Najpierw oddech. Eseje, recenzje, szkice - Ewa Elżbieta Nowakowska

Kup ebooka

25.00 zł
20.50 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autorki

Niniejszy zbiór rozproszonych dotychczas szkiców i esejów stanowi zapis różnorodnych tekstów, z których każdy stanowi świadectwo jakiegoś etapu w moim pisaniu i myśleniu. Odczytywaniu własnych tekstów, zarówno tych pisanych dwadzieścia parę lat temu, jak i tych powstałych przed paru laty, nierzadko towarzyszą mieszane uczucia. Podczas ich lektury często odczuwam przyjemność, a nawet dumę, że udało mi się coś trafnie uchwycić, celnie sformułować. Czasem jednak polemizuję ze sobą w myślach, zastanawiam się, czy dziś też bym tak to ujęła. Po wahaniu nanoszę poprawki, albo zostawiam tak, jak jest, dodając tylko (choć nie zawsze) stosowne przypisy i objaśnienia. Zdarza się nawet, jak w przypadku jednej z recenzji, że ujawniam skrywaną przez dwie dekady tajemnicę. Niekiedy nie w pełni podzielam własne poglądy sprzed lat, mimo to uważam, że warto przedrukować i na nowo zinterpretować eseje, w których je wyraziłam.
Książka została podzielona na trzy części: pierwsza traktuje o pisarzach obcojęzycznych, druga - o polskich, a trzecia to varia, czyli wspomnienia, refleksje o miejscach, sztuce i ludziach. Skupiam się na dziełach jako takich, ale także na ich przekładach, w tym na tłumaczeniu samej siebie - dosłownie i w przenośni.
W zbiorze Najpierw oddech dużo miejsca poświęcam twórcom, których osobiście bardzo cenię i znam od lat, piszę jednak również o mniej znanych autorach, których odkryłam dopiero dzięki analizie ich tekstów i pisaniu recenzji ich książek. Jak stwierdziła profesor Gabriela Matuszek-Stec, "książkę tę można czytać jako literacki pamiętnik Autorki z dwudziestu kilku lat". Najpierw oddech składa się zatem nie tylko z samej materii eseistycznej, ale i z komentarzy na temat samej siebie, z przypisów do własnej sfery umysłu i wyobraźni. Poza czarną czcionką poszczególnych rozdziałów ważne są białe przestrzenie między literami, wypełnianie ich na nowo po upływie lat przeze mnie i przez czytelników.

Kaktus zakwitający nocą.  Złoto Thomasa Mertona

Sam w sobieliczony na tysiące,tak licznysam w sobie.Codziennie coraz bogatszy,jestem populacjąsamą w sobie.Jestem miastem jednoosobowymsamym w sobie.
Powyższa pieśń została ułożona przez Martina, bohatera jednego z rozdziałów książki W natarciu na niewypowiadalne Thomasa Mertona1. Jest ona popisem chełpliwości, wyzwaniem rzuconym Atlasowi, sprawującemu pieczę nad ładem świata, arogancją niemającą nic wspólnego z Kantowskimi numenami, bytami samymi w sobie: to ostatnie sformułowanie oznacza w przypadku Martina nie tajemnicę, drugie dno, lecz jedynie skrajny egoizm, życie dla siebie samego, w otoczeniu zbytku i pozorów przyjaźni, u szczytu iluzorycznej władzy. Martin dorastał w izolacji od prawdziwych problemów, wśród sztucznych wytworów, z dala od deszczu prawdopodobnie symbolizującego u Mertona naturalność, żywioły, kontakt z Absolutem, coś, czego kupić się nie da. Martin zamyka się w sobie beznadziejnie, bezpowrotnie. Zapętla się w los. Znamienne, że pojęcie pętli, węzła, nie tylko dla Europejczyka znaczy problem: także w psychologii buddyjskiej funkcjonuje ono w sensie negatywnych tworów psychicznych, jakie powstają w naszym wnętrzu na skutek niezrozumienia cudzych intencji bądź ich błędnego odczytania. Martin źle odbiera sygnały z zewnątrz, a co gorsza, zdaje mu się, że posiadł bezmierne bogactwo i może dzięki niemu wspierać Atlasa, a także, że może z łatwością porozumiewać się z nim.
Jednoosobowe miasto Martina stanowi cząstkę miasta z żelaza i szkła:
W świecie budynków nie ma niczego, co nie zostałoby sfabrykowane, a jeśli przez przypadek jakieś drzewo wciśnie się między kamienice, uczy się je, jak ma chemicznie wzrastać. Drzewo istnieje ze ściśle określonego powodu. Umieszcza się na nim tabliczkę, informującą, że rośnie ono dla zdrowia, piękna, perspektywy; że jest dla pokoju i dobrobytu; że zostało zasadzone przez córkę burmistrza. Wszystko to jest mistyfikacją. Samo miasto żyje własnym mitem.
Tak napisał Merton w rozdziale "Deszcz i nosorożec"2. Miasto odwraca się od przypadkowości, od chwastów, bo zaśmiecają widok, psują schludność podwórek. Odwraca się od wegetacji, żywej, nieokiełznanej, od tego, co bezgraniczne, niepojęte. Tego, co najistotniejsze. Drzewo takie jest samotne samotnością równie negatywną, jak samotność Martina. Pierwotnie mogło mieć jeszcze w sobie uzdrowicielską moc; myśliciela buddyjskiego Thicha Nhata Hanha, którego Merton szczerze podziwiał, również dręczyła myśl o mieście, w którym zostało jedno jedyne drzewo: "Wciąż zachowywało swoje piękno, było jednak bardzo samotne w centrum wielkiego miasta, otoczone wyłącznie budynkami"3, aż w końcu stało się jasne, że nie wystarczy ono mieszkańcom dla zachowania zdrowia i równowagi.
Niewybaczalnym uproszczeniem byłoby jednak widzieć u Mertona jedynie wstręt do francuskiej koncepcji uporządkowanego geometrycznego ogrodu - triumfu racjonalizmu i nieskomplikowaną kontynuację oświeceniowych idei Rousseau o powrocie do natury. Nie tylko dlatego, że Merton stracił już naiwność Jana Jakuba, i nie tylko dlatego, że ani on, ani Thich Nhat Hanh nie zwalczali narzucenia pewnego porządku na ludzkie osiedla (Hanh pisał nawet, łącząc pewną dozę niezbędnego w Europie pragmatyzmu z pierwiastkiem duchowym: "Wyrzucając do śmieci skórkę od banana, bądźmy świadomi, że wyrzucamy skórkę od banana, która wkrótce przemieni się w drzewo albo w kwiat. Tak właśnie wygląda praktyka medytacji"4), ale przede wszystkim dlatego, że nie sposób jednoznacznie zdefiniować, czym dla Mertona jest natura, podłożyć pod to słowo wyłącznie pojęcie ducha, Boga, kosmosu, spokoju. Wiele słów zyskuje w jego książkach, w zależności od kontekstu, odmienne odcienie znaczeń (lub wręcz znaczenia przeciwstawne). I tak, "niewypowiadalne" w cytowanej książce to negatywne zjawisko pustki moralnej współczesnej cywilizacji, w niektórych zaś wierszach to pozytywna cecha tajemnej wiadomości, jaką przynosi nam "Posłaniec zza horyzontu", tytułowy bohater jednego z bardziej znanych wierszy Mertona. Ta "niedefiniowalność" pojęć, wyjście poza dychotomię jest wynikiem głębokiej, a nie powierzchownej fascynacji buddyzmem i kulturami innych kontynentów.
Merton po prostu słyszy inną pieśń. Głos Martina do niego nie dociera. Słyszy zaś to, co śpiewa żółty kwiat i co brzmi przy otwieraniu się kwiatu kaktusa, zakwitającego nocą. Ktoś czuwa we wnętrzu kwiatu. Gdy zdasz sobie z tego sprawę, "już nigdy nie będziesz taki sam". W odróżnieniu od Martina, kwiaty nie żyją egoistycznie same dla siebie. Trwają, co prawda, samotnie, "dla nikogo", niewyjaśnione w swych szyfrach, lecz odmieniające wszystko w zachwyconym, być może przypadkowym uczestniku ich misterium. Świadomym uczestnikiem zaś może się stać tylko ten, kogo cechuje uważność (mindfulness), która stoi w centrum zainteresowania Thicha Nhata Hanha; ten ostatni, zapytany przez malarza, jak powinien patrzeć na kwiat, by go dobrze namalować, odparł: "Porzuć oczekiwania i bądź po prostu z kwiatem, nie usiłując go wykorzystać, ani niczego od niego uzyskać"5. W tradycji literackiej Europy zadomowiło się traktowanie natury jako sztafażu, którym można do woli manipulować, nadając mu nasze emocje, co nosi ładną nazwę personifikacji. Nasz Mickiewicz też nie robił niczego innego w Panu Tadeuszu: brzoza jest płaczącą wieśniaczką, dąb małżonkiem, i tak dalej. Tymczasem pojawiali się twórcy, którzy chcieli naturę po prostu dostrzec i uchwycić jej swoistą prawdę: Wyspiański, u którego rośliny wręcz wymykają się spod kontroli oszołomionego ich pięknem artysty, Leśmian, zatapiający się bezskutecznie w zieleni, istniejącej inaczej niż my, a w poezji anglojęzycznej Ted Hughes, w zachwyceniu starający się opisać fenomen zwierzęcia, niemal nieprzekładalny na język ludzki. To wszystko nie jest niczym nowym dla kultur Wschodu: tradycja zen zna opowieść o Buddzie, który na oczach 1250 mnichów nagle uniósł kwiat. Nikt nie wiedział, jak zareagować oprócz pewnego mnicha o imieniu Mahakaśjapa, który się uśmiechnął; dla Buddy było to klejnotem przebudzenia. Thich Nhat Hanh tak objaśnia tę historię:
Jeśli będziesz się zastanawiał, przeoczysz kwiat. Ten ze słuchaczy, który się nie zastanawiał, który po prostu był sobą, przeżył w pełni spotkanie z kwiatem i uśmiechnął się6.
Pisząc wiersze o kwiatach, chrześcijanin Merton działał niczym wierny uczeń Buddy. Samotne bytowanie roślin wzbogaca świat.
Każda roślina, która stoi w słońcu, jest świętą i jest wyrzutkiem. Każde drzewo, obsypujące się kwieciem bez nakazu człowieka, jest potężne w oczach Boga7.
Średniowieczna dysputa o powszechniki kończy się u Mertona zawsze zwycięstwem bytu pojedynczego; nieistotne są ogólne idee, ważne są ich konkretne spełnienia:
Żadne dwie stworzone istoty nie są dokładnie takie same. A ich indywidualność nie stanowi o ich niedoskonałości. Wręcz przeciwnie, doskonałość każdej stworzonej rzeczy nie leży jedynie w jej zgodności z abstrakcyjnym rodzajem, ale też z własną jednostkową tożsamością8.
Samo słowo "kwiat" zostało wyświechtane i zużyte jak sztuczny nawóz, którym podlewa się sztuczne rośliny w sztucznym mieście. Nadano mu tysiące symbolicznych odnośników: znaczył przez wieki i cnotę, i nietrwałość, i podziemia, i nadzieję, i ozdobną mowę, i atrybut Wielkiej Macierzy, i poszukiwanie Graala, i Chrystusa (z tego akurat Merton by się ucieszył), i nasz Mickiewicz też potrząsał "nowości kwiatem"... Żywy kwiat natomiast, wraz ze swym skarbcem, ze swą "szczodrością, która nie znajduje odpowiedzi" (bo niemal nie może jej w zaślepionym świecie znaleźć), jest niewyczerpany.
Gdziekolwiek Merton dotarł, fizycznie i mentalnie, wszędzie bystrym wzrokiem obserwował rośliny:
Kwiaty w Bear Harbor. Oprócz dzikich irysów wysokich na trzy czy cztery stopy, kalie rosnące dziko między paprociami na brzegu strumienia. Bogactwo róż i masa kwitnących krzewów, których nie potrafię nazwać9.
Tak pisał w zapiskach z podróży do Azji. Próba opisu i zachwytu, lecz nieoswojenia drzew w deszczu, kwiatów tryskających światłem, zwierząt, w tym także węży, ortodoksyjnie znaczących w chrześcijaństwie grzech i szatana (a dla Mertona neutralnych moralnie), przewija się przez wiele jego dzieł. O grzechotnikach pisał:
Były za piękne, za żywe, za bardzo były sobą, żeby im przyklejać etykietki. [...] Rozumiem szacunek Indian dla węży - tak odmienny od stosunku zaszczepionego nam od czasu Księgi Rodzaju - od naszej nienawiści i pogardy10.
Kwiat kaktusa w wierszu Mertona mówi o sobie: "za dnia wydaję się wężem". Świat jest dynamiczny, pełen metamorfoz. Zwierzęta stają się roślinami i na odwrót. Dzień niekiedy zakrywa prawdę, ale noc niekoniecznie niesie objawienie. To tylko my, i w noc, i w dzień, przyczepiamy istnieniom tabliczki z nazwami i chcemy, by wszystko, doskonale zdefiniowane i objaśnione, wzrastało na wzór drzewa między kamienicami zatrutego miasta. W biografii Mertona pióra Jima Foresta czytamy, że Merton "sąsiadującą z pustelnią szopę dzielił z czarnym wężem"11. Może w nadziei, że i on odsłoni mu jakąś głębię, do tej pory jedynie przeczutą? Ujawni swe prawdziwe imię?
I że olśni go tak, jak nas choćby to zdanie z Natarcia na niewypowiadalne, w którym można się zakochać i które już stało się "własnością" kilku moich przyjaciół: "Tam, gdzie pogardza się deszczem, światłem słonecznym i ciemnością, nie mogę spać"12.
Nie liczmy jednak na potężną iluminację: kwiat "ani nie ukazuje swej prawdy, ani jej nie skrywa". Jest poza podziałami i definicjami. Jak tao. Jak pustka mistyków. Jak zbawcze milczenie, bliskie i prawosławiu, i Ojcom Kościoła, i filozofiom Wschodu. Żółty kolor kwiatu oznacza światło, lecz nie złoto. Merton używa dwóch słów: gold i golden. To pierwsze zostaje zanegowane jako należące do materialnego świata Martinów i przeciwników deszczu. Złota w kwiecie nie odnajdziemy. Jest tylko złocistość, aluzja do wieczności, niczym złote tło ikon, pozornie materialne, ale w istocie wskazujące na inną rzeczywistość, boską, natchnioną, o której śnimy.
"Słoneczne wrota, dostojne oko". Tak powiedział jeden z największych myślicieli współczesnego chrześcijaństwa, Merton. "Słońce jest moim sercem", napisał wybitny myśliciel buddyjski, Thich Nhat Hanh13. Te cytaty brzmią niczym wyjęte z hymnu do Atona, skomponowanego przez wyklętego przez kapłanów faraona Echnatona. Coś go łączy z Mertonem: w swoim czasie Brat Ludwik14 też spotykał się z niezrozumieniem, a niekiedy wrogością niektórych dostojników Kościoła (nawet własnego opata). Jego niezmierny szacunek dla innych religii i ich przeczucia boskiego Majestatu torował drogę Drugiemu Soborowi i zaskarbił mu przyjaźń Jana XXIII. Dziś, na szczęście, nie zakazuje się już dzieł Mertona, lecz czyta się je z żarem. Inny los spotkał Echnatona: gdy umarł, jego imię zostało w akcie zemsty wydrapane z kartuszy królewskich przez kapłanów. Genialna monoteistyczna intuicja Echnatona okazała się jednak zwycięska, choć nie przypuszczam, by mógł on przewidzieć działalność Chrystusa.
Pośmiertny tryumf Echnatona stanowi również fakt, że choć z wszelkich pomników usunięto jego imię, to pozostawiono w spokoju promienną tarczę Atona, taki wizerunek wyrażał bowiem jedną z nieskończonych form manifestacji Wielkiego Boga15. Innym symbolem wiecznego Trwania, jaki powstał w czasach Echnatona i rozkwitu kultury Amarny, jest wąż Uroboros, chwytający paszczą własny ogon, popularny wśród średniowiecznych teologów i alchemików, ale, przez ukazanie pozytywnego aspektu węża, być może nieobcy również Mertonowi...
Gdyby Echnaton spotkał się z Mertonem, prawdopodobnie przystanęliby wspólnie przy roślinności nad Nilem i przemówili do słońca podobnym językiem:
Wszelkie żyjące kwiaty, które rosną na ziemi,Rozkwitają, kiedy wschodzisz,I są pijane szczęściem, że cię widzą16.
Merton lubił malować kaligrafie, "niezidentyfikowane ślady, podpisy kogoś, kogo nie ma w pobliżu"17. Echnaton chyba by to zrozumiał, odrzuciłby konwencjonalne hieroglify. Akceptował wszak sztukę łamiącą dotychczasowe kanony.
Ale Atlas nie pojmuje pieśni Martina. Nie narysują ani jednego znaku razem.
Pierwodruk: "Dwumiesięcznik literacki TOPOS" 2000, nr 5-6 (54-55)
1T. Merton, W natarciu na niewypowiadalne, tłum. E.E. Nowakowska, Bydgoszcz 1997, s. 117 (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).
2Tamże, s. 24-25.
3 Thich Nhat Hanh, Każdy krok niesie pokój. Zen w sztuce codziennego życia, tłum. T. Tarkowska, Warszawa 1991, s. 126.
4Tamże, s. 127.
5Tamże, s. 45.
6Tamże, s. 50.
7T. Merton, W natarciu na niewypowiadalne, dz. cyt., s. 107.
8T. Merton, Nowy posiew kontemplacji, tłum. L. Zielińska, Bydgoszcz 1999, s. 43.
9T. Merton, Las, wybrzeże, pustynia, tłum. E. Tabakowska, Kraków 1995, s. 31, wyróżnienie moje - E.E.N.
10Tamże, s. 56.
11J. Forest, Tomasza Mertona życie z mądrością, tłum. J. Margański, Bydgoszcz 1997, s. 219.
12T. Merton, W natarciu na niewypowiadalne, dz. cyt., s. 24.
13Thich Nhat Hanh, Każdy krok niesie pokój..., dz. cyt., s. 122.
14Klasztorne imię Mertona.
15Por. A. Niwiński, Bóstwa, kulty i rytuały starożytnego Egiptu, Warszawa 1993, s. 184.
16Fragment tzw. małego hymnu do Atona autorstwa Echnatona z XIV wieku p.n.e.; podaję za: A. Niwiński, Bóstwa, kulty i rytuały starożytnego Egiptu, dz. cyt., s. 182.
17T. Merton, W natarciu na niewypowiadalne, dz. cyt., s. 172.

Polska jako Tlön, Uqbar, Orbis Tertius. Kartografia światów/zaświatów Borgesa i Melanchtona

I.
Wszystko tu małe, dostępne i bliskie.Mogę końcem paznokcia przyciskać wulkany,[...] mogę jednym spojrzeniem ogarnąć każdą pustynię [...] Lubię mapy,[...] bo wielkodusznie, z poczciwym humorem rozpościerają mi na stole światnie z tego świata.
Tak napisała Wisława Szymborska w końcowym wierszu swego ostatniego, wydanego pośmiertnie tomiku Wystarczy1.
Jednak z mapami nie zawsze tak było. Mimo że także dawne odwzorowania ziemi można obecnie traktować jako twory umowne i symboliczne, w czasach, kiedy powstawały, nie sprawiały na oglądających wrażenia tak życzliwych i łagodnych, jak w wierszu noblistki, świadomej zafałszowań i przekłamań, które mapa stwarza; wręcz przeciwnie, roiło się na nich od potworów, białych plam, niezbadanych terenów, które budziły raczej grozę niż politowanie, rozmaitych terra ubi leones. Choć słowo "mapa" wywodzi się ponoć od prozaicznego włoskiego "mappa", czyli "płótno", to zuchwałe pragnienie, aby ujrzeć ziemię z góry i sporządzić jej wizerunek, ma częściowo demoniczną proweniencję: w dialogu Charon Lukiana z Samosat właśnie demon zwraca się do boga Hermesa z prośbą, aby spiętrzył góry, tworząc rodzaj wieży - z jej szczytu może potem oglądać świat2. Trudno nie pomyśleć tutaj o słynnej scenie z Ewangelii, w której ta sytuacja uległa niejako odwróceniu - to szatan, czyli najpotężniejszy przedstawiciel świata demonicznego, prowadzi Boga - Chrystusa - na szczyt góry i kusi Go doczesną władzą nad rozpościerającymi się przed nim obszarami.
Wiele średniowiecznych map przedstawiało poza znanymi wówczas kontynentami zjawiska zgoła fantastyczne lub niepotwierdzone: widać na nich bezgłowych Sternocefali, zamieszkujących rubieże świata, personifikacje ośmiu wiatrów, kolistą Jerozolimę w samym centrum mapy, czarodziejskie drzewa z legend o Aleksandrze Wielkim czy domniemane trasy wędrówki Trzech Króli. Liczną grupę stanowiły mapy typu "TO", powstające zwykle w pracowniach klasztornych w XI i XII wieku; ich zasadniczymi wyznacznikami były: okrąg (pierścień oceanu okalającego ziemię) oraz jego wewnętrzny podział na trzy pola, przypominający literę T: w górnym polu umieszczano zazwyczaj - co dziwi współczesnego odbiorcę - wschód, czyli Azję, w dolnych zaś pozostałe dwa kontynenty: Europę i Afrykę.
Dużo wysiłku wkładano w określenie położenia ziemskiego raju (biblijnego Edenu) i jeszcze na piętnastowiecznych mapach można oglądać odgrodzony ognistą zaporą ogród rajski na ziemi, Adama i Ewę, a także Kraj Goga i Magoga, czy "hospicjum świętego Makarego" - było to domniemane miejsce, w którym święty Makary został zatrzymany przez cherubina z mieczem, gdy usiłował wejść do ziemskiego raju3. Trudno zatem uznać tę kartografię za całkowicie realistyczną, choć jej autorzy działali zapewne w dobrej wierze, uważając wymienione krainy za prawdziwe, a do tego osadzone w Biblii czy tradycji.
W konwencję kartografii fantastycznej znakomicie wpisuje się J.L. Borges, lubujący się w świadomym stwarzaniu nieistniejących postaci, dzieł i miejsc. Najbardziej znanym opowiadaniem argentyńskiego twórcy, które starannie opisuje fikcyjne krainy i światy, jest Tlön, Uqbar, Orbis Tertius4: pisarz dokonuje w nim zapierającej dech mistyfikacji twierdząc, że wraz z przyjacielem wpadli na trop pewnego tomu dzieła The Anglo-American Cyclopaedia, zawierającego artykuł o Uqbarze. Nie wszystkie egzemplarze tego tomu są kompletne, gdyż tylko niektóre zaopatrzono w dodatkowe cztery strony, opisujące Uqbar - ten ostatni został przemilczany w indeksach kartograficznych Erdkunde Rittera.
Do tej zagadkowej opowieści zostaje wpleciony wątek liczącej 1001 stron księgi w języku angielskim, zatytułowanej A First Encyclopaedia of Tlön, gdzie na pierwszej stronicy i bibułce widniała owalna niebieska pieczęć z napisem Orbis Tertius. Okazało się, że dzieło to jest szczegółowym opisem już nie krainy, lecz całej planety. Dalsza część opowiadania relacjonuje w szczegółach języki, filozofię, psychologię, a nawet geometrię Tlönu. Postscriptum do utworu wyjaśnia, że twórcami całej mistyfikacji z Uqbarem, a potem Tlönem, byli uczeni, z początku działający w XVII wieku w Lucernie lub Londynie, których ­zadaniem było wymyślenie jakiegoś kraju. Ich ideę wskrzeszono po dwustu latach w Ameryce, gdzie w roku 1924 w Memfis pojawia się podobne tajemne bractwo - tym razem jednak, za namową ekscentrycznego milionera (tłumaczy on, że w ogromnych Stanach ­pomysł wykreowania państwa jest śmiesznie skromny), jego członkowie postanawiają mierzyć wyżej i stworzyć obszerną czterdziestotomową ­encyklopedię iluzorycznej planety, zwanej Tlönem, a to dzieło z kolei posłuży za podstawę do napisania kolejnego opracowania tejże planety, ale już w jednym z jej języków: ma ono nosić tytuł Orbis Tertius.
W roku 1942 następuje "pierwsze wtargnięcie świata fantastycznego do świata rzeczywistego"5, bowiem w wielkiej skrzyni ze srebrną zastawą, przysłanej pewnej księżnej, znalazła się busola z literami pochodzącymi z jednego z alfabetów Tlönu. Kolejny incydent stanowiło pojawienie się ciężkiego stożka o średnicy naparstka, który wykonano z metalu nie z tego świata. Odnaleziono go pośród rzeczy zmarłego w gospodzie młodzieńca. Dowiadujemy się, że takie stożki "są wyobrażeniem bóstwa w pewnych religiach Tlönu"6.
Niesamowitość potęguje się na ostatniej stronie prozy, gdzie pisarz przepowiada, że za jakiś czas znikną znane nam języki i stopniowo cały znany nam świat, nie mogąc oprzeć się logicznej spójnej konstrukcji tej "iluzorycznej planety", stanie się Tlönem.
II.
Mimo kunsztu, z jakim Borges opisuje Tlön, nie posuwa się jednak do sporządzenia atlasu tej planety, nie mówi też wprost o religijnych przekonaniach jej mieszkańców, czy ich wierzeniach dotyczących topografii świata pozagrobowego. Dość niezwykłe zaświaty pojawiają się za to w innym fascynującym utworze twórcy Fikcji i Alefu, a przebywa w nich wielki myśliciel reformacji, zwany "nauczycielem Niemiec", Philip Melanchton. Ta krótka proza, zatytułowana Teolog po śmierci, zo­stała opublikowana w zbiorze Powszechna historia nikczemności, od którego zdaniem wielu badaczy rozpoczął się realizm magiczny w literaturze. Borges ponownie zwodzi czytelnika udając, że Teolog... to urywek z pism szwedzkiego filozofa i mistyka Emanuela Swedenborga. Apokryf burzy wizję Melanchtona jako człowieka nauki, umiarkowania i cnót, ukazując go jako pyszałka, który porzuca ortodoksję chrześcijańską i przechodzi na stronę demonów. Co interesujące, wielki reformator za życia miał do czynienia z mapami, kartografią nie do końca realistyczną, o czym będzie tu jeszcze mowa.
Zaświaty Melanchtona trudno zlokalizować i zdefiniować: puszczając wodze fantazji równie dobrze możemy przyjąć, że znajdują się w Uqbarze, jak na Tlönie; mogą być także symetrycznym odbiciem w podziemiach rzeczywistego domu niemieckiego myśliciela. Borges uważa, że niemal wszyscy nowo przybyli do wieczności nie uświadamiają sobie, że już nie żyją i dlatego uważają przestrzeń, jaka zostaje im przydzielona, za przedłużenie doczesności. Po śmierci Melanchtonowi przypadł w udziale dom do złudzenia przypominający jego własny. Być może niektórzy czytelnicy rozpoznają w tej wizji własne koszmarne sny, w których wydaje im się, że się budzą we własnym pokoju, ale po jakimś czasie ogarnia ich nieokreślony lęk zmieszany z poczuciem, że coś nie pasuje. Wtedy odkrywają pozornie nieistotne szczegóły, które odróżniają ich mieszkania na jawie od tych ze snu: jakiś przekrzywiony obrazek na ścianie, inny księgozbiór, przestawione krzesła, brak drzwi. Dopiero w tym momencie zaczynają się bać - dobrze, jeśli w porę uda się im obudzić.
Także Melanchton w Teologu po śmierci sądzi z początku, że mieszka we własnym, bezpiecznym domostwie. Nie przychodzi mu do głowy, że umarł i oswojona dotąd przestrzeń zaburzyła się. Ma dalej stół, biurko z szufladami i bibliotekę, zabiera się więc do pisania o zbawieniu poprzez wiarę i pracuje tak przez kilka dni, nie czyniąc żadnej wzmianki o nabożności. Aniołowie usiłują go wprawdzie napomnieć, wysyłając do niego różne osoby, które próbują wypytać filozofa o ten aspekt jego myśli, on jednak, owładnięty pychą, nie zważa na ich delikatne zabiegi i nadal utrzymuje, że sama wiara wystarczy. Nie zdaje sobie sprawy, że nie żyje i że wcale nie jest w niebie. Aniołowie opuszczają go.
Od tej pory te dziwne zaświaty: ni to czyściec (odrzucany zresztą przez doktryny protestantyzmu), ni to piekło, ulegają stopniowym przemianom. Meble rozpływają się, ściany są pochlapane wapnem, a podłogę pokrywa żółta farba. Potem Melanchton zostaje uwięziony na parę dni w podziemnej pracowni, w której przebywali inni teologowie, podobnie jak on trwający w uporze i błędach. Jemu pozwolono na powrót do domu tylko dlatego, że zaczął się chwiać i wątpić w swe przekonania. Reformator, znalazłszy się z powrotem w pomieszczeniach domu czuje, że przenika je chłód. Dopiero wówczas uprzytamnia sobie, że nie są to już pokoje z jego domu. Jeden z nich wypełniają teraz dziwne przyrządy, drugi się skurczył i nie da się doń wejść, trzeci wprawdzie nie przeszedł widocznej metamorfozy, ale jego okna wychodzą teraz na wydmy, które mogą sugerować bliskość morza, lub, co bardziej prawdopodobne, pustynię. Ta część opowieści o Melanchtonie wydaje się opaczną, pokrętną, wręcz ironiczną wersją Alicji w krainie czarów - Alicja zmniejszała się i zwiększała, podążając w głąb króliczej nory, Melanchton zaś był wciąż tych samych rozmiarów, za to sprzęty i pomieszczenia rozpływały się lub kurczyły, a on wynurzał się z podziemi na powierzchnię.
Jeden z pokoi wydaje się szczególnie upiorny: tłoczą się tam postacie, które składają Melanchtonowi hołdy i wmawiają mu, że jest najbardziej uczonym pośród teologów. Z początku łechce to jego próżność, ale potem wzbudza wstręt i podejrzliwość, jako że "niektóre z tych osób nie miały twarzy, a inne wydawały się martwe"7. Niekompletność kojarzy się z czymś demonicznym i niegodnym sług Boga, choć owe istoty mogą wcale nie być tego świadome: "Myślą, że są piękne, ale wiele z nich ma oblicza potworów lub zamiast nich bezkształtne fragmenty ciała" - pisał wszak Borges o demonach Swedenborga8.
W końcu teolog dochodzi do wniosku, że należy ułożyć pochwałę pobożności, lecz zapisane karty na drugi dzień stają się nieczytelne, zatarte, myśliciel tworzy bowiem dzieło bez przekonania o słuszności jego tez. Przyjmuje także wizyty wielu niedawno zmarłych ludzi, zaczyna jednak wstydzić się odrapanych i brudnych pomieszczeń. Musiało już zakiełkować w nim podejrzenie, że znajduje się w zaświatach, ale bynajmniej nie w niebie; żeby jednak stworzyć pozory elegancji i wytworności, wchodzi w komitywę z czarownikiem z pokoju w głębi i na czas wizyt owych bliżej nieokreślonych zmarłych w pokojach pojawia się przepych i splendor. Kiedy goście wychodzili, "zjawiała się ponownie nędza i wapno, a czasami nieco wcześniej"9.
Z ostatniego zdania utworu dowiadujemy się, że podobno (bo niczego tu nie wiadomo na pewno) ów mag i jedna z postaci bez twarzy "unieśli go na wydmy" i obecnie Melanchton jest służącym demonów. Konszachty z siłami nieczystymi kończą się haniebnym dla wielkiego preceptora, twórcy nowego wyznania wiary10, przejściem na stronę złych duchów. Pustynia zwykle kojarzona była z kuszeniem i zwodniczym szatanem; w Ewangelii według św. Mateusza Chrystus, zapowiadając swe ponowne przyjście i ostrzegając przed fałszywymi mesjaszami, zaznacza, że niektórzy z nich mogą właśnie tam się pojawić - "Jeśli więc wam powiedzą: "Oto jest na pustyni", nie chodźcie tam; "Oto wewnątrz domu", nie wierzcie"11. Co uderzające, biblijny opis fałszywego mesjasza w pełni odpowiada Borgesowskiemu magowi, który zamieszkiwał przecież zagadkowy dom, po czym przemieścił się na wydmy pustyni. A skoro cały tekst podszywa się pod fragment dzieła Swedenborga, warto przytoczyć tutaj prawdziwe słowa szwedzkiego wizjonera, który - jak Melanchton w Teologu po śmierci - jeszcze za życia rozmawiał z wieloma duchami: "przeznaczeniem moim było przestawać lata całe w towarzystwie duchów... mówiłem o tym z aniołami... często dane mi było oglądać fałszywe wyziewy dobywające się z piekieł"12.
Na próżno dążylibyśmy do opracowania atlasu owego pustkowia, ostatniego etapu pośmiertnej niedoli Melanchtona (być może stanowi ono swoiste piekło), bowiem "Bóg nie pozwala ani ludziom, ani aniołom rysować map Piekła, ale wiemy, że w ogólnych zarysach jest ono mniej więcej podobne do form demona. Najstraszniejsze, najbardziej okrutne piekła leżą na zachodzie"13. W ten sposób Borges rozprawia się z zakorzenionym w kulturze antyku toposem Wysp Szczęśliwych, czy też Błogosławionych, które, jak w Pracach i dniach Hezjoda, czy w celtyckich mitach o Avalonie, miały się znajdować właśnie na zachodzie - w prozie argentyńskiego mistrza leżą tam przerażające krainy infernalne. Kto wie, czy właśnie w ich obrębie nie znajdują się wspomniane wydmy, na których Melanchton służy demonom? Byłoby to zgodne z symboliką chrześcijańską tych stron świata, wedle której to zachód jest krainą szatana, a wschód krainą Chrystusa, tam bowiem leży ziemski Eden; także ze wschodu przychodzi zbawienie, należało się więc modlić z twarzą zwróconą w tym kierunku (ołtarze i groby chrześcijan orientowano, czyli ustawiano w stronę wschodu). Kiedy katechumen podczas chrztu wyrzekał się szatana, obracał się na zachód, w stronę zachodzącego słońca, po czym, patrząc na wschód, miał "przysięgać wierność Chrystusowi"14.
Borges daje nam jeszcze jedną wskazówkę dotyczącą owych pustynnych regionów zachodnich: otóż w ostatnim, obejmującym zaledwie akapit tekście Powszechnej historii nikczemności, zatytułowanym O ścisłości w nauce, mowa jest o rubieżach pewnego Cesarstwa, na których niszczeją resztki mapy, sporządzonej przez Kolegium Kartografów. Starali się oni tak wiernie odwzorować znany sobie świat, że z czasem, kiedy mapa stawała się coraz dokładniejsza, osiągnęła kuriozalne rozmiary: "Mapa jednej tylko Prowincji zajmowała całe Miasto, a Mapa Cesarstwa całą Prowincję"15. W końcu doszli do kompletnego absurdu, tworząc mapę cesarstwa wielkości cesarstwa: to tak, jakby ktoś zbudował globus wielkości kuli ziemskiej. O ironio, kolejne pokolenia uznały ogromną mapę za nieużyteczną i "nie bez Bezbożności oddały ją na Pastwę Słońca i Zim. Na Pustyniach Zachodu zachowały się rozczłonkowane Ruiny Mapy, zamieszkałe przez Zwierzęta i przez Żebraków; w całym Kraju nie ma innej pozostałości po Dyscyplinach Geograficznych"16. Tymczasem prawdziwy, historyczny Melanchton zmarł po krótkiej chorobie 19 kwietnia 1560 roku. Znaleziono przy nim kartkę, na której wyjaśnił, dlaczego nie żywi lęku przed śmiercią: "Zostaniesz wybawiony z grzechu, uwolniony z trosk i zaciekłości teologów. Dojdziesz do światła, będziesz oglądał Boga i Jego Syna, poznasz cudowne tajemnice, których w tym życiu nie mogłeś pojąć: dlaczego jesteśmy stworzeni tak a nie inaczej, i na czym polega zjednoczenie obu natur w Chrystusie"17. Jego doczesne szczątki spoczęły obok Marcina Lutra, w kościele zamkowym w Wittenberdze. Możemy jedynie żywić nadzieję, że dusza Melanchtona znalazła ukojenie i wytłumaczenie tajemnic, o których napomknął na wspomnianym kawałku papieru.
Doprawdy, inne pośmiertne losy przewidział dla niego autor Powszechnej historii nikczemności.
 III.
Topografia fikcyjnych lądów, na które w wizji Borgesa trafia Melanchton po śmierci, pozostaje bliżej nieokreślona, ale sam reformator jeszcze za życia miał do czynienia ze sztuką kartografii, którą, jako znawca historii świata i geografii, darzył wielką estymą. W roku 1557 stworzył podręcznik Kronika świata od stworzenia donaszych czasów, żywo interesował się również geografią Ziemi Świętej uważając, że wiedza o niej wspomaga właściwą interpretację Pisma Świętego. Jak ustalił Timothy J. Wengert, już w marcu 1522 roku Melanchton "napisał list do Kaspara Crucigera Młodszego (przebywającego wówczas w Lipsku) w nadziei na zdobycie mapy należącej do Johanna Reinecciusa, prawdopodobnie po to, by zrobić z niej użytek w przekładzie Nowego Testamentu na niemiecki. [...] Pomógł też Tilemannowi Stelli w opublikowaniu mapy Palestyny. Ofiarował egzemplarze tej mapy całej rzeszy swych korespondentów"18.
Los chciał, że mapa, do której rok później napisał rodzaj wstępu, a mianowicie List polecający z wywodem o pochodzeniu Polski, została sporządzona przez młodego Polaka, szlachetnie urodzonego Wacława Grodeckiego, który zadedykował ją królowi Zygmuntowi Augustowi. Grodecki studiował w Krakowie matematykę i filozofię, tam też zaczął się pasjonować mapami, między innymi "Sarmacji", tj. Europy Środkowej.
Objąwszy opiekę nad synem kasztelana oświęcimskiego Jana Komorowskiego, Krzysztofem, Grodecki odbył z nim modny wówczas "Grand Tour" po Europie, trafiając na najznamienitsze w owym czasie uniwersytety: w Lipsku, Wittenberdze, Padwie i Rzymie. W Wittenberdze mógł wysłuchać wykładów słynnego już wtedy Melanchtona, który napisał tekst o pochodzeniu Polaków i wręcz z zachwytem odniósł się do mapy Grodeckiego. Ten ostatni pragnął ją opublikować w Bazylei, ale bez rekomendacji jakiejś osobistości żaden drukarz nie podjąłby się jej wydania. Autor Konfesji augsburskiej nakreślił więc list po łacinie, w którym stwierdza między innymi: "Filip Melanchton przesyła pozdrowienie czytelnikowi. Rzeczą godną człowieka jest rozważać, która część świata jest naszą siedzibą i w jakim regionie jest położona [...] Do takich źródeł wiedzy prowadzą mapy i ich opisy. Dlatego też trudy uczonych ludzi w sporządzaniu tych erudycyjnych map, wszystkim powinny być drogie i być godne wielkiej pochwały"19. Mapa została wydana w słynnej oficynie bazylejskiej Jana Oporyna, którego jakiś czas wcześniej musieli bronić Luter i Melanchton, bowiem wydał on bez zgody cenzury łaciński przekład Koranu, co w XVI stuleciu musiało wydawać się rewolucją.
Melanchton wysoko cenił ludy słowiańskie, zwłaszcza Polaków i ich przywódców. Wyjątkową admiracją darzył hetmana Jana Tarnowskiego, którego nazwał "Custos Europae", według niego bronił on bowiem Europy przed "barbarią scytyjską"20. Reformator utrzymywał ożywione kontakty z polskimi studentami, tłumnie przybywającymi do Wittenbergi po nauki, oraz korespondował z ich protektorami, szlachtą, a nawet biskupami, między innymi Andrzejem Krzyckim i Janem Dantyszkiem21. Zgodnie ze stanem ówczesnej wiedzy uważał, że Słowianie pochodzą od ludu Henetów. Powoływał się na pisarzy antycznych, w tym na Ptolemeusza, samą zaś nazwę "Henetowie" prawdopodobnie zaczerpnął od niejakiego Jordanesa, gockiego historyka z VI wieku n.e. Inne wersje tej nazwy to: "Heneti, Henedi, Veneti, Vindi, niem. Wenden, a w języku polskim Wenetowie i Wenedowie"22. W Liście polecającym z wywodem o pochodzeniu Polski niemiecki humanista rozpisuje się o szlachetności Wenetów, jakoby wywodzących się od wędrownych Hebrajczyków: według niego "na podstawie pieśni Argonautów oraz Homera i Herodota jest oczywistym, że starożytni Henetowie wyróżniający się cnotą i męstwem zamieszkiwali wybrzeże w okolicach Troi"23, sąsiadowali więc ze stojącymi na wysokim poziomie muzyki, języka i nauki miastami jońskimi, które wywarły na nich znaczący wpływ. "Zaś Królestwo Polskie jest wielką ozdobą ludu Henetów, długo już kwitnąc z powodu wielu blasków"24.
Echa tych poglądów Melanchtona odnajdujemy w piśmiennictwie staropolskim, na przykład w szesnastowiecznej Mowie o ważności i o pożytku języków w ogóle, a języka polskiego w szczególności Jana Rybińskiego, której autor cytuje cały szereg pisarzy starożytnych, stwierdzając z zachwytem: "A jak dawny był naród Henetów, poznać można przede wszystkim ze słów Homera, współcześnika proroka Izajasza, gdy mówi: A Paflagonów prowadził Pylajmen z piersią włochatą, / Z kraju Henetów, skąd stada dzikich wywodzą się mułów..."25; tu następuje długa lista innych historyków i poetów, wyjaśnienie, że jest ich tak wielu, iż nie sposób wymienić wszystkich, oraz uwaga świadcząca o szerokiej recepcji dzieł niemieckiego filozofa w Polsce: "Przytoczę tu jedynie słowa owego wielkiego ojca wszech nauk, Filipa Melanchtona, bo nie mogę ich w żaden sposób pominąć milczeniem [...] jak bowiem mówi: Ród Henetów - jasne to - sąsiadował z Frygią, potem ten kraj dostał nazwę Paflagonii od Paflagona, syna Fineusza, rozsławił zaś ten lud Homer i Herodot. Potem Ptolemeusz powiedział, że Henetowie są największym ludem Sarmatów, który po zburzeniu Troi rozproszony [...] zajmuje dziś Polskę, Ruś i wielkie regiony od Wisły do Odry i do Łaby"26. Oczywiście, twierdzenia i opisy te mogą dziś wywoływać lekki uśmiech, zwłaszcza "włochata pierś" mężnego Pylajmena i stada dzikich mułów (nie są to raczej obrazki, które miałyby świadczyć o rzekomo wysokim poziomie kultury i cywilizacji Henetów, naszych przodków...), warto jednak pamiętać, że choć w XIX i XX wieku prowadzono liczne badania archeologiczne, ich wyniki nie ujednoliciły hipotez o pochodzeniu Słowian i Polaków, a zatem pełne kategorycznej pewności, dziś budzące wiele zastrzeżeń słowa Melanchtona i Rybińskiego należy oceniać w kontekście nauki XVI wieku i dostępnych wówczas źródeł.
Szacunek, z jakim należy podchodzić do owych wywodów oraz do samej mapy Grodeckiego, nie przeszkadza o nich myśleć jako o nieco borgesowskich i fantasmagorycznych w duchu; czyż nie brzmią wspaniale zawarte w indeksie takie nazwy, jak: Balde, Chentijny, Colo, Calisch, Dersaw, Gedanum, Gijeblow, Laslo, Meb, Vachock, Osrolenka, Raua czy Xijaz? Czy nie mogłyby się one znaleźć na mapie Tlönu?... Drugą, alternatywną mapę, stanowi pięćdziesiąt miejscowości na terenach ówczesnej Rzeczypospolitej, z którymi korespondował Melanchton (położonych głównie na Śląsku). W których rejonach mapy te się pokrywają? W których różnią? Czy w gruncie rzeczy są realne, czy nierealne?
Wyobraźnię dodatkowo może rozbudzać jeszcze jeden fakt, związany z mapą Grodeckiego: otóż młody kartograf przygotował jej ­pomniejszoną wersję, o którą zabiegał "w 1568 roku Marcin Kromer [...] pragnął dołączyć ją do wydania swego dzieła Polonia. Kromer otrzymał ją i zamierzał przesłać Oporynowi do Bazylei celem opublikowania wraz ze swym pomnikowym dziełem. Praca Grodeckiego nie ­została jednak nigdy wydrukowana i najprawdopodobniej zaginęła", pisze Józef Król27. Dlaczego? Co się stało z tą mapą? Czy faktycznie stanowiła pomniejszoną wersję tej już opublikowanej? A co, jeśli tkwiło w niej coś heretyckiego, demonicznego, co, jeśli ktoś zapragnął ją zniszczyć?
Bo przedstawiała Polskę jako Tlön, Uqbar, Orbis Tertius? Jako zaświaty Melanchtona? I jej urojony świat zaczął przenikać do rzeczywistego?
Gdyby Borges znał tę historię, pewnie dopisałby kolejny apokryf do Powszechnej historii nikczemności. A przynajmniej nie da się tego wykluczyć.
IV.
Można sobie natomiast wyobrazić, jak niewidomy Borges tkwi przy staroświeckim biurku z pustą kartką papieru i rysuje po omacku ostatnią mapę. Można też domniemać, że zastyga przy biurku i spędza tak dłuższy czas, nieświadomie tworząc jakąś mapę w umyśle, niepoznawalną dla postronnych. Po utracie wzroku nigdy się nie nudził: ta nowa dla niego sytuacja stała się wręcz wybawieniem od nałogu nieustannego czytania: "[...] dla kogoś, kto nie czyta, czas płynie inaczej. Kiedy jeszcze widziałem i zdarzało się, że musiałem spędzić bezczynnie pół godziny, doprowadzało mnie to do szału. Musiałem czytać, było to po prostu natręctwo. A teraz dobrze znoszę nawet dość długą samot­ność, nie irytują mnie dalekie podróże koleją, mogę sam siedzieć w hotelu albo iść ulicą. [...] Chyba po prostu umiem się obejść bez zajęcia. [...] Mógłbym w ogóle o niczym nie myśleć, tylko po prostu żyć", wyznał w wywiadzie28.
Jego pamięć przechowuje okruchy dzieciństwa: ilustracje do książek Dickensa i Twaina, obrazki z Baśni z tysiąca i jednej nocy, ale także ryciny zwierząt i piramid z encyklopedii, jazdę konną w Urugwaju oraz wielkie patio rodzinnego domu w Argentynie. Możliwe, że we wspomnieniach majaczy również założone przez Jana Kalwina liceum genewskie, w którym, jak się zdaje, zaczął studiować myśl Melanchtona (samym Szwajcarom poświęcił tytułowy tekst zbioru Spiskowcy), jego przyjaciele z tego okresu, Żydzi polskiego pochodzenia: Simon Żychlinski i Maurice Abramowicz, z którymi grywał w truco29, ojciec, który objaśniał mu na szachownicy paradoksy Zenona, pompy wiatrowe, plama na horyzoncie, która mogła okazać się budynkiem albo tumanem kurzu.
Głowa jest przepełniona po same brzegi i nic dziwnego, że kiedy Borges nie zachowuje ostrożności i robi gwałtowniejszy ruch, z wezbranej pamięci zaczynają wyciekać zamazane wizje. Skutecznie rozmywają widzialny świat, zastępując go jakąś pochodną Tlönu, a procesu tego nie da się zatrzymać. Nawet śmierć twórcy tej wybujałej mapy niczego nie zmieni. Tlön jest na Śląsku i w Małopolsce. Uqbar na Mazowszu i Pomorzu. Orbis Tertius połyka Warmię i Mazury. Niestety, potencjalny wydawca tego atlasu w Bazylei zdążył już zbankrutować. Zresztą Melanchton nie napisze listu polecającego do innego drukarza, błąka się przecież po wydmach Borgesowskich zaświatów.
Pierwodruk: "Kwartalnik literacko-kulturalny eleWator" 2013, nr 4 (2)
1 W. Szymborska, Mapa, w: taż, Wystarczy, Kraków 2012, s. 21-22.
2 F. Pellegrino, Geografia i imaginacja, tłum. zbior., Warszawa 2009, s. 35.
3 J. Delumeau, Historia raju, tłum. E. Bąkowska, Warszawa 1996, s. 62-65.
4 J.L. Borges, Tlön, Uqbar, Orbis Tertius, tłum. A. Sobol-Jurczykowski, w: tenże, Historie prawdziwe i wymyślone, Warszawa 1993.
5 Tamże, s. 172.
6 Tamże, s. 173.
7 J.L. Borges, Teolog po śmierci, w: tenże, Powszechna historia nikczemności, tłum. A. Sobol-Jurczykowski i S. Zembrzuski, Warszawa 1982, s. 74.
8 J.L. Borges, Demony Swedenborga, w: tenże, Księga istot zmyślonych, tłum. Z. Chądzyńska, Warszawa 2000, s. 41.
9 J.L. Borges, Teolog po śmierci,dz. cyt., s. 74.
10 W roku 1530 w Augsburgu Melanchton sformułował Wyznanie augsburskie; jego 21 artykułów do dziś pozostaje podstawowym credo luteranizmu.
11 Mt 24, 26 według Biblii Tysiąclecia, Poznań-Warszawa 1971 (wszystkie cytaty biblijne za tym wydaniem - E.E.N.).
12 Cytuję za: P. Ackroyd, Blake, tłum. E. Kraskowska, Poznań 2001, s. 117.
13 J.L. Borges, Demony Swedenborga, dz. cyt., s. 41.
14 Por. D. Forstner OSB, Świat symboliki chrześcijańskiej, tłum. i oprac. W. Zakrzewska, P. Pachciarek, R. Turzyński, Warszawa 1990, s. 96.
15 J.L. Borges, O ścisłości w nauce, w: tenże, Powszechna historia nikczemności, dz. cyt., s. 87.
16 Tamże.
17 Podaję za: K. Karski, Filip Melanchton w 500. rocznicę urodzin, "Myśl Protestancka" 4/1997, s. 35 -37.
18 T.J. Wengert, The Biblical Commentaries, w: Philip Melanchton (1497-1560) and the Commentary, red. T.J. Wengert i M.P. Graham, Sheffield Academic Press 1997, s. 110 (przekład mój - E.E.N.).
19 W. Grodecki, F. Melanchton, Dedykacja mapy Polski królowi Zygmuntowi Augustowi i List polecający zwywodem o pochodzeniu Polski, wydał  i wstępem opatrzył Józef Król, Grodziec-Cieszyn 2011, s. 43.
20 Tamże, s. 19.
21 Tamże, s. 19.
22 J. Król, Pochodzenie Słowian według Melanchtona, "Myśl Protestancka" 2/2001, s. 65.
23 W. Grodecki, F. Melanchton, Dedykacja mapy Polski królowi Zygmuntowi Augustowi i List polecający z wywodem o pochodzeniu Polski, dz. cyt., s. 47.
24 Tamże, s. 51.
25 Podaję w przekładzie Bronisława Nadolskiego za: www.staropolska.pl/renesans/varia/Rybinski.html (dostęp: 29.12.2022).
26 Tamże.
27 W. Grodecki, F. Melanchton, Dedykacja mapy Polski królowi Zygmuntowi Augustowi i List polecający zwywodem o pochodzeniu Polski, dz. cyt., s. 12.
28 R. Burgin, Rozmowy z Jorge Luisem Borgesem, tłum. M. Kłobukowski, Gdańsk 1993, s. 19.
29 J.L. Borges, Autobiografia, tłum. A. Elbanowski, Warszawa 2002, s. 22-23.