ROZDZIAŁ 1
Kwiecień 1985.
- Więc mówisz, że często musisz sikać.
Kończył się kwiecień. Słońce coraz zuchwalej dawało o sobie znać. Doktor Krystian Andrzejewski rzucił okiem na córkę. Byli w ZOO. Dziecko ciekawie oglądało słonie.
- Może to prostata? - Lekarz wrócił do wątku.
- Mam dopiero trzydzieści pięć lat - zawołał Kostecki.
- U niektórych problemy pojawiają się wcześniej. Zresztą to nie musi być przerost prostaty. Tylko zapalenie. Mówiłeś, że te dolegliwości pojawiły się po zakończeniu tego śledztwa w górach.
- Tak jest. Zaraz po powrocie do Łodzi.
- Spanie zimą w bacówce, w śpiworze z anilany, nie sprzyja zdrowiu.
- Kilka razy spałem w mokrym śpiworze, bo nie mogłem dostać worków foliowych.
- Tym bardziej te noclegi szkodziły. Te marsze w śniegu po pas, o których mówiłeś. Dodaj stres, na który byłeś narażony. On zawsze szkodzi.
- Właśnie.
- Jeżeli dodamy, że chlasz kawsko jak niemowlak mleko, a alkohol jak spragniony na pustyni wodę to wszystko wskazuje na to, że przeziębiłeś prostatę. Tak mi się wydaje. Ale nie jestem urologiem. Idź do dobrego urologa. Zrobi ci badanie. Idź prywatnie to cię nie oleje.
- Znasz jakiegoś?
- Doktor Nowak. Kościuszki, róg z Zamenhofa. Tam jest przychodnia lekarzy- specjalistów.
Podbiegła mała Hania.
- Tatusiu, siusiu!
- Będę się zbierać - Kostecki lekko się speszył.
- Mówię ci, idź jutro lub pojutrze.
- A to badanie? Boli?
- Nic a nic. Bardzo przyjemne, spodoba ci się.
Podali sobie ręce. Doktor wziął Hanię na ręce i ruszył w stronę toalet. Nagle przystanął i zawołał na odchodne.
- Sauna. Idź na saunę. To dobrze ci zrobi na te dolegliwości.
Wizytę u urologa Kostecki zamówił na ostatni dzień kwietnia, czyli wtorek. Dzień wcześniej poszedł, po raz pierwszy w życiu na saunę. Jedyna sauna w mieście Łodzi mieściła się na basenie Anilany. Była darem od mieszkańców Tampere, miasta partnerskiego z dalekiej Finlandii. Kostecki odziany w ręcznik zanurzył się w ognistą czeluść. Gdy wszedł miał wrażenie, że wylądował w piekle. Usiadł na dolnej ławce i tempo spoglądał przed siebie.
- Dzień dobry panie poruczniku.
Kostecki rozejrzał się po saunie. Oprócz starszego jegomościa nie było innych amatorów gorąca. Tadeusz próbował skojarzyć głos, ale nie był wstanie rozpoznać z kim ma przyjemność.
- Nie poznaje mnie pan?
- Nie bardzo.
- Stanisław Jodko. Uratował mnie pan. Listopad zeszłego roku, komenda na Lutomierskiej. Teraz pan pamięta?
- To pan?
- Tak, to ja! Odwołałem wszystkie zeznania i pewnie dlatego żyję. Zamiast leżeć na dnie zalewu koło Włocławka. Ma pan do mnie o to pretensje?
- Nie...
- Jestem pana dłużnikiem, za to że mnie pan wtedy wyratował, ale nie mogłem ryzykować. Mam dwójkę dzieci, wnuki. Córka na początku kwietnia brała ślub. Mówią, że majowe małżeństwa są nieszczęśliwe. Jest pan żonaty?
- Nie.
- Chciałem panu podziękować. Ale z tego co wiem rzadko pan bywał w Łodzi.
- Tak. Prowadziłem śledztwo na południu. Potem byłem na zaległym urlopie. Od drugiego maja wracam do służby.
- Tak właśnie słyszałem. Jestem panu bardzo wdzięczny.
- Powie mi pan, co się wtedy wydarzyło?
- Oczywiście. Zacznę od tego, że powiem czym się zajmuję. Należę do tak zwanej prywatnej inicjatywy. Nie zarabiam jednak na kwiatach tylko dokonuję rozbiórek starych domów.
- Władze się godzą?
- Nie mają wyboru. Stare budynki grożą zawaleniem, trzeba je rozbierać. Żadne z państwowych przedsiębiorstw nie chce się tym zajmować. Za duże ryzyko. Szczególnie jeżeli chodzi o wyburzenia pojedynczych kamienic w centrum miasta. Robotnicy piją, to grozi poważnym wypadkiem. Nikt nie chce ryzykować. Budowanie domów też jest ryzykowne, ale jednak mniej. Poza tym jakby to wyglądało! Socjalistyczne państwo oddaje budownictwo mieszkaniowe w prywatne ręce. To nie wchodzi w rachubę. Z rozbiórkami jest łatwiej. Nimi nikt się nie interesuje. Chyba , że zdarzy się wypadek.
- Można na tym zarobić?
- Inaczej bym tego nie robił. Trzeba się naużerać z robotnikami. U mnie nie mogą pić. Jeżeli zdarzy się wypadek to mam przechlapane. Proszę mi wierzyć, to nie jest łatwy kawałek chleba. Miałem kiedyś taką ekipę. Pilnowałem ich non stop. A oni i tak byli wypici. Myślę sobie: "jak oni to robią, pilnuję ich cały czas!".
- Rozwikłał pan zagadkę?
- Oczywiście. To było banalnie proste. Wykuli dziurę do sąsiedniego domu i szli po wódkę na Piotrkowską, a ja pilnowałem ich strony Kościuszki.
- I co pan zrobił?
- Zatrudniłem innych. Zwolnienie tamtych nie było takie proste. Kupę forsy wydałem, ale w końcu się udało. Sąd pracy nie chciał uwzględnić faktu, że pili w miejscu i w godzinach pracy. Mecenas poradził bym dał w łapę sędziemu. Co miałem robić? Dałem!
- A ci nowi?
- Oni nie pili. Co nie zmienia faktu, że nie miałem z nimi problemów. Te problemy łączą się z moim pobytem na Lutomierskiej. Niech pan posłucha. Rozbieraliśmy starą żydowską kamienicę. Łatwo poznać, że była żydowska. Po pierwsze, oni nad drzwiami montowali takie mezuzy, czyli zwoje żydowskich modlitw. Po drugie, kamienice budowane przez Żydów były z najpodlejszych materiałów. Niemcy budowali solidnie. Zawsze! Żydzi prawie zawsze byle jak. Byle było. Chce pan wiedzieć jak budowali Polacy?
- Polacy budowali w Łodzi jakieś kamienice?
- Oczywiście, że tak! Oczywiście musiał minąć czas nim wykształciła się tak zwana polska burżuazja. Czyli przedsiębiorcy i inwestorzy. Wcale nie było ich tak niewielu. Szczególnie na Górnej i na Bałutach.
- A jak budowali?
- Tego panu nie powiem. Kamienice budowane przez Polaków są stosunkowo młode. Jeszcze ich nie trzeba rozbierać. Dlatego nie mogę panu powiedzieć czy Polacy budowali lepiej lub gorzej niż Żydzi i Niemcy.
- Sądząc po dzisiejszych realiach...
- No, właśnie. Pytanie, czy to co widzimy na co dzień do polska niechlujność? Czy też socjalistyczna?
- Jak dla mnie to gordyjski węzeł. Polska niechlujność i socjalistyczna tandeta.
- Jest pan młody, poruczniku.
- Wróćmy do pana przygody na Lutomierskiej.
- Niech pan sobie wyobrazi, że w tej żydowskiej kamienicy znaleźliśmy złoto.
- Złoto?
- Tak. Najprawdziwsze. Pewnie ukryli za okupacji a potem...
- Nikt z chowających nie przeżył.
- Pewnie tak było. Uczciwie się z moimi robotnikami podzieliłem. Na cztery równe części. Ustaliliśmy, że w Łodzi nie będziemy tego sprzedawać. Tak ustaliśmy. Ale wie pan jak to jest. Nie minął dzień a jeden z robotników zaniósł coś do Desy. Następnego dnia poszedł następny. Trzeciego dnia zostałem zatrzymany na czterdzieści osiem godzin. Jak mnie zamknęli w tej piwnicy, i zaczęli mnie lać, to błagałem Boga by mi pozwolił wytrzymać ból. Wiedziałem, że jak wytrzymam to w końcu będą musieli mnie puścić. Na szczęście wyzwolił mnie pan grubo przed czasem. Trzeciego robotnika tak tłukli, że wszystko im oddał. Wszystko! Dzięki panu zachowałem zdrowie i cały skarb. Jestem pana dłużnikiem.
- Zmuszali pana do zmiany zeznań? Szantażowali?
- Nie musieli. Ja oglądam telewizję. Przekaz z Popiełuszką był bardzo czytelny. Ja go pojąłem bardzo dobrze. Mogą wszystko. Tamci dali dupy bo tego kierowcę, co był komandosem, posadzili przy drzwiach. Mnie uratował przypadek. Pan zszedł do piwnicy. Dostałem dar od Boga, którego nie dostał Popiełuszko. Drugi raz cud się nie wydarzy. Wolę żyć. Sam odwołałem zeznania, w których opowiadałem jak mnie lali. Tamtych zwolnili. Wrócili do służby. Tyle, że z tego co wiem przenieśli ich do Sieradza. A ja żyję. Wesele córce wyprawiłem. Ja chcę żyć panie poruczniku, a nie walczyć o sprawiedliwość. Ma pan do mnie o to żal?
W odpowiedzi Kostecki uśmiechnął się od ucha i do ucha.
- Gorąco - powiedział Tadeusz.
- Trzeba się schłodzić.
* * *
Następnego dnia, w przeddzień majowego święta, Kostecki zameldował się w spółdzielni lekarskiej na rogu Kościuszki i Zamenhofa. Długo klarował o swoich problemach. Lekarz nie specjalnie go słuchał.
- Proszę zdjąć spodnie i opuścić reformy do kolan.
Kostecki posłusznie wykonał polecenia lekarza, który po wykonaniu badania zadał rutynowe pytanie.
- Boli? W skali od zera do dziesięciu. Ile?
Kostecki pomyślał, że przy najbliższej okazji zabije Andrzejewskiego.