Z POŚRÓD prac, które zyskały mi trochę cichego uznania a dużo
głośnych oburzeń, najwięcej hałasu wywołała mała książeczka p. t.
Dziewice konsystorskie. Miała kilka wydań, zrodziła powódź
artykułów, enuncjacyj. Dostąpiła - wiem to poufnie - tego
zaszczytu, że zainteresował się nią Watykan. Byłem tem wszystkiem
trochę zdziwiony. Bo przecież książeczka ta nie zawierała
absolutnie nic, o czemby nie wiedzieli wszyscy; o czemby, mówiąc
trywjalnie, wróble nie świegotały na dachach. Stwierdziła, że,
wbrew wszelkim dogmatom i kanonom, istnieją - pod mianem
"unieważnień małżeństwa" - najautentyczniejsze katolickie rozwody,
ale dostępne jedynie najzamożniejszym: cenzus majątkowy to ich
jedyny istotny warunek, pozatem wszystkie trudności można obejść i
usunąć. Że istnieje cała armja adwokatów t. zw. konsystorskich,
którzy z niewyczerpaną pomysłowością inscenizują te małe komedyjki.
Dostarczają fałszywych świadków, aranżują krzywoprzysięstwa, płodzą
usłużne świadectwa lekarskie, z mężatek i matek dzieciom robią
patentowane dziewice, z najnormalniejszych kobiet rzekome lesbijki
i uczą je zeznawać w tym duchu; słowem, kruczków i sposobów mają
moc, oczywiście wszystko podług taksy, i to słonej.To dla wybranych. Średniacy mają inny sposób: zmienić wiarę. Zmiana
wiary dla celów rozwodowych stała się czemś najpotoczniejszem.
Dyskutuje się ją na zimno w kancelarji adwokata w kosztorysie, ile
że jest znacznie tańsza od rozwodu czysto katolickiego, i o wiele
szybsza. Są wszakże ludzie, których mierzi to, aby tak ważne i poważne
sprawy nie mogły być załatwiane inaczej niż szwindlem. "Prawo nie
może zmuszać obywatela do kłamstwa" - pisał w dyskusji o
ustawodawstwie małżeńskiem prof. Wł. L. Jaworski, gorliwy katolik.
Cytowałem wypadek pewnego dostojnika państwowego, który, sam
katolik, syna dał ochrzcić w kościele ewangelickim, "iżby mógł
przejść przez życie jako uczciwy człowiek". Rzecz staje się
szczególnie rażąca gdy chodzi o wybitne jednostki, o dygnitarzy,
których fałsz ściga nawet po śmierci i przy których trumnie
odbywają się gorszące sceny oszukańczych rewindykacyj religji którą
porzucili. To jest zatem niejako
pierwsza i
druga klasa rozwodów. Ale i ta druga jest kosztowna, byle
kto sobie na nią nie może pozwolić. O
trzeciej klasie nie ma co mówić. Tu reguluje sprawy
małżeńskie na wsi często arszenik i siekiera, w mieście załatwia
się to na dziko, poprostu porzuceniem, konkubinatem, bez żadnej
ochrony kobiety i dziecka. Notowałem dalej, że załatwianie rozwodów przez zmianę wiary nie
odbywa się bez chaosu prawnego. Katolik, który weźmie w kościele
protestanckim ślub z protestantką, - a ileż dziś takich ślubów! -
może w swoim konsystorzu uzyskać rozwiązanie małżeństwa bez
najmniejszych trudności, wręcz bez zawiadomienia drugiej strony -
nawet w razie istnienia dzieci! - przyczem sądy państwowe,
terroryzowane przez sądy arcybiskupie, raz taki rozwód i jego
cywilne następstwa uznają, innym razem nie, jak się zdarzy. Z dnia
na dzień kobieta może się dowiedzieć, że została na bruku, z
dziećmi, bez męża i bez ochrony prawnej. I, rzecz osobliwa: raz po raz pojawia się pełne namaszczenia
orędzie, dowodzące, że wszystko powinno zostać tak jak jest i że
wszelka zmiana w tych gorszących i zohydzających samą religję
stosunkach byłaby naruszeniem "podstaw społeczeństwa i rodziny"! A
przecież w tej części Polski, która uchodzi za najtrwalszą opokę
religji i rodziny, - w b. zaborze pruskim, - istnieje rozdział
ustawodawstwa cywilnego od kościelnego. W Królestwie Polskiem śluby
wyłącznie kościelne są instytucją narzuconą swego czasu przez
Rosję, wbrew tradycjom kodeksu napoleońskiego i wbrew woli
społeczeństwa. Rzecz prosta, że te czynniki, które mają za zadanie zaprowadzić w
budującej się nowej Polsce ład i praworządność, nie mogły - mimo
całej kurtuazji dla sfer duchownych - podzielić tego stanowiska i
uznać, że chaos, szalbierstwo i przywilej bogaczy mają wciąż
pozostać jedyną normą prawną regulującą konflikty życia
małżeńskiego. Wiadomo było oddawna, że nasza komisja kodyfikacyjna
pracuje nad nowem ustawodawstwem małżeńskiem. Prace te otaczała
komisja aż nazbyt głęboką tajemnicą, tak bardzo rzecz wydawała się
drażliwa. Szeptano sobie, że podobno nawet prace te są oddawna
ukończone; że projekt, - od kilku lat gotowy, - przeszedłszy
potrójny filtr redakcji, spoczywa w biurku ministra
sprawiedliwości, zagwożdżony tam wpływami czynników, które
udaremniają normalny bieg tej ustawy. O treści ustawy również
chodziły tylko głuche wieści, ponieważ komisja postanowiła, że ani
jeden egzemplarz projektu nie wyjdzie poza jej biuro. W końcu sytuacja zaczęła być skandaliczna. Można się było słusznie
zapytać, kto właściwie w Polsce rządzi? Wreszcie, po kilku latach,
komisja kodyfikacyjna zdecydowała się przerwać tę konspirację. W
najbliższych dniach główny twórca ustawy małżeńskiej, prof.
Lutostański, ma ją przedstawić i skomentować w "stałej delegacji
zrzeszeń i instytucyj prawniczych", poczem - jak słychać - projekt
ma być rozesłany odpowiednim czynnikom i skierowany na właściwą
drogę. I znowuż, jak w tylu sprawach, jak wówczas gdy chodziło o nowy
kodeks karny, trzeba się dziwić bierności, z jaką społeczeństwo
oczekuje, co - bez jego udziału - zdecyduje ktoś o jego losie i w
czem potem bezradnie tkwić będą całe pokolenia. Tutaj bierność ta
jest jeszcze bardziej uderzająca. Nie każdy siedzi w kryminale
(choćby skądinąd na to zasłużył), ale każdy - czy prawie każdy -
się żeni. I ani się kto spyta, jaka ta ustawa będzie, ani co się z
nią dzieje! Otóż, skusiło mnie popełnić tutaj niedyskrecję. Odsłonię wam rąbek
tego, o co niebawem rozpoczną się zapewne zacięte boje. A może
wcale się nie rozpoczną, może znów ktoś potrafi ukręcić temu kark w
ciszy gabinetu? W każdym razie, niech się ludziska dowiedzą, co o
nich postanowiła nasza komisja kodyfikacyjna i jakie główne punkty
zawiera projekt nowej ustawy małżeńskiej, ustawy - powiedzmy to
odrazu - rozumnej i odważnej, mimo iż z pewnością poszczególne jej
punkty, rzucone w grono mężczyzn lub kobiet, nastręczyłyby tematu
do dyskusji co najmniej tyle, co niedawno grana w teatrze
Nowa ustawa małżeńska Bernarda Shaw. Ileż tematów dla
dramatu czy komedji kryje bodaj ten arcypostępowy artykuł rozdziału
o narzeczeństwie: Art. 6. Jeżeli narzeczony, z którym niewiasta zaszła w ciążę,
umarł lub bez słusznego powodu odstąpił od zaręczyn, albo dał
narzeczonej słuszny powód do odstąpienia, narzeczona może żądać
przyznania jej od narzeczonego lub jego spadkobierców praw
majątkowych narówni z żoną rozłączoną z winy męża. Miałbym tu pokusę się wtrącić... Ale nie; celem mego feljetonu nie
jest dyskutowanie ustawy, ale poprostu poinformowanie czytelników o
jej treści i brzmieniu. Główny punkt zainteresowania skupia się na artykułach,
wprowadzających zdecydowanie śluby cywilne, z tem wszakże, że ślub
kościelny może w zupełności ślub cywilny zastąpić i że wówczas
niema już obowiązku brania podwójnego ślubu. Oto dotyczące
paragrafy: Art. 24. Po dopełnieniu czynności przedwstępnych przed właściwym
urzędnikiem stanu cywilnego, narzeczeni mogą zawrzeć ślub,
składając przed urzędnikiem stanu cywilnego
albo przed duszpasterzem zgodne oświadczenie w
przytomności dwóch świadków, że zawierają dozgonny związek
małżeński. Art. 25. Ślub może być zawarty przed którymkolwiek urzędnikiem
stanu cywilnego Rzeczypospolitej Polskiej, albo przed duszpasterzem
uznanego w Polsce wyznania, do którego należy jedno z narzeczonych. Art. 26. Ślub przed duszpasterzem ma skutek cywilny narówni ze
ślubem zawartym przed urzędnikiem stanu cywilnego, o ile
przedstawiono protokół urzędnikowi stanu cywilnego celem
sporządzenia aktu małżeńskiego. Artykuły te uzupełnia
Projekt ustawy o aktach stanu cywilnego, który stanowi: Art. 176. Duszpasterz, przed którym zawarto ślub, sporządza
protokół ślubu w 3 egzemplarzach, w księdze protokółów ślubu.
Wszystkie 3 jednobrzmiące egzemplarze podpisują nowożeńcy,
świadkowie oraz duszpasterz. Jeden egzemplarz protokółu wydaje duszpasterz zaraz nowożeńcom
celem złożenia go urzędnikowi stanu cywilnego miejsca zawarcia
ślubu; drugi egzemplarz sam przesyła temuż urzędnikowi stanu
cywilnego; trzeci, grzbietowy, zachowuje u siebie. Pomysłowy ten sposób, dzięki któremu ślub kościelny staje się
niejako automatycznie ślubem cywilnym, miał na celu uszanowanie
uczuć religijnych które mogłaby razić konieczność dopełniania ślubu
dwa razy, cywilnie i kościelnie. Tymczasem, rzecz znamienna,
właśnie ten kompromisowy pomysł stał się kamieniem obrazy i
najwięcej podobno natyka się na sprzeciw w sferach duchownych.
Woleliby razem osobne śluby cywilne niż ten proceder, w którym akt
ślubu z podpisem księdza może się stać później punktem wyjścia
ewentualnego postępowania rozwodowego. W rozdziale o małżeństwie zwracają uwagę artykuły stanowiące
zupełną równość praw i obowiązków obojga małżonków: Art. 32. Każdy z małżonków obowiązany jest przyczyniać się wedle
swej możności do ponoszenia ciężarów utrzymania rodziny. Art. 40. Żona może obok nazwiska męża zatrzymać rodowe, jeżeli to
zastrzeże w akcie małżeństwa. Art. 41. Mąż i żona mają równe prawa i równe obowiązki wobec
dzieci. Art. 42. Mąż i żona wspólnie sprawują władzę rodzicielską. W razie
niezgodności rozstrzyga ewentualnie sąd. Daleko odbiegliśmy od tak niedawnej jeszcze przysięgi
"posłuszeństwa"! Przechodzimy do kapitalnego punktu, jakim jest rozdział
Rozłączenie i rozwód, tu bowiem mieści się istotny sens
małżeństwa cywilnego. Nietylko projekt ustawy przewiduje rozwód,
ale czyni rozróżnienie między stadłami, które mają dzieci a które
ich nie mają. Dla małżeństwa bezdzietnego wystarczy poprostu zgodna
wola obu stron, oczywiście przy odpowiednim - aż nadto długim! -
czasie trwania postępowania rozwodowego: Art. 54. Małżonkowie w wieku powyżej 25 lat, nie mający wspólnie
małoletniego potomstwa, zdolni do działań prawnych, mogą, za
obopólną zgodą, po 3 latach trwania małżeństwa, wystąpić do sądu z
prośbą o rozłączenie (separację) bez podania powodów. Art. 55 i 56. Sąd wezwie ich i po wyjaśnieniu prawnych skutków
spyta, czy trwają w zamiarze: jeżeli tak, postanowi rozłączenie na
rok jeden i orzeknie, po wysłuchaniu wniosków małżonków, w sprawie
ich zamieszkania oraz ciężarów utrzymania. Art. 57. Jeżeli po roku potwierdzą to, sąd orzeknie rozłączenie na
czas nieograniczony, nie uznając winy żadnego z małżonków. Po trzech latach, ewentualnie wedle uznania sądu wcześniej,
rozłączenie to może przejść w rozwód, anulujący zupełnie
małżeństwo. Inaczej przedstawia się rzecz tam, gdzie są dzieci: tu już do
rozłączenia trzeba powodów. Art. 58 określa szereg punktów, w razie których sąd może
postanowić rozłączenie na żądanie jednego z małżonków, jeżeli uzna,
że wzgląd na dobro małoletnich dzieci nie stoi temu na
przeszkodzie, oraz jeżeli stwierdzi trwały rozkład pożycia.
Powodami takiemi są: cudzołóstwo (w pewnych określonych warunkach),
opuszczenie, odmowa środków utrzymania, więzienie wyżej lat pięciu
lub hańbiące przestępstwo, życie rozwiązłe, zajęcie hańbiące,
pijaństwo i narkomanja, weneryczne choroby w stadjum zaraźliwem,
umysłowa choroba, niemoc płciowa bez względu na czas jej powstania.
(Nie można powoływać się na niemoc płciową osoby, która
przekroczyła 50 rok życia, oraz osób które od 10 lat pozostają w
związkach małżeńskich). Art. 61. Sąd orzeka rozłączenie na czas nieograniczony i ustala,
czy i która ze stron ponosi winę. Art. 62. Małżonkowie rozłączeni nie mogą wstępować w nowy związek
za życia drugiej połowy. Art. 71. Domniemanie ojcostwa niema zastosowania względem dziecka
poczętego podczas rozłączenia małżonków. Art. 77. Po upływie 3 lat od uznania małżeństwa za rozłączone,
sąd, na żądanie jednego z małżonków, orzeknie zamianę rozłączenia
na rozwód, przez co małżeństwo ustaje. Sąd może, na żądanie drugiego małżonka, odmówić zamiany na rozwód,
jeżeli uzna, że dobro małoletnich dzieci stoi temu na przeszkodzie. Sąd, na żądanie osoby rozłączonej wyrokiem prawomocnym, może, ze
względu na okoliczności sprawy, skrócić powyższy termin 3 lat wedle
uznania. Art. 78. Osoba rozwiedziona może wstąpić w nowy związek małżeński. Art. 79. Żona wraca do nazwiska panieńskiego; jeżeli ma małoletnie
dzieci nazwiska męża, sąd może jej przyznać zachowanie nazwiska
nabytego przez małżeństwo. Oto najbardziej zasadnicze postanowienia nowej ustawy małżeńskiej.
Kilkanaście artykułów, a jakiż olbrzymi krok na drodze uczciwości i
prawdy. Czyn tem godniejszy uznania, że tutaj, jak i w swoich
innych pracach, komisja kodyfikacyjna wyprzedza niejako nasze
społeczeństwo. Zamiast znaleźć poparcie w jego głosach, w jego
żądaniach, pracuje wśród powszechnej bierności, wlecze ze sobą ogół
niezdolny do myślenia o sobie. Aby to sobie uprzytomnić, wystarczy zwrócić uwagę na jedną
okoliczność. Nową ustawą małżeńską powinnyby się przedewszystkiem
interesować kobiety. Wszelka ustawa małżeńska jest - poza ochroną
dziecka - ochroną kobiety; chodzi o to, czy dobrze spełnia zadanie.
Bo o ile, wedle litery kodeksu, oboje małżonkowie stanowią
równorzędne jednostki, o tyle w życiu jakże inną linją biegnie
życie kobiety a mężczyzny, jakże odmienne są tego życia warunki,
szanse i fluktuacje. O ileż głębiej wszystko co dotyczy małżeństwa
wrzyna się w życie kobiety. I uderzyło mnie jedno: w komisji, która
układała ten projekt, niema - oczywiście! - ani jednej kobiety: czy
przynajmniej zasięgano opinji kobiety w charakterze bodaj
rzeczoznawcy? Prawda że ta ustawa to jest rama ogólna, że o
szczegółach będzie rozstrzygał w każdym wypadku - sąd. Sąd,
sędzia... znów mężczyzna. Jakże teoretyczne jest jeszcze
równouprawnienie kobiet! I przypomniała mi się taka scena. Przed kilku miesiącami,
zaproszono mnie do pewnego stowarzyszenia kobiecego na wieczór
dyskusyjny. Z ciekawości poszedłem. (Trochę to przypominało jeszczeEmancypantki Prusa i ową uroczą scenę, gdy jedna z
uczestniczek napróżno domaga się prawa głosu, bo zawsze spychają ją
z porządku "wnioski nagłe" i "wnioski w kwestji formalnej". Czeka i
czeka cierpliwie w poczuciu praworządności - wkońcu, po dwóch
godzinach, uzyskuje to prawo głosu, aby... powiedzieć, że lampa
filuje, czego w ferworze dyskusji nikt nie zauważył). Otóż, były
tam na porządku dziennym dwa referaty. W pierwszym wybitna
prawniczka referowała właśnie nową ustawę małżeńską, do której
jakimś sposobem udało się jej dotrzeć; w drugim znakomita
powieściopisarka mówiła ogólnie o stosunku kobiet do miłości.
Następnie otwarto dyskusję. Można było przypuszczać, że dyskusja
będzie tyczyła głównie pierwszego punktu, zwłaszcza że chodziło o
postanowienie jakiejś akcji w tej sprawie; podczas gdy drugi punkt
- kobieta i miłość - zdawał się raczej rzeczą osobistą i mniej
nadającą się do publicznych rozstrząsań. Tymczasem - o dziwo! -
nikt nie zażądał głosu w sprawie nowej ustawy małżeńskiej,
natomiast nie można było nastarczyć z udzielaniem głosu paniom i
panienkom, które wygłupiały się na temat, że każda kobieta ma prawo
do "wielkiej miłości" i t. d. Niewiele tedy może liczyć komisja kodyfikacyjna na pomoc
społeczeństwa. A jednak, trzeba sobie powiedzieć: od stworzenia tej
ustawy do jej powołania do życia droga jest jeszcze długa i ciężka.
Jeżeli społeczeństwo chce tę ustawę mieć, jeżeli chce w praktyce
rozwodów, niestety (mówię
niestety, bo wcale nie jestem entuzjastą rozwodów, jak mi
to wmawiano!) niestety nieuchronnych, - wyjść z dotychczasowego
bagna szalbierstw, łupiestwa i niesprawiedliwości, będzie musiało o
to walczyć. Rozmawiałem o tej ustawie z jednym z naszych dygnitarzy. Pytałem
go, czy sądzi, że nowa ustawa przejdzie. Wzruszył ramionami. - Czy
ja wiem? odparł. Co tu gadać. To jest przedewszystkiem kwestja
pieniężna. Kler na tem dużo traci.
Jura stolae trzebaby odszkodować. To są duże sumy. Skąd na
to wziąć pieniędzy?
Nervus rerum, w tem rzecz, wszystko inne idzie dopiero
potem... Zwracam uwagę, że to nie ja mówię, ale ów dygnitarz.