Polska szkoła umiera jak klimat
Bezpłatną i powszechną edukację mamy już tylko w teorii. Usługa, którą
oferuje polska edukacja publiczna, nie wystarcza już nawet do tego, aby
przejść przez państwowe egzaminy - mówi Iga Kazimierczyk z fundacji
"Przestrzeń dla edukacji" oraz inicjatywy Wolna Szkoła
rozmawiała aleksandra pezda
NEWSWEEK: Nauczyciele rzucają masowo pracę, uczniowie uciekają ze szkół
publicznych. Czy polska szkoła umiera?
Iga Kazimierczyk: Na pewno mamy do czynienia z procesem degeneracji,
który ogarnia edukację publiczną. Trudno się jednak przebić z tą wiedzą,
ponieważ proces zachodzi bardzo powoli. Przypomina to katastrofę
klimatyczną - poważniejsze konsekwencje będą widoczne dopiero po
dłuższym czasie, a wtedy może być już za późno na ratunek. Jak z lodowcami - gdy stopnieją, sytuacji już nie odwrócimy.
Jakie są symptomy katastrofy?
- Najbardziej widoczna jest powolna prywatyzacja publicznej edukacji. I nie chodzi mi o taki trend, jak np. w systemie anglosaskim, gdzie oferta
szkół publicznych jest jednakowa dla wszystkich, uczą się w nich dzieci
m.in. klasy średniej obok dzieci imigranckich, a jeśli ktoś ma potrzebę
innej edukacji, wybiera placówkę prywatną. To sporo kosztuje, ale daje
gwarancję nauki na elitarnym poziomie. W Polsce funkcjonują szkoły tzw.
wysokiego wyboru, jednak coraz częściej rodzice poszukują szkoły takiej,
która po prostu zapewni ich dziecku minimalny standard. Masa uczniów
wybiera szkoły w tzw. edukacji domowej, ich liczba dynamicznie rośnie.
Narzekamy, bo z powodu nieprzemyślanych i niepotrzebnych reform mamy
poważny kryzys w edukacji?
- To jest sedno problemu. W racjonalnym świecie reformy powinny wynikać
z potrzeby zmian opartej na rzetelnej diagnozie i analizie ich skutków.
Tymczasem wielkie reformy wprowadzone przez rząd PiS, takie jak
likwidacja gimnazjów, podwyższenie wieku szkolnego, nowa podstawa
programowa czy nowe egzaminy - wszystko to odpowiadało wyłącznie na
potrzeby polityki partii rządzącej. Rząd nie wszczął nawet żadnych
badań, by sprawdzić efekty zmian. Przeciwnie, zastopował regularne
badanie polskiej edukacji prowadzone przez Instytut Badań Edukacyjnych.
Wcześniej sprawdzaliśmy, jak pracują nauczyciele, co potrafią uczniowie
itd. Powstała naprawdę duża baza danych i wniosków. Gdy pierwsza
ministra edukacji z PiS Anna Zalewska rozpoczęła swoje reformy, cała
wcześniejsza praca badawcza poszła do kosza. Żadna z nowych zmian nie
wykorzystuje dorobku badawczego ani polskich, ani jakichkolwiek innych
badaczy. Liczą się tylko kalkulacja partyjna albo wręcz własne poglądy
polityków. Spójrzmy na gimnazja. Wyniki uczniów wskazywały, że osiągnęły
one swój cel, przez wydłużenie edukacji ogólnej poprawiły jej poziom,
wyrównywały szanse między miastem a wsią. Problemem było to, że w dużych
miastach za bardzo selekcjonowały uczniów. Ale zamiast próbować to
naprawić, PiS przekreśliło cały dorobek 20 lat w polskiej edukacji.
Podobnie było z obniżeniem wieku szkolnego.
Kontrowersyjna zmiana.
- Jednak już została przeprowadzona. A dosłownie w tym samym roku, kiedy
sześciolatki poszły do szkół, nowy rząd podjął decyzję o cofnięciu
zmiany i powrocie do starych zasad. Tymczasem jest mnóstwo badań
świadczących o tym, że im wcześniej dzieci zaczynają przygodę
edukacyjną, tym więcej zyskują. Temat jest dobrze znany, omawiany w wielu pracach magisterskich, w artykułach popularnonaukowych. I tę
powszechną wiedzę PiS kompletnie zignorowało. Najgorsze, że żadna z tych
zmian systemowych nie rozwiązuje problemów, które w szkole mamy. To
raczej heroiczne rozwiązywanie problemów, które wcześniej się
wykreowało.
Wspomniałaś, że coraz więcej uczniów korzysta z edukacji domowej.
Uciekają od szkoły jako instytucji, od edukacji kontrolowanej przez
państwo?
- Uciekają, bo nasz system edukacji działa nieprawidłowo w wielu
obszarach. Na przykład brakuje wsparcia psychologiczno-pedagogicznego, i to w czasie, gdy liczba nastolatków z problemami emocjonalnymi i psychicznymi rośnie, podobnie jak uczniów ze specjalnymi potrzebami
edukacyjnymi, a liczba prób samobójczych wśród młodzieży jest rekordowa.
MEiN co prawda nakazało zwiększyć liczbę pedagogów i psychologów w szkołach. Ale sama zmiana przepisów nie wystarczy, specjalistów w szkołach nie przybędzie, bo oferowane pensje są za niskie, a szkoły
publiczne nie mają czym tych pracowników przyciągnąć.
Jest jakieś zagrożenie w tej ucieczce ze szkoły?
- Edukacja domowa to furtka dla rodziców, którzy chcą swobodnie uczyć
własne dzieci. Państwo kontroluje jedynie, czy poznały one zagadnienia z obowiązującego szkolnego programu. Stąd są obowiązkowe egzaminy
klasyfikacyjne do zaliczenia w dowolnej szkole systemowej. Jednak
placówki edukacji domowej są bardzo zróżnicowane. Niektóre rzeczywiście
budują środowisko nastawione na uczenie się w przyjaznej atmosferze,
która wzmacnia ucznia i jego indywidualny program, i na którą osoby
uczące się mają wpływ. Są jednak placówki, które nie tyle przypominają
szkołę, ile masowe centrum egzaminacyjne, gdzie zajęcia i egzaminy
odbywają się wyłącznie zdalnie. Uczenie się w grupie, ćwiczenie
kompetencji społecznych i interpersonalnych są poza celami kształcenia
czy nawet możliwościami takich placówek. Widzę w tym poważne zagrożenie.
Co czwarty uczeń wg CBOS bierze korepetycje, a 40 proc. - pozaszkolne
zajęcia z języków obcych. Czy to nie za dużo?
- Nie dziwią mnie te dane. Korepetycje to szansa pracy jeden na jeden,
skupienia uwagi na jednostce i dodatkowy, często niezbędny czas na naukę
albo nadrobienie luk. Nawet jeśli odbywają się online, uczeń spotka tam
nauczyciela, który jest skoncentrowany wyłącznie na nim i jego czy jej
potrzebach. Odpowie na każde pytanie, nie będzie poganiał ani karcił. W szkole systemowej tego brakuje. Nauczyciele ciągną po 1,5 etatu, klasy
są przeładowane. Nauczyciel nie usiądzie z pojedynczym uczniem czy
uczennicą, żeby wytłumaczyć mu partię materiału, nie ma na to czasu.
Dodatkowo korepetycje podnoszą poczucie własnej wartości. Działa też
efekt skali na zasadzie: "wszyscy mają korepetycje, to i ja muszę je
kupić".
Według tych samych badań CBOS więcej niż co trzecie dziecko nie ma
żadnych dodatkowych zajęć poza szkołą. To znaczy, że rośnie w szkole
rozwarstwienie społeczne.
- Bezpłatną i powszechną edukację mamy już tylko w teorii. Usługa, którą
oferuje polska edukacja publiczna, nie wystarcza już nawet do tego, aby
przejść przez państwowe egzaminy. Dlatego rodziny masowo wykupują za
własne pieniądze dodatkowe usługi edukacyjne, żeby dzieci miały szansę
zdobyć dyplom, a potem pracę.
Ilustrują to dobitnie osiągnięcia uczniów z tegorocznej matury z matematyki i angielskiego. Gdy analizować rozkład wyników, widzimy dwie
duże grupy - pierwsza, która zdała bardzo dobrze, i druga, która zdała
słabo. Niewielu uczniom udało się osiągnąć średni poziom. A to właśnie
powinien być cel kształcenia w liceach. To by oznaczało, że mamy dużą
grupę uczniów, których szkoła uczy na tyle dobrze, że zdają egzaminy
zadowalająco. My mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której
absolwenci polskiego liceum nie są w stanie zdać egzaminów nawet na
średnim poziomie. Zdają je dobrze ci, którzy mają dostęp do korepetycji,
dlatego ten rynek rozwija się wyjątkowo intensywnie, a rozwarstwienie w szkole publicznej rośnie.
Dlaczego szkoła nie wyrabia się z uczeniem?
- Szkoła zawsze stała z indywidualną pracą słabo, teraz to już w ogóle
nie mamy na co liczyć. Klasy są zbyt liczne, nierzadko
ponadtrzydziestoosobowe. Z powodu nakładających się i nieprzemyślanych
refom zasila je kolejny już raz podwójny rocznik uczniów. Do tych
przeładowanych klas przychodzą przemęczeni nauczyciele. Są niedopłaceni
i zatrudniani w godzinach ponadwymiarowych, pracują w wielu placówkach,
uczą na doraźnych zastępstwach. Dużo, w szybkim tempie, ale z malejącą
energią.
Uczenie się w polskiej szkole w ostatnich latach jest jak stawianie
oporu przeciw zaciskającej się zgniatarce. Nauczyciele nie nadążają z realizacją przeładowanego programu. Z kolei między uczniami toczy się
dramatyczna konkurencja o miejsca w szkołach średnich z powodu
zdublowanych roczników
Uczenie się w polskiej szkole w ostatnich latach jest jak stawianie
oporu przeciw zaciskającej się zgniatarce. Nauczyciele nie nadążają z realizacją programu, ponieważ ministerialne podstawy programowe są
detaliczne i przeładowane. Z kolei między uczniami toczy się dramatyczna
konkurencja o miejsca w szkołach średnich z powodu zdublowanych
roczników. Przez ostatnie lata, aby zapewnić sobie miejsce w wybranej
szkole, trzeba było uzyskać maksymalny wynik z egzaminów. W ostatniej
klasie podstawówki odbywa się walka o każdy punkt na świadectwie,
podobnie w liceum. Rodzice szukają sposobów, jak przecisnąć dziecko
przez to wąskie gardło egzaminacyjne. I znajdują: korepetycje albo
ucieczkę z systemu.
Może nie każdy musi się dostać do wymarzonej szkoły?
- Nie wolno trywializować uczniowskich marzeń. Powtarzamy im przecież od
małego, że ambicje są ważne, a potem te ich ambicje są ignorowane przez
system szkolny, bo jakimś politykom zachciało się reformować edukację
według własnego widzimisię. Gorzej - odpowiedzialni za edukację politycy
PiS zajmują się rozwiązywaniem problemów, które sami stworzyli. Gdyby
nie te "reformy", nie byłoby przeładowanych klas i wyczerpanych
nauczycieli. Pozostałby problem przeładowanych programów.
Dlaczego szkole brakuje czasu dla uczniów? Przecież to jej podstawowe
zadanie.
- Po pierwsze, jest zbyt mało nauczycieli. Pod koniec tegorocznych
wakacji mieliśmy ok. 25 tys. wakatów. Tyle wynika z ogłoszeń
publikowanych na stronach kuratoriów. Co ciekawe, dane o wakatach w skali całego kraju pochodzą jednak nie z MEiN, a od prywatnej osoby -
policzył to na podstawie danych z kuratoriów nauczyciel Robert Górniak,
założyciel portalu Dealerzy Wiedzy. A wakaty to wierzchołek góry
lodowej. Wielu nauczycieli pracuje w godzinach ponadwymiarowych, według
kontroli NIK z 2021 r. aż 73 proc.! Tego łatania planów lekcji nie widać
w statystykach. Jako brakujący etat powinniśmy policzyć każdą godzinę
lekcyjną powyżej tych 18 przy tablicy, które zapisano w Karcie
nauczyciela jako pensum.
Nauczyciele chętnie dorabiają, ponieważ z gołego etatu trudno im się
utrzymać, zwłaszcza w dużych miastach. - To sytuacja, którą akceptujemy
jako stan zastany. Nauczyciel ma w ramach swojej pracy przepracować 40
godzin w tygodniu, ale powinien prowadzić zajęcia przez 18 godzin.
Pozostałe godziny to czas na to, żeby te zajęcia przygotować, omówić czy
spotkać się z uczniami oraz rodzicami. Jednak realia są inne - godziny
brane ponad wymiar, ponieważ nie ma komu pracować, a z pensji nie
wystarcza na życie. Czasu na pracę związaną z merytorycznym
przygotowaniem zajęć jest bardzo mało i cierpią na tym uczniowie. Są
nauczyciele, których praca oscyluje wokół 40 godzin tablicowych w tygodniu. To musi rzutować na jakość pracy.
Rząd myśli w ten sposób o pracy nauczyciela: wejdzie do klasy, to
pracuje, a jak wyjdzie z klasy, to ma wolne, więc płaćmy tak, jakby
pracował tylko na połowę etatu. To tak, jakby uważali, że chirurg
pracuje dopiero od momentu rozcięcia skóry skalpelem. Bez czytania
dokumentacji medycznej, przygotowania do operacji, szkolenia z nowoczesnych metod.
Nauczyciele masowo zmieniają zawód. Z wyczerpania?
- Główną przyczyną odchodzenia nauczycieli są oczywiście zarobki. Pensja
nauczyciela początkującego nie różni się od płacy minimalnej i tak
trzeba pracować przez kilka pierwszych lat. Kto by się na to pisał?
Tylko desperat. Potem nie jest dużo lepiej: system awansu zawodowego nie
działa tak jak powinien. Nie przystaje do realiów rynku pracy. Do tego
rząd PiS wydłużył ścieżkę do podwyżki. Nauczyciel dostanie ją po pięciu
latach, po kolejnych jeszcze jedną, a potem już tak samo będzie zarabiał
do emerytury i jedyna podwyżka to premia za wysługę lat, maksymalnie 20
proc. po 20 latach pracy. W momencie, kiedy nauczyciel zdobędzie
najwyższy stopień awansu zawodowego - nauczyciela dyplomowanego - jest
przed czterdziestką i ma perspektywę, że jego pensja w zasadzie nie
drgnie, niezależnie od tego, jak będzie się starał, uczył dalej czy
doskonalił.
Przed transformacją prestiż zawodu był niski, główną motywacją była
praca w małym wymiarze godzin i wakacje. Przez ostatnie 30 lat to się
stopniowo zmieniało. Teraz się cofamy?
- Jak wynika z badań prowadzonych przez Wydział Pedagogiczny UW i warszawską placówkę WCIES, znaczna część nauczycieli to realiści.
Przyznają, że gdy się zatrudniali w szkołach, nawet gdy wybierali zawód,
nie oczekiwali wysokich zarobków. Dziś, poza zarobkami, demotywuje ich
najczęściej niska jakość zarządzania placówkami, mobbing, brak
stabilności i przewidywalności systemu, w którym pracują. Gwałtowne
reformy, przekręcanie wajchy raz w tę, raz w inną stronę. Kto by
wytrzymał takie warunki pracy w jakimś prywatnym przedsiębiorstwie?
Nauczyciele w szkole publicznej są przepracowani, nie mają czasu dla
uczniów. Co na to rodzice?
- We wspomnianych badaniach Wydziału Pedagogicznego UW i WCIES
nauczyciele przyznawali, że coraz większy problem w szkole stanowi
jakość kontaktu z rodzicami. Wskazywali, że czują presję, nawet agresję
z ich strony. To jak nowa odmiana stosunków pańszczyźnianych -
nauczycielowi można zrobić wszystko w myśl formuły "płacę, to wymagam".
Jakie są te wymagania?
- Jest oczekiwanie, że będzie praca indywidualna z dzieckiem.
Nierealistyczna, bo jak pracować indywidualnie z 30 osobami w klasie?
Zdarza się też oczekiwanie, że nauczycielka odpisze na Librusie o każdej
porze - w niedzielę albo w tygodniu po godz. 17. Część rodziców wyobraża
sobie, że nauczyciel jest w zasadzie do ich dyspozycji. Nie może odmówić
np. wyjazdu na wycieczkę, choć nie jest to przecież jego obowiązkiem.
Nauczyciel nie jest za takie usługi wynagradzany, a czasie wycieczki
zostawia przecież swoją rodzinę. To nie znajduje zrozumienia u rodziców.
Z drugiej strony rodzice nie mają sposobu na nauczycieli, którzy cisną
uczniów, poniżają i zamęczają wymaganiami, nierzadko nierealnymi. Bo
pracują na wynik całej szkoły na egzaminach końcowych.
- Bywa i tak, niestety. W każdym zawodzie są pracownicy źli, przeciętni
i fantastyczni. Problem w tym, że dyrektorzy szkół nie mają czym
przyciągnąć dobrych nauczycieli i pracują z tymi, z którymi mogą
pracować. W szkołach brakuje bardzo atmosfery współpracy. Nie jest
nagradzana, bywa tępiona, o czym w badaniach mówili nauczyciele.
Prawdziwym i pilnym wyzwaniem jest także mobbing, bardzo często
nieuświadomiony, czasem także po prostu wpisany w kulturę szkoły jako
instytucji. W szkołach brak realnych i działających procedur
antymobbingowych i antyprzemocowych. Nie każdy nauczyciel ma takie
kompetencje emocjonalne, że sobie z trudnymi sytuacjami w szkole
samodzielnie poradzi. Niestety, przemoc systemowa ma to do siebie, że
idzie w dół. Czasem o zgrozo, obrywa się więc uczniom, choć to nie
powinno mieć miejsca.
Chciałabym jednak zaznaczyć, że takie sytuacje - jeśli się zdarzają - są
dość łatwe do zidentyfikowania i w realiach dzisiejszego świata nie
muszą być tolerowane. Na przemocowych nauczycieli w szkole są zarówno
procedury, jak i pilnujące ich instytucje. Ale problem atmosfery pracy w szkole rzeczywiście jest złożony, dlatego że to, po pierwsze, brak
możliwości doboru kadry, po drugie - brak możliwości motywowania przez
zarządzających szkołą.
Jakich zmian potrzebuje polska edukacja?
- Powinniśmy spróbować zacząć od gruntownej analizy i sformułowania
nowej odpowiedzi na pytanie: po co i dla kogo jest szkoła publiczna? To
przecież ważna państwowa instytucja. Owszem, jak każda instytucja, bywa
przemocowa. Jednak jest jednym z najtańszych i najlepiej funkcjonujących
narzędzi wyrównywania szans edukacyjnych i życiowego startu. Żadna
opieka socjalna wobec ludzi w późniejszym wieku nie robi więcej, niż
może zrobić dobra edukacja dla dziecka. Z tej świadomości płynie mój
wielki żal do polityków PiS - nie ma przestrzeni, nie ma czasu, nie ma
warunków, żeby można poważnie porozmawiać o szkole. Jakie powinna mieć
cele? Co powinna dla nas jako obywateli i obywatelek znaczyć? Musimy
ciągle bić się o detale, które rujnują to, co i tak jest w kryzysie.
Powinniśmy zacząć od gruntownej analizy i sformułowania nowej odpowiedzi
na pytanie: Po co i dla kogo jest szkoła publiczna? To przecież ważna
państwowa instytucja
Bijemy się o świeckość szkoły, o wyrzucane z niej organizacje
pozarządowe, o to, aby szkoła nie była homofobiczna, rasistowska,
nietolerancyjna. Przecież to są podstawowe sprawy, o których w XXI w.
nie powinniśmy już dyskutować! A przed nami dynamicznie zmieniający się
świat, za którym musimy nadążyć. Zmiany klimatyczne, z którymi musimy
nauczyć się żyć, sztuczna inteligencja, której musimy nauczyć się
używać. Zamiast płynąć łodzią do przodu, my w polskiej szkole chwytamy
powietrze, żeby utrzymać głowę ponad wodą. Nie dla nas łódź, która
wypływa na szerokie wody, nawet na "suchego przestwór oceanu".
Jako aktywistka, jak oceniasz współpracę z rządzącymi politykami?
- Rząd, który podejmuje decyzje na podstawie zamówienia politycznego i według partyjnych interesów, nie słucha racjonalnych argumentów. Nie
słucha żadnych argumentów. Cyklicznie, od dwóch lat, mamy fale protestów
przeciwko lex Czarnek, prezydent Andrzej Duda dwukrotnie tę ustawę
wetuje, a partia rządząca wprowadza do Sejmu ustawę po raz trzeci.
Wszystko po to, aby "oczyścić" szkołę z organizacji społecznych, które
mogą robić coś, co się ministrowi nie podoba. A nie każdy obywatel i obywatelka są stworzeni na podobieństwo ministra Czarnka i mają prawo do
swoich poglądów, także w szkole. Tracimy energię na protestach, choć
powinniśmy skupić się na czymś innym.
Najpopularniejszym zdaniem, które wypowiada polski uczeń, jest pytanie:
"A po co mi to?". To o szkolnej wiedzy. Dlaczego uczniowie nie czują, że
szkoła jest potrzebna?
- Skąd mają to wiedzieć, skoro my, dorośli, nie rozmawiamy o sensie
edukacji? Niech to będą decyzje i dyskusje nawet polityczne, ale niech
się toczą! W podstawach programowych jest bardzo ładnie napisane, jakie
są cele edukacji i po co to wszystko, ale praktyka zupełnie inaczej
wygląda. Szkoła teoretycznie ma uczyć samodzielnego myślenia i kształcić
obywatelki i obywateli nowoczesnego świata. W praktyce mamy uczenie pod
egzaminy oraz przedmiot historia i teraźniejszość oraz towarzyszący mu i promowany przez ministerstwo podręcznik, który mówi nam, co myśleć.
Równie poważnym wyzwaniem jest nadchodzący niż demograficzny. Minister
Czarnek mówi o tym w dosyć specyficzny sposób - straszy, że jesteśmy
wymierającym krajem, jak każdy europejski kraj, więc zapowiada
zwolnienia nauczycieli. I tyle. A przecież to jest wyzwanie, na które
powinniśmy się przygotować. To jest moment, w którym można w edukację
zainwestować i poprawić jej jakość, nie wydając na nią więcej, niż
wydajemy dziś. Mamy przed sobą w edukacji wiele pracy, ale na razie nikt
nie podejmuje żadnego z zadań, które stoją przed Polską jako nowoczesnym
krajem.
Gdzie oni się będą uczyć?
Dyrektorka zarządziła sprzątanie kantorka w piwnicy, choć ma tylko
niewielkie okienko. - Zrobimy tu klasę językową, zmieścimy nawet 17
ławek. Gdzieś te dzieci muszę pomieścić
aleksandra pezda
W internetowej grupie dla ósmoklasistów Maks publikuje swoje oceny ze
świadectwa, które zdobył w podstawówce na warszawskiej Woli - pięć
szóstek, dziewięć piątek oraz dwie czwórki. Do tego wyniki z egzaminu
końcowego: polski - 91 proc., matma - 96 proc., angielski - 91 proc.
"Boże, z takimi ocenami to ty się do każdej szkoły dostaniesz!" -
komentuje ten wpis Ola, też ósmoklasistka. "Bez przesady. Do Czackiego,
Batorego, Staszica, Kopernika nie mam nawet podjazdu" - odpowiada
chłopak. Marzy o medycynie, ale nie wierzy w swoje siły z chemii i biologii - to te dwie czwórki na jego świadectwie. Wersja druga to SGH i kierunki ekonomiczne, bankowość i finanse. Z matematyki jest naprawdę
dobry, nie brał nawet nigdy korepetycji, najgorzej ze wszystkiego idzie
mu język polski.
Maks celuje w licea w okolicy pierwszej dziesiątki warszawskiego
rankingu, ale nie te z pierwszej piątki, bo nie warto iść tam, gdzie -
jak mówi - "zapierdziel i depresję masz gwarantowane". Złożył aż 47
podań do kilkunastu szkół - w każdej do kilku klas o różnych profilach.
Wszystko po to, aby zwiększyć swoje szanse na dostanie się do szkoły
średniej.
* * *
W tym czasie Jolanta Tyburcy, wicedyrektorka warszawskiego XXXIV LO im.
Miguela de Cervantesa, zarządza sprzątanie niewielkiego kantorka w szkolnej piwnicy. Zalegają w nim stare krzesła i połamane stoły. -
Zrobimy tu klasę językową, zmieścimy nawet 17 ławek - Tyburcy ogarnia
gospodarskim okiem. Jej planów nie zmąci nawet zbyt skąpe światło,
sączące się przez niewielkie okienko do nowego lekcyjnego pomieszczenia.
Poza tym przekształci w regularną klasę dużą salę wystawienniczą na
piętrze. Trochę żal, bo uczniowie mieli tam warsztaty plastyczne i organizowali profesjonalne wystawy, co stanowiło atut szkoły i było
dodatkowym magnesem przyciągającym kandydatów.
- Gdzieś tych uczniów muszę jednak pomieścić - tłumaczy dyrektorka. Do
szkoły spływają już świadectwa absolwentów podstawówek w drugiej turze
rekrutacji, kiedy decydują, do której z typowanych szkół złożą
ostatecznie wniosek. Zamiast 21 oddziałów klasowych Tyburcy planuje
zmieścić aż 25, czyli o cztery klasy więcej niż dotąd. W każdej będzie
co najmniej 30 dzieci, wychodzi 120 ponad standard. - Żeby zapewnić
bezpieczeństwo podczas przerw na zatłoczonym korytarzu, zerwiemy z zasadą zamykania drzwi do pomieszczeń lekcyjnych, uczniowie będą mogli
na przerwach zostać w klasach - mówi. Plan lekcji udało jej się zamknąć
z sukcesem: w godzinach od 7.10 do 16.15. - Żaden uczeń ani nauczyciel
nie spędzą w szkole więcej niż osiem godzin w ciągu dnia - cieszy się
Tyburcy. Jedynym problemem, jakiego nie była w stanie rozwiązać, jest
zbyt mała liczba toalet.
* * *
Do liceów i techników we wrześniu przyjdzie półtora rocznika uczniów.
Zwykle szkoły średnie w całym kraju muszą pomieścić ok. 350 tys.
kandydatów, tym razem do pierwszych klas zgłosi się ich 510 tys. W Warszawie, gdzie szkoły średnie rokrocznie przyjmują ok. 20 tys.
uczniów, w tym wielu przyjezdnych, już w zeszłym roku zgłosiło się ponad
45 tys. absolwentów podstawówek, w tym 33 tys. do liceów. W tym roku dla
podobnego naboru przygotowano ok. 30 tys. miejsc w pierwszych klasach.
W Gdańsku na prawie 7 tys. chętnych w pierwszym naborze czekało o kilkaset miejsc mniej, ale samorząd zapewniał, że będzie się starał tę
pulę zwiększyć.
Poznań przygotował się na liczniejszy rocznik z górką - w mieście czeka
ponad 12 tys. miejsc, a w powiecie - prawie 2 tys. Gminy powiatu
poznańskiego solidarnie wyłożą dodatkowe 5 mln zł na poszerzenie oferty
szkół średnich w mieście, drugie tyle wyłożyło miasto. Przy tej samej
puli i podobnej liczbie chętnych w zeszłym roku zabrakło ok. 3 tys.
miejsc. Ostatecznie uczniów udało się ulokować w szkołach, najtrudniej
było z chętnymi do ogólniaków. Bo jedną z konsekwencji zamieszania jest
to, że brakuje miejsc w konkretnych szkołach, na które nastawiali się
uczniowie. I nie chodzi wyłącznie o miejsce szkoły w rankingu ani też o profil klasy. W rezultacie do techników zgłaszają się nawet ci, którzy
nie mają zawodowego i technicznego zacięcia, a matematykę, która powinna
być ich mocną stroną w technicznej szkole, zaliczyli na egzaminie na
poziomie 20 proc.
* * *
Skąd ten problem? W skrócie chodzi o nieustanne oraz nakładające się na
siebie reformy systemu edukacji.
Od 2009 r. rząd PO-PSL wprowadzał reformę z obniżeniem wieku szkolnego.
W pierwszych klasach zamiast siedmiolatków miały się uczyć sześciolatki,
a w zerówkach - pięciolatki. Ówczesna ministra edukacji, Katarzyna Hall,
już opracowała harmonogram, w jaki sposób płynnie wprowadzić do szkół
młodsze dzieci, gdy okazało się, że wielu rodziców nie akceptuje tej
zmiany. W efekcie reforma została rozłożona na kilka lat.
Proces miały sfinalizować dwie zwiększone grupy pierwszaków w 2014 r. i w 2015 r. - kiedy do pierwszych klas poszło po półtora rocznika: dzieci
sześcioletnie i siedmiolatki, których rodzice nie chcieli posyłać do
szkoły zbyt wcześnie. To była pierwsza kumulacja. Jedna grupa tych
dzieci (ok. 503 tys.) idzie we wrześniu do drugich klas licealnych i techników oraz zawodówek, druga (ok. 520 tys.) bierze udział w tegorocznej rekrutacji.
Boję się, bo jest tak wielu chętnych, że w sumie nie wiadomo, jak my się
będziemy w tych szkołach razem uczyć
mówi Maks, który planuje naukę w zatłoczonym warszawskim liceum
Od początku wiadomo było, że dwa powiększone roczniki będą stanowiły
problem. Na przyjęcie tej fali przygotowywały się już z paniką ówczesne
gimnazja i licea. Nikt nie przewidywał jednak, że może być jeszcze
gorzej. A w 2015 r. zmienił się rząd.
Nowy, pod wodzą Beaty Szydło z PiS, postanowił zmienić w systemie
edukacji wszystko, co tylko się da i bez zastanawiania się, czy ma to
sens. Jedynym powodem reform były populistyczne hasła i fakt, że zostały
one wpisane do programu wyborczego PiS.
MEN kierowane przez Annę Zalewską, po pierwsze, zdecydowało o cofnięciu
reformy obniżenia wieku szkolnego. Do pierwszych klas znowu poszły
siedmiolatki. Po drugie, zlikwidowało 3-letnie gimnazja i zamieniło
6-letnie podstawówki na szkoły 8-letnie. Po trzecie, naukę w liceach
wydłużyło o rok, do czterech lat, a 4-letnie technika zamieniło na
5-letnie. Wszystko nastąpiło z marszu i bez rozeznania konsekwencji.
Nowa kumulacja nastąpiła w 2017 r. - najpierw w podstawówkach. Szkoły
były już i tak przeciążone łączonymi rocznikami sześcio- i siedmiolatków, których pierwsza grupa szła właśnie do czwartej klasy.
Gdy finansowane w poprzednich latach obficie gimnazja zamykały się,
podstawówki musiały się rozciągnąć dla nowych 7-klasistów, a rok później
zmieścić jeszcze dodatkową ósmą klasę.
W 2019 r. mieliśmy kolejną kumulację - tym razem w liceach. Jakby rząd
się nie doliczył, że ostatni rocznik gimnazjalistów wejdzie do liceów
dokładnie w tym samym roku co absolwenci wydłużonej o dwa lata
podstawówki. Do szkół średnich poszło za jednym zamachem ok. 700 tys.
młodzieży, gdy w poprzednim roku było to 474 tys. Wielkie emocje
wzbudził nakręcony na przerwie w słupskim liceum film, na którym tłum
młodzieży przelewa się przez szkolny korytarz. "Jak kurczaki w klatce" -
głosił komentarz.
Ubiegłoroczny powiększony rocznik w liceach przeszedł bez echa. W tym
roku za to znowu trzeba będzie zwiększyć liczbę miejsc dla ostatniej
kumulacji.
* * *
"Każdy uczeń do ukończenia 18. roku życia podlega obowiązkowi nauki i ma
zapewnione miejsce realizacji tego obowiązku w publicznej szkole
ponadpodstawowej" - pisało w komunikacie dotyczącym zasad rekrutacji do
szkół średnich Ministerstwo Edukacji i Nauki. Asekuracyjnie. Bo rząd nie
wziął na siebie konsekwencji nieprzemyślanych reform. Przerzucił je na
barki samorządów, których zadaniem jest prowadzenie szkół.
Maks ma tylko 13 lat. Poszedł do szkoły jako sześciolatek i z nauką
radzi sobie całkiem nieźle. Gdyby PiS w edukacji nie namieszało,
startowałby do liceum o rok później, po ukończeniu gimnazjum. Teraz
umiera ze stresu, czy będzie mógł się uczyć w zatłoczonym warszawskim
liceum.
- Boję się, bo jest tak wielu chętnych, że w sumie nie wiadomo, jak my
się będziemy w tych szkołach razem uczyć - mówi. Kto jest winny? - To
rząd PiS, bo wpuścił uczniów z Ukrainy i oni nam zrobili tłok w szkołach
- mówi chłopak. Nie wie, że do egzaminu ósmoklasisty w tym roku podeszła
zaledwie setka ukraińskich uczniów i to nie oni są powodem tłoku w szkołach średnich.
* * *
Leszek, ojciec Oliwii, odczytuje mi wyniki córki z egzaminu po ósmej
klasie: angielski - 64 pkt, polski - 60 pkt, matematyka - 12 pkt.
Średnia ze świadectwa - 3,6. W ich mieście na ok. 60 tys. mieszkańców
jest siedem ogólniaków, dokumenty złożyli w pięciu, tych z dolnej
stawki. Leszek zadzwonił do sekretariatu jednego z nich, żeby zapytać o szanse córki. - Z takim świadectwem? Wątpię - skwitowała urzędniczka. -
W kolejce mamy mnóstwo dzieci z lepszymi wynikami.
- Normalnie dostałaby się do którejś klasy nawet z tak kiepskim wynikami
- żali się ojciec. Najbliższe większe miasto jest oddalone o 80 km. Na
miejscu jest jeszcze technikum mechaniczne i zawodówka. Leszek zapytał
znajomego nauczyciela z zawodówki, czy znajdzie się tam miejsce dla
Oliwii. - Zwariowałeś?! - wybuchł nauczyciel. I stanowczo odradził. - Po
tej szkole już nie będzie miała żadnych perspektyw - przyznał.
Leszek żałuje teraz, że nie zostawił Oliwii na drugi rok w pierwszej
klasie. PiS, kiedy cofało reformę z obniżeniem wieku szkolnego, dało
taką możliwość rodzicom sześciolatków, które poszły do szkoły
obowiązkowo. - Nauczyciele wtedy odradzali, teraz widzę, że córka mogła
uniknąć podwójnego rocznika - mówi ojciec.
Okres edukacji Oliwii określa jednym słowem: męczarnia. - Kiedy
zdiagnozowaliśmy dyskalkulię, szkoła córce nie pomogła. Powiedzieli, że
mają za mało dzieci z orzeczeniami, żeby organizować dodatkowe zajęcia.
Przez cztery lata płaciliśmy za korepetycje po 1600 zł miesięcznie.
Dopiero w ostatnim półroczu i po zmianie korepetytorki Oliwia wreszcie
zaskoczyła. Zaczęło jej też zależeć na szkole, może po prostu do tego
dojrzała? - zastanawia się ojciec.
* * *
Natalia z Mińska Mazowieckiego ma podobny problem, choć wyniki znacznie
lepsze: z polskiego - 89 proc., z angielskiego - 91 proc., z matematyki
- 68 proc. Jest z tego dumna, głównie dlatego, że jeszcze w siódmej
klasie goniła peleton, a udało się jej ukończyć szkołę z pierwszym w życiu czerwonym paskiem. - Przysiadłam do nauki, bo zdałam sobie sprawę,
że nie mam konkretnych planów na przyszłość i żadnej wizji swojego
zawodu. Chciałabym więc napisać maturę i pójść na jakieś studia, pewnie
humanistyczne - mówi. Jej wyniki wystarczyłyby, żeby się w zeszłym roku
dostała do jednego z lokalnych liceów. Jak będzie w tym roku? - Do
wybranej przeze mnie klasy jest 45 osób chętnych z pierwszego wyboru, a łącznie 250 osób. A jest to jedna z mniej obleganych klas w tym liceum,
bo np. w klasie przyrodniczej jest aż 90 osób tylko z pierwszego wyboru
- mówi.
Na razie licea nabierają uczniów jak tonąca łódź wodę. Nawet jeśli w liczbach ten eksperyment się domknie, koszty mogą być naprawdę wysokie.
Anna Schmidt-Fic, nauczycielka, liderka Protestu z Wykrzyknikiem,
aktywistka Wolnej Szkoły, opisuje jeden ze skutków sztucznego wyżu w liceach: - W liceum uczy m.in. polonistka, która w tym roku szkolnym
zamiast 18 lekcji tygodniowo, jak ma zapisane w nauczycielskim pensum,
będzie miała 35 godzin lekcyjnych. To autentyczny przydział na przyszły
rok, a nie wymyślony przykład. Będzie miała 256 uczniów. Niewykluczone,
że w trybie pracy zmianowej spotykać się z nimi będzie o godz. 17 lub 18
w wynajętych przez szkołę dodatkowych pomieszczeniach. Nie wiadomo, czy
nauczy się imion wszystkich swoich uczniów. Jeśli zrobi pracę klasową
tylko w jednej 32-osobowej klasie, na sprawdzenie jednej pracy poświęci
30 minut. Bo przecież ma udzielić rzetelnej informacji zwrotnej i szczegółowo skomentować pracę, żeby uczeń nie miał potem problemów z maturą. W jednej klasie zajmie jej to 16 godzin. Zanim zajrzy do prac z innych klas, tamci uczniowie już zapomną, o czym pisali. Ostatecznie
polonistka nie będzie miała na nic czasu ani ochoty, bo praca na dwóch
etatach jest wycieńczająca. A na zwolnienie nie pójdzie, bo wtedy inna
polonistka z tej samej szkoły będzie miała tyle samo zajęć.
Pytam Leszka, co zrobi, jeśli jego córka Oliwia nie dostanie się do
żadnej szkoły? - Zostanie w domu i będziemy kontynuowali korepetycje -
mówi zrezygnowany ojciec.
Publikacja Newsweek Polska 28/2023