Neven. Zabójcza zazdrość #2 - Karolina Wilchowska

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

1

Mówią, że nie ma związków idealnych. Ludzie od wieków kłócą się i godzą, rzucają w siebie ciężkimi słowami, a potem kochają do utraty tchu. Mocne uczucia wywołują skrajne reakcje. Tak było i w naszym przypadku. Winny był temu również stres związany z planowaniem wspólnej przyszłości - ślubu, który mimo wcześniej uzgodnionego terminu został przełożony na bardziej realny, wiosną, w moje urodziny. No bo kto bogatemu zabroni? Szesnastego kwietnia, magiczna data, kiedy wszystko miało się zmienić. Ja zostanę szczęśliwą panią Dubrovnic, wejdziemy na wyższy poziom krótkiej, ale burzliwej relacji, która mimo strasznych wydarzeń, była najlepszym, co mnie w życiu spotkało. No i doświadczyłam awansu społecznego: z towaru na czarnym rynku miałam zostać żoną mojego wybawcy. Prawie jak w najpiękniejszym śnie: ona, biedna gąska z patologicznej rodziny, on, bogaty syn znanego polityka, który wybrał dość wymagający zawód płatnego zabójcy. I chociaż uważałam, że to Neven, mój wspaniały przyszły mąż, uratował mnie przed burdelem, to on wciąż powtarzał, że jestem najlepszym, co go mogło spotkać w życiu. Stałam się skarbem, bezcennym brylantem, który wręcz obsesyjnie wielbił. Imponowało mi to. W końcu stałam się dla kogoś ważna. Jeszcze przed świętami zamieszkaliśmy na Florydzie w Pompano Beach, na jednym z półwyspów z dala od miejskiego zgiełku. Do naszego gniazdka, za wysoką bramą, pilnie strzeżonego przez ochronę oraz bacznie obserwowanego poprzez monitoring można było dostać się dwoma drogami: lądową i morską. Ktokolwiek chciał - a zdarzały się także nieproszone wizyty - przekroczyć próg domu, był dokładnie sprawdzany. Posiadłość miała wiele udogodnień. Za białym, piętrowym budynkiem znajdowały się sauna, basen, a nawet grota ukryta za wodospadem. To cudownie intymne miejsce pomagało Nevenowi wyciszyć się, zwłaszcza po kolejnym zadaniu. Dom został specjalnie zaprojektowany: cały parter zajmował salon z kuchnią oraz jadalnią. Wjazd do garażu znajdował się po prawej. Na piętrze mieliśmy cztery sypialnie dla gości, w tym dwie z własnymi łazienkami oraz wyjściem na taras. To jeszcze jednak nic. Największą atrakcję stanowił dach. Zainstalowane tam jacuzzi pod gołym niebem oraz kącik wypoczynkowy pod niewielkim zadaszeniem stanowiły naszą strefę relaksu. Znalazły się tu nawet telewizor i grill, z których rzadko korzystaliśmy. Chyba że podczas imprez organizowanych dla znajomych Ivany, siostry Nevena, która mieszkała razem z nami.

Wczesna wiosna, koniec ciepłego marca. Wspaniały spacer po rozległej plaży cieszył mnie jak zawsze. Ubrana w lekką, białą sukienkę na ramiączka, otulona jedynie zielonym pareo z koronki rozkoszowałam się cudownym powietrzem, trzymając dłoń Nevena. Wiatr rozwiewał mi proste, mahoniowe włosy, rzucając je na lekko opaloną twarz. W delikatnym makijażu podkreślającym moje jasne oczy, z brązową pomadką na wąskich ustach byłam dumna i po prostu szczęśliwa, bo spędzałam to środowe południe z Nevenem. On, jak zawsze oficjalnie, w białej koszuli rozpiętej do połowy torsu, spod której widać było kępki czarnych włosków oraz spodniach podwiniętych do połowy łydek brodził po płytkiej wodzie. Był ode mnie wyższy o głowę, przystojny, śródziemnomorskie bożyszcze. Szerokie ramiona, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa, władcze spojrzenie tych czarnych oczu, no i ta ciemna grzywka, która opadała mu na wysokie czoło. Tego dnia niewielu ludzi spacerowało po publicznej plaży. Lubiliśmy tamtędy chadzać, ciesząc się swoim towarzystwem. Nawet nie wiem, kiedy Neven poderwał mnie do góry, na co zareagowałam śmiechem. Otuliłam jego szyję szczupłymi rękoma. Byłam szczęśliwa jak nigdy. Pocałowaliśmy się, nie patrząc na reakcję przechodniów. Kiedy rozluźnił uścisk, zsunęłam się ponownie do wody. Wszystko przerwał dzwoniący w kieszeni spodni Nevena telefon.

- Muszę odebrać, to z pracy - powiedział.

Przytaknęłam. Pocałował mnie i odszedł kawałek. Czekałam kilka chwil, obserwując tę rozmowę. Patrzyłam jak Neven spokojnie coś komuś tłumaczy, grzebiąc stopą w piasku. Wyglądał na spokojnego, negocjując kolejne zlecenie. Obiecałam sobie, że nie będę mieszała jego pracy i naszego związku. Wiem, życie ludzkie jest bezcenne, ale słysząc czasem, kto je tracił, nawet ja uważałam, że zasłużył.

Zapatrzona w błękitną toń oceanu rozmarzyłam się. Hipnotyczne, wręcz magiczne fale działały uspokajająco. Myślałam o zbliżającym się ślubie, o pięknej uroczystości na plaży, gdy przed ołtarzem pod kwiecistą pergolą złożymy sobie przysięgę. Wiatr, tak samo jak dziś, będzie rozwiewał moje włosy, łzy wzruszenia zaleją policzki, a gdy już powiemy sobie tak, to nikt nas nie rozdzieli. Objęcie ramion, które bez najmniejszego wysiłku oplotły moje ciało, ciepły tors przylegający do moich pleców oraz ten delikatny pocałunek na szyi oplecionej złotym łańcuszkiem z rubinowym serduszkiem wywołały uśmiech na mojej twarzy. Chwyciłam jego dłonie. Spojrzałam na swoją rękę, na której błyszczał pierścionek zaręczynowy: złota obrączka z dużym czarnym diamentem, otoczonym kilkoma mniejszymi.

- Niech zgadnę, wyjeżdżasz.

- Niedaleko. Do Miami, muszę przypilnować dostarczenia towaru...

- Kobiet?

- Nie, obiecałem ci, że nie będę pomagał w ich przemycie.

- Dobrze - szepnęłam. - O której jedziesz?

- O szóstej. Zdążę jeszcze wycałować twoje ciało, jeżeli masz ochotę.

- Obawiam się, że narobimy sobie ochoty i nie pojedziesz na akcję.

- W sumie chyba masz rację... - szepnął. - Ale na dobry obiad mogę cię jeszcze zabrać?

- Z chęcią. Pod warunkiem, że zjemy homara - zażartowałam.

Na to stwierdzenie Neven się zaśmiał. Przepadał za takim jedzeniem. Gdziekolwiek nie poszliśmy, a w karcie widział homara, brał w ciemno. Tak było i tym razem. W ogrodzie restauracyjnym tuż przy plaży z wrodzoną gracją z pomocą szczypczyków rozłupywał czerwony pancerzyk, podczas gdy ja skubałam sałatkę z krewetkami. Były smaczne, ale musiałam dostawać już te bez skorupek lub prosiłam narzeczonego, aby je dla mnie obierał. Po prostu jakoś nie mogłam patrzeć na te czarne oczka i owłosione łapki.

- Coś chcesz? - zapytał w końcu, przerywając jedzenie.

- Nie, ja?

- Charlie?

- Tak, kochanie?

- A więc?

- Poważnie, jest ok - odparłam, nadziewając krewetkę na widelec. - Po prostu uwielbiam patrzeć, jak smakujesz to danie.

- Powinnaś spróbować.

- Nie, nie lubię tego cytrynowego posmaku. Wolę moje krewetki - dodałam, po czym ponętnie włożyłam kawałek różowego mięsa do ust. Wyciągnęłam go i oblizałam wargi.

- Nie prowokuj.

- Wybacz, patrząc na ciebie, nie da się inaczej.

- Jak cię dorwę w piątek, to skończymy w niedzielę.

- Jestem za.

- Uwielbiam tę twoją pewność w łóżku.

- A ja to, że ją akceptujesz. Nie każdy jest tak wyrozumiały.

Neven wyciągnął do mnie rękę. Podałam mu dłoń. To był urokliwy moment - siedzieliśmy przy okrągłym stoliku pod białym parasolem. Ludzie dopiero opuszczali plażę i zaczynali się schodzić do pobliskich restauracji. Jednak w towarzystwie ukochanej osoby nie obchodzi cię nic ani nikt dookoła. Zabraliśmy po drodze buty z przechowalni przy wejściu na plażę i kilkanaście minut później, wciąż trzymając się za ręce, przekroczyliśmy próg naszego domu.

- Ale mi ciężko po tym obiedzie - stwierdziłam, rzucając sandałki na półkę pod okrągłymi schodami prowadzącymi na piętro.

- A mnie nie. Tak to jest, jak w kółko jesz tylko zieleninę, a potem nagle zjesz coś innego.

- Nie przesadzaj - odparłam, drepcząc boso do kuchni po podgrzewanej podłodze włożonej białymi płytkami, w których można było się przeglądać. - Po prostu ten klimat... Za dużo tu tego słońca.

Neven jedynie zaśmiał się, idąc krok w krok za mną. Białe meble w połysku zajmowały cały narożnik, zabudowana lodówka znajdowała się przy samej ścianie tuż obok wbudowanego piekarnika. Wyciągnęłam dzbanek z wodą, sięgnęłam do szafki nad granitowym zlewem. Wszystko dostosowane do mojego wzrostu. Neven uprzedził mnie, sięgając zza moich pleców. Przy okazji objął mnie i pocałował szyję. Odstawił szklankę obok dzbanka, po czym wsunął dłoń pod sukienkę i ścisnął mój pośladek. Poczułam napływające podniecenie.

- Niedługo jedziesz.

- Jeszcze mamy czas na niewielkie szaleństwo.

- Nie tutaj. Obiecaliśmy Ivanie, że nie będziemy się kochać w kuchni.

- To chodźmy na kanapę albo do sypialni - szepnął mi do ucha.

- O, jesteście!

Stukanie obcasów połączone z wysokim, radosnym głosem mogło wskazywać na jedną tylko osobę - Ivanę. Schodziła jak zawsze z gracją w pięknej, pełnej falbanek sukience do kostek. Lekki turkusowy materiał otulał jej ciemniejszą skórę, podkreślając czarne oczy takie same jak u jej brata, Nevena. Była wysoka, a mimo to dodawała sobie centymetrów szpilkami. W dłoni trzymała złoty naszyjnik z turkusami, który podała mi, prosząc o pomoc w zapięciu. Zrezygnowany Neven minął ją i przeszedł do części salonowej. Usiadł na kanapie obitej zieloną skórą, do której w komplecie były dwa rozkładane fotele. Ustawił się plecami do nas tuż przy palmach przed wyjściem na taras i włączył wielki telewizor, mrucząc coś o przerwanych zalotach. Design naszego gniazdka musiał pasować nam obojgu. Neven chciał pałacyk, ja domek z widokiem na ocean z obowiązkową kuchnią i jadalnią przy schodach (pomiędzy mieliśmy przejście do garażu). Tak wyszło, że znaleźliśmy połączenie tych dwóch zachcianek i wymagało tylko niewielkich przeróbek.

- Gdzie się wybierasz? - spytałam.

- Na randkę, wracam rano, no chyba że nam się przeciągnie - odparła, zarzucając na plecy czarne zakręcone na lokówce włosy. Ukryła pod nimi tatuaż z czerwonymi różyczkami.

- Zostajesz, ja wyjeżdżam - wtrącił Neven, przełączając kanały.

- Zapomnij. Dobra, idę, bo mój książę nie może czekać.

- A z kim zostanie Charlie? - spytał w końcu mój narzeczony, podnosząc się z kanapy.

- Zadzwoń po Corteza.

- Nie! - zaprzeczył kategorycznie, a ja zaczęłam chichotać.

- Ale zazdrośnik - szepnęła w moją stronę. - Daj spokój, komu innemu możesz ją powierzyć?

- Tobie, dlatego zostajesz dziś w domu.

- Nie. Ja jadę do Christiana. A ty zadzwoń po Corteza - mówiła, idąc w stronę białych drzwi wyjściowych.

- Nie ma mowy, Ivana.

- Do jutra.

Wciąż chichotałam, widząc zachowanie Nevena. Zaklął pod nosem, idąc za siostrą. Zdążyłam nalać sobie wody, wypić i opłukać szklankę. Długo nie wracał. Zapewne kombinował, z kim mnie zostawić, ale obawiałam się, że rozwiązanie było tylko jedno i nazywało się Cortez.