ROZDZIAŁ 3ULEWNY DESZCZI GÓRSKA DROGA, czyli dzień, który zmienił wszystko
Kilkusettysięczne S?o Vicente - miasto, w którym pan Neymar kupił dom rodzicom - leży nad oceanem, niedaleko Santosu i znajduje się jakieś 100 kilometrów od Mogi das Cruzes. Ma piękną piaszczystą plażę, na której mieszkańcy uwielbiają spędzać wolny czas. Nic więc dziwnego, że młodzi państwo da Silva, kiedy tylko mogli, wsiadali w samochód i jechali odwiedzić rodziców pana Neymara. Zwłaszcza po urodzeniu synka, kiedy wiedzieli, jak bardzo uszczęśliwią dziadków widokiem wnuka. A i dla malutkiego Juninho było o wiele zdrowiej spędzać weekendy na plaży S?o Vicente niż siedzieć w dusznym i upalnym Mogi.
Była sobota, czerwiec 1992 roku. Juninho miał 4 miesiące. Neymar da Silva Senior rozegrał bardzo udany mecz, w którym strzelił gola. Ponieważ było jeszcze wcześnie, razem z żoną postanowili, że pojadą w odwiedziny do dziadków. Młody tata zapakował niezbędne rzeczy do czerwonej monzy. Synka włożył w fotelik samochodowy, który przypiął na tylnym siedzeniu. Pani Nadine zajęła miejsce obok męża i cała trójka raźno wyruszyła w dwugodzinną podróż przez góry Itapeti do S?o Vicente. Juninho zasnął smacznie w foteliku, gdy tylko tata odpalił silnik.
Niestety w górach, jak to w górach, pogoda bywa zmienna i tego akurat dnia góry Itapeti przywitały państwa da Silvę ulewnym deszczem. Deszcz zalewał szyby, a wycieraczki nie nadążały z odprowadzaniem wody. Jazda zrobiła się bardzo trudna, tym bardziej, że droga przez góry była wąska -jednopasmowa o dwukierunkowym ruchu. W pewnej chwili, kiedy pan Neymar zjeżdżał z gór, a jego auto zaczęło nabierać prędkości, z przerażeniem dostrzegł, że na horyzoncie pojawił się nagle inny samochód. Zmierzał prosto w kierunku auta państwa da Silva, ale nie był po swojej stronie drogi. Pan Neymar odruchowo przekręcił kierownicę, by odbić w bok, i wcisnął pedał gazu. Chciał uciec przed nadjeżdżającym autem. Niestety jechał na piątym biegu i reakcja jego monzy na przyspieszenie była zbyt wolna. Nie zdołał umknąć autu z naprzeciwka. Samochód jechał prosto na niego i pan Neymar nie mógł temu w żaden sposób przeciwdziałać.
Wszystko rozegrało się w ułamkach sekund. Auto wjechało w monzę, uderzając w drzwi po stronie kierowcy. Lewa noga pana Neymara wylądowała na prawej, a kości w obrębie miednicy zostały pogruchotane. Tata naszego bohatera usłyszał krzyk żony. Sam zdołał jeszcze krzyknąć: "Umieram!" i stracił przytomność. Kiedy ją odzyskał, wokół słychać było tylko padający deszcz.
Choć czuł potworny ból poniżej bioder, pan Neymar nie myślał o sobie, ale o żonie i synku. Pani Nadine siedziała obok niego z zamkniętymi oczami i głową odchyloną do tyłu. Oddychała, ale była nieprzytomna. "Juninho!" - wykrzyknął w myślach tata, usiłując odwrócić się do tyłu. Z tylnego siedzenia nie dochodził żaden odgłos. Słychać było tylko deszcz. "Gdyby żył, to by płakał" - przemknęło przez myśl przerażonemu ojcu. Mimo straszliwego bólu nadludzkim wysiłkiem zdołał się odwrócić i jednym spojrzeniem omiótł przestrzeń za sobą: szyby w aucie były wybite, wszędzie leżało potłuczone szkło. Na tylnym siedzeniu również znajdowało się tylko szkło. Nie było ani fotelika, ani Juninho.
Neymar da Silva Santos zastygł z przerażenia, a jego serce ścisnęło się w niewiarygodnym bólu, po tysiąckroć silniejszym niż ten, który obejmował wówczas jego ciało.
- Juninho... Boże, nie... Tylko nie Juninho... Zabierz mnie, ale ocal mojego syna... Błagam... - zdążył wyszeptać, po czym znów zemdlał.
Kiedy pani Nadine odzyskała przytomność, zobaczyła, że leży w odłamkach szkła, a po jej rękach spływa krew.
- Juninho.... - wyszeptała, usiłując się odwrócić, ale z bólu znów zemdlała.
Gdy się ocknęła, spojrzała za siebie i zamarła. Zobaczyła dokładnie to samo, co wcześniej ujrzał jej mąż.
Puste tylne siedzenie.
- Szyba... - usłyszała agonalny jęk męża. - Musiał wypaść przez tylną szybę...
Kobieta chwyciła za klamkę samochodowych drzwiczek. Zebrała w sobie wszystkie siły, by je otworzyć, ale na skutek zderzenia samochód był tak zdeformowany, że te ani drgnęły. Na szczęście. Pani da Silva spojrzała przez wybite okno i ścierpła z przerażenia. Samochód znajdował się nad urwiskiem. Każde przechylenie, każdy ruch autem mógł spowodować, że monza runie w przepaść. Uwięziona w samochodzie mama zdołała się obrócić i zajrzała za siedzenie. Na podłodze za sobą ujrzała leżący luzem fotelik synka. Był pusty.
Po twarzy pani Nadine popłynęły łzy.
- Nie...Boże, tylko nie to... Nie zabieraj nam Juninho. Ocal go.... Błagam...
Tymczasem koło monzy zatrzymały się dwa samochody.
- Czy ktoś jest ranny? Czy pani mnie słyszy?! Proszę pani... - Jak z zaświatów doszedł do pani Nadine obcy męski głos. - Żona pojechała sprowadzić pomoc. Zaraz tu będzie pogotowie. Halo, proszę pani... Czy może pani mówić?
Przy wybitym oknie po stronie męża pani da Silva dostrzegła mężczyznę. Na dźwięk jego głosu pan Neymar otworzył oczy.
- Nasz synek... - wyszeptał. - Gdzie jest nasz synek? Niech pan go szuka... Proszę...
- Dziecko? Tu było dziecko? - spytał przerażony mężczyzna, po czym zwrócił się do pana Neymara: - Czy może się pan ruszać?
- Nie... - odpowiedział pan da Silva i po raz kolejny stracił przytomność.
- Ma 4 miesiące... Jechał na tylnym siedzeniu. W foteliku... - mówiła przez łzy pani Nadine. - Musiał wypaść przez okno... Błagam, niech go pan znajdzie...
Mężczyzna rozejrzał się wokół, ale na drodze leżało tylko potłuczone szkło. Pełen najgorszych przeczuć otworzył tylne drzwi auta. Odsunął leżący do góry nogami fotelik i... odetchnął z ulgą. Pod siedzeniem leżał becik z dzieckiem. Chwilę potem jednak mężczyzna znów zdrętwiał. Kiedy wziął niemowlę na ręce, zobaczył, że jego twarz i ubranko są całe we krwi. Na szczęście w oddali słychać już było sygnał ambulansu.
Pan Neymar odzyskał przytomność dopiero w szpitalu. Koło łóżka zobaczył panią Nadine, która uśmiechała się do niego swoim cudownym, kojącym uśmiechem. Na rękach trzymała ich synka. Był cały i zdrowy. Miał tylko bandaż na głowie.
- Żyjecie - odetchnął z ulgą tata. - Jak dobrze. Tak się bałem.
Z całą pewnością można powiedzieć, że rodzina da Silva miała szczęście w nieszczęściu. Krew na twarzy Juninho, która tak bardzo wystraszyła mężczyznę udzielającego im pomocy, pochodziła z małej rany na czole. Chłopca skaleczył odłamek szkła z rozbitego okna i było to jedyne obrażenie, jakiego doznał. A mogło być o wiele gorzej. Również pani Nadine - poza kilkoma ranami i otarciami na rękach - nic się nie stało. Jeszcze tego samego dnia wraz z synkiem opuściła szpital.
Niestety z panem Neymarem nie było już tak dobrze. Miał poważne złamania kości w obrębie miednicy, w wyniku których doszło do jej przesunięcia się (fachowo mówiąc - przemieszczenia), i przeszedł natychmiastową operację. Zabieg się udał, ale miednica wymagała całkowitego unieruchomienia jeszcze przez długie miesiące tak, by pogruchotane kości mogły się zrosnąć. W normalnej sytuacji połamane kości wkłada się w gips. Niestety, w przypadku miednicy jest to niemożliwe. By unieruchomić pana Neymara, lekarze musieli zastosować specjalny pas, na którym jego ciało wisiało w powietrzu.
Na takim iście piekielnym metalowym stelażu tata naszego bohatera spędził 10 dni w szpitalu, a następnie 4 miesiące w domu. W pierwszych tygodniach pana da Silvę bolało wszystko, ale nie to go dręczyło. Przerażał go czas dochodzenia do zdrowia i to, co będzie potem. Po wyjęciu z żelaznej konstrukcji czekało go wiele miesięcy żmudnej rehabilitacji i ćwiczeń. Lekarze dawali mu szansę powrotu na boisko, ale nie wcześniej niż po roku! Doskonale zdawał sobie sprawę, że odniesione obrażenia odcisną trwałe piętno na jego karierze sportowca i nawet jeśli wróci kiedyś na boisko, nie będzie już mowy o formie sprzed wypadku. A miał przecież zaledwie 27 lat!
Był jeszcze drugi aspekt wypadku: przez najbliższy rok pan Neymar nie mógł pracować i pozostawał bez jakichkolwiek zarobków. Ponieważ miał na utrzymaniu żonę i synka, sytuacja nie wyglądała dobrze. Niejeden twardziel na jego miejscu by się załamał, prawda? Jednak pan Neymar jest mądrym człowiekiem i choć przepłakał niejedną bezsenną noc, widział tę sprawę trochę inaczej. Po pierwsze, ŻYŁ i - pomijając wyczynową grę w piłkę nożną - miał wszelkie szanse na powrót do normalnego życia. Po drugie i najważniejsze, ŻYLI, cali i zdrowi, jego synek i żona. A razem zawsze jakoś dadzą sobie radę.
I oczywiście dali radę. Bo z każdej, nawet najgorszej sytuacji można wybrnąć, jeśli się nie poddamy i zaakceptujemy, że nasze życie się po prostu... zmieni.