Najlepsze opowiadanie na świecie - Rudyard Kipling

Kup ebooka

70.00 zł
58.10 zł (57,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

BUDOWNICZOWIE MOSTÓW

Findlayson z Wydziału Robót Publicznych spodziewał się co najmniej orderu CIE1. Marzył o CSI2, a znajomi mówili mu nawet, że zasłużył na więcej. Przez trzy lata zaznawał upałów, chłodów, rozczarowań, niewygód, niebezpieczeństw i chorób, dźwigając odpowiedzialność niemal zbyt ciężką na barki jednego człowieka. Ale przez cały ten czas most Kaśi3 nad Gangesem rósł pod jego nadzorem dzień po dniu. Za niecałe trzy miesiące, jeśli wszystko pójdzie dobrze, jego ekscelencja wicekról otworzy tę budowlę z wielką pompą, arcybiskup ją pobłogosławi, po moście przemaszeruje cały przywieziony pociągiem oddział żołnierzy, a następnie zostaną wygłoszone przemówienia.

Findlayson, który był tu naczelnym inżynierem, siedział w drezynie na torach biegnących wzdłuż jednej z głównych ścian oporowych - olbrzymich, wykładanych kamieniami skarp, ciągnących się na północ i południe przez trzy mile po obu stronach rzeki - pozwalając sobie na to, aby pomyśleć wreszcie o końcu robót. Licząc podjazdy, most mierzył milę i trzy czwarte długości. Konstrukcja z dźwigarów kratowych i wiązarów pomysłu Findlaysona wspierała się na dwudziestu siedmiu ceglanych filarach. Każdy liczył dwadzieścia cztery stopy w obwodzie, był zwieńczony czerwonym kamieniem z Agry i wkopany na głębokość osiemdziesięciu stóp w ruchome piaski koryta Gangesu. Powyżej biegły tory kolei żelaznej szerokie na piętnaście stóp, a jeszcze wyżej szeroka na osiemnaście stóp droga dla powozów oraz kładki dla pieszych. Na obu końcach mostu wznosiły się wieżyczki z czerwonej cegły z otworami strzelniczymi dla muszkietów i armat; pod zady tych budowli sięgała rampa drogowa. Na usypiskach ziemnych z jednej i drugiej strony roiło się od setek objuczonych workami żwiru i kamieni maleńkich osłów, wychodzących z ziejącego wyrobiska, a gorące popołudniowe powietrze wypełniały stukot kopyt, grzechot kijów poganiaczy zwierząt oraz szum i szelest osuwającego się piachu i kamieni. Poziom rzeki był niezwykle niski. Na olśniewająco białym piasku między trzema środkowymi filarami stały, wypełnione kamieniami i oblepione z zewnątrz błotem, przysadziste kaszyce z podkładów kolejowych, mające podtrzymać ostatnie nitowane właśnie dźwigary. W niewielkiej plamie głębszej wody pozostałej po suszy przesuwał się w górze wzdłuż drewnianego mola dźwig, by wcisnąć w odpowiednie miejsca elementy żelazne, parskając, cofając się i postękując niczym słoń w tartaku. Kratownicowy bok i żelazny dach poziomu kolejowego obsiadła co najmniej setka niterów, którzy zwisali też z niewidocznych rusztowań pod brzuchami dźwigarów, tłoczyli się wokół filarowych gardzieli i stali na przepaścistych podporach ścieżki dla pieszych. Ich skrzynie paleniskowe, a także płomienie, tryskające po każdym uderzeniu młotem, świeciły we wściekłym blasku słońca tylko słabym jasnożółtym światełkiem. Na wschodzie, zachodzie, północy i południu pociągi pełne materiałów budowlanych grzechotały i zgrzytały, wjeżdżając na nasypy i zjeżdżając z nich, wyładowane po brzegi brązowym i białym kamieniem wagony postukiwały za lokomotywą, aż wreszcie otwierały się ich boczne ściany, a wtedy z hukiem i szumem wysypywano na zewnątrz kilka tysięcy ton materiałów, żeby utrzymać rzekę w jej naturalnych granicach.

Naczelny inżynier odwrócił się i rozejrzał po okolicy, której widok odmienił w promieniu siedmiu mil. Popatrzył na gwarne miasteczko liczące pięć tysięcy robotników; spojrzał w górę i w dół strumienia na górskie odnogi i piasek; na odległe filary na drugim brzegu rzeki, jak gdyby malejące w mgiełce upału; podniósł wzrok na wieże strażnicze - jedynie on wiedział, jakie naprawdę są mocne - i z westchnieniem zadowolenia zobaczył, że jego robota jest dobra4. Most, dzieło jego rąk, wznosił się przed nim w słońcu; zostało jeszcze tylko kilka tygodni pracy nad dźwigarami trzech środkowych filarów. Surowy i brzydki niczym grzech pierworodny, lecz pukka - długowieczny - most będzie więc stał jeszcze nawet wtedy, kiedy wszelka pamięć o budowniczym Findlaysonie, ba, nawet o wspaniałych kratownicach jego pomysłu, zaginie. Praktycznie rzecz biorąc, budowla była skończona.

Asystent naczelnego inżyniera, Hitchcock, przycwałował na obdarzonym zamaszystym ogonem małym afgańskim kucu kabuli, który dzięki długiej praktyce nauczył się bezpiecznie poruszać po estakadach. Przybysz skinął głową szefowi.

- Już blisko - powiedział z uśmiechem.

- Myślałem o tym - odparł Findlayson. - Niezła robota jak na dwóch ludzi, co?

- Jak na... półtora człowieka. Boże, jakim ja byłem niedoświadczonym szczenięciem, świeżo po Cooper's Hill5, kiedy przyszedłem na tę budowę!

Hitchcockowi wydawało się, że bardzo się postarzał przez ostatnie trzy lata, które nauczyły go, co znaczą władza i odpowiedzialność.

- Byłeś raczej jak źrebak - stwierdził Findlayson. - Ciekawe, jak się będziesz czuł po powrocie do biura, kiedy zamkniemy ten projekt.

- Znienawidzę je! - odparł młodzieniec, a podążając wzrokiem za spojrzeniem przełożonego, mruknął: - Niech to szlag trafi, ależ to dobre, co?

- Wydaje mi się, że obaj awansujemy - powiedział jakby do siebie Findlayson. - Jesteś zbyt zdolnym młodzieńcem, żebym miał z ciebie zrezygnować na rzecz kogoś innego. Szczenięciem byłeś, asystentem jesteś. Moim osobistym asystentem, i pozostaniesz nim w Śimli, o ile tylko ta budowa przyniesie mi jakiś pożytek!

Rzeczywiście, ciężar całej roboty spadł na Findlaysona i jego młodego asystenta, którego naczelny inżynier wybrał właśnie dlatego, że Hitchcock był niedoświadczony i można go było ułożyć niczym konia, tak aby spełniał wymagania szefa. Wokół pracowało pół setki wynajętych specjalistów - monterów, ślusarzy i niterów, Europejczyków wypożyczonych z warsztatów kolejowych, a pod nimi około dwudziestu białych i mieszanych podwładnych, którzy kierowani przez tamtych sami kierowali gromadami prostych robotników - nikt jednak nie wiedział lepiej niż ci dwaj ufający sobie mężczyźni, że nie należy ufać pracownikom. Los już wiele razy poddawał ich próbie wskutek nieoczekiwanych zdarzeń - to osuwały się zapory na rzece, to pękał wielokrążek, psuły się dźwigi albo gniewała się rzeka - lecz żaden problem nie zmusił Findlaysona i Hitchcocka, aby wytypowali i uhonorowali kogoś ze swojej załogi, każąc mu pracować równie bezlitośnie jak oni sami. Findlayson przebiegał teraz w myślach historię budowy od samego początku: przypomniał sobie, jak całe miesiące pracy biurowej zostały przekreślone jednym pociągnięciem pióra, kiedy rząd indyjski w ostatniej chwili zwiększył szerokość mostu o dwie stopy, najwidoczniej sądząc, że takie konstrukcje wycina się z papieru, i w ten sposób posłał do śmieci przynajmniej pół akra obliczeń - Hitchcock, dla którego było to pierwsze tego rodzaju rozczarowanie, ukrył wtedy twarz w dłoniach i rozpłakał się. Zdarzały się też dramatyczne opóźnienia w umowach zawartych w Anglii: daremne listy sugerujące wielkie prowizje, jeśli dojdzie do skutku chociażby jeden, tylko jeden, i to dosyć podejrzany transport; wojna, która wybuchła, gdy otrzymali odmowę; staranny, uprzejmy opór drugiej strony po wojnie. Aż wreszcie młody Hitchcock, który wziął wtedy aż dwa miesiące urlopu i pożyczył jeszcze dziesięć dni od Findlaysona, wydał swoje nędzne roczne oszczędności na szalony wypad do Londynu, gdzie, jak sam opowiadał - i co potwierdzały późniejsze transporty - napełnił wielką bojaźnią Bożą odpowiedniego człowieka, który, jak mówił, wcześniej bał się tylko parlamentu, dopóki Hitchcock nie starł się z nim przy jego własnym stole podczas kolacji, i odtąd... człowiek ten zaczął się bać także mostu Kaśi oraz wszystkich wypowiadających się w jego sprawie osób. Potem pojawiła się epidemia cholery, która przyszła do miasteczka w nocy wraz z budową, po cholerze zaś uderzyła ospa. Malarię mieli tu zawsze. Hitchcocka mianowano sędzią trzeciej klasy, zyskał więc prawo karania ludzi chłostą, aby móc skuteczniej kierować załogą, a Findlayson przyglądał się, jak jego zastępca umiarkowanie stosuje swoje uprawnienia i uczy się, na co przymykać oko, a na co zwracać uwagę. Zaduma naczelnego inżyniera trwała długo, bardzo długo, obejmowała burze, nagle wezbrane potoki, śmierć w każdej możliwej formie, gwałtowną i straszną złość na biurokratów, doprowadzających do szału umysł, który wie, że powinien zajmować się innymi problemami; obejmowała suszę, warunki higieniczne, finanse, narodziny, śluby, pochówki, a nawet bunt dwudziestu skłóconych ze sobą kast w miasteczku; sprzeczki, wymówki, perswazje i pustą rozpacz, z jaką idzie się spać, czując jednak ulgę, że karabin w gablocie leży rozłożony na części. A za tym wszystkim wznosiła się czarna konstrukcja mostu Kaśi - płyta po płycie, dźwigar po dźwigarze, przęsło za przęsłem - i każdy filar przypominał naczelnemu inżynierowi Hitchcocka, człowieka do wszystkiego, który niezłomnie stał przy swoim szefie od pierwszego dnia aż do dziś.

Most zatem należało traktować jako dzieło dwóch ludzi - chyba że powinniśmy liczyć także Peroo, który niewątpliwie uważał się za jego trzeciego twórcę. Był laskarem - marynarzem - z plemienia Kharwa6, pochodził z Bulsaru7 i znał każdy port między Rockhampton8 a Londynem. Dosłużył się stopnia seranga, czyli bosmana na należących do Wielkiej Brytanii statkach indyjskich, lecz ponieważ zmęczyły go regularne inspekcje i czyste stroje, porzucił służbę i zszedł na ląd, bo ludzie jego kalibru mogli być pewni, że znajdą nową pracę. Znał się na wyciągach i umiał się obchodzić z dużymi ciężarami, toteż wart był każdego wynagrodzenia, którego by zażądał za swoje usługi. Płace nadzorców regulowane były jednak przez ustalone zwyczaje, Peroo dostawał więc tylko część pieniędzy, które naprawdę mu się należały. Nie bał się szybkich strumieni ani wielkich wysokości, a jako były serang umiał wyegzekwować dyscyplinę. Nie istniało tak wielkie żelastwo, choćby i najbardziej niefortunnie umiejscowione, żeby Peroo nie wymyślił jakiegoś wielokrążka, na którym można by je podnieść - bezwładnego na końcu, obwisłego, cudacznego urządzenia, obudowanego skandalicznie długą gadaniną, lecz idealnie nadającego się do rozwiązania problemu. To Peroo ocalił od zniszczenia filar numer siedem, gdy nowa lina zaplątała się w hak dźwigu, a wielka żelazna płyta zaczęła dygotać w pętlach, co mogło się skończyć tym, że wysunęłaby się z nich bokiem. Tubylczy robotnicy potracili głowy, spadający element w kształcie litery T złamał Hitchcockowi prawą rękę, ale asystent Findlaysona usztywnił ją sobie pod płaszczem, zapiął go, zemdlał, odzyskał przytomność i jeszcze przez cztery godziny kierował budową, aż wreszcie Peroo zakrzyknął ze szczytu dźwigu, że wszystko jest w porządku i płyta została ułożona na właściwym miejscu. Nie było nikogo lepszego niż serang Peroo, kiedy należało coś umocować, zacumować albo unieruchomić, gdy trzeba było obsługiwać silniki pomocnicze lub też zręcznie wyciągnąć lokomotywę, która wpadła w wyrobisko, a w niektórych wypadkach rozebrać się i nurkować, by sprawdzić, czy betonowe bloki wokół filarów wytrzymują napór Matki Gangi - albo w czasie monsunowej nocy pożeglować w górę rzeki i wrócić z raportem o stanie ścian nabrzeży. Peroo bez lęku przerywał narady operacyjne z udziałem Findlaysona i Hitchcocka i mówił, dopóki w jego cudownej angielszczyźnie albo w jeszcze cudowniejszej lingua franca, w połowie portugalskiej, w połowie zaś malajskiej, nie zaczęło mu brakować słów; wyciągał wówczas sznurek i demonstrował węzły, których zaleca używać w danym przypadku. Kierował własną grupą robotników obsługujących wyciągi - swoich tajemniczych krewniaków z Kutch Mandvi9, których każdego miesiąca sprowadzał nieco więcej i wystawiał na najcięższe próby. Żaden stopień pokrewieństwa i żadne stosunki rodzinne nie pozwalały Peroo płacić komukolwiek, jeżeli robotnik miał słabe ręce albo zawroty głowy. "Mój honor jest honorem tego mostu", mawiał do ludzi, którzy za chwilę mieli zostać zwolnieni. "Co mnie obchodzi wasz honor? Idźcie pracować na jakimś parowcu. Do niczego innego się nie nadajecie".

Skupisko chat, gdzie mieszkał Peroo ze swoimi podwładnymi, stało wokół podniszczonego domostwa kapłana okrętowego, który nie spędził jeszcze ani chwili na Czarnej Wodzie, jak Indusi nazywają morze, ale którego jako swojego duchowego doradcę wybierały już dwa pokolenia miejscowych wilków morskich, niezainteresowanych chrześcijańskimi misjami w portach albo przyjęciem jednego z wyznań proponowanych marynarzom przez różne agencje rozsiane wzdłuż brzegów Tamizy. Kapłan tubylczych laskarów nie miał nic wspólnego z ich kastą i prawdę mówiąc, w ogóle nic nie robił. Spożywał ofiary składane przez wyznawców swojego kościoła, spał, palił i znowu zasypiał, ponieważ, jak mówił Peroo, który zaciągnął go tysiąc mil w głąb lądu, "to bardzo święty człowiek. Nie dba o to, co jesz, o ile nie jesz wołowiny, i to dobrze, bo na lądzie my, Kharwowie, czcimy Śiwę. Ale na morzu na statkach Kumpanii10 stosujemy się ściśle do poleceń Burry Maluma [pierwszego oficera], na moście natomiast słuchamy tego, co nam rozkaże sahib Finlinson".

Tego dnia sahib "Finlinson" wydał polecenie, aby rozebrać rusztowanie wokół wieży strażniczej na prawym brzegu, Peroo i jego drużyna zdejmowali więc bambusowe pręty i deski tak szybko, jak zwykle rozładowywali statki żeglugi przybrzeżnej.

Naczelny inżynier siedzący w swojej drezynie słyszał srebrny gwizdek seranga, trzaski i stukot bloków. Peroo stał na najwyższym zwieńczeniu wieży, odziany w niebieski drelich z czasów porzuconej pracy na morzu - a kiedy Findlayson nakazał mu gestem ostrożność, bo życie byłego laskara miało zbyt wielką wartość, chwycił ostatni pręt i osłaniając oczy jak na statku, odpowiedział przeciągłym okrzykiem wachtowego z forkasztelu: "Hum dekhte hain!" ("Mam oko na wszystko!"). Findlayson roześmiał się, po czym westchnął. Od lat nie widział parowca i chorował już z tęsknoty za domem. Gdy przejeżdżał na drezynie pod wieżą, Peroo spuścił się w dół po linie jak małpa i zawołał:

- Dobrze to już wygląda, sahibie. Nasz most jest prawie gotowy. Jak pan myśli, co powie Matka Ganga, kiedy przejedzie po nim pociąg?

- Na razie niewiele mówiła. Ani razu nie opóźniła robót.

- Na Matkę Gangę zawsze jest czas i jednak mieliśmy przez nią opóźnienia. Czy zapomniałeś, sahibie, o jesiennej powodzi, kiedy sanie do transportu kamieni zostały zatopione bez ostrzeżenia... albo zaledwie pół dnia po ostrzeżeniu?

- Masz rację, lecz oprócz wielkiej powodzi nic nam już teraz nie grozi. Falochrony na zachodnim brzegu trzymają się mocno.

- Matka Ganga zjada wielkie porcje. I zawsze jest dość miejsca na więcej kamieni w jej brzuchu. Jak mówię o tym Chocie Sahibowi11 - tak Peroo nazywał Hitchcocka - to sahib się ze mnie śmieje.

- Mniejsza o to. Za rok sam będziesz umiał zbudować własny most, jaki tylko zechcesz.

Laskar uśmiechnął się.

- W takim razie nie będzie tak wyglądał. Nie będzie miał elementów kamiennych pod wodą, zatopionych jak "Quetta"12. Ja lubię mosty wi-wi-wiszące, takie, co to fruną z jednego brzegu na drugi jednym susem jak kładka. Takiemu żadna powódź nie wyrządzi krzywdy. Kiedy lord sahib przyjedzie otworzyć most?

- Za trzy miesiące, jak trochę się ochłodzi.

- Ho, ho! On jest jak Burra Malum. Śpi pod pokładem, kiedy inni pracują. Potem wychodzi na nadbudówkę, dotyka jej palcem i mówi: "To nie jest czyste! Dam jibboonnwallah!"13.

- Ale lord sahib nie nazywa mnie dam jibboonwallahem, Peroo.

- Nie, sahibie. Wchodzi jednak na pokład dopiero wtedy, gdy praca jest skończona. Nawet Burra Malum z "Nerbuddy" powiedział kiedyś w Tuticorinie...14

- Ech! Idź już! Jestem zajęty.

- Ja też! - odparł Peroo z niewzruszoną miną. - Mogę teraz wziąć tę lekką łódkę i popłynąć nią wzdłuż falochronów?

- Żeby je sprawdzić? Są chyba dość masywne.

- Nie w tym rzecz, sahibie. To jest tak. Na morzu, na Czarnej Wodzie, jest dość miejsca, żeby fale miotały nami w górę i w dół, jak chcą. Tu miejsca na to nie ma. Niechże pan spojrzy, wcisnęliśmy rzekę jak do doku i puściliśmy ją między dwoma kamiennymi progami. - Findlayson uśmiechnął się na tę pierwszą osobę liczby mnogiej. - Okiełznaliśmy ją i nałożyliśmy jej uzdę. Ona nie jest jak morze, które bije w delikatną plażę. To Matka Ganga... Ale już w kajdanach. - Peroo ściszył nieco głos.

- Zwiedziłeś cały świat i znasz go nawet lepiej ode mnie, Peroo. Mów prawdę, i to już. Jak bardzo w głębi serca wierzysz w Matkę Gangę?

- Wierzę we wszystko, co opowiada nasz kapłan. Londyn to Londyn, sahibie. Sydney to Sydney, a Port Darwin to Port Darwin. Tak samo Matka Ganga to Matka Ganga, więc kiedy idę na jej brzeg, pamiętam o tym i czczę ją. A w Londynie w wielkiej świątyni nad rzeką oddawałem poojah15 waszemu wielkiemu Bogu, mieszkającemu w środku... Tak, nie wezmę poduszek na łódkę.

Findlayson dosiadł konia i pokłusował do przypominającego szopę bungalowu, który dzielił ze swoim asystentem. Przez ostatnie trzy lata był to jego dom. Smażył się tam w upale, pocił w deszczu i dygotał w febrze pod prymitywnym dachem krytym strzechą. Na pobielonej ścianie przy drzwiach widniały wzory matematyczne i pospiesznie wykonane rysunki, a jak gdyby wartownicza ścieżka wydeptana na wyłożonej matą werandzie wskazywała, gdzie naczelny inżynier zwykle spacerował. Dzień pracy budowlańca trwa dłużej niż osiem godzin; wieczorny posiłek zjedli z Hitchcockiem w butach do konnej jazdy i ostrogach. Zapaliwszy cygara, nasłuchiwali potem gwaru miasteczka, który rozbrzmiał, gdy grupy robotników powróciły znad rzeki i kiedy zaczęły pomrugiwać światła.

- Peroo popłynął w twojej łódce pod falochrony. Zabrał ze sobą dwóch siostrzeńców, a sam rozpiera się na rufie jak komandor - rzekł Hitchcock.

- Nie szkodzi. Coś go niepokoi. A można by pomyśleć, że dziesięć lat pływania na statkach kompanii British India raczej mu wybiło z głowy religię.

- Bo wybiło - zaśmiał się Hitchcock. - Słyszałem wczoraj, jak zaprezentował skrajnie ateistyczną postawę w rozmowie z tym ich starym grubym guru. Peroo zaprzeczał skuteczności modlitwy, chciał, żeby guru popłynął z nim na morze, obejrzał sobie sztorm i przekonał się, czy zdoła powstrzymać monsun.

- Ale gdybyś wywiózł stąd tego guru, Peroo zostawiłby nas w jednej chwili. Opowiadał mi, że kiedy był w Londynie, modlił się do kopuły Katedry Świętego Pawła.

- A mnie powiedział, że gdy po raz pierwszy wszedł do maszynowni na parowcu, zaczął się modlić do niskociśnieniowego cylindra.

- To wcale nie jest taki zły obiekt modłów. Peroo próbuje teraz przebłagać swoich bogów i chce się dowiedzieć, co Matka Ganga pomyśli o przerzuconym nad nią moście. Kto tam? - W progu pojawił się mroczny cień człowieka, który wcisnął do ręki Hitchcocka telegram.

- Powinna się już była do tego przyzwyczaić. To tylko tar16. Pewnie odpowiedź Ralliego w sprawie tych nowych nitów... Wielkie nieba! - Hitchcock zerwał się na równe nogi.

- Co się stało? - spytał naczelny inżynier, biorąc depeszę do ręki. - A więc tak myśli o nas Matka Ganga, ciekawe... - stwierdził, czytając. - Zachowaj spokój, młodzieńcze. Wiemy, co robić. Spójrzmy. Muir telegrafował pół godziny temu: "Powodzie na Ramgandze17. Uważajcie!". To daje nam... jedną, dwie... dziewięć i pół godziny, zanim fala dojdzie do Melipur Ghaut, plus siedem, czyli szesnaście i pół, nim dotrze do Lataoli...18 Czyli u nas będzie za jakieś piętnaście godzin.

- Niech diabli porwą ten zasilany z gór ściek, jakim jest Ramganga! Nie powinniśmy się spodziewać czegoś takiego wcześniej niż za dwa miesiące, a na lewym brzegu wciąż mamy mnóstwo materiałów i narzędzi. Powódź na dwa miesiące przed terminem!

- I właśnie dlatego nadchodzi. Znam indyjskie rzeki od dwudziestu pięciu lat, ale nawet nie próbuję udawać, że je rozumiem. A oto drugi tar. - Findlayson otworzył kolejną depeszę. - Tym razem to Cockran znad Kanału Gangesu:19 "Obfite opady. Niedobrze". Mógł sobie darować to ostatnie słowo. No tak, nie chcemy już wiedzieć nic więcej. Musimy zapędzić ludzi do roboty na całą noc i oczyścić koryto rzeki. Zajmiesz się wschodnim brzegiem i spróbujesz spotkać się ze mną na środku. Wszystko, co pływa, przenieś pod most: będziemy mieli dość pływających przedmiotów, które przyniesie tu fala, więc chyba nie chcemy, żeby sanie do transportu kamieni biły w nasze filary. Co masz na wschodnim brzegu, czym się należy zająć?

- Ponton... Duży ponton, na którym stoi dźwig. I drugi taki sam dźwig na naprawionym pontonie, gdzie są też nity, których mieliśmy użyć na torach między dwudziestym i dwudziestym trzecim filarem, tymczasowe szyny i zwrotnica. Musimy liczyć na to, że palowanie wytrzyma - powiedział Hitchcock.

- Dobrze. Zabezpiecz wszystko, co ci wpadnie w ręce. Dajmy robotnikom piętnaście minut więcej, żeby skończyli żarło.

W pobliżu werandy stał duży gong alarmowy, używany tylko w przypadku powodzi albo pożaru w miasteczku. Hitchcock kazał przyprowadzić sobie świeżego konia i już odjeżdżał na swoją stronę mostu, kiedy Findlayson wziął owinięty na końcu tkaniną kij i posuwistymi uderzeniami, które wydobywają z metalu pełny dźwięk, zaczął bić na alarm.

Na długo zanim umilkło donośne echo ostatniego uderzenia, dołączyły do niego wszystkie gongi w miasteczku. Doszły też ochrypłe i krzykliwe dźwięki konch w małych świątyniach, dudnienie wielkich bębnów i tam-tamów, a z dzielnicy europejskiej dobiegł rozpaczliwy ryk trąbki sygnałowej McCartneya, jego broni ofensywnej w niedziele i święta, wzywającej mieszkańców "do stajni"20. Kolejne parowozy wlokące się z trudem do domu wzdłuż falochronów pod koniec dnia pracy gwizdały w odpowiedzi, aż wreszcie odezwały się też gwizdy z przeciwległego brzegu. Potem wielki gong huknął trzykrotnie na znak, że chodzi o powódź, nie pożar; zareagowały na to koncha, bęben i gwizd, a miasteczko zadrżało pod bosymi stopami ludzi biegających po miękkiej ziemi. We wszystkich nagłych przypadkach mieszkańcy powinni udać się na stanowiska i czekać na dalsze rozkazy. Kolejne brygady rozlewały się na boki w ciemnościach; robotnicy przystawali, żeby zawiązać przepaskę biodrową lub sandał; brygadziści pokrzykiwali na podwładnych, którzy biegli albo przystawali pod narzędziowniami, by pobrać łomy lub oskardy. Zanurzone w tłumie po koła lokomotywy pełzły przed siebie po torach, aż wreszcie brązowy strumień zniknął w półmroku rzecznego koryta, przebiegł po palach, obsiadł gęsto dźwigary i kratownice, zebrał się wokół dźwigów i zatrzymał w bezruchu - bo wszyscy byli już na swoich miejscach.

Następny burzliwy dźwięk gongu przyniósł polecenie, aby zabrać wszystko i wynieść powyżej znaku wysokiej wody, a między pajęczynami matowego żelaza rozpaliły się całymi setkami flary, kiedy niterzy zaczęli nocną robotę, spiesząc się, by zdążyć przed powodzią. Dźwigary trzech środkowych, stojących w kaszycach filarów były już niemal w pełni umocowane. Należało wbić w nie jak najwięcej nitów, bo wysoka fala z pewnością podmyje podpory, a wtedy żelazne konstrukcje osuną się na kamienne oczepy, jeśli ich krańce nie będą się trzymały. Sto łomów pracowało ciężko przy podkładach tymczasowej linii kolei żelaznej, wbiegającej na nieukończone filary. Szyny wyciągano, ładowano do wagonów i przewożono wyżej, ponad linię powodziową, wykorzystując stękające lokomotywy. W wyniku natarcia rozkrzyczanych armii robotników narzędziownie na piasku dosłownie znikały w oczach, a wraz z nimi przenoszono stosy dostarczanego przez rząd wyposażenia, okute żelazem skrzynie z nitami, szczypce i obcęgi, przecinarki, części zamienne do niciarek, zapasowe pompy i łańcuchy. Na końcu trzeba było przesunąć wielki dźwig, który przenosił najcięższe elementy na główną część mostu. Żeby chronić filary, betonowe płyty zrzucono z sań do rzeki tam, gdzie widać było jeszcze jakąś głębię, a puste łodzie zepchnięto bosakami w dół rzeki, pod most. To tutaj gwizdek Peroo rozbrzmiewał najprzeraźliwiej, bo na pierwsze uderzenie dużego gongu jego łódka szybko powróciła. Peroo i jego ludzie - rozebrani do pasa - pracowali teraz dla honoru i zasług ważniejszych niż ludzkie życie.

- Wiedziałem, że przemówi - zawołał Peroo. - Wiedziałem, ale telegraf też dobrze nas ostrzega. O synowie poczęci w niewymowny sposób... dzieci niewysłowionej hańby... czy jesteśmy tutaj dla urody tej budowli? - Trzymał w ręku wystrzępiony na końcach i długi na dwie stopy kawałek plecionej stalowej linki, który czynił cuda, kiedy Peroo przeskakiwał z jednej burty na drugą, krzycząc w języku morza.

Findlayson najbardziej bał się o łodzie do przewozu kamieni. McCartney ze swoimi ludźmi umacniał krańce trzech budzących wątpliwości przęseł, ale jednostki pozostające na rzece, jeśli powódź okazałaby się naprawdę potężna, mogły zagrozić dźwigarom, a w ciasnym kanale stała cała flotylla.

- Odprowadź łodzie za wybrzuszenie wieży strażniczej - krzyknął do Peroo. - Tam będzie stojąca woda. Przeciągnij je za most.

- Accha! [Tak jest]. Wiem. Przywiązujemy je stalowymi linkami - brzmiała odpowiedź. - Hej! Posłuchajcie tylko Choty Sahiba. Ciężko pracuje.

Po drugiej strony rzeki słychać było niemal nieustający gwizd parowozów, a w tle hurkot kamieni. Hitchcock w ostatniej chwili wykorzystywał kilkaset kolejnych wagonów kamieni z Tarakee, aby wzmocnić falochrony i nabrzeża.

- Most rzuca Matce Gundze wyzwanie na pojedynek - stwierdził ze śmiechem Peroo. - Lecz kiedy ona przemawia, wiem, czyj głos będzie donośniejszy.

Półnadzy mężczyźni pracowali wiele godzin, przeraźliwie krzycząc i nawołując się nawzajem w świetle lamp. Panowała upalna, bezksiężycowa noc, a jej koniec zaciemniły jeszcze chmury i nagły szkwał, który niezwykle przygnębił Findlaysona.

- Rusza się! - stwierdził Peroo na chwilę przed świtem. - Matka Ganga się zbudziła! Słuchajcie! - Wychylił się za burtę i zanurzył dłoń w wodzie, która zabulgotała wokół jego ręki. Niewielka fala z soczystym plaśnięciem uderzyła w filar.

- Sześć godzin przed czasem - stwierdził Findlayson, ocierając czoło wściekłym gestem. - Teraz nie możemy już na niczym polegać. Trzeba ewakuować wszystkich robotników z koryta rzeki.

Wielki gong znów uderzył, a wtedy po raz drugi rozległ się szmer bosych stóp pędzących po gołej ziemi i gong zabrzmiał raz jeszcze. Brzęk narzędzi ustał. W zapadłej ciszy ludzie usłyszeli suche ziewnięcie wody pełznącej po spragnionym piasku.

Kolejni brygadziści krzyczeli do Findlaysona - który zajął stanowisko pod wieżą - że podległe im fragmenty brzegu zostały oczyszczone, a kiedy ucichł głos ostatniego, naczelny inżynier ruszył szybko przez most w miejsce, gdzie żelazne płyty już zmontowanej nawierzchni ustępowały tymczasowej drewnianej kładce nad trzema środkowymi filarami, i spotkał tam Hitchcocka.

- Na twoim brzegu czysto? - spytał Findlayson. Jego szept zadźwięczał w klatce kratownic.

- Tak, a wschodni kanał właśnie się wypełnia. Kompletnie pomyliliśmy się w rachubach. Kiedy spadnie na nas fala?

- Trudno powiedzieć. Woda przybiera z każdą chwilą. Patrz! - Findlayson wskazał deski pod swoimi nogami, bo spalony i splugawiony po miesiącach pracy piasek zaczynał już syczeć i szemrać.

- Jakie rozkazy? - spytał Hitchcock.

- Sprawdzić obecność... Przeliczyć zapasy... Siedzieć na tyłku... I modlić się za ten most. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Dobranoc. Nie ryzykuj życia i nie próbuj wyławiać niczego, co mogłoby spłynąć z nurtem.

- Och, będę roztropny jak ty! Dobranoc. Na niebiosa, ależ przybiera! Teraz już leje jak z cebra!

Findlayson zawrócił na swój brzeg, zgarniając z mostu ostatnich niterów McCartneya. Robotnicy rozciągnęli się w szereg wzdłuż nabrzeży, chociaż padał zimny poranny deszcz, i tam czekali na falę powodziową. Tylko Peroo trzymał swoich ludzi razem za wybrzuszeniem wieży strażniczej, gdzie cumowały łodzie do przewozu kamieni i betonu, powiązane u dziobów i ruf linami okrętowymi i stalowymi oraz łańcuchami.

Wzdłuż szeregu robotników przebiegł rozdzierający jęk zmieniający się w krzyk - na poły rozbrzmiewał strachem, na poły zaś zdumieniem, bo oto powierzchnia rzeki zbielała między kamiennymi nasypami od brzegu do brzegu, a dalekie falochrony znikały w kłębach piany. Matka Ganga prędko podeszła wysoko na brzeg, a jej posłańcem stała się ściana wody o barwie czekolady. Ponad rykiem wody unosił się przeraźliwy krzyk, skarga przęseł zsuwających się z podpór, gdy prąd wyrywał im spod brzuchów kaszyce. Łodzie do przewozu kamieni stękały i ocierały się o siebie pod naporem wirów, tworzących się wokół wsporników, niezgrabne maszty wznosiły się coraz wyżej na tle ciemnego horyzontu.

- Zanim zamknęliśmy ją między tymi ścianami, wiedzieliśmy, jak może się zachować. A teraz tkwi w nich ściśnięta i jeden Bóg wie, co zrobi! - zawołał Peroo, przyglądając się wściekłemu kłębowisku wokół wieży. - Ohé! A więc walcz! Walcz ile sił, opadniesz z nich jak kobieta.

Lecz Matka Ganga nie chciała walczyć tak, jak życzył sobie Peroo. Po pierwszej fali nie przyszły następne ściany wody - rzeka podniosła się niczym żywa istota, jak wąż gaszący latem pragnienie, skubała i dźgała skarpy, a potem zbierała się za filarami, aż nawet Findlayson zaczął na nowo obliczać wytrzymałość swojej budowli.

Kiedy nastał dzień, miasteczko westchnęło głęboko.

- Jeszcze wczoraj - powtarzali ludzie - nasze chaty stały w korycie rzeki! A popatrzcie teraz!

Patrzyli więc i na nowo dziwowali się wysokiej, pędzącej wodzie, liżącej gardziele filarów. Drugi brzeg został przesłonięty welonem deszczu, most wcinał się w ulewę i znikał z pola widzenia. Falochrony w górze rzeki można było rozpoznać jedynie po wirach i tryskających w górę fontannach wody, niżej zaś uwięziona Matka Ganga, uwolniona teraz z regulujących jej bieg granic, rozlała się niczym morze aż po nieboskłon. Potem, kotłując się w wodzie, nadpłynęli szybko martwi ludzie i woły, a między nimi gdzieniegdzie sunęły płaty strzech dachowych, które dotknąwszy filarów, jak gdyby się rozpuszczały.

- Duża powódź - stwierdził Peroo, a Findlayson przytaknął. Tak duża, że nie miał najmniejszej ochoty jej oglądać. Jego most wytrzyma obecny napór, ale niewiele więcej, a jeśli, co mogło trafić się i tysiąc razy, w nabrzeżach znajdzie się jakieś słabe miejsce, Matka Ganga poniesie honor naczelnego inżyniera do morza razem z innymi powodziowymi szumowinami. Tymczasem nie dało się zrobić nic innego, jak tylko spokojnie siedzieć - Findlayson siedział więc spokojnie pod płaszczem nieprzemakalnym, aż korkowy kask, który miał na głowie, zmienił się w pulpę, a nogi zapadły mu się w błoto po kostki. Nie liczył czasu, bo upływ godzin wyznaczała rzeka, cal po calu, jard po jardzie, sunąc wzdłuż nabrzeży, a głodny i zdrętwiały inżynier słuchał łodzi trzeszczących pod naporem wody, głuchego dudnienia wokół filarów i setek innych dźwięków, które składały się na powodziową muzykę. Ociekający wodą służący przyniósł mu posiłek, lecz naczelny budowniczy nie mógł jeść; wydało mu się, że słyszy słaby gwizd lokomotywy na drugim brzegu, i uśmiechnął się. Upadek mostu sprawiłby jego asystentowi niemały ból, Hitchcock był jednak nadal młodym człowiekiem, który wielkie dzieło życia miał jeszcze przed sobą. Dla niego - Findlaysona - katastrofa oznaczała wszystko; wszystko, co nadawało wartość życiowym trudom. Jego koledzy po fachu powiedzieliby... Pamiętał komentarze i uwagi, którymi niby to pocieszał Lockharta, kiedy jego nowa sieć wodociągowa rozszczelniła się i pękła pośród stosów cegieł i błotnistej mazi, a Lockhart całkowicie podupadł na duchu i zmarł. Pamiętał też, co mówił, gdy cyklon zniszczył położony blisko morza most Sumao21, a najlepiej wryła mu się w pamięć naznaczona wstydem twarz biednego Hartoppa, gdy go zobaczył trzy tygodnie później. Most nad Gangesem był dwa razy większy od mostu Hartoppa, a część jego konstrukcji stanowiły wynalezione przez samego naczelnego inżyniera wiązary oraz nowy but filarowy - tak zwany śrubowany but filarowy Findlaysona. W jego zawodzie nie było usprawiedliwień. Władze mogłyby go wysłuchać, to niewykluczone, lecz koledzy po fachu będą oceniać most - to, że wytrzyma albo się zawali. Wyobraził go sobie dokładnie, płyta po płycie, przęsło po przęśle, cegła po cegle, filar po filarze, przywołując szczegóły, porównując, szacując i na nowo dokonując obliczeń w lękliwym poszukiwaniu błędów; mijały długie godziny, a szeregi wzorów matematycznych tańczyły i wirowały przed oczami inżyniera, i przyszedł zimny strach, który kłuł go w serce. Obliczenia są poprawne, ale kto wie, jak wygląda arytmetyka Matki Gangi? Nawet w tej chwili, kiedy Findlayson upewniał się na podstawie tabliczki mnożenia co do bezbłędności swoich kalkulacji, rzeka mogła żłobić dziurę w dnie wokół każdego z mierzących osiemdziesiąt stóp wysokości filarów, dźwigających jego zawodową reputację. Służący znowu przyniósł coś do jedzenia, lecz Findlaysonowi zaschło w ustach, mógł tylko pić, i zaraz wrócił w myślach do ułamków dziesiętnych. A woda wciąż przybierała. Peroo w ochronnym płaszczu pierwszego oficera kucnął u stóp przełożonego, co chwila przenosząc spojrzenie z oblicza szefa na oblicze rzeki, ale nie odzywał się ani słowem.

W końcu wstał i brnąc w błocie, ruszył w stronę miasteczka, nie zapomniał jednak zostawić jednego z podkomendnych, żeby pilnował łodzi.

Po chwili laskar wrócił, arogancko popychając kapłana swojej religii - otyłego starca z siwą brodą, którą wiatr chłostał rąbkiem przemoczonej szaty powiewającej aż za jego ramieniem. Świat jeszcze nie widział tak żałosnego guru.

- Na co nam ofiary, lampki naftowe i to suche ziarno, skoro potrafisz tylko siedzieć w kucki w błocie?! - krzyczał Peroo. - Długo rozmawiałeś z bogami, kiedy byli zadowoleni i dobrze nam życzyli. Teraz są rozgniewani. Pomów z nimi!

- Cóż znaczy człowiek w obliczu gniewu bogów? - zaskomlił kapłan, kuląc się od uderzenia wiatru. - Pozwól mi pójść do świątyni, tam się pomodlę.

- Módl się tu, świński synu! Nie dostaniemy nic w zamian za nasze solone ryby, curry i suszoną cebulę? Wołaj do nich głośno! Powiedz Matce Gandze, że mamy dosyć! Poproś, żeby się uspokoiła na noc. Ja nie potrafię się modlić, ale służyłem na statkach Kumpanii i kiedy załoga nie słuchała moich rozkazów, to... - Peroo zakończył zdanie, wywijając biczem ze stalowej linki, a kapłan wyrwał się i uciekł do miasteczka.

- Tłusty wieprz! - powiedział Peroo. - Po tym wszystkim, co dla niego zrobiliśmy! Kiedy woda opadnie, dopilnuję, żebyśmy dostali nowego guru. Sahibie Finlinson, zapada już zmrok, a ty od wczoraj nic nie jadłeś. Bądź mądry, sahibie. Nikt nie może myśleć tak intensywnie, będąc o pustym żołądku. Połóż się, sahibie. Rzeka zrobi to, co będzie chciała.

- To mój most. Nie mogę go opuścić.

- Czy zamierzasz podtrzymywać go własnymi rękami? - zapytał ze śmiechem Peroo. - Ja przed nadejściem powodzi bałem się o swoje łodzie i dźwigi nożycowe, ale teraz jesteśmy w ręku bogów. Nie zjesz niczego i nie położysz się, sahibie? Zażyj zatem to. Te grudki są mięsiste i zmieszane z pysznym sokiem palmowym, który łagodzi zmęczenie i przychodzącą po deszczu malarię. Sam nic więcej dziś nie jadłem.

Wyciągnął zza przemoczonej przepaski biodrowej niewielke blaszane pudełko po tytoniu i wcisnął je Findlaysonowi do ręki, mówiąc:

- Nie, proszę się nie lękać. To tylko opium... Czyste opium z Malwy22!

Findlayson wytrząsnął na dłoń dwie albo trzy ciemnobrązowe kulki i połknął je, niemal nie zdając sobie sprawy, co robi. Opium było przynajmniej dobrym środkiem przeciwmalarycznym - febra już pełzła ku nim z mokrego błota - poza tym naczelny inżynier widział już wcześniej, co potrafi robić Peroo w parujących mgłach jesieni dzięki sile czerpanej z jednej porcji tego przechowywanego w blaszanym pudełku narkotyku.

Laskar skinął głową, patrząc na szefa rozjarzonymi oczami.

- Za chwilę... Za chwilę sahib się przekona, że wraca mu jasność myśli. Ja też... - Peroo wsunął dłoń do pudełka, poprawił kaptur płaszcza na głowie i kucnął, by obserwować łodzie. Było zbyt ciemno i jego wzrok nie sięgał poza pierwszy filar, a noc wydawała się przydawać rzece nowych sił. Findlayson stał z głową opuszczoną na piersi i myślał. Był pewien problem związany z jednym filarem - siódmym - którego nie był w stanie rozwiązać w głowie. Liczby nie chciały się pojawiać w jego wyobraźni inaczej niż pojedynczo, i to w bardzo długich odstępach. Słyszał głęboki, aksamitny szum, przypominający najniższy dźwięk kontrabasu - urzekający odgłos, na którego tle rozmyślał, jak mu się wydawało, przez kilka godzin. Potem u jego boku przystanął Peroo i krzyknął, że cuma puściła, zerwały się łodzie do przewożenia kamieni i betonu. Findlayson zobaczył, jak jego flotylla otwiera się niczym wachlarz i rozpływa na boki z towarzyszeniem przeciągłego jęku lin, którymi łodzie przewiązano przez burty.

- Uderzyło w nie drzewo. Stracimy wszystkie! - zawołał Peroo. - Pękła główna cuma. Co sahib teraz zrobi?

Findlaysonowi przyszedł nagle do głowy niesłychanie skomplikowany plan. Zobaczył liny prowadzące od łodzi do łodzi pod kątem prostym i skośnie, każda z nich jak smuga białego ognia. Lecz znajdowała się wśród nich lina zwana przewodnią. Widział ją. I miał całkowitą matematyczną pewność, że jeśli ją zdoła pociągnąć, to rozproszona flotylla zbije się znów w grupę za wieżą strażniczą. Tylko dlaczego, zastanawiał się, Peroo tak rozpaczliwie uczepił się jego bioder, gdy ruszył spiesznie wzdłuż brzegu? Powinien odepchnąć laskara, łagodnie i powoli, bo musi ratować łodzie, i pokazać, jak łatwo jest w istocie rozwiązać problem, który wydawał się tak trudny. Po chwili - chociaż właściwie było to nieważne - rękę inżyniera smagnęła parząca jak błyskawica pleciona stalowa linka, wysoki brzeg zniknął, a wraz z nim wszystkie powoli rozwiewające się składowe problemu. Findlayson siedział w deszczowej ciemności - w kręcącej się niczym bąk łodzi, a nad nim stał Peroo.

- Zapomniałem - cedził słowa laskar - że na ludzi głodnych i nieprzywykłych opium działa silniej niż najmocniejsze wino. Ci, którzy giną w Matce Gandze, trafiają między bogów. Mimo to nie mam ochoty stawać przed tymi wielkimi istotami. Czy sahib umie pływać?

- A po co? Sahib umie fruwać... Tak szybko jak wiatr - padła ochrypła odpowiedź.

- Oszalał! - mruknął pod nosem Peroo. - I odepchnął mnie jak wiązkę krowich placków. Nie będzie nawet wiedział, że umiera. Żadna łódź nie wytrzyma tutaj choćby godziny, nawet jeśli o nic się nie rozbije. Niedobrze jest patrzeć na śmierć niezmąconym wzrokiem.

Ponownie pokrzepił się zawartością blaszanego pudełka i przykucnął na dziobie rozkołysanej łodzi z desek łączonych na czopy i włókno kokosowe, wpatrując się przez mgłę w stojącą za nią nicość. Findlaysona, naczelnego inżyniera, którego obowiązkiem był most, ogarnęło ciepłe poczucie senności. Ciężkie krople deszczu chłostały go tysiącem drobnych łaskotek, a ciężar czasu, który upłynął, odkąd stworzono czas, wisiał mu na powiekach. Uważał i czuł, że jest zupełnie bezpieczny, bo woda była tak lita, że z pewnością dałoby się na niej stanąć - na szeroko rozstawionych nogach, by zachować równowagę, to najważniejsze - a potem pozwolić ponieść się swobodnie i z wielką prędkością na brzeg. Inżynier wpadł jednak na jeszcze lepszy pomysł. Wystarczy wysiłek woli, a jego dusza poholuje za sobą ciało na brzeg, tak jak wiatr niesie kawałek papieru, by osadzić go na piasku leciutko niczym latawiec. A potem - łódka wirowała zawrotnie - przypuśćmy, że w jego oswobodzone ciało uderzy wichura... Czy wzniesie się jak latawiec i popędzi na złamanie karku na odległe piaski, czy w niekontrolowany sposób będzie przez całą wieczność miotany tu i tam? Findlayson złapał ręką za nadburcie, bo wydawało mu się, że zaraz wzleci w powietrze, a jeszcze nie sprecyzował wszystkich swoich zamiarów. Opium działa silniej na białych niż ciemnoskórych - Peroo zachowywał tylko przyjemną obojętność wobec tego, co mogło się wydarzyć.

- Ta łódź nie wytrzyma - stęknął. - Spoiny już puszczają. Gdyby była wiosłowa, moglibyśmy ją stąd wyprowadzić, ale dziurawy kadłub jest do niczego. Sahibie Finlinson, nabieramy wody.

- Accha! Odlatuję. Leć ze mną i ty.

Naczelny inżynier w wyobraźni już wyfrunął z łódki i krążył wysoko w powietrzu, szukając miejsca, gdzie mógłby usiąść23. Jego cielesna powłoka - było mu strasznie przykro, że jest aż tak bezradna - spoczywała na rufie, a wokół kolan bulgotała woda.

- Ależ to absurdalne! - powiedział do siebie z niedosiężnej wysokości. - To przecież... Findlayson... Kierownik budowy mostu Kaśi. Nieszczęśnik zaraz utonie. Utonie, chociaż jest blisko brzegu. A ja... już jestem na brzegu. Dlaczego moje ciało nie chce do mnie dołączyć?

Z niepomiernym obrzydzeniem stwierdził, że jego dusza znalazła się z powrotem w ciele, które szamocze się i krztusi w głębokiej wodzie. Ból ponownego spotkania duszy z ciałem był okrutny, lecz konieczny, ponieważ Findlayson musiał o nie walczyć. Uświadomił sobie, że jak szalony próbuje chwycić się mokrego piasku i fantastycznie ogromnymi krokami, niczym we śnie, stara się utrzymać równowagę w wirującej wodzie, aż wreszcie wyrwał się z uścisku rzeki i ciężko dysząc, upadł.

- Nie tej nocy - szepnął mu Peroo do ucha. - Strzegli nas bogowie. - Laskar kroczył ostrożnie, stąpając między zeschniętymi pniakami. - To wysepka, na której łońskiego roku zbierano indygo - ciągnął. - Nie znajdziemy tu ludzi, ale miej się na baczności, sahibie: powódź wyniosła na brzeg wszyskie węże ze stu mil naokoło. W ślad za wiatrem idzie błyskawica. Będziemy mogli się rozejrzeć, ale stąpaj uważnie.

Findlayson był jak najdalszy od strachu przed wężami i w ogóle teraz nie imały go się ludzkie emocje. Wytarłszy oczy z wody, odzyskał wyjątkową ostrość widzenia i ruszył przed siebie ogromnymi, jak mu się wydawało, zagarniającymi cały świat krokami. Gdzieś tam, u schyłku czasu, wybudował most, który łączył bezgraniczne powierzchnie lśniących mórz. Most ten został zabrany przez potop, który pod kopułą nieba pozostawił tylko tę wyspę dla Findlaysona i jego towarzysza, jedynych ocalałych z całego gatunku ludzkiego.

Nieustające, rozwidlone, niebieskie błyskawice pokazywały wszystko, co znajdowało się na tym kawałku ziemi pośród wysokiej wody: kępę ciernistych krzewów, kępę kołyszących się, trzeszczących bambusów, a także szary, sękaty figowiec - drzewo Bo ocieniające hinduistyczną kaplicę, na której kopule powiewał strzęp czerwonej flagi. Dla świętego męża było to kiedyś miejsce letniego wypoczynku, lecz już dawno je opuścił, a deszcze i słońce zniszczyły jego pomalowaną na czerwono boską podobiznę. Findlayson i Peroo - ociężali, z ciężkimi powiekami - potykali się wśród popiołów obudowanego cegłami paleniska, aż w końcu osunęli się na ziemię pod osłoną gałęzi; ulewa i rzeka ryczały unisono.

Kikuty indygowców trzeszczały im pod nogami, a wokół rozniósł się bydlęcy zapach, kiedy pod drzewo wsunął się olbrzymi, ociekający wodą bramiński byk24. W świetle błyskawic było widać znak trójzębu Śiwy na jego boku, arogancki łeb i zad, błyszczące niczym u jelenia oczy, czoło ukoronowane wieńcem z przemokniętych nagietków oraz jedwabiste, obwisłe podgardle, które wlokło się niemal po ziemi. Z tyłu słychać było inne zwierzęta nadchodzące przez gąszcz od strony rozlanej rzeki, odgłosy ciężkich kopyt i sapanie.

- Jest nas tu więcej - stwierdził z całkowitym spokojem Findlayson, wspierając głowę o pieniek i rozglądając się na boki przymrużonymi oczami.

- Rzeczywiście - odparł chrapliwie Peroo. - Tylko że tamci są wielcy.

- Co to za jedni? Nie widzę ich za dobrze.

- Bogowie. A któż by inny? Patrz!

- Ach, prawda! To niewątpliwie bogowie... Bogowie. - Findlayson uśmiechnął się, gdy głowa opadła mu na piersi. Peroo bezsprzecznie miał rację. Kto mógłby przetrwać potop, jeśli nie bogowie, którzy go zesłali; bogowie, do których co wieczór modliło się miasteczko robotników; bogowie, których pełne były usta wszystkich ludzi i wokół których skupiało się ich życie. Był tak urzeczony, że nie mógł nawet podnieść głowy ani kiwnąć palcem, a Peroo uśmiechał się obojętnie na widok błyskawic.

Byk przystanął pod kapliczką, opuszczając łeb niemal do samej ziemi. Zielona Papuga25 na drzewie muskała dziobem pióra mokrych skrzydeł i pokrzykiwała na przekór grzmotom, a wokół drzewa zaczął formować się krąg migotliwych cieni innych zwierząt. Za Bykiem podążał Czarny Kozioł26 - taki, jakiego Findlayson mógł widzieć w snach, w odległym życiu na ziemi - Kozioł o królewskim łbie, hebanowym grzbiecie, srebrzystym brzuchu i lśniących prostych rogach. Obok, wtykając nos w podszycie i niespokojnie siekąc ogonem martwą trawę, stąpała Tygrysica27 o zielonych oczach, krzaczastych brwiach, pełnym brzuchu i potężnych szczękach.

Byk kucnął przed kaplicą, a z mroku wyskoczyła monstrualna Szara Małpa28 i zwrócona do mężczyzn usiadła na miejscu zniszczonego posągu; krople deszczu spływały z sierści jej szyi i ramion jak klejnoty.

Poza kręgiem poruszały się inne cienie, wśród nich Pijany Człowiek29 wymachujący laską i butelką. Potem tuż znad ziemi rozległ się ochrypły krzyk.

- Powódź już słabnie! Woda opada z godziny na godzinę, a ich most wciąż stoi!

- Mój most - powiedział sam do siebie Findlayson. - Dziś to już z pewnością stara budowla. Co mają wspólnego bogowie z moim mostem?

Oczy naczelnego inżyniera skierowały się w ciemności tam, skąd dobiegł krzyk. Zgromadzonym zwierzętom ukazał się Krokodyl30 - tęponosy, czający się na płyciznach Krokodyl Gangesu - który wlókł się po ziemi, wściekle waląc ogonem na prawo i lewo.

- Ich konstrukcje są dla mnie za mocne. Przez całą noc udało mi się oderwać tylko garść desek. Ściany nadal stoją. Wieże stoją. Zakuli moją powódź w łańcuchy, a rzeka już nie jest wolna. O niebieskie istoty, zabierzcie ode mnie to jarzmo! Oddajcie mi czystą wodę od brzegu do brzegu! To mówię ja, Matka Ganga. Boska Sprawiedliwość! Wymierzcie w moje imię Boską Sprawiedliwość!

- Co ja powiedziałem? - szepnął Peroo. - Oto prawdziwy pańćajat, zebranie bogów. Teraz już wiemy, że poza mną i tobą, sahibie, zginął cały świat.

Papuga wrzasnęła i znów zatrzepotała skrzydłami, a Tygrysica położyła uszy na płask i groźnie warknęła.

Gdzieś w cieniu zakołysała się wielka trąba, wraz z nią lśniące kły31, a ciszę, która zapadła po warknięciu Tygrysicy, przerwał basowy gulgot.

- Jesteśmy tu - odezwał się niski głos. - My, Wielcy. Jedność w wielkiej mnogości. Jest z nami Śiwa, mój ojciec, razem z Indrą. Kali już przemówiła. Słucha nas także Hanuman.

- Most Kaśi pozostał tej nocy bez swojego kotwala32 - wykrzyknął Człowiek z Butelką, rzucając swój kij na ziemię, a cała wyspa rozbrzmiała wyciem psów gończych. - Oddajcie Gandze Boską Sprawiedliwość.

- Nic nie uczyniliście, kiedy ci ludzie zanieczyszczali moje wody - ryknął wielki Krokodyl. - Nie kiwnęliście palcem, gdy moją rzekę zamknięto między murami. Nie miałam żadnej pomocy, jedynie własną siłę, która mnie zawiodła... Siła Matki Gangi zawiodła... pod ich wieżami strażniczymi. Cóż mogłam uczynić? Próbowałam wszystkiego. Skończcie już z tym, o Istoty Niebieskie!

- Niosłem śmierć, wlokłem plamistą chorobę z jednej robotniczej chaty do drugiej, a jednak ludzie nie zaprzestali prac. - Przed szereg wystąpił, chromając, kulawy, krzywonogi, parchaty osioł33 o wyliniałej sierści i rozbitym nosie. - Miotałem na nich śmierć z nozdrzy, a jednak nie zaprzestali.

Peroo poruszyłby się, lecz ciążyło mu opium.

- Proszę! - odezwał się i splunął. - Oto i Śitala we własnej osobie. A także Mata: ospa. Czy sahib ma chusteczkę, żeby osłonić twarz?

- Prawie żadnej pomocy! Przez cały miesiąc karmili mnie trupami. Wyrzucałam je na swoje piaszczyste łachy, lecz oni wciąż pracowali. To demony i synowie demonów! A wy zostawiliście Matkę Gangę samą, aby szydził z niej ten ich ognisty powóz. Wymierzcie budowniczym mostu Boską Sprawiedliwość!

Byk, przeżuwając pokarm, odparł z wolna:

- Gdyby Boska Sprawiedliwość dosięgała wszystkich szydzących ze świętości, mielibyśmy w kraju wiele mrocznych ołtarzy, matko.

- To jest jednak coś więcej niż szyderstwo - rzekła Tygrysica, wysuwając rozcapierzoną łapę. - Wiesz o tym, Śiwo, i wy też, Istoty Niebieskie; wiecie, że ci ludzie splugawili Gangę. Niewątpliwie muszą stanąć przed Niszczycielem34. Niechaj osądzi ich Indra.

Kozioł nie poruszył się i odpowiedział pytaniem:

- Od jak dawna trwa to zło?

- Wedle ludzkiej rachuby czasu od trzech lat - odparł Krokodyl, który tymczasem mocno przywarł do ziemi.

- Czy Matka Ganga umrze, nim upłynie rok, że tak bardzo pożąda zemsty już teraz? Zaledwie wczoraj w jej korycie płynęło głębokie morze i jutro wedle boskiej rachuby tego, co ludzie nazywają czasem, znów pokryje ją woda. Czy którekolwiek z was mogłoby zapewnić, że most wytrzyma do jutra? - zapytał znowu Kozioł.

Zapadła cisza, a kiedy burza się uspokoiła, ponad ociekającymi wodą drzewami wzeszedł księżyc w pełni.

- A zatem osądź ich - rzekła ponuro Rzeka. - Opowiedziałam wam o swojej hańbie. Woda wciąż opada. Nie mogę zrobić nic więcej.

- Jeżeli o mnie chodzi - rozległ się głos siedzącej w kaplicy Wielkiej Małpy - to obserwowanie tych ludzi sprawia mi dużą przyjemność, pamiętam bowiem, że kiedy świat był młody, sam zbudowałem na nim wcale niemały most35.

- Mówi się też, Hanumanie, że ci ludzie stanowią niedobitki twojej armii36, i dlatego pomagałeś im w...

- Męczą się tak jak moje wojska w Sri Lance i wierzą, że ich trud się opłaci. Indra jest za wysoko, ale ty, Śiwo, wiesz, że cały kraj poprzetykany jest nićmi ich ognistych powozów.

- Tak, wiem - odparł Byk. - Ich bogowie powiedzieli im, jak je zbudować.

W zwierzęcym kręgu zabrzmiał śmiech.

- Ich bogowie! A cóż oni wiedzą? Przyszli na świat wczoraj, a ci, którzy ich stworzyli, dopiero co ostygli - zauważył Krokodyl. - Ich bogowie jutro umrą.

- Oho! - powiedział Peroo. - Matka Ganga dobrze mówi. Opowiadałem o tych sprawach księdzu sahibowi, który głosił Słowo Boże na "Mombasie", a on poprosił wtedy Burrę Maluma, by zakuł mnie w kajdany za niesłychaną bezczelność.

- Z pewnością jednak czynią te rzeczy, aby się przypodobać swoim bogom - odezwał się znowu Byk.

- Niezupełnie. - Słoń wytoczył się naprzód. - Czynią je dla zysku moich mahadżanów... Moich otyłych lichwiarzy, którzy składają mi cześć z każdym nowym rokiem, kiedy na okładkach ksiąg rachunkowych rysują mój wizerunek. A ja, zerkając im przez ramię w świetle lampy, widzę, że nazwiska w tych księgach należą do ludzi z dalekich stron. Bo ogniste powozy łączą wszystkie miasta, a pieniądze przychodzą i szybko odchodzą, i księgi rachunkowe stają się tak grube jak... ja. Ja zaś, który jestem Ganeśą Powodzenia, błogosławię mój lud.

- Zmienili oblicze tej ziemi... mojej ziemi. Zabijali i zbudowali na moich brzegach nowe miasta - rzekł Krokodyl.

- To tylko przesunięcie kupki prochu. Niech kupka prochu kopie w kupce prochu, skoro tak się kupce prochu podoba - odparł Słoń.

- A potem? - powiedziała Tygrysica. - Potem dopilnują, żeby Matka Ganga nie mogła pomścić żadnej zniewagi, najpierw odsuną się od niej, później po kolei od nas wszystkich. Wtedy, Ganeśo, pozostaniemy na koniec z nagimi ołtarzami.

Pijany Człowiek wstał chwiejnie i zaczął gwałtownie czkać.

- Kali kłamie. Moja siostra kłamie. A ten mój kij to także kotwal Kaśi, którym rachuję pielgrzymów. Kiedy przychodzi czas, by oddać cześć Bhajrawie37, a na to zawsze jest czas, ogniste powozy jadą jeden za drugim i każdy z nich wiezie tysiąc pielgrzymów. Nie przychodzą już pieszo, lecz toczą się na kołach, co stanowi dla mnie jeszcze większy zaszczyt.

- Gango, widziałem twój brzeg w Prajagradź38 czarny od pielgrzymów - rzekła Małpa, pochylając się naprzód. - Gdyby nie ten ich ognisty powóz, wędrowaliby wolniej i mniej licznie. Pamiętaj o tym.

- Zawsze do mnie przychodzą - ciągnął chrapliwie Bhajrawa. - Modlą się do mnie dniem i nocą, wszyscy Zwykli Ludzie na polach i drogach. Kto dzisiaj jest jak Bhajrawa? Co to za gadanina o zmianie wyznania? Czyżby mój kij kotwala z Kaśi do niczego się nie nadawał? Rachuje pielgrzymów i powiada, że nigdy nie było tylu ołtarzy co dziś, a zatem ogniste powozy im służą. Jestem Bhajrawa... Bhajrawa Zwykłych Ludzi i najważniejsza ze wszystkich Niebieskich Istot. Mój kij powiada także...

- Spokój, wy tam! - zadudnił Byk. - Szkoły oddają cześć mnie, a czynią bardzo mądrze, pytając, czy jestem jeden, czy raczej w wielu osobach, co raduje mój lud, wy zaś wiecie, kim jestem. Kali, małżonko moja, ty również wiesz.

- Owszem - odrzekła Tygrysica, pochylając łeb.

- Jestem też większy niż Ganga. Albowiem macie świadomość, kto poruszył umysły ludzi i kazał im uznać Gangę za rzekę świętą. Ten, kto umrze w wodzie (wiecie, tak mówią ludzie), przychodzi do nas bez kary, a Ganga zdaje sobie sprawę, że ognisty powóz przywiózł na jej brzegi całe chmary gorliwych pielgrzymów. Kali też wie, że swoje największe święta wyprawiała z udziałem pielgrzymów przywożonych ognistym powozem. Kto w ciągu jednego dnia i jednej nocy powalił w Puri, pod jej wizerunkiem, tysiące wiernych i przywiązał chorobę do kół ognistych powozów, tak że przeniosła się na cały kraj? Kto, jeśli nie Kali? Lecz zanim nastały ogniste powozy, trzeba się było natrudzić, by rozprzestrzenić zarazę. Ogniste powozy dobrze ci się zatem przysłużyły, Matko Śmierci. Teraz przemawiam jednak w imieniu swoich ołtarzy, już nie jako Bhajrawa Zwykłych Ludzi, ale jako Śiwa. Ludzie podróżują tam i tu, wymyślają nowe słowa i opowiadają o dziwnych bogach, a ja tego słucham. W moich szkołach i uczelniach jedna wiara przychodzi po drugiej, lecz nie ma we mnie złości, albowiem gdy już wszystko zostaje powiedziane i nowa gadanina dobiega końca, ludzie wracają do Śiwy.

- Prawda. To prawda - mruknął Hanuman. - Ludzie wracają do Śiwy oraz innych bogów, Matko. Ja wlokę się od świątyni do świątyni na północy, gdzie czczą jednego Boga i jego Proroka, i moja podobizna stoi teraz osamotniona w ich kaplicach.

- Żadnej wdzięczności - stwierdził Kozioł, powoli odwracając łeb. - Ja jestem tym Jednym Bogiem i jego Prorokiem.

- To nic nie zmienia, ojcze - odparł Hanuman. - A na południe podążam jako najstarszy z bogów znanych ludziom i dzisiaj dotykam już świątyń Nowej Wiary39 oraz Kobiety, o której wiemy, że ma dwanaście ramion, choć nazywają ją Marią.

- Żadnej wdzięczności, bracie - stwierdziła Tygrysica. - Ja jestem tą kobietą.

- To nic nie zmienia, siostro. Podążam też na zachód pośród ognistych powozów i pod wieloma postaciami objawiam się budowniczym mostów, a oni dzięki mnie zmieniają swoją wiarę i stają się bardzo mądrzy. Ho, ho! Zaprawdę, jam jest budowniczym mostów... Mostów łączących to i tamto, a każdy most niewątpliwie prowadzi do nas. Raduj się, Gango. Ani ci ludzie, ani idący za nimi nie szydzą z ciebie.

- Czy zatem zostałam sama, o Istoty Niebieskie? Czy mam złagodzić powódź, by nie zabrać im ich umocnień? Czy Indra osuszy moje źródła w górach i każe mi pokornie pełzać między zbudowanymi przez ludzi nabrzeżami? Czy mam zagrzebać się w piasku, żeby ich nie urazić?

- A wszystko to z powodu tych cienkich żelaznych prętów, po których jeżdżą ogniste powozy. Zaprawdę, Matka Ganga jest wiecznie młoda! - oświadczył słoń Ganeśa. - Głupiej nie mówiło nigdy żadne dziecko. Niech kupka prochu kopie sobie w prochu, zanim do prochu powróci. Ja wiem tyle, że mój lud się wzbogaca i mnie wychwala. Śiwa powiada, że ludzie kształceni w szkołach i uczelniach niczego nie zapominają. Bhajrawa jest zadowolony ze swojego tłumu Zwykłych Ludzi, a Hanuman się śmieje.

- Oczywiście, że tak - odrzekła Małpa. - Mam niewiele ołtarzy w porównaniu z ołtarzami Ganeśi czy Bhajrawy, ale ogniste powozy przywożą mi nowych wyznawców zza Czarnej Wody. Ludzi wierzących, że ich Bóg jest cierpieniem. Biegnę przed nimi, przyzywając ich do siebie, a oni podążają za Hanumanem.

- A zatem daj im cierpienie, którego tak pragną - powiedziała Rzeka. - Przerzuć żelazne pręty przez moje rozlane wody, a potem zalej most. Kiedyś w Sri Lance byłeś silny, Hanumanie. Schyl się więc i podnieś moje koryto.

- Ten, kto daje życie, może je odebrać. - Małpa zaczęła rysować długim palcem w błocie. - A przecież kto zyskałby na zabijaniu? Wielu by zginęło.

Z wody dobiegł strzęp piosenki miłosnej, którą śpiewają chłopcy pilnujący bydła w upalne wiosenne południe. Papuga krzyczała radośnie, przesuwając się na gałęzi z opuszczonym łebkiem, w miarę jak śpiew narastał, a potem w plamie jasnego światła księżyca stanął młody pasterz, ukochany Gopich40, bożyszcze śniących dziewic i matek oczekujących narodzin dzieci - Kryszna Uwielbiany. Pochylił się, by spiąć swoje długie mokre włosy, a Papuga z trzepotem sfrunęła mu na ramię.

- Tylko biegasz i śpiewasz, biegasz i śpiewasz - czknął Bhajrawa. - Dlatego spóźniłeś się na zebranie, bracie.

- A co potem? - zaśmiał się Kryszna, odrzucając głowę w tył. - Niewiele możecie tu zdziałać beze mnie albo Kamy41. - Pogłaskał Papugę i znowu się roześmiał. - Co to za spotkanie i rozmowy? Słyszałem, jak Matka Ganga ryczy w ciemności, dlatego przyszedłem szybko, choć leżałem w ciepłej chacie. A co uczyniliście Kamie, że jest taki mokry i milczący? I co tutaj robi Matka Ganga? Czy niebiosa są pełne, że musicie się taplać w błocie jak zwierzęta? Kamo, co oni robią?

- Ganga modliła się o zemstę nad budowniczymi mostów, a Kali ją wspiera. Teraz prosi Hanumana, żeby pochłonął most, aby jej chwała była wielka - zawołała Papuga. - Czekałam tu, pewna, że nadejdziesz, mój panie!

- A Istoty Niebieskie nic na to nie rzekły? Czyżby zagadały je Ganga i Matka Żalu? Czy nikt nie przemawiał za moim ludem?

- Nie - odparł zakłopotany Ganeśa, przestępując z nogi na nogę. - Ja powiedziałem, że to tylko zabawy kupek prochu, i zapytałem, po co je rozdeptywać.

- A ja wyraziłem zadowolenie, że pozwalamy im się męczyć... Duże zadowolenie - rzekł Hanuman.

- Cóż ja mam wspólnego z gniewem Gangi? - spytał Byk.

- Jestem Bhajrawą Zwykłych Ludzi, a ten kij to kotwal Kaśi. Przemawiałem w imieniu Zwykłych Ludzi.

- Ty? - zabłysnęły oczy młodego boga.

- Czyż dziś nie ja jestem pierwszym z bogów na ich ustach? - odparował niezlękniony Bhajrawa. - Dla dobra Zwykłych Ludzi powiedziałem... Bardzo dużo mądrych rzeczy, które już mi wyleciały z głowy, ale ten mój kij...

Kryszna odwrócił się zniecierpliwiony. U swoich stóp zobaczył Krokodyla; przyklęknął i objął go ramieniem za zimną szyję.

- Matko - rzekł łagodnie - wracaj do swojej powodzi. Ta sprawa nie powinna cię kłopotać. Jakiego uszczerbku może doznać twój honor ze strony owych żywych kupek prochu? Rok po roku dawałaś im nowe pola, które czerpią siłę z twoich wylewów. A na końcu wszyscy do ciebie wracają. Po co ich teraz zgładzać? Miej litość, Matko, chociaż przez krótki czas... Tylko przez krótki czas.

- Jeżeli tylko przez krótki czas... - zaczęło powolne zwierzę.

- Czyż oni są bogami? - odpowiedział ze śmiechem Kryszna, spoglądając w mętne oczy Rzeki. - Bądź pewna, że na krótko. Niebieskie Istoty wysłuchały cię i wkrótce sprawiedliwości stanie się zadość. A teraz wracaj, Matko, do powodzi. Na powierzchni jest gęsto od ludzi i bydła... zapadają się brzegi... a wioski i miasteczka za twoją przyczyną zabiera woda.

- Ale most... Most stoi. - Kiedy Kryszna wstał, Krokodyl zawrócił w podszycie.

- To koniec - rzuciła wściekle Tygrysica. - Nie ma już sprawiedliwości wśród Niebieskich Istot. Zhańbiłeś Gangę i zadrwiłeś z niej, choć prosiła najwyżej o kilkadziesiąt istnień ludzkich.

- O życie moich ludzi... Którzy leżą tam, w miasteczku, pod dachami z liści... O życie młodych dziewcząt i młodych chłopców, śpiewających im w ciemności... O życie dziecka, które urodzi się jutrzejszego ranka... O życie tych, których poczęto dziś wieczorem - odparł Kryszna. - A jeśli to się dokona, jaka przyjdzie z tego korzyść? Dzień jutrzejszy zastanie ich przy pracy. Tak, nawet gdybyście zmietli ten most od krańca do krańca, ludzie zaczną go budować od nowa. Wysłuchajcie mnie! Bhajrawa jest wiecznie pijany. A Hanuman szydzi ze swojego ludu, podsuwając mu wciąż nowe zagadki.

- Są jednak bardzo stare - odparła ze śmiechem Małpa.

- Śiwa słucha tego, co mówią uczelnie i szkoły, i marzeń świętych mężów. Ganeśa myśli tylko o swoich otyłych handlarzach, ale ja... Ja żyję z tymi ludźmi i pośród nich, a że nie proszę o dary, dostaję je co godzina.

- I bardzo się o nich troszczysz - rzekła Tygrysica.

- Albowiem są moi. Stare kobiety śnią o mnie, przewracając się w nocy na drugi bok. Dziewice rozglądają się i nasłuchują, czy nie nadchodzę, kiedy idą do rzeki napełnić lota42. Mijam młodych mężczyzn, czekających za bramami o zmierzchu, i przez ramię wołam do siwobrodych. Wiecie, Niebieskie Istoty, że tylko ja jeden z nas nadal wędruję po ziemi i nie mam żadnej przyjemności w naszym niebie, jeżeli nie zakiełkuje tutaj zielone źdźbło, a tam nie odezwą się o brzasku dwa głosy wśród gotowych już do zbioru plonów. Jesteście mądrzy, ale żyjecie daleko i zapominacie, skąd przyszliście. Ja nie. Powiadacie, że ogniste powozy zapełniają wasze świątynie ludźmi? I że przywożą tysiąc pielgrzymów tam, gdzie w dawnych czasach przybywało dziesięciu? Prawda. Dziś to jest prawda.

- Jednak ci ludzie jutro umrą, bracie - odezwał się Ganeśa.

- Spokojnie! - rzekł Byk, gdy Hanuman znów się pochylił do przodu. - A jutro, Uwielbiany? Co z jutrem?

- Tylko tyle: nowe słowo przejdzie z ust do ust wśród Zwykłych Ludzi. Słowo, którego nie może posiąść człowiek ani bóg, złe słowo, małe, leniwe słowo pośród Zwykłych Ludzi, mówiące (a nikt nie wie, kto je wprawił w ruch), że ludzie są wami zmęczeni, o Niebieskie Istoty.

Bogowie roześmiali się chóralnie i cicho.

- A potem, Uwielbiany? - zapytali.

- Najpierw, żeby ukryć to zmęczenie, oni, mój lud, przyniosą ci, Śiwo, i tobie, Ganeśo, większe ofiary i głośniejsze modły. Lecz słowo poszło już za granicę i ludzie po pewnym czasie zaczną płacić twoim tłustym braminom mniejsze daniny. Potem zapomną o twoich ołtarzach, tak powoli, że żaden człowiek nie będzie w stanie powiedzieć, kiedy się zaczęła owa niepamięć.

- Wiedziałam! Wiedziałam! Mówiłam to samo, ale nie chcieli mnie słuchać - oświadczyła Tygrysica. - Powinniśmy byli ich zgładzić! Powinniśmy byli ich zgładzić.

- Teraz już za późno. Powinniście byli ich zgładzić na początku, kiedy ludzie zza wody nie zdążyli jeszcze niczego nauczyć naszych wyznawców. Teraz moi ludzie widzą ich dzieło i odchodzą w zamyśleniu. Nie myślą jednak o Niebieskich Istotach. Myślą o ognistym powozie i o innych rzeczach, które zrobili budowniczowie mostów, a kiedy wasi kapłani wyciągają ręce po jałmużnę, dają im niewiele i niechętnie. Taki jest początek, najpierw pośród dwóch ludzi, potem pięciu lub dziesięciu. Albowiem ja, który wędruję między moim ludem, wiem, co się kryje w jego sercu.

- A koniec, Błaźnie Bogów43? Jaki będzie koniec? - spytał Ganeśa.

- Koniec będzie taki jak początek, o gnuśny synu Śiwy! Płomień zgaśnie na ołtarzu, modlitwa zaś na języku, aż wreszcie staniecie się znowu małymi bóstwami... Bóstwami dżungli, imionami, które łowcy psów44 i nędzarze polujący na szczury szepczą w gęstwinie i wśród jaskiń. Miernymi bogami, pomniejszymi bóstwami drzew i wioskowymi totemami, jak na początku. To koniec, Ganeśo, dla ciebie i Bhajrawy... Bhajrawy Zwykłych Ludzi.

- Do tego jeszcze bardzo daleko - stęknął Bhajrawa. - A poza tym to kłamstwo.

- Wiele kobiet całowało Krysznę. Mówiły mu o tym, by pocieszyć swe serca, gdy zaczynały siwieć, a on przekazał tę opowieść nam - stwierdził pod nosem Byk.

- Przyszli ich bogowie, a my ich zmieniliśmy. Ja wziąłem Kobietę i nadałem jej dwanaście ramion. Tak samo przemienimy wszystkich ich bogów - rzekł Hanuman.

- Ich bogów! To nie jest kwestia ich bogów... jednego czy trzech... mężczyzny czy kobiety. Sprawa dotyczy ludzi. To oni się zmieniają, nie bogowie budowniczych mostów - odpowiedział Kryszna.

- Więc niech tak będzie. Skłoniłem ludzi, by czcili ognisty powóz, kiedy stał, dysząc ogniem, oni zaś nie wiedzieli, że oddają cześć mnie - odezwał się bóg-małpa. - Ludzie tylko trochę zmienią imiona swych bogów. Poprowadzę budowniczych mostów jak za dawnych czasów. Śiwa będzie czczony w szkołach i uczelniach przez tych, którzy wątpią i gardzą bliźnimi. Ganeśa dostanie mahadżanów, a Bhajrawa poganiaczy osłów, pielgrzymów i sprzedawców zabawek. O Uwielbiany, ludzie nie zrobią nic więcej poza tym, że zmienią imiona bogów, co widzieliśmy już tysiąc razy.

- Z pewnością nie zrobią nic więcej, tylko zmienią imiona - powtórzył jak echo Ganeśa, ale wśród bogów zapanowało nerwowe poruszenie.

- Zmienią jednak coś więcej niż imiona. Mnie nie mogą zabić tak długo, jak będą się spotykać dziewica i mężczyzna, tak długo, jak wiosna będzie przychodzić po zimowych deszczach. Niebieskie Istoty, nie na darmo wędruję po tej ziemi. Mój lud nie wie, co wie, ale ja, który z nimi żyję, czytam w ich sercach. Wielcy Królowie, początek końca już nastał. Ogniste powozy wykrzykują imiona nowych bogów, które nie są starymi imionami pod maską nowych. Pijcie więc odtąd i jedzcie jak najwięcej! Skąpcie swe oblicze w dymie ołtarzy, nim ostygną! Pobierajcie daniny i słuchajcie dźwięku cymbałów i bębnów, Niebieskie Istoty, dopóki istnieją jeszcze kwiaty i pieśni. Wedle ludzkiej rachuby czasu koniec jest wciąż daleki, ale my, mędrcy, uważamy, że nastał już dziś. Oto moje słowo.

Młody bóg urwał, a jego bracia długo spoglądali po sobie w milczeniu.

- Nigdy czegoś takiego nie słyszałem - szepnął Peroo do ucha swojemu towarzyszowi. - Chociaż czasami, kiedy olejowałem mosiężne i miedziane części maszynowni statku "Gurkha", zastanawiałem się, czy nasi kapłani rzeczywiście są aż tacy mądrzy... Tacy mądrzy. Nadchodzi dzień, sahibie. Gdy nastanie ranek, bogów już nie będzie.

Na niebie coraz szerzej rozlewało się żółte światło, a odcień rzeki się zmienił, gdy odeszła ciemność.

Słoń nagle zatrąbił głośno, jak gdyby dźgnął go człowiek.

- Niech sprawę osądzi Indra. Ojcze wszystkiego, przemów! Co powiesz o tym wszystkim? Czy Kryszna kłamał? Czy raczej...

- Znacie tę zagadkę - rzekł Kozioł, dźwigając się na nogi. - Znacie Zagadkę Bogów. Gdy Brahma przestaje śnić, Niebiosa, Piekło i Ziemia znikają. Cieszcie się. Brahma wciąż śni45. Sny przychodzą i odchodzą, ich natura się zmienia, lecz Brahma nadal śni. Kryszna za długo wędrował po Ziemi, a przecież za tę opowieść, którą nam przedstawił, kocham go jeszcze bardziej. Bogowie zmieniają się, o Uwielbiani... Wszyscy z wyjątkiem Jednego!

- Tak, wszyscy z wyjątkiem jednego, który rodzi miłość w ludzkich sercach - powiedział Kryszna, zawiązując pas. - Nie trzeba będzie długo czekać, a wtedy przekonacie się, czy kłamię.

- To prawda, nie trzeba długo czekać, jak powiadasz, i wszyscy się przekonamy. Wracajcie do swoich chat, o Uwielbiani, i bawcie się z młodymi, bo Brahma ciągle śni. Idźcie, moje dzieci! Brahma śpi... a póki się nie zbudzi, bogowie nie umrą.

***

- Gdzież oni się podziali? - zapytał laskar, lekko dygocząc z zimna.

- Jeden Bóg wie! - odparł Findlayson. Rzeka i wyspa stały teraz w pełnym świetle dnia, a wilgotna ziemia pod figowcem nie była ubita i nie widniały na niej ślady kopyt. Tylko papuga skrzeczała na gałęziach, rozrzucając wokoło krople wody, gdy trzepotała skrzydłami.

- Wstawajmy! Skostnieliśmy z zimna! Czy opium przestało działać? Możesz się ruszyć, sahibie?

Findlayson z trudem dźwignął się na nogi i otrząsnął. Kręciło mu się w obolałej głowie, lecz opiumowe odurzenie minęło, i zanurzywszy czoło w rozlewisku, naczelny inżynier budowy mostu Kaśi zastanawiał się, jak trafił na tę wyspę, jakie są szanse na powrót, a przede wszystkim jak ma się jego dzieło.

- Prawie nic nie pamiętam, Peroo. Byłem pod wieżą strażniczą i patrzyłem na rzekę, a potem... Czy zabrała nas powódź?

- Nie. Zerwały się łodzie, sahibie, i... - skoro sahib zapomniał o opium, Peroo na pewno nie będzie mu o nim przypominał - ...kiedy próbowałeś je przywiązać, wydało mi się, chociaż było ciemno, że uderzyła cię lina i wepchnęła na łódź. Zważywszy, że to my dwaj z pomocą sahiba Hitchcocka zbudowaliśmy most, ja również wszedłem na łódź, która płynęła, jak gdyby podskakując na grzbiecie martwego konia, uderzyła w dziób tej wyspy i pękła, i tak znaleźliśmy się na brzegu. Krzyczałem bardzo głośno, gdy fala zabierała łódź z nabrzeża, więc sahib Hitchcock na pewno po nas przypłynie. A co do mostu, przy jego budowie zginęło już tak wielu, że nie może się zawalić.

Po burzy przyszło wściekłe słońce, które wyciągnęło całą woń mokrej ziemi, i w tym jasnym świetle człowiekowi brakowało miejsca, by myśleć o snach z ciemności. Findlayson wpatrywał się w górę rzeki ponad oślepiającym blaskiem płynącej wody, aż rozbolały go oczy. Nie było widać brzegów Gangesu, a co dopiero mostu.

- Spłynęliśmy daleko - powiedział. - To cud, że nie utonęliśmy sto razy.

- To jest najmniejszy cud, bo żaden człowiek nie umiera przed wyznaczonym mu czasem. Widziałem Sydney, widziałem Londyn i dwadzieścia innych wielkich portów, lecz żaden człowiek nie widział tego, co my tutaj. - Peroo popatrzył na przemoczoną, wyblakłą kapliczkę pod figowcem.

- Co?

- Czy sahib wszystko zapomniał, czy jednak tylko my, czarni, widujemy bogów?

- Dopadła mnie gorączka. - Findlayson wciąż patrzył niespokojnie na wodę. - Wydawało mi się, że na wyspie jest pełno dzikich zwierząt i ludzi i że zwierzęta i ludzie rozmawiają ze sobą, ale nic nie pamiętam. Myślę, że teraz w tej wodzie mogłaby ożyć nawet łódka.

- Oho! A zatem to prawda. "Gdy Brahma przestaje śnić, bogowie umierają". Teraz rozumiem, co to znaczy. Coś podobnego powiedział mi kiedyś guru, ale wtedy go nie zrozumiałem. Dzisiaj jestem mądry.

- Co? - rzucił znów Findlayson przez ramię.

Peroo ciągnął dalej, jak gdyby mówił do siebie.

- Sześć... siedem monsunów temu pełniłem wachtę na dziobie "Rewy"... ogromnego statku Kumpanii... i przyszedł wielki tufan46. Waliły w nas zielone i czarne wody, mocno trzymałem się lin, ale krztusiłem się, gdy zalewało nas morze. Pomyślałem o bogach. O tych, których widzieliśmy dzisiaj w nocy... - laskar patrzył z zaciekawieniem w plecy Findlaysona, lecz biały człowiek wciąż przyglądał się powodziowej rzece. - Tak, powiadam, tych, których widzieliśmy tej nocy, i wezwałem ich, by mnie ratowali. Modląc się, trzymałem ciągle wachtę. Przyszła ogromna fala, która rzuciła mnie na pierścień wielkiej czarnej kotwicy, statek podnosił się coraz wyżej i przechylał na lewą burtę, potem woda odeszła nam spod dziobu, a ja leżałem na brzuchu, trzymając się pierścienia i patrząc w głębokie otchłanie. I wówczas, w obliczu śmierci, pomyślałem: "Jeżeli puszczę ten pierścień, zginę, a wtedy ani "Rewah", ani moje miejsce przy kambuzie, gdzie gotuje się ryż, ani Bombaj, ani Kalkuta, ani nawet Londyn nie będą już dla mnie. Skąd mogę mieć pewność, że bogowie, do których się modlę, zechcą mnie wysłuchać?". Gdy ta myśl przebiegła mi przez głowę, dziób "Rewy" opadł niby młot, a wtedy zalało mnie morze i przeciągnęło z powrotem wzdłuż forkasztelu, na sam jego koniec, i bardzo mocno stłukłem sobie goleń o małe urządzenie do pompowania wody, nie zginąłem jednak i ujrzałem bogów. Są dobrzy dla żywych, ale i dla umarłych... Przemawiali sami, z własnej woli. Dlatego gdy wrócę do naszego miasteczka, zbiję tego guru, bo mówi zagadkami, które wcale zagadkami nie są. Kiedy Brahma przestaje śnić, bogowie odchodzą.

- Popatrz w górę rzeki. Oślepiające światło. Czy tam się wzbija dym?

Peroo osłonił oczy dłonią.

- To mądry i bystry człowiek. Sahib Hitchcock nie zaufałby łodzi wiosłowej. Pożyczył parową łódź motorową od sahiba Rao47 i płynie nas szukać. Zawsze powtarzałem, że powinniśmy mieć do dyspozycji taką jednostkę podczas robót przy moście.

Ziemie Rao, króla Baraonu48, leżały w odległości dziesięciu mil od mostu. Findlayson i Hitchcock znaczną część swych rzadkich wolnych chwil spędzali na grze w bilard i polowaniu na antylopy indyjskie w towarzystwie młodego władcy. Przez pięć albo sześć lat opiekował się nim gustujący w łowiectwie angielski guwerner, a teraz król iście po królewsku trwonił pieniądze, które w okresie jego małoletności zgromadził indyjski rząd. Parowa łódź o posrebrzanych relingach, pasiastej markizie z jedwabiu i mahoniowym pokładzie była nową zabawką radży i strasznie przeszkadzała Findlaysonowi w pracy, gdy Rao przypłynął kiedyś obejrzeć budowę.

- To wyjątkowe szczęście - mruknął naczelny inżynier, chociaż bał się wszelkich nowin na temat mostu.

Jasny, biało-niebieski trójkąt nadpływał szybko w dół rzeki. Na dziobie stał niezwykle blady Hitchcock, lornetując okolicę. Peroo zawołał do niego i łódź skierowała się ku dalszemu brzegowi wyspy. Sahib Rao w tweedowym stroju myśliwskim i siedmiozwojowym turbanie machnął królewską ręką, a Hitchcock krzyknął. Nie musiał jednak o nic pytać, bo Findlayson w pierwszej kolejności chciał wiedzieć, co z mostem.

- Wszystko dobrze! Na Boga, nie spodziewałem się, że jeszcze cię kiedyś zobaczę, Findlayson. Zniosło cię aż siedem kossów49 w dół rzeki. Tak... nie odpadł ani jeden kamień. Ale jak się czujesz? Pożyczyłem łódź od sahiba Rao, który był tak uprzejmy, że przypłynął ze mną. Wskakuj na pokład.

- Ach, Finlinson, masz się wybornie, czy tak? To, co wydarzyło się wczoraj wieczorem, to katastrofa chyba bez precedensu. Dosięgła nawet mojego królewskiego pałacu, który przecieka jak diabli, i w całym kraju będzie krucho z plonami. Wycofaj teraz łódź, Hitchcock. Ja... nie znam się na silnikach parowych. Jesteś mokry? Zimno ci, Finlinson? Przywiozłem jakieś jedzenie i zaraz dostaniesz też coś dobrego do picia.

- Jestem ci nieskończenie wdzięczny, sahibie Rao. Uratowałeś mi życie. Jak Hitchcock...

- Oho! Włosy mu stanęły dęba ze strachu. Przybył w środku nocy i zbudził mnie, gdyż znajdowałem się w objęciach Morfeusza. Naprawdę się przestraszyłem, więc przypłynąłem wraz z nim. Mój wielki kapłan jest bardzo zagniewany. Popłyniemy szybko, panie Hitchcock. O dwunastej czterdzieści pięć mam się stawić w naszej stanowej świątyni, gdzie poświęcimy jakiegoś nowego bałwana. Gdyby nie to, zaprosiłbym cię, żebyś spędził dzień u mnie. Ceremonie religijne to cholerna nuda, nieprawdaż, Finlinson?

Dobrze znany całej załodze Peroo przejął inkrustowany ster i sprawnie pokierował łodzią w górę rzeki. Oczami wyobraźni widział jednak, jak macha częściowo rozplecioną stalową linką o długości dwóch stóp - a plecy, które nią chłostał, należały do jego guru.

1 Companion of the Most Eminent Order of the Indian Empire (CIE) - odznaczenie ustanowione przez królową Wiktorię w 1878 roku (przypisy tłumacza).

2 Companion of the Most Exalted Order of the Star of India (CSI) - odznaczenie ustanowione przez królową Wiktorię w 1861 roku, uznawane za wyższe od CIE.

3 Nazwa fikcyjna, za którą kryje się most Malviyi (pierwotnie most Dufferina), otwarty w 1887 roku.

4 Aluzja do Księgi Rodzaju 1,31.

5 Tak nazywano uczelnię Royal Indian Engineering College of Civil, położoną w pobliżu Englefield Green w Surrey (zamkniętą w roku 1906), gdzie w trakcie trzyletnich studiów szkolono inżynierów do pracy w Indiach, Burmie i Sudanie. Jej absolwenci cieszyli się dobrą opinią.

6 Nadmorski lud indyjski ze stanu Gudźarat.

7 Dzisiejszy Valsad - miasto w okręgu Surat w Gudźaracie.

8 Miasto w Queensland na wschodnim wybrzeżu Australii.

9 Miasto nad zatoką Kutch, dwieście pięćdziesiąt mil na północ od Bulsaru.

10 Chodzi o British India Steam Navigation Company. Peroo zniekształca w wymowie ostatni człon tej nazwy.

11 Chota Sahib (hind.) - Mały Pan. Dużym Panem (Burra Sahib) Peroo nazywa szefa, Findlaysona.

12 RMS "Quetta", statek należący do British India Steam Navigation Company, zatonął 28 lutego 1890 roku u wybrzeży Australii wskutek zderzenia z podwodną skałą. Zginęły sto trzydzieści cztery z dwustu dziewięćdziesięciu dwóch osób na pokładzie.

13 Prawdopodobnie neologizm oznaczający "człowieka-pawiana" albo po prostu głupca.

14 Tuticorin - ważny port na południowym krańcu południowoindyjskiej linii kolejowej (South Indian Railway) w stanie Tamilnadu.

15 Poojah (hind.) - hołd, cześć.

16 Tar (hind.) - telegram, depesza.

17 Ramganga - dopływ Gangesu.

18 Ghaut, Lataoli - miasteczka nad Gangesem, w jego górnym biegu.

19 Duży kanał łączący miasta Delhi i Kanpur.

20 McCartney zapewne służył kiedyś w angielskiej kawalerii i umie zagrać tylko sygnał "do stajni".

21 Być może chodzi o most Sunam, który znajdował się na trasie dawnej South Indian Railway.

22 Region historyczny i płaskowyż w Indiach na pograniczu Radźputany i Madhja Pradeś.

23 Por. Księga Rodzaju 8,9: "Gołębica, nie znalazłszy miejsca, gdzie by mogła usiąść, wróciła do arki, bo jeszcze była woda na całej powierzchni ziemi" (nieoznaczone cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia, wyd. IV).

24 Manifestacja Śiwy.

25 Jeden z symboli Kriszny, czczony jako wcielenie Wisznu.

26 Symbol Indry, jednego z najstarszych bóstw indyjskich, podporządkowanego później wielkiej triadzie (Brahma, Wisznu, Śiwa).

27 Zwierzę, na którym jeździ bogini Kali, towarzyszka życia Śiwy. U Kiplinga Tygrysica wydaje się wcieleniem Kali, jej manifestacją.

28 Hanuman, bóg-małpa, należący do najstarszych bóstw indyjskich, jeden z bohaterów Ramajany.

29 Wcielenie boga-małpy; tu jednak, jak wynika z dalszej części opowiadania, wcielenie boga Bhajrawy.

30 Wcielenie ducha wielkiej rzeki Ganges, czyli Matki Gangi.

31 Trąba i kły należą do słonia Ganeśi, boga mądrości i dowódcy wojsk pomniejszych bóstw indyjskich. Ganeśa jest także czczony przez księgowych, lichwiarzy i bankierów.

32 W dawnych Indiach dowódca fortu albo dzielnicy miasta; strażnik.

33 Fizyczna postać bogini Śitawy, jednej z dziesięciu manifestacji Kali, osioł zwany Mata; w Indiach wierzono, że osły roznoszą ospę, zwierzęta te traktowano więc wyjątkowo brutalnie i okrutnie.

34 Czyli przed Śiwą.

35 Być może chodzi o most nad cieśniną Palk, a także o aluzję do teorii Darwina.

36 Hindusi często porównywali Brytyjczyków do małp; istnieje także legenda o pochodzeniu Brytyjczyków od Hanumana i jednej z jego służących.

37 Bhajrawa - jedna z ważniejszych i straszniejszych manifestacji Śiwy, czarny mężczyzna przedstawiany w fartuchu z ludzkich kości.

38 Miasto (i okręg) w stanie Uttar Pradeś, gdzie Ganges łączy się z rzeką Jamuną.

39 Czyli chrześcijaństwa.

40 Gopi - mleczarki, dojarki.

41 U Kiplinga niepoprawnie "Karmy" ("karma" jest filozoficznym pojęciem hinduistycznym i buddyjskim); Kama to bóg miłości, mąż Rati, bogini rozkoszy. Papuga jest jego świętym ptakiem i symbolem.

42 Lota (hind.) - naczynia, garnki, dzbany.

43 Komentarze angielskie wskazują, że chodzi o Bhajrawę, ale kontekst temu przeczy. Najprawdopodobniej autor ma na myśli Hanumana.

44 Mowa o ludziach stojących bardzo nisko w hierarchii kastowej, którzy żywili się nieczystymi zwierzętami, takimi jak szczury czy psy.

45 Według mitologii indyjskiej jeden dzień dla Brahmy to prawie cztery i pół miliarda lat.

46 Tufan (arab.) - sztorm, burza morska. Od tego słowa pochodzą angielski "typhoon" i polski "tajfun".

47 Rao - pomniejszy radża.

48 Nazwa najprawdopodobniej fikcyjna.

49 Indyjska miara długości, różna w różnych częściach kraju. Tu prawdopodobnie jeden koss równa się dwóm milom angielskim, woda zniosłaby zatem Findlaysona czternaście mil w dół rzeki.