Najmilsi - Jakub Ćwiek, Wojciech Chmielarz

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Gdyby to był amerykański film, rozpoczynałby się od przejazdu kamery nad pustynią i wielkiego napisu "Bagram, Afganistan". Za muzyczne tło robiłby jakiś zgrany amerykański przebój, na przykład Money for Nothing albo Fortunate Son, koniecznie cięty na równe kawałki rytmicznym łopotaniem wirnika bojowego śmigłowca. Obstawiam, że black hawka, bo to taki helikopterowy odpowiednik Brada Pitta - no gwiazda po prostu.

Garść napisów, pół zwrotki i dwie pustynne wydmy później zobaczylibyśmy transportowiec jadący ubitą drogą do bramy wojskowej bazy. Kamera przez chwilę trzymałaby się za nim, a potem uniosła się, by móc pokazać bazę - więc zarazem by przyspieszyła, bo jednak każda sekunda filmu ma swoją cenę, nie?

Potem zobaczylibyśmy bazę wojskową z góry, a w niej jakieś baraki, namioty, wozy bojowe i nade wszystko... no, żołnierzy. Ci natomiast... Dobra, wystarczy. Nie wiem, co jeszcze powinno być w takiej bazie, nigdy nie byłem, znam z filmów. Nie będę się wygłupiał.

Chodzi tylko o to, żebyśmy wszyscy mieli przed oczami to samo przed rozpoczęciem tej historii. A bierze ona początek właśnie w bazie wojskowej w Bagram w Afganistanie. Konkretnie przy wozie bojowym, którego załoga czeka w pogotowiu na sygnał wyjazdu na patrol. Na pierwszy rzut oka trochę im się nudzi.

- Gasić szlugi, sierżant idzie - rzuca nagle szeregowy Maruta. To niewysoki, kudłaty typek, z rodzaju tych, co to patrzą na ciebie z dołu tak, jakby patrzyli z góry. Na trzeźwo dusza człowiek. Po pijaku też człowiek, ale demolka.

Gasi teraz papierosa, rozcierając palcami żar, i chowa do woreczka kiepów, które z jakiegoś powodu zbiera, choć nigdy ich potem nie dopala.

Jego kompan, łysy z wyboru kapral Kowalczyk, nie ma podobnych pomysłów. Po prostu ciska niedopałek pod nogi i przysypuje go piaskiem.

Zza baraku faktycznie wyłania się sierżant Stańczyk, który wygląda... no, jak sierżant. Głowę ma taką, jakby ktoś nowy na kuchni ziemniaka obierał - kanciasta szczęka, włosy na jeża, płaski nos. Idzie wyprostowany, buja łapami, jakby to były huśtawki zawieszone na konarach drzewa, a za nim drobi jakiś skulony, przestraszony młokos.

- Kowalczyk, Maruta! - woła sierżant, choć wcale nie musi, bo od wozu dzieli go teraz nie więcej niż pięć metrów. - Macie jeszcze jakieś miejsce w wozie? Dołożyłbym wam kolegę...

Już ma wskazać młokosa, gdy nagle zauważa trzecią postać, siedzącą na tylnym siedzeniu transportera. Postawny mężczyzna, najstarszy w tym gronie, ubrany pod kolor, ale po cywilnemu, w jednej ręce trzyma ogryzek ołówka, w drugiej zeszyt wykreślanek. To Marcin Lorenc, korespondent wojenny i prawdziwa legenda. Gdyby to faktycznie był film, teraz nastąpiłoby zbliżenie na jego zmęczoną nieogoloną twarz i mądre szare oczy. Ujęcie mówiące, że to właśnie on jest głównym bohaterem.

- O, cześć, Lorenc! - mówi sierżant. - Ty z nimi jedziesz?

- Tak się złożyło, sierżancie - odpowiada tamten. Głos ma solidny, przyjemny. Pewnie byłby i radiowy, gdyby tylko Lorenc wymawiał prawidłowo R. I jednak nieco szerzej otwierał usta.

- O, to w takim razie świetnie się złożyło, bo mam tu kolegę z twojej branży. - Stańczyk sięga za siebie, wskazując na młokosa. - To mu tam powiesz co i jak.

- A to kolega tak bez szkolenia z nami jedzie? - dziwi się Maruta. Ale zaraz przestaje, bo sierżant posyła mu SPOJRZENIE.

- A chuj ci do tego, Maruta, ktoś się ciebie pytał?

- No nie, panie sierżancie.

- No to mi, kurwa, nie mędrkuj. Miejsce jest?

Kapral Kowalczyk ogląda się na korespondenta.

- Lorenc, ile wytrzymasz na bezdechu?

- Kwadrans, kiedy twoja stara jest na górze.

- A ha, ha, bardzo śmieszne. Dobra, sierżancie, to dawajcie młodego, niech się pismaki poprzytulają troszkę.

Lorenc wysiada, przeciąga się. Chowa wykreślanki do kieszeni bojówek, ogryzek ołówka wsuwa za ucho.

Sierżant zdejmuje parcianą osłonkę z tarczy zegarka, krzywi się, po czym przenosi wzrok na młodzika.

- Dobra, to ja cię tu, chłopie, z nimi zostawiam. I witamy w Bagram, kolego...

- Wolański, sierżancie - podpowiada chłopak. - Karol Wolański.

- I tak nie zapamiętam - stwierdza szczerze sierżant, po czym przenosi wzrok na Kowalczyka. - A wy do wozu. Ruszamy za pięć minut.

Oddala się, a gdy tylko znika za barakiem, rozlega się trzask zapalniczki.

- Palisz, młody? - pyta Maruta.

- Nie, nie palę.

- A co, boisz się umrzeć? - rzuca Kowalczyk i wybucha śmiechem. Na krótko, bo nikogo innego to nie bawi, a samemu to nie frajda.

Lorenc przygląda się nowemu bez specjalnej ciekawości. Nowy natomiast wpatruje się w niego, jakby właśnie doznał objawienia.

- Ja przepraszam, ale to naprawdę niesamowite! - mówi w końcu. - Mój pierwszy patrol i od razu z Marcinem Lorencem! Cholernie miło mi pana wreszcie poznać! Ja z pańskiej książki Zawsze ta sama wojna to nawet maturę pisałem!

Na twarzy Lorenca pojawia się coś na kształt zaciekawienia.

- O, naprawdę? - pyta. - I co, wiesz już, jak poszło, czy jeszcze czekasz na wyniki?

Maruta parska dymem, wygląda teraz jak diabeł tasmański z kreskówki.

- Dobre, Lorenc. To ci się udało! A ty, młody, wsiadaj! Zbieramy się.

Sam obchodzi wóz i sadowi się za kierownicą. Kowalczyk wskakuje na przednie siedzenie. Marcin wsiada i przesuwa się na miejsce obok. Wyciąga ołówek zza ucha i mocuje go w notesie schowanym w kieszonce na piersi.

- Może się pan ze mnie nabijać, panie Lorenc - mówi Wolański, sadowiąc się na miejscu obok i zamykając drzwi. - Ale jak tylko sierżant Stańczyk mi powiedział, że pan jest w bazie, to od razu się poczułem bezpieczniej. A tu jeszcze wspólny patrol!

- Chwila! Bezpieczniej? - dziwi się Kowalczyk. - Jak patrolujesz afgańskie piachy?! Kurde, Lorenc, jest coś, o czym nie wiem?

- O to musiałbyś zapytać swoją... Ej, zaraz, chwileczkę! - Dziennikarz mruży oczy. Przez moment przygląda się profilowi kaprala. - Dobra, o co chodzi? Bo już któryś raz się tak podkładasz dzisiaj... Widziałem to spojrzenie, Maruta! I ten głupi uśmieszek.

- Jakie spojrzenie? Ja mam taką gębę po prostu. Słońce mnie razi.

- Ta, akurat. W okularach cię razi? No dalej, Kowalczyk, mów: z kim?

- Co z kim, Lorenc?

- Z kim się założyłeś?

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Z szumów radia daje się dosłyszeć głos sierżanta. Pada rozkaz, Maruta odpala silnik, wóz rusza. Przez chwilę jadą w ciszy. Wkrótce potem mijają bramę bazy i wjeżdżają na pustynną drogę.

W końcu Wolański nie wytrzymuje.

- O co chodzi? Jaki zakład? - pyta. - Bo chyba nie załapałem.

Żołnierze z przodu wymieniają spojrzenia. Lorenc widzi to i wzdycha ciężko.

- W bazie panuje taki niesprawiedliwy pogląd, że czasem się powtarzam ze swoimi żartami - mówi. - I kilku złośliwców, w tym obecny tu szeregowy Maruta, stworzyło z nich nawet bingo. Wygrywał ten, który mnie sprowokował do wypowiedzenia wszystkich. Ale teraz, jak widzę, grają w co innego.

- Aaa, znaczy teraz liczą, ile razy rzuci pan jakiś żart na temat partnerki kaprala, tak? I celowo pana prowokują?

- Bystry jesteś, młody. Ale Marcin jestem, nie żaden pan. Panowie to akurat wojny powodują, a nie o nich piszą.

Maruta uruchamia radio, a w nim... niespodzianka - Money for Nothing. Tyle że utwór nie dostaje czasu, by się rozkręcić, bo Kowalczyk przycisza go i skręca się na siedzeniu.

- Dobra, młody! Bo mi to spokoju nie daje. O co chodziło z tym, że przy Lorencu się czujesz bezpieczniej?

- No... o kocią kartę, nie? Zaraz... to wy nie wiecie o kociej karcie Marcina Lorenca?!

Żołnierze znowu wymieniają rozbawione spojrzenia, z miejsca wyczuwając kopalnię kolejnych żartów. Lorenc wzdycha, wiedząc dobrze, że tej siły już nie powstrzyma. Mimo to próbuje.

- Daj spokój, młody - prosi. - Tego tematu nie zaczynaj.

- O nie, nie! - protestuje Kowalczyk. - Dawaj, kolego, bo to ciekawe jest. Kocia karta, mówisz? Czyli że co, Lorenc jest tym, jak im tam, świadkiem...

- ...twojej głupoty co najwyżej - wchodzi mu w słowo dziennikarz, po czym zaraz dodaje, już do Wolańskiego. - Młody, serio, daj spokój. Palnąłem wtedy, okej? A ty, Maruta, nie strzyż uszami, tylko drogi pilnuj, żebyś na minę nie wjechał.

- Nie przyjmuję rozkazów od cywili. I też chętnie posłucham, o co chodzi.

- O jajco. Młody, siedź cicho!

Wolański wzrusza ramionami.

- Kiedy to przecież taka urocza historia jest! - mówi, używając, ani chybi celowo, kolejnego słowa klucza.

- Urocza? - podłapuje Kowalczyk. - To tym bardziej dajesz! Chętnie odkryję mięciutkie, wyściełane aksamitem pudełeczko kryjące się we wnętrzu twardego Marcina Lorenca.

- Aksamitną wyściółkę to ma... - zaczyna Lorenc, ale macha ręką. Dobra, nieważne.

- No, skapitulował. Dajesz, pismak!

Chłopak jeszcze raz ogląda się na Lorenca. Bije się z myślami, ale to nie jest równa walka. Bo jak nie opowiedzieć takiej historii?

- Więc pan... - zaczyna, ale zaraz się poprawia - ...znaczy Marcin powiedział kiedyś w jednym z wywiadów, że jak jego córka była mała, to dostał od niej taką kartkę. Był na niej kotek i siedem serduszek. I każde oznaczało jedno kocie życie.

- A koty to nie mają aby dziewięciu? - wtrąca się Maruta.

- Dziewięć to ty masz komórek w mózgu, Maruta! Mówiłem ci już, drogi pilnuj.

- Ale ma rację, nie? - dopytuje Kowalczyk. - Dziewięć się mówi?

Marcin spogląda z wyrzutem na Wolańskiego, jakby chciał w ten sposób powiedzieć: "Widzisz? Perły przed wieprze". Wzdycha ciężko.

- Jak tę kartkę dostałem, to w telewizji leciały powtórki serialu o kocie, co spełniał siedem życzeń - wyjaśnia. - Moja córka wtedy miała pięć lat i jej się pomyliło po prostu.

- A, czyli to jednak prawda, tak? - Kowalczyk się uśmiecha niczym serialowy adwokat, który właśnie podpuścił świadka. Napawa się tym sukcesem przez kilka sekund, po czym mówi: - No dobra, to co z tą kartką?

- No to, że ona działa! - Wolański nie umie powstrzymać ekscytacji. I w tym momencie tak bardzo trudno się na niego gniewać, że nawet Marcin się uśmiecha. - W sensie że się mówi, że Marcin Lorenc ma teraz jakby siedem żyć! To znaczy teraz już chyba trzy tylko, dobrze liczę? Bo jedno to był ten ostrzał na Bałkanach i potem drugi w Syrii. A nie, to był Irak, prawda? Potem to porwanie w Ugandzie i jeszcze Meksyk...

- Co, pewnie kartele?

- Nie, Maruta, sraczka po ostrych fajitas. Jak ta twoja wtedy, co się przeterminowanym kurczakiem objadłeś. I naprawdę, dajmy już temu spokój. Mówię, palnąłem, i tyle. Dawałem wywiad w śniadaniówce, chciałem dziecku przyjemność sprawić, to...

Nie kończy, bo nagle rozlega się wizg rakiety, huk wybuchu i świat robi fikołka. Jasność staje się ciemnością, góra dołem, bezpieczny wóz metalową trumną. Jedyne, co w tym nagłym szaleństwie jest spokojną stałą, to słowo. Może niekoniecznie akurat to, które według Biblii było kiedyś, na początku i stało się ciałem - ale takie niewiele mniejszego kalibru. Czysta, pierwotna, soczysta KURWA zaintonowana przez szeregowego Marutę.

Wybuch, kurwa, a potem krzyki i pisk w uszach. A potem już tylko to... jak to się mówi w filmach? A, wyciemnienie!

Istnieje taki przesąd, że jeśli umrzesz, mając jakieś nierozwiązane ziemskie sprawy, to na wieczność utkwisz w ostatnim miejscu, w którym byłeś. Pewnie dlatego nikt w Bytomiu nie odkłada żadnych spraw na później.

No dobra, żartuję, bo PR Bytomia może faktycznie nie jest najlepszy, ale trzeba przyznać, że jest to miasto, które przeszło naprawdę długą drogę. Kiedyś stanowiło symbol zapaści. Nie tylko tej ekonomicznej, ale i zupełnie dosłownej. Bo faktycznie, zdarzały się tu przypadki, że człowiek się kładł w mieszkaniu na trzecim piętrze, a budził na pierwszym. Nawet McDonalda musieli przenieść, bo groził zejściem do podziemia.

A dziś? Galeria handlowa w samym centrum, niczym grecka agora - od której zresztą wzięła nazwę. Do tego dumna historia siedmiu Bytomskich Marszów Superbohaterów i wreszcie cr?me de la cr?me - czyli tytuł najmilszego miasta w Polsce. Tym mianem ochrzcił Bytom znany producent czekolady. Była wtedy gala, przyznanie tytułu, a nawet koncert Maryli Rodowicz na rynku. A więc duża sprawa.

Ale najważniejsi i tak są ludzie. Ci stąd, którzy uwierzyli w zmianę, i ci, którzy tu przybywają, dostrzegając nowe perspektywy. Duże firmy, ale też, a może przede wszystkim, małe jednoosobowe firemki. Tak, ci ludzie z pomysłem na siebie, którzy wynajmują biura w starych kamienicach jak ta i budują tu swoje marzenia, to istni pionierzy. Prawdziwa przyszłość tego miasta, szyta na miarę niczym garnitury lokalnej marki. I jego jedyna nadzieja.

I tak, tak, wiem. Po tym, jak zaczęło się od Bagram i wybuchu rakiety, nagły przeskok do Bytomia może się wydać mało interesujący. Ale powtórzę - siłą opowieści są ludzie. Na przykład siedząca tutaj Dominika. Skupienie na jej twarzy i sposób, w jaki dociska do ucha telefon - znaczy że to nie jest prywatna pogaducha, ale rozmowa służbowa. A w swojej pracy Dominika nie ma sobie równych.

- No cześć, przystojniaku - mówi głębokim, zmysłowym głosem, który nie potrzebuje żadnego obrazu. Jest jednoznacznie sugestywny, niczym jedwabna apaszka oplatająca nadgarstek i słupek ramy łóżka. Tak mogłaby mówić młoda Krystyna Czubówna, gdyby na studiach dorabiała w filmach dla dorosłych. - Czekałam na ciebie. I już się bałam, że dziś nie zadzwonisz.

Jej rozmówca z kolei... cóż, brzmi jak taki... zwykły Kajtek.

- No... ekhem, cześć - mówi. - Fajnie cię słyszeć. To znaczy widzieć... znaczy...

Ktoś tu ewidentnie nie grał w RPG-i za dzieciaka.

Ale Dominika jest profesjonalistką. Nie odpuszcza.

- Och, skarbie, chyba miałeś zły dzień, co? - pyta z troską. - Bo trochę ci się język plącze. A może po prostu zapatrzyłeś się teraz na moje naoliwkowane jędrne piersi, próbujące się wyśliznąć z przykrótkiego szlafroczka?

- Emmm, właśnie. To drugie, tak.

- Dobrze zatem. Ale musisz mi wybaczyć. Nie mogąc się doczekać, wzięłam długi, gorący prysznic. Wyobrażałam sobie, że gorący strumień ze słuchawki to twoja ciepła męska dłoń. Że muskasz mnie opuszkami palców po twarzy, szyi, krążysz palcem wskazującym wokół sutków, a potem suniesz w dół, po brzuchu, prosto...

Szczerze mówiąc, głupio mi tak tutaj stać i tego słuchać. Nawet jeśli widzę, że to ściema. Rozważam już nawet wyjście, ale wtedy odzywa się ten typowy Kajtek. Klient znaczy:

- Ej, sorry... - mówi nieco zmieszany. - Ale jest szansa, żebyśmy dzisiaj zamiast tego po prostu pogadali? Tak jak wiesz... no, przedostatnio? Zapłacę normalną stawkę, tylko... wiesz.

Dominika przekłada telefon do drugiej ręki, jednocześnie wodząc wzrokiem po ścianach niemal pustego biura. Dwa miesiące temu zawiesiła na nich duże antyramy, ale do żadnej wciąż nie wstawiła żadnego plakatu czy zdjęcia. W taflach z pleksi odbija się więc tylko światło z gołej żarówki zawieszonej nad jej głową i drzewa zza okna. A, no i ona. Przewraca oczami, bo znowu musi wyjść poza gotowy scenariusz. I mogę się założyć, że wiem, co w tym momencie myśli: dlaczego faceci nie potrafią być tacy jak dawniej, w złotych czasach linii 0-700? Dlaczego kolejny raz któryś myli sekstelefon z terapeutą? Myśli tak, choć odpowiedź na to drugie jest akurat prosta - wystarczy sprawdzić dzisiejsze stawki terapeutów. Nawet tu, w Bytomiu.

- Halo, jesteś tam? - Kajtek zaczyna się niecierpliwić.

A Dominika wie, że zniecierpliwienie w jej branży to odpowiednik mszycy u ogrodników. Chwila nieuwagi i nie odratujesz.