Nazywają ich patologią. Opowieści dyrektora ośrodka wychowawczego - Mariusz Dobijański

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Sie­dzie­li­śmy naprze­ciwko. Krótko ostrzy­żone włosy, spor­towa bluza i prze­ni­kliwy wzrok. Patrzył pro­sto w moje oczy z osten­ta­cyjną pew­no­ścią sie­bie. Na jego twa­rzy malo­wała się bez­czel­ność, a z postawy ema­no­wał bunt. Ręce miał sple­cione na piersi, nogi wycią­gnięte przed sie­bie. Wyglą­dał, jakby od chwili prze­kro­cze­nia progu mojego gabi­netu miał jeden cel - nie oka­zać ani odro­biny sła­bo­ści. "Nie zro­bisz tym na mnie wra­że­nia", pomy­śla­łem. Przyj­mo­wa­łem do ośrodka setki chło­pa­ków. Jedni wcho­dzili ze spusz­czoną głową, inni uda­wali obo­jęt­ność. Bywali tacy, któ­rzy nie potra­fili ukryć stra­chu. On nale­żał do jesz­cze innej grupy. Bił od niego gniew.

Po kilku latach pracy w ośrodku wie­dzia­łem, że pierw­sza roz­mowa rzadko służy pozna­niu wycho­wanka. Pod­czas niej to wycho­wa­nek poznaje mnie. Obser­wuje, pro­wo­kuje, szuka gra­nic. Spraw­dza, czy jestem kolej­nym doro­słym, któ­rego można prze­stra­szyć albo wypro­wa­dzić z rów­no­wagi. Dla­tego nie zaczą­łem od panu­ją­cych tu zasad. Czło­wiek, który czuje gniew, nie sły­szy prze­pi­sów. Naj­pierw musi usły­szeć dru­giego czło­wieka. Przez chwilę mil­cze­li­śmy. Nie spie­szy­łem się. Wie­dzia­łem, że cisza jest nie­wy­godna, zwłasz­cza dla kogoś, kto nauczył się zagłu­szać ją krzy­kiem.

- Wiesz, dla­czego tu jesteś? - zapy­ta­łem po pew­nej chwili.

Wzru­szył ramio­nami.

- Bo wszy­scy się na mnie uwzięli - mruk­nął.

To zda­nie sły­sza­łem wiele razy. Naj­czę­ściej wypo­wia­dali je chłopcy, któ­rzy pod war­stwą agre­sji ukry­wali bez­rad­ność.

- Być może - odpo­wie­dzia­łem. - A może dla­tego, że doro­śli prze­stali wie­rzyć, że sam pora­dzisz sobie ze swo­imi pro­ble­mami. Sąd pod­jął decy­zję. Ani ty, ani ja już jej nie zmie­nimy.

- To po co ta gadka? - Spoj­rzał na mnie z iry­ta­cją. - Efekt jest taki, że sie­dzę. Zamknę­li­ście mnie tu. Pie­prze­nie - wysy­czał i pod­niósł się z krze­sła.

- Sia­daj - powie­dzia­łem spo­koj­nie, a on zatrzy­mał się w pół ruchu. - To pierw­szy i ostatni raz, kiedy zwra­casz się do mnie w ten spo­sób.

Patrzył na mnie twardo.

- Jestem dyrek­to­rem tego ośrodka. Możesz być zły. Możesz się ze mną nie zga­dzać. Ale będziesz zwra­cał się do mnie z sza­cun­kiem. "Pro­szę pana" albo "panie dyrek­to­rze", jasne?

Przez kilka sekund nic nie mówił. Mie­rzy­li­śmy się wzro­kiem.

- Dobra... pro­szę pana - odpo­wie­dział z wyraźną kpiną w gło­sie.

Ski­ną­łem głową.

- Dzię­kuję.

- Zamknę­li­ście mnie... pro­szę pana - stwier­dził, kiedy już z powro­tem usiadł.

- Nie. - Pochy­li­łem się lekko nad biur­kiem. - Sąd zde­cy­do­wał, że masz tu zamiesz­kać. To nie jest to samo.

- Dla mnie żadna róż­nica - par­sk­nął ponuro.

- Dzi­siaj pew­nie nie, ale za kilka mie­sięcy może być.

Przyj­rzał mi się uważ­niej. Nie odpo­wia­dał. Oce­niał prze­ciw­nika. To było spoj­rze­nie spraw­dza­jące w rodzaju "Na ile mogę sobie pozwo­lić?".

- Posłu­chaj mnie. Nie obie­cuję ci, że będzie łatwo. Będzie szkoła. Praca. Obo­wiązki. Ludzie, któ­rzy będą od cie­bie wyma­gać wię­cej, niż do tej pory wyma­gano.

- Jasne... reso­cja­li­za­cja - wyce­dził, krę­cąc głową.

- Nie, raczej życie.

- A wie pan, ilu takich jak pan już sły­sza­łem? - zapy­tał i zanim zdą­ży­łem zaprze­czyć, dodał: - Ja też nie, ale za dużo.

- A ilu z nich pamię­tasz?

Zmarsz­czył brwi.

- Co?

- Ilu pamię­tasz? A może pamię­tasz tylko to, że nikt nie potra­fił do cie­bie dotrzeć? - zapy­ta­łem, ale odpo­wie­działa mi cisza. - Wiesz, ilu chło­pa­ków sie­działo wcze­śniej na tym krze­śle? Wielu - wyja­śni­łem, bo chło­pak mil­czał. - Nie­któ­rzy byli bar­dziej agre­sywni od cie­bie. Kilku zapo­wia­dało, że roz­wali ten ośro­dek. Część pró­bo­wała. Dzi­siaj więk­szość ma pracę, rodziny i zupeł­nie inne życie.

- Bajki! - prych­nął.

- Nie. - Spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy. - Doro­słość.

Chło­pak osten­ta­cyj­nie prze­cią­gnął się na krze­śle, jakby ta roz­mowa zaczy­nała go nudzić.

- Mogę już iść?

- Jesz­cze nie.

Wes­tchnął gło­śno.

- Chciał­bym poroz­ma­wiać o twoim poprzed­nim ośrodku.

- Nie ma o czym. - Wzru­szył ramio­nami.

- Dzwo­ni­łem do jego dyrek­tora. Mówił, że szybko zaczą­łeś mieć wpływ na innych chło­pa­ków.

Wyda­wało się, że te słowa nie robią na nim żad­nego wra­że­nia, prze­stał tylko obra­cać mię­dzy pal­cami zawieszkę od suwaka bluzy.

- Każdy może sobie gadać, co chce. - Uśmiech­nął się krzywo.

- Wolę usły­szeć twoją wer­sję.

- To pan sobie poczeka.

- Mam czas - oznaj­mi­łem spo­koj­nie i popra­wi­łem się na fotelu.

Przez kilka sekund patrzy­li­śmy na sie­bie bez słowa.

- No i co jesz­cze panu naopo­wia­dał? - nie wytrzy­mał.

- Że była grupa chło­pa­ków, która uwa­żała się za lep­szą od innych.

- Nie było żad­nej grupy!

- A ci, któ­rzy decy­do­wali, kto jest "swój", a kto "śmieć"?

- Nie wiem, o czym pan pie­przy - wysy­czał.

- Wiesz. Byłeś jed­nym z nich?

- Nie.

- Czyli się ich bałeś - pod­su­mo­wa­łem, a wtedy chło­pak wypro­sto­wał się tak gwał­tow­nie, że krze­sło zaskrzy­piało.

- Nikogo się, kurwa, nie bałem!!! - wrza­snął. - Nikogo - dodał już bar­dziej do sie­bie niż do mnie.

- To do czego potrze­bo­wa­łeś tej grupy?

- O co panu wła­ści­wie cho­dzi?

- O prawdę.

- Gówno pana obcho­dzi prawda. - Roze­śmiał się gorzko.

- Mylisz się. - Nachy­li­łem się, skra­ca­jąc nieco dzie­lący nas dystans. - Obcho­dzi mnie bar­dziej, niż ci się wydaje. Wiem też, że dopóki będziesz grał tward­szego, niż jesteś w rze­czy­wi­sto­ści, codzien­nie będziesz musiał to komuś udo­wad­niać.

Ude­rzył pię­ścią w poręcz krze­sła.

- Fra­je­rem nie będę! - krzyk­nął, a jego głos odbił się od ścian gabi­netu. - Nie będę jak te pizdy, co latają po fajki! Nie będę nikomu dupy lizał! Jak ktoś będzie chciał mnie usta­wić, to go roz­pier­dolę! Choć­bym miał pójść do popraw­czaka!

W gabi­ne­cie było sły­chać tylko jego ciężki oddech i tyka­nie zegara.

- Skoń­czy­łeś? To teraz mnie posłu­chaj - wyszep­ta­łem. Musiał się pochy­lić, żeby mnie zro­zu­mieć. - Wiesz, kogo przed chwilą usły­sza­łem? Nie usły­sza­łem sil­nego chło­paka, tylko takiego, który za wszelką cenę nie chce, żeby ktoś nazwał go fra­je­rem. A to są dwie zupeł­nie różne rze­czy.

Przez kilka sekund sie­dział nie­ru­chomo. Potem uśmiech­nął się z pogardą.

- Pew­nie pan myśli, że mnie pan roz­gryzł.

Pokrę­ci­łem głową.

- To po co te wszyst­kie tek­sty?

- Pró­buję zro­zu­mieć, z kim będę pra­co­wał.

- Dobrze znam takich jak pan - par­sk­nął. - Psy­cho­lo­gów. Peda­go­gów. Kura­to­rów. Dyrek­to­rów. Każdy po pię­ciu minu­tach wie­dział o mnie wszystko.

- A wie­dzieli naprawdę?

- Gówno wie­dzieli - odpo­wie­dział, patrząc mi pro­sto w oczy.

- Ja też jesz­cze pra­wie nic o tobie nie wiem - stwier­dzi­łem.

Nie sko­men­to­wał tego. Przy­glą­dał mi się badaw­czo, jakby pró­bo­wał zde­cy­do­wać, czy warto powie­dzieć choć jedno zda­nie wię­cej. W końcu wes­tchnął.

- Wie pan, jak to się zawsze koń­czy? Naj­pierw każdy twier­dzi, że chce pomóc. - Wcią­gnął ciężko powie­trze w płuca. - Potem jest pierw­szy przy­pał. Potem pierw­szy donos. A na końcu każdy ma cię w dupie.

- Tak było?

- Zawsze. - Wzru­szył ramio­nami. - Wie pan, dla­czego oni mnie sza­no­wali? - zapy­tał, zmie­nia­jąc temat. - Bo ni­gdy nie pęka­łem.

- A teraz?

- Co teraz? - Zmarsz­czył brwi.

- Na­dal nie możesz sobie na to pozwo­lić?

Po raz pierw­szy odwró­cił wzrok. Patrzył przez okno.

- Tutaj też nie mogę - powie­dział tak cicho, że z tru­dem zro­zu­mia­łem treść jego słów.

Nie odpo­wie­dzia­łem od razu. Wsta­łem od biurka. On odru­chowo rów­nież się pod­niósł.

- Posłu­chaj mnie - zaczą­łem. - Nie ocze­kuję, że mi zaufasz. Nie od razu, nie po tej roz­mo­wie. Wiem, że na zaufa­nie trzeba sobie zasłu­żyć. Ale chcę, żebyś zapa­mię­tał jedną rzecz: zawsze możesz do mnie przyjść.

- Jasne... - powie­dział bez prze­ko­na­nia.

- Mówię poważ­nie. Kie­dyś będziesz wście­kły. Pokłó­cisz się z wycho­wawcą. Z kimś się pobi­jesz. Będziesz chciał stąd uciec albo zro­bić coś głu­piego. - Zawie­si­łem głos. - Zanim to zro­bisz, przyjdź do mnie.

- Po co? - Popa­trzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

- Żeby poga­dać.

- A jak nie będę chciał gadać?

- To chwilę razem posie­dzimy. Nie obie­cuję, że ci pomogę roz­wią­zać każdy pro­blem, ale obie­cuję, że cię wysłu­cham. I że nie będę cię okła­my­wał.

Długo nic nie mówił, potem tylko ski­nął głową. Raczej nie na znak zgody, tylko na potwier­dze­nie, że usły­szał.

Po kilku sekun­dach do gabi­netu zaj­rzały dwie osoby.

- To pani psy­cho­log i pani peda­gog - zwró­ci­łem się ponow­nie do chło­paka. - Poznaj­cie się. Póź­niej twój wycho­wawca pokaże ci grupę i pokój. Od dzi­siaj to on będzie naj­czę­ściej miał z tobą kon­takt.

Chło­pak popra­wił bluzę i w jed­nej chwili pan­cerz wró­cił na swoje miej­sce. Ruszył do drzwi, na progu się jed­nak zatrzy­mał.

- Do widze­nia... panie dyrek­to­rze - powie­dział, nie odwra­ca­jąc się.

Drzwi zamknęły się cicho. Patrzy­łem na nie jesz­cze przez chwilę. Nie mia­łem złu­dzeń: nie wygra­łem tej bitwy. On też nie. Pierw­szego dnia w ośrodku nikt nie wygrywa. Pierw­szego dnia naj­waż­niej­sze jest, żeby chło­pak, wycho­dząc z gabi­netu, wie­dział, że jest tu przy­naj­mniej jeden doro­sły, przed któ­rym nie musi uda­wać tward­szego, niż jest naprawdę.

1. Droga do wychowka

1

Droga do wychowka

Podróż z War­szawy do domu dłu­żyła mi się nie­mi­ło­sier­nie, jakby asfalt celowo roz­cią­gał się pod kołami samo­chodu, kpiąc z mojego zmę­cze­nia. Remont DK2 spra­wiał wra­że­nie syzy­fo­wej pracy, w któ­rej kolejne war­stwy betonu poja­wiały się tylko po to, by za chwilę mogły zostać roz­ko­pane na nowo. Sznur samo­cho­dów prze­miesz­czał się zde­rzak w zde­rzak niczym ospały orga­nizm, któ­remu ode­brano wolę przy­spie­sze­nia. Pedał gazu wyda­wał się bez­u­ży­teczny, bo każda próba wyrwa­nia się z suną­cego nie­mrawo ciągu aut koń­czyła się kolej­nym hamo­wa­niem.

Kole­gium kura­tor­skie jak zwy­kle się prze­cią­gnęło. Kil­ku­go­dzinne dys­ku­sje, jałowe spory i pozor­nie kon­struk­tywne wnio­ski zakoń­czyły się o tej porze, o któ­rej trudno już prze­wi­dzieć, ile zaj­mie opusz­cze­nie sto­licy. "Następ­nym razem muszę być bar­dziej aser­tywny", pomy­śla­łem, wpa­tru­jąc się w szybę, za którą migo­tały świa­tła innych pojaz­dów.

Droga wciąż była w remon­cie. Sys­tem rów­nież. W ciągu sied­miu lat pracy na sta­no­wi­sku wice­ku­ra­tora i fir­mo­wa­nia nie­koń­czą­cej się reformy nara­stało we mnie zmę­cze­nie. W tym okre­sie zmie­niło się trzech mini­strów, a wraz z nimi poja­wiały się kolejne wizje - każda zapo­wia­dana jako prze­łom, każda będąca korektą poprzed­niego błędu. Sys­tem przy­po­mi­nał zegar, w któ­rym ktoś wciąż prze­sta­wia wska­zówki, nie rozu­mie­jąc spo­sobu dzia­ła­nia całego mecha­ni­zmu. Ja sam byłem w nim try­bi­kiem - odpo­wie­dzial­nym za legal­ność decy­zji, a nie za ich sens. Do moich zadań nale­żało bierne wyko­ny­wa­nie roz­strzy­gnięć zapa­da­ją­cych daleko poza gro­nem kura­tor­skim, a przede wszyst­kim poza śro­do­wi­skiem prak­ty­ków edu­ka­cji. Byłem wyko­nawcą cudzych decy­zji pozba­wio­nym prawa do kry­tyki. Próby jej for­mu­ło­wa­nia w gma­chu przy Szu­cha koń­czyły się zwy­kle zmy­ciem głowy. Zarzą­dzano tam za pomocą krzyku, będą­cego wyra­zem lęków mini­ste­rial­nych decy­den­tów, któ­rzy bali się nega­tyw­nej reak­cji opi­nii publicz­nej i koniecz­no­ści skła­da­nia wyja­śnień pre­mie­rowi.

Sie­dzia­łem na tyl­nym sie­dze­niu służ­bo­wej Toyoty, mil­czący i w grun­cie rze­czy zbędny, pod­czas gdy dyrek­torka dele­ga­tury, zaj­mu­jąca miej­sce obok kie­rowcy, pro­wa­dziła swoje rów­no­le­głe życie. Pra­co­wała w tra­sie z wprawą kogoś, kto nauczył się trak­to­wać samo­chód jak mobilne biuro. Na kola­nach trzy­mała teczkę, z któ­rej co chwilę wysu­wała kolejne doku­menty. Pod­pisy skła­dała szybko i zde­cy­do­wa­nie. Jedne pisma odkła­dała na prawą stronę - "do ode­sła­nia", inne na lewą - "do wyja­śnie­nia". Tele­fon wibro­wał w kie­szeni jej szma­rag­do­wo­zie­lo­nego żakietu nie­mal bez prze­rwy. "Tak, pro­szę prze­ka­zać, że ter­min jest nie­prze­kra­czalny". "Nie, to nie kwe­stia inter­pre­ta­cji, tylko prze­pi­sów". "Oczy­wi­ście, poroz­ma­wiam z nim oso­bi­ście".

Jej głos prze­cho­dził płyn­nie od chłod­nej, urzę­do­wej sta­now­czo­ści do tonu nie­mal poufa­łego. Potra­fiła jed­nym zda­niem zdy­scy­pli­no­wać roz­mówcę, a dru­gim go uspo­koić. Kiedy odkła­dała tele­fon, przez moment patrzyła przed sie­bie, jakby już w myślach podej­mo­wała kolejne decy­zje. Od czasu do czasu rzu­cała kie­rowcy krót­kie uwagi: "Musimy być przed sie­dem­na­stą". "Doku­menty trzeba będzie zawieźć jutro". "Umó­wię się na spo­tka­nie i prze­każę, o któ­rej wyje­dziemy". Ciszę co chwila prze­ci­nały ury­wane zda­nia, pełne roz­ma­itych skró­tów myślo­wych. W tej wymia­nie pół­słó­wek i zna­czą­cych pauz było świa­dec­two wie­lo­let­niej służ­bo­wej zaży­ło­ści. Naj­wy­raź­niej dyrek­torka i kie­rowca nie potrze­bo­wali peł­nych wypo­wie­dzi, żeby się poro­zu­mieć.

Patrzy­łem na nią z mie­sza­niną podziwu i dystansu. Była uoso­bie­niem admi­ni­stra­cyj­nej spraw­no­ści - kimś, kto potrafi utrzy­mać w ruchu nawet naj­bar­dziej zgrzy­tliwy mecha­nizm. Ja tym­cza­sem coraz czę­ściej mia­łem wra­że­nie, że nie chcę już pod­trzy­my­wać obro­tów tej maszyny.

Za oknem droga wciąż prak­tycz­nie stała w miej­scu, w środku zaś wszystko się zmie­niało. Zazwy­czaj uni­ka­łem jazdy samo­cho­dem na tej tra­sie, bo podróż kli­ma­ty­zo­wa­nym wago­nem szyb­kiej kolei zaj­mo­wała mniej czasu i była bar­dziej prze­wi­dy­walna. Nowo­cze­sne składy spraw­nie sunęły po torach, a jed­no­stajny stu­kot kół porząd­ko­wał myśli. Sie­dem lat dojaz­dów nauczyło mnie stra­te­gii prze­trwa­nia. Klu­czowe było jedno: miej­sce sie­dzące. Żeby je zdo­być, zna­jomi współ­po­dróżni roz­sta­wiali się w nie­wiel­kich gru­pach wzdłuż peronu niczym zwia­dowcy. Każdy znał swoją rolę. Pierw­szy, któ­remu udało się wedrzeć do wagonu, zaj­mo­wał miej­sca dla pozo­sta­łych - torbą, gazetą, płasz­czem rzu­co­nym na opar­cie. Reszta wśli­zgi­wała się chwilę póź­niej, z ulgą i pół­u­śmie­chem zwy­cięz­ców. Rzadko budziło to wro­gie reak­cje. Ci, któ­rym zabra­kło szczę­ścia, przyj­mo­wali porażkę z mil­czącą rezy­gna­cją. Wszy­scy wie­dzieli, że dla czę­ści podróż­nych łowy zakoń­czą się fia­skiem i że przez nie­mal pół­to­rej godziny będą balan­so­wać cia­łem w rytm jazdy. Szczę­śliwcy opa­dali na sie­dze­nia nie­mal cere­mo­nial­nie. Zamy­kali oczy. Zapa­dali w pół­sen. W wago­nie pano­wała pra­wie nie­zmą­cona cisza, prze­ry­wana od czasu do czasu sze­le­stem gazety, stuk­nię­ciem kubka o sto­lik, cza­sem dono­śnym chrap­nię­ciem. Przez te wszyst­kie lata dobie­ga­jący do wnę­trza wagonu cichy stu­kot meta­lo­wych kół stał się dla mnie syno­ni­mem codzien­no­ści.

- Awan­tura w wychowku - roz­brzmiało nagle we wnę­trzu samo­chodu gło­śniej wypo­wie­dziane zda­nie.

- W mło­dzie­żo­wym ośrodku wycho­waw­czym? - zapy­ta­łem, pro­stu­jąc się.

- Tak, w tym dla chłop­ców. Tym razem nie cho­dzi o coś, co zro­bili wycho­wan­ko­wie. Była dyrek­torka wystę­puje do sądu pracy. Kon­flikt z orga­nem pro­wa­dzą­cym - odpo­wie­działa rze­czowo dyrek­torka dele­ga­tury.

Za oknem wolno prze­su­wały się zie­le­nie­jące pola. Kwiet­niowe słońce roz­le­wało się po pobo­czach drogi, jakby świat chciał uświa­do­mić ludziom, że ich kon­flikty i pisma urzę­dowe nie mają więk­szego zna­cze­nia.

- Zarząd ją odwo­łał. Teraz na miej­scu jest peł­niąca obo­wiązki. Sta­ro­sta szuka kogoś z zewnątrz.

Do tej pory "wycho­wek" funk­cjo­no­wał dla mnie jak hasło w tabeli - jeden z nume­rów w spra­woz­da­niu. A prze­cież z wykształ­ce­nia byłem peda­go­giem reso­cja­li­za­cyj­nym. Wykła­da­łem teo­rie naprawy ludz­kich bio­gra­fii. Mówi­łem o rein­te­gra­cji, śro­do­wi­skach wycho­waw­czych i sys­te­mo­wych defi­cy­tach. Prak­tyka pozo­sta­wała obok, jak rów­no­le­gły tor, po któ­rym ni­gdy tak naprawdę nie jecha­łem.

- Może warto zoba­czyć tę pla­cówkę z bli­ska - powie­dzia­łem w końcu. - Tylko nie w try­bie audy­to­wym. Audyty nie sprzy­jają pozna­niu.

- Oczy­wi­ście, panie kura­to­rze.

I wtedy po raz pierw­szy rze­czy­wi­ście sku­pi­łem uwagę na tym miej­scu.

Dyrek­torka dele­ga­tury świet­nie wywią­zała się z nało­żo­nego na nią zada­nia. Ofi­cjal­nym powo­dem zor­ga­ni­zo­wa­nej przez nią wizyty było pod­su­mo­wa­nie reali­zo­wa­nego w pla­cówce pro­jektu edu­ka­cyj­nego. To neu­tralne uza­sad­nie­nie nie nio­sło ze sobą cię­żaru kon­troli ani zapa­chu urzę­do­wego napię­cia, wyda­wało się więc ide­al­nym pre­tek­stem. I tak oto jecha­łem do ośrodka, a rodzący się w mojej gło­wie pomysł na zmianę ścieżki zawo­do­wej wywo­ły­wał we mnie emo­cjo­nalne poru­sze­nie. Cie­ka­wość, nadzieja i obawa przed roz­cza­ro­wa­niem mie­szały się ze sobą, two­rząc oso­bliwy kok­tajl.

Gdy minę­li­śmy tabliczkę z nazwą miej­sco­wo­ści, odru­chowo spoj­rza­łem na zega­rek. "Czter­dzie­ści minut - mruk­ną­łem w myślach. - Nie­naj­gor­sza droga, nie­wielki ruch. Jest dobrze". Uśmiech­ną­łem się pod nosem, pozwa­la­jąc myślom pobiec dalej. "Na dzień dobry zaosz­czę­dzę ponad pół godziny na dojeź­dzie do pracy. W obie strony zyskam bli­sko pół­to­rej godziny. W tygo­dniu sześć godzin. W mie­siącu... trzy dni pracy". Zatrzy­ma­li­śmy się przed ośrod­kiem. Na par­kingu stały zale­d­wie trzy samo­chody. Mój wzrok padł na komin sta­rej kotłowni i beto­nowy plac na węgiel znaj­du­jące się obok budynku. Zza niego widać było peł­no­wy­mia­rowe boisko do piłki ręcz­nej, oto­czone wyso­kimi łapa­czami piłek. Naj­wy­raź­niej boisko słu­żyło rów­nież do gry w piłkę nożną. Kiedy wysia­dłem z samo­chodu i zro­bi­łem parę kro­ków w jego kie­runku, zauwa­ży­łem, że na tar­ta­no­wym pod­łożu wyma­lo­wano dodat­kowe linie wyzna­cza­jące pole do tenisa ziem­nego, jakby ktoś upar­cie pod­kre­ślał, że hasło "Sport to zdro­wie" nie jest tu jedy­nie pustym slo­ga­nem.

Rozej­rza­łem się wokół. Teren, na któ­rym usy­tu­owano pla­cówkę, był roz­le­gły i w miarę zadbany. Pora­stała go trawa, z roz­rzu­co­nymi tu i ówdzie wyso­kimi drze­wami - brzo­zami, aka­cjami i igla­kami, które teraz koły­sały się leni­wie na wio­sen­nym wie­trze. Całość ogro­dzona była solidną siatką, osa­dzoną na beto­no­wych, miej­scami nieco już znisz­czo­nych słup­kach.

Ośro­dek znaj­do­wał się w nie­wiel­kiej wio­sce, trudno było jed­nak oprzeć się wra­że­niu, że wycho­wan­ko­wie wraz z per­so­ne­lem sta­no­wili więk­szość lokal­nej spo­łecz­no­ści. Wzdłuż drogi, która koń­czyła się wła­śnie w tej wsi, stało zale­d­wie kilka domostw. Dalej nie było już nic - żad­nego "przy oka­zji", żad­nego tran­zytu. Część oko­licz­nych zabu­do­wań wyglą­dała, jakby czas pły­nął tu nieco szyb­ciej niż gdzie indziej. Fasady nosiły ślady wielu zim i desz­czów, ganki cicho opo­wia­dały histo­rię minio­nych lat, a ogro­dze­nia czasy świet­no­ści miały już dawno za sobą. Mię­dzy obej­ściami swo­bod­nie spa­ce­ro­wały kury, a wyle­gu­jące się obok domów psy z wła­ściwą sobie czuj­no­ścią śle­dziły każdy ludzki ruch. W całym tym kra­jo­bra­zie było coś przy­gnę­bia­ją­cego - nie tyle zanie­dba­nie, ile poczu­cie, że to miej­sce od dawna czeka na lep­szy czas.

To zda­rza się zaska­ku­jąco czę­sto: mamy pre­cy­zyjne wyobra­że­nie na jakiś temat, a potem rze­czy­wi­stość jed­nym dmuch­nię­ciem zmiata je jak kurz z blatu. Nie dla­tego, że byli­śmy naiwni, tylko dla­tego, że wyobra­że­nia są z natury pła­skie - skle­jone z opo­wie­ści, ste­reo­ty­pów, uryw­ków infor­ma­cji, wła­snych lęków i nadziei. Dopiero gdy sta­jemy na miej­scu, sły­szymy głosy, czu­jemy zapach, widzimy twa­rze i gesty, zaczy­namy rozu­mieć, że prawda ma fak­turę: jest chro­po­wata, nie­jed­no­znaczna i pełna sprzecz­no­ści. Chyba wła­śnie dla­tego tak bar­dzo potrze­bu­jemy dotknąć, doświad­czyć, poznać - nie "z opisu", nie "z doku­men­tów", nie "z dru­giej ręki". Bo dopiero spo­tka­nie z real­no­ścią wytrąca nas z wygod­nych sche­ma­tów i uczy pokory.

Spoj­rza­łem w stronę budynku ośrodka. Dłuż­sza, jed­no­pię­trowa część mie­ściła szkołę, do któ­rej mniej wię­cej w poło­wie "dole­piono" maleńką salę gim­na­styczną. W krót­szym, dwu­pię­tro­wym skrzy­dle znaj­do­wał się inter­nat. Ele­wa­cja była odno­wiona, ale mimo to całość nie budziła cie­płych uczuć. We wszyst­kich oknach znaj­do­wały się kraty. Rzadko spo­tyka się pla­cówki oświa­towe, w któ­rych każde pomiesz­cze­nie przy­po­mina raczej celę niż salę lek­cyjną. Jeśli już, to takie sko­ja­rze­nia budzą pokoje admi­ni­stra­cyjne albo pra­cow­nie kom­pu­te­rowe, zabez­pie­czone ze względu na sprzęt czy doku­menty, które znaj­dują się w środku. Tutaj jed­nak kra­tami oddzie­leni byli ludzie. Gęsto roz­miesz­czone, masywne pręty miały chro­nić przede wszyst­kim przed próbą ich wydo­sta­nia się na wol­ność. Widok był przy­tła­cza­jący.

Drzwi do budynku oka­zały się zamknięte. Naci­sną­łem przy­cisk dzwonka elek­trycz­nego i za prze­szkle­niem zama­ja­czyła czy­jaś syl­wetka. Po chwili roz­legł się meta­liczny dźwięk odry­glo­wy­wa­nego zamka.

- Dzień dobry, panie kura­to­rze. Dzień dobry, pani dyrek­tor - usły­sze­li­śmy. - Miło mi gościć pań­stwa w murach pla­cówki wycho­waw­czej. Jestem peł­niącą obo­wiązki dyrek­tora. Zapra­szam.

Prze­stą­pi­li­śmy próg i zna­leź­li­śmy się w nie­wiel­kim kory­ta­rzu z troj­giem kolej­nych drzwi. Zza jed­nych - prze­szklo­nych, podob­nych do wej­ścio­wych - przy­glą­dało nam się kilku chłop­ców. Rzu­ci­łem im szyb­kie spoj­rze­nie. Mło­dzi ludzie, któ­rzy na pierw­szy rzut oka niczym szcze­gól­nym się nie wyróż­niali. Patrzyli na nas z cie­ka­wo­ścią i coś mię­dzy sobą szep­tali, choć ich gło­sów nie było sły­chać.

Weszli­śmy do gabi­netu dyrek­torki.

- Kawa, her­bata? Czym mogę pań­stwa poczę­sto­wać?

Wypo­sa­że­nie pomiesz­cze­nia było skromne: mały sto­lik, fotel, kanapa... Obok nie­wiel­kiego regału z książ­kami - nie­licz­nymi, ale noszą­cymi wyraźne ślady czy­ta­nia - stało biurko. Popro­si­li­śmy o her­batę. Drzwi pro­wa­dzące z gabi­netu do sekre­ta­riatu otwo­rzyły się cicho i po chwili na stole poja­wiły się trzy fili­żanki paru­ją­cego napoju.

- Bar­dzo się cie­szę, że zna­leźli pań­stwo czas na wizytę w ośrodku - powie­działa dyrek­torka. - Choć muszę przy­znać, że ostat­nio dość czę­sto gości­li­śmy pra­cow­ni­ków nad­zoru.

- Wiem, że nie były to wizyty, które budzą eufo­rię. Sytu­acja nas do tego zmu­siła. Mam jed­nak nadzieję, że te spo­tka­nia przy­naj­mniej coś kon­struk­tyw­nego wnio­sły. - Zawie­si­łem głos. - Myślę też, że dzi­siej­sze odwie­dziny nie okażą się dla pań­stwa stre­su­jące. Wręcz prze­ciw­nie. Pro­szę powie­dzieć nam kilka słów o pla­no­wa­nej uro­czy­sto­ści.

- Nie potrwa to szcze­gól­nie długo, bo też nie spo­dzie­wa­li­śmy się wcze­śniej pań­stwa obec­no­ści - odparła dyrek­torka uspra­wie­dli­wia­jąco. - Liczymy jed­nak, że mimo wszystko uda nam się pań­stwa zain­te­re­so­wać efek­tami pro­jektu.

- Na pewno tak będzie - zapew­ni­łem z uśmie­chem. - Pro­szę też uwzględ­nić kilka minut na poka­za­nie nam pla­cówki. Bar­dzo mnie cie­kawi, jak ona działa. Jestem prze­ko­nany, że mimo przej­ścio­wych trud­no­ści mają się pań­stwo czym pochwa­lić. Kon­trole, o któ­rych pani wspo­mniała, pozwo­liły sfor­mu­ło­wać rów­nież wiele pozy­tyw­nych wnio­sków na temat pracy ośrodka.

Zauwa­ży­łem, że dyrek­torka wyraź­nie się roz­luź­niła. Jakby napię­cie, z któ­rym witała nas w drzwiach, powoli ustę­po­wało miej­sca ostroż­nej nadziei. Wpro­wa­dziła nas w zagad­nie­nia zwią­zane z reali­za­cją pro­jektu, a potem ruszy­li­śmy w stronę pomiesz­cze­nia, w któ­rym miała się odbyć uro­czy­stość poświę­cona przed­się­wzię­ciu. Na szkolny kory­tarz weszli­śmy po cha­rak­te­ry­stycz­nym szczęku zamka otwie­ra­ją­cego drzwi - te same, za któ­rymi chwilę wcze­śniej widzia­łem wycho­wan­ków, w mil­cze­niu obser­wu­ją­cych nas jak rzad­kie zja­wi­sko. Wewnątrz wszystko było natu­ral­nym dopeł­nie­niem tego, co zoba­czy­łem na zewnątrz. Poobi­jane i miej­scami odra­pane ściany bła­gały o szpa­chlę i świeżą farbę. Brud­no­be­żowy kolor sufitu i ścian, odcięty w poło­wie wyso­ko­ści ciem­no­brą­zową lam­pe­rią, przy­da­wał prze­strzeni cięż­ko­ści i bez­cza­so­wo­ści - jakby od lat nic się tu nie zmie­niało, a każda kolejna war­stwa farby była jedy­nie próbą ukry­cia wcze­śniejszych zanie­dbań. Na tej mato­wej, zmę­czo­nej powierzchni gdzie­nie­gdzie wid­niały zapi­ski wyko­nane dłu­go­pi­sem: krót­kie hasła i pro­ste rysunki, cza­sem wul­garne, cza­sem tylko pełne gniewu. Były jak nieme komen­ta­rze do codzien­no­ści, któ­rej nikt nie pró­bo­wał już nawet cen­zu­ro­wać. Pano­wała tu atmos­fera przy­tła­cza­ją­cej sza­ro­ści. Buro i ponuro - te dwa słowa same cisnęły się na myśl. "Brak pie­nię­dzy na remont czy brak dba­ło­ści?", zapy­ta­łem sam sie­bie, ale nie zna­la­złem jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi. A może jedno i dru­gie?

W sali gim­na­stycz­nej, na pro­wi­zo­rycz­nie zaaran­żo­wa­nej sce­nie stała tablica z doku­men­ta­cją zdję­ciową pro­jektu, jakby z czy­je­goś pry­wat­nego albumu wyjęto foto­gra­fie i wysta­wiono je na świa­tło jarze­nió­wek. Obok wisiał ekran. Tro­chę za wysoko, jak to bywa, kiedy coś trzeba zro­bić "na już", a ktoś aku­rat zna­lazł dwa haki i kawa­łek sznurka. Na bia­łej płasz­czyź­nie migo­tał slajd zapo­wia­da­jący mul­ti­me­dialną pre­zen­ta­cję. Z daleka ta insta­la­cja nada­wała prze­strzeni nie­mal uro­czy­sty cha­rak­ter, z bli­ska było zwy­czaj­nie. Scena z ekra­nem budziła sko­ja­rze­nia ze szkolną aka­de­mią, tylko pozba­wioną sztucz­nej powagi.

Usia­dłem wśród innych. Ktoś chrząk­nął, ktoś odsu­nął krze­sło. Któ­ryś z chłop­ców szep­nął do sąsiada krót­kie:

- Dawaj, zaczy­namy.

Pierw­sze zdję­cia poka­zały chło­pa­ków w trak­cie zajęć. Różne aktyw­no­ści, różne miny: tu ktoś sku­piony, z języ­kiem lekko wysu­nię­tym z kącika ust, tam ktoś udaje, że się nie stara, choć spięte ramiona zdra­dzają coś cał­kiem prze­ciw­nego. Na kolej­nych slaj­dach poja­wiły się nie­po­zo­wane, swo­bodne uśmie­chy.

Koor­dy­na­torka pro­jektu, wycho­waw­czyni pra­cu­jąca w ośrodku, stała z boku ekranu. Mówiła pew­nie i rze­czowo, ale z cie­płem w gło­sie. Czuć było, że zna tych chło­pa­ków nie z papie­rów, tylko z poran­ków, pod­czas któ­rych trzeba ich wycią­gać z łóżek, i z wie­czo­rów, gdy kręcą się jesz­cze po kory­ta­rzu, bo nie potra­fią od razu zasnąć.

- W ramach pro­jektu zało­ży­li­śmy... - zaczęła, a potem poszły punkty, cele, efekty i ter­miny.

Słowa ukła­dały się w upo­rząd­ko­waną formę, a twa­rze na slaj­dach przy­da­wały owej for­mie praw­dzi­wej tre­ści. W tym cza­sie chłopcy rzu­cali kolejne komen­ta­rze, jakby nie umieli sie­dzieć w ciszy. Jakby uzna­wali ciszę za podej­rzany stan.

- O, patrz! To ja! - zawo­łał jeden i zanim kto­kol­wiek zdą­żył go uci­szyć, par­sk­nął wesoło i zara­ził śmie­chem całą salę.

- Ty? Ty tam wyglą­dasz na zeksa! - dogryzł mu drugi, porów­nu­jąc tym samym kolegę do wycho­wawcy.

- A ty jak głu­pek powta­rza­jący klasę! - odpa­ro­wał pierw­szy.

Co chwilę wybu­chały krót­kie salwy śmie­chu, a pomię­dzy nimi sypały się uwagi. Jedni rzu­cali coś na temat mniej lub bar­dziej "mądrej" miny, dru­dzy komen­to­wali pozę. Ktoś pró­bo­wał tłu­ma­czyć, że wszystko wyszło zupeł­nie przy­pad­kiem, ale patrząc na zdję­cie, naprawdę trudno w to było uwie­rzyć.

- Ej, pamię­tasz, jak to spa­dło? - zapy­tał gło­śno któ­ryś z chłop­ców.

- Cicho, bo pani mówi! - pró­bo­wał wpro­wa­dzić porzą­dek ktoś inny, ale w gło­sie miał wię­cej roz­ba­wie­nia niż suro­wo­ści. - Żesz, kurwa, mówię prze­cież: cicho! - obu­rzył się, tylko że jego "cicho" dotarło aż do połowy sali.

Patrzy­łem na nich uważ­nie przez cały czas. Obser­wo­wa­łem to, co dzieje się dookoła, jak­bym chciał zła­pać w dło­nie tę ulotną atmos­ferę i zaska­ku­jący spo­kój tego miej­sca. Nie było tu napię­cia, nie wisiało w powie­trzu żadne "zaraz coś się sta­nie". Wręcz prze­ciw­nie: w sali pano­wała nie­uda­wana swo­boda. Nagle poczu­łem, jak mój wła­sny ste­reo­typ - ten głupi obraz "łysego, wydzia­ra­nego patola", wul­gar­nego mię­śniaka zie­ją­cego nie­na­wi­ścią - zde­rza się z rze­czy­wi­sto­ścią jak kula z poduszką. Miękko i bez huku, a jed­nak bole­śnie dla moich prze­ko­nań. "Chłopcy jak chłopcy", sko­men­to­wa­łem w myślach. Byli zwy­czajni w swo­jej nie­jed­no­rod­no­ści. Jedni więksi, dru­dzy drob­niejsi. Jedni z twa­rzami jesz­cze dzie­cię­cymi, inni już z doro­słymi rysami i prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Wielu z nich było krótko ostrzy­żo­nych, ale raczej nie "jak w woj­sku", tylko prak­tycz­nie - maszynka, szybka robota, zero filo­zo­fii. Głowy innych wień­czyły fan­ta­zyjne fry­zury, tro­chę na prze­kór, tro­chę dla zabawy albo żeby zazna­czyć: "Ja to ja". Mieli w sobie cie­ka­wość, tyle że ona cza­sem wyra­żała się nie­ty­powo: w zaczep­nym pyta­niu, śmie­chu albo w spoj­rze­niu spod przy­mru­żo­nych powiek. Byli też bystrzy - w lot wyła­py­wali na zdję­ciach różne szcze­góły oraz wpadki kole­gów i rzu­cali celne komen­ta­rze.

Na rękach czy nogach nie­któ­rych widać było tatu­aże: akro­nimy, krót­kie hasła, znaki roz­po­znaw­cze. Nie były gład­kie, pro­sto z salonu. Wyglą­dały jak cha­łup­ni­cze mani­fe­sty. Pomy­śla­łem, że to nie jest wyraz este­tyki tych chłop­ców, lecz komu­ni­kat - pro­sty, cza­sem głupi, ale wła­sny. Ich ubra­nia też były zwy­czajne: bluzy, spodnie, spor­towe buty, kurtki, które pamię­tały wię­cej niż jeden sezon. Styl mieli luźny, jakby nie chcieli, żeby cokol­wiek ich krę­po­wało. Dało się też zauwa­żyć jeden ele­ment, który wra­cał jak refren: torby typu nerka prze­wie­szone przez ramię. Z pozoru nic, a jed­nak mia­łem wra­że­nie, że w tym miej­scu te torby zna­czą wię­cej niż gdzie indziej. Czu­łem, że chłopcy za ich pośred­nic­twem wysy­łali komu­ni­kat: "Mam swoje rze­czy przy sobie".

Po kil­ku­na­stu minu­tach pre­zen­ta­cja nagle dobie­gła końca. Zgasł slajd, zapa­lono dodat­kowe świa­tła i w sali zaja­śniało. Ktoś coś jesz­cze rzu­cił, ktoś par­sk­nął, ktoś stuk­nął butem o pod­łogę, ale w pomiesz­cze­niu stop­niowo zaczy­nało przy­ci­chać. Wtedy przed uczest­ni­kami sta­nęła dyrek­torka pla­cówki.

- Dzię­kuję - powie­działa krótko. - A teraz... na zakoń­cze­nie spo­tka­nia wystąpi jeden z naszych wycho­wan­ków.

Chło­pak, któ­rego zapo­wie­działa, wyszedł na śro­dek. Nie sta­rał się robić show. Miał odma­lo­wane na twa­rzy sku­pie­nie i coś jesz­cze... To był ten rodzaj dumy, któ­rego nie trzeba pod­kre­ślać gestami.

- Dawaj, dawaj! - rzu­cił chło­pak sie­dzący z tyłu, szcze­rze go dopin­gu­jąc.

I wtedy zaczął się beat­bo­xowy występ. Rytmy i dźwięki wydo­by­wały się z wyko­nawcy jak z dobrze naoli­wio­nej maszyny, a jed­no­cze­śnie brzmiały wyjąt­kowo natu­ral­nie. Bas, wer­bel, hi-hat - wszystko two­rzone przy uży­ciu ust, języka i odde­chu. Momen­tami miało się poczu­cie, jakby w sali nagle poja­wił się nie­wi­dzialny per­ku­si­sta i roz­sta­wił cały zestaw instru­men­tów. Zro­biło to na mnie wra­że­nie. Nie dla­tego, że "jak na wycho­wanka" pora­dził sobie nie­źle - taka pro­tek­cjo­nalna myśl poja­wiła się na moment, ale od razu ją odsu­ną­łem - tylko dla­tego, że to, co robił, było po pro­stu dobre. Wypra­co­wane. Widać było, że ma do tego zami­ło­wa­nie, że wkłada w to ener­gię i serce.

Spoj­rza­łem na sie­dzą­cych dookoła wycho­wan­ków. Patrzyli na kolegę z mie­sza­niną dumy i uda­wa­nej obo­jęt­no­ści, którą nasto­lat­ko­wie noszą jak zbroję.

- Mówi­łem ci, stary, że on tak potrafi - mruk­nął jeden do dru­giego.

- Ta... pier­dol się - prych­nął tam­ten, ale kącik ust i tak mu drgnął.

- Zamknij mordę, słu­chaj! - syk­nął ktoś z tyłu.

Jak tylko występ dobiegł końca, sala roz­brzmiała okla­skami, gwizd­nię­ciami i okrzy­kami. Chło­pak uśmiech­nął się, ale tylko pół­gęb­kiem, jakby nie chciał prze­sa­dzić z oka­zy­wa­niem emo­cji, po czym się wyco­fał.

Sie­dzia­łem wśród w więk­szo­ści rado­snych ludzi i wciąż myśla­łem o tym, jak łatwo przy­piąć komuś ety­kietę i jak trudno cał­ko­wi­cie uwol­nić się od patrze­nia na dru­giego czło­wieka przez pry­zmat ste­reo­typu. To, co zoba­czy­łem, z pew­no­ścią nie było "pato­lo­gią", a takie sko­ja­rze­nie kilka razy tego dnia prze­mknęło mi przez głowę. To byli chłopcy: natu­ralni, gło­śni, bez­czelni w odzyw­kach, ale też cie­kawi, z prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem i poczu­ciem humoru. Na ulicy wyróż­nia­liby się może bra­kiem typo­wej dla wielu z nas sztyw­no­ści, ale gdyby minęli mnie mię­dzy skle­pem a przy­stan­kiem, pew­nie pomy­ślał­bym tylko: "mło­dzi" i poszedł­bym dalej. Dopiero teraz jed­nak widzia­łem, że w zwy­czaj­nych twa­rzach tych "chłop­ców z mar­gi­nesu", w ich krót­kich fry­zu­rach i ner­kach prze­wie­szo­nych przez ramię, w śmie­chu i komen­ta­rzach nio­są­cych się na pół sali jest coś jesz­cze, czego wcze­śniej nie dostrze­ga­łem: zwy­kłe życie. Cha­otyczne, prze­sy­cone pra­gnie­niem uzna­nia i potrzebą, żeby choć przez chwilę czuć się po pro­stu... na miej­scu.

- Czy obej­rzymy teraz pla­cówkę? - usły­sza­łem uprzejmy głos dyrek­torki ośrodka, jakby pytała, czy mam ochotę na deser po obie­dzie.

Kiw­ną­łem głową i podą­ży­li­śmy w głąb budynku.

Szli­śmy dłu­gimi, wąskimi kory­ta­rzami, oświe­tlo­nymi jarze­niów­kami, które mru­gały jak zmę­czone powieki. Pach­niało deter­gen­tem, ale pod spodem wyczu­wa­łem coś jesz­cze. Stę­chli­znę, wil­goć, pot, a może mocz...? Zapach zamknię­tych pomiesz­czeń, w któ­rych za długo gro­ma­dzi się ludz­kie życie. Zaglą­da­li­śmy do cia­snych, nie­mal klau­stro­fo­bicz­nych pokoi wycho­wan­ków. W każ­dym było wci­śnię­tych po kilka łóżek, jakby ktoś pró­bo­wał upchnąć rze­czy w zbyt małej walizce. Mate­race były zapad­nięte w miej­scach, w któ­rych nocami leżeli chłopcy. Kiedy wsta­wali na nasz widok, skrzy­piały sprę­żyny. Gdzie­nie­gdzie na ścia­nach wisiały pla­katy, nie­które krzywo przy­kle­jone taśmą, nie­które podarte. Wyda­wało się, jakby za ich pomocą ktoś pró­bo­wał zazna­czyć: "To jest moje miej­sce", ale budy­nek się temu sprze­ci­wiał, odpo­wia­da­jąc: "Tu nic nie jest naprawdę twoje". Szafki były obtłu­czone, z odcho­dzącą tu i ówdzie okle­iną, a drzwiczki się nie domy­kały. Pod­łogi - pory­so­wane, miej­scami lep­kie, z ciem­nymi śla­dami po czymś, czego nikt już nie pamię­tał.

- Tu miesz­kają - oznaj­miła mi dyrek­torka, jakby to nie było oczy­wi­ste.

"Miesz­kają" - to słowo w jed­nej chwili nabrało w mojej gło­wie iro­nicz­nego wydźwięku. Bar­dziej paso­wa­łoby chyba: "trwają". Im dłu­żej cho­dzi­li­śmy, tym bar­dziej przy­tła­czało mnie to miej­sce. Było w nim coś z zapo­mnia­nej sta­cji kole­jo­wej, na któ­rej pociągi już się nie zatrzy­mują, ale ktoś wciąż stoi na pero­nie, bo nie wie, że roz­kład jazdy jest pusty.

- To wyzwa­nie - stwier­dzi­łem kil­ka­dzie­siąt minut póź­niej, gdy sie­dzie­li­śmy już w samo­cho­dzie. Sam nie wiem, czy powie­dzia­łem to w myślach, czy jed­nak na głos.

Bieda i mize­ria finan­sowa - takie były fakty. Budy­nek, jego wypo­sa­że­nie, infra­struk­tura tech­niczna, zaple­cze dydak­tyczne - wszystko wołało o pie­nią­dze jak wyschnięta zie­mia o deszcz. "Ogar­nię­cie spraw pochło­nie masę ener­gii i pracy", mru­cza­łem do sie­bie. "Pie­nią­dze. Bez nich nie­wiele zdzia­łam". Zda­wa­łem sobie sprawę, że budżet to nie­zbędny ele­ment dzia­ła­nia każ­dej insty­tu­cji. "Pie­nię­dzy można poszu­kać", doda­łem zaraz. "Można je zdo­by­wać. Dam sobie z tym radę".

Jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że pro­blem nie koń­czy się na finan­sach. Admi­ni­stro­wa­nie, czyli tabele, wskaź­niki, decy­zje i pod­pisy, jest ważne, ale pla­cówka to przede wszyst­kim ludzie. Chłopcy, wycho­wawcy, kon­flikty, emo­cje, małe zwy­cię­stwa i wiel­kie porażki. Pro­cesy, które nie pod­dają się łatwo kon­troli. "Z tym też powi­nie­nem sobie pora­dzić", pomy­śla­łem.

Mimo wszystko wciąż czu­łem dziwny nie­po­kój. Nie bałem się zarzą­dza­nia, nie czu­łem też lęku na myśl o wzię­ciu odpo­wie­dzial­no­ści. Mia­łem doświad­cze­nie, podej­mo­wa­łem decy­zje i ni­gdy nie ucie­ka­łem od trud­nych wybo­rów. Skąd więc to waha­nie? Czyżby cho­dziło o to, że wcze­śniej byłem wice­sze­fem oświaty w woje­wódz­twie wiel­ko­ści Bel­gii, sie­dzia­łem w gabi­ne­cie z wido­kiem na główną ulicę sto­licy, odpo­wia­da­łem za setki szkół, tysiące nauczy­cieli, dzie­siątki tysięcy uczniów, pod­pi­sy­wa­łem doku­menty, które naprawdę coś zna­czyły, a teraz przede mną maja­czyła per­spek­tywa obję­cia funk­cji dyrek­tora MOW-u w dziu­rze, o któ­rej nikt nic nie wie i nie chce wie­dzieć? Kon­trast był naprawdę duży. Jakby ktoś nagle zapro­po­no­wał mi zamianę auto­strady na polną drogę. Wie­dzia­łem jedno: nie chcę już pra­co­wać w nad­zo­rze. Mia­łem dość fir­mo­wa­nia mini­ste­rial­nego cha­osu i uda­wa­nia, że wszystko jest w porządku. Dość uśmie­cha­nia się na nara­dach, gdy wewnątrz mnie nara­stała fru­stra­cja. Chcia­łem praw­dzi­wej zmiany. Tylko czy wła­śnie takiej?

Przed oczami prze­la­ty­wały mi obrazki z wizyty: zapad­nięte łóżka, obdra­pane ściany, chłopcy śmie­jący się do slaj­dów. Czu­łem pul­su­jący w krwio­biegu beat­bo­xowy rytm. I nagle, być może wła­śnie pod jego wpły­wem, nega­tywne emo­cje zaczęły ustę­po­wać we mnie miej­sca auten­tycz­nemu zain­te­re­so­wa­niu tymi chło­pa­kami i pracą z nimi. Zawsze lubi­łem ludzi, któ­rzy byli "jacyś", nie­tu­zin­kowi. Takich, któ­rzy nie mie­ścili się w wygod­nych szu­flad­kach. Ener­gicz­nych, cza­sem pro­ble­ma­tycz­nych i sta­wia­ją­cych wyzwa­nia. Sam ni­gdy nie byłem co prawda typem przy­wódcy czy zady­mia­rza, ale też nie dawa­łem się pod­po­rząd­ko­wać. Może dla­tego tak dobrze rozu­mia­łem tych, któ­rzy mieli "rogi".

Uśmiech­ną­łem się do swo­ich myśli. Droga powrotna prze­stała być sekwen­cją zakrę­tów i pro­stych. Stała się kory­ta­rzem pro­wa­dzą­cym do decy­zji, która doj­rze­wała we mnie od mie­sięcy, tylko dotąd nie mia­łem odwagi wypo­wie­dzieć jej na głos. Słu­cha­łem dźwięku pracy sil­nika, patrzy­łem na prze­su­wa­jące się za szybą pola oraz domy i po raz kolejny odtwa­rza­łem w myślach frag­menty tego, czego byłem świad­kiem tego dnia.

W pew­nej chwili doświad­czy­łem cze­goś, co zasko­czyło mnie bar­dziej niż bieda pla­cówki: poczu­cia sensu. Zro­zu­mia­łem, że to miej­sce nie jest jedy­nie "zapa­dłą dziurą", którą łatwo omi­nąć wzro­kiem, gdy patrzy się z per­spek­tywy urzęd­ni­czego gabi­netu. To jest labo­ra­to­rium czło­wieka. W suro­wych warun­kach, w prze­strzeni, która nie pozwala uda­wać, wszystko widać szyb­ciej i ostrzej: emo­cje, mecha­ni­zmy, któ­rym pod­lega grupa, gra­nice, które trzeba sta­wiać mądrze, i reguły, które cza­sem trzeba polu­zo­wać, żeby ktoś mógł zła­pać oddech. Tu teo­ria nie ma gdzie się scho­wać.

I wtedy przy­szła mi do głowy pro­sta myśl: to będzie dobre miej­sce do pracy. Nie dla­tego, że będzie łatwo. Będzie dobre wła­śnie dla­tego, że wiąże się z trud­no­ściami. Bo jeśli dotąd byłem czło­wie­kiem od teo­rii, pro­ce­dur, ana­liz i wnio­sków, to tutaj mogę stać się czło­wie­kiem od prak­tyki.

Pomy­śla­łem też o sobie bez fał­szy­wej skrom­no­ści. Prze­cież ja na tym zyskam! Roz­winę się. Zmie­nią się moje reak­cje i spoj­rze­nie na ludzi, praw­do­po­dob­nie zwięk­szą się cier­pli­wość i odwaga w podej­mo­wa­niu decy­zji. A wraz z tym zyskają też inni. Jeśli mam prze­ka­zy­wać stu­den­tom wie­dzę z zakresu reso­cja­li­za­cji, pracy wycho­waw­czej i sys­te­mów wspar­cia, to chcę, żeby pocho­dziła ona nie tylko z ksią­żek i roz­po­rzą­dzeń. Kiedy to do mnie dotarło, zro­zu­mia­łem, że ta zmiana nie będzie degra­da­cją. "Być może - pomy­śla­łem, choć zabrzmiało to odważ­nie nawet dla mnie samego - moja praca komuś naprawdę pomoże".

Wciąż mia­łem jed­nak tro­chę wąt­pli­wo­ści. Przy­je­cha­łem do ośrodka z baga­żem ste­reo­ty­pów, że "tam" musi być groź­nie, wrogo, że spo­tkam ludzi, w któ­rych aż buzuje od nie­na­wi­ści, a wyje­cha­łem z zamę­tem w gło­wie. W wychowku zoba­czy­łem bowiem chło­pa­ków śmie­ją­cych się do zdjęć, prze­ko­ma­rza­ją­cych się jak ich rówie­śnicy i cie­ka­wych świata bar­dziej, niż chcia­łoby się przy­znać. I poczu­łem, jak mój wła­sny obraz rze­czy­wi­sto­ści kru­szy się w zde­rze­niu z fak­tami. Zrozumia­łem, że ste­reo­typ nie jest wie­dzą, lecz wygod­nym skró­tem. A one rzadko pro­wa­dzą do prawdy.

Ale to było dopiero pierw­sze odkry­cie. Dru­gie doty­czyło mnie samego - i było trud­niej­sze do przy­ję­cia. Prze­ko­na­łem się, jak bar­dzo przy­wią­zany jestem do sta­bil­no­ści, nawet jeśli ją kry­ty­kuję. Zda­łem sobie sprawę, że łatwo jest mówić o potrze­bie zmiany, kiedy ta pozo­staje jedy­nie mgli­stą ideą. Praw­dziwe wyj­ście ze strefy kom­fortu zaczyna się dopiero wtedy, gdy trzeba coś real­nie stra­cić: pozy­cję, prze­wi­dy­wal­ność i codzienny rytm.

W pew­nej chwili, być może dzięki wspo­mnie­niu twa­rzy widzia­nych tego dnia, poczu­łem, że wła­śnie tam, w wychowku, wśród obdra­pa­nych ścian i szczęku zam­ków, doko­nała się we mnie ważna zmiana. Po raz pierw­szy prze­sta­łem patrzeć na to miej­sce jak na "pro­jekt" albo "kolejny etap kariery". Zoba­czy­łem ludzi i ener­gię, która - jeśli zosta­nie dobrze popro­wa­dzona - może stać się siłą, a nie zagro­że­niem. I wtedy oznaj­mi­łem, naj­pierw po cichu, jak­bym chciał się oswoić z myślą, że koń­czę w życiu jakiś etap i otwie­ram następny, a potem gło­śniej:

- Tak, chcę być dyrek­to­rem wychowka.