Nasza - Małgorzata Węglarz

Kup ebooka

49.99 zł
36.40 zł (40,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog 1996 rok - czerwiecJungowska

"Przy jeziorze zawsze śmierdzi trupem!"

Trawa pod moimi stopami chrzęści, gdy idąc w stronę wody, ostrożnie stawiam kroki. Ostatnie, czego bym chciała, to żeby dzieciaki siedzące teraz w stołówce zobaczyły, jak stara Jungowska ląduje na dupie.

Zatrzymuję się i wciągam powietrze. Rześkie. Muliste.

Niezależnie od tego, jakie atrakcje młodzież funduje mi za dnia, wieczorem zwykle wychodzę pooddychać w spokoju, pozwolić głowie odpocząć. Od nerwów. Od krzyków. Od tych wszystkich durnych decyzji. Dlatego tak cholernie lubię tu przyjeżdżać. Odosobnione miejsce, natura i cisza.

No i przez wakacje mogę mieć na niego oko.

Odruchowo łapię zawieszony na mojej szyi jaskrawożółty gwizdek i spoglądam na taflę jeziora, delikatnie marszczoną wieczornym wiatrem. Niebawem zrobi się ciemno, a moja grupa nadal jest niekompletna. Coś się stało. Wiem to. Coś poszło bardzo nie tak.

Po raz kolejny przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez Damiana, biorącego muł w zamknięte dłonie i rzucającego nim w stronę dziewczyn.

"Przy jeziorze zawsze śmierdzi trupem!"

Ha, ha. Debil. Nie żeby wiedział, jak to cuchnie.

- Damianek. Denny Damianek. Denny Damianek wkurza mnie cały ranek - mówię na głos.

Czternastoletni piegus wiecznie szukający guza. Za te muliste "śnieżki" będzie czyścił kible.

Biorę kolejny oddech i zerkam na zegarek. Powinni być tutaj dwie godziny temu. Ruszam zatem wzdłuż linii brzegu, kierując się w stronę lasu. Kilka żab zaczyna swój rechot, a mnie kojarzy się on z szyderczym chichotem. Wiatr przybiera na sile, rozwiewając mi włosy i uderzając mnie po twarzy. Biorę oddech. Rybi zapach stojącej wody.

Śmierdzi trupem.

Wiem, że puszczone w eter słowa Dennego Damianka nie mają żadnego znaczenia. Na przedramionach pojawia mi się jednak gęsia skórka. Z jakiegoś powodu brzmią jak przepowiednia. Jak zdanie wypowiedziane w złą godzinę.

Wchodzę między drzewa, a moje sportowe buty od razu grzęzną w błocie. Robi się cicho. I zaraz się ściemni. Idę jednak dalej, od czasu do czasu dotykając mokrych po deszczu liści.

Stopy odruchowo prowadzą mnie w bok. Zapuszczam się w las, po czym odbijam w lewo. Wiem, że właśnie tam zwykle ich zabiera, na małą polankę, ni to przy jeziorze, ni to w lesie.

Wiem też po co.

Przeklinam pod nosem. Tym razem to zakończę. Skoro wyraziłam na to zgodę, równie dobrze mogę ją cofnąć. Co ja sobie zresztą myślałam? Cholera jasna, powinni być z powrotem ponad dwie godziny temu.

- Nie! Nieee!

Krzyk nie wybudza mnie z zamyślenia, przeciwnie, moje napięte ciało jakby czekało na ten sygnał. Zrywam się do biegu i pędzę, na ile pozwalają mi moje prawie sześćdziesięcioletnie nogi. W końcu wypadam na polankę, potykam się, ale w ostatniej chwili łapię pień drzewa.

Postać, która jeszcze przed sekundą stała do mnie tyłem, odwraca się, a ja widzę, jak klęczący do tej pory chłopiec sztywnieje i upada. Z mojego gardła wydobywa się krótkie sapnięcie, bo nie potrafię krzyknąć. Ja, Beata Jungowska, nagle zapomniałam języka w gębie! Trzecia postać leży nieopodal z twarzą do dołu w błotnistej kałuży.

- Coś ty... - szepczę, a powinnam się drzeć!

Robię krok w przód i prawie klękam. Nogi nie chcą utrzymać mojego ciężaru. Zaraz zrzygam się lub stracę przytomność.

Stojąca postać przenosi na mnie wzrok, a jej oczy otwierają się szeroko, jakby dopiero teraz dotarło do niej, co się stało. Włosy ma w nieładzie. Żółta koszulka ma nadszarpnięty rękaw, a poniżej... Czy to krew?

Przy jeziorze zawsze śmierdzi trupem.

- Coś ty zrobił... Cholera jasna, coś ty narobił?!

Rozdział pierwszy 2016 rokBarbara

Ile czasu trzeba spędzić w nowym domu, żeby poczuć się jak u siebie?

Minęło pół roku, a ja dalej otwieram szafkę z talerzykami, żeby wyjąć kubek. Sytuacji nie pomaga fakt, że pozwoliłam Sandrze układać w naszej wspólnej przestrzeni przedmioty zgodnie z jej wolą. Zależy mi na tym, żeby nauczyła się wyrażać swoje opinie i emocje wedle własnego uznania. Zgodnie z tym, czego się spodziewałam, dziewczyna zmienia zdanie średnio co dwa tygodnie. Talerze lądują tam, gdzie kubki, kubki zamieniają się miejscami z przyprawami, które z kolei zostają przesiedlone na miejsce misek i plastikowych pojemników. Myślę, że zupełnie nieświadomie moja podopieczna działa według schematu, chcąc dopasować się do moich oczekiwań tak, jak do tej pory dostosowywała się do oczekiwań kogoś innego. Musimy przerwać ten cykl. Dla osoby z przejściami Sandry to jednak naprawdę trudne.

Przelewowy ekspres do kawy kończy bulgotać, otwieram więc górną szafkę przy zlewie. Bingo! Więc tutaj są nasze kubki. A przynajmniej będą tu jeszcze przez jakiś czas. Do kawy jak zwykle dodaję cukier, wlewam mleko i mieszam łyżeczką, dopóki kryształki nie przestaną chrzęścić na dnie.

Zerkam na zegarek. Mam jeszcze czterdzieści minut do wyjścia, ale lubię pojawiać się w przychodni wcześ­niej. Zanim wyjdę, jak co dzień zrobię obchód naszego małego domku.

Wraże, mieścina równo pomiędzy Krakowem a Tarnowem, to taki ciut bardziej unowocześniony Czarci Jar, ale płaski jak jasna cholera. Moje starzejące się kolana doceniają jednak tereny nizinne. Mały, parterowy domek z elewacją z tłuczonych talerzy udało mi się kupić od mężczyzny, który zdecydowanie nie zamierzał łożyć na jego remont. Na szczęście z pomocą ruszył nam mój brat, teraz wnętrze wyglądało jako tako. Duży salon z aneksem kuchennym, łazienka i dwa pokoje. Sandra chciała, abym wzięła ten większy, ale ja nie dałam się przekonać. Należy jej się przestrzeń, i to taka, która będzie tylko dla niej. Powinna odkrywać siebie, dekorować i meblować do woli. Mnie poza łóżkiem, biurkiem i regałem na książki nic więcej nie trzeba.

Upijam porządny łyk kawy i wyjmuję z lodówki dwa napoje energetyczne Ranny Marek. Nazwa zapewne miała nawiązywać do takich delikwentów jak ranny ptaszek i nocny marek, w których chimerę łączą się amatorzy tego rodzaju płynów. Wiele może się zmienić, ale moja miłość do niezdrowego jedzenia i picia - nigdy.

Zamykam lodówkę i spoglądam na umieszczone na niej zdjęcie Darii. Uśmiecha się, zakładając za ucho pasmo jasnych włosów. Unoszę kubek w stronę mojej zmarłej przyjaciółki tak, jakbym wznosiła za nią toast, i zaczynam miniobchód.

Najpierw z kuchennego okna wyglądam na ogródek z przodu domu, czy nikt przypadkiem niczego nam nie zostawił. Wprawdzie tego typu "zabawy" zdarzały się najczęściej, kiedy proces Kosmy Zorana był najgłośniejszy, ale dla spokoju swojego i Sandry wolę sprawdzić, czy nikt nie zostawił tam kwiatów, miśków albo płonącego gówna, bo i tak bywało. Nasz domek znajduje się na wjeździe do miasteczka, więc znacznie mniej tutaj budynków i, co za tym idzie, ciekawskich oczu. Ale jak to mówią, dla chcącego nic trudnego.

Następnie sprawdzam, czy nowe okna są całe. Poprzednie nie wytrzymały starcia z kamieniami pewnego żartownisia, który w ten sposób chciał pokazać, że nas zna. Dwie minuty wywiadu ze mną wyemitowane w wiadomościach wystarczyły, żeby zwrócić na siebie uwagę wandali.

Na końcu na palcach podchodzę do pokoju Sandry. Ostatnio miewa koszmary i jestem pewna, że to proces znowu ją przytłacza. Trudno się temu dziwić. Pomimo ochrony i zapewnień, że Kosma nie znajdzie się w tej samej sali co Sandra, spotkali się na korytarzu. To bardzo nią wstrząsnęło i niejednokrotnie słyszałam, jak krzyczy przez sen. Do tego nasze sesje co jakiś czas uwalniają nowe wspomnienia, które z komfortowej odległości czasu ukazują przeszłość dziewczyny w całym jej ohydnym świetle.

Uchylam drzwi. Sandra śpi z głową niemal całkowicie zanurzoną w pręgowanej sierści kociego śmierdziela. Racuch, bo tak nazwała tę przybłędę, to dziwna mieszanka rudego dachowca z jakimś szarym rasowcem. Pojawił się na naszym progu jak dawno zapowiedziany gość i od naszego pierwszego dnia we Wrażach pokochał Sandrę, do tego z wzajemnością.

Przez moment patrzę, jak oboje spokojnie oddychają, a kocie łapy wyciągają się do przodu. Zamykam drzwi, wracam do kuchni i dopijam kawę.

W przychodni jest jak zwykle tłoczno. Poza gabinetami psychologii i psychoterapii przyjmują tutaj ortopedzi, interniści i geriatrzy.

- Dzień dobry! - wołam do Dagmary, trzydziestosześcioletniej recepcjonistki, której włosy przypominają mi dwa grube złote kłosy. Nawet za czasów młodości moje nigdy nie były tak gęste.

- Dobry, dobry, bo nie leje! - odpowiada i przykłada do ust kubek z malunkiem wielkiej malwy.

Pochodzę do kontuaru i zbieram karty moich dzisiejszych pacjentów. Jest ich jak zwykle sporo. Wiedziałam, na co się piszę, kiedy przyjęłam tę posadę. W zasadzie dlatego tutaj przyjechałyśmy. Dawny kolega był mi winny przysługę, a w jego przychodniach desperacko brakowało sprawdzonych psychologów i terapeutów. I dobrze zrobionej elektronicznej kartoteki, ale nad tym mieli niebawem pochylić się informatycy. Praca, w teorii na pół etatu, zajmowała mi coraz więcej czasu. Do tego piętrzyły się opinie, które obiecałam kilku śledczym. Już podczas procesu zaczęli się do mnie zgłaszać, zwłaszcza w sprawach związanych z zaginionymi. A ja nie potrafiłam im odmówić.

- Ojoj, trochę tego pani ma - ocenia Dagmara, a jej uszminkowane na jasny brąz usta rozszerzają się w uśmiechu. - Kobieta pracująca. Przyda się pani ­pomoc.

- Jeżeli ci się nudzi, to nie pogardzę. Cała ta papierologia zajmuje mi zdecydowanie za dużo czasu.

Dziewczyna nurkuje pod biurkiem i wyciąga plik kartek.

- Ja może podziękuję, ale to są podania naszych praktykantów. To znaczy kandydatów na praktykantów. Oni muszą odbębnić swoje, a pani szybciej pójdzie do domu. Tu na wierzchu mam nawet studentów psychologii.

Wpatruję się w jej piwne oczy, kolorem bardzo mocno przypominające oczy mojej córki.

- Daleko zajdziesz, dziewczyno.

Do pierwszego pacjenta zostało mi jeszcze kilka minut, przeglądam więc stos kartek. Moją ciekawość wzbudza zwłaszcza jedna osoba. Wracam do recepcji.

- Daga, mówiłaś, że to studenci. A tutaj mamy chyba absolwenta? Do tego jego podanie jest w kilku egzemplarzach?

Dziewczyna najwyraźniej nie musi patrzeć, żeby wiedzieć, o kim mówię, bo dalej stuka w klawiaturę.

- A nie, to są różne podania, w sensie z różnych lat. - Drapie się po czole, widząc moje uniesione brwi. - Jego niech sobie pani podaruje.

Raz jeszcze patrzę na kartkę.

- Kaspian Barnyła. Lat dwadzieścia sześć. Po Jagiellońskim. Był chyba w każdym możliwym kółku i skończył studia z wynikiem wręcz doskonałym. Co z nim jest nie tak?

Dagmara wzrusza ramionami.

- Zadzwonię do niego, może jutro uda mu się wpaść - decyduję.

- Jak pani chce, ale może niech pani spotka się z nim gdzieś na mieście.

- Dagmara, przerażasz mnie.

Wracam do siebie i do południa przyjmuję wszystkich swoich pacjentów. Mam już wychodzić z gabinetu, gdy do środka wsuwa się jasna głowa recepcjonistki.

- Pani Basiu, ktoś do pani.

- Czy to pan Nowak? Ostatnio często gubi moje materiały.

- Hm, to raczej nie pacjent.

- Przedstawił się?

Dagmara patrzy przez ramię.

- Powiedział, że jest starym znajomym.

Składam papiery w stosik i chowam je do szuflady. Co z oczu, to z serca.

- Tylko takich mam. Już idę.

Pakuję swoje rzeczy, zgniatam puszkę Rannego Marka i wrzucam do kosza. Wychodzę na korytarz, ale w poczekalni nie zauważam nikogo znajomego. Zamykam gabinet na klucz i już mam pytać, gdzie ten znajomy, gdy przenoszę spojrzenie w stronę szklanych drzwi przychodni.

Na zewnątrz stoi mężczyzna o szerokich ramionach, krzaczastych brwiach i czarnym, bardzo grubym wąsie.

Na parkingu czeka na mnie Waldemar Kolberger.

Rozdział drugi Marcin

Adam Kolecki zginął drugi raz. Ponownie z mojej ręki.

Ze wszystkich tożsamości tę polubiłem najbardziej. Udawanie głupiego zawsze działa cuda, bo ludzie po prostu odpuszczają. Tracą czujność. A mnie podobało się mącenie w sprawie Mojej. Kolberger pewnie do dzisiaj zastanawia się, jak do tego dopuścił.

Stoję przy starym magazynie z palonej cegły, opierając się o ścianę. Od niechcenia spoglądam na masywny budynek po przeciwnej stronie, chociaż serce bije mi jak oszalałe. Nie mogę jednak pokazać, że interesuje mnie to, co znajduje się za murem zwieńczonym drutem kolczastym.

Wiatr rozwiewa mi włosy, tym razem brązowe. Oczami schowanymi za przeciwsłonecznymi szkłami wodzę po szarym gmachu. Mury, kraty, malutkie okna. Przełykam ślinę. Czy to możliwe, że mógłby mnie tutaj dostrzec? O Boże, czy właśnie na mnie patrzysz?

Przygryzam wargi. Dziesięć miesięcy. Nie widziałem go prawie rok, a jego głos słyszałem wyłącznie w wiadomościach. Wiem jednak, że o mnie myśli. Wie, że działam.

Jeszcze nigdy go nie zawiodłem.

Otrzymał ode mnie pojedynczą wiadomość, więc wie, że jesteśmy blisko.

Wyciągam telefon z kieszeni i powoli ruszam wzdłuż ulicy. Poza starym magazynem zaopatrzeniowym wokół więzienia na Dzikim Polu nie ma niczego. Żadnego parku, żadnego lasu. Stare, wypalone pola, z dala od zabudowy miasta. To pieprzona forteca.

Ale ja nie zamierzam jej forsować.

Jakiś czas temu podjąłem pracę w magazynie, żeby, nie budząc podejrzeń, zdobyć informacje. Pracuje tu na czarno sporo osób, a część z nich to byli więźniowe. Nikt nie zadaje pytań. Wiem, że nikt mnie nie rozpozna. Potrafię wmieszać się w tłum. Nie zapadać w pamięć.

Spaceruję wzdłuż magazynu, ot zwykły robol bezmyślnie skroluje na telefonie. Ale w mojej głowie ostatnie puzzle wskakują właśnie na swoje miejsce. Uśmiecham się i odwracam głowę, bo mam ochotę zawyć z radości.

Wiem już, że nie ma możliwości ucieczki przez dostawy kuchenne - każdy samochód jest dokładnie sprawdzany, o czym opowiadali byli więźniowe. Straż cały czas obserwuje budynek z zewnątrz i od wewnątrz. Nie ma również możliwości, żeby spojrzeć na to, co dzieje się na spacerniaku - mur został wzniesiony z litego kamienia, a dach magazynu jest za niski.

Wiatr podrywa moje włosy do góry, biorę więc duży wdech, zupełnie jakbym mógł pochwycić w płuca jego zapach. Marzę o tym. Na samą myśl moje ciało reaguje instynktownie. Tęsknota skręca mnie w środku, a wspomnienia kierują mrówki w dół mojego brzucha. Gdyby nie przygotowania, zapewne pogrążyłbym się w szaleństwie. Nigdy nie rozstawaliśmy się na tak długo.

Przez ostatnie miesiące na bieżąco śledziłem przebieg sprawy. Stała się głośna, głośniejsza niż się spodziewałem. Kosma budzi ogromne emocje, bo nie wygląda jak diabeł, który porywa i więzi dziewczynki. Do tego doskonale gra. Nieśmiałe uśmiechy, przepraszające spojrzenia - biedny, zagubiony chłopak z bardzo trudnego środowiska. W internecie - duże zainteresowanie. Zamierzam to wykorzystać.

Przez wiele miesięcy trąbili o przebiegu śledztwa, procesie i w końcu o wyroku. Kosmę przetransponowali z Krakowa do Dzikiego Pola, kiedy nie było mnie w Polsce. Nie mogłem ryzykować, musiałem poczekać, żeby i wokół mnie zrobiło się ciszej. Żałuję jednak, że nie mogłem go wtedy zobaczyć.

Ale teraz jestem tutaj. Bo już niedługo wszystko się zacznie.

Wiadomość na wyświetlaczu jest dokładnie taka, jakiej się spodziewałem. Podnoszę głowę i patrzę, jak jasnowłosa postać wychodzi przez bramę główną. Uśmiecham się, chowam telefon do kieszeni i wracam w stronę magazynu.

W zasadzie mogę już porzucić to śmierdzące szczynami miejsce. Wkładam ręce w kieszenie i mijam budynek. Dokładnie wiem, co muszę zrobić. Ale zanim zabiję ponownie, muszę pojechać w pewne bardzo ważne odwiedziny.

Rozdział trzeci Sandra

Korytarz wypełnia echo, zwielokrotniając dźwięk stawianych kroków. Czekamy pod salą, po mojej prawej stronie stoi pani B i rozmawia z naszym prawnikiem, Kamilem Martinem. Mężczyzna ma na nosie cienkie szkła i zwykle, kiedy się odzywa, przemawia z przekonaniem. Oboje wymieniają się uwagami, kiwając przy tym głowami.

"To już prawie koniec" - powtarzam pod nosem, drąc na kawałki chusteczkę higieniczną. Robię to bezwiednie, stale rozglądając się na boki, jak piesek preriowy wypatrujący drapieżnika.

Nie potrafię przyzwyczaić się do tego, że wszyscy na mnie patrzą, nawet jeżeli myślą, że robią to dyskretnie, lub uśmiechają się, gdy ich na tym przyłapię. Pan Martin przed wszystkimi zebranymi na sali rozpraw przedstawił szczegółowy opis tego, co mnie spotkało.

Wiem, że musiał. Wiem, że tak trzeba. Ale z każdym wypowiadanym słowem czułam, jak coraz bardziej zaciskają się na mojej szyi Jego palce.

Te wszystkie straszne wyrazy, które inni znają z teorii, dla mnie były całym życiem. Uczę się definiować je na nowo.

Gwałt.

Przetrzymywanie.

Zmuszanie.

Porwanie.

To nie jest normalne życie.

Pani B wyczuwa moje nerwy i delikatnie dotyka mojego ramienia. Staram się uśmiechnąć. To już prawie koniec. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła.

Spoglądam po ludziach, liczę imiona na tabliczkach i analizuję zapachy, jakie mnie otaczają. Ciężkie, słodkie perfumy, środek do czyszczenia podłóg. Pani B uśmiecha się do mnie, ale nagle jej mina przekształca się w zdziwienie.

Echo niesie kroki.

Odwracam się.

Na korytarzu pojawia się funkcjonariusz prowadzący Jego.

Widzę, jak On nachyla się do jasnowłosej kobiety, która szepcze mu coś do ucha. To prawniczka. Gestykuluje, wygląda na zdenerwowaną. Często dotyka Jego ramienia.

W końcu On podnosi wzrok i nasze oczy się spotykają. Czuję, że pani B łapie mnie za rękę, ale nie mogę przerwać spojrzenia.

On się nie zatrzymuje i patrzy na mnie tak jak zawsze. Tak jak patrzy się na swoją własność. Kierują się do sali i zanim w niej znikają, kąciki Jego ust podnoszą się w uśmiechu.

Odwracam się, ale na korytarzu nikogo już nie ma.

Pani B i prawnik zniknęli. Nie ma szepczących ludzi. Echo niesie kroki, są coraz głośniejsze, jakby kilka osób biegło w popłochu.

- Cześć, Moja.

Nie mogę się ruszyć. Wiem, że stoi za mną.

Jesteśmy sami.

I może ze mną zrobić wszystko.

- Jesteś Moja, zapomniałaś?

Odwracam się powoli. Nogi mam jak z ołowiu, łzy zaczynają mi cieknąć po policzku.

- Nie... - szepczę. - Proszę.

- Chodź do mnie. Wiesz, że tego chcesz.

Kroki są już tak głośne i nachalne, jakby ktoś biegł w szpilkach tuż przy mnie. W głowie mi pulsuje. On się uśmiecha, ale nagle jego twarz wykrzywia złość i jednym susem dopada mnie, przygniatając do ściany.

Budzę się, prawie strącając Racucha z łóżka. Kot przyzwyczaił się jednak do moich nagłych pobudek, dlatego nie wygląda na urażonego. A przyjemniej tak chciałabym o nim myśleć. Prostuje przednie łapy i przygląda mi się złocistymi oczami.

Oddycham ciężko, ale dłonią już szukam jego sierści. Jest ciepła. Miękka. Koi moje nerwy.

Sierść kota pod palcami. Sprężyny materaca pod moim ciałem. Czuję zapach kawy i płyn do płukania o zapachu białych kwiatów. Za oknem jest jasno.

Jestem bezpieczna.

Mój poranek zwykle zaczyna się tak samo. Najpierw zdejmuję kota z twarzy. I jeżeli nie miałam akurat koszmaru, a te ostatnio zdarzają mi się dość często, przez chwilę siedzę na łóżku i rozglądam się dookoła. Kocham ten pokój. Brat pani B przyniósł mi tutaj wieżę stereo, którą sam nazwał starym rzęchem. Rozumiem już dlaczego. Ta technologia jest przestarzała. Jak wszystko, co znajduje się w tym pokoju. Jak ja. Nastolatka zamknięta w ciele dorosłej kobiety.

Podchodzę do szafy i długo się namyślam, zanim wyjmuję z niej ubrania. Wciąż zdarza mi się niechętnie spoglądać w lustro. Przytyłam i chociaż pani B mówi, że to zdrowe, to jednak uczę się nie besztać w myśli za każdy dodatkowy kęs. Zakładam szare spodnie i luźną zieloną koszulkę. Wskazówki zegara wiszącego obok szafy pokazują dziewiątą.

- Chodź, Racuch, idziemy cię zjeść!

Zapinam guzik jeansów i wychodzę z pokoju. Uwielbiam spodnie, chociaż musiałam się do nich przyzwyczaić. Przez tak wiele lat nie nosiłam nawet majtek, ale teraz ten dyskomfort kojarzy mi się z wolnością. Nigdy więcej nie założę sukienki.

Z szafki wyjmuję żółty kubek z ubitym uszkiem i długo przyglądam się pozostałym. Nie, to bez sensu, kubki powinny być bliżej ekspresu do kawy, żeby pani B było wygodniej. Notuję sobie w pamięci, żeby je znowu przenieść.

Przygotowuję racuchy, moje nowe ulubione danie. Mieszam mąkę, mleko i starte jabłka i wrzucam masło na patelnię.

Jestem bezpieczna.

Włączam radio. Niedaleko niego leży moja komórka. Niewiele rzeczy podoba mi się tak, jak telefon, który można ze sobą wszędzie zabrać. Mój nie jest taki zaawansowany jak ten pani B, nie można na nim na przykład oglądać filmów, ma za to klawiaturę jak na komputerze i kolorowy wyświetlacz. No i jest granatowy. To niesamowite, że takie rzeczy mają dla mnie teraz znaczenie.

Na ekranie pojawia się powiadomienie. To Patrycja wysłała mi wiadomość. Odkąd wróciła do Niemiec, pozostajemy w stałym kontakcie, piszemy do siebie codzienne. To wspaniałe!

Siema! Zadanie na dziś: wygugluj sobie zyzuś tłuścioch. Podziękujesz mi!

Parskam śmiechem. Wiem, że to pani B poprosiła Patrycję, by zachęcała mnie do używania tego, co obie nazywają "współczesnością", ale do internetu wchodzę rzadko. Zdecydowanie wolę czytać książki, zwłaszcza te o najnowszej historii. Dość dobrze poradziłam sobie z wydarzeniami do 2002 roku w Polsce i na świecie.

Słyszę stuknięcie, to Racuch próbuje przeskoczyć przez drzwi.

- W końcu zrobisz sobie krzywdę, wiesz o tym?

Kocie spojrzenie jakby wprost mówiło mi, że bredzę. Wkładam do ust placuszek i otwieram drzwi wyjściowe, pozwalając mu wyruszyć na łowy.

Jestem bezpieczna.

Przez chwilę żuję jabłkowego racucha, ciesząc się ciepłym czerwcowym powietrzem, gdy mój wzrok przykuwa mała żółta koperta leżąca w trawie.

Przełykam jedzenie. Rozglądam się na boki, ale na ulicy nikogo nie widzę. Przejeżdża tylko jeden samochód, to nasza sąsiadka wiezie dzieci do szkoły. Kiwam jej głową, ale robię to mechanicznie.

Taka sama koperta leżała tutaj wczoraj.

I przedwczoraj. I przez cały poprzedni tydzień. Nie ma znaczenia, ile z nich wyrzucę, i tak pojawi się nowa.

Podnoszę ją i szybko znikam za drzwiami. Racuch i tak zwykle wraca dopiero po kilku godzinach.

Jestem bezpieczna. Jestem bezpieczna.

Jestem bezpieczna.

Drżącymi palcami rozrywam kopertę. I tak jak poprzednim razem moim oczom ukazuje się odręczne, prawie że dziecięce pismo.

Gdzie położyła się Pola Langman?

Szybko drę karteczkę razem z żółtą kopertą na kawałki i pędzę spuścić je w toalecie. Nie wiem, w co ktoś próbuje z nami pogrywać. Przez ten durny proces sporo rzeczy wyszło na światło dzienne, w tym fakt śmierci córki pani Barbary.

Patrzę, jak kawałki kotłują się w pienistej wodzie, ale muszę spłukać jeszcze dwa razy, zanim całkowicie znikną. Nie rozumiem, dlaczego cudze nieszczęście tak innych bawi. "Współczesność" ma swoje ogromne wady i w dużej mierze są nimi ludzie. I ten ich internet, bo i tam ponoć sporo złego piszą o pani B i o mnie.

Gdzie położyła się Pola Langman?

Zamykam sedes i wychodzę z łazienki. Trzęsę się, bardziej ze złości niż strachu. Jestem bezpieczna. I nie pozwolę denerwować pani B. Dobrze, że koperta pojawia się po jej wyjściu do pracy.

Nie mogę pozwolić, żeby się o tym dowiedziała.