Namiętne ultimatum - J.L. Beck & S. Rena

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Alicja
Co ja mam teraz robić?
Co ze mną będzie?
Przed niecałą godziną miałam pocałować swojego świeżo poślubionego męża. Chociaż byłam przerażona i wstrząśnięta, jakoś przetrwałam uroczystość, czy tam miniuroczystość. Wiedziałam, co muszę zrobić, żeby wyjść z sytuacji cało, chociaż nie miałam wątpliwości, że mój rzekomy ojciec wszystko wygada i zakończy tę maskaradę, a mnie czeka katastrofa.
No i nastąpiła katastrofa, tylko nie taka, jaką sobie wyobrażałam.
Znowu siedzę uwięziona w pokoju, w którym wylądowałam na początku. Tylko że teraz mam na sobie zakrwawioną suknię ślubną. I obrączkę na palcu, symbol pseudozwiązku, który zawarłam.
Czekam, aż mąż zdecyduje, co ze mną zrobić.
Pełen żałości szloch wyrywa mi się z piersi, nie jestem w stanie go powstrzymać. Nie rozumiem, co się dzieje. Jak mogło dojść do takiej katastrofy? O co w tym wszystkim chodzi? Zmuszono mnie do tego ślubu, do udawania, że tamci ludzie są moimi rodzicami. Z moich ust padło tyle kłamstw i półprawd, że sama się w nich gubię.
Wiem, że z żadne kłamstwo mnie już nie wybawi. Ten cały Alvarez powiedział Enzowi, że nie jestem osobą, za którą mnie uważa. Jest tak samo obrzydliwy i okrutny jak cała reszta.
Myślałam, że Enzo jest lepszy. W głębi duszy wiem, że się nie mylę. Nie chciałam ujawnić swoich uczuć do niego, ale mówiłam prawdę. Kocham go. Przez te sekundy, gdy myślałam, że dosięgnie go kula, byłam przerażona. Na samą myśl o tym, że go stracę, że nie będzie go przy mnie... Nie umiem sobie tego wyobrazić. Chociaż znowu mnie uwięził. Chociaż wiem, że może mnie zabić, a wręcz jest to bardzo prawdopodobne.
Słysząc szczęknięcie zamka w drzwiach, podrywam głowę. Serce wali mi jak szalone, robi mi się tak słabo, że dostaję mdłości. Więc to już. W sumie nie sądziłam, że tyle czasu upłynie, zanim on przyjdzie wyładować na mnie gniew. Wstrzymuję oddech, pogodzona z losem, ale to nie Enzo wchodzi do pokoju. Mija dłuższa chwila, nim dociera do mnie, że to ochroniarz.
Obrzuca mnie groźnym spojrzeniem, a potem stawia na podłodze tacę z posiłkiem. I wychodzi, zanim oprzytomnieję na tyle, żeby go spytać, co się dzieje. I znowu słyszę szczęk zamka.
- Niech ktoś ze mną porozmawia! - wołam. - Błagam!
Zrywam się z łóżka, dopadam drzwi i pukam, chociaż mam ochotę walić w nie pięściami. To jednak nie byłby najlepszy pomysł. Wiem, że teraz muszę zachować spokój. Na tyle, na ile się da w takiej sytuacji.
Muszę się opanować i podnieść tacę zastawioną jedzeniem, którym mieliśmy się delektować na swoim weselu. Jeszcze jedno przypomnienie o tym, jak miał wyglądać ten dzień. I co się porobiło? Wszystko dawno wystygło, na kurczaku zakrzepł sos. Dochodzę jednak do wniosku, że nie czas wybrzydzać, zwłaszcza że nie mam pojęcia, kiedy znowu komuś przyjdzie do głowy mnie nakarmić. Co prawda głód to mój najmniejszy problem, ale wmuszam w siebie kurczaka, ziemniaki i duszone warzywa. Nie czuję ich smaku.
Gdyby nie cały ten stres, nawet bym się śmiała. Jakże daleko temu wszystkiemu do mojego wymarzonego ślubu. Wszystkie młodzieńcze złudzenia pierzchły w jednej sekundzie. Siedzę sama, zamknięta na klucz, mój jedyny kontakt ze światem to maleńkie okno. Moja suknia, której nawet sama nie wybrałam, jest zakrwawiona i pobrudzona trawą. Wmuszam w siebie zimny obiad, chociaż smakuje jak wióry. I czekam, aż wpadnie tu mój mąż, by zrealizować obietnicę, że mnie zabije.
A w głowie cały czas kłębią mi się myśli. Co mam robić? Co powiedzieć? Cokolwiek wymyślę, on mi raczej nie uwierzy, ale chyba muszę spróbować, prawda? Nie mogę tak po prostu umrzeć, nawet nie podjąwszy próby ratowania siebie.
A jeszcze to poczucie, że wróciłam do punktu wyjścia, i to w momencie, gdy Enzo zaczął mnie traktować po ludzku. Wręcz był wobec mnie słodki, czuły. Nie wydawało mi się - widziałam na jego twarzy troskę, słyszałam ją w jego głosie, kiedy sprawdzał, czy nic mi nie jest. Mógł myśleć wyłącznie o sobie, a jednak zasłonił mnie własnym ciałem. To musiało coś znaczyć.
Czy to cokolwiek teraz zmieni?
Jedno jest oczywiste: Josef Alvarez kłamał, mówiąc, że ta strzelanina to nie jego sprawka. No bo czyja, jeśli nie jego?
Im więcej o tym myślę, tym bardziej się zastanawiam, czy to wszystko nie jest po części moją winą. Mogłam od razu, na samym początku powiedzieć mu prawdę. Albo w dowolnym momencie w trakcie tego wszystkiego. Alvarez najwyraźniej myślał tylko o jednym - o narkotykach. Teraz rozumiem o wiele więcej. Strzelanina w hangarze lotniczym - ewidentnie założył, że oni przywiozą narkotyki na spotkanie, i chciał je odzyskać, nie dając nic w zamian. Czyli zabijając ludzi, którzy je przywieźli.
Tymczasem Enzo sądził, że Alvarez przyjeżdża po mnie. Teraz łatwo to przeanalizować, dostrzec wszystkie błędy i powiedzieć, jak można było ich uniknąć. Wtedy wydawało się jasne, że ratuję swoją skórę. Nigdy nie chciałam, żeby ktokolwiek zginął, nawet ten wredny dziadek.
Nie mam wątpliwości, że Enzo prędzej czy później połączy kropki. Raczej prędzej. Może jakoś zdołam go wyprzedzić. Wyznam całą prawdę, caluteńką. Niewykluczone, że zdołam do niego dotrzeć, zwłaszcza jeśli mu powiem, o co cały czas chodziło Alvarezowi. Skoro zależało mu tylko na narkotykach, wystarczy je zwrócić.
Albo... jeśli Enzo nadal ma te narkotyki, a na pewno ma, może je wykorzystać inaczej. Jeśli Alvarezowi tak strasznie zależy na ich odzyskaniu, to muszą być wyjątkowe. Ja się na tym zupełnie nie znam, ale pamiętam, jak Enzo zareagował, kiedy je zażył. Starał się z tym kryć, ale niewątpliwie coś go w nich zaintrygowało. Może sam chciałby je sprzedawać albo dowiedzieć się, gdzie są wytwarzane. Tak czy owak, jeszcze mógł na tym wszystkim zyskać.
Nie, oczywiście, nic nie zwróci życia jego dziadkowi. Ale przynajmniej Enzo miałby większe szanse na zemstę. Jestem pewna, że to właśnie chodzi mu po głowie, bo dążyłabym do tego samego, gdyby na moich oczach zamordowano człowieka, który zastępował mi ojca. Enzo chce zemsty, zemsty za śmierć ukochanego dziadka.
Mimo że ten dziadek nie był przesadnie miły, a ja czułam się przez niego jak gówno. Nigdy nie zapomnę, jak żałośnie Enzo wyglądał, kiedy zrozumiał, że nic więcej się nie da zrobić. Że człowieka, który go wychował, już nie ma. Na samo to wspomnienie pęka mi się serce. Nie powinnam myśleć o nim jako małym chłopcu, to do niczego dobrego nie doprowadzi, ale nie mogę się powstrzymać. W tej chwili Enzo był dla mnie małym chłopcem.
Jedno wiem na pewno. Nie ma mowy, żeby myślał jasno. Wiem, że jeśli teraz spróbuję przemówić mu do rozumu, on zareaguje żywą niechęcią. Mimo wszystko muszę spróbować. Muszę jakoś do niego dotrzeć. Muszę się upewnić, że pamięta o reszcie spraw i że nie zagubi się w gniewie i bólu. Nie tylko ze względu na mnie, ale przede wszystkim dla swojego dobra. Był niebezpiecznie blisko szaleństwa. Ludzie w takim stanie emocjonalnym nie podejmują mądrych decyzji.
A ja myślę o nim, chociaż mnie tu więzi. Pewnie nie powinnam. Nie chcę patrzeć, jak cierpi, Gdybym tylko umiała jakoś położyć temu kres! Wiem, że nie potrafię, mogę zrobić tylko jedno: pilnować, żeby sprawy nie przybrały jeszcze gorszego obrotu.
Nie mam pojęcia, ile czasu minęło. Wiem tylko, że światło za okienkiem się zmienia, słońce wędruje po niebie i dzień mija. Z głębi domu nie dobiega za wiele odgłosów, to mi się wydaje dziwne. Wyobrażam sobie, że Enzo ciska przedmiotami, krzyczy, grozi, że wszystko spali, jeśli natychmiast nie usłyszy odpowiedzi na swoje pytania. Cisza jest wręcz bardziej przerażająca niż to, co sobie wyobrażałam. W ciszy kryje się zbyt wiele paskudnych możliwości.
Klika zamek. Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Żołądek podjeżdża mi do gardła, jakbym jechała kolejką górską.
Drzwi się otwierają, wchodzi Enzo. Wszystkie moje lęki tylko przybierają na sile. Jest wściekły, jego oczy miotają płomienie, włosy ma potargane, jakby ciągle je przegarniał rękami. Zwykle wygląda zdrowo, lecz teraz jest blady, wymizerowany. Nie sprawia jednak wrażenia słabego czy chorego. Raczej gotowego do mordu.
I patrzy na mnie wściekłym wzrokiem.
Wstaję z wielkim trudem, nie jestem w stanie ukryć dygotu. To nie słabość. Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach drżałby pod jego spojrzeniem takim jak teraz. Jakby chciał mnie rozpłatać, by patrzeć, jak spływam krwią.
Czeka, aż odezwę się pierwsza? Oblizuję usta.
- Enzo... Wiem, że pewnie mi nie wierzysz, ale naprawdę bardzo mi przykro z powodu twojego dziadka. Gdybym mogła temu zapobiec, zrobiłabym to.
Szybkimi krokami przecina pokój i chwyta mnie mocno. Wbija palce w moje policzki, z moich ust wydobywa się tylko pisk. Enzo przypiera mnie do ściany. Wiem, że nie powinnam być zaskoczona, tak samo, jak nie powinno mnie to ranić. Ale rani. Rani mnie głęboko, wprost pęka mi serce. Patrzę mu w oczy, teraz oczy obcego człowieka, choć byłam taka pewna, że między nami coś się zmieniło.
- Dam ci jedną radę. - Przypomina teraz dzikie, rozwścieczone zwierzę, zęby ma obnażone, a w jego oddechu wyraźnie czuję alkohol. - Nigdy więcej nie wspominaj mojego dziadka. Nie życzę sobie, żebyś kiedykolwiek cokolwiek o nim mówiła. Nie chcę twojego współczucia. Z twoich ust płyną wyłącznie kłamstwa, wyłącznie! Więc oszczędź sobie wysiłku.
- Ale... - Gwałtownie wciągam powietrze, gdy mocniej wbija palce w moje policzki. Pali mnie ból.
Jeśli Enzo naciśnie odrobinę mocniej, połamie mi kości. I na pewno nie będzie tego nie żałował.
- Nie życzę sobie, żebyś się odzywała niepytana. Nie chcę słyszeć twojego głosu. - Cedzi słowa, ledwo hamując gniew. - Kiwnij głową, jeśli rozumiesz.
Potakuję, rozpaczliwie, na ile mogę w jego żelaznym uścisku.
- A teraz słucham. - Wykrzywia twarz z obrzydzeniem. - Powiedz mi, kim jesteś, zanim cię zabiję.
Rozdział 2
Enzo
Zapewne nie powinienem być z nią w tym pokoju. Nie teraz, kiedy czuję to, co czuję. Na pewno nie teraz, gdy tak jej dotykam, tak, że mógłbym bez trudu ją skrzywdzić. Tylko tego teraz pragnę. Skrzywdzić ją. Chcę, by krzyczała, błagała. Chcę patrzeć, jak jej krew spływa między moimi palcami.
Do diabła... muszę się skupić. Nie będzie przecież jakaś kobieta rządzić moimi emocjami.
Może ja faktycznie oszalałem? Przez chwilę słyszę w głowie głos dziadka tak wyraźnie, jakby stał teraz koło mnie.
Ale to niemożliwe. Dziadek nie żyje. Zgasł na moich oczach, na ubraniu mam jego krew. Ten garnitur to kolejny symbol farsy, która się dziś rozegrała. Kolejny symbol tego, jak łatwo mnie zwieść.
Jeszcze mocniej zaciskam chwyt na jej twarzy, czuję pod palcami delikatnie kości policzkowe. Mógłbym w ułamku sekundy zniszczyć jej urodę, zniszczyć ją samą, złamać.
- Zanim z tobą skończę - warczę, powstrzymując się przed wybuchem dosłownie resztkami silnej woli - urządzę cię tak, że cię rodzona matka nie pozna. Sama się nie poznasz.
Jest twarda, muszę jej przyznać. Albo stara się być twarda. Nawet nie mrugnie. Gwałtownie wciąga powietrze, a jej ciałem wstrząsa dreszcz, gdy jeszcze mocniej wbijam palce w jej policzki. A ona ani drgnie.
- No! - Nachylam się bliżej. Zaraz zakręci jej się w głowie od tego przyspieszonego oddechu.
Nawet nie wiem, od czego miałbym zacząć, tak bardzo chcę ją zranić, od razu całą. I muszę. To i tak ledwie część tego, na co zasłużyła.
- Niesamowite, że ty jeszcze oddychasz - szepczę, głos mi drży od ledwie powstrzymywanego gniewu. Zaraz wyjdę z siebie, prawda? Mam nadzieję. Mam nadzieję, że z gniewu stracę świadomość i potem obudzę się cały pokryty jej krwią.
Gdy sięgam w dół i dotykam jej kostki, najwyraźniej budzę ją do życia. Próbuje się odsunąć, uciec na drugą stronę łóżka, ale nogi się jej zaplątały w długiej sukni ślubnej - teraz poplamionej, zniszczonej, obcas przydepnął obrębek i go rozdarł. To idealna metafora dzisiejszego dnia, który legł w gruzach przez nią. Wszystko jest przez nią. To ona odpowiada za śmierć mojego dziadka, za koniec nadziei, że moja rodzina znajdzie w tym mieście dla siebie miejsce.
A gdzieś w głębi mojego serca, niżej niż lojalność wobec rodziny, jestem ja. Moje pragnienia, nadzieje, których nawet sam przed sobą nie ośmieliłem się nigdy wyjawić. I proszę, oto dowód, że ta powściągliwość była uzasadniona. Wiedziałem, że musi istnieć jakiś powód, dla którego nie do końca się przed nią otwieram. Dla którego nie widzę przyszłości dla naszego związku. Nigdy nie miało być żadnego związku, bo ona zawsze będzie sobą. Kłamczuchą, niczym. Zerem. I na pewno nie zasługuje na nazwisko De Luca.
Chwytam skraj jej sukienki, śmiejąc się przy tym, chociaż to nic zabawnego.
- Popatrz no. Miałaś czelność włożyć białą suknię. Co za farsa! Co za żart.
Znowu chwytam ją za kostkę i przyciągam do siebie, aż jest tak blisko, że sięgam do górnej części sukni, powyżej cycków.
- Nie zasługujesz na tę suknię. - Jedno szarpnięcie i szwy puszczają. Alicja wydaje pełen udręki krzyk, który dotyka miejsca w głębi mnie, tego, które najbardziej pragnie, by za wszystko zapłaciła. Nawet nie zacząłem dopominać się o swoje.
- Błagam, Enzo, błagam.
Jej słowa nic dla mnie nie znaczą. Oburącz chwytam suknię i rozdzieram ją ze zduszonym rykiem.
- Biała suknia. Niewinność. To było chyba najśmieszniejsze, co? - Teraz jest w strzępach, zsuwa się jej z ramion, gdy Alicja znowu próbuje się ode mnie odsunąć. Idealny symbol wszystkiego, co dziś przepadło. Zwisa w strzępach, zniszczona nieodwracalnie.
To gra, w zasadzie mi się podoba. Ściągam z niej suknię, a ona ma teraz na sobie tylko białe majteczki i stanik, bieliznę, która pewnie miała mnie kusić. I oczywiście, że by mnie skusiła. Gdyby ona była kim innym, a mój dziadek dalej by żył, mielibyśmy w tym pokoju zupełnie inne spotkanie. Czy nie fantazjowałem o tym, zanim...
Nie. Nie mogę teraz o tym myśleć. Nie będę o tym teraz myśleć. Nie będę się tym zadręczał, skoro jest tyle innych rzeczy do zrobienia. Ta kłamliwa suka? To śmieć, gówno, nigdy nie była niczym więcej. Moja wina, że postrzegałem ją inaczej, że straciłem czujność.
Więcej tego błędu nie popełnię.
- Enzo... proszę... posłuchaj mnie... - Podnosi głowę, makijaż ma rozmazany, spływa jej ze łzami, włosy, też wilgotne od łez, lepią się jej do twarzy. Tak właśnie powinna wyglądać: jak wrak człowieka. Na nic innego nie zasługuje. Bo sama tyle zniszczyła.
- Za późno na słuchanie. Miałaś tyle okazji, żeby mi wytłumaczyć. Żeby mi powiedzieć prawdę. Ale ty wolałaś kłamać. Bez końca.
- A co mogłam zrobić innego? Nie zabiłbyś mnie, gdybym ci powiedziała prawdę? Proszę, wiesz tak samo jak ja, co by się stało. Próbowałam ratować swoje życie!
- No to szkoda było twojego czasu, bo twoje życie nie jest warte ratowania.
- Wiem, że wcale tak nie myślisz!
Mnę w dłoniach resztki tkaniny, czuję, że dotykam zaschniętej krwi. Zawiodłem cię, dziadku. Wszystkich zawiodłem. Muszę się trzymać, żeby się nad nią nie zlitować. Pomimo jej płaczu i udręczonych krzyków.
- Ani się waż mówić mi, co myślę - ostrzegam ją gardłowym warknięciem. - Jeszcze raz to zrobisz, a będą to twoje ostatnie słowa, przysięgam. Jesteś dla mnie nikim. Niczym. Patrzę na ciebie i nie czuję nic. Pustka. Nie oszukuj się, jakkolwiek się tam nazywasz.
- Alicja - szepcze. - Mam na imię Alicja.
Sam prawie nie słyszę swojego głosu - w uszach mi szumi, nie ucichł też jeszcze tamten krzyk. Wydaje się teraz nierzeczywisty. To wszystko wydaje się nierzeczywiste.
- Gówno mnie to obchodzi. Jesteś nikim. Niczym. Jak dla mnie możesz tu zgnić. - Ciskam w nią resztkami sukni i wychodzę. Przy wtórze jej szlochu przekręcam klucz w zamku.
Kiedy jej nie widzę, łatwiej mi oddychać. Już mnie tak nie kusi, żeby skręcić jej kark, zmiażdżyć krtań. Słyszę ją jednak przez drzwi i w dziwny sposób cieszy mnie świadomość, że ona tam płacze, choć ja tego nie widzę. A więc nie na pokaz, nie udaje przede mną. Naprawdę jest zdruzgotana. Znakomicie.
Jej zdenerwowania i tak nie da się porównać z moim. Do śmierci będę miał tę scenę przed oczami. Jak on tam leżał, z utkwionym w niebo nic niewidzącym wzrokiem, choć jego oczy były kiedyś takie przenikliwe, takie bystre, takie mądre. Jednym spojrzeniem umiał przekazać całą historię, nieznaczne uniesienie brwi wystarczyło w jego przypadku za całą gniewną tyradę. A teraz koniec, już nigdy nie zrobi żadnej z tych rzeczy. Nic nie widzi. Nic nie wie. Została pusta skorupa, gdy mnie tak jest potrzebna jego mądrość. Porada. Co mam teraz zrobić? Jak mam tych drani rozliczyć, jak mają zapłacić za swoje czyny?
Jak to zrobić, żeby moja rodzina wyszła z tego wszystkiego jeszcze silniejsza? Bo nie ma innej opcji, to oczywiste. Nie w tym rzecz, byśmy jakoś to przetrzymali, o nie. Musimy wyjść z tego zwycięsko - lepsi i silniejsi.
A jeśli ma to oznaczać powieszenie w moim gabinecie głowy niejakiego Josefa Alvareza, to nie ma sprawy. Zapłaci mi za wszystko, co zrobił, a ja odbiorę należność z rozkoszą.
Po kolei, nie wszystko naraz. Dziadek na pewno udzieliłby mi właśnie takiej porady. Nie mogę za daleko wybiegać myślami do przodu, bo szeroki kontekst mógłby mnie przytłoczyć. I teraz, gdy robię pierwszy krok, powinienem cały czas o tym pamiętać. Z upływem czasu reszta sama się wyjaśni, ułoży, stanie się oczywista.
A co to za pierwszy krok? Tego nikt mi nie musi mówić.
Idę na dół, do kuchni. W domu panuje cisza, jeśli nie liczyć lamentów w pokoju gościnnym. Ciekawe, jak długo ona będzie płakać. I czy ktoś ją usłyszy. W kuchni patrzę na jedzenie przygotowane na nasze przyjęcie weselne, stygnące w aluminiowych pojemnikach, i mam wrażenie, że to jakiś straszny, okrutny żart. Tyle się naplanowaliśmy i co? Nic z tego nie było prawdziwe. Nawet imię panny młodej.
Ale teraz mam ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład to piekło, które się tu rozpętało.
Muszę wszystkich przesłuchać.
W ogrodzie nikogo nie ma, na ziemi walają się tylko strzępy naszej uroczystości. Kwietny łuk leży zniszczony, trawnik jest zasłany płatkami. W miejscu, gdzie skonał mój dziadek, widnieje plama krwi. Jego ciało już wyniesiono, pewnie złożono gdzieś w domu. Od tych myśli kręci mi się w głowie, zaciskam pięści, próbując wziąć się w garść. Teraz nie czas zatracać się w emocjach. Nadejdzie dzień, gdy opłaczę człowieka, który mnie wychował, dał mi drugie życie, może nawet pierwsze, bo ten skurwiel mój ojciec życie umiał mi wyłącznie zatruwać, nie wspominając już o tym, że próbował mnie zabić.
W tej chwili mam ważniejsze sprawy na głowie. Nadal nie widzę nikogo. Wreszcie trafiam do garażu. Drzwi są otwarte na oścież, w powietrzu unosi się dym z papierosów. Nic nie słyszę - ani rozmów, ani oskarżeń. Ale to są nałogowi palacze; to nie ulega wątpliwości. Wszyscy się denerwują, i słusznie.
Gdy wchodzę, jak na komendę zrywają się na nogi. Ogromni, barczyści, brutalni mężczyźni ewidentnie są przerażeni.
Z początku nic nie mówię, w milczeniu zamykam za sobą drzwi. Wiodę wzrokiem po każdym po kolei, powoli, zdejmując przy tym marynarkę. Odwieszam ją na krzesło, z którego jeden z nich zerwał się na moje wejście.
Odpinam kołnierzyk koszuli, powoli, starannie zdejmuję spinki do mankietów. Rozglądam się co chwilę, oceniając ich reakcję. Z każdą sekundą wyczekiwania napięcie rośnie, zresztą to właśnie chciałem osiągnąć. W końcu któryś pęknie. Ten, który odpowiada za dzisiejszą masakrę.
Podwijam rękawy do łokci i w końcu się odzywam.
- Słucham - mówię cicho, wiodąc po nich wzrokiem. - Który z was mi wyjaśni, jak to się stało, że na jego zmianie zginął mój dziadek?
Rozdział 3
Alicja
Moje życie kolejny raz sprowadza się do serii szybkich zwrotów akcji - na każdą dobrą rzecz, która mnie spotyka, przypada jakieś zdarzenie rodem z koszmaru. Z pokoju wypuszczają mnie tylko na kilka chwil, żebym mogła skorzystać z łazienki. A potem wracam do mojego więzienia. Nikt ze mną nie rozmawia. W zasadzie nikogo też nie widuję, jeśli nie liczyć osoby, która otwiera drzwi, ciągnie mnie do łazienki, czeka pod wejściem, ciągnie mnie z powrotem, wpycha do pokoju i zamyka drzwi na klucz. W sumie prosta robota.
Chyba mi odwala. Po jakim czasie człowiek w takiej sytuacji zaczyna wariować?
Od ślubu minęło już kilka dni - co najmniej trzy, jeśli dobrze liczę. Nie mam nic do roboty, mogę tylko tu siedzieć i starać się jak najwięcej spać. To dla mnie jedyny sposób ucieczki - sen. Co prawda moje sny są wypełnione krzykami i krwią, nic fajnego. Czasami moją krwią, czasami Enza, ale najczęściej krwią jego dziadka. Potworności tamtego dnia są wciąż takie żywe, że gdy zamykam oczy, to momentami mam wrażenie, że znowu tam jestem. I z przerażeniem stwierdzam, że ten człowiek nie żyje, choć Enzo pragnie nade wszystko, bym go uratowała. Wiem, w tym śnie, że będę musiała złamać mu serce. I wiem, że gdyby kula pomknęła choć odrobinę innym torem, trafiłaby w Enza.
We śnie przeżywam wszystkie możliwe scenariusze. To makabryczne, ale przecież nie mam żadnego wpływu na swoją podświadomość. Pewnie w ten sposób przepracowuję tę tragedię, szukam w niej jakiegoś sensu. Ale na próżno - sensu nie da się znaleźć. Jakkolwiek patrzę na te wydarzenia, nic nie pojmuję.
Od nocy poślubnej Enzo przyszedł do mnie tylko raz. Noc poślubna! Co za absurd, że to określenie w ogóle przychodzi mi do głowy. Nasza noc poślubna. Nie tak ją sobie wyobrażałam i to samo dotyczy na pewno jego. Z pewnością nie wyobrażał sobie, że będzie opłakiwał dziadka i że wszystko, co miało połączyć na zawsze dwie rodziny, opierało się na kłamstwach, strasznych kłamstwach.
I co zrobił, jak już do mnie przyszedł? Rzucił ubrania na łóżko, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz. Nie wypowiedział ani jednego słowa.
No i dalej nic nie wiem. Nie mam kontroli nad niczym - nad swoim życiem, nad tym, co się teraz stanie. Nie wiem, co on zamierza zrobić. W każdej chwili może tu wpaść i strzelić mi w głowę. Nie mam pojęcia, czy tak się stanie ani tym bardziej - kiedy taka chwila nastąpi. Moje życie nie ma sensu, ale też wiem, że nie chcę umierać. Nie, nie wiem już, czego chcę.
Moich uszu dobiega jakiś dźwięk z dołu - a ja od razu czuję strach. Coś się dzieje... Już od samego zastanawiania się tracę zmysły, a jednak nie mogę się powstrzymać. Przykładam ucho do drzwi i nasłuchuję, lecz udaje mi się wyłapać tylko stłumione odgłosy rozmowy. Nie rozumiem ani słowa.
Dość. Nie zniosę dłużej tego beznadziejnego czekania. Pukam do drzwi, modląc się, by się to nie obróciło przeciwko mnie.
- Halo?! - wołam. - Jest tam ktoś?! Halo...
Nasłuchuję, ale z początku nie słyszę nic. Mija dziesięć sekund. Dwadzieścia. Wreszcie po chwili ktoś przekręca klucz w zamku, a ja cofam się od drzwi, żeby mógł wejść.
To jeden ze strażników, patrzy na mnie z obrzydzeniem, delikatnie mówiąc.
- Chwila - mówi, po czym bez wyjaśnienia zamyka drzwi, przekręca klucz i tyle. Nadal nie mam pojęcia, co się dzieje. Nie wiem, czy powinnam się bać, czy nie. Nic nie wiem.
Mija znowu jakiś czas, ja krążę po pokoju, na przemian wyłamując palce, przygryzając wargę i obgryzając paznokcie. Rozpadam się na kawałki w tym durnym pokoiku, tym swoim krążeniem w kółko prawie wydeptuję ścieżki na wykładzinie. Muszę coś zrobić. Po prostu muszę. Nie mogę tu bezczynnie tkwić i się nakręcać.
Znów jestem blisko drzwi, gdy one otwierają się szeroko i w progu staje Enzo. Wygląda teraz lepiej, jest starannie ubrany i ogolony. Kiedy rzucał ciuchy na łóżko wczoraj... czy przedwczoraj? No w każdym razie na twarzy miał zarost, a oczy nabiegłe krwią. Teraz przynajmniej widać, że brał prysznic i w ogóle coś ogarnął. To na pewno jest dobry znak.
Dobrym znakiem nie jest natomiast to, że chwyta mnie za ramię i bez słowa wyciąga z pokoju. Nie ciągnie mnie jednak do łazienki jak zwykle, tylko po schodach i do drzwi frontowych. Czeka przed nimi samochód z otwartymi drzwiami po stronie pasażera. Enzo praktycznie wrzuca mnie do środka, a potem zatrzaskuje drzwi, obchodzi samochód i wsiada za kółko.
Boję się wydać jakikolwiek odgłos, wręcz boję się oddychać. A jednak nie jestem w stanie milczeć, skoro wygląda na to, że oto wybieram się w swoją ostatnią podróż.
- Dokąd mnie zabierasz? - pytam. - Gdzie to się stanie?
Milczy. Wyjeżdżamy z osiedla na drogę główną i dopiero wtedy się odzywa.
- Co? O czym ty gadasz?
- Dokąd mnie zabierasz? Bo wywozisz mnie gdzieś, żeby mnie zabić, prawda? Nawet rozumiem, czemu nie chciałeś tego zrobić tam. Za dużo sprzątania? I co teraz? Wsadzisz mnie do jakiegoś dołu? Chcę wiedzieć, tylko wiedzieć. Chcę się przygotować, daj mi szansę.
Bębni palcami w kierownicę, widzę, jak mu się napinają mięśnie szczęki. Chciałabym zajrzeć do wnętrza jego głowy, poznać jego myśli. Znaleźć jakąkolwiek wskazówkę, nawet najbardziej mglistą, by wiedzieć, co on myśli. Wszystko, dosłownie wszystko byłoby lepsze niż to frustrujące milczenie.
- Dużo filmów oglądasz, co? - pyta wreszcie bezbarwnym głosem.
- A to ma coś wspólnego z obecną sytuacją?
- No siedzisz i zakładasz, że cię wsadzę do jakiegoś dołu. A czy ktoś coś mówił o jakimś dole?
- No dobra, może mnie wepchniesz do bagna. W okolicy muszą być jakieś bagna, prawda?
- To by było o wiele łatwiejsze i skuteczniejsze - rzuca pod nosem. - Zwierzęta dokończyłyby dzieła. Ale nie, znowu pudło. Nic takiego nie zrobimy.
Coś we mnie pęka.
- Na miłość boską, więc co zrobimy?! Przecież możesz mi chyba powiedzieć? Czy do końca mam się męczyć w niepewności?
- Widzę, że kilka dni spędzonych w samotności ani trochę cię nie uspokoiło.
- To było kilka dni spędzonych na zadręczaniu się zgadywaniem, czy zaraz umrę. Wybacz, że zrobiłam się trochę nerwowa.
- No to możesz wyluzować. Zabieram cię do domu.
Mimowolnie głośno wciągam powietrze, zaskoczona. Do domu... Jadę do domu! Tyle szalonych scenariuszy powstało w mojej głowie, z wyjątkiem tego jednego, ponieważ wydawał się absolutnie niemożliwy. A po co miałam sobie łamać serce, myśląc o niemożliwym?
Enzo najwyraźniej czyta mi w myślach.
- Do mojego domu - wyjaśnia. - Wracamy do Włoch. Tam jest teraz nasz dom.
- Jak to? Nic nie rozumiem.
- Jestem z Włoch. Włochy to moja ojczyzna. A skoro jesteś moją żoną, należysz do mnie, więc jedziesz ze mną. Tam będziemy bezpieczniejsi. - Milknie na chwilę, po czym dodaje: - Poza tym nie mogę tu pochować dziadka. Jego miejsce jest w ojczyźnie, z rodziną... Widzisz ten samochód za nami?
Zerkam w boczne lusterko i szeroko otwieram oczy na widok jadącego za nami karawanu. Trudno mi się chyba dziwić, że umknęły mi te szczegóły, kiedy wyobrażałam sobie, że zaraz zostanę zamordowana i właśnie jadę na miejsce kaźni.
- Więc... teraz jedziemy do Włoch? Dokładnie w tej chwili?
- Dokładnie. Musimy dotrzeć na lotnisko i wsiąść do samolotu. Tak. O tym właśnie mówię.
Włochy. Jadę do Włoch.
- Nie mam przy sobie paszportu.
Po raz pierwszy od kilku dni Enzo wybucha śmiechem i bynajmniej nie jest to przyjazny, ciepły dźwięk.
- Dużo się jeszcze musisz nauczyć... Alicjo. - Moje imię wymawia jak obelgę, ze wzgardą. Równie dobrze mógłby mnie nazwać kurwą, tak samo by to zabrzmiało.
Włochy. A więc to koniec. Nie wracam do swojego życia i nikt mnie nie pytał o zdanie. Ani razu, w żadnej sprawie! Muszę po prostu się podporządkować. Enzo zabiera mnie na inny kontynent, po drugiej stronie Atlantyku, i nazywa mnie swoją żoną. To znaczy jestem jego żoną, a jednak brzmi to dziwnie.
Lotnisko ani trochę nie przypomina tamtego, które odwiedziliśmy w czasie tragicznego spotkania. Przede wszystkim jest czynne i dobrze utrzymane. Na płycie stoi samolot - domyślam się, że nasz. Czy też może raczej Enza. Niesamowite, że jego rodzina jest taka bogata. Kto by kupował bilety lotnicze, kiedy ma własny samolot?
W pobliżu czeka inny samochód, a kiedy już hamujemy, żeby się zatrzymać, wydarza się coś zdumiewającego. Z tamtego auta wysiada mężczyzna, który wygląda dokładnie tak samo jak Enzo, a za nim pojawia się śliczna dziewczyna. Stają wyczekująco, trzymając się za ręce. Wysiadamy.
- Mój brat Christian - wyjaśni Enzo, wyłączając silnik. - I jego żona Siân.
Gorączkowo przeszukuję pamięć - na próżno, nie ma tam żadnej wzmianki o tej osobie. On ma brata bliźniaka? Jest ich na świecie dwóch? Zastanawiam się, jak wygląda historia tego mężczyzny, dlaczego Enzo nigdy o nim nie wspomniał. Z jego opowieści wnioskowałam, że nie ma nikogo poza swoim dziadkiem. O co tu chodzi? Nie łudzę się, że kiedykolwiek to pojmę, a w każdym razie że pojmę to w najbliższym czasie. Może kiedyś jego stosunek do mnie się poprawi, ale to na pewno melodia przyszłości.
Enzo otwiera drzwi po mojej stronie, wysiadam, obejmuję się ramionami i podążam za nim, żeby przywitać się z jego bratem.
- Witaj, Christianie - mówi.
Tamten wita go skinieniem głowy.
- Chciałem się pożegnać z dziadkiem.
- Świetnie. Dziadek na pewno by się ucieszył.
Enzo wita się z Siân skinieniem głowy, a ona uśmiecha się do niego blado, trochę przyjaźnie, trochę zachęcająco, a może współczująco. Ciekawe, o co z nią chodzi... Czy to nie byłoby interesujące, gdyby się okazało, że pojawiła się w życiu Christiana równie dziwnie jak ja w życiu Enza? Ale nie, to niemożliwe.
Na pewno nie mogę o to wypytywać, co to, to nie. Mogę tylko patrzeć, jak z karawanu wysuwa się trumna. Jest ładna, o ile tak można nazwać trumnę, śnieżnobiała. Mieni się perłowo, gdy wsadzają ją na wózek, który potem prowadzą do samolotu. Zerkam na Enza kątem oka i widzę, że grają w nim emocje. Mięśnie szczęki ma napięte, jabłko Adama przesuwa się szybko w górę i w dół, w miarę jak Enzo nerwowo przełyka ślinę.
I chociaż tak brutalnie mnie potraktował, chciałabym teraz go przytulić. Christiana przynajmniej trzyma za rękę Siân, ale Enzo... równie dobrze mógłby tu być sam. Gdybym teraz próbowała go dotknąć, pewnie by odtrącił moją dłoń. Tak trudno mi się patrzy, jak cierpi w samotności, w milczeniu. Bardzo bym chciała coś zrobić, jakoś mu pomóc.
- Dzięki, że przyjechaliście - mówi Enzo cicho do Christiana, a do Siân dodaje: - A ty dbaj o siebie. Pamiętaj, że nosisz pod sercem mojego siostrzeńca czy siostrzenicę. Cenny ładunek, no wiesz.
Cała trójka śmieje się cicho, a ja po prostu czekam, w milczeniu, drżąca, aż ktoś mi powie, co mam robić.
Enzo nie mówi mi jednak nic, tylko wchodzi po trapie do samolotu, nawet nie obejrzawszy się na mnie. Christian i Siân wracają do samochodu, traktując mnie jak powietrze.
No i tyle, jak sądzę. Mam zacząć nowe życie w kraju, w którym moja noga nigdy nie postała, w świecie, o którym prawie nic nie wiem.
Stawiam stopę na pierwszym schodku, biorę głęboki oddech i wsiadam do samolotu.
Rozdział 4
Enzo
Ten dom pewnie należy teraz do mnie, podobnie jak ziemia, na której stoi. To wszystko jest teraz moje. Powinienem coś czuć, cokolwiek, ale jakoś nie czuję. W tej chwili, po powrocie z pogrzebu, umiem tylko się snuć po korytarzach. Koniec końców może zdołam przyswoić skutki tego wszystkiego. Fakt, że teraz ja jestem głową rodziny i że wszystko spoczywa na moich barkach.
Powinienem się skupić na godzeniu się z nową rzeczywistością, ale za bardzo mnie pochłania nienawidzenie siebie. Nie potrafię przetworzyć tego, przez co dziś przeszedłem, gdy patrzyłem, jak trumna dziadka jest opuszczana do grobu, więc muszę się zająć czymś, co od wielu dni nie daje mi spokoju.
Właśnie ja do tego doprowadziłem. Moja jedna głupia, lekkomyślna decyzja to wszystko spowodowała. Z trudem zmusiłem się do tego, żeby przywitać tych wszystkich żałobników, którzy dziś ściskali mi dłoń, przysięgali lojalność rodzinie i składali wyrazy najgłębszego współczucia z powodu utraty tego wspaniałego człowieka. A gdy oni podejmowali daremne próby pocieszenia mnie, ja przez cały czas biczowałem się w duchu. Parę razy niewiele brakowało, żebym powiedział, że to byłem ja, że to przeze mnie dziadek nie żyje, że to wszystko to skutek moich pochopnych decyzji.
Ale to byłoby śmieszne, szczeniackie, wręcz głupie. Nikt nie musi wiedzieć. Niewątpliwie każde z nich ma swoje teorie, co to mogło się stać, chociaż nie pisnąłem ani słowa na ten temat. Wystarczy twierdzić, że dopadł go ktoś z naszych wrogów i że za to zapłaci. W naszym świecie dyskrecja to podstawa. Ludzie to szanują, przyznaję.
Echo moich kroków niesie się po wielkim cichym domu. Jak ćma do światła lecę do pierwszego barku, który mi się nawija. Pierwszy łyk whisky spływa mi do gardła, pali mi przełyk. Rozkoszuję się tym doznaniem, delektuję. Na ten najpotężniejszy ogień płonący w moim wnętrzu drink nie pomaga, nie pomogłaby nawet cała butelka.
Gdyby tylko... gdyby tylko... Te słowa przemykają przez moją głowę, gdy idę do okna, wyglądam na ogrody, po których dziadek uwielbiał się przechadzać w tak rzadkich w jego przypadku chwilach świętego spokoju. Zawsze mówił, że tam, w ogrodzie, najlepiej mu się myśli, chociaż nie umiałby podać nazwy ani jednej roślinki. Cenił sobie piękno, nawet takie, którego nie rozumiał.
Gdybym tylko nie zjebał i nie wziął tej... A wystarczyło się zastanowić... Dlaczego Alvarez kazałby czekać własnej córce w magazynie? Przecież nie wysłałby jej jako łączniczki. Dlaczego jakikolwiek członek jego rodziny miałby wozić w torbie jego cenny towar, i to tak jawnie? Gdy dopadliśmy ją z Prince'em, próbowała uciekać. Nie zostawiała nikomu prochów, uciekała z nimi. No a dlaczego członek rodziny Alvarezów miałby coś takiego robić?
Zaciskam palce na szklance z taką siłą, że zaraz ją zgniotę, roztrzaskam... No ale przecież zasługuję na karę. Tylko że na o wiele sroższą niż jakieś skaleczenia. Jestem takim idiotą! I teraz niby miałbym być głową rodziny? Skoro jestem takim idiotą, ślepym, lekkomyślnym, że doprowadziłem do tego wszystkiego?!
Gdybym jej stamtąd nie zabrał... Nie przywiózł jej do domu. Co ja sobie wyobrażałem? Że odniesiemy na tym jakąś korzyść? Żałosne.
A teraz ona tu jest, w moim domu, pod kluczem, w pokoju o wiele większym niż tamten w Miami. Od przyjazdu prawie z niego nie wychodziła, widzę się z nią tylko wtedy, kiedy to konieczne. Na przykład dziś rano - wszedłem zakomunikować jej, że jadę na pogrzeb. Miała tyle rozumu, że nic nie powiedziała. Może podświadomie oczekiwałem, że złoży mi wyrazy współczucia, ale wtedy złamałbym swoje postanowienie i zabiłbym ją.
Dopijam whisky, nalewam sobie następną. Wychodzę do salonu i idę na górę. Wiadomo, dokąd się kieruję. W głowie mam tylko ją, jej obraz jest wypalony na mojej siatkówce. Żadna ilość alkoholu tego obrazu nie wymaże, tak samo jak nic nie zlikwiduje gorzkiego, palącego smaku zdrady. Nic nie ukoi gniewu.
Przekręcam klucz w zamku i powoli otwieram szeroko drzwi. Nie odzywam się. Ciekawe, na czym ją przyłapię. Nie ma tu nic, czego mogłaby użyć przeciwko mnie - wcześniej przeszukałem pokój drobiazgowo - ale to spryciula. Cwana. Gdyby nie była taka bystra, nie dałaby rady przecież tak długo mnie mamić.
Nie robi liny ze związanych prześcieradeł ani nie kleci żadnej broni. Po prostu śpi. Leży na plecach, z jedną ręką na brzuchu, drugą na poduszce, blisko twarzy. Wydaje się spokojna, żadna zmarszczka nie przecina jej twarzy. Oddycha spokojnie i równo.
Coś we mnie drgnęło. Przełykam ślinę, żeby opanować to coś, co wzbiera w mojej piersi - a na pewno nie jest to gniew. Doskonale znam to uczucie, nie ma mowy, żebym je z czymś pomylił. To nie jest żadna fala gorąca wzburzona przez ślepą furię.
To ciepło. Coś może bliskiego czułości...
A to ostatnia osoba na świecie, która by na takie moje emocje zasługiwała. Prostuję się, wysuwam podbródek, jakbym rzucał wyzwanie. Tylko komu? Czemu? Może własnej słabości. Tej samej słabości, która kazała mi tu przyjść. Tej samej słabości, przez którą zginął mój dziadek, i nieważne, kto pociągnął za spust. To przeze mnie do tego doszło. To ja włożyłem broń do ręki mordercy.
Dywan stłumił moje kroki, może dlatego Alicja ani drgnie. Odstawiam szklankę na stolik i siadam na skraju łóżka, starając się to zrobić delikatnie, żeby jej nie obudzić. Nie wiem czemu, ale chcę spędzić z nią chociaż chwilę. Chwilę spokoju. Chwilę, gdy ona nie ma pojęcia, w jakim jest niebezpieczeństwie, tylko sobie śpi. Gdy koło niej siedzi drapieżca.
Nawet nie wymagałoby to ode mnie wysiłku. Położyłbym jej dłoń na ustach. Nie poduszkę. Chciałbym widzieć jej przerażenie, gdy pozbawiałbym ją oddechu, a nie wyobrażać je sobie. Mógłbym jej zmiażdżyć krtań. Skręcić kark. Albo sięgnąć po klasyczne sposoby i strzelić jej w głowę.
Gdy te wszystkie myśli przelatują przez mój mózg, Alicja się porusza. Wyczuwa moją obecność? Pewnie nie, bo tego zaskoczenia nie zdołałaby udać. Podrywa się i rozpaczliwie usiłuje się cofnąć, byle najdalej ode mnie. Z jej oczu płyną łzy.
Ale ja jestem za szybki. Jedną ręką obejmuję ją w talii, drugą podnoszę, by zasłonić jej usta.
- Przestań ryczeć - syczę. - Rzygam już twoim ryczeniem. Czy to twój dziadek został zamordowany na twoich oczach? Jaki ty masz, kurwa, powód do rozpaczy?
Uspokaja się, usta ma ciągle zasłonięte moją dłonią. Łzy już nie płyną, a jej oddech zwolnił, nie jest tak spazmatyczny i urywany.
Zsuwam dłoń z jej ust i sięgam po swoją szklankę.
- Już po wszystkim - oznajmiam, jakby sama nie jarzyła. - Pochowaliśmy go. Gratulacje. Udało się nam. Nie żyje.
- Wiem, że to nie ma znaczenia, ale...
- Daruj sobie! - przerywam jej, wpatrując się w naczynie. Szkoda, że nie przyniosłem całej butelki. A to i tak byłoby za mało. Przyzywa mnie ciepło jej ciała. Ledwie na nią zerkam, przyglądam się kątem oka. Cholera... jej ciało ciągle ma w sobie to coś. Działa na mnie, chociaż nie chcę tego najbardziej na świecie. Nie mogę sobie pozwolić na słabość, nie mogę tego powtórzyć, a na pewno nie wobec niej. Tylko że wspomnienie jej powabu, jej słodkości jest ciągle żywe. I mam ją na wyciągnięcie ręki. Dosłownie.
Nie powinienem, ale umiem się powstrzymać. Palce mi mrowią z pożądania, zwłaszcza że jej koszulka nocna odsłoniła prawie całe uda, kiedy Alicja się ode mnie odsuwała.
Nie powinienem, ale muszę. Jej śmietankowa skóra aż się prosi o dotyk. Wierzchem palców muskam jej udo tuż nad kolanem. Alicja gwałtownie wciąga powietrze.
- A teraz - szepczę, wpatrując się w jej skórę, bo nie mam odwagi spojrzeć jej w oczy - powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć. Jasne?
- Tak - szepcze.
- Znakomicie. Nie muszę ci chyba mówić, co się stanie, jeśli spróbujesz mnie okłamać, a od tej chwili będę podejrzewać kłamstwo w każdym twoim słowie. Sprawdzę wszystko. Jeśli mnie okłamiesz, dowiem się o tym. Jasne?
Odrywam wzrok od jej uda i dzięki temu widzę, że kiwa głową, patrząc na mnie bez onieśmielenia.
- Jasne.
- Doskonale. Żeby nie było, że cię nie ostrzegałem. - Dopijam whisky i mówię dalej: - No więc powiedz mi, kim jesteś i skąd się wzięłaś w tym magazynie. - Jednocześnie przesuwam odrobinę dłoń na jej udzie, w milczącej przestrodze. Daję jej szansę, żeby sama wszystko powiedziała, ale gdy tylko mnie zdenerwuje, koniec.
Zadam jej ból, straszny ból. Wiem doskonale, jak to zrobić. I ona sobie z tego zdaje sprawę.
- Mam na imię Alicja, tak jak już ci mówiłam. Jestem zwyczajną dziewczyną. Zanim cię poznałam, byłam studentką, całkowicie przeciętną, naprawdę, tylko że brakowało mi pieniędzy na czesne. Gdyby skreślono mnie z listy studentów, musiałabym czekać rok na kursy, które muszę ukończyć, a nie chciałam opóźniać odbioru dyplomu. Moja sytuacja była beznadziejna. I moja przyjaciółka...
- Tak?
- Przyjaciółka powiedziała, że mogę dużo zarobić w jedną noc. To ona przysłała mnie do magazynu po paczkę. Miałam ją potem dostarczyć w inne miejsce. I to wszystko. Nie miałam pojęcia, co odbieram, ona mi nic nie powiedziała, słowo honoru. To znaczy, trochę się domyślałam, ale byłam zdesperowana. No i mówiła, że ja mam tylko to odebrać i przewieźć. To wszystko.
Wiarygodna historia.
- A kim jest ta twoja przyjaciółka?
Jej policzki oblewają się rumieńcem, po raz pierwszy ucieka wzrokiem.
- Ma na imię Elena. Znam ją tylko z uczelni. Ale jeśli dobrze zrozumiałam, ona sama wykonywała takie zadania dla swojej rodziny, i to wiele razy. W taki sposób zarabia na siebie.
- Czyli wiedziałaś, że robisz coś niebezpiecznego, a i tak się tego podjęłaś?
- Tak jak ci powiedziałam, byłam bez grosza. I chodzi nie tylko o czesne - dodaje, kiedy prycham drwiąco. - Nie mówię, że żyłam na ulicy, ale czasem niewiele brakowało. A ten dom? - Ruchem rąk wskazuje luksusowe wnętrze, w którym dopiero co spokojnie sobie spała. - Pewnie tu mieszkasz, jeśli nie jesteś w Miami. Moje mieszkanie całe by się zmieściło w tym jednym pokoju. Nigdy mi się nie przelewało. Nie stać mnie było na wyjścia z przyjaciółmi. Ubrania noszę tak długo, aż dosłownie się rozpadają. Więc owszem, nie miałam oporu, żeby zaryzykować, nawet jeśli wiązało się to z niebezpieczeństwem. Ale Elena twierdziła, że nic mi nie grozi, że sama od dawna się tym zajmuje i nikt nigdy nie miał z tym problemu, więc ja w tej desperacji i swojej głupocie się zgodziłam.
Przekonuje mnie. Naprawdę.
Ale w dużej części koncentruję się na uczuciach, które we mnie budzi. Ona jest ucieczką, wyzwoleniem. A teraz tego właśnie najbardziej potrzebuję. Nie wyjaśnień, przemyśleń, nawet nie planowania, co dalej. Muszę zapomnieć. W całym domu nie ma tyle alkoholu, żeby dać mi to zapomnienie, ale przy niej wydaje się to możliwe. Alicja. Ali. Którejkolwiek formy używa.
Gwałtownie wciąga powietrze, gdy przesuwam dłoń po jedwabiu, który wygląda, jakby oblano nim jej kształty. Muskam jej dekolt, wypukłość piersi.
- I ani razu nie przyszło ci do głowy, żeby powiedzieć mi prawdę? Że pojechałaś tam z braku kasy i że koleżanka ci to ustawiła?
- A uwierzyłbyś mi?
- To chyba nie ma znaczenia, prawda? Bo nie skorzystałaś z takiej szansy.
- Mało mnie nie udusiłeś. Zaklinałam się, że nie miałam pojęcia, co jest w tej paczce, a ty i tak mi nie wierzyłeś. Zaparłeś się przy swojej wersji. No to mi teraz powiedz: Mam jakikolwiek powód uważać, że nagle zaczniesz myśleć trzeźwo?
- Czy ja cię prosiłem o opierdol? - Zamykam dłoń na jej piersi i ściskam.
Alicja ciężko oddycha.
- Chyba zapominasz, jaka jest twoja pozycja, ale bardzo chętnie ci przypomnę.
- Niczego nie zapominam i niczego nie musisz mi przypominać - syczy przez zęby, drżąca i znieruchomiała.
To szalenie podniecające wiedzieć, że jej życie jest pod moją absolutną kontrolą. No proszę, martwiła się, że nie skończy studiów. Ciekawe, czy odkąd u mnie mieszka, choćby przez sekundę pomyślała o swojej edukacji... Niesamowite, jak szybko mogą się zmienić priorytety. Tak jak i moje się zmieniły w dniu ślubu.
Nie powinienem pragnąć tej kobiety. To słabość, na którą mnie nie stać. Podrywam się na równe nogi, próbując odzyskać kontrolę nad sobą, co wydaje się w tej chwili takie trudne.
- Dokąd idziesz? - pyta.
W zdumieniu podnoszę brew, a ona wydaje się równie jak ja zaskoczona tym swoim pytaniem. Jakby wyartykułowała je bezwiednie.
- A co cię to obchodzi?
Rumieni się i odwraca wzrok, spogląda za okno, potem na jedwabną narzutę na łóżku.
- Zastanawiałam się po prostu... Odkąd tu przyjechaliśmy, prawie cię nie widuję.
Parskam z niedowierzaniem, a ona aż się wzdryga.
- Czy moja wierna żona za mną tęskni? - pytam, przyglądając się jej bacznie. O co tu chodzi?
- Nieważne. - Krzyżuje ramiona, zasłaniając piersi.
- Chcesz coś omówić? - Jestem gotów to rozważyć. Wręcz chciałbym. Może za bardzo. Może szukam pretekstu, żeby zostać tu dłużej, wdychać jej zapach, patrzeć, jak wpadające przez okno promienie słońca pieszczą jej twarz, jej ciało. Szczęściarze. Moje ręce też by chciały.
- Niezupełnie... Tylko... No wiesz... - Wzrusza ramionami. - Myślałam, że może chciałbyś mieć kogoś przy sobie po...
Na pewno nie jest szczera. Nie ma mowy, żeby chciała spędzać ze mną czas po tym, jak ją traktowałem. Znowu mnie wkręca, tak jak wcześniej. Podstępem mnie skłania, żebym się nią przejmował. Chce, żebym zapomniał, skąd się tu wzięła. Co zrobiła.
- Po pogrzebie? Po pogrzebie mojego dziadka?
- Właśnie. - Jej twarz wykrzywia się w zbolałej minie, ale tylko na chwilę. - Po prostu... nie musisz być sam. Ja tu jestem, nigdzie się nie wybieram.
- Tu się zgodzę: nigdzie się nie wybierasz.
- Nie musisz być sam - szepcze. Ciągle nie patrzy na mnie.
Nie umiem jej rozszyfrować. Zresztą nigdy nie umiałem.
- Tylko tyle chciałam powiedzieć.
- A kto mówi, że będę sam? To ty nie zasługujesz na towarzystwo.
Wzdryga się, to dobrze. Lepiej niech pamięta, gdzie jej miejsce.
Cieszę, że przypomniała mi o moich priorytetach, zanim zrobiłem coś głupiego i na przykład usiadłem koło niej... albo jeszcze gorzej - ściągnąłem z niej koc i wszedłem do łóżka, by robić wszystko oprócz spania.
Każda spędzona z nią chwila to kolejny moment, gdy ryzykuję, że pęknę, zapomnę o swoich postanowieniach. Wychodzę więc już bez słowa, zamykam drzwi, przynajmniej tak nas rozdzielając - by choć trochę oprzeć się pokusie.
Nie mam pojęcia, co z nią zrobić, zwłaszcza że doskonale pamiętam, jak cudownie mi było, gdy w nią wchodziłem.
Rozdział 5
Alicja
Jakie to dziwne uczucie być księżniczką uwięzioną na wieży. Jakby moje życie nagle stało się bajką, taką, jakie oglądałam czy czytałam w dzieciństwie. Biedna dzielna księżniczka, która nie z własnej winy musi znosić upokorzenia i ból, marząc z całych sił, że pojawi się jakiś wybawca.
Właśnie w tej chwili byłoby super, gdyby interweniowała moja wróżka chrzestna. Może ona by mnie stąd wyciągnęła, bo na pewno sama nie dam rady się uwolnić.
Ponieważ nikt nie przychodzi mi na ratunek, mogę tylko wyglądać przez okno, krążyć po pokoju i brać długie kąpiele w głębokiej wannie. Nie mogę udawać, że to nie jest miłe - wanna jest wielka jak basen. Czasami siedzę w niej tak długo, że skórę mam już dawno pomarszczoną - byle tylko mieć jakieś zajęcie.
Stoją tu jakieś książki, ale chyba wyłącznie dla dekoracji - zakurzone stare wydania nieznanych mi tytułów, w twardej oprawie. Tak strasznie szukałam zajęcia, że niektóre przeczytałam, ale zanim dobrnęłam do końca, nie pamiętałam, co było na początku. Śledziłam wzrokiem wyrazy, rozumiałam je, ale wszystko ulatywało.
Jak ja mam się z tego wydostać? To pytanie nie daje mi spokoju, nie mogę się na niczym skupić. W tle świadomości cały czas czai się strach, że lada chwila wpadnie tu Enzo, będzie mi groził, dotykał mnie, a ja się będę czuła krucha, bezbronna, totalnie na jego łasce. To jak życie w stanie zawieszenia, ani przez chwilę nie mogę się uspokoić, odprężyć. Sypiam teraz tak płytko, że alarmuje mnie byle odgłos. A w takim wielkim starym domu ciągle coś skrzypi. Rury jęczą, szyby grzechocą przy najlżejszym powiewie. Czasami siedzę w ciemnościach i po prostu patrzę w okno, póki nie zacznę rozróżniać kształtów z nadejściem świtu.
Jeśli to potrwa dłużej, zwariuję. Może Enzowi się wcześniej wydawało, że ma ze mną kłopot - bardzo się zdziwi, kiedy naprawdę mi odwali.
Dwa dni po pogrzebie rozlega się pukanie do drzwi. Już samo to, że ktoś puka, jest dla mnie zaskoczeniem.
- Tak? - pytam głośno.
Drzwi się otwierają, a przede mną staje Enzo. Dłonie wsuwa do kieszeni spodni. Och, wolałabym, żeby nie wyglądał tak szałowo. Wolałabym, żeby moje samotne serce nie kazało mi wyciągać do niego rąk i błagać o przebaczenie. Wydawało się, że byliśmy tak blisko czegoś prawdziwego. Na pewno sobie tego nie wymyśliłam, to nie była gra wyobraźni. Nieważne, jak on się teraz zachowuje. Nie opuszcza mnie wrażenie, że tam, w Miami, ujrzałam prawdziwego Enza, a teraz ma on na sobie maskę.
A tę maskę dawno temu założył mu dziadek.
- Jesteś głodna? - pyta. - Tak sobie pomyślałem, że fajnie by było, gdybyśmy zjedli razem śniadanie na tarasie. Jest taki piękny poranek. I chciałbym, żebyś mi towarzyszyła.
Ciekawe, ile go kosztowało to zaproszenie. Mam wrażenie, że każde słowo jest dla niego udręką.
Czy to dobry znak? Chciałabym wiedzieć. Szkoda, że w kółko muszę się zastanawiać, co się kryje za każdą uwagą, za każdym zaproszeniem.
- Chętnie. Fajnie byłoby choć raz zjeść w innym miejscu niż ten pokój.
- Tak właśnie sądziłem. - Taksuje mnie wzrokiem, przez chwilę czuję nadzieję, że to dlatego, że znowu budzę jego zainteresowanie. Niestety.
- Dobrze, że kupiłem ci to wszystko w Miami. Przynajmniej masz jakieś ubrania.
- Dziękuję, że kazałeś to wszystko dla mnie przysłać.
W końcu wyjeżdżaliśmy niewątpliwie w pośpiechu, a mnie w sumie nie dano się spakować. Moje rzeczy przyjechały jednak dzień po pogrzebie, kiedy już Enzo mnie zostawił po tym, jak mu wreszcie wszystko powiedziałam. Może specjalnie z tym czekał, aż się przyznam, zanim dał mi prawo do noszenia prawdziwych ubrań. Nie mam w ogóle pojęcia, skąd wytrzasnął tę koszulę nocną, którą wcześniej nosiłam.
Muszę iść za nim z sypialni, bo ten dom jest dla mnie nieprzebytym labiryntem. Nie miałam okazji się z nim zapoznać, zwiedzić go, obejrzeć - dopiero teraz widzę, jaki jest wielki, i w głowie pojawia mi się pytanie, ile czasu minie, zanim zacznę się w nim orientować. Nikt mi nie musi mówić, skąd pochodziły pieniądze na zbudowanie takiego pałacu. Przypominają mi się narkotyki, które miałam w torbie, i zastanawiam się, na ile rodzina De Luca jest odpowiedzialna za ich dystrybucję w kraju, zresztą pewnie nie tylko.
Na dole przechodzę przez jasną, słoneczną kuchnię i trafiam na wieloskrzydłowe drzwi prowadzące na taras, gdzie mamy zjeść. Bardzo się staram zachować spokój i godność, a jednocześnie jestem czujna, ale gdy wychodzimy na zewnątrz, gwałtownie wciągam powietrze, jak jakiś prostak. No ale jestem przecież prostaczką.
Widziałam otoczenie domu z okna, lecz oglądać je z tej perspektywy to zupełnie co innego. Od oszałamiającego zapachu bajecznych kwiatów kręci mi się w głowie. Przez całą szerokość tarasu ciągnie się pergola, a nad moją głową po drewnianych listwach pnie się winorośl. Wśród kwiecia bzyczą pszczoły, leniwie krążąc od jednego okazu do drugiego.
A przede mną rozpościera się ogród jednoznacznie kojarzący się z rajskim. Drzewa owocowe, ogromne róże, wszelkiej maści inne kwiaty, których nie znam, choć bardzo bym chciała znać. Ciekawe, czy znalazłabym tu gdzieś książkę, która pomogłaby mi się w nich zorientować. Perfekcyjnie utrzymane ścieżki, których nie kala nawet jeden chwast, wiją się niemal bez celu wśród bezkresu pieczołowicie wypielęgnowanego terenu.
W oddali widać pasma wzgórz i jezioro migoczące w porannym słońcu. Wpatrując się w lśniącą jak brylanty toń, myślę sobie, jak bardzo pragnęłabym się teraz znajdować na którejś z widocznych na wodzie łódek. Chyba nigdy w życiu nie czułam takiej tęsknoty.
- Tu jest jak w bajce - szepczę, podchodząc do balustrady okalającej taras.
Odwracam się do Enza oszołomiona, z uśmiechem. I jemu drgają kąciki ust.
- Uwierzysz, że to było oczko w głowie mojego dziadka?
- No faktycznie, trudno mi... - Powinnam się ugryźć w język, żeby nie psuć nastroju, prawda? Czy on musi wiedzieć, co naprawdę myślę o tym staruchu? Oczywiście był ważną osobą dla Enza, ale był też z niego kawał gnoja.
Enzo wie, co myślę, uśmiecha się - przelotnie, ale szczerze.
- Zdziwiłabyś się, ile godzin tu spędzał, myśląc i planując. Zawsze mówił, że jak wstaje od biurka i wychodzi na dwór, lepiej mu się myśli. Usiądź sobie.
Nawet podsuwa mi krzesło, po czym zajmuje miejsce naprzeciwko mnie. Na stole czeka wybór frykasów: sery, owoce, chleb, dżemy i masło.
- Kawy? - pyta Enzo, a ja z zapałem kiwam głową.
Kawa pachnie jeszcze intensywniej niż kwiaty, ma mocny smak, nigdy w życiu nie piłam lepszej. Pewnie nie powinno mnie to dziwić.
- Zazwyczaj jadam lekkie śniadanie, ale tutaj mam wilczy apetyt, zupełnie nie wiem dlaczego. - Nakłada sobie na talerz różnych smakołyków, ja robię to samo. - Nasz piekarz jest niesamowity, nie ma sobie równych. Nie mogę się doczekać, aż spróbujesz jego deserów.
Można by odnieść wrażenie, że Enzo jest przyjazny. Zupełnie jakby nie trzymał mnie cały czas pod kluczem. Mam ochotę go spytać, o co chodzi. Jego nastrój zmienia się w zawrotnym tempie.
- Macie tu dużo personelu?
- Sporo.
Chyba nie ma ochoty odpowiadać na moje pytania. A ja chcę się po prostu zorientować, z czym mam do czynienia. Od tylu dni jestem odcięta od świata, jedynym moim zajęciem jest zamartwianie się i zastanawianie. Dobrze, że zawsze dobrze się czułam sama ze sobą. Niejeden by zwariował, gdyby tak długo musiał siedzieć w izolacji.
Enzo dolewa sobie kawy i zaczyna tłumaczyć, po co mnie tu tak naprawdę zaprosił.
- Miałem kilka dni na przemyślenia i uważam, że powinniśmy sobie parę rzeczy wyjaśnić. Ty pewnie też masz wiele pytań, na które chciałabyś poznać odpowiedzi.
- Tak, no więc...
- Odpowiem na nie, kiedy uznam za stosowne. O ile to kiedykolwiek tak się stanie.
Cieniuteńka powłoka uprzejmości spływa i siedzę naprzeciwko mężczyzny, który nie wiadomo ile razy groził, że mnie zabije.
Opada na oparcie i kroi w dłoni jabłko. Ewidentnie doskonale zdaje sobie sprawę, jakie wrażenie robi ten nóż, chociaż jest taki mały. Muszę w to zaangażować wszystkie siły, ale patrzę mu w oczy, byle się nie gapić na ostrze. Enzo wrzuca kawałek jabłka do ust i gryzie je głośno.
- Mamy problem - mówi.
Tylko jeden?
- Oficjalnie jesteśmy małżeństwem. Należysz do rodziny De Luca, na dobre i na złe. Nie ma odwrotu. Ale żadne z nas się na to nie pisało, delikatnie rzecz ujmując. - W jego głosie słychać gorycz i to chyba nic dziwnego.
Małżeństwo. Dociera do mnie, że miałam nadzieję, że możemy uznać to wszystko za niebyłe, unieważnić akt i zapomnieć. Kusi mnie, by przypomnieć, że jeszcze tego małżeństwa nie skonsumowaliśmy i moglibyśmy je anulować, ale coś mi się zdaje, że w odpowiedzi doczekałabym się ostrego rżnięcia na tym stole. Czy jakiegoś innego przypomnienia, że nie mam prawa głosu, a zwłaszcza sprzeciwu.
Enzo patrzy na ogrody, przez sekundę sprawia wrażenie smutnego czy stęsknionego.
- Na koniec dziadek miał wobec mnie tylko jedno życzenie. To jedna z ostatnich rzeczy, które powiedział do mnie przed uroczystością. Że muszę się postarać o dziedzica. W tym upatrywał jedyny cel. Nie umiem ci powiedzieć, ile razy swatał mnie z rozmaitymi kobietami, które w jego opinii stanowiły dobry materiał na żonę i na matkę. Które by mi dały tłum potomków. - Powraca wzrokiem do mnie, zaciskając usta w cienką linię. - Uważał, że ty spełniasz wymagania.
Mam nadzieję, że Enzo nie oczekuje, że uznam to za komplement. Ten człowiek widział we mnie klacz rozpłodową i tak mnie traktował, zupełnie jakby o mojej wartości decydowało to, co mam między nogami. Najwyraźniej to właśnie się dla niego liczyło.
- Biorąc to pod uwagę, chcę zawrzeć z tobą układ. - Rzuca na talerz ogryzek jabłka, ale dalej trzyma nóż.
Wiem już, jaki ma stosunek do noży, więc nie jestem tym zachwycona.
- Jaki układ? - Czy drży mi głos? Tak, drży, zdecydowanie.
A on chyba czerpie z tego przyjemność.
- Oddam ci wolność. Bez zobowiązań.
Czekam ze wstrzymanym oddechem. Ale nie wytrzymuję.
- Jeśli...? - dopytuję, bo na pewno jest jakieś "jeśli".
- Jeśli dasz mi syna.
Takie krótkie zdanie, a powala mnie jak kula armatnia. Własnym uszom nie wierzę.
- Syna?!
- Tak. Dziecko. Tego właśnie chcę.
- Ale nie dziecka ogólnie. Tylko syna. - Nawet kiedy to wypowiadam głos, dalej trudno mi to zrozumieć.
Ściąga brwi.
- Tak. Czego nie pojmujesz? Myślałem, że masz choć odrobinę rozsądku.
Z trudem powstrzymuję wzgardliwe prychnięcie.
- A masz świadomość, że zawsze jest pięćdziesiąt procent szans, że to będzie dziewczynka, a wówczas wracam do punktu wyjścia?
- W takim wypadku będziemy dalej próbować, aż urodzi nam się chłopiec.
On zwariował. Nie ma żadnych gwarancji, że zajdę w ciążę, a jeśli nawet zajdę i wszystko będzie w porządku, nadal będzie pięćdziesiąt procent szans, że urodzi się dziewczynka. Mogę skończyć w tym cholernym małżeństwie z dziesięcioma córkami. A i to niekoniecznie go powstrzyma, będzie dalej próbował, dopóki moje ciało się nie rozpadnie.
- Co ty na to? - pyta tonem człowieka, który wie, że jest panem sytuacji. Nie ma powodu wątpić, czy się zgodzę, bo przecież wie, że nie mam wyboru.
- Co ja na to? A jest inna opcja?
Mruga z niedowierzaniem.
- Słucham?
- Pytam, czy mam jakiś wybór. Jakiś inny warunek, który mogłabym wybrać zamiast tego?
- Jasne.
Szybkim ruchem wyciąga pistolet zza paska i mierzy mi między oczy. Sztywnieję i wpatruję się w niego, wstrzymując oddech. A więc to już. Wreszcie to zrobi. Zaraz umrę.
- Opcja numer dwa: zaskakująco szybko zostanę wdowcem.
Gdyby chciał mnie zabić, to by mnie zabił. Nie wiem, skąd ta myśl, ale wybrzmiewa mi w głowie głośno i wyraźnie. On nie chce mnie zabić. Przynajmniej jeszcze nie. W tej chwili ma żonę, która musi dać mu to, czego on najbardziej w swoim mniemaniu potrzebuje. Jakby był królem i linia sukcesji byłaby zagrożona.
To nie znaczy, że mogę przegiąć. Nie chcę, żeby się wściekł i mnie jednak zastrzelił. Gdybym zniknęła bez śladu tu, tysiące kilometrów od domu, nikt by nawet nie miał pojęcia, gdzie zacząć poszukiwania. W ogóle nikt by się nie przejął.
- Więc śmiało - mówię cicho, nie odrywając wzroku od pistoletu. Nie ma sensu prosić, żeby Enzo go odłożył, tylko bym pogorszyła sprawę.
Widzę, że lufa lekko drgnęła, ledwie na ułamek sekundy.
- Nie igraj ze mną.
- A igram?
- Nie spodobają ci się konsekwencje.
- Skoro mam do wyboru bezterminowe więzienie, dopóki nie wykorzystasz mojej macicy, to cóż... - Patrzę mu teraz w oczy.
Mruży powieki. Nie chcę umierać, ale nie będę go błagać na kolanach, bo tego ewidentnie by chciał. Co najlepsze, wiem, że to go doprowadza do szału, dziwne, że z uszu mu nie dymi. Co prawda nie stać mnie na chojrakowanie. Enzo może jednak pęknąć.
- To co, porozmawiamy o tym jak dwoje rozsądnych ludzi? - Moje myśli pędzą w tempie równie szalonym jak serce, ale chyba do niego docieram. Chyba. - Bez grożenia bronią? Nienajlepiej mi się myśli, kiedy ktoś celuje mi w twarz.
- Nikt tu nie oczekuje żadnych przemyśleń - rzuca przez zęby.
- To prawda. Ale wyobrażam sobie, że da się znaleźć jakiś scenariusz, w którym każde z nas dostanie to, co chce... Oprócz tego, że zostanę przy życiu - dodaję, zanim on mi to wypomni.
Jeśli on chce dziedzica, będzie musiał się zgodzić na kompromis. Coś mi się nie wydaje, żeby mu się uśmiechał trudny rozwód i szukanie innej kobiety, która zgodzi się urodzić mu dziecko. W końcu ja mam jakąś przewagę... a w każdym razie realne szanse na przewagę.
On o tym wie. I zupełnie mu się to nie podoba.
- Niech będzie. - Opuszcza broń, a ja znowu mogę oddychać. - Chodźmy do środka. Lepiej niech to będzie coś dobrego.
Ja też mam na to nadzieję. Teraz muszę tylko jakimś cudem go przekonać do powrotu do Miami, gdzie będę miała większe szanse na odzyskanie swojego życia. Naprawdę wierzę, że to się może udać, trzeba tylko znaleźć sposób.
Rozdział 6
Enzo
Co ona kombinuje? O co tu chodzi? Jestem skłonny dać jej wolną rękę, niech rzeczywiście wymyśla wyjście korzystne dla każdego z nas, no ale moja cierpliwość ma swoje granice. I pożałuje, gorzko pożałuje, jeśli się okaże, że to tylko gra na zwłokę.
Właśnie w skupieniu, ze ściągniętymi brwiami i ustami zaciśniętymi w wąską kreskę przegląda półki wypełniające trzy ściany gabinetu. Oprócz morza książek są tu fotografie sprzed dziesięcioleci, a także niezliczone pamiątki z tych wszystkich miast, do których dziadek zawitał, załatwiając interesy kartelu. Nie w tym rzecz, że był człowiekiem sentymentalnym. Zawsze sobie wyobrażałem, że lubi patrzeć na te przedmioty i wspominać transakcje poprzedzające zdobycie ich.
Powiedziałbym jej o tym, ale nie chcę jej przerywać rozmyślania nad moją propozycją. W sumie to nie jest żadna propozycja, Alicja nie ma wyboru.
"Dlaczego nie zgodziła się od razu?" - słyszę w głowie głos dziadka, chociaż dziadek już dawno leży w grobie. Nie daje mi spokoju, podsyca wątpliwości. Każe mi analizować problem, rozbierać go na czynniki pierwsze i drążyć tak długo, aż dotrę do sedna.
A co tutaj jest sednem? To, że bez względu na to, co jej zrobię, ani trochę nie poczuję, że dzieje się sprawiedliwość. Tymczasem właśnie tego potrzebuję - czuję to wyraźnie, gdy siedzę na miejscu, które powinien zajmować dziadek. Oczywiście, chcę dziecka, chcę dziedzica, ale chcę, żeby przyszedł na świat, w którym nie ma już moich bezwzględnych wrogów. Albo jest ich jak najmniej. Świat bezpieczny.
To oznacza zniszczenie kartelu Alvareza, choćby była to ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. Oczywiście nie dosłownie, bo wcale tego nie chcę. Zamierzam zwyciężyć. Mimo że w tej chwili nie jestem pewien, jak to zrobić.
I na pewno nie znajdę sposobu, jeśli będę siedział przy biurku dziadka i gapił się na swoją żonę, kiedy ona się obija i gra na zwłokę.
Żonę. Ciągle nie mieści mi się to w głowie. Jakoś nie mogę się z tym oswoić. Nieważne, co przed nią gram. Na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy i tak dalej. Ona jest moją żoną. I ten układ da mi korzyści, na które zasługuję.
Nawet jeśli ona to wszystko pomyśleć. Jej reakcja też nie daje mi spokoju. Przecież ona nie ma się nad czym zastanawiać, nie ma wyboru. Albo przyjmie moją propozycję, albo umrze. Bo co? Będzie mi się stawiać? Wystawiać moją cierpliwość na próbę? Sprawdzać, czy mówiłem poważnie? A co się stanie, jeśli się przekona, że owszem, mówiłem śmiertelnie poważnie? Nie będzie miała szansy wyrzucać sobie głupoty, bo już nie będzie żyła.
Muszę przestać się na nią gapić i zająć głowę czymś innym, bo mnie rozsadzi. Na biurku leży teczka, którą dziadek mi pokazał, zanim wysłał mnie do Miami. Wszystkie informacje, które zebraliśmy na temat Alvareza i jego kartelu. W tej chwili zupełnie dla mnie nieprzydatne. Muszę znaleźć sposób, żeby się do nich zbliżyć, zinfiltrować ich. Paradoksalnie w tej chwili może to być łatwiejsze, bo Alvarez niewątpliwie triumfuje, świętuje zwycięstwo nad nami. Niewiele czasu z nim spędziłem, ale zdążyłem wyrobić sobie opinię, że ten człowiek jest bezgranicznie zadufany w sobie i niezbicie przekonany o swojej mądrości. Może zdołam to wykorzystać. Muszę tylko rozkminić jak.
- Przepiękny jest ten pokój. - Alicja odkłada na miejsce książkę, którą przeglądała, a potem przebiega palcami po innych tomach w tym rzędzie. - Naprawdę szałowy. To wszystko zbiory twojego dziadka? Czy babci?
- Babci nie poznałem, ale on też lubił to miejsce. To jego ulubiony pokój. Nie sądzę, żeby ją dopuścił do urządzania go.
Widzę, że drga jej kącik ust.
- No tak. Bez urazy, ale on mnie dzisiaj już drugi raz zaskakuje.
- Mężczyźni z rodu De Luca są bardzo niejednoznaczni. Nie tylko przemocowi i chciwi.
- Oczywiście. - Powoli przemierza pokój z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nawet w tej chwili, kiedy jestem tak, kurwa, spięty, że ledwie oddycham, mimowolnie podziwiam, że Alicja emanuje taką godnością. Od samego początku to właśnie w niej podziwiałem. Może płakać i błagać, ale niełatwo ją złamać. A ja przypisywałem to wychowaniu w kartelu, dobre sobie. Teraz wiem, że ona po prostu taka jest. I niewątpliwie wszystkie trudne przejścia tylko ją wzmocniły.
Zerka na teczkę rozłożoną na biurku. Widzę, że oczy się jej rozjaśniają.
- Już wiem, jak się może udać ten plan, żebyśmy oboje mieli zysk - szepcze.
Czy słyszę w jej głosie przebiegłość i nutę ekscytacji?
Przynajmniej jest zabawna.
- A skąd pomysł, że jest jakieś pole do negocjacji i dyskusji? Albo że zależy mi na tym, żeby ktokolwiek poza mną był zadowolony? Czy nie wyraziłem się jasno? Bo bardzo bym pragnął...
Podnosi rękę i kręci głową.
- Ależ wyraziłeś się absolutnie jasno, dziękuję.
- Proszę uprzejmie - odgryzam się. - Więc? O co chodzi?
- Przedstawiłeś swoją propozycję... a ja chciałabym przedstawić kontrpropozycję. - Tylko drobne drgania mięśni szczęki zdradzają jej zdenerwowanie. Poza tym jest niewzruszona jak skała. Zimna, idealna.
Och, jakie to podniecające. Można by odnieść wrażenie, że wszystko w tej kobiecie jest stworzone po to, żeby mnie kusić, dręczyć, chociaż wiem, że to absolutnie nie jest w tej chwili dla mnie dobre
Rozsiadam się wygodnie i łączę dłonie w piramidkę pod brodą. W sumie... jeśli się tak zastanowić, to może być interesujące.
- No dobrze. A jak ta kontrpropozycja miałaby wyglądać?
Podnosi wysoko jedną brew.
- Chcesz mnie wysłuchać?
- Owszem. - Nieznacznie kiwam głową. - Ale zrozum mnie. Jeśli nie spodoba mi się to, co proponujesz, i tak wezmę to, czego chcę. I nic, co teraz powiesz, nie zmieni mojej decyzji. Ale zamieniam się w słuch, możesz mówić. Jestem ciekaw, co wymyśliłaś.
Znowu drga mięsień na jej twarzy, wiem, po prostu wiem na pewno, że ona z trudem panuje nad sobą. Teraz najbardziej chciałaby się wymądrzać, posłać mnie do diabła czy coś w tym rodzaju. Tego jednak nie zrobi, jest za bystra.
Wskazuje ręką krzesło naprzeciwko mnie, ja kiwam głową i patrzę, jak siada. A siada wyprostowana, czujna.
- Dużo myślałam o tym, jak się w to wszystko wpakowałam. Jak ci mówiłam, przyjaciółka przekazała mi informacje o tamtym magazynie, o paczce i całej reszcie. To jej wina, że w ogóle się w to wplątałam. Nie wiem, czy wrobiła mnie celowo, czy nie, ale tak czy owak, znalazłam się w tej sytuacji z jej winy. I uważam, że nie powinno jej to ujść na sucho.
Mało nie prycham z ubawienia.
- Zdecydowanie. Kontynuuj. Pragnienie zemsty to coś, co doskonale rozumiem, ale nadal nie pojmuję, co to ma wspólnego ze mną. Albo z naszą umową.
Całkowicie ignoruje moje słowa.
- Znam ją w zasadzie tylko z uczelni - ciągnie. - Tam się poznałyśmy. Poza uniwerkiem w sumie się ze sobą nie zadawałyśmy, bo jak już ci mówiłam, nigdy nie miałam kasy na życie towarzyskie. Czasu zresztą też nie miałam. - Spogląda gdzieś ponad moim ramieniem, jakby wpatrywała się w dal, wspominając dawne życie.
Dawne życie. Poprzednie.
- Mów dalej - ponaglam ją.
Potrząsa głową, jej wzrok spotyka się z moim spojrzeniem.
- A to oznacza, że jeśli chcę ją dopaść, muszę pójść na uczelnię. Muszę udawać, że nic się nie stało.
- Mam ci pozwolić wrócić na uczelnię, żebyś dorwała dziewczynę, która cię wysłała do tamtego magazynu?
- Dokładnie tak.
- A dlaczego miałbym to zrobić? Co będę z tego miał? Muszę cię mieć przy sobie, pamiętasz? Jeśli mam cię zapłodnić, musisz być blisko mnie.
Nachyla się lekko, ściąga brwi i wpatruje się we mnie spokojnie.
- Nie jestem pewna, czy to jest bratanica Josefa Alvareza, ale nieraz mówiła o wujku, choć nie wymieniła imienia ani nazwiska. A pamiętasz, za kogo mnie uważałeś, gdy powiedziałam, że mam na imię Elena?
Zerkam na teczkę i przypominam sobie, że właśnie w niej znalazłem tę informację.
- Za jego córkę.
- Właśnie. Moja tak zwana przyjaciółka nosi imię po nieżyjącej córce Josefa Alvareza. Ewidentnie więzi rodzinne są u nich silne. Chcesz go dorwać? To dorwijmy ją. Oboje na tym skorzystamy. Wiesz przecież.
W jej słowach słychać pragnienie zemsty. Do tej pory nie przyszło mi do głowy, że Alicja jest mściwa, ale na pewno nigdy jeszcze nie znalazła się w takiej sytuacji jak ta. Nigdy nie wiadomo, do czego się posuniemy w razie konieczności.
- Nie mów mi, co wiem - ostrzegam.
- Przemyśl to - zachęca. - Oboje dostaniemy to, na czym nam zależy. Ja przyjmę twoją... propozycję, w ogóle nie będę robić problemów. Ale chcę swojej zemsty. I wiem, że ty chcesz dopaść Alvareza. - Z cichym stęknięciem opada na oparcie. - A do diabła, ja też chcę, żebyś go dopadł.
Podoba mi się to jej oblicze. Taka kobieta byłaby doskonałą żoną dla kogoś o mojej pozycji. Opanowana, myśląca strategicznie. Zachowuje spokój, nawet gdy ktoś mierzy jej z pistoletu między oczy.
Co prawda jej propozycja jest przekonująca, wydaje się bez zarzutu, ale wolałbym tu zostać i zająć się interesami rodziny. Okazać siłę w obliczu tragedii.
Mogę to jednak robić na odległość, z Miami. Mój dziadek też nie siedział na tyłku. No i nie zostaniemy tam na zawsze.
Może tego właśnie mi potrzeba, takiej okazji, żeby się raz na zawsze pozbyć Alvareza. Może i nie udało mi się porwać jego domniemanej córki, ale a nuż uda mi się z bratanicą noszącą imię tej zmarłej córki? Zyskałbym o wiele więcej.
Oczywiście ani myślę dać po sobie poznać, że pomysł Alicji mi się podoba - jeszcze nie w tej chwili. Nie mogę okazać żadnego zapału ani entuzjazmu.
- Nienajgorszy pomysł - burczę pod nosem. - Jestem skłonny go rozważyć. Ale...
- Ale? - Mruży oczy, a kąciki jej ust opadają.
- Chyba będziesz musiała mnie przekonać o swoim oddaniu.
Odkąd Alicja mi się postawiła, jej maska po raz pierwszy opada, dostrzegam u niej odrobinę niepokoju.
- Co to znaczy? - pyta z rozdętymi nozdrzami, próbując panować nad oddechem. W jej żyłach musi huczeć adrenalina, ale teraz też zimny strach. Cudowne.
- Chcę zabezpieczenia. Dowodu, że ten plan jest dla ciebie ważny. No bo skąd mam wiedzieć, że nie uciekniesz, kiedy tylko wypuszczę cię na kampus? Zdajesz sobie sprawę, że dla mnie oznacza to ogromne ryzyko. Muszę mieć zabezpieczenie.
- A dokładnie to jak sobie wyobrażasz, że udowodnię to oddanie?
- Już myślałem, że nie zapytasz. - Odsuwam się od biurka, lecz nie wstaję z krzesła. - Przede wszystkim możesz udowodnić swoją uległość. Muszę mieć pewność, że w ogóle wiesz, jak się podporządkować rozkazom.
- A jak miałoby to wyglądać?
Nie zwiedzie mnie. Słyszę w jej głosie beznamiętną, chłodną nutę zdradzającą, że wie.
- Masz mi pokazać na czworakach, jak bardzo chcesz mi służyć. Naprawisz krzywdy, których jesteś współwinna. I dostaniesz swoją zemstę, której tak bardzo pragniesz. Więc śmiało, pokaż mi. Pokaż mi, jak bardzo tego pragniesz.
Ledwie powstrzymuję uśmieszek, który majaczy na moich wargach. Alicja zaciska zęby tak mocno, że mało nie trzasną. Muszę przyznać, że ten widok sprawie mi ogromną przyjemność - jak ona wszystko przetwarza, jak walczy ze sobą, wiedząc, że nie ma wyjścia - musi się podporządkować, a jednocześnie nie chce tego przyjąć do wiadomości. Jest uparta, dumna, a ja mimowolnie trochę ją podziwiam.
Zsuwa się z krzesła i opada na kolana, a mnie od razu staje. Jest moja, mogę z nią zrobić, co chcę. A ona jest tego doskonale świadoma. To upajające uczucie, wiąże się z nim ogrom możliwości. Mogę ją zmusić dosłownie do wszystkiego, wszystkiego, co mi przyjdzie do głowy.
Na razie wystarcza mi przyglądanie się jej, jak podchodzi do mnie powoli, niechętnie, na czworakach. Gdy się zbliża, obracam krzesło tak, że siedzę bokiem do biurka. Nie spieszy się, każdy jej ruch jest przemyślany, ale w końcu zatrzymuje się między moimi stopami.
- Grzeczna dziewczynka - szepczę. Ledwie oddycham z podniecenia, trudno mi je ukryć.
- Co mam zrobić? - pyta, podnosząc na mnie wzrok.
Nasze spojrzenia się spotykają, a ja czuję, jak od niej do mnie przeskakuje błyskawica.
- Chodź tu.
Przesuwa się o cal.
- Bliżej - jęczę. - Pokaż, jak bardzo pragniesz mojego fiuta. Tęsknisz, prawda? Czy twoja cipka czuje się samotna? A może twoje usta? Pokaż, jak tęsknisz.
Waha się przez ułamek sekundy, ale w końcu się zbliża, podnosi się na kolana, a dłońmi przesuwa po moich nogach, od kostek do kolan. Ja pierdolę, nie sądziłem, że tak intensywnie zareaguję, mój kutas natychmiast budzi się do życia. W żyłach pulsuje mi czyste pożądanie. Muszę uważać, bo zapomnę, po co jest to ćwiczenie, i oddam się czystej przyjemności.
Alicja powoli, bardzo powoli przesuwa się od kolana do uda, w tempie dla mnie nieznośnym, centymetr po centymetrze.
- Jak mam to pokazać? - szepcze.
Czy ona sobie ze mną, kurwa, pogrywa, czy rzeczywiście słyszę w jej głosie pożądanie? Chciałbym to wiedzieć. Chciałbym wiedzieć, czy to tylko gra.
Nie, to nie jest ważne. Cholera, muszę trzymać myśli na wodzy.
- Chcę, żebyś go pocałowała. Nie rozpinaj spodni, tylko pocałuj to wybrzuszenie, które obudziłaś do życia. Oddaj mu cześć. Oddaj mi cześć, mała, i lepiej zrób to przekonująco - dodaję i wsuwam palce w jej gęste, miękkie włosy.
Nie odrywając wzroku od moich oczu, opuszcza głowę. Ja też nie jestem w stanie odwrócić spojrzenia, wpatruję się więc w te zielone tęczówki. Jest jak syrena, przyzywa mnie na niebezpieczne wody, i niech mnie diabli, jeśli za nią pójdę. Przyciska pełne usta do mojego krocza, mój fiut aż podskakuje, pulsuje wręcz boleśnie. Ja pierdolę, jak strasznie chciałbym ją zerżnąć na tym biurku, na tym krześle, pod ścianą. Wszędzie. Chciałbym ją wypełnić swoim nasieniem, raz, drugi, trzeci, aż płynęłoby z niej na podłogę. Ale teraz nie czas na rozkosze.
- Możesz się bardziej postarać - rzucam. - Dalej, pokaż mi. Udowodnij mi, jak bardzo tego pragniesz.
Muska mnie ustami, obraca głową na boki, lekko wzdychając. Każde westchnienie jest dla mnie jak porażenie prądem. Nie mogę się powstrzymać, mocniej ją chwytam za włosy i przyciskam jej głowę, jednocześnie unosząc biodra. Wciskam jej twarz w swoje krocze, na pewno nie może już oddychać. Wpija palce w moje uda, jęczy, ale ja nie puszczam.
- Będziesz robić, co każę - dyszę, dymając jej twarz i rozkoszując się jej rosnącą desperacją. - Będziesz na każde moje zawołanie, bez żadnych pytań. Będę kontrolował absolutnie wszystko, każdy aspekt tej sytuacji. Bez mojego pozwolenia nie zrobisz nic. A jak się dowiem, że zrobiłaś cokolwiek, choćby jedną rzecz niezgodną z moją wolą, koniec. Znajdę sobie jakąś inną sukę do zapłodnienia. Nie jesteś jedyną cipką w Miami, Alicjo. Rozumiesz?
Jej zduszony pisk mi wystarcza, puszczam ją, a ona opada na podłogę. Łapczywie chwyta powietrze, a ja tylko na nią patrzę. Jest piękną, groźną katastrofą, w którą się wplątałem. Ciągle na kolanach, z trudem próbuje odzyskać panowanie nad sobą, wyciera oczy, z których popłynęły łzy. Czuję się jak dupek, ale nie mogę dopuścić, by uczucia mną zawładnęły. Już raz ustąpiłem i proszę, do czego mnie to doprowadziło. Wiele można o mnie powiedzieć, ale na pewno moi ludzie nie będą ze mnie szydzić ani nie pozwolę, żeby ona mną manipulowała i mnie wykorzystała. Tak będzie lepiej dla nas obojga. Wstaję, poprawiam spodnie i marynarkę. Niczego teraz tak bardzo nie pragnę jak wsadzić jej głęboko, ale rozsądek mówi "nie".
- Muszę przed wyjazdem załatwić kilka rzeczy. Wyjeżdżamy jutro wieczorem. Przygotuj się.
Podnosi się z podłogi, jeszcze raz na mnie spogląda i szybko wychodzi.
A ja zostaję z bolesną erekcją i pewnością, że wcześniej czy później bawienie się nią nie wystarczy. Będę znowu jej pragnął i wcale nie dlatego, że chcę spłodzić dziedzica.
Rozdział 7
Alicja
Cholera, jednak tu wróciłam.
Nie sądziłam, że jeszcze zobaczę to miejsce, z którego mnie tak brutalnie wyrwano. Czy moje życie kiedyś wreszcie przestanie przypominać gigantyczny rollercoaster? To, że nigdy nie wiem, co się stanie za chwilę, wcale nie jest fajne ani ekscytujące. To denerwujące. Niczego nie mogę być pewna. Nie mam pojęcia, czy jest sens się rozpakowywać - bo a nuż się coś wydarzy i jutro może będę musiała się znowu pakować. Albo sytuacja się zmieni tak nagle, że w ogóle nie będę w stanie się spakować. I tak nie zdążę zabrać bagażu. O tak, to nawet bardziej prawdopodobne. Bo ja nie mam prawa głosu, w żadnej sprawie. Ktoś mnie porywa, ciągnie, wpycha do samochodu albo wsadza na pokład odrzutowca. Jestem laleczką, fajnie się na mnie patrzy, ale moje emocje i potrzeby nikogo nie obchodzą.
I pomyśleć, że tamtych pięknych ogrodów nikt teraz nie będzie podziwiał. W tym ogromnym domu nie mieszka nikt oprócz ochroniarzy, a i oni w sumie mieszkają w dodatkowych, osobnych budynkach, nie w tym głównym. Co za strata!
Im szybciej załatwię sprawy z Eleną, tym szybciej wrócimy. Nie żeby mi się spieszyło do ponownego opuszczenia kraju, nie z moim mężem. Ciągle nie mogę się oswoić z tym słowem, z tym, co ono oznacza, zwłaszcza jeśli dotyczy Enza. Właśnie rozmawia przez telefon, krążąc po domu. Załatwia swoje sprawy. Oczywiście ani myśli mnie wtajemniczać, zresztą sama nie wiem, czy bym tego chciała. Nie chcę wiedzieć, co on knuje, co planuje. Przynajmniej jeśli te plany dotyczą kogoś innego niż ja. Niczego tak nie pragnę, jak patrzeć, jak Josef Alvarez cierpi, ale nie muszę znać szczegółów. Muszę po prostu zrobić, co do mnie należy.
A potem pewnie wrócimy do Włoch i będę mogła urodzić dziecko Enza.
Nie, nie po prostu dziecko. Jego syna, bo tylko syn się liczy. Liczy się, czy moje dziecko będzie miało penisa. Mam dość tego jego pojebanego mizoginistycznego świata! Poza tym, jak Enzo sobie to wyobraża - że urodzę bobasa i pójdę w swoją stronę, jak gdyby nigdy nic? Na samą myśl, żeby zostawić z nim dziecko, a zwłaszcza własne, robi mi się słabo.
Nie spytałam, co się ze mną stanie, gdy wypełnię powinność rozrodczą. Powiedział, że będę mogła wrócić do swojego życia. Czy to oznacza powrót do Miami? Dostanę pieniądze, żeby się urządzić? Nie spytałam o szczegóły, za bardzo się zajęłam udowadnianiem prawdziwości swoich intencji, wypełnianiem jego rozkazów. Muszę spytać. Muszę znać szczegóły. Czy wyśmiałby mnie, gdybym poprosiła o zobowiązanie na piśmie? Pewnie powinnam tak zrobić, albo chociaż spróbować. To chyba nie jest za dużo.
W tej chwili wydaje się sensowne rozpakować się w pokoju, który stał się moją sypialnią. Wolałabym ten znacznie większy, należący do Enza, ale nie chcę mieszkać z nim w jednym pomieszczeniu. Wystarczy mi mniejsza szafa i mniejsza komoda. Zresztą i tak przecież nie mam za dużo rzeczy. Tylko to, co on mi kupił.
Nie mam nic swojego. Nawet mój syn, jeśli się urodzi, nie będzie mój. Będzie należał do Enza, wyłącznie, a on będzie go wychowywał i formował według własnego widzimisię.
To nie czas na łzy frustracji i smutku, ale wypełniają mi oczy, zresztą w całym tym koszmarze wszystko jest nie w porę. Odsuwam walizkę i siadam na łóżku, wpatrując się w podłogę. Przez łzy rozmazuje mi się obraz, więc mrugam, bo a nuż zajdzie tu Enzo i zastanie mnie zapłakaną. Nie wiem czemu, ale zależy mi na zachowaniu pozorów. Nie chcę, żeby wiedział, że czuję się bezbronna i bezradna, choć na pewno się domyśla. Potrafi być prawdziwym draniem, i to na zawołanie, ale ma jakiś poziom inteligencji emocjonalnej, którego raczej nie odziedziczył po dziadku. Jakby ten okropny staruch nie zniszczył wszystkiego.
Jestem po prostu zmęczona. Tu, w Miami, przynajmniej nie czuję się aż tak zagubiona. Powrót na uczelnię oznacza, że odzyskam chociaż odrobinę siebie. Bardzo tego potrzebuję. Chcę się poczuć sobą, nie jak jakiś udręczony więzień. Może będę w stanie lepiej spać w nocy - zasypianie nad podręcznikami jest bardziej kuszące niż usypianie od płaczu.
Nie zamknęłam drzwi, a że nie słyszałam zbliżających się kroków Enza, podskakuję na skrzypnięcie zawiasów.
- Znudzona rozpakowywaniem? - pyta, rozejrzawszy się.
- Jestem przede wszystkim zmęczona. Moje ciało nie nadąża za zmianami czasu, za szybko się dzieją te podróże w tę i we w tę. - Może w to uwierzy. W tej chwili nie ma to zresztą dla mnie znaczenia, byle mnie zostawił w spokoju.
- Lepiej niech zacznie nadążać, bo nie jesteś na wakacjach. Masz tu robotę do wykonania. Chyba, że nie zapomniałaś?
Wiem, powinnam być odporna na jego prowokacje, ale jeśli choć odrobinę nie wyrażę uczuć, to gorycz zje mnie od środka i albo wybuchnę, albo się rozpadnę.
- Dzięki, że mi przypominasz. Minęło półtorej doby od naszej umowy, ale jasne, miło, że przypominasz.
- Zapiszę to na konto zmęczenia całym tym podróżowaniem.
I tak mam to gdzieś, ale gryzę się w język, żeby nie wybuchnąć. Szkoda energii, na pewno bym pożałowała, już on by tego dopilnował.
Ponieważ nie wychodzi, przyglądam mu się. Stoi oparty o framugę, z rękami w kieszeniach... Naprawdę wolałabym, żeby się nie prezentował tak świetnie. I tak ma nade mną przewagę, nie chcę, żeby zaślepiało mnie pożądanie.
- Zamierzasz jeszcze o czymś ze mną rozmawiać? Bo naprawdę chętnie bym odpoczęła.
Nie odpowiada od razu, tylko dalej się we mnie wpatruje. Nie umiem go rozgryźć - jego wyraz twarzy jest absolutnie nieodgadniony. Wreszcie pękam pod naporem napięcia.
- O co chodzi? Czego chcesz?
Drga mu kącik ust.
- Tak sobie myślałem... Dwa dni temu weszłaś do mojego gabinetu zdecydowanym krokiem, pewna siebie i władcza. Wiedziałem wtedy, że to gra, ale zobaczyć dowód na własne oczy to jednak zupełnie coś innego. Popatrz tylko na siebie. Przybita, świadoma, że wróciłaś do punktu wyjścia.
- Nie do końca dlatego tak siedzę - odcinam się. Choć muszę przyznać, że jest bardzo blisko prawdy.
- Na pewnie nie dlatego, że jesteś we mnie zakochana. To była twoja kolejna gierka, znowu chciałaś mnie wykorzystać. Mam rację?
Nie dam się. Nie będzie mną manipulował. Prawie się gryzę w język, żeby nie wygarnąć mu tych wszystkich okropności, które powinien o sobie usłyszeć, o sobie i tej całej pojebanej rodzinie. Chce mnie zranić. Chce mnie złamać. Nie pozwolę na to.
On doskonale zdaje sobie z tego sprawę i to go doprowadza do szału. Czuję jego frustrację, czuję, jak pędzi przez pokój i chwyta mnie za gardło - tak jak robił to wiele razy. Nagle jednak zmienia temat.
- Mam coś dla ciebie. Prezent ślubny.
Instynkt podpowiada mi, żeby nie reagować. Nie dam mu tego, czego chce, do cholery. Może i jestem w potrzasku, ale nie będę tańczyć, jak mi zagra.
- Nie przyszłoby mi do głowy, że masz dla mnie prezent. Ja nic dla ciebie nie przygotowałam.
- Nic straconego, w odpowiednim czasie będziesz miała okazję to nadrobić.
No jasne, przecież mam mu dać dziedzica.
- Poza tym to nie jest prezent ode mnie, tylko od mojego dziadka.
Jakbym za mało miała powodów obaw. Przecina pokój, a ja wstrzymuję oddech i czekam w gotowości. On wsuwa rękę do kieszeni, a mnie przechodzi dreszcz.
Ale w jego dłoni widzę wąskie, długie aksamitne puzderko. Otwiera je i podaje mi. W środku spoczywają dwie bransoletki. Z brylantami, i nie są to jakieś mizerne opiłki. Na każdej bransoletce widnieją cztery rzędy pokaźnych kamieni! Nie muszę pytać, czy są prawdziwe, nie chciałabym zresztą go obrazić. Widziałam już przecież dom tego starucha. Nie mam wątpliwości, że stać go na tyle brylantów.
Są oszałamiające. Aż boję się ich dotknąć. Migoczą jak w ogniu, chwytają światło i odbijają je milionem rozbłysków. Nie jestem w stanie wydobyć głosu.
- Dziadek chciał, żebyś je dostała.
- No tak, i to bardzo urocze, ale nie wydaje mi się odpowiednie. Nie wiem, czy mogę je przyjąć.
- Trudno - rzuca wściekle. - Dziadek chciał, żebyś je, kurwa, dostała. To prezent dla mojej żony. Uwierz mi, chętnie bym je odesłał, ale to nie jest moja decyzja.
Wyjmuje bransoletki z puzderka i chwyta mnie za nadgarstki. I tym razem nie mam nic do gadania. Będę je nosić, czy mi się to podoba, czy nie.
Kieruję wzrok na niego i tak się składa, że w tym samym momencie on spogląda na mnie. Coś się między nami dzieje - widzę to po jego twarzy, po tym, jak łagodnieją mu rysy. Przez chwilę mam nadzieję. To ten Enzo, którego znałam wcześniej. Ten, który powiedział, że mnie kocha. Ten, który niemal z czułością wypowiedział słowa przysięgi małżeńskiej.
Ale to musi być złudzenie, ta zmiana wyrazu twarzy, bo po sekundzie nie ma po niej śladu. Mruży oczy i w ostatniej chwili obraca bransoletkę tak, że brylanty wciskają mi się w skórę.
- Co robisz?! - prawie krzyczę, ale on ignoruje moje pytanie. To samo robi z drugą bransoletką, a na koniec zapina jedną i drugą, chwyta dłońmi moje nadgarstki i ściska mocno.
Z mojego gardła wydobywa się krzyk i po chwili zaciskam zęby.
- On zginął przez ciebie - mówi cicho. - A ty żyjesz i proszę, masz na sobie biżuterię, którą ci kupił. Jak się z tym czujesz? Jesteś z siebie dumna?
- Dowiodłeś swego - szepczę, dygocząc z bólu.
- Nie, nie sądzę. - Przytrzymuje nadgarstki jedną ręką, drugą sięga po swój krawat. Zanim się zorientuję, co się dzieje, on zawiązuje krawat na moich rękach i zaciska mocno.
- Nie musisz tego robić. Ten etap chyba mamy za sobą, prawda?
Jakbym mówiła do ściany. Szybko przywiązuje drugi koniec krawata do zagłówka łóżka, a ja zostaję w pozycji półleżącej.
- Udowodnisz, jak bardzo ci zależy na realizacji naszego planu.
Nachyla się nade mną, ściskając moje nadgarstki, choć tak mocno zawiązał na nich krawat. Ale krawat nie wystarczy, by diamenty wżynały mi się w skórę, a on tego właśnie chce. Chce mieć pewność, że zadaje mi maksimum bólu.
Zaciska mocniej, aż nie jestem w stanie powstrzymać łez.
- Bardzo mi zależy! - krzyczę.
- To nie wystarczy. Twoje słowa to za mało. Już tyle kłamstw usłyszałem z twoich ust. - Mamrocząc coś po włosku, rozpina rozporek. - Musisz udowodnić to czynem. Jak to mówią? Czyny przemawiają głośniej niż słowa?
Uwalnia swój członek, już w pełnym wzwodzie, i główką przesuwa mi po ustach. Oczywiście, że mój ból go podniecił. On jest psychopatą.
- Obciągniesz mi tak perfekcyjnie, żeby twoje oddanie nie pozostawiało wątpliwości. Jasne?
Krew tężeje mi w żyłach. Na myśli nie o obciąganiu, tylko o tym, że mam zrobić, co mi każe. Że mam się po prostu podporządkować.
- Tak! - zapewniam gorączkowo, bo nadgarstki bolą mnie tak, że nie mogę już tego znieść.
- Tak sądziłem.
Porusza biodrami do przodu i wpycha mi członek do ust. Ja muszę po prostu wytrzymać, aż on skończy, a potem zostawi mnie w spokoju. Z tą jedną myślą wytrzymuję, gdy prawie mnie poddusza, uderzając w ścianę gardła i jęcząc przy tym z satysfakcją.
- Moja żona... Taka zawsze chętna, żeby mnie zadowolić. - Śmieje się szyderczo, a potem uderza raz za razem, jedną ręką trzymając mnie za nadgarstki, a drugą za głowę. Traktuje mnie przedmiotowo, kontroluje mnie tak jak na początku. - Język! Pokaż mi, jak ci smakuje moja sperma.
Po moich policzkach płyną łzy, gdy zalewają mnie ból i upokorzenie. Przymykam oczy, ale on jeszcze mocniej zaciska dłoń na moich nadgarstkach.
- Nie! Masz na mnie patrzeć. Chcę, żebyś na mnie patrzyła, gdy wypełniam twoje śliczne usteczka moim nasieniem.
Podnoszę wzrok i widzę diaboliczny uśmiech. Tak bardzo chciałabym mu powiedzieć, że nie musi taki być. Że możemy mieć coś prawdziwego, że oboje jesteśmy w beznadziejnej sytuacji, ale moglibyśmy trochę ją polepszyć, gdyby nie ten gniew, nad którym on nie panuje. Że nie musi mnie zmuszać. Nie musi mnie w taki sposób upokarzać.
Ale gdy rżnie mnie w usta, uświadamiam sobie, że jego to nie obchodzi. On chce mnie zranić, chce mi zrobić krzywdę. Nie zaspokoi się, dopóki nie będę go błagać zakrwawiona, by przestał. Na tę myśl w mojej głowie rozlega się potężny krzyk, wydobyłby się też z mojego gardła, gdyby nie kutas Enza zatykający mi usta. Ale Enzo ten krzyk czuje, jęczy z rozkoszą i ciągnie mnie mocno za włosy, żebym znowu krzyknęła.
- Och, tak. Doskonale wiesz, co lubię. - Wzdycha równo ze mną. - Zadowalanie męża sprawa ci taką rozkosz. Tak ci zależy na moim szczęściu i zaspokojeniu. Może jednak zasługujesz na te bransoletki. Może powinienem ci dać do nich perłowy naszyjnik.
Patrzy zimno, twardo, a ja w jego oczach tak strasznie chciałabym zobaczyć tamto ciepło, które widziałam, zanim świat rozpadł się na milion kawałków.
- Chciałabyś? Chciałabyś dostać perłowy naszyjnik? Chciałabyś, żeby moja sperma spłynęła po twoich piersiach, jak kurwie? Bo jesteś kurwą, prawda? - Pcha gwałtowniej, tak mocno, że uderza jądrami o moją brodę, a podstawą penisa miażdży mi nos. Oddycha teraz szybciej, pcha jak szalony.
A to nie jest jeszcze najgorsze, ani trochę. Jestem wilgotna i wilgotnieję coraz bardziej z każdym uderzeniem jego jąder o moją twarz. Z każdym wulgarnym, podłym słowem, każdym prychnięciem i jękiem. Traktuje mnie jak śmiecia, a mnie od tego twardnieją sutki i pragnę tylko, by nie przestawał. Nie powinnam tak reagować, ale reaguję i nie mam pojęcia, co z tym począć.
Chcę, żeby mnie dotknął, żeby ten ból ustał. Bo w środku mnie boli. Boli mnie między nogami, gdzie pulsuje moja łechtaczka. Szukam ulgi, pocierając udami o siebie, ale to nie daje nic poza tym, że teraz nie tylko się dławię, ale i jęczę we frustracji niespełnienia. Wyłącznie jego dotyk by mnie zaspokoił, ale to, że teraz, gdy on mnie tak traktuje, ja pragnę jego dotyku, jest chore, po prostu chore.
Po policzku spływa mi łza i on w końcu to zauważa. Śmieje się złowieszczo.
- Moja biedna żoneczka - dyszy i wściekle szarpie mnie za włosy. A mnie przebiega dreszcz, po głowie, po plecach. Enzo nie ma pojęcia, co mi robi.
Nazywa mnie kurwą i może jestem kurwą, bo przecież doszłabym tu i teraz, gdyby tylko musnął palcem mój nabiegły krwią kłębek nerwów. Nie rozumiem tego pożądania, ale najwyraźniej poniżenie mnie podnieca, choć przecież nie powinno, wiem, że nie powinno, a przede wszystkim nie o to mu chodzi. W ogóle się nie przejmuje moimi odczuciami.
Jak to możliwe, że pragnę mężczyzny, który wyłącznie mnie wykorzystuje? Nie zawsze tak było.
- Gotowa na moją spermę? - pyta zdławionym szeptem, przerywając moje rozmyślania.
Rozpiera mnie euforia, ale też strasznie mi żal, że to się zaraz skończy. Podnoszę na niego załzawione oczy. Enzo patrzy na mnie mroczniej, jeszcze mocniej ciągnie mnie za włosy i jęczy z rozkoszy.
- Nie waż się uronić choćby kropli, ty kłamliwa dziwko - ostrzega. - Ja pierdolę! Teraz! Teraz!
I po sekundzie jego nasienie wypełnia mi usta. Jest go tyle, że muszę przełknąć, żeby się nie udławić.
Najważniejsze, że Enzo puszcza moje nadgarstki. Mam ochotę rozpłakać się z ulgi i wdzięczności, ale się powstrzymuję. Enzo wyjmuje penisa z moich ust, przełykam jego nasienie i nic nie mówię, gdy on mnie odwiązuje i zdejmuje bransoletki. Pewnie jednak nie mam ich zatrzymać. Co prawda w tej chwili to nie ma znaczenia - mam czerwone, obrzęknięte ślady, żeby mi o nich przypominały.
- Dobrze się spisałaś. A teraz doprowadź się do ładu - rozkazuje głosem pełnym pogardy. Podnoszę na niego wzrok i aż się kulę, gdy podnosi dłoń. Boję się go z wielu powodów, ale nigdy do tej pory nie bałam się, że mnie uderzy, więc dlaczego teraz?
W jego oczach miga coś na kształt złości, ale dosłownie przez ułamek sekundy. Nie mam czasu tego analizować.
- No co ty? Nigdy cię nie uderzyłem i nigdy tego nie zrobię. Może i jestem potworem, ale nie stosuje przemocy wobec kobiet.
- A jak byś nazwał to, co zrobiłeś przed chwilą? - pytam ze złością.
Jego usta rozciągają się w szerokim uśmiechu.
- Dowodem. Mogłaś mnie powstrzymać. Mogłaś powiedzieć "nie", ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś. Oboje wiemy, że w głębi duszy chciałaś wziąć do ust mojego kutasa. Szkoda tylko, że nie trafił do twojej cipki. To marnowanie spermy, jeśli nie jest użyta do poczęcia mojego dziedzica. - Nagle dotyka kciukiem mojej dolnej wargi i wodzi nim po niej. - Coś uroniłaś.
Po raz pierwszy od ślubu dotknął mnie delikatnie. Doprowadza mnie do szału, że w jednej chwili jest wściekły do granic, a zaraz potem spokojny i opanowany.
- Nienawidzę cię! - krzyczę nagle. Sama nie mogę w to uwierzyć.
- Świetnie, i najlepiej, żeby tak zostało. Nie chcielibyśmy, żeby teraz wyszła na jaw prawda, co?
Zaciskam dłonie w pięści, jednak się powstrzymuję. Strasznie chciałabym się na niego rzucić, ale przecież nie chcę go skrzywdzić.
Na szczęście szybko wychodzi, więc mogę pójść do łazienki i włożyć nadgarstki pod strumień zimnej wody, płacząc cicho.
Już we Włoszech miałam poczucie, że zawieram pakt z diabłem. A teraz mam pewność.
Rozdział 8
Enzo
- Jak nie przestaniesz podrygiwać nogą, to nikt nie uwierzy, że się nie denerwujesz. - Kładę dłoń na jej kolanie. - Przestań, proszę. To mnie doprowadza do szału.
- Nie wiem, co miałam w głowie, kiedy pomyślałam, że wyjdę z tego cało.
- Wyluzujesz już? - Ja rozumiem nerwy, ale to, co ona robi, to chore. - Zachowujesz się, jakbyśmy popełnili morderstwo i bali się złapania, na miłość boską. A my tylko chcemy, żebyś wróciła na uczelnię. Za to nie dają wyroków śmierci, o ile wiem.
Przewraca oczami, ale przestaje podrygiwać nogą, więc uznaję, że wygrałem.
- Co im powiesz? - pyta.
- Tym się nie martw. Mówiłem przecież, że mam to pod kontrolą. - Posyłam jej spojrzenie, pod którym się trochę kuli. - I jak wiesz, nie lubię, kiedy ktoś podważa moje decyzje. Więc usiądź wygodnie i daj mi to załatwić.
Uśmiecham się, bo ona nic nie mówi.
- W końcu jestem twoim mężem - dodaję. - Do moich obowiązków należy rozwiązywanie problemów. - Ktoś powinien jej powiedzieć, że nie umie zachować pokerowej twarzy. Dosłownie widzę każdą myśl przechodzącą jej przez głowę, a żadna nie jest dla mnie przesadnie pochlebna. Powstrzymuje się jednak od kąśliwej uwagi, którą na pewno z rozkoszą by rzuciła. Wie, że nie warto ze mną pogrywać, nawet w miejscu publicznym.
- Mam nadzieję, że nie będą się mocno stawiać. Teraz jest nowy doradca, niestety, z poprzednim znaliśmy się na wylot i wiedziałam, jak sobie z nim poradzić. A z tym jeszcze nigdy nie pracowałam. - Wychyla się, żeby zajrzeć do pełnego ludzi sekretariatu, ale zaraz dostrzega, jak na wzmiankę o jej relacji z innym mężczyzną zmieniła się moja mina. - Nie o tym mówię, Enzo. To po prostu był człowiek, który się zajmował moimi rozliczeniami, dawał porady, takie rzeczy.
Denerwuje się. Widać to wyraźnie. Korci mnie, żeby zabronić jej wszelkich spotkań z nim. Tylko u mnie może szukać porady. Powstrzymuję się jednak. Przecież to tylko nasz chytry plan, żeby dotrzeć do jej przyjaciółki, Eleny. Jak już tego dokonamy, nie będzie żadnej szkoły. Nie będzie jej potrzebowała do rodzenia mojego syna. Strącam więc tylko pyłek ze spodni i cierpliwie czekam, aż pojawi się ten jej doradca.
Siedzimy w jakiejś kanciapie, czekamy na typa, który przyjdzie i zdecyduje o być albo nie być Alicji na uczelni. Skąd miałem wiedzieć, że jej college jednak okaże się ważny?
- Przepraszam, że musieliście państwo czekać. - Do pokoju wchodzi kobieta, może niekonieczne młoda, ale na pewno nie stara. Nie dałoby się jej określić mianem seksownej, chociaż gdyby o siebie zadbała i włożyła inne ciuchy, pewnie byłaby atrakcyjna. Jedno jest pewne - gdy tylko jej wzrok pada na mnie, coś się zmienia. Może nawet sama nie jest tego świadoma, ale trochę się prostuje i wypina do przodu cycki, które w sumie są godne podziwu.
- Na piękną kobietę nigdy się nie czeka - zapewniam ją z uwodzicielskim uśmiechem. - Na pewno ma pani dużo obowiązków. W każdym razie tak mi się wydaje.
- Nawet pan nie ma pojęcia. Przypuszczam, że się państwo zastanawiali, dlaczego w spotkaniu uczestniczę ja, a nie dotychczasowy doradca pani Alicji. Ze względu na wagę sprawy pani akta przeniesiono do mnie, ja jestem starszym doradcą na uczelni. - Wyciąga do nas rękę. - Mam na imię Catherine.
- Enzo De Luca - odpowiadam. - Miło mi. Obiecuję, że nie zajmiemy pani dużo czasu. - Też podaję rękę i pilnuję, żeby przytrzymać jej dłoń odrobinę dłużej niż trzeba.
- Obawiam się, że i tak nie mam wiele do zaoferowania, panie De Luca. - Siada, zaśmiawszy się lekko.
- W takim razie tym bardziej dziękujemy, że znalazła pani czas, żeby z nami usiąść. - Odwracam się do Alicji z szerokim uśmiechem, a ona zmusza się do odpowiedzenia tym samym. Zupełnie się jej nie podoba ta sytuacja, więc mnie się podoba aż nadto. Nie sposób tego uznać za wyrównanie rachunków - nigdy zresztą nie wypłaci się za to, co zrobiła mojej rodzinie i mnie - ale to przynajmniej jakaś namiastka.
Catherine odchrząkuje i wpisuje coś na klawiaturze laptopa.
- Widzę, że opuściła pani bardzo dużo zajęć, panno...
- Właściwie - wtrącam, by ją poprawić - pani. Pani De Luca. I dlatego właśnie ja też uczestniczę w tym spotkaniu: żeby przeprosić osobiście za porwanie tego niewiarygodnie uroczego stworzenia, któremu zawróciłem w głowie. Wiem, że powinienem wziąć pod uwagę jej obowiązki studenckie, ale nie mogłem czekać ze ślubem do końca semestru. Wszystko rozgrywało się w zawrotnym tempie.
Sięgam po dłoń Alicji i splatam nasze palce.
- Gdy tylko mi na czymś zależy, nie jestem w stanie sobie tego wybić z głowy. Nie umiem pani powiedzieć, ile razy napytałem sobie biedy swoją impulsywnością. Myślę jednak, że tym razem wyjdzie mi to na dobre.
Uśmiecham się do żony, nachylając się ku niej trochę w wyrazie czułości.
- Więc to tak? Wzięliście państwo ślub? - Patrzy na Alicję, podnosząc brwi. - Nie powiadamiając wykładowców? W ogóle się z nikim nie kontaktując? Nie powiem, że mi się to podoba. Ale gratuluję - dodaje po namyśle.
Ściskam Alicję za rękę, dając jej znak, żeby się odezwała.
- Dziękujemy - mówi cicho, lekko wzruszając ramionami. - I wiem, że powinnam była się poumawiać, ale nie myślałam jasno, zupełnie przepadłam. - Śmieje się. - Oczywiście może wypadło to impulsywnie, ale trzeba Włochom przyznać, że znają się nie tylko na makaronach, na miłości również.
- To urocze, jak powiedziałam, cieszę się, że spotkało panią takie szczęście. Ale nie bez powodu mamy swoje zasady. Gdyby każdy sobie ot tak wyjeżdżał, żeby wziąć ślub, to kto by kończył studia? A jeśli przymkniemy oko w pani przypadku, to będziemy musieli robić to już zawsze. To nie byłoby sprawiedliwe. - Przynajmniej sili się na współczujący ton, choć nie to chciałem usłyszeć. - I bardzo mi przykro z tego powodu, naprawdę.
A więc nie ma sensu odwoływać się do romantycznej strony jej natury. Najwyraźniej nie ma czegoś takiego. Zresztą na biurku nie widać zdjęć rodziny, nie ma też obrączki na palcu.
Nachylam się do niej lekko i patrzę jej w oczy. W tej chwili na całym świecie liczy się tylko ona.
- Na pewno coś możemy zaradzić w tej sytuacji. A jeśli obiecam, że pani De Luca nadrobi wszystkie zaległości? Przykuję ją do biurka, jeśli będzie trzeba. Będzie żyła o chlebie i wodzie.
Doradczyni odruchowo chichocze.
- No nie, to nie będzie konieczne.
- Zrobię wszystko, co pani każe. Chcę tylko panią przekonać, że poważnie traktuję tę sprawę. To przeze mnie te wszystkie problemy, więc chętnie zrobię wszystko, żeby naprawić szkody. - Uśmiecham się znacząco. - Wszystko, proszę pani.
To poskutkowało. Policzki jej spłonęły rumieńcem, odwraca wzrok, ale za późno. Jest zainteresowana. Mam ją na haczyku. Najważniejsze teraz to nie zapomnieć, na czym nam zależy, i nie poderwać za szybko wędki. To wymaga kontroli, samodyscypliny.
- Więc co mogę zrobić? Czy sytuację poprawiłaby darowizna na rzecz uczelni? Zapewne nie ma pani wiedzy na ten temat, ale moja rodzina jest dość zamożna. We Włoszech jesteśmy znani i szanowani. A temu towarzyszą pieniądze. A może odwrotnie? Może jesteśmy szanowani dzięki pieniądzom? - Marszczę czoło, jakbym się zastanawiał, a ona znowu chichocze.
Szybko jednak się napomina i udaje, że odkasłuje, by zamaskować rozbawienie.
- Wie pan... w pewnych kręgach zrozumiano by to jako łapówkę...
- A ile gmachów w Harvardzie przypadkiem nosi te same nazwiska, co studenci? To nie jest rzadkość. Może nie jesteśmy na Harvardzie, ale czy ta uczelnia nie zasługuje na ładne nowe obiekty? - Rozglądam się, podnosząc brew. - Albo może budynek administracyjny? Z większymi gabinetami?
Ściąga usta w ciup.
- No dobrze, rozumiem, do czego pan zmierza. I może znajdziemy jakieś wyjście, jednakże decyzja nie należy do mnie.
- Ale na pewno może pani gdzieś odnotować, że moja żona zobowiązuje się do nadrobienia wszystkich zaległości. Choćby miała pracować w czasie ferii. Czy istnieje taka możliwość?
- No cóż...
- O, proszę pani... Oboje wiemy, tak między nami, że da się coś zrobić. Oboje wiemy, jak to naprawdę działa. Zawsze są podwójne standardy, podwójne zasady. - Uśmiecham się chytrze. - I wszystkie można obejść, jeśli rozumie pani, o co mi chodzi. A chyba pani rozumie.
Znowu się rumieni.
- Jeśli obieca, że nadrobi wszystkie zaległości przed rozpoczęciem nowego semestru - mówi w końcu - jeśli będzie chodzić na wszystkie zajęcia, nie widzę powodu, żeby nie zrobić tu wyjątku.
- No proszę. Od razu wiedziałem, że mam do czynienia z mądrą, rozsądną osobą, która wcale nie chce karać Alicji za szalony romans. - Opadam na oparcie, uśmiecham się promiennie do małżonki, która wygląda, jakby siedziała na torturach
- No dobrze, panie De Luca. Przekonał mnie pan. - Spogląda na Alicję, uśmiechając się porozumiewawczo. - Teraz już wiem, jak to się stało, że pan De Luca przekonał panią do nagłego wyjazdu i do ślubu. Ma gadane.
- To jedna z wielu moich zalet. Ale pewnie nie chce pan poznać intymnych szczegółów mojego życia. - Puszczam oko, a że ona się śmieje, brnę dalej: - A właśnie, przypomniało mi się. Proszę w aktach Alicji podać mnie jako osobę do kontaktu.
- Co takiego? - szepcze Alicja. - Kochanie, tak się nie robi...
Ciepłe, otwarte nastawienie Catherine znika.
- Właśnie... Dlaczego miałabym to zrobić?
- Żebym miał pewność, że moja żona nie schodzi na manowce, oczywiście. Będę pilnować, żeby się wywiązywała ze zobowiązań dziś ustalonych. - Ujmuję jej brodę w dłoń, na rzecz Catherine udając, że to zabawa. - Poza tym jeśli wystąpią jakiekolwiek problemy finansowe, chcę od razu o tym wiedzieć. Jeśli zajrzy pani do akt, przypomni pani sobie, że żona miewała trudne chwile finansowo. To na szczęście już za nią, ale pewnie pani rozumie, jak wielki Alicja czułaby opór przed ubieganiem się ponownie o zapomogę. Wolałbym jej ulżyć i wziąć to na siebie.
Catherine ściąga brwi.
- A tak między nami - kontynuuję - Alicja ma skłonność brania zbyt wiele na swoje barki. Przyzwyczaiła się, że ze wszystkim musi radzić sobie sama, bo przez długi czas była zdana na tylko siebie. Oczywiście to godne podziwu, ale skóra mi cierpnie na myśl, że miałaby do tego wrócić, skoro ma mnie do pomocy.
- To urocze z pańskiej strony. - Lód topnieje.
- Co pani na to? Czy taka kobieta jest w stanie zrobić to dla mnie?
Policzki jej płoną, zagryza wargę.
- No wie pan...
- Niech pani nie daje się prosić. To proste. Wiem, że jest pani w stanie to załatwić. Zwłaszcza jeśli w perspektywie ma pani pracę w lepszym lokum - dodaję i nie posiadam się z zadowolenia, widząc, jak na jej twarzy odmalowuje się zainteresowanie. - Ja mogę pani to załatwić, jeśli pani mi ulegnie i zrobi, o co proszę.
Ona zerka na Alicję, która milczy i ani drgnie.
- Czy pani sobie tego życzy?
Jeśli wie, co dla niej dobre, to owszem.
- Byłoby miło nie musieć się już niczym martwić. Jak powiedział mąż, długo byłam zdana na siebie. To wielka ulga, gdy on chce mi pomóc zająć się problemami. A ja mogłabym się skupić na nauce.
- No widzi pani? Naprawdę w ostatecznym rozrachunku to rozwiązanie korzystne dla wszystkich. - Atakuję tę kobietą całym swoim urokiem, a ona jest jak wosk w moich palcach. Gdyby się to nie kłóciło z wizerunkiem oddanego kochającego męża, zaprosiłbym ją na kolację dla uatrakcyjnienia oferty. Nie mam wątpliwości, że od dawna nie była na żadnej randce, a kolacje jada z kotami.
- No dobrze - ustępuje w końcu. - Zapiszę pana jako osobę do kontaktu w sprawach dotyczących pańskiej żony.
- Stokrotne dzięki. Sprawiła pani, że ta stresująca sytuacja zamieniła się w miłe spotkanie. - Wstaję i wyciągam do niej rękę. - Ogromnie się cieszę, że mieliśmy okazję się poznać. I z rozkoszą spotkam się z panią ponownie, żeby omówić pozostałe kwestie, które poruszyliśmy.
- Z przyjemnością porozmawiam z panem w dogodnym dla pana momencie, panie De Luca.
Alicja bierze mnie pod ramię.
- No dobrze, kochanie, jak sam powiedziałeś, pani ma dużo pracy.
- Na to zawsze znajdę czas - zapewnia nas doradczyni.
- Nie wątpię. - Puszczam do niej oko i wyprowadzam Alicję z gabinetu. Na korytarzu w końcu mogę się swobodnie roześmiać. Pomyślałbym, że moja żona jest zazdrosna, ale to przecież niemożliwe.