne­mu nie­gdyś w mo­te­lu w cha­rak­te­rze złotej rączki, obec­nie tym­cza­so­we­go stróża, a także ich sta­re­go kum­pla z więzie­nia. Dla fa­ce­ta nie było z tym żad­ne­go pro­ble­mu, bo zakładał, że de­we­lo­per i tak go zwol­ni, kie­dy przyśle bul­dożery - co mogło nastąpić lada dzień.

Dzięki ukry­te­mu pod pia­skiem sześćdzie­sięcio­me­tro­we­mu ka­blo­wi Oakley kradł prąd od nie­obec­nych właści­cie­li sąsied­nie­go apar­ta­men­tu; wy­star­czało na lodówkę, grzej­nik o po­jem­ności pięćdzie­sięciu pięciu litrów i kil­ka żarówek. Nie było kli­ma­ty­za­cji, ale pod ko­niec września upał tak bar­dzo nie do­ku­czał, żeby nie dało się spać - mniej więcej. Źródłem pie­niędzy na pod­sta­wo­we po­trze­by były dzien­ne wy­pra­wy w cha­rak­te­rze po­moc­ni­ka na wy­czar­te­ro­wa­nych łodziach, które wypływały z East Pass, sprze­daż wędkar­skich ha­czyków tu­ry­stom, ob­ra­bia­nie ich połowów, szo­ro­wa­nie pokładów i nad­bur­cia, do­star­cza­nie lodu na łodzie - krótko mówiąc, pośled­nie ro­bo­ty nad­brzeżnego wy­rob­ni­ka. Jed­nak Oakley, który nie lubił, by nim dy­ry­go­wa­no, i którego drażnił wład­czy styl ka­pi­tanów, zy­ski­wał na przy­sta­ni re­pu­tację mal­kon­ten­ta. Dru­gie źródło jego do­cho­du sta­no­wiły "pra­ce do­ryw­cze", jak wyjaśnił Spar­ro­wo­wi.

Pa­trzy­li, jak jakaś para młodych lu­dzi zbliża się do krawędzi wody i rozkłada na kocu. W prze­ko­na­niu Spar­ro­wa dziew­czy­na ożywiała nud­ny kra­jo­braz plaży. Robiła wrażenie - płowowłosa blon­dyn­ka poniżej dwu­dziest­ki. Wbrew prze­pi­som usta­no­wio­nym przez miej­sco­wych strażników porządku społecz­ne­go miała na so­bie wyjątko­wo skąpe bi­ki­ni - ko­ra­lo­we w od­cie­niu, pa­ro­dia stro­ju plażowe­go. Spar­row po­czuł dreszcz.

- Pie­przyłeś od cza­su, jak cię zwol­ni­li?

- Spo­tkałem się ze dwa razy z Am­ber, kie­dy ten zastępca sze­ry­fa, z którym się związała, miał służbę, ale dziew­czy­na za­czy­na się robić opor­na.

Spar­row przy­po­mniał so­bie gorącą i wy­niosłą Am­ber. Par­sknął iro­nicz­nym śmie­chem.

Oakley przyglądał się jesz­cze przez chwilę dziew­czy­nie w skąpym stro­ju, po­tem odwrócił wzrok, jak­by ten wi­dok spra­wiał mu ból.

- Męczy mnie brak for­sy, bra­cie. Po­trze­buję szma­lu. Bez pie­niędzy nie możesz być tym, kim chcesz. Krótko mówiąc: muszę od­szu­kać Davy'ego Red­sto­ne'a.

- Tego pa­se­ra?

- Tak. Wisi mi trzy tysiące dolców za to­war z lom­bar­du, do którego się włamałem, za­nim mnie przy­mknęli. Słyszałem, że fa­cet prze­sia­du­je w ba­rze na północ od Brid­ge trzy­sta trzy­dzieści je­den, w tej kiep­skiej knaj­pie. Wiesz, Oko Sowy. Chcę, żebyś ze mną po­szedł. Żebyś mnie osłaniał.

- To było czte­ry lata temu. Red­sto­ne wy­pnie się na cie­bie.

- Przy­pomnę mu, że dług to dług. Jak za­cznie mi wci­skać kit, to mu dołożę.

Spar­row skinął głową. Nie miał żad­nych wątpli­wości, że vio­len­cia jest praw­do­po­dob­na, może na­wet nie­unik­nio­na. Po­mi­jając staż więzien­ny, Oakley od­zna­czał się siłą i spraw­nością, które służyły jego wy­bu­cho­wej na­tu­rze. Je­den pro­blem: Red­sto­ne nie ru­szał się nig­dzie bez swo­ich lu­dzi. Gdy­by doszło do rozróby, mie­li­by do czy­nie­nia z prze­wagą.

- Będzie ze swo­imi gośćmi - za­uważył Spar­row.

- Nie mam wy­bo­ru.

- Je­stem z tobą, bra­cie.

"Osłaniać" - ozna­czało w ich przy­pad­ku prośbę o wspar­cie, nie­za­prze­czalną i nie­pod­ważalną. A od­po­wiedź Spar­ro­wa była szcze­ra jak czy­ste złoto, szcze­ra w ob­li­czu uwięzie­nia, szcze­ra w ob­li­czu poważnej kon­tu­zji, szcze­ra w ob­li­czu śmier­ci. Obo­wiązek wy­ni­kający z przy­mie­rza, które się wykuło w daw­nych trud­nych cza­sach.

Obo­wiązek. Kie­dyś Spar­row przyjąłby za­po­wiedź bru­tal­nej kon­fron­ta­cji z niekłamaną radością. Ale w mar­cu skończył trzy­dzieści trzy lata. Czy­tał gdzieś, że ten wiek to punkt zwrot­ny w życiu na­wet naj­tward­szych lu­dzi: uświa­da­mia­li so­bie na­gle, że czas płynie. On też so­bie to uświa­da­miał, jak­by nad głową bił mu wiel­ki dzwon. Do­pusz­czał się przeróżnych przestępstw i wy­kro­czeń od dwu­na­ste­go roku życia - większość wiązała się z kra­dzieżami, nie­kie­dy bru­tal­ny­mi i w większości do­ko­ny­wa­ny­mi z po­mocą Oakleya. Jed­nak pod­czas ostat­niej nie­uda­nej ro­bo­ty Oakley sie­dział za krat­ka­mi. Spar­row zmówił się z fałsze­rzem działającym w Atlan­cie - daw­nym kum­plem z więzie­nia - i przez dwa mie­siące roz­pro­wa­dzał lewe dwu­dziest­ki na Ka­ra­ibach. Fe­de­ral­ni cze­ka­li na nie­go przy bram­ce lot­ni­ska między­na­ro­do­we­go w Mia­mi. Na sześciu po­li­cyj­nych na­gra­niach od­gry­wał gwiazdę - własne­go świad­ka oskarżenia.

Władze skon­fi­sko­wały wszyst­ko, co tyl­ko mogły zna­leźć. A to, cze­go nie mogły zna­leźć, za­brał ad­wo­kat. Spar­row do­stał trzy­dzieści mie­sięcy i od­sie­dział wszyst­ko co do dnia w więzie­niu fe­de­ral­nym w Ma­rian­nie, nie mogąc li­czyć na przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie za do­bre spra­wo­wa­nie. Nie cho­dziło o to, że nie mógł wy­trzy­mać. Po pro­stu w pu­dle człowiek miał świa­do­mość, że sys­tem praw­ny zżera mu przyszłość.

Tuż po zwol­nie­niu po­znał Mar­le­ne, w której się za­ko­chał i do której się wpro­wa­dził. Była urzędniczką w biu­rze poręczy­cie­la w Fort Wal­ton. Miała czte­ro­let­nią córeczkę, która uwiel­biała go z nie­wia­do­me­go po­wo­du. Do­szedł więc do wnio­sku: to bez zna­cze­nia, czy do końca życia będzie de­ka­rzem, ko­pa­czem rowów albo po­my­wa­czem - nie za­mie­rzał więcej iść za krat­ki. Czuł się zo­bo­wiązany wo­bec Mar­le­ne. A co do małej Jo­nqu­il, to chciał być dla niej oj­cem, którego nig­dy nie znała. Czy Oakley by to zro­zu­miał? Spar­row miał co do tego wątpli­wości. W tej chwi­li chciał być tyl­ko w domu i oglądać te­le­wizję. Lecz Mar­le­ne wy­je­chała do Way­cross od­wie­dzić matkę, co tłuma­czyło, dla­cze­go on sie­dział te­raz z Oakley­em. Miał głęboką na­dzieję, że nie znajdą Red­sto­ne'a.

- Kie­dy chcesz do nie­go iść? - spy­tał.

- Od razu.

- Skończyła mi się ben­zy­na.

- Weźmie­my mój sa­mochód.

- Kie­dy załatwiłeś so­bie wóz?

- Parę dni temu. Stoi na par­kin­gu pod Hamp­ton. Tu­taj mógłby przy­ciągnąć uwagę. Weź resztę piwa. Idzie­my.

Spar­row ob­rzu­cił plażę ostat­nim tęsknym spoj­rze­niem. Wzma­gał się wiatr.

Hamp­ton Inn znaj­do­wało się w od­ległości dwóch prze­cznic na wschód, przy Sce­nic 98 - sta­no­wiącej nie­gdyś część au­to­stra­dy 98, skąd roz­ciągał się wi­dok na plażę - i dwie prze­cznice na północ. Z Hamp­ton nie można było zo­ba­czyć za­to­ki. Oko­li­ca przy­ciągała nie­zbyt zamożnych lu­dzi - głównie dzie­cia­ki albo ro­dzi­ny ro­bot­ników, którzy oszczędza­li, żeby za­pew­nić po­cie­chom kil­ka dni nad mo­rzem. Siedząc na da­chach, Spar­row ich wi­dział: mamę, tatę i przychówek. Szli gęsie­go - poważni jak żałob­ni­cy - wzdłuż wy­sy­pa­ne­go żwi­rem po­bo­cza z dostępem do plaży, w san­dałach i stro­jach kąpie­lo­wych, obłado­wa­ni ręczni­ka­mi, lodówka­mi prze­nośnymi, ma­te­ra­ca­mi, pa­ra­so­la­mi i in­ny­mi kla­mo­ta­mi.

Oka­zało się, że wóz Oakleya to sta­ry mo­del For­da Tau­ru­sa. Spar­row wsiadł do sa­mo­cho­du i przyj­rzał się uważnie wnętrzu.

- Zwędziłeś wóz z wypożyczal­ni - za­uważył, oglądając ko­lumnę kie­row­ni­cy.

- Tak, ale ta­bli­ce są świeże.

- Jezu.

Oakley uśmiechnął się sze­ro­ko.

- Nie martw się, bra­cie. Będę je­chał zgod­nie z prze­pi­sa­mi.

- - -

- Wi­taj­cie, będę dziś wie­czo­rem was obsługi­wał - oznaj­mił, co sta­no­wiło jego ulu­bio­ny zwrot i przełamy­wało pierw­sze lody, wywołując na ustach gości uśmiech. - Czy mogę na początek za­pro­po­no­wać kok­tajl?

Przy sto­li­ku sie­działy dwie pary po czter­dzie­st­ce i na­sto­let­nia dziew­czyn­ka - córka jed­nej z nich, jak przy­pusz­czał. Dorośli chcie­li kok­taj­le. Kie­dy się za­sta­na­wia­li nad wy­bo­rem, Wa­itron przyglądał się z uwagą dziew­czyn­ce. Miała niewłaściwe włosy - zbyt długie, zbyt ja­sne.

Od­chodząc z zamówie­niem na drin­ki, za­uważył przy ba­rze sa­motną dziew­czynę. Była od­po­wied­nia: drob­nej bu­do­wy ciała, ciem­ne włosy do ra­mion, dwa­dzieścia kil­ka lat. Twarz też wy­da­wała się w porządku - nie­co gor­sza wer­sja Drew Bar­ry­mo­re. Oku­la­ry sta­no­wiły do­dat­ko­wy atut. Zja­wiając się tu­taj z tymi roz­pusz­czo­ny­mi włosa­mi, pro­siła się o seks-plus.

Sto­lik, który obsługi­wał, był już ostat­nim w cza­sie tej zmia­ny. Gdy­by dziew­czy­na przy ba­rze zo­stała do końca, sta­no­wiłoby to ko­lej­ny znak.

Przy­po­mi­nała mu nu­mer czte­ry, który rozkładał się już od ja­kichś dwóch lat w dole znaj­dującym się na za­le­sio­nym te­re­nie około pięćdzie­sięciu metrów od po­bo­cza au­to­stra­dy 7, parę ki­lo­metrów za Nor­walk w Con­nec­ti­cut. Jak w wy­pad­ku po­zo­stałych, za­pa­miętał dokład­nie współrzędne jej miej­sca spo­czyn­ku: kar­ta prze­tar­go­wa, dzięki której mógł uniknąć celi śmier­ci, gdy­by go złapa­li.

Słońce zaszło. Goście przy jego sto­li­ku zre­zy­gno­wa­li z de­se­ru, ale jed­na z ko­biet ku jego iry­ta­cji miała ochotę na kawę. Zerknął na dziew­czynę przy ba­rze. Właśnie zamówiła ko­lejną mar­ga­ritę. Szczęście wciąż mu do­pi­sy­wało.

Wa­itron upo­rał się z kasą, a po­tem przestępował z nogi na nogę przy sta­no­wi­sku kel­nerów, za­wi­jając sztućce w ser­wet­ki i ob­ser­wując dziew­czynę. W końcu dopiła drin­ka, zapłaciła i wyszła, ale nie od stro­ny par­kin­gu przy tra­sie 98, tyl­ko od stro­ny schodów pro­wadzących na plażę. Do­sko­na­le. Wa­itron po­czuł, jak roz­dy­mają mu się noz­drza, a płuca nie­mal roz­ry­wa przy­spie­szo­ny od­dech. Po­li­czył do dzie­sięciu, po czym wy­szedł fron­to­wy­mi drzwia­mi. Po­biegł przez par­king do sa­mo­cho­du, z którego za­brał torbę z po­trzeb­ny­mi rze­cza­mi, a następnie ob­szedł z boku bu­dy­nek re­stau­ra­cji i ru­szył ku plaży. Jej białe szor­ty ułatwiały śle­dze­nie, kie­dy zmie­rzała na wschód, stąpając boso po mo­krym pia­sku, tuż przy li­nii wody.

- - -

Oakley wci­skał gaz do de­chy w dro­dze po­wrot­nej przez za­tokę Choc­ta­what­chee; strzałka szyb­kościo­mie­rza do­cho­dziła do 170. Tau­rus szar­pał jak wier­tar­ka pneu­ma­tycz­na, po­nie­waż w trak­cie po­spiesz­nej uciecz­ki z Oka Sowy za­ha­czy­li o za­par­ko­waną półciężarówkę i te­raz przód wozu utra­cił geo­me­trię.

- Bry­ka się roz­pa­da - za­uważył Spar­row, trzy­mając się podłokiet­ni­ka przy drzwiach.

- Mu­si­my zje­chać z tego mo­stu - po­wie­dział Oakley. - Jeśli we­zwa­li gli­ny, może być kiep­sko.

Spar­row sądził, że jego mo­dli­twy zo­stały wysłucha­ne, kie­dy we­szli do knaj­py i nie za­sta­li pa­se­ra. Po­sie­dzie­li przez chwilę przy ba­rze, chcąc wyciągnąć od małomówne­go bar­ma­na, gdzie jest Red­sto­ne, uda­wa­li poza tym, że zaj­mują się własny­mi spra­wa­mi.

Wieczór prze­szedł w noc. Oko Sowy było spe­luną i od­zna­czało się wy­bu­chową at­mos­ferą, jak wszyst­kie inne spe­luny, ale wszyst­ko prze­bie­gało spo­koj­nie, dopóki jakaś dziew­czy­na z ta­pi­ro­wa­ny­mi włosa­mi i o ner­wo­wych ru­chach nie po­deszła do nich i nie zaczęła się in­te­re­so­wać Oakley­em i jego ta­tuażem w kształcie ko­ni­czy­ny, jak­by był to jakiś sy­gnał przesłany jej przez ko­smitów.

Po­tem wszyst­ko to­czy się szyb­ko: po­ja­wia się dur­ny chłopak dziew­czy­ny.

Oakley wali chłopa­ka na od­lew i wy­bi­ja mu oko ku­flem od piwa.

Znikąd ma­te­ria­li­zują się kum­ple chłopa­ka.

Przedar­li się do drzwi - Spar­row wy­wi­jając stołkiem ba­ro­wym, a Oakley wy­ma­chując składa­nym nożem, który nosił przy pa­sku od dżinsów.

Tau­rus do­tarł do gro­bli na końcu mo­stu. Se­kundę później mu­sie­li wy­ko­nać gwałtow­ny skręt, żeby ominąć SUV-a, który wyjeżdżał z mek­ki tu­rystów zwa­nej 3-Thir­ty-A.

Spar­row syknął przez zęby.

- Zwol­nij trochę.

Oakley zmniej­szył odro­binę szyb­kość.

- Dzie­więćdzie­siątkaósem­ka jest tyl­ko półtora ki­lo­me­tra da­lej. Jak tam do­je­dzie­my, będzie okay.

Spar­row nie był tego taki pe­wien. Je­den re­flek­tor, który oca­lał, świe­cił pod nie­praw­do­po­dob­nym kątem, ciągnęli też za sobą smugę dymu jak sa­mo­lot opy­lający pola.

- Mu­si­my po­zbyć się tego wozu, i to jak naj­szyb­ciej - za­uważył.

- Gdzie jest ten cho­ler­ny Red­sto­ne? - za­sta­na­wiał się Oakley.

Do­tar­li do au­to­stra­dy 98 i ru­szy­li na wschód; ruch był nie­wiel­ki. Gdy zna­leźli się na wschód od San­de­stin, minęli ra­diowóz drogówki z Flo­ry­dy, który je­chał prze­ciw­ległym pa­sem. Po­li­cjant szarpnął ostro głową w ich stronę. Spar­row się odwrócił i zo­ba­czył, że gli­niarz włączył światła alar­mo­we na da­chu swo­je­go sa­mo­cho­du.

- Mamy to­wa­rzy­stwo - oznaj­mił.

Oakley skręcił przy następnym na­wro­cie, gdy w ich lu­ster­ku po­ja­wił się ra­diowóz, w od­ległości około pół ki­lo­me­tra. Spar­row, posługując się ręka­wem ko­szu­li, zaczął wy­cie­rać podłokiet­nik i wszyst­ko, cze­go mógł w cza­sie jaz­dy do­tknąć.

- Cho­le­ra - po­wie­dział Oakley i za­trzy­mał się na pa­sie awa­ryj­nym. - Żegnaj, for­dzie.

Ru­szy­li bie­giem po tra­wia­stym na­sy­pie i prze­sko­czy­li przez ni­skie za­sie­ki z dru­tu kol­cza­ste­go. Nie­ba­wem pochłonął ich gęsty so­sno­wy las. Prze­dzie­ra­li się przez gąszcz, pod­czas gdy gałęzie chłostały ich po twa­rzach, a długa tra­wa pętała sto­py. Au­to­stra­da, pul­sująca czer­wo­no-nie­bie­skim światłem i roz­brzmie­wająca echem skrzeczącego ra­dia, nikła gdzieś w dali. Ostre liście palm sa­ba­lo­wych prze­bi­jały ma­te­riał dżinsów. Wy­so­ko w górze, na tle dy­nio­wa­te­go księżyca, ma­lo­wały się roz­ca­pie­rzo­ne syl­wet­ki drzew.

Przewrócili się jed­no­cześnie przez zwa­lo­ny pień.

- Co to za miej­sce? - wy­dy­szał Oakley.

- Top­sa­il Hill Park. Re­zer­wat przy­ro­dy - wyjaśnił Spar­row.

- Jeśli uda się nam prze­drzeć przez tę gęstwinę, to wyj­dzie­my na bez­ludną plażę.

- Skąd wiesz?

- Kładłem tu w kwiet­niu dach na biu­rze i pa­wi­lo­nach. Pod­czas prze­rwy na lunch czy­ty­wałem bro­szu­ry re­kla­mo­we. Wiatr napływa od za­to­ki. Mu­si­my mieć go od przo­du.

Piasz­czy­ste podłoże zro­biło się w pew­nym mo­men­cie grząskie i obaj na­gle zna­leźli się w rogożach sięgających pier­si, po pas w wo­dzie. Wy­co­fa­li się; liście li­lii cze­piały się ich jak natłuszczo­ne ban­daże.

- Co te­raz? - spy­tał Oakley.

- Na­tknęliśmy się na Je­zio­ro Mor­ri­sa. Jeśli pójdzie­my w lewo, to do­trze­my do mo­kra­deł pływo­wych, skąd woda spływa do za­to­ki. Tamtędy dojdzie­my do plaży.

Dwa­dzieścia mi­nut później zna­leźli ujście je­zio­ra; ru­szy­li po omac­ku wzdłuż jego brze­gu, cza­sem drogę oświe­tlały im błyski gromów. Gdzieś nad za­toką czaiła się bu­rza.

- Rany! Cho­le­ra! - zawołał Oakley. - Coś ugryzło mnie w nogę.

- Wi­działeś, co to ta­kie­go?

- Za ciem­no. W tych two­ich bro­szu­rach pi­sa­li coś o wężach?

- Tak, są tu mo­ka­sy­ny błotne i grze­chot­ni­ki, ale też spo­ro nie­ja­do­wi­tych.

Słysze­li te­raz ude­rzające fale. Kil­ka mi­nut później zarośla ustąpiły wy­so­kiej na ja­kieś sie­dem metrów wy­dmie zwieńczo­nej morską trawą. Śro­dek tego piasz­czy­ste­go wypiętrze­nia prze­ci­nał stru­mień za­bar­wio­nej ta­niną wody, która two­rzyła ujście i płynęła przez plażę do za­to­ki. Wspięli się na wydmę. Błysk pio­runów i zmien­ne światło księżyca po­zwa­lało im wi­dzieć plażę w dole. Bez­u­stan­ny, gna­ny sztor­mem wiatr pchał ku wy­brzeżom fale z me­tro­no­miczną mo­no­to­nią; słona mgiełka szczy­pała ich twa­rze. Oakley próbował pod­winąć no­gawkę dżinsów, żeby obej­rzeć ranę, ale miał zbyt spuch­niętą łydkę.

- To na pew­no był wąż - po­wie­dział. - Noga mi sztyw­nie­je.

- Mu­si­my dojść do San­de­stin, to ja­kieś trzy ki­lo­me­try wzdłuż tej plaży. Jest tam szpi­tal. Za­pro­wadzę cię na urazówkę.

Brnąc po miękkim pia­sku wy­dmy, uświa­do­mi­li so­bie szyb­ko, że naj­le­piej będzie iść po tward­szym podłożu plaży. Zsunęli się na dół. Czu­li smak ozo­no­we­go od­de­chu bu­rzy. Napływające chmu­ry za­kryły księżyc.

Po­su­wa­li się wzdłuż podnóża wy­dmy, zmie­rzając z upo­rem na zachód, ku światłom wieżowców na osie­dlach San­de­stin. Wiatr dra­pał ich twa­rze jak szli­fier­ka, a błyska­wi­ce prze­ska­ki­wały między chmu­ra­mi albo ude­rzały w wodę na ho­ry­zon­cie.

- Mówiłeś chy­ba, że plaża jest bez­lud­na - przy­po­mniał Oakley, wska­zując ku krawędzi brze­gu.

Ko­lej­ny błysk pio­ru­na dobył z mro­ku dwie po­sta­ci w ak­cie ko­pu­la­cji - mężczy­zna brał ko­bietę od tyłu. Byli obróceni twa­rza­mi do mo­rza. W bla­sku gro­mu naga skóra wy­da­wała się tru­pio bla­da.

- Cho­le­ra - mruknął Oakley. - Zupełnie jak Burt Lan­ca­ster i De­bo­rah jak jej tam na plaży w Stąd do wiecz­ności.

Zro­biło się ciem­no.

Ko­lej­ny błysk.

- Coś tu nie gra - za­uważył Spar­row.

- Masz rację. Sprawdźmy.

Po­de­szli bliżej, odgłos ich kroków był tłumio­ny przez huk żywiołów. Mężczy­zna zawiązał coś na szyi ko­bie­ty - sznur albo pa­sek - a jej ręce przy każdym pchnięciu maj­tały się bezwład­nie jak u szma­cia­nej lal­ki. Głosem do­sta­tecz­nie donośnym, by było go słychać na tle ude­rzających fal, Oakley po­wie­dział:

- No, no, pie­przo­ny gwałci­ciel. W pier­dlu był sposób na ta­kich po­je­bańców. Wsa­dzało im się ku­ta­sa w żałosną dupę.

Był chu­dy i wy­so­ki ni­czym ko­szy­karz. Od­sko­czył jak opa­rzo­ny od dziew­czy­ny, która runęła twarzą w pia­sek. Spar­row za­uważył, że ma po­sie­ka­ne ple­cy.

Fa­cet pod­ciągnął spodnie i rzu­cił się w stronę ja­kie­goś me­ta­licz­ne­go przed­mio­tu, który ster­czał z pia­sku - noża myśliw­skie­go, jak się oka­zało.

- Ma kosę! - krzyknął ostrze­gaw­czo Spar­row, kie­dy mężczy­zna za­to­czył w po­wie­trzu łuk trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wym ostrzem, za­mie­rzając się w twarz Oakleya.

Zaczęli go za­cho­dzić z obu stron, jak ofiarę na spa­cer­nia­ku. Spar­row usłyszał trzask - nóż Oakleya. Fa­cet znów przy­puścił po­zo­ro­wa­ny atak na Oakleya, który upadł do tyłu na pia­sek. Spar­row chwy­cił mężczyznę za łokieć, po­wstrzy­mując go przed za­da­niem cio­su. Tam­ten obrócił się błyska­wicz­nie w jego stronę, ale Spar­row cisnął mu w twarz garść pia­chu.

Mężczy­zna wydał z głębi krta­ni zdu­szo­ny dźwięk i za­to­czył się do tyłu, trąc so­bie oczy. Oakley zdążył się już pod­nieść.

- Masz, po­je­bańcu - rzu­cił, wbi­jając ostrze swo­je­go noża w brzuch fa­ce­ta, a po­tem uchy­lając się przed od­ru­cho­wym cięciem wiel­kie­go ostrza.

Wy­ko­rzy­stując chwi­lo­we ośle­pie­nie prze­ciw­ni­ka, Oakley ude­rzał go raz za ra­zem, ciął i dźgał; szyb­ki cios w przed­ra­mię, po­tem jesz­cze je­den, który miał dosięgnąć kro­cza, ale tra­fił w udo. Spar­row próbował za­ata­ko­wać ko­la­na mężczy­zny, żeby zwa­lić go z nóg, lecz albo chy­biał, albo tra­fiał gdzieś z boku.

Oakley ude­rzał wie­lo­krot­nie, ale rany za­da­ne sześcio­cen­ty­me­tro­wym ostrzem w tułów człowie­ka, którego krwio­bieg wrze od ad­re­na­li­ny, są pra­wie bez­bo­le­sne, nie spo­wo­dują na­tych­mia­sto­wej śmier­ci.

Wi­ro­wa­li w ma­ka­brycz­nym tańcu na krawędzi wody, oto­cze­ni nie­prze­nik­nioną ciem­nością prze­ry­waną chwi­la­mi ośle­piającym bla­skiem błyska­wi­cy. W końcu Oakley zdołał wbić prze­ciw­ni­ko­wi ostrze noża w dolną część klat­ki pier­sio­wej do sa­me­go końca; fa­cet sapnął z bólu. Spar­row zwa­lił go wresz­cie z nóg, ale tam­ten, pa­dając, ciął na ślepo swo­im wiel­kim nożem i prze­je­chał Oakley­owi po brzu­chu, gdy ten na­parł do przo­du. Kie­dy mężczy­zna spróbował się pod­nieść, Spar­row kopnął go w skroń, a po­tem poniżej ucha. Fa­cet nie trzy­mał już noża tak moc­no jak wcześniej. Spar­row wy­rwał mu go z dłoni i za­ci­skając przed­ra­mię na gar­dle prze­ciw­ni­ka, wpa­ko­wał ostrze w jego splot słonecz­ny. Po­czuł na twa­rzy gej­zer krwi. Tam­ten po­dry­gi­wał przez pięć se­kund jak pod­czas or­ga­zmu, w końcu uległ wstrząsowi. Dwa­dzieścia se­kund później był mar­twy.

Oakley leżał na ple­cach, przód ko­szu­li miał prze­siąknięty krwią. Spar­row po­chy­lił się nad nim.

- Hej, bra­cie! Wszyst­ko okay?

Oakley miał wywrócone oczy.

- Między rzeką a urwi­skiem... pełzały węże - wy­mam­ro­tał.

Spar­row potrząsnął przy­ja­cie­lem.

- Co? Co to zna­czy?

Próbował robić mu sztucz­ne od­dy­cha­nie, ale Oakley da­lej bełkotał bez sen­su. Spar­row pod­szedł do na­giej dziew­czy­ny i przewrócił ją na ple­cy. Była bar­dziej bezwładna niż fi­le­to­wa­ny kapłon. Spry­skał ją morską wodą; dziew­czy­na wydała słaby dźwięk. Żyła - przy­najm­niej w tej chwi­li.

W głębi plaży, da­le­ko, zo­ba­czył zbliżające się światła sa­mo­cho­du. Oczyścił garścią pia­sku rękojeść noża myśliw­skie­go, który ster­czał z pier­si mężczy­zny, a po­tem, by za­trzeć ślady, ru­szył bie­giem wzdłuż li­nii wody, z po­wro­tem w stronę na­tu­ral­ne­go zagłębie­nia uczy­nio­ne­go przez ujście je­zio­ra; brnął przez jego ciem­ne wody, aż do­tarł z po­wro­tem do bez­piecz­ne­go schro­nie­nia pośród so­sen.

Nie­ba­wem ciem­ność nad linią brze­gu roz­ja­rzyła się stru­mie­nia­mi i błyska­mi świa­teł - czer­wo­nych, żółtych, nie­bie­skich i nie­bie­sko­białych. Spar­row do­strzegł he­li­kop­ter, a po chwi­li mysz­kujący blask szpe­ra­cza, gniew­ny pa­lec ziem­skie­go boga. Wczołgał się pod ostro­krzew. Zaczęło padać.

- - -

Spędził piątkową noc w re­zer­wa­cie. Deszcz lał ośle­piającymi stru­ga­mi albo mżył. Kie­dy mżył, Spar­row prze­dzie­rał się przez zarośla; w końcu, prze­rażony myślą, że wle­zie w ciem­ności na ali­ga­to­ra albo węża, przy­cupnął w gęstwi­nie dzwonków.

So­bo­ta roz­kwitła upałem, a słońce z od­ległości stu pięćdzie­sięciu mi­lionów ki­lo­metrów tłukło go bez­li­tośnie jak dzie­cia­ka. Zasnął z wy­czer­pa­nia w słabym cie­niu karłowa­te­go dębu, ale obu­dził się go­dzinę później w pa­ni­ce, o którą przy­pra­wiały go palące ukąsze­nia na całym cie­le. Mrówki! Ob­lazły go od stóp do głów i gryzły w twarz, czuł je na­wet w kro­ku; ich żuchwy przy­wie­rały do za­schniętej krwi jego nie­zli­czo­nych ska­le­czeń i za­dra­pań. Rzu­cił się przez zarośla w stronę czar­nych głębi je­zio­ra - pie­przyć ali­ga­to­ry i węże - sko­czył do wody. Do końca dnia prze­sie­dział wśród krzewów, pod osłoną ja­kiejś wy­dmy. Nikt się po nie­go nie zja­wił.

Już do­brze po zmro­ku wy­lazł ze swo­jej kryjówki - wygłod­niały, od­wod­nio­ny, po­kry­ty błotem, po­gry­zio­ny przez ro­bac­two i schłosta­ny przez su­mak - by po­ko­nać piętnaście ki­lo­metrów plażą i dojść do De­stin. Po­sta­no­wił, że jeśli na­tknie się na późnych spa­ce­ro­wiczów albo dzie­cia­ki po­szu­kujące krabów, to za­nu­rzy się po brodę w mo­rzu i za­cze­ka, aż znikną.

Około trze­ciej nad ra­nem, w nie­dzielę, Spar­row do­tarł do swo­je­go wozu.

- - -

W wie­czor­nych wia­do­mościach po­da­li, że Oakley jest w śpiączce i prze­by­wa na od­dzia­le in­ten­syw­nej opie­ki me­dycz­nej, i że pe­wien kel­ner, zi­den­ty­fi­ko­wa­ny jako Ro­bert taki czy inny, nie żyje (krzyżyk na drogę!), i że dziew­czy­na - praw­do­po­dob­nie ofia­ra bru­tal­ne­go ata­ku - jest w ciężkim sta­nie, jed­nak nie­za­grażającym życiu; ocze­ki­wa­no, że doj­dzie do sie­bie, lecz nie będzie pamiętała ni­cze­go, co się wy­da­rzyło. Nie wspo­mnia­no o czwar­tym uczest­ni­ku zajścia, Spar­row jed­nak wie­dział, że po­li­cja nie ujaw­nia zwy­kle wszyst­kich in­for­ma­cji.

Zda­wał so­bie sprawę, że przyjdą po nie­go albo i nie. Że Oakley przeżyje albo umrze. Po­tra­fił za­ak­cep­to­wać fakt, że życie nie za­wsze układa się tak, jak­by tego pragnął.

Około dzie­wiątej usłyszał, jak ktoś za­trza­sku­je drzwi sa­mo­cho­du, a po­tem do­tarł do nie­go odgłos kroków na żela­znych schod­kach, które pro­wa­dziły z be­to­no­we­go pod­jaz­du do drzwi ich przy­cze­py miesz­kal­nej. Mar­le­ne i mała Jo­nqu­il wróciły z Way­cross. Spar­row, po­kry­ty grubą warstwą maści i kre­mu z hy­dro­cor­ti­so­nem, leżał w bok­ser­kach na ka­na­pie. Mar­le­ne wypuściła z dłoni wa­lizkę na jego wi­dok.

- John! - zawołała - Co ci się stało?!

- Nic.

Spy­tała z wa­ha­niem:

- Wszyst­ko w porządku?

- Tak.

Jo­nqu­il po­deszła do mat­ki i przy­warła do jej nogi.

- Czy tata John jest ran­ny, mamo?

- Nie, ko­cha­nie, nic mu nie jest. Od­nieś rze­czy do swo­je­go po­ko­ju. Mama przy­go­tu­je ci ko­lację, jak tyl­ko się roz­pa­ku­je.

- Pchnęła córkę w głąb przy­cze­py. - Chcesz jesz­cze piwa, John?

- Tak.

- Wszyst­ko w porządku? Na pew­no?

- Tak, na pew­no.

- Do­brze - od­parła i ru­szyła w stronę kuch­ni.

Spar­row oglądał te­le­wizję, ale nie przej­mo­wał się zbyt­nio.

Wie­dział, że Mar­le­ne nie będzie o to więcej pytała. Tak to już było między nimi - ludźmi ich po­kro­ju.

Gary Ale­xan­der

Char­lie i pi­ra­ci Z "Al­fred Hitch­cock's My­ste­ry Ma­ga­zi­ne"

Imię jego: Juan Gama. Pod ta­kim mia­nem występuje. Nie jest La­ty­no­sem, ale jego skóra ma śnia­dy od­cień dzięki sy­ryj­skiej krwi ze stro­ny mat­ki. Uj­dzie, w każdym ra­zie jeśli cho­dzi o tego wścib­skie­go grin­go, który zwie się Char­lie i sie­dzi przy sąsied­nim sto­li­ku.

- Hi­sto­ria Cam­pe­che jest nie­zwykła - mówi Char­lie Pe­asho­oter, obok słod­kiej bułecz­ki i soku po­ma­rańczo­we­go leży otwar­ty prze­wod­nik. - Je­dy­ne prócz ko­lum­bij­skiej Car­ta­ge­ny mia­sto w obu Ame­ry­kach oto­czo­ne mu­rem, który miał od­stra­szać pi­ratów. Z pew­nością wie pan o tym, se?or. Prze­pra­szam, jeśli nudzę.

Juan uśmie­cha się bla­do i przy­ta­ku­je głową, sta­rając się uda­wać, że an­giel­ski to dla nie­go obcy język. Siedzą w La Par­ro­qu­ia, ka­wia­ren­ce pod gołym nie­bem przy Cal­le 55. Jaj­ka i kawa na śnia­da­nie to do­mo­wa ru­ty­na, do której przy­wykł. Wie, że ru­ty­na i sche­ma­tycz­ne za­cho­wa­nia mogą być nie­bez­piecz­ne, ale sześć mie­sięcy w Cam­pe­che przytępiły jego czuj­ność.

Leżące na półwy­spie Ju­ka­tan nad Za­toką Mek­sy­kańską Cam­pe­che od­po­wia­da wiel­kością Ta­co­mie i Shre­ve­port. Jest tro­pi­kal­ne i ma­low­ni­cze, poza tym mało kto je od­wie­dza. Juan Gama przy­pusz­cza, że zwy­kle prze­by­wa tu około pięciu­set przy­jezd­nych, w tym różnej maści eu­ro­pej­scy grin­gos. Gdy­by do­szli do wnio­sku, że uciekł na południe od gra­ni­cy, to prze­szu­ki­wa­li­by gorące miej­sca w ro­dza­ju Aca­pul­co czy Can­cun, gdzie można za­sza­leć w większym sty­lu.

Juan Gama skończył właśnie dwa­dzieścia czte­ry lata. Choć jest ubra­ny tyl­ko w pod­ko­szu­lek i szor­ty, uda­je mu się za­cho­wać nie­co nie­chluj­ny wygląd. Jego oku­la­ry w dru­cia­nych opraw­kach są brud­ne, a kręcone czar­ne włosy roz­czo­chra­ne. Jest chu­dy i odro­binę nie­zgrab­ny, utył też około sied­miu ki­lo­gramów, głównie w pa­sie. Od lat nie czuł się tak roz­luźnio­ny.

- Pi­rat - po­wta­rza i uda­je, że to słowo spra­wia mu trud­ności.

- Zga­dza się - po­twier­dza Char­lie, zaglądając do prze­wod­ni­ka. - Proszę posłuchać: an­giel­scy, ho­len­der­scy i fran­cu­scy pi­ra­ci plądro­wa­li re­gu­lar­nie Cam­pe­che od chwi­li jego założenia w szes­na­stym wie­ku. Dzie­wiątego lu­te­go tysiąc sześćset sześćdzie­siątego trze­cie­go roku połączy­li swe siły i za­bi­li wszyst­kich mężczyzn, ko­bie­ty i dzie­ci. Po tej napaści ko­lo­nial­ne władze hisz­pańskie po­sta­no­wiły oto­czyć mia­sto mu­rem. Za­miar ten zre­ali­zo­wa­no w ciągu następne­go półwie­cza i wy­eli­mi­no­wa­no za­grożenie. Od tej pory każdy atak pi­rac­ki był od­pie­ra­ny.

Nie wszyst­kie ko­bie­ty zo­stały za­mor­do­wa­ne, w każdym ra­zie jeśli wie­rzyć Te­re­sie, dziew­czy­nie Ju­ana, która ma bzi­ka na punk­cie tego te­ma­tu. Te­re­sa po pro­stu wie, że pew­na jej an­te­nat­ka przeżyła - piękność, którą znie­wo­lił ka­pi­tan pi­ratów. Prześla­du­je ją wewnętrzny kon­flikt z po­wo­du pi­rac­kiej krwi, która płynie w jej żyłach, i tego, co uczy­nio­no z jej przod­ka­mi.

Juan nadal kiwa głową, uśmie­chając się przy tym.

Char­lie za­ini­cjo­wał roz­mowę i się przed­sta­wił. Jest star­szy od Ju­ana o dzie­sięć lat. Szczupły, mu­sku­lar­ny i opa­lo­ny, w ele­ganc­kich spodniach i pu­lo­we­rze, ma pro­ste i białe zęby. Prze­działek we włosach jest równiut­ki ni­czym pro­mień la­se­ra. Miła po­wierz­chow­ność świadcząca o pry­wat­nej edu­ka­cji, choć nos wy­da­je się zbyt długi, a bruz­dy no­so­we zbyt wyraźne, by człowiek ten mógł ucho­dzić za hol­ly­wo­odz­kie­go przy­stoj­nia­ka. Uśmie­cha się często, a nie­bie­skie oczy uni­kają bez­pośred­nie­go kon­tak­tu. Mówi ba­ry­to­nem o do­sko­nałej dyk­cji i pach­nie wodą kolońską.

Char­lie ema­nu­je nie­wy­mu­szoną sym­pa­tią. Trak­tu­je Ju­ana jak go­spo­darz po­pu­lar­ne­go pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go swo­je­go gościa.

- Tak. Bar­dzo ciężkie cza­sy - mówi Juan, znów sku­piając się na jaj­kach.

- W rze­czy sa­mej. De­fi­ni­cja pi­rac­twa jest obec­nie od­mien­na i bar­dziej złożona. Je­den ze słowników określa ją jako bez­praw­ne wy­ko­rzy­sta­nie czy­je­goś wy­na­laz­ku, dzieła albo kon­cep­cji. Od­no­si się to głównie do kwe­stii na­ru­sza­nia praw au­tor­skich. Te fir­my pro­du­kujące opro­gra­mo­wa­nie dosłownie sza­leją, praw­da? Oczy­wiście, sens pojęcia "pi­rac­two" jest jesz­cze szer­szy. Do­ty­czy na przykład me­to­dycz­nej ma­ni­pu­la­cji przy grach lo­so­wych na te­re­nie trzech stanów. Ma­ni­pu­la­cji war­tej dwa mi­lio­ny do­larów.

Juan Gama wy­pusz­cza z dłoni wi­de­lec i pod­no­si wzrok.

Char­lie Pe­asho­oter uśmie­cha się znie­wa­lająco.

- Sądziłeś, Ju­anie, że przyślą ja­kie­goś osiłka, który połamie ci pal­ce?

Ju­ano­wi Ga­mie dosłownie ode­brało mowę.

- Spo­koj­nie. Tak robiło się kie­dyś, za daw­nych czasów. Proszę, dokończ swój posiłek. Po­tem po­ga­da­my.

- - -

- Je­stem kon­sul­tan­tem - wyjaśnia Char­lie, kie­dy spa­ce­rują ma­le­con, czy­li bul­wa­rem biegnącym wzdłuż Za­to­ki Mek­sy­kańskiej. - Zro­zum to, Ju­anie. Przysłano mnie tu w celu ne­go­cja­cji, roz­wiąza­nia tego pro­ble­mu. Je­stem rozsądnym człowie­kiem, a moi zle­ce­nio­daw­cy to rozsądni lu­dzie. Ot i wszyst­ko.

Idą pod gorącym bez­chmur­nym nie­bem. Woda ma wy­ra­zi­sty od­cień stłumio­nej zie­le­ni, ni­czym oranżada z li­mon­ki.

- Jak mnie zna­lazłeś?

- Będę mówił do cie­bie "Juan", jeśli nie masz nic prze­ciw­ko temu.

- Nie mam.

- Wy­szko­liłeś bry­gadę fa­cetów po­tra­fiących li­czyć kar­ty, i to na skalę dotąd nie­znaną. Szliście jak bu­rza i zgar­nia­liście pie­niądze, za­nim ka­sy­na zdążyły so­bie uświa­do­mić, co się stało. To byli twoi kum­ple z kor­po­ra­cji stu­denc­kiej, sta­rzy przy­ja­cie­le z lat szkol­nych?

- Nie. Chłopa­ki z aka­de­mi­ka, niektórzy wciąż się uczą - mówi Juan.

- Wy­na­gro­dze­nie?

- Pięćdzie­siąt pro­cent mi­nus kosz­ty prze­lo­tu, wyżywie­nia i ho­te­lu.

- Za­ro­bić i zwiać, że się tak wyrażę. Ist­ny blitz­krieg. Szko­liłeś ich i wy­mie­niałeś tak szyb­ko, że zni­ka­li, za­nim kto­kol­wiek zdążył puścić w obieg ich zdjęcia. Twój sys­tem był dru­zgocąco pro­sty i sku­tecz­ny. Kru­pie­rzy od blac­kjac­ka, którzy wi­dzie­li już wszyst­ko, jak im się zda­wało, ani razu się nie połapa­li. Cha­pe­au bas, sza­now­ny pa­nie.

- Hm, dzięki. Ale jak mnie zna­leźliście?

- Wszyst­ko zależy od za­sobów, ja­ki­mi się dys­po­nu­je. Każdy się złożył i główko­wał. Usta­le­nie two­je­go miej­sca po­by­tu było praw­dzi­wym wy­zwa­niem.

- Li­cze­nie kart nie jest przestępstwem, sam wiesz. Jeśli ktoś się orien­tu­je, ja­kie kar­ty zo­stały w po­daj­ni­ku, to szan­se prze­chodzą z ka­sy­na na gra­cza. To wszyst­ko.

- Kwe­stia ety­ki.

Juan Gama wy­bu­cha głośnym śmie­chem.

- Och, przy­znaję, że to hi­po­kry­zja, ale tak już jest - za­pew­nia Char­lie. - Tak czy owak, moi zle­ce­nio­daw­cy chcą od­zy­skać swo­je pie­niądze.

Juan jest bli­ski zwy­mio­to­wa­nia posiłku. Przy­sta­je i bie­rze głęboki wdech.

Char­lie kładzie mu dłoń na ra­mie­niu i uśmie­cha się przy­jaźnie.

- Ju­anie, proszę, spróbuj się odprężyć. Wszyst­ko będzie do­brze. Gang­ste­rzy po­kro­ju Bug­sy'ego, Moe Gre­ena czy Wil­lie­go Szpi­kul­ca już od dzie­siątków lat nie robią w tym in­te­re­sie.

Juan wzdry­ga się w du­chu.

- Cho­dzi ci o ne­go­cja­cje?

- Właśnie. Lu­dzie, którzy pro­wadzą w dzi­siej­szych cza­sach ka­sy­na, wy­wodzą się z dużych kor­po­ra­cji. Są pokłosiem kon­glo­me­ratów roz­ryw­ki i hie­rar­chii ple­mien­nej. Ro­zu­mieją, że przetrącone ko­la­na nie wpływają do­dat­nio na bi­lans. Poj­mują zna­cze­nie kom­pro­mi­su i de­cy­zji biz­ne­so­wych.

Juan kiwa po­nu­ro głową.

- Po­dział pół na pół za­pew­nił ci około mi­lio­na dolców. Wygląda na to, że żyjesz kon­ser­wa­tyw­nie. Z dru­giej stro­ny nie ocze­ku­je­my, że odłożyłeś wszyst­ko co do gro­sza.

- Zga­dza się.

- Od­li­cza­my to, co zapłaciłeś tym swo­im chłopa­kom. Je­stem upo­ważnio­ny po­zo­sta­wić ci dzie­sięć pro­cent. Na czy­sto. Od­dasz nam dzie­więćdzie­siąt pro­cent z mi­lio­na, a resztę so­bie za­trzy­masz. Tu­taj to ozna­cza, że je­steś usta­wio­ny na całe życie. Trak­tują to oszu­stwo jako cze­sne za naukę, której im udzie­liłeś. Co ty na to, koleś?

- Hm. Tak. Okay.

- Kie­dy?

Juan wpa­tru­je się w wodę oce­anu.

- No cóż, nie trzy­mam tej for­sy w wa­liz­ce pod łóżkiem.

Char­lie par­ska śmie­chem.

- Aha. Za­gra­nicz­ne ban­ki?

- Wiel­ki Kaj­man - im­pro­wi­zu­je Juan.

- Spe­cja­li­zo­wałeś się w sta­ty­sty­ce, za­nim po­rzu­ciłeś uczel­nię bez dy­plo­mu, Ju­anie. Ge­nial­ny, choć nie­za­an­gażowa­ny stu­dent. Cieszę się, że to właśnie ja przy­wra­cam spokój i po­czu­cie sta­bil­ności two­je­mu życiu.

- Do­ce­niam to, Char­lie.

- Jak myślisz? Kie­dy?

- Może ju­tro.

- Po­wiedz­my, że ju­tro, i to de­fi­ni­tyw­nie. Dzięki cu­dom elek­tro­ni­ki możemy do­ko­nać trans­ak­cji z prędkością światła. Po­trze­ba je­dy­nie do­brej woli. Pod­czas śnia­da­nia w La Par­ro­qu­ia. Ja sta­wiam. - Char­lie wręcza mu kar­teczkę. - Nu­mer kon­ta.

Mówisz, że spra­wa jest załatwio­na. Ja dzwo­nię i uzy­skuję po­twier­dze­nie. A po­tem żyjesz długo i szczęśli­wie.

- Okay.

Char­lie wska­zu­je wodę.

- Dzi­siaj jest dzie­wiąty lu­te­go. Cóż za zbieg oko­licz­ności.

- Hm?

- Rocz­ni­ca ma­sa­kry, to­tal­nej gra­bieży. - Char­lie za­ta­cza ręką łuk w stronę lądu, ku bra­mie, czy­li ka­mien­ne­mu mo­no­li­to­wi wznie­sio­ne­mu przez człowie­ka. Mur po tej stro­nie daw­no już zniknął. Stoją na zie­mi, którą na­nie­sio­no w la­tach pięćdzie­siątych. - Znaj­du­je­my się na po­zio­mie mo­rza. Przed wznie­sie­niem for­ty­fi­ka­cji pi­ra­ci przy­bi­ja­li po pro­stu do brze­gu i wkra­cza­li na ląd. Tra­ge­dia, tra­ge­dia, tra­ge­dia.

Juan myśli o pi­ra­tach Te­re­sy. Opo­wieść Char­lie­go musi za­wie­rać jakiś morał, ale nie pyta, co to ta­kie­go.

- Juan Gama to hisz­pański od­po­wied­nik Joh­na Doe, in­ny­mi słowy prze­ciętne­go zja­da­cza chle­ba - ciągnie Char­lie. - Na­iw­nie pro­ste, ale ma w so­bie coś sym­pa­tycz­ne­go i fi­glar­ne­go.

Juan nie znaj­du­je słów, pa­trzy tyl­ko na swo­je sto­py.

- Nie­ste­ty, żyje­my w do­rosłym świe­cie, Ju­anie - do­da­je Char­lie.

- - -

Char­lie sie­dzi na brze­gu łóżka. Jest wcze­sny wieczór, a on ob­ser­wu­je ciem­niejący ho­ry­zont i mo­rze, co­raz żywot­niej­sze. Char­lie znaj­du­je się na po­zio­mie czwar­te­go piętra, być może bez­pośred­nio nad miej­scem, w którym pi­ra­ci od­wa­la­li swoją ro­botę. Ten ho­tel cie­szył się po­pu­lar­nością pod­czas spe­ku­la­cyj­ne­go bo­omu naf­to­we­go na przełomie lat sie­dem­dzie­siątych i osiem­dzie­siątych. Te­raz jest nad­gry­zio­ny zębem cza­su, nie­zu­pełnie czy­sty i pra­wie pu­sty.

Char­lie nie ma nic prze­ciw­ko temu. Nie prze­pa­da za ludźmi i lubi się cie­szyć swoją pry­wat­nością.

Składa au­to­ma­tycz­ne­go col­ta.25, rozkłada i po­wta­rza wszyst­ko od nowa do chwi­li, aż każda ru­cho­ma część bro­ni po­kry­ta jest cie­niutką warstwą sma­ru. Ście­ra jej nad­miar i po­dzi­wia ten me­cha­nicz­ny wytwór ludz­kiej wy­obraźni, który pa­su­je do­sko­na­le do jego dłoni.

Prze­szmu­glo­wa­nie bro­ni nie sta­no­wiło naj­mniej­sze­go kłopo­tu. No pro­ble­ma. Klien­ci Char­lie­go prze­wieźli go do Mon­ter­rey na pokładzie pry­wat­ne­go od­rzu­tow­ca. Tu­taj przy­był czar­te­rem.

Pod­cho­dzi do okna i pod­no­si nabój ku gasnącemu światłu. W do­mo­wym warsz­ta­cie Char­lie wydrąża fa­bryczną amu­nicję, aż ołowia­ne ścian­ki stają się nie­mal prze­zro­czy­ste.

Nikt nie po­tra­fi działać z tak bli­ska jak ja, myśli z dumą. Nikt. I Char­lie ma rację. Sym­pa­tia, jaką bu­dzi, po­zwa­la mu załatwiać sprawę z bli­ska. Wszy­scy lubią Char­liego. Na­wet naj­bar­dziej po­dejrz­li­wa ofia­ra nie ma zwy­kle pojęcia, co ją cze­ka.

Zim­na stal przy uchu. Na­tych­mia­sto­wa świa­do­mość zdra­dy. Je­den strzał o ni­skiej prędkości po­ci­sku, nie­wie­le głośniej­szy od klap­sa, kanał słucho­wy jako na­tu­ral­ny tłumik. Bul­got do­by­wający się z ust, gałki oczne ucie­kające w górę ni­czym ro­le­ty, po­tem nicość. Nie ma bałaga­nu, nie ma sprząta­nia.

Spe­cja­liści me­dy­cy­ny sądo­wej, którzy usu­wa­li po­ci­ski z pap­ko­wa­tych mózgów jego ofiar, twierdzą, że kule przy­po­mi­nają pająki. Jest to je­dy­ny pew­niak w le­gen­dzie Char­lie­go Pe­asho­ote­ra, który posługu­je się damską bro­nią i nig­dy nie chy­bia.

Char­lie wsu­wa col­ta do ka­bu­ry, za­hip­no­ty­zo­wa­ny spek­ta­ku­lar­nym po­ka­zem światła, wyjącego wia­tru i za­ci­nającego nie­mal po­zio­mo desz­czu. Drze­wa pal­mo­we wy­gi­nają się jak łuki, a na po­wierzch­ni ho­te­lo­we­go ba­se­nu widać białe grzy­wa­cze. Nig­dy wcześniej nie był w tro­pi­kach i te­raz jest zdu­mio­ny. Wy­da­je się, że po­go­da zmie­nia się tak szyb­ko, jak po­dają to w te­le­wi­zji, gdzie ga­dające i sta­ran­nie ufry­zo­wa­ne głowy ko­men­tują zdjęcia sa­te­li­tar­ne.

Nie­po­koi go to za­da­nie do­tyczące Ju­ana Gamy. Jego zle­ce­nio­daw­cy wysłali go na­tych­miast, gdy tyl­ko zlo­ka­li­zo­wa­li Ju­ana i zo­rien­to­wa­li się w jego śnia­da­nio­wych na­wy­kach. Char­lie nie ma zie­lo­ne­go pojęcia, jaki jest ad­res Ju­ana, choć zdołano usta­lić, że miesz­ka nie­da­le­ko z ko­bietą o imie­niu Te­re­sa i jej bra­tem Pe­re­zem.

Juan to ka­pryśny młody człowiek, któremu bra­ku­je wdzięku. Spra­wia jed­nak wrażenie rozsądne­go. Po­wi­nien po­ja­wić się ju­tro. Kie­dy już poda ma­gicz­ny nu­mer kon­ta, a trans­ak­cja zo­sta­nie prze­pro­wa­dzo­na, on, Char­lie, zwa­bi go w ja­kieś od­lud­ne miej­sce i załatwi sprawę do końca. Bądź co bądź, nie cho­dzi wyłącznie o pie­niądze. Cho­dzi też o za­sa­dy. Żela­zne za­sa­dy.

Char­lie gasi światło. Kłaść się z ku­ra­mi. To jego de­wi­za. Wpa­tru­je się w upstrzo­ny przez mu­chy su­fit i znów nie może się na­dzi­wić, że jego zle­ce­nio­daw­cy często przedkładają zemstę nad fi­nan­sową re­kom­pen­satę. Nie może tego zro­zu­mieć, tak jak nie może zro­zu­mieć se­ryj­nych zabójców. Nig­dy ich nie poj­mo­wał. Dla­cze­go nie za­bi­jać dla za­ba­wy i jed­no­cześnie zy­sku?

Zie­wa i do­cho­dzi do wnio­sku, że są lu­dzie i lu­dzi­ska.

- - -

Juan Gama wpa­tru­je się w su­fit, który nie jest upstrzo­ny przez mu­chy. Te­re­sa to nie­zwy­kle su­mien­na go­spo­dy­ni.

- Masz ja­kieś kłopo­ty?

- Dla­cze­go py­tasz?

- Cho­dzi o to, jak się za­cho­wy­wałeś, kie­dy wróciłeś po śnia­da­niu. - Te­re­sa się waha. - I o to, jak za­cho­wu­jesz się te­raz, jak mnie tuliłeś, kie­dy już prze­sta­liśmy się ko­chać. Nig­dy wcześniej mnie tak nie tuliłeś.

Te­re­sa jest star­sza od Ju­ana. To ser­decz­na, namiętna ko­bie­ta z lśniącymi czar­ny­mi włosa­mi i uf­ny­mi ocza­mi. Ma ob­fi­te bio­dra i sięga mu wzro­stem do ra­mion. Pra­cu­je jako agent­ka biu­ra podróży w ho­te­lach. Juan po­znał ją pod­czas jed­no­dnio­wej wy­ciecz­ki do majańskich ruin w Edz­na. Juan wyróżniał się w gru­pie fran­cu­skich tu­rystów.

Po­tem za­brał ją na ko­lację. Je­dli smażone­go gra­ni­ka i pili wino. Po­tem zno­wu pili i trzy­ma­li się za ręce. Te­re­sa po­wie­działa mu, że spra­wia wrażenie zagubione­go. Już nie, od­parł.

Te­re­sa wzięła Ju­ana do swo­je­go domu w sta­rym mieście oto­czo­nym mu­rem. Od tej pory tam miesz­ka, po­społu z jej bezużytecz­nym bra­tem Pe­re­zem, który jest w jego wie­ku. Te­re­sa jest dla Ju­ana ko­chanką, matką i naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Wszyst­kim tym i czymś więcej.

Oto­czo­ne mu­rem mia­sto znaj­du­je się w sa­mym środ­ku urba­ni­stycz­nej od­no­wy. Po obu stro­nach wąskich uli­czek wykłada­nych gład­ki­mi białymi ka­mie­nia­mi biegną rzędy par­te­ro­wych i jed­no­piętro­wych domów o ozdob­nych drzwiach, ku­tych w żela­zie bal­ko­nach i pa­ste­lo­wych tyn­kach. Te, które nie zo­stały jesz­cze do­pro­wa­dzo­ne do ładu, są w trak­cie re­mon­tu; z chwiej­nych bam­bu­so­wych rusz­to­wań zwie­szają się wia­dra z farbą. Mia­sto po­kry­wa się każdym ko­lo­rem, z wyjątkiem lu­kre­cji.

Dom Te­re­sy jest man­da­ryn­ko­wy. Jej fron­to­wy pokój to mi­ni­mu­zeum. Jako oso­ba wy­wodząca się z pra­sta­rej miej­sco­wej ro­dzi­ny - niektórzy z jej przodków wal­czy­li z pi­ra­ta­mi, jak twier­dzi - ma ich pra­daw­ne por­tre­ty, a także wi­ze­run­ki złych osob­ników po­kro­ju Pete'a Ku­ter­no­gi i Czar­no­bro­de­go. Prze­cho­wu­je starą broń - w rzeźbio­nym kre­den­sie i na ścia­nie - pi­sto­let skałkowy, kulę ar­mat­nią, garłacz i kuszę.

Po­wiew sztor­mu wpra­wia w drżenie drew­nia­ne żalu­zje, które stu­kają jak pałecz­ki per­ku­syj­ne. Juan wsta­je z łóżka i opusz­cza żalu­zje.

- Czułam, że przed czymś ucie­kasz, ale nie chcesz mi się zwie­rzyć.

Leży na boku, obrócona do nie­go ple­ca­mi.

- Nie chcę cię ni­czym obar­czać - za­pew­nia, nie do końca kłamiąc.

- Możesz, Ju­anie.

- Wszyst­ko będzie do­brze.

- Two­je imię i na­zwi­sko. Juan Gama. Wiem, że nie są praw­dzi­we.

- Chciałabyś po­znać moje praw­dzi­we...

- Nie. Chcę cię znać ta­kim, jaki je­steś.

Juan Gama - John Doe, myśli. Mu­siał stra­cić ro­zum. Całko­wi­ty idio­tyzm. No, ale za­wsze trak­to­wał życie jak grę.

Jest pe­wien, że ona śpi, kie­dy słyszy jej py­ta­nie:

- Wi­działeś dziś Pe­re­za?

- Nie - kłamie.

- Nie słyszałam, żeby wrócił. Ten okrop­ny sztorm, El Nor­te. Mam na­dzieję, że go nie do­padł.

Zim­ne wia­try północ­ne, które cza­sem się po­ja­wiają, miej­sco­wi na­zy­wają El Nor­te.

- Nic mu nie będzie. To duży chłopak.

- Nie jest dużym chłopa­kiem, Ju­anie. To dziec­ko.

Juan uda­je, że za­sy­pia.

- Cza­sem przy­po­mi­nasz mi Pe­re­za, Ju­anie.

Juan nie za­sy­pia. Nie po­tra­fi zmrużyć oka. Wie, że choć Char­lie wy­da­je się porządnym gościem, to jed­nak jego do­broć ma swo­je gra­ni­ce.

Gdy­bym tyl­ko miał pie­niądze, które mógłbym mu dać, ubo­le­wa w du­chu.

- - -

Char­lie Pe­asho­oter po­pi­ja kawę w La Par­ro­qu­ia; już daw­no minęła pora, kie­dy Juan Gama je śnia­da­nie. Char­lie jest roz­cza­ro­wa­ny, ale nie za­sko­czo­ny. Trud­no mu so­bie wy­obra­zić, by chci­wość przyćmie­wała komuś in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy, ale taka jest ludz­ka na­tu­ra.

Sztorm trochę zelżał. Nie przy­pra­wia już oczu o łzy i nie wzbi­ja małych tsu­na­mi w kałużach brud­nej wody. Nie jest to ide­al­na po­go­da na lot. Jed­nakże nie ma tego złego. Char­lie słyszy, jak taksówkarz przy sąsied­nim sto­li­ku skarży się kel­ne­ro­wi, że żaden sa­mo­lot nie może wylądować na lot­ni­sku z po­wo­du bocz­nych wiatrów i wody na pa­sie star­to­wym.

Lot­ni­sko, myśli Char­lie. Zda­je się na wy­czu­cie i pyta kel­ne­ra, gdzie jest Juan, i do­wia­du­je się od mężczy­zny, że Juan po­wie­dział, iż wy­la­tu­je dziś rano z mia­sta na krótką wy­cieczkę.

- - -

Pe­rez pa­trzy przez po­krytą stru­ga­mi wody szybę. Sa­mo­lot na pa­sie na­bie­ra szyb­kości, jego koła wzbi­jają pióro­pu­sze wody. Uno­si się bez tru­du nad zie­mią. Ma­szy­na Pe­reza mogłaby wznieść się z taką samą łatwością, żeby za­brać go pod­czas lotu po­wrot­ne­go do mia­sta Mek­syk, ale nie ma jej tu­taj. Można w ta­kich wa­run­kach wy­star­to­wać, ale nie wylądować, zo­stała więc zawrócona.

Pe­rez nie ro­zu­mie la­ta­nia - jak pod­czas złej po­go­dy sa­mo­lot może wzbić się w górę, ale nie może wylądować. Za­ma­wia w ba­rze jesz­cze jedną whi­sky. Taki już jego pech, że El Nor­te sza­le­je od trzech dni. Chwi­la­mi czu­je się tak, jak­by nad głową wi­siała mu wiel­ka czar­na chmu­ra.

Grin­go, chłopak jego sio­stry, od którego nig­dy nie do­stał na­wet peso, wręczył mu bi­let na sa­mo­lot i pie­niądze na je­dze­nie, bary i pokój ho­te­lo­wy, który za­re­zer­wo­wał w Mek­sy­ku. Grin­go po­wie­dział, że in­te­res, który miał tam załatwić, zo­stał odwołany, po co więc zmar­no­wać taką okazję?

Grin­go nie miał żad­nych in­te­resów, o których Pe­rez by wie­dział, i nie ru­szył się z domu od cza­su, kie­dy wlazł Te­re­sie do łóżka, ale Pe­rez się z nim nie spie­rał.

Pe­rez pije i się uśmie­cha. Po­dej­rze­wa, że za tym wszyst­kim stoi Te­re­sa, która chce, żeby brat usunął się na kil­ka dni, by mogła pobyć sama z grin­go i wyciągnąć od nie­go pro­po­zycję małżeństwa. Choć Juan nie jest kimś szczególnie atrak­cyj­nym jak na An­glo, Te­re­sa zda­je się go lubić bar­dziej niż on ją.

Jeśli cho­dzi o to, czy Juan zo­sta­nie, czy też nie, Pe­rez nie ma usta­lo­nej opi­nii. Fa­cet jest bo­ga­ty jak każdy grin­go, ale do chwi­li tego pre­zen­tu pod po­sta­cią wy­ciecz­ki nie po­ja­wiły się żadne pie­niądze. Dom należy również do Pe­re­za, a Te­re­sa jest pra­co­wi­ta. Przez brak szczęścia i złych szefów Pe­rez nie po­tra­fił się utrzy­mać w żad­nej ro­bo­cie, ale dzięki sio­strze na sto­le za­wsze jest fa­so­la i tor­til­le.

- Będzie tak lać przez czter­dzieści dni i nocy, jak w cza­sie po­to­pu? Jeśli zo­ba­czysz łódź ze zwierzętami, zwie­waj na wzgórza.

Pe­rez śmie­je się z tego okle­pa­ne­go dow­ci­pu, który padł z ust stojącego obok grin­go. Fa­cet posługu­je się łama­nym hisz­pańskim.

- Cho­ler­ny pech - ciągnie grin­go. - Na lot­ni­sku w Mek­sy­ku cze­ka na mnie moja dziew­czy­na.

- Człowie­ku, nie mu­sisz mówić mi o pe­chu - za­pew­nia Pe­rez.

- Spędziłem dwa ty­go­dnie w Cam­pe­che. Do­radz­two. Cho­ler­nie tęskni­my do sie­bie. Jeśli ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi.

Pe­rez ro­zu­mie. Tam­ten się uśmie­cha sze­ro­ko i mru­ga. Jest tak uprze­dzająco grzecz­ny i od­zna­cza się głosem o tak do­sko­nałym brzmie­niu, że po­wi­nien być pre­zen­te­rem w ame­ry­kańskiej te­le­wi­zji.

- Współczuję, sta­ry. Jadę tam na urlop. Jeśli ma się pie­niądze, to wszędzie się można za­ba­wić.

Grin­go wzdy­cha.

- Kiep­sko z na­szym sa­mo­lo­tem. A ma nas od­wie­dzić sio­stra mo­jej dziew­czy­ny. Jest w two­im wie­ku. Dia­bel­nie gorąca.

Pe­rez pa­trzy na nie­go.

Grin­go uno­si dłonie i za­kreśla w po­wie­trzu kształt klep­sy­dry. Pe­rez znów sku­pia uwagę na sa­mo­lo­tach, które kołują na pa­sie star­to­wym i roz­bry­zgują wodę. Ostat­nio han­dlo­wał na uli­cy drew­nia­ny­mi re­pli­ka­mi statków pi­rac­kich, których nie chciał kupić żaden tu­ry­sta. A te­raz, kie­dy wresz­cie ma w port­fe­lu plik pe­sos, los po­zba­wia go przy­jem­ności.

Grin­go strze­la pal­ca­mi.

- Mam po­mysł. Po­dob­no w Me­ri­dzie się prze­jaśnia. Je­stem pe­wien, że star­tują stamtąd ja­kieś sa­mo­lo­ty. Da­le­ko to?

Me­ri­da, sto­li­ca sta­nu Ju­ka­tan, leży w od­ległości trzech go­dzin jaz­dy sa­mo­cho­dem, pro­sta dro­ga, wyjaśnia Pe­rez i do­da­je:

- Z po­wo­du po­go­dy może to po­trwać trochę dłużej, choć nie­wie­le.

- Mam sa­mochód, ale nie wiem, jak tam do­je­chać.

- Ja wiem - za­pew­nia Pe­rez.

- Wyświad­czyłbyś mi przysługę, uwal­niając mnie od sio­strzycz­ki. Wyglądasz na człowie­ka, który po­tra­fi to załatwić.

Ko­lej­ny uśmiech i mru­gnięcie. Jest miłym, przy­ja­ciel­skim gościem, poza tym łączy ich wspólny pro­blem.

- Dla­cze­go nie? - mówi Pe­rez. - Co mam do stra­ce­nia?

- - -

Następny dzień, nie­dzie­la, jest ja­sny w prze­ci­wieństwie do chłod­ne­go i posępne­go na­stro­ju Ju­ana. Te­re­sa pro­po­nu­je, żeby wzięli je­dze­nie i coś do pi­cia i po­szli na główny plac. Będzie kon­cert i wiel­ki tłum. Po­patrzą so­bie na lu­dzi i posłuchają mu­zy­ki.

- Prześla­dują cię de­mo­ny, które masz w głowie, a ja mar­twię się o Pe­re­za. Za­po­mni­my o tym - mówi.

Juan wzru­sza ra­mio­na­mi.

- Po­znał jakąś ko­bietę. To wszyst­ko.

- Spa­ko­wał wczo­raj rze­czy i nie po­wie­dział mi ani słowa.

- Jest do­rosły, Te­re­so.

- Tyl­ko według me­try­ki, Ju­anie.

Juan pusz­cza to mimo uszu. Pro­po­nu­je, żeby kupić je­dze­nie i drin­ki na stra­ga­nach, ale oszczędna Te­re­sa pa­ku­je chleb, ser i na­po­je. Od pla­cu dzie­li ich osiem prze­cznic; Juan nie­sie ko­szyk, drugą ręką ści­ska jej dłoń. Po­nie­waż to ko­niec ich związku, chwi­la wy­da­je się słodko-gorz­ka.

Juan jest prze­ko­na­ny, że Pe­rez prze­by­wa obec­nie w mieście Mek­syk, że je, pije i używa so­bie na całego. I wie, że wy­sta­wiając Char­lie­go do wia­tru, naraża się na poważne re­per­ku­sje. Juan wy­obraża so­bie, jak Char­lie uda­je się na lot­ni­sko i wyciąga od­po­wied­nie in­for­ma­cje od jego pra­cow­ników. In­for­ma­cje do­tyczące pla­nu podróży Ju­ana Gamy.

Gdy­by Char­lie wie­dział, gdzie miesz­ka, to zja­wiłby się u Te­re­sy, nie w knaj­pie. Juan ob­li­cza, że ma je­den dzień, by uciec. Dzi­siaj.

Siedząc na ławce, pa­trzy na lu­dzi i ka­pelę. Nie wi­dzi i nie słyszy ni­cze­go. Jego myśli wędrują ku ru­let­ce, naj­czyst­szej z gier w ka­sy­nie.

Samo koło, bo­ga­to in­kru­sto­wa­ne drew­nem, wi­rujące na pre­cy­zyj­nych łożyskach, jest two­rem piękna. Czy to w ru­chu, czy w spo­czyn­ku, po­tra­fi hip­no­ty­zo­wać. Od gra­cza nie wy­ma­ga się ja­kie­go­kol­wiek uczest­nic­twa. Kładzie się na plan­szy pie­niądze, a kru­pier je zgar­nia.

Juan Gama, spe­cja­li­sta od sta­ty­sty­ki z ma­te­ma­tycz­nym umysłem; kto jak kto, ale on po­wi­nien od­zna­czać się rozsądkiem. Nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać, tak jak człowiek uza­leżnio­ny od he­ro­iny nie po­tra­fi się po­wstrzy­mać przed wbi­ciem igły w żyłę. Na po­do­bieństwo jed­ne­go z tych zde­ge­ne­ro­wa­nych ha­zar­dzistów tra­cił swo­je zy­ski z li­cze­nia kart równie szyb­ko, jak się po­ja­wiały.

Ma dość pie­niędzy, by przeżyć następny rok. A po­tem co? Będzie się o to mar­twił po upływie dwu­na­stu mie­sięcy. Dzi­siaj pro­blem sta­no­wi Char­lie.

Wy­ro­zu­miały Char­lie... Czy oka­załby współczu­cie, gdy­by Juan zdołał go prze­ko­nać, że stra­cił mnóstwo pie­niędzy, grając w ru­letkę? Jak brzmi to po­wie­dzon­ko? Je­steś tyl­ko chwi­lo­wym właści­cie­lem za­sobów ka­sy­na? Czy Char­lie prze­ka­załby swo­im sze­fom, że mimo wszyst­ko od­zy­ska­li swo­je pie­niądze, bo wróciły do nich?

Ja­sne, cze­mu nie. Cuda się zda­rzają.

- Do­brze się czu­jesz? - pyta Te­re­sa.

- Co?

- Nie chcesz ze mną roz­ma­wiać. Jak­byś był w tran­sie.

- Prze­pra­szam.

Te­re­sa wsta­je z miej­sca.

- Po­nie­waż nie ba­wisz się do­brze, ja też nie po­tra­fię. Zresztą i tak chcę spraw­dzić, czy Pe­rez jest w domu.

Dla­cze­go nie? - myśli Juan, pod­nosząc się wol­no z ławki. Obej­mu­je Te­resę i ru­szając nie­spiesz­nie, za­czy­na opo­wia­dać jej o wszyst­kim.

- - -

Char­lie Pe­asho­oter jest pod wrażeniem. To małe miesz­ka­nie spra­wia wrażenie nie­zwy­kle schlud­ne­go, a sa­lon to an­ty­kwa­riat pełen mi­li­ta­riów, nie wspo­mi­nając już o ga­le­rii łotrzyków: pi­ra­ci i ko­lo­nial­ni bo­ga­cze na por­tre­tach. Widać do­tyk ko­bie­cej dłoni - ser­wet­ki i woń świe­czek. Wystrój jest za­pew­ne dziełem sio­stry tego pe­cho­we­go chłopa­ka z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym.

Żeby do­stać się do ter­mi­na­lu, Char­lie kupił bi­let do Can­cu­in. Kie­dy nie za­uważył nig­dzie Ju­ana, wy­snuł lo­gicz­ny wnio­sek, że fa­cet posłużył się kimś w swo­im pla­nie, ob­li­czo­nym na zmy­le­nie prze­ciw­ni­ka. Ko­lej­ny ele­ment lo­gi­ki: po co Juan miałby się wy­pa­plać przed kel­ne­rem, jeśli chciał zwiać z mia­sta? Wy­star­czyło dać w łapę pra­cow­ni­ko­wi biu­ra i do­wie­dzieć się, że człowiek o imie­niu Pe­rez też nabył bi­let. I zi­den­ty­fi­ko­wać go.

Nie­wy­klu­czo­ne, że nie­uczci­we zy­ski Ju­ana Gamy nie znaj­dują się na ja­kimś za­gra­nicz­nym kon­cie, myśli Char­lie. Może Juan jest sta­roświec­ki i cho­wa wszyst­ko w ma­te­ra­cu. Do­mysł oka­zu­je się słuszny. W pudełku na buty, w małym schow­ku za gar­de­robą, być może nie­zna­nym na­wet pani domu, znaj­duje się dru­gie pudełko z piętna­sto­ma tysiącami w zie­lo­nych i pe­sos.

Juan pod­su­wa mu drobną sumkę. Będą jed­nak mu­sie­li uciąć so­bie po­gawędkę o tym kon­cie na Wiel­kim Kaj­ma­nie.

Char­lie wygląda przez szcze­linę w zasłonach. I oto jest ten śmier­dziel, wra­ca do domu z pik­ni­ku. Jego uro­czo pulch­na dama ma za­czer­wie­nio­ne oczy i ści­ska jak skarb chu­s­teczkę. Char­lie cofa się w mrok.

- - -

- Jak mogłeś zro­bić Pe­re­zo­wi coś ta­kie­go? - pyta nie po raz pierw­szy pociągająca no­sem Te­re­sa. - Wy­sta­wić go na wa­bia?

- Hej, świet­nie się te­raz bawi - za­pew­nia Juan. - Char­lie szu­ka mnie, nie Pe­re­za. Nic mu się nie sta­nie.

- Już coś się stało. Czuję to. Jak mogłeś mnie przez tyle mie­sięcy oszu­ki­wać?

- Nie oszu­ki­wałem. Tyl­ko, hm, nie mówiłem ci wszyst­kie­go. Ale za­mie­rzałem to wkrótce zro­bić.

- Kłamiesz. Kie­dy wyjeżdżasz?

- Bezzwłocznie. Wrócę, jak tyl­ko będę mógł. Obie­cuję.

- Kłamiesz. Co to za za­pach?

Są już w środ­ku. Juan ma właśnie za­mknąć drzwi, kie­dy za­sty­ga bez ru­chu. On też to wy­czu­wa.

- Męskie per­fu­my. Nig­dy ich nie używałeś.

- Ja używam. - Char­lie wyłania się z cie­nia. - Proszę mi wy­ba­czyć. Drzwi były otwar­te.

- Kłamiesz - oświad­cza Te­re­sa, co­fając się w stronę Ju­ana.

Juan sta­je przed nią, chro­niąc ją swo­im ciałem.

- Posłuchaj, Char­lie, po­trze­buję jesz­cze kil­ku dni.

Char­lie wzdy­cha i robi współczującą minę.

- Ju­anie, Ju­anie, Ju­anie. Trze­ba się było zdo­być na szcze­rość. Za­wiodłem się na to­bie. Do­szli­byśmy do po­ro­zu­mie­nia.

Juan zwie­sza głowę.

- Gdzie jest mój brat? - pyta Te­re­sa.

- Młody obie­cujący człowiek. Mogę się założyć, że hula so­bie w Mek­sy­ku. Och, prze­pra­szam, sio­stro - od­po­wia­da Char­lie, mru­gając przy tym po­ro­zu­mie­waw­czo.

- Kłamiesz. On też. Obaj kłamie­cie.

Char­lie pa­trzy na Ju­ana wzro­kiem pełnym roz­ba­wie­nia.

- No cóż, wiem, skąd po­cho­dzi określe­nie "mek­sy­kańska złośnica", szczęścia­rzu. No do­bra, Ju­anie, jak wygląda na­sza sy­tu­acja?

- Jesz­cze je­den dzień, Char­lie. Jest pro­blem z nu­me­ra­mi kont...

- Prze­stań go okłamy­wać, to może on prze­sta­nie okłamy­wać mnie.

- Słucham? - zwra­ca się do niej Char­lie.

Te­re­sa pa­trzy na nie­go, wpa­tru­je się w jego mar­twe, ser­decz­ne oczy. Wie, że to się nie skończy do­brze.

- Nie ma żad­nych pie­niędzy oprócz tych, które cho­wa w moim domu, i myśli, że o tym nie wiem. Po­wiedz mi, gdzie jest mój brat, a będziesz mógł wziąć tę forsę i pójść so­bie.

- Nie ma pie­niędzy? - zwra­ca się do Ju­ana Char­lie. - Muszą być.

- Są. Na­prawdę są, Char­lie.

Juan wy­ma­wia słowo "na­prawdę" jak sprze­daw­cy sa­mo­chodów w te­le­wi­zyj­nych re­kla­mach. Char­lie uświa­da­mia so­bie te­raz, że nie ma żad­nych pie­niędzy. Przy­kry fakt, owszem, ale roz­wiąza­nie tej sy­tu­acji się nie zmie­ni.

Przy­su­wa się do Ju­ana, kle­pie go po ra­mie­niu i mówi:

- Pie­niądze. Sko­ro tak twier­dzisz. Do­sko­na­le. Do diabła, wy­star­czy zna­leźć te­le­fon i wyjaśnić wszyst­ko. Miej­my to już z głowy, okay?

Juan stoi jak przy­ku­ty do miej­sca.

Char­lie ob­da­rza go uj­mującym uśmie­chem, a po­tem daje kuk­sańca, który jest dość bo­le­snym kuk­sańcem.

- Chodź, ważnia­ku, je­den te­le­fon wszyst­ko załatwi.

- Nie - mówi chra­pli­wym szep­tem Te­re­sa.

Ale nie stoi już tam, gdzie po­przed­nio, za ple­ca­mi Ju­ana. Prze­sunęła się w cień. Może ją też będzie mu­siał załatwić. Trzy zle­ce­nia za cenę jed­ne­go. Życie jest jed­nak nie­spra­wie­dli­we.

Zdążył już nie­mal wy­pchnąć Ju­ana na zewnątrz. Trzy­mając moc­no za nad­gar­stek swoją ofiarę, Char­lie się od­wra­ca. Mru­ga, przy­zwy­cza­jając wzrok do mro­ku, i spogląda z tym swo­im uśmie­chem na Te­resę. Zer­ka na ścianę pełną pi­rac­kich pamiątek. Cze­goś tam bra­ku­je.

Sięga do kie­sze­ni, do­znając olśnie­nia i wiedząc, co to ta­kie­go. Sięga za późno. W chwi­li gdy do­by­wa pi­sto­le­tu, bełt prze­szy­wa mu krtań.

- Raz już prze­gna­liśmy ta­kich jak ty. Możemy zro­bić to po­now­nie - oświad­cza Te­re­sa.

Nie mówi do Char­lie­go Pe­asho­ote­ra, który leży na podłodze i jej nie słyszy. Mówi do Ju­ana, który wy­pa­da za drzwi i rzu­ca się do uciecz­ki, pod­czas gdy ona znów ładu­je kuszę.