Najniższy krąg piekła (#2) - Piotr Adam Sowiński

Reflow text when sidebars are open.
Listopad 1984.
Pociąg z Krakowa się spóźnił. Ten , którym jechał z Nowego Sącza do Krakowa również był opóźniony. Kanapki zjadł kilka godzin temu. Gdy skład dojeżdżał do dworca Fabrycznego porucznik Kostecki był wściekle głodny. Wyskoczył z wagonu i pobiegł na postój taksówek. Prowadzone śledztwo dawało, jako skutek uboczny, znakomitą kondycję. Tadeusz wyprzedził konkurentów i wskoczył do niebieskiej skody.
- Na Lutomierską - niemal krzyknął.
Taksówkarz zerknął w lusterko i zrobił skrzywioną minę.
- Nie widzi pan napisu: "proszę lekko zamykać drzwi"?. To nie syrena.
- Komenda na Lutomierskiej - Kostecki z wściekłością dopowiedział.
Taksówkarz natychmiast zmienił minę. Nic nie odpowiedział tylko ruszył. Oficjalnie, od roku, przybytek państwa na ulicy Lutomierskiej nosił nazwę: Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych. Prawie nikt jednak tej oficjalnej nazwy nie używał. Funkcjonariusze i obywatele po dawnemu mówili: komenda. Jadąc przez miasto Tadeusz widział sunące w stronę stadionu ŁKS tłumy. Mimo godnego reprezentowania polskiego piłkarstwa w europejskich pucharach Widzew nie posiadał stadionu ze sztucznym oświetleniem. Za każdym razem wynajmowano obiekt lokalnego rywala. Na stadionowej modzie realny socjalizm odciskał swoje piętno. Braki czerwonej włóczki powodowały, że jedną z barw Widzewa fani zastępowali kolorem pomarańczowym, bordowym, w ekstremalnych przypadkach brązowym. Biel, zdarzało się, imitowała żółć, względnie ecru. Za niewiele ponad godzinę miał się rozpocząć mecz Widzewa z Borussią Moenchengladbach. Bilet na mecz porucznik miał w miejscu pracy. Teoretycznie w Łodzi miał być kilka godzin temu. Myślał, pojedzie do domu, zje, umyje się, odsapnie, a następnie pojedzie na Lutomierską po bilet. Realia PKP były jednak inne od teorii. W tej kwestii PKP bardzo przypominał socjalistyczną rzeczywistość. Na szczęście taksówkarz chciał poprawić notowania i jechał sprawnie, najkrótszą drogą. W drzwiach miejsca pracy Kostecki pojawił się tuż przed szesnastą. Jak bomba wpadł do pokoju, w którym najczęściej urzędował. Zdziwił się wielce widząc pomieszczenie całkowicie wybebeszone ze sprzętów i przygotowane do remontu.
- Gdzie moje biurko? - wyszeptał.
Tymczasem do pokoju wszedł zwierzchnik porucznika, kapitan Banasik.
- Jesteś... Remont tu robią.
- Gdzie moje biurko?
- Chyba w piwnicy. Tam zaniesiono większość sprzętów. Dokumenty, rzecz jasna, zabezpieczono w innym miejscu.
Banasik popatrzył chwilę na rozstawione drabiny i mówiąc: "do widzenia" zabrał się do wyjścia. Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych pustoszał. Pracownicy na etacie MSW szli do domu. Wielu wyszło jeszcze przed szesnastą. Zdezorientowany Kostecki zostawił plecak w kącie pokoju. Licząc, że przyjedzie po niego rano. Dobry kwadrans zajęło mu ustalenie, w którym zakamarku piwnic znalazło się jego biurko. W szufladzie był zdeponowany bilet na mecz. Robiło się późno. Tadeusz raźno ruszył w stronę podziemi. W budynku zostali już tylko dyżurujący milicjanci. Tadek skupiał się na bilecie i meczu. Na szczęście jego czerwony polonez stał na parkingu przed komendą. Powinien zdążyć. Był tak skupiony na meczu, ze musiała minąć dłuższa chwila nim dotarło do niego co widzi. Ludzie, których zobaczył byli tak zaskoczeni przybyciem porucznika, że przez dobrą minutę w pomieszczeniu trwała absolutna cisza. Na biurku Kosteckiego siedział jakiś starszy człowiek. Był związany i bity przez trzech milicjantów.
Nieoczekiwane odkrycie Kosteckiego spowodowało, że z urzędu wyszedł ponad półtorej godziny później niż planował. Gdy wyszedł smagnął mu twarz jesienny wiatr, który przyniósł idącą ze stadionu wrzawę. Kostecki wskoczył do poloneza i ruszył. Nie musiał włączać radia. Odgłosy trybun mówiły mu wyraźnie kiedy Widzew atakował na bramkę rywali, a kiedy się bronił. Kostecki wiedział dokładnie kiedy piłka wyszła na aut, a kiedy był bity rożny. Mimo zamkniętych szyb auta odgłosy ze stadionu bez problemu dochodziły do jego uszu. Jechał przez niemal puste ulice. Jednak gdy znalazł się w pobliżu stadionu ŁKS, na którym toczył się bój stanął przed nie byle jakim problem. W promieniu pięciuset metrów zajęte były wszystkie miejsca do parkowania. Musiał więc drałować na piechotę potężny kawał drogi. Tymczasem ze stadionu dochodził ryk sztormowych fal. Bałwany biły wściekle o falochrony. Fale silnie kołysały Łodzią. Przynajmniej dużą częścią Łodzi. Trwała już druga połowa. Nikt nie sprawdzał Kosteckiemu biletu. Gdy stanął na koronie stadionu lekko dyszał i wtedy Wraga wpadł na pole karne. Do piłki dopadł Smolarek i strzałem godnym Deyny wpakował piłkę do bramki. Tadeusza przykryła fala. Jakiś jegomość spod Łęczycy rzucił mu się na szyję, a inny fan, spod Brzezin, skoczył mu na plecy. Gdy wynurzył się na powierzchnię ujrzał wzburzone morze ludzkich głów. Na wodzie falowały włóczkowe szaliki wyglądając jak czerwono - białe bojki. Tymczasem na boisku rozpętała się abordażowa walka. Dyszały płuca, łomotały serca, chrzęściły łąkotki, trzeszczały kości. Niemcy rzucili się do desperackich ataków. Widzew kontrował. Pod koniec meczu Smolarek pobiegł do narożnika boiska i zaczął "kraść" sekundy, podobnie jak podczas słynnego meczu z ZSRR. Gdy sędzia zakończył spotkanie stadionowe morze pieniło się czerwienią i bielą.
Po ostatnim gwizdku arbitra tłum maszerował w stronę bram. Gdzieniegdzie rozlegały się okrzyki typu: puchar dla Widzewa. Owe pokrzykiwania nie budziły zdziwienia. Nikt nie komentował ich uśmieszkami. Spośród wychodzących ze stadionu nie było chyba nikogo kto by domniemywał, że przed chwilą skończył się ostatni wspaniały mecz pucharowy wielkiego Widzewa, ery Sobolewskiego.
Gdy Kostecki wyjrzał przez okno pomyślał, że jeszcze śni. Łódź skrywał gruby kożuch śniegu. Białe płatki opadały na ulice, samochody, tory tramwajowe. Przerażone tulipany tuliły się do zszokowanych żonkili. Rozpaczliwie szukały ciepła. Tadeusz pomyślał, że pierwszy raz w życiu widzi tyle śniegu w dniu Międzynarodowego Święta Pracy. Chciał jeszcze trochę poleżeć, ale doszedł do wniosku, że w zimowej aurze może mieć problem z dotarciem na dworzec. Odpuścił więc śniadanie. Do torby zapakował trzy butelki alkoholu i dziarsko ruszył w stronę parkingu. Minęła dłuższa chwila nim uporał się z grubą warstwą śniegu i odpalił poloneza. Ruszył ostrożnie. Samochód tańczył na nieodśnieżonych ulicach. Jadąc wolno dojechał w okolice dworca Łódź Fabryczna. Zaparkował i ruszył na peron. Bilet miał kupiony zawczasu. Do odjazdu pociągu była jeszcze godzina. W wagonie był prawie sam. Rozsiadł się wygodnie. Flaszki troskliwie ulokował na półce. Wyciągnął książkę i zagłębił się w lekturze. Co chwila przerywał czytanie i poprawiał położone na metalowej konstrukcji butelki z alkoholem. Jeszcze przedwczoraj był pewny, że do Warszawy pojedzie w towarzystwie wyborowej. Spotkanie w saunie zaowocowało dwiema butelkami rumu Jamajka, które Tadeusz otrzymał od pana Stanisława. Porucznik pękał z radości. Oczami wyobraźni widział siebie jak z dumą wręcza trunki przyjacielowi, do którego udawał się w odwiedziny. Felicjan Jurga był funkcjonariuszem komendy stołecznej. Obaj mieli spędzić majowe święto w Warszawie. Wieczorem mieli obejrzeć mecz z Belgią. Następnego dnia Kostecki miał, po urlopie, zameldować się w pracy.
O godzinie ósmej nabity ludźmi pociąg ruszył. Po trzech godzinach skład zameldował się w podłódzkim Gałkówku. Opady śniegu były tak wielkie, że dalsza podróż była skazana na porażkę. Bluźniąc na PKP, śnieg i Bogu ducha winnego towarzysza Jaruzelskiego Kostecki marzł z innymi na peronie. Wszyscy czekali na jakiś pociąg, którym mogli by wrócić do Łodzi. Wreszcie skład nadjechał. Kostecki wbił się do wagonu. W swoim retkińskim mieszkaniu był o godzinie szesnastej. Przygoda z PKP po raz kolejny skłoniła go odkorkowania butelki. Pierwszą setkę wypił w Gałkówku. Gdy na ekranie telewizora dostrzegł jedenastki Belgii i Polski był już solidnie wypity. Pierwszą bramkę dla czerwonych diabłów przyjął ze spokojem. Gdy Młynarczyk po raz drugi schylił się po piłkę oblepioną siatką bramki zaterkotał telefon.
***
Na ulicy Zelwerowicza kłębił się tłum milicjantów. Niebieskie światła radiowozów oświetlały wille na niewielkiej ulicy położonej w sercu miasta. Kostecki bardzo lubił te okolice, mimo że były położone w centrum Łodzi, stanowiły enklawę ciszy i spokoju. Osiedle willowe było wciśnięte między dwa parki, sąsiadowało z terenem biblioteki uniwersyteckiej oraz innych przybytków UŁ. Wśród willi tkwiły wieżowce. Tajemnicą poliszynela było, że wielu mieszkańców tych bloków wywodziło się z rodzin związanych z MO, PZPR czy PRON. Gdy Tadeusz znalazł się w środku willi zwrócił uwagę na to, że po raz pierwszy w karierze zawodowej na miejscu zbrodni był szef całej łódzkiej milicji Walenty Moczkowski. Rzecz jasna był też mocno poruszony kapitan Banasik oraz porucznik Jabłoniak.
- Facet też miał problemy z prostatą - Doktor Andrzejewski uśmiechnął się od ucha do ucha.
Kostecki poszedł za wzrokiem patologa. Na podłodze leżały zwłoki starszego mężczyzny. Ewenementem był wbity w odbyt zabitego drewniany penis. Kostecki spojrzał na twarze milicjantów. Moczkowski był czerwony jak burak. Bił od niego intensywny zapach gorzały. Widać, że celebrowanie internacjonalistycznego święta rozpoczął zaraz po pochodzie. O ile Moczkowski był pąsowy to Banasik przypominał alabaster. Kostecki nigdy nie widział swojego bezpośredniego zwierzchnika w stanie takiego szoku. Jabłoniak, trzydziestolatek z dwójką dzieci wpisaną w dowód, zdawał się być najbardziej opanowany. Podszedł do Tadka i powiedział:
- Stary kazał Cię ściągnąć, mimo że do roboty wracasz formalnie jutro.
- Miałem być w Warszawie...
- Wielu łodzian miało być w Warszawie.
- Kto to jest? - Tadek wymownie spojrzał na denata.
- Antoni Babicki. Emerytowany podpułkownik MO. Dawny przyjaciel Banasika, jeszcze z czasów PPR.
- Teraz rozumiem dlaczego Banasik jest taki blady.
- O sprawie wie już Kiszczak. Szykuje się gruba sprawa. Ten drewniany chuj...
- Robi wrażenie.
Do Kosteckiego i Jabłoniaka podszedł Andrzejewski. Podobnie jak Tadek i szef łódzkiej MO był na lekkim gazie.
- Ja bym zaczął od sprawdzenia urologów. Ciekawe jak oceniał ból w dupie podczas badania? Chyba na dziesięć - buchnął rubasznym śmiechem.
- Kapitalne poczucie humoru, godne Hipokratesa - odparował urażony Tadeusz.
- Ponurak z ciebie, pieszczoszku - Lekarz nie przejął się miną kolegi.
- Ten... To badanie prostaty miało miejsce przed...
- Po - dokończył zdanie patolog.
- A czym zabito?
- Młotkiem. Najpierw zabił, potem zajął się odbytem. O szczegółach powiem po sekcji.
Gdy Andrzejewski wrócił do swoich obowiązków lekarskich. Kostecki zagadnął Jabłoniaka.
- Znałeś tego gościa?
- Nie. Wiem tylko, że od kilku miesięcy jest na emeryturze. W tym domu mieszkał raptem kilka tygodni.
- Ciekawe.
Technicy kończyli swoje działania. Ciało denata zostało okryte i wyniesione przez milicjantów. Tadeusz z ulgą wsiadł do poloneza i ruszył. Liczne choinki, które rosły przed domami, były okryte białymi kołdrami śniegu. Kostecki przez moment pomyślał, że widzi Mikołaja z workiem prezentów.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Kwiecień 1985.
- Więc mówisz, że często musisz sikać.
Kończył się kwiecień. Słońce coraz zuchwalej dawało o sobie znać. Doktor Krystian Andrzejewski rzucił okiem na córkę. Byli w ZOO. Dziecko ciekawie oglądało słonie.
- Może to prostata? - Lekarz wrócił do wątku.
- Mam dopiero trzydzieści pięć lat - zawołał Kostecki.
- U niektórych problemy pojawiają się wcześniej. Zresztą to nie musi być przerost prostaty. Tylko zapalenie. Mówiłeś, że te dolegliwości pojawiły się po zakończeniu tego śledztwa w górach.
- Tak jest. Zaraz po powrocie do Łodzi.
- Spanie zimą w bacówce, w śpiworze z anilany, nie sprzyja zdrowiu.
- Kilka razy spałem w mokrym śpiworze, bo nie mogłem dostać worków foliowych.
- Tym bardziej te noclegi szkodziły. Te marsze w śniegu po pas, o których mówiłeś. Dodaj stres, na który byłeś narażony. On zawsze szkodzi.
- Właśnie.
- Jeżeli dodamy, że chlasz kawsko jak niemowlak mleko, a alkohol jak spragniony na pustyni wodę to wszystko wskazuje na to, że przeziębiłeś prostatę. Tak mi się wydaje. Ale nie jestem urologiem. Idź do dobrego urologa. Zrobi ci badanie. Idź prywatnie to cię nie oleje.
- Znasz jakiegoś?
- Doktor Nowak. Kościuszki, róg z Zamenhofa. Tam jest przychodnia lekarzy- specjalistów.
Podbiegła mała Hania.
- Tatusiu, siusiu!
- Będę się zbierać - Kostecki lekko się speszył.
- Mówię ci, idź jutro lub pojutrze.
- A to badanie? Boli?
- Nic a nic. Bardzo przyjemne, spodoba ci się.
Podali sobie ręce. Doktor wziął Hanię na ręce i ruszył w stronę toalet. Nagle przystanął i zawołał na odchodne.
- Sauna. Idź na saunę. To dobrze ci zrobi na te dolegliwości.
Wizytę u urologa Kostecki zamówił na ostatni dzień kwietnia, czyli wtorek. Dzień wcześniej poszedł, po raz pierwszy w życiu na saunę. Jedyna sauna w mieście Łodzi mieściła się na basenie Anilany. Była darem od mieszkańców Tampere, miasta partnerskiego z dalekiej Finlandii. Kostecki odziany w ręcznik zanurzył się w ognistą czeluść. Gdy wszedł miał wrażenie, że wylądował w piekle. Usiadł na dolnej ławce i tempo spoglądał przed siebie.
- Dzień dobry panie poruczniku.
Kostecki rozejrzał się po saunie. Oprócz starszego jegomościa nie było innych amatorów gorąca. Tadeusz próbował skojarzyć głos, ale nie był wstanie rozpoznać z kim ma przyjemność.
- Nie poznaje mnie pan?
- Nie bardzo.
- Stanisław Jodko. Uratował mnie pan. Listopad zeszłego roku, komenda na Lutomierskiej. Teraz pan pamięta?
- To pan?
- Tak, to ja! Odwołałem wszystkie zeznania i pewnie dlatego żyję. Zamiast leżeć na dnie zalewu koło Włocławka. Ma pan do mnie o to pretensje?
- Nie...
- Jestem pana dłużnikiem, za to że mnie pan wtedy wyratował, ale nie mogłem ryzykować. Mam dwójkę dzieci, wnuki. Córka na początku kwietnia brała ślub. Mówią, że majowe małżeństwa są nieszczęśliwe. Jest pan żonaty?
- Nie.
- Chciałem panu podziękować. Ale z tego co wiem rzadko pan bywał w Łodzi.
- Tak. Prowadziłem śledztwo na południu. Potem byłem na zaległym urlopie. Od drugiego maja wracam do służby.
- Tak właśnie słyszałem. Jestem panu bardzo wdzięczny.
- Powie mi pan, co się wtedy wydarzyło?
- Oczywiście. Zacznę od tego, że powiem czym się zajmuję. Należę do tak zwanej prywatnej inicjatywy. Nie zarabiam jednak na kwiatach tylko dokonuję rozbiórek starych domów.
- Władze się godzą?
- Nie mają wyboru. Stare budynki grożą zawaleniem, trzeba je rozbierać. Żadne z państwowych przedsiębiorstw nie chce się tym zajmować. Za duże ryzyko. Szczególnie jeżeli chodzi o wyburzenia pojedynczych kamienic w centrum miasta. Robotnicy piją, to grozi poważnym wypadkiem. Nikt nie chce ryzykować. Budowanie domów też jest ryzykowne, ale jednak mniej. Poza tym jakby to wyglądało! Socjalistyczne państwo oddaje budownictwo mieszkaniowe w prywatne ręce. To nie wchodzi w rachubę. Z rozbiórkami jest łatwiej. Nimi nikt się nie interesuje. Chyba , że zdarzy się wypadek.
- Można na tym zarobić?
- Inaczej bym tego nie robił. Trzeba się naużerać z robotnikami. U mnie nie mogą pić. Jeżeli zdarzy się wypadek to mam przechlapane. Proszę mi wierzyć, to nie jest łatwy kawałek chleba. Miałem kiedyś taką ekipę. Pilnowałem ich non stop. A oni i tak byli wypici. Myślę sobie: "jak oni to robią, pilnuję ich cały czas!".
- Rozwikłał pan zagadkę?
- Oczywiście. To było banalnie proste. Wykuli dziurę do sąsiedniego domu i szli po wódkę na Piotrkowską, a ja pilnowałem ich strony Kościuszki.
- I co pan zrobił?
- Zatrudniłem innych. Zwolnienie tamtych nie było takie proste. Kupę forsy wydałem, ale w końcu się udało. Sąd pracy nie chciał uwzględnić faktu, że pili w miejscu i w godzinach pracy. Mecenas poradził bym dał w łapę sędziemu. Co miałem robić? Dałem!
- A ci nowi?
- Oni nie pili. Co nie zmienia faktu, że nie miałem z nimi problemów. Te problemy łączą się z moim pobytem na Lutomierskiej. Niech pan posłucha. Rozbieraliśmy starą żydowską kamienicę. Łatwo poznać, że była żydowska. Po pierwsze, oni nad drzwiami montowali takie mezuzy, czyli zwoje żydowskich modlitw. Po drugie, kamienice budowane przez Żydów były z najpodlejszych materiałów. Niemcy budowali solidnie. Zawsze! Żydzi prawie zawsze byle jak. Byle było. Chce pan wiedzieć jak budowali Polacy?
- Polacy budowali w Łodzi jakieś kamienice?
- Oczywiście, że tak! Oczywiście musiał minąć czas nim wykształciła się tak zwana polska burżuazja. Czyli przedsiębiorcy i inwestorzy. Wcale nie było ich tak niewielu. Szczególnie na Górnej i na Bałutach.
- A jak budowali?
- Tego panu nie powiem. Kamienice budowane przez Polaków są stosunkowo młode. Jeszcze ich nie trzeba rozbierać. Dlatego nie mogę panu powiedzieć czy Polacy budowali lepiej lub gorzej niż Żydzi i Niemcy.
- Sądząc po dzisiejszych realiach...
- No, właśnie. Pytanie, czy to co widzimy na co dzień do polska niechlujność? Czy też socjalistyczna?
- Jak dla mnie to gordyjski węzeł. Polska niechlujność i socjalistyczna tandeta.
- Jest pan młody, poruczniku.
- Wróćmy do pana przygody na Lutomierskiej.
- Niech pan sobie wyobrazi, że w tej żydowskiej kamienicy znaleźliśmy złoto.
- Złoto?
- Tak. Najprawdziwsze. Pewnie ukryli za okupacji a potem...
- Nikt z chowających nie przeżył.
- Pewnie tak było. Uczciwie się z moimi robotnikami podzieliłem. Na cztery równe części. Ustaliliśmy, że w Łodzi nie będziemy tego sprzedawać. Tak ustaliśmy. Ale wie pan jak to jest. Nie minął dzień a jeden z robotników zaniósł coś do Desy. Następnego dnia poszedł następny. Trzeciego dnia zostałem zatrzymany na czterdzieści osiem godzin. Jak mnie zamknęli w tej piwnicy, i zaczęli mnie lać, to błagałem Boga by mi pozwolił wytrzymać ból. Wiedziałem, że jak wytrzymam to w końcu będą musieli mnie puścić. Na szczęście wyzwolił mnie pan grubo przed czasem. Trzeciego robotnika tak tłukli, że wszystko im oddał. Wszystko! Dzięki panu zachowałem zdrowie i cały skarb. Jestem pana dłużnikiem.
- Zmuszali pana do zmiany zeznań? Szantażowali?
- Nie musieli. Ja oglądam telewizję. Przekaz z Popiełuszką był bardzo czytelny. Ja go pojąłem bardzo dobrze. Mogą wszystko. Tamci dali dupy bo tego kierowcę, co był komandosem, posadzili przy drzwiach. Mnie uratował przypadek. Pan zszedł do piwnicy. Dostałem dar od Boga, którego nie dostał Popiełuszko. Drugi raz cud się nie wydarzy. Wolę żyć. Sam odwołałem zeznania, w których opowiadałem jak mnie lali. Tamtych zwolnili. Wrócili do służby. Tyle, że z tego co wiem przenieśli ich do Sieradza. A ja żyję. Wesele córce wyprawiłem. Ja chcę żyć panie poruczniku, a nie walczyć o sprawiedliwość. Ma pan do mnie o to żal?
W odpowiedzi Kostecki uśmiechnął się od ucha i do ucha.
- Gorąco - powiedział Tadeusz.
- Trzeba się schłodzić.
* * *
Następnego dnia, w przeddzień majowego święta, Kostecki zameldował się w spółdzielni lekarskiej na rogu Kościuszki i Zamenhofa. Długo klarował o swoich problemach. Lekarz nie specjalnie go słuchał.
- Proszę zdjąć spodnie i opuścić reformy do kolan.
Kostecki posłusznie wykonał polecenia lekarza, który po wykonaniu badania zadał rutynowe pytanie.
- Boli? W skali od zera do dziesięciu. Ile?
Kostecki pomyślał, że przy najbliższej okazji zabije Andrzejewskiego.