Z Kubą na pierwszym pokazie jego filmu Jutro premiera, 1962.
POZNALIŚMY się jesienią 1959 roku. Kuba miał trzydzieści siedem lat.
Wspominał, że gdy zobaczył mnie po raz pierwszy, byłam w czarnej chustce na głowie. Wtedy to było bardzo modne. Szczególnie na ASP. Siedziałam w tramwaju, a on stał na przystanku i jak przejeżdżał mój tramwaj, zobaczył dziewczynę w oknie. I wtedy powiedział, o, to jest ta. Muszę ją odnaleźć. Ja oczywiście o tym nie wiedziałam, bo go nie zauważyłam. Potem wychodziłam z Akademii Sztuk Pięknych, a on jechał autobusem i z okna autobusu znów mnie zobaczył. W tej samej chustce. Poznał mnie. No to się bardzo ucieszył; wtedy był asystentem reżysera, a wszyscy oni przychodzili przecież do akademii wybierać do ról dziewczyny. I pomyślał sobie mój przyszły narzeczony, że usiądzie sobie właśnie tam na ławce... i akurat spotkał Rosława Szaybo, który jest teraz bardzo ważnym grafikiem, w Londynie i Warszawie, a Kuba zapytał: "Słuchaj, czy tu jest taka dziewczyna, która chodzi w czarnej chustce?". "Oj, tu prawie wszystkie tak chodzą, ale zobaczę". Od Eibischa sprowadził na dół, po kolei, wszystkie studentki, a ja jeszcze nie wiedziałam o tym, gdzieś się zabałaganiłam, zeszłam na końcu, strasznie ubazgrana farbami, w takim fartuchu. I to właśnie wtedy ja jako Julia schodziłam po schodach, a on jako Romeo siedział na dole i nie mówiąc sobie nic, wiedzieliśmy, że to jesteśmy my. I wówczas mój przyszły małżonek umówił się z wszystkimi moimi koleżankami z pracowni, mniej więcej co dwie godziny z każdą. Taki był sprytny, a one się strasznie szykowały na te randki... Ja byłam umówiona na ósmą wieczorem, czyli na najatrakcyjniejszą godzinę. Miałam więc najlepszą sytuację.
Kuba w Petersburgu, podczas kręcenia Damy pikowej, początek lat siedemdziesiątych XX w.
To rozzłościło moje koleżanki, bo w końcu nie były brzydsze, a może uważały, że jednak ładniejsze, i dlaczego akurat ja byłam wyróżniona. Kuba poddał się ich umizgom z całą przyjemnością, a może już mi chciał pokazać, choć ledwo mnie znał, jakie ma powodzenie? Ostatecznie do roli wybrał mnie.
Podczas paru dni na planie stale były do mnie jakieś telefony, co chwila musiałam biec do recepcji. Przychodzili też do mnie różni koledzy. Widziałam, że asystent reżysera, czyli Kuba, jest na mnie z tego powodu lekko wściekły, ale znowu zaprosił mnie na kolację. Oczywiście czegoś zapomniał, więc poszliśmy po to coś do jego domu... nie umiałabym wtedy jeszcze tego wyreżyserować, byłam kompletnie zielona... No, ale jak znaleźliśmy się w domu, okazało się, że było nam tam bardzo dobrze.
Taką mnie Kuba zobaczył po raz pierwszy.
Zaczęło się pięknie. Po tej pierwszej nocy miłosnej poszliśmy na kolację do Kameralnej na Foksal. Wtedy usłyszałam, że Kuba jest bardzo zakochany we mnie, ale ma taki pomysł na życie, że nigdy się nie ożeni i nie będzie miał dzieci. Później to zrozumiałam, trauma wojenna. I ja bezczelnie powiedziałam, że też mam taki sam pomysł, a miłość od pierwszego wejrzenia sprawiła, że stał się moim pierwszym, wspaniałym mężczyzną. Byłam na tyle przytomna, że powiedziałam: "Czy sądzisz, że ja w ogóle myślałam, by wyjść za mąż za ciebie? Przecież w ogóle nie ma o tym mowy...". To była taka pierwsza wyreżyserowana przeze mnie sytuacja między nami, i to mi się udało. I później tak już było - on był reżyserem filmowym, a ja reżyserowałam nasz związek.
Pamiętam, byliśmy na jakimś balu niedługo po naszym poznaniu. Jesteśmy w korytarzu... Kuba był przyzwyczajony, że na tych balach wyszukiwał dziewczyny do filmu, wiedział, która jest ładna czy fajna, dlatego tyle miał dobrych debiutów aktorskich. Wobec tego na początku, na korytarzu, nim weszliśmy na salę, powiedział: "Ale wiesz co, chyba nie będziesz miała mi za złe, że stale nie będziemy tańczyć ze sobą?". Wtedy też strasznie się zdziwiłam, myślę sobie, że po co to w ogóle mówić, oczywiste jest, że stale nie będziemy tańczyć razem. Wchodzimy na salę, on natychmiast widzi jakąś dobrą laskę, od razu z nią tańczy, ja się zastanawiam, który tutaj z tych moich adoratorów jest najprzystojniejszy. Bawiliśmy się świetnie, Kuba przychodzi o trzeciej nad ranem, ileś już przetańczył, i mówi: "Idziemy do domu". A ja na to: "O, nie". Ale wykukując z ramion tego najprzystojniejszego kolegi, który myślał, że nagle jestem strasznie w nim zakochana, bo tańczymy w uniesieniu, mówię: "Idź do domu, przyjdę już sama". A Kuba dopiero wtedy zobaczył, co się dzieje, i czekał do szóstej rano, a ja tańczyłam, tańczyłam, tańczyłam.
Wiedziałam, że on jest Skorpionem, to jest najtrudniejszy znak, ale i najciekawszy. Zawsze zresztą ciągnę do takich ludzi, trudnych, ale przez to ciekawych. Skorpion, jak już zje ofiarę, to przestaje go ona interesować. I zauważyłam przez te pięćdziesiąt lat, że ile razy stawałam się taką bez reżyserii, to było niedobrze...
GDY SIĘ POZNALIŚMY, Kuba był na początku kariery. Wydawałoby się, że powinien być już wtedy ustawionym zawodowo dojrzałym facetem, ale po wojnie wiek liczyło się inaczej. Wojna odebrała mu młodość, więc w wieku trzydziestu siedmiu lat był tak młody, jak nie jest młody żaden dzisiejszy chłopak. Od razu wsiąknęłam w jego środowisko. Marek Hłasko, Adolf Rudnicki, Tadeusz Konwicki, Dygatowie, wszyscy najważniejsi reżyserzy, aktorzy, pisarze.
Jedno z naszych pierwszych wspólnych zdjęć.
O moich filmowych epizodach wspominała nawet prasa.
Kuba zaczął wyjeżdżać na plany filmowe, ja studiowałam i pogrywałam sobie w filmie, strasznie mi się to podobało. Mało tego, że zarabiałam pieniądze, to jeszcze świetnie się bawiłam. Byłam angażowana głównie do ról epizodycznych. Miałam okazję przebywać na planie filmowym takich reżyserów, jak: Tadeusz Konwicki, Kazimierz Kutz, Andrzej Munk, Stanisław Bareja, Jan Rybkowski i Leonard Buczkowski. I tak tańczę w scenie zbiorowej w Salcie Konwickiego. W Zezowatym szczęściu siedzę obok Bobka Kobieli w auli uniwersyteckiej, jestem w Inspekcji pana Anatola i w Dziś w nocy umrze miasto. Z tego okresu wyniosłam zarówno doświadczenie, jak i znajomości podtrzymywane później na licznych spotkaniach w SPATiF-ie.
Statystowałam również w Teatrze Dramatycznym w Wizycie starszej pani Friedricha Dürrenmatta w reżyserii Ludwika René. Pamiętam bardzo dobrze, że dostałam za miesiąc czterysta złotych i za całe te pieniądze kupiłam sobie modne szpilki. I okropnie byłam z nich dumna... Bardzo lubiłam to moje pogrywanie w filmach, a Kuba nienawidził. Powiedział: "Nigdy się nie ożenię z aktorką". Zapomniał, iż wcześniej mówił też, że nigdy się nie ożeni w ogóle. Ale na pewno kiedy zorientował się, że z mojej kariery aktorskiej nic nie będzie, odetchnął z ulgą.
A JA NAJBARDZIEJ lubię wspominać swój udział w Kabarecie Starszych Panów. Pewnego dnia zadzwonił do mnie sam Jeremi Przybora i zaprosił na próby do swojego kabaretu. Nic o nim nie wiedziałam, byłam zdziwiona, ale oczywiście to bardzo połechtało moją ambicję.
W studiu długo wchodziłam w panującą tam atmosferę, sposób pracy. Dla kogoś, kto nie jest aktorem, aktorką, tak jak ja, to było bardzo trudne. Jednocześnie byłam zauroczona tym, co się działo na planie... Ale i strasznie zestresowana, bo uciekałam z akademii z lekcji malarstwa... Dodatkowo z tych nerwów i roztrzepania wciąż gubiłam kartę wstępu do studia i ciecie nie chcieli mnie wpuszczać na próby. Trzeba więc było dzwonić, ściągać kogoś z ekipy. Przysięgałam, że na następny dzień będę już miała kartę, ale prawie codziennie powtarzało się to samo.
Kabaret był wtedy emitowany na żywo. Trzeba więc było się sprężyć i skupić. Nie mogłam narzekać na moje teksty, bo było ich bardzo mało. Ale pozostali aktorzy budzili mój podziw - tyle piosenek, tyle tekstów do wykonania i zaśpiewania, a oni wszystkiemu podołali. Mieli fantastyczny warsztat! Cała plejada najlepszych polskich aktorów. Byli tak śmieszni i tak wspaniali... Kalina Jędrusik, pamiętam, jak wspaniale śpiewała, Barbara Krafftówna, uroczy Wiesław Michnikowski.
Po kilku dniach czułam się tam jak w domu, zapominałam, że ja tam również pracuję. W momencie kiedy dawali mi jakieś zadania, wykonywałam je zupełnie bez zastanowienia. Nie pamiętam wielu jakichś konkretnych swoich ról. Niektórzy mówią, że byłam bardzo śmieszna. Raz dostałam większą rolę - siedziałam na ławce i śpiewałam. Wtedy nagle bardzo mi się to spodobało, no ale spodobało na chwilkę, bo dali mi tylko parę sekund tego śpiewania. Po każdej premierze wszystkie kobiety dostawały od Przybory i Wasowskiego wspaniałe bukiety kwiatów. To był gest prawdziwych przedwojennych dżentelmenów. Teraz to się już oczywiście nie zdarza.
Miałam szczęście spotkać na planie Inspekcji pana Anatola wspaniałego Tadeusza Fijewskiego, 1959.
Byłam dumna z tych kwiatów, dostawałam je, chociaż grałam tylko epizodyczne role.
Po którymś kabarecie czekam, czekam, a tu nie ma propozycji. Po prostu już mnie nie wzięli. Niedawno przeczytałam w książce Jeremiego, że jak zwolnili "Cierniaczka", to już gorzej szło.
Kuba na temat moich występów w kabarecie jakoś nic nie mówił... Może dlatego że to nie film, tylko coś obok. Nie był więc to jego teren, teren, na którym czuł się silny. On w ogóle nie oglądał filmów, w których grałam, nie interesowało go to. Nie wiem, czy spodobałabym mu się jako aktorka.
Chciałam mu się pochwalić rolą w Wizycie starszej pani, to przecież rola, za którą kupiłam sobie wspaniałe szpilki! Okropnie naiwna zaprosiłam go więc na przedstawienie. Statystowałam tam, ale dosyć dużo byłam na scenie, więc byłam dumna, bo to były przecież moje pierwsze teatralne kroki... Pytałam potem Kubę o wrażenia, a on tylko na mnie popatrzył, nic nie powiedział... Wystarczyło. Cóż, rola główna to nie była!
DZISIAJ gdybym miała siebie zapytać, czy Kubie podobał się jakiś film, w którym grałam, to odpowiedź jest prosta: żaden, nawet nie chciał ich oglądać. Natomiast jeśli ja miałabym odpowiedzieć na pytanie, który film Kuby mi się podoba najbardziej, po zastanowieniu powiedziałabym: wszystkie.
Zmontowałam Kubie takie zdjęcie, by zawsze (chciał czy nie chciał) widział mnie w swojej kamerze. Fotografia stała na jego biurku.