Najstarszy syn - Monika Rzepiela

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (49,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Prolog Część pierwsza. W Krakowie Rozdział 1. Bliźniaczki

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 28

Prolog

Wiedziała, że musi tam dojść. Bez względu na podłą październikową pogodę i własne osłabienie. Od rana nic nie jadła, bo gdy zaczęły się skurcze, ukryła się w szopie przed wzrokiem służby i państwa. Nigdy wcześniej nie rodziła, więc nie miała pojęcia, jak długo będą trwać bóle. Gdy jednak zbliżał się wieczór, a skurcze nie ustawały, zrozumiała, że nie może dłużej przebywać w ukryciu. Zarzuciła na siebie stary płaszcz, bo deszcz lał się z pochmurnego nieba, i opuściła majątek państwa Gdeszyńskich. Zagryzając zęby oraz podtrzymując dłońmi brzuch, pokuśtykała w stronę lasu. Wiedziała, że tam, wśród drzew, w małej chatce mieszka stara znachorka. Tylko ona mogła jej pomóc wydać dziecko na świat.

Była sierotą, która mieszkała w majątku. Jej matka umarła, gdy miała sześć lat, a ojca w ogóle nie znała. Państwo Gdeszyńscy zatrzymali małą we dworze, gdzie pomagała kucharce Klementynie w gotowaniu i pieczeniu. Tak mijały lata. A teraz, mając siedemnaście lat, była ciężarna i zupełnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Pozostawała jej tylko nadzieja, że znachorka odbierze dziecko i zatrzyma je w swojej chałupie. Ona nie mogła wrócić do dworu z bękartem. Do tej pory jakoś udawało jej się ukryć ciążę, bo brzuch miała niewielki i tak się ubierała, by zamaskować niechcianą wypukłość. Tak, nie chciała tego dziecka, ale nie była w stanie go zabić. Słyszała, że niektóre zdesperowane dziewki usuwały ciążę, ale ona nie potrafiła zamordować owocu swego łona, co nie znaczy, że podobne myśli nie przychodziły jej do głowy. Teraz jedyne, czego pragnęła, to by bóle wreszcie minęły, a noworodek urodził się martwy.

Wreszcie stanęła przed chatą znachorki. Była to rozpadająca się rudera z dachem krytym strzechą i drzwiami zwisającymi z zawiasów. Nie namyślając się wiele, pchnęła je, bo nawet do głowy jej nie przyszło, by zapukać. W środku panował półmrok. Tylko jedna świeca rozświetlała ciemności. W jej nikłym blasku zobaczyła, że znachorka siedzi za stołem i nawleka grzyby na dratwę.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - wymamrotała, krzywiąc się z bólu.

Stara niewiasta podniosła wzrok i przez chwilę wpatrywała się w przybyłą. Szybko jednak się opamiętała i odparła:

- Na wieki wieków. Czego chcesz, dziewczyno, i jak się zwiesz?

- Byście mi pomogli. Na imię mi Felka.

- A w czym, dziecino?

- Jestem brzemienna. Od rana mam skurcze. Schowałam się w szopie, żeby mnie nie znaleźli, ale poszłam stamtąd. Proszę, byście odebrali dziecko. Tylko do was mogę się zwrócić, bom sierota bez matki i ojca.

Niewiasta powstała z zydla i podeszła do dziewczyny. Wzięła ją pod pachy i usadowiła na jedynym łóżku, jakie znajdowało się w chacie. Szybko rozebrała ją z płaszcza i uniosła brudną spódnicę za kolana.

- No, no, stara Zdzisława zobaczy, jak się dzieciątko ma. Rozchyl uda, dziewczyno, żebym mogła sprawdzić, na ile palców jest rozwarty żywot.

Felka wykonała polecenie i wrzasnęła głośno, gdy ręka znachorki wsunęła się do jej ciała.

- No, no, na osiem palców. Wnet urodzisz, dziecino.

Bóle były nie do wytrzymania. Felka krzyczała przeraźliwie. A potem poczuła, że z jej łona wychodzi małe ciałko. Półprzytomna zobaczyła zakrwawionego noworodka, którego znachorka położyła na jej piersiach.

- Zaraz go obmyję i owinę. A teraz trzeba dać mu klapsa, by zaczęło płakać.

Zrobiła, co powiedziała, i w chacie rozległo się ciche kwilenie. Felka przez chwilę myślała, że dziecko urodziło się martwe, ale jej nadzieje okazały się płonne. Dziecko żyło i wszystko wskazywało na to, że było zdrowe.

Miała mgłę przed oczami. Niemal nie widziała znachorki, która krzątała się po chacie. Czuła się bardzo słaba, ale zmusiła się do zadania pytania, co się urodziło.

- Dziewka - odparła krótko znachorka. - Jak się będzie zwała?

- Jak...? No, Bogusława, jak jej ojciec... Pan ze dworu jest jej ojcem... uwiódł mnie...

Znachorka tylko coś mruknęła i pochyliła się nad położnicą. Pomacała jej uda i uniosła dłoń całą umazaną we krwi.

- Na wszystkich świętych! Krwawisz, dziecino... O, co ja teraz pocznę?

Felka była tak zamroczona, że nie słyszała, co powiedziała stara niewiasta. Czuła się tak, jakby życie z niej uchodziło... Nie chciała umierać. Była zbyt młoda, by zemrzeć. Chciała być jeszcze szczęśliwa. Ale myśli tłoczyły jej się w głowie. Po chwili zasnęła.

Obudziła się o świcie. Chciała się podnieść, ale nie miała siły. Krew buchała z jej łona tak obficie, że stara znachorka nie mogła jej zatamować.

Zmarła około południa. Zgasła cicho jak świeca. Znachorka owinęła ciało starym prześcieradłem. Potem wzięła szpadel i wyszła z chałupy, by wykopać płytki dół za jednym z drzew. Zmęczyła się przy tym bardzo, bo w rękach brakowało jej siły i plecy ją bolały od pochylania się. Pogrzebała Felkę i odmówiła nad jej grobem modlitwę. W mogiłę wbiła naprędce spleciony krzyż. Wszystko po to, by nie zapomnieć, gdzie pochowała ciało dziewczyny, za której duszę pragnęła się modlić.

Wróciwszy do chałupy, pochyliła się nad niemowlęciem, które cicho kwiliło.

- No, dobrze, że mam krowę, co daje mleko, bo czymś cię muszę karmić. Twa matka zeszła z tego świata, więc cię nie wykarmi. O, wszyscy święci! Co mi biednej na stare lata przyszło...

Zaczęła się krzątać. Znalazła czysty gałganek, namoczyła go mlekiem i włożyła do buzi noworodka. Nie miała pojęcia, jak inaczej mogłaby go karmić. Gdy wreszcie dziecko się uspokoiło i zasnęło, siadła za stołem i zaczęła dumać. Chociaż była chrześcijanką, do kościoła nie chodziła. Rozumiała jednak, że dziecko trzeba ochrzcić. Poszukała w kufrze gromnicy i zapaliła ją. Potem nalała wody do miski, pomodliła się nad nią i uczyniła znak krzyża.

Trzymając w jednej ręce dziecko, drugą zmoczyła mu główkę i rzekła uroczyście:

- Bogusławo, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

A w myślach dodała: "Nosisz takie imię, jak twój ojciec, pan szlachcic".