Nic nie jest za darmo - Martin Grnsdal

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W dżungli i w rzece

Słońce paliło bezlitośnie. Nad sawanną wisiała ciężka zasłona gorąca. Pot spływał mu po plecach i wsiąkał w szorstki mundur. Jakub Sapir tutaj nie istniał. Był starszym szeregowym Danielem Sapirem - najniższym rangą w 2 Cudzoziemskim Pułku Powietrznodesantowym. Niedawno byli na Korsyce. Ćwiczyli w Camp Raffalli, na poligonowym piachu. Od dwóch miesięcy piasek ma inny zapach. Mijali spalone chaty i ciała przy drodze. Przestał je liczyć. Nie padła nigdy nazwa kraju. Sprawa poufna. Czasami miał przeczucie, że tylko wie, że jest kwiecień i rok 1977.

Daniel poprawił pasek pistoletu maszynowego MAT-49. Broń lubiła się zacinać. Sprawdził, czy zamek jest w tylnej pozycji. Zrobił to drugi raz. Docisnął magazynek. Obok niego szli inni legioniści bez słowa, z bronią opuszczoną nisko, każdy pilnował własnego odcinka. Nikt nie rozmawiał. Piasek chrzęścił pod butami...

- Uwaga, zbliżamy się do wioski - rzucił stłumionym tonem sierżant Paulsen. Głos mu zachrypł na ostatnim słowie.

Daniel skinął głową. Ścisnął szczękę tak mocno, że aż zabolało. Przypomniał sobie odprawę: rebelianci, cywile. Wiedzieli, co mają robić, jeżeli ktoś wyjdzie z bronią. Spojrzał na swojego MAT-a.

Zbliżyli się do pierwszych zabudowań - niskich chat z gliny i słomy. Powietrze drgało od upału, a cisza była niemal namacalna. Daniela serce przyspieszyło. Całe ciało go mrowiło. Już tygodnie temu doświadczył, co to znaczy ostrzał, ale to było z daleka, z minimalnym ryzykiem. Tutaj wchodzili prosto na teren wroga.

- Rozproszyć się - polecił sierżant. - Zachować ostrożność.

Daniel skoczył w prawo, przylgnął bokiem do suchego pnia drzewa.

Cichy szelest. Inny. Wycelował w kierunku dźwięku. Palec zadrżał na spuście. Powietrze zatrzymało się na ułamek sekundy. Z jednego z domów wybiegła kobieta. W ramionach ściskała dziecko. Za nią, z wrzaskiem, pojawił się uzbrojony mężczyzna. Nieznane słowa odbijały się echem od murów. Rebeliant uniósł broń. Wystrzał rozerwał ciszę.

- Opuść broń! - krzyknął Daniel w stronę mężczyzny po francusku.

Rebeliant spojrzał na niego z niedowierzaniem i uśmiechnął się złośliwie. Skierował lufę w stronę Daniela, który poczuł, jak czas zwalnia. Przez ułamek sekundy zawahał się, po czym nacisnął spust.

Seria pocisków świsnęła w powietrzu, ale przeciwnik zdążył się uchylić, po czym zniknął za rogiem budynku. Daniel oddał jeszcze kilka serii, aż w końcu lufa charakterystycznie opadła po ostatnim naciśnięciu cyngla.

- Cholera - wymamrotał pod nosem i poczuł, że dławi go własny oddech.

Moment, kiedy nacisnął spust, skondensował się do jednej emocji. Że właśnie w tej chwili czuł, jakby napisał całą książkę o tej decyzji. Każde słowo, każda myśl, każdy ból i każdy strach od dawna w nim tkwiły i czekały tylko na ten moment. A teraz wszystko to zamknęło się... w jednym prostym ruchu palca. Jednak to nie było tak łatwe. Chybił.

Nie mógł nawet zabić, choć "zdecydował", że to zrobi. Czy to on podjął decyzję? Czy cokolwiek w tej przeklętej wojnie zależało od jego decyzji? Pomyślał, że jest za młody, za głupi, za słaby, żeby tu być. W tamtej chwili czuł przecież doskonale, że palec na spuście nie należy do niego... jakby ciało działało samo, bez jego zgody, a mimo to wszystko kończyło się fiaskiem.

Co za różnica, czy strzelał, czy rzuciłby broń i podniósł ręce w geście poddania? Przecież w każdej z tych wersji czekało na niego to samo - śmierć. Mógłby po prostu skończyć to wszystko tu i teraz, dać się zastrzelić, pozwolić, by ten koszmar sam go wypluł.

Kim właściwie jestem, jeśli nawet tego nie potrafię zrobić? - nie mógł uwolnić się od tego pytania. Gdy przecięło ono ciszę jego umysłu, poczuł, jak krew bije mu w skroniach. Nie miał wątpliwości - ta myśl osiadła w nim na dobre.

Czy rzeczywiście tchórzostwo zabraniało mu przestać walczyć, czy może właśnie zmuszało go, by trwał dalej? Trzymał broń kurczowo, jakby stanowiła jedyny dowód, że jeszcze żyje. Po przejściu wymagającego szkolenia wcale nie czuł, że walka jest dla niego tak naturalna jak oddech - automatyczna, mechaniczna, bezmyślna. Wszystko było inne niż na poligonie, niż jak im mówili. Ale czy to była odwaga, czy tylko strach przed pustką, która czekała, jeśli odpuści? A może to jedynie reakcja na chaos? A on? Rozumiał na razie tyle, że jest pionkiem w grze, której zasad wcale nie pojmował.

- Daniel, na lewo! - krzyknął ktoś z tyłu.

Odwrócił się i zobaczył kolejnego rebelianta wybiegającego z zaułka. Zadziałał jednak instynktownie, zgodnie z wyuczonymi mechanizmami - nacisnął ponownie na spust, ale broń milczała. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, przeciwnik znalazł się tuż przy nim. Przeklął w myślach, a strach zaczął się rozlewać w jego wnętrzu jak trucizna - błyskawicznie, paraliżująco, bez litości. Nawet nie miał szansy, by się bronić. Śmierć stała tuż obok. Był tylko o krok od niej, a przecież równie dobrze mógł już nie żyć.

Starcie było niczym dziki taniec śmierci - pełen błyskawicznych ruchów, warknięć i chrzęstu łamanych gałęzi. Daniel upadł na ziemię, kurczowo trzymając broń, jakby od niej zależało jego życie. Poczuł, że przeciwnik przygniata go całą swoją masą, jednak desperacka chęć, by nie umrzeć, by nie zniknąć z życia tych, którzy na niego czekali, w domu, nie pozwalała mu się poddać. Poczuł budzący się w nim gniew - wściekłość na to, że mógł umrzeć tutaj, samotnie, bez żadnego śladu, a jego bliscy nigdy nie dowiedzieliby się, gdzie zginął i dlaczego. Ta myśl paliła go od środka bardziej niż ból, że mógłby zostać zapomniany, jakby nigdy nie istniał.

Kierowany gniewem i odruchem sięgnął po złożoną saperkę przytroczoną do pasa. Uderzył nią z całej siły w głowę przeciwnika. Był pewien, że osoba, którą trafił, krzyknęła - krzyk bólu, wstrząsający i przerażający, powinien rozejść się echem po okolicy. Ale rzeczywistość okazała się inna - nikt niczego nie usłyszał. Cisza, nieprzenikniona i obojętna, zdawała się pochłaniać wszystko, co mogło się wydarzyć. To, co wydawało się krzykiem, istniało jedynie w jego głowie.

Napastnik wstał, cofnął się o krok, trzymając się za kark. Jego oczy płonęły wariackim gniewem, ale nadal stał w miejscu, jak ogłuszony. Wyszkolonym ruchem Daniel rozłożył swoją prowizoryczną broń, dokręcił pierścień i zamachnął się śmiercionośnym narzędziem - ponownie trafił w głowę. Rebeliant upadł na kolana, a potem osunął się bezwładnie na ziemię.

Saperka w jego dłoni nabrała wyjątkowego ciężaru. Trzymał ją, ale czuł, jakby przed momentem wyrosła tam sama. Wpatrywał się ślepo w zakrwawione ostrze. Każdy oddech ranił jego płuca, a serce, dzikie i niespokojne, zagłuszało wszystko inne. Dłonie dygotały. Z przerażenia? A może z szalejącej adrenaliny? Sam już nie wiedział. Zabiłem człowieka - pomyślał, ale to poczucie winy i grozy szybko przysłonił instynkt przetrwania. Spojrzał już bardziej świadomie na zakrwawione ręce, dłonie, łokcie, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie zrobił.

Dopiero wtedy zrozumiał, że jego przeciwnik był zaledwie nastolatkiem, może czternastoletnim. Ta konstatacja uderzyła go mocniej niż jakikolwiek cios, a ciężar tej chwili wbił go w ziemię. W oczach tamtego chłopca widział strach i coś jeszcze - gniew, rozpacz, a może pragnienie życia... Czy tego nastolatka można było nazwać wrogiem? Czy w tej wojnie ktokolwiek jeszcze był kimś więcej niż tylko dzieckiem rzuconym w chaos? Pytania zaczęły świdrować jego umysł.

- Musimy ruszać! - rozległ się głos sierżanta. - Nie mamy czasu!

Daniel otrząsnął się z otępienia. Schował saperkę i podniósł z ziemi MAT-a.

Z wprawą sprawdził magazynek i dopiero teraz zauważył, że był pusty. Zamarł na chwilę, kiedy uświadomił sobie, że jeśli szczęście można by mierzyć jak piasek w klepsydrze, to znaczna jego część przesypała się już do dolnej komory. Wiedział, że los nieczęsto pozwala odwrócić klepsydrę. Musiał działać - każda kolejna chwila zwłoki mogła być tą, która przekreśli wszystko.

Ruszył za resztą oddziału, który przemieszczał się w głąb wioski. Wokół panował chaos. Krzyki, strzały, płonące strzechy. Daniel omiatał teren wzrokiem, broń była gotowa do strzału.

Przebiegł przez otwarty plac i schował się za murkiem. Obok niego padł na ziemię kapral Pierre Dubois. Sekundę później dołączyli inni.

- Wszystko w porządku, fiston?[1] - zapytał, nie odrywając wzroku od suchego przedpola.

- Tak. - Daniel przełknął i skinął głową. Otarł wilgotny brud z policzka.

- Dobra robota tam wcześniej. Widziałem... - Dubois rzucił to sucho, jak komendę.

Daniel tylko kiwnął.

- Przygotuj się. Za chwilę ruszamy dalej.

- Jeśli chłopak pęknie, stanie się obciążeniem dla całej jednostki - kapral wyszeptał do doświadczonego żołnierza obok. - Miej go na uwadze.

Tamten skinął, patrząc przed siebie.

- A teraz rozproszyć się, leżymy za ciasno!

Na polecenie kaprala Duboisa weterani się odczołgali. Obserwowali w ciszy. Pył osiadał im na mundurach. Kapral poprawił sobie oporządzenie, metalowa klamra na pasie zabrzęczała.

Z jednego z domów wybiegł młody chłopak z karabinem. Daniel zareagował instynktownie. Celownik, spust. Dzieciak upadł, broń wypadła mu z rąk. Złapał się za brzuch.

- Nie strzelaj! - Daniel podniósł lewą rękę.

Dubois wbił w niego twarde spojrzenie.

- Co ty robisz?

- Jest ranny. Weźmy go.

- O, tak, jeszcze może wezwiemy dla niego karetkę...

Dubois wrócił wzrokiem na przedpole.

Daniel zamarł. Zacisnął mocno oczy. Nagle je otworzył, bo obok trzasnęły dwa strzały. Ramiona rannego gwałtownie zgięły się ku klatce piersiowej, zacisnął obie dłonie w pięści, po czym upadły one na ziemię.

- Rozumiem - wyszeptał Daniel.

Ruszyli dalej. Padały pojedyncze strzały, serie, potem cisza. Przy zaribie[2] kobieta przycisnęła do siebie gromadkę dzieci. Nie odrywała od nich rąk. Oczy miała dziko otwarte.

- Teren zabezpieczony - ogłosił sierżant. Patrzył w kierunku młodej czarnoskórej kobiety. - Dobra robota, panowie. Zbieramy się - oznajmił.

Oddział, złożony z dwóch drużyn, zaczął się wycofywać w kierunku punktu zbiórki. Daniel szedł na końcu, spoglądał na zniszczoną wioskę, na kobietę. Widział ciała, zgliszcza, płonące domy. Obraz ten wrył mu się w pamięć. Uciekł przed represjami w Polsce, lecz teraz dręczyło go przeczucie, że sam stał się oprawcą. Walka z rebeliantami nie przynosiła ukojenia dla tych uczuć. Nie zagłuszała myśli, że stał się kimś, kogo sam kiedyś nienawidził - częścią bezdusznej machiny, przed którą niedawno uciekał. Zabili paru rebeliantów. I co? To tej pani nie pomoże. Jej dzieciom też nie. Zresztą kto jest rebeliantem, a kto po prostu tubylcem... to inna sprawa.

Gdy dotarli do bazy, powitała ich cisza dająca jednocześnie względne poczucie bezpieczeństwa. Żołnierze znikali w cieniu namiotów. Daniel zsunął się na ziemię pod rozłożystym drzewem, plecami wspierał się o szorstki pień. Przymknął oczy - szelest liści tonował jego emocje. Nie dawało mu spokoju, że nie ma pojęcia, gdzie jest. Wiedział tylko, że baza leży koło jakiegoś małego lotniska.

Nie musiał otwierać oczu, by poczuć, że Piotr Kamiński jest obok. On zawsze pojawiał się, gdy Daniel najbardziej tego potrzebował - cichy, pewny siebie, jakby jego obecność była czymś oczywistym. Zgodnie z żołnierską prawdą, że pierwsze starcie bojowe zawsze zostawia w człowieku ślad, Daniel odczuwał piętno - niewidoczne gołym okiem, ale wyryte głęboko w umyśle. Piotr nigdy o tym nie mówił, a mimo to Daniel wiedział, że on rozumie.

Nie chodziło tylko o sam chrzest bojowy, bo to poniekąd miał już za sobą, ale o fakt, że zabił, i o sposób, w jaki to zrobił. Nawet doskonałe szkolenie nie mogło przygotować na moment, gdy prawdziwa walka przestawała być abstrakcją, a stawała się namacalną rzeczywistością - z krwią, śmiercią i dźwiękiem wdzierającym się w każdą komórkę ciała.

Daniel spojrzał na Piotra, który, jak zawsze, wiedział, kiedy zadać pytanie, którego Daniel bałby się zadać sam sobie.

- Czy to kiedyś staje się łatwiejsze? - zapytał, choć nie miał przekonania, czy chce znać odpowiedź.

Piotr patrzył długo na Daniela, z cichym zrozumieniem, jakby Daniel znał wszystkie te odpowiedzi. Piotr mówił niewiele, a o sobie niemal nie wspominał. Zazwyczaj wystarczało mu robić swoje, z dala od refleksji i roztrząsania. Może dlatego Daniela zaskoczyło to, że zadał pytanie, które przerwało ciszę, jaka zwykle panowała między nimi. Toczył wewnętrzną walkę, aby spróbować ubrać w słowa to, co krążyło w jego umyśle. Głos ledwo przedarł się przez szum rozmów i trzask ognia - cichy, niemal zagubiony, wyjęty z mroku myśli.

Daniel słuchał w napięciu. Piotr, zawsze tak pewny siebie i niezłomny, teraz zdradzał cień wątpliwości. Myśl o odejściu? Tu, w tym miejscu, gdzie każdy dzień był walką o przetrwanie, a każdy krok pogłębiał wyrwę w duszy, Piotr nagle mówił o powrocie. Jakby miał dokąd wracać. Jakby cokolwiek jeszcze miało tam na niego czekać.

Gdy jego kolejne słowa rozerwały milczenie, zabrzmiały niemal jak wyrok. "Może nie ma już dokąd wracać". Cień smutku przebiegł przez twarz Piotra. Daniel poczuł, jak powoli narasta w nim coś nieznanego, coś, co nagle wypełniło pustkę, którą dotąd ignorował.

- Nie możesz mnie zostawić - wyszeptał, a słowa, choć stłumione, były ciężkie i bolesne, jakby każdy wyraz wyrywał się z jego wnętrza.

Piotr spojrzał na niego długo, jakby ważył, czy słowa mają sens. Jego spojrzenie odbijało myśli Daniela, choć nigdy ich nie wypowiedział na głos.

- Może - powiedział w końcu. - A może powrotu nigdy nie było.

Daniel poczuł znajome ukłucie, ponieważ Piotr zawsze wypowiadał myśli, które tkwiły w nim od dawna.

Piotr uśmiechnął się smutno.

- Może. A może to ty, Danielu, musisz być gotowy, żeby w końcu przestać na mnie liczyć. To też jest część służby.

Daniel nie ufał Piotrowi aż na tyle, żeby mu zdradzić swoje prawdziwe imię.

***

Nadszedł wieczór i obóz pogrążył się w mroku. Żołnierze szeptali między sobą, jedli nudne posiłki, a niektórzy zajmowali się czyszczeniem broni lub sprawdzaniem ekwipunku, aby przygotować się na to, co może przynieść kolejny dzień.

Daniel nie miał nic, czym mógłby się zająć - jego ekwipunek był zawsze w idealnym stanie. Każda klamra, szelki, każdy element wyposażenia były metodycznie zadbane, jakby to była jego jedyna egida przeciwko chaosowi wojny. Wszystko, co mógł zrobić, już dawno zrobił - teraz pozostawało mu tylko czekać.

Myślami powędrował do najbliższych. Jego rodzice zostali aresztowani, a brat rozpłynął się gdzieś między granicami i wspomnieniami - jak cień, który nigdy nie wrócił. Był sam. Nawet tutaj - pośród legionistów, żołnierskiej elity, w której każdy miał być częścią większej całości - samotność wciąż go doganiała. W dodatku jego najbliższy towarzysz broni kończył służbę i wracał do domu...

Gdy leżał już w namiocie, wsłuchiwał się w odgłosy afrykańskiej nocy. Próbował wyobrazić sobie, że słyszy dźwięk bębnów, śpiewy tubylców, może rebeliantów, jednak nie mógł się pozbyć obrazów sprzed kilku godzin. Zaciśniętych pięści chłopca.

Gdy próbował przymknąć powieki, przed oczy wracał moment uderzenia saperką w głowę tamtego nastolatka. Widział własne oczy, pełne gniewu i strachu. Nienawiści. Czy to była walka o przetrwanie, czy może coś więcej? Czy miał prawo odebrać życie?

Przewrócił się na bok, próbując odpędzić te myśli i obrazy. Poczuł, że marznie. Jak to możliwe w Afryce? - pomyślał. Przecież książki, które czytał jako chłopak, opowiadały o ciepłym, gorącym kontynencie. Wszystko tu było nie takie, jak sobie wyobrażał...

Naszła go myśl, czy przypadkiem nie stał się jak polscy żołnierze w XIX wieku na Haiti. Ci, którzy walczyli, by tłumić powstania niewolników w imieniu władcy Francji, co miało pośrednio wspierać dążenia do wolności Polski. Ironia była dojmująca - tak jak oni, teraz i on walczył dla Francji. Toczył potyczki na obcej ziemi w sprawie, która nigdy nie była jego. Nawet zabronili im o tej operacji kiedykolwiek wspominać. A jednak stał się narzędziem Francuzów. Jak tamci - chcąc desperacko wywalczyć wolność, musiał najpierw pomagać ją odbierać innym.

Walczył w wojnie, której cel wydawał się odległy i pusty, a jednak wierzył - nie... miał nadzieję - że to cierpienie może w jakiś sposób odkupić fragment jego własnej, utraconej wolności. Ofiara złożona przez Polaków na Haiti wcale nie czyniła ich wolnymi. Daniel obawiał się, że jako żołnierz francuskiej Legii Cudzoziemskiej także nie osiągnie swojego dalekosiężnego celu.

Ta myśl uwierała go jak ostrze wbite w pierś. Żaden chłopak w jego wieku nie powinien zmagać się z takimi pytaniami - myślał gorzko. To był taki rodzaj rozważania dla filozofów albo starych żołnierzy na końcu swoich dni, nie dla kogoś, kto według wszelkich miar ledwie wkroczył w dorosłość. A jednak tutaj tkwił, mierząc się z dojmującym brzemieniem. Nie miał się za dorosłego, jednak tutejsza gehenna postarzała go, wyryła bruzdy na duszy, a ta nie była jeszcze gotowa, by je unieść. Pod ciężarem tego, co widział, tego, co robił, odmierzanie czasu straciło jakikolwiek sens. Tu, na tej spalonej ziemi, czas mierzono sekundami między kolejnymi wystrzałami, ciężarem każdego oddechu łapanego pod słońcem, które zdawało się wypalać życie z każdego, kto odważył się przeżyć kolejny dzień. A jeśli znowu nie sprawdzi MAT-a - ta myśl uderzyła nagle, jak alarm - jeśli nie upewni się, że broń jest gotowa, to następne starcie będzie jego ostatnim. Ostatnim oddechem.

Wziął pistolet maszynowy do rąk. Palce badały chłodne, znajome krawędzie. MAT był jego kotwicą. Pracował z precyzją wyrobioną nawykiem, ale jego myśli uciekały. Nie liczył amunicji; liczył chwile, które mogły się skończyć, jeśli broń zawiedzie. Jak to jest - pomyślał - że moje przetrwanie zależy od kawałka pierniczonego metalu, który w dodatku czasem się zacina. Ale czy cała wojna nie była właśnie serią absurdów układanych jeden na drugim, każdy bardziej kruchy od poprzedniego?

Gdy jego palce sunęły po magazynku, poczuł wyjątkowy ciężar. To nie był rutynowy przegląd amunicji, a rytuał, modlitwa do bogów przetrwania. Znieruchomiały trzymał MAT-a w rękach, przyglądał mu się. Czy ta wojna skończy się, zanim zawiedzie jego broń?

***

Następnego dnia, nim jeszcze zaczęło świtać, gotowali się do kolejnego wymarszu. Znów mieli przemierzać niekończące się połacie rozgrzanej słońcem ziemi. Powodu wymarszu im nikt nie zdradzał. Nie byli od tego, żeby wiedzieć, tylko wykonywać. Droga ciągnęła się monotonnie, a Daniel, choć starał się skupić na zadaniu, wciąż miał przed oczami wydarzenia poprzedniego dnia. Myśli wracały nieproszone, przesuwały się jak cienie przez świadomość, a każdy krok wydawał się cięższy.

Piotr szedł blisko Daniela i kątem oka go obserwował. Doskonale wiedział, że jego kompan przeżywa zadanie śmierci innemu człowiekowi. Podobnie jak wielu przed nim, Daniel musiał znaleźć własną metodę na przetrwanie. Słowa wsparcia nie niosły żadnej pomocy, były niczym kolejne kroki po pustyni - powtarzalne, rutynowe, bez głębszego znaczenia. W milczeniu przyjął więc fakt, że każde zapewnianie go, że "przetrwa", to jedynie echo nadziei, która tu, w tych warunkach, była towarem deficytowym. Na szczęście tym razem obyło się bez walki, bez strzałów, bez ofiar - po prostu monotonnie szli przed siebie. To był kolejny zwyczajny patrol. Mieli po prostu pokazać, że nadal tam są, że lokalni nadal muszą się liczyć z ich obecnością.

Kiedy wrócili do bazy, dostali kilka godzin wolnego, ale to dla żołnierzy miało inne znaczenie, niż mogłoby się wydawać. Każdy z nich miał wiele zadań do wykonania: zadbać o broń, buty, higienę osobistą... Daniel, myślami z dala od reszty, zapatrzył się na odległy horyzont. Myśli uciekały w stronę domu, brata, wszystkiego, co pozostawił za sobą. Czy jeszcze kiedyś go zobaczę? - to pytanie powracało uporczywie.

Kapral Dubois zauważył Daniela siedzącego samotnie na skrzyni z amunicją. Zbliżył się szybko, bez cienia zainteresowania, jakby chciał tylko sprawdzić, czy z szeregowym legionistą wszystko jest w porządku. Stanął nad Danielem, ocenił go wzrokiem.

- Siedzisz tu bezczynnie? - warknął. Nie czekając na odpowiedź, dodał: - Zajmij się czymś, nie mamy tu czasu na bezczynność. Zostajemy tu na noc, więc będziesz miał czas na gapienie się!

Poklepał go po ramieniu, ale bez ciepła, wskazał palcem na oddalony o kilkanaście metrów namiot, po czym odszedł, zostawiając Daniela sam na sam z obowiązkami, które miały go odciągnąć od własnych myśli. Chłopak wstał i niemal dziecinnie powolnym krokiem skierował się ku polowej kuchni.

***

Wieczorem atmosfera w bazie lekko się rozluźniła, ponieważ żołnierze nie musieli, chociaż tej nocy, bać się ani oczekiwać kolejnego starcia z wrogiem. Mogli faktycznie odpocząć - bezpieczeństwo i ochronę bazy przejęły siły powietrzne, stacjonujące na pobliskim lotnisku. Legioniści śmiali się nad swoją menażką, opowiadali mocno podkoloryzowane historie. Daniel słuchał ich, lecz pozostawał z boku, niemal niewidoczny u wejścia do swojego namiotu.

Olivier, zawsze pełen energii, rzucił w stronę Daniela kilka słów, które miały rozproszyć ciężar ciszy i dodać otuchy. Ale Daniel wiedział, że to tylko gra pozorów. Uważał, że są jak rozbitkowie na tonącej łodzi: pozornie współpracujący, a jednak walczący samotnie i chwytający się swoich własnych nadziei i lęków, jakby to one miały ich ocalić.

Słońce powoli zanurzało się za horyzontem, a afrykańska noc przynosiła upragnioną ulgę od palącego upału dnia. Daniel zauważył, że dzisiaj wcale nie marzł. Może to jednak nie malaria, której tak się obawiał. Natknął się kiedyś na opis choroby w Parazytologii... Stefańskiego, potem dużo o niej mówiono w Calvi, że pasożyt zostaje w ciele na zawsze. O innych rzeczach z tej gehenny, które zapewne utkwią w nim do końca życia, nie wspominano.

Obóz 2 Cudzoziemskiego Pułku Powietrznodesantowego wyróżniał się tym, że tu żołnierze różnych narodowości i odmiennych kultur tworzyli wyjątkową atmosferę. Każdy z nich był inny - z inną przeszłością, językiem i marzeniami, które zostawił za sobą - ale pod koniec dnia różnice przestawały mieć znaczenie. Po trudach i napięciu wszyscy szukali tego samego: chwili zapomnienia, wspólnego śmiechu, odrobiny normalności.

Daniel znów usiadł na skrzyni z amunicją i wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo. Chociaż ta część otoczenia nie padła ofiarą wojny - pomyślał. Czuł chłód nocy przenikający przez materiał munduru, lecz to nie zimno sprawiło, że zadrżał. Poczuł na sobie spojrzenie.

Piotr stał w cieniu, niemal wyrastał z ciemności. Stał nieruchomo, z tą swoją charakterystyczną aurą spokoju, jakby chaos otaczającego świata nie miał do niego dostępu.

- Wciąż próbujesz szukać sensu tam, gdzie go nie ma? - zapytał z cichym uśmiechem, który był bardziej cieniem, ledwie widocznym w nikłym świetle ognisk.

Daniel nie odpowiedział. Nie musiał. Piotr znał odpowiedź, zanim pytanie zostało zadane, jak zawsze. Piotr wiedział o nim wszystko - czasem nawet zbyt wiele. To było niepokojące, ale jednocześnie kojące. Daniel spuścił wzrok, wpatrywał się w swoje dłonie. Ich skóra była szorstka, popękana, ale jak zawsze miał czyste paznokcie.

Przypomniał sobie książkę o Legii Cudzoziemskiej, którą czytał jako chłopak, gdy marzył o przygodzie i bohaterstwie. Tamta wizja była romantyczna, niemal heroiczna - mężczyźni w mundurach, zdobywający chwałę w odległych zakątkach świata. Teraz rozumiał to, co tamta książka starała się ukryć między wierszami: że legioniści, gdy się nudzą, mają skłonność do złego.

Lektura jakby opisywała jego - żołnierza, który miał czas, by myśleć, i to go niszczyło. Wojna to nie tylko bitwy, lecz także nieustanne oczekiwanie, które wypalało od środka. Chciał zgłosić się na jakąś misję, by przerwać ten bezruch, tę klaustrofobiczną ciszę. Ale jednocześnie bał się, że oznaczałoby to walkę. A walka była czymś, co już znał i czego nie chciał poznać jeszcze bardziej.

Rekruci mówili o niej z mieszanką ekscytacji i lęku - dopóki nie widzieli jej na własne oczy. Dopóki nie poczuli zapachu palącego się ciała, nie usłyszeli krzyków tych, którzy błagali o pomoc, wiedząc, że ona nie nadejdzie. Wtedy często zmieniali zdanie. Wojna szybko obdzierała z romantyzmu każdego, kto odważył się patrzeć na nią zbyt długo.

Daniel westchnął, opierając się ciężko o skrzynię. On też był taki, przypomniał to sobie niechętnie. Kiedy czytał książki o Powstaniu Warszawskim, wyobrażał sobie bohaterów, którzy poświęcają wszystko dla wolności. Dopiero rzucony tu, w wir prawdziwej wojny, pojął, jak wiele wtedy nie rozumiał. Bo wojna to nie wielkie gesty, a drobiazgi, które po cichu cię rozdzierają - wybór między strzałem a bezruchem, między ratunkiem a przetrwaniem.

- Ciągle wracasz do tego samego, Daniel - powiedział Piotr, jakby czytał jego myśli. - Do tego, kim chciałeś być, a kim się stałeś.

Daniel spojrzał na niego, jakby chciał szukać w tym cieniu odpowiedzi, której sam nie potrafił znaleźć. Jednak Piotr milczał, jakby stanowił tylko kolejny fragment tej niekończącej się ciemności.

Daniel wiedział, co nastąpi jeszcze tego wieczoru. Od początku tej misji ich bazę odwiedzały lokalne dziewczyny, przyprowadzane pod czujnym okiem straży, jak towar wystawiony na pokaz. Bezwstydnie zredukowane do roli narzędzi zapomnienia, były wykorzystywane przez żołnierzy, którzy szukali w ich ramionach choć chwilowej ucieczki od własnych myśli. Wszystko odbywało się pod pozorem porządku i dyskrecji - ale tylko dla nich, nigdy dla dziewczyn. Procedurę ustalono już jakiś czas temu, lecz z takim przyzwoleniem ogółu, jakby jej istnienie było czymś nieuniknionym. Cóż, czy to tylko część wojennego rytuału, brudny cień bohaterskich opowieści? Nikt nie zadawał podobnych pytań. Nikt też nie patrzył na dziewczyny jak na istoty posiadające ludzką godność. W końcu każdy wolał oszukiwać siebie, niż zburzyć iluzję codzienności.

Daniel obserwował, jak kolejna grupa kobiet przechodzi przez obóz. Trzymały się blisko siebie, jakby fizyczna więź mogła ochronić je przed nadchodzącymi godzinami. W myślach Daniela pojawił się obraz, tak bolesny i groteskowy, że musiał zacisnąć szczęki. Mogli je równie dobrze ustawić w szeregu nago, jak na targu niewolników na Głębokim Południu.

- Nie idziesz? - zapytał Piotr, unosząc brwi z udawaną ciekawością. Jego ton był lekki, niemal rozbawiony, ale w oczach kryło się coś więcej. Coś, czego Daniel nie chciał nazywać.

- Nie - odpowiedział krótko.

Piotr przez chwilę milczał, a potem wzruszył ramionami z teatralną obojętnością, ale udzielił mu jednak uwagi:

- Powinieneś być pierwszy! Pierwszy w kolejce! Byś się pokazał, że też jesteś męski! - tłumaczył mu Piotr.

Daniel zacisnął usta, lecz nic nie powiedział. Nie musiał. Piotr często miał tę irytującą zdolność ubierania w słowa myśli, których Daniel wolałby nigdy nie wyrazić, ale tutaj się mylił. Daniel nigdy by się nie rzucił w tę odrażającą rutynę, a nawet jeżeli, nie odnalazłby w niej żadnej ulgi. Nie wyobrażał sobie spojrzenia matki, gdyby się o takim czymś dowiedziała. Co by powiedziała na saperkę lub dobitego chłopca... o tym nawet nie chciał myśleć.

- Wiesz, że to niczego nie zmieni, prawda? Zrobiłeś, co musiałeś. Nie mam racji? - pytał Piotr z tym swoim specyficznym spokojem.

Daniel westchnął, czuł ciężar tych słów, choć nigdy nie przypisywał ich Piotrowi. One były już w nim, zanim zostały wypowiedziane.

To postanowienie nie było nagłe, ale narastało, odkąd pojawili się w tym miejscu, gdzie śmierć, upokorzenie i pragnienie ucieczki splatały się w nieodłączny taniec. Tu, gdzie nawet to, co miało być chwilą rozrywki, stawało się przypomnieniem, że nie ma już żadnej ucieczki.

- Rozumiem - podjął znów Piotr. - Ale jeśli wreszcie zmienisz zdanie, wiesz, gdzie nas znaleźć. A tak w ogóle, fakt, że rozwaliłeś murzynowi łeb łopatą, to nie powód, żeby teraz zwieszać własny.

- Dzięki. - Daniel wysilił się na obojętny uśmiech, jak przystało na twardego legionistę, po czym wzruszył ramionami, jakby to była tylko kolejna historia do opowiedzenia przy ognisku.

W środku jednak czuł żal. Żal do samego siebie, do tego człowieka, którego zabił, do Piotra i do wszystkich innych, których los splótł z tą piekielną wojną. Obwiniał wszystkich, razem z własną osobą, za to, że tutaj teraz jest. Tamten czarny być może nie był pierwszym człowiekiem, którego zabił - trudno to stwierdzić, gdy oddaje się strzał z daleka. Ale na pewno był pierwszym, którego zabił w taki sposób, z taką pewnością.

Piotr odszedł, a Daniel wrócił do samotnego rozmyślania. Dziewczyny mu w niczym nie pomogą, więc szukał ukojenia skądinąd. Wstał i postanowił, że spacer po obozie dobrze mu zrobi.

W obozie panowała mieszanka oczekiwania i napięcia. Żołnierze gromadzili się wokół ognisk, niektórzy grali w karty, inni opowiadali historie. W oddali słychać było ciche śmiechy i rozmowy. Kiedy Daniel przechodził obok jednego z namiotów, zauważył grupę żołnierzy rozmawiających z kilkoma miejscowymi dziewczynami. Strażnicy stali nieopodal, czujnie obserwując otoczenie.

Jedna z miejscowych kobiet klęczała przed jakimś kapralem, wykonując ustami intymną usługę "Ngulu Bangala" - robiła to na oczach wszystkich, jakby uczestniczyła w rytuale, w którym upokorzenie jej było głównym celem. Nie było tam miejsca na wstyd. Wstyd? Co to w ogóle znaczy w takich okolicznościach? Gdzie tu miejsce na wstyd, kiedy wszyscy już dawno przekroczyli granice człowieczeństwa?

Dziewczyna robiła to, co musiała, by przetrwać. Jej ciało stało się towarem. Żaden z obecnych tego nie kwestionował. Czy mogła wybierać inaczej? Może i mogła, lecz nikt nie był bez winy. Każdy próbował po prostu przetrwać, nie zważając na cenę. Ale czy samo przetrwanie wciąż znaczyło życie? Czy ta walka - ślepa i brutalna - nie odczłowieczała ich wszystkich? Daniel zastanawiał się, kim właściwie są, skoro to instynkty zajmowały miejsce myślenia. Cogito ergo sum - przyszło mu na myśl. Paradoks - przetrwanie miało ochronić życie, jednak odbierało wszystko, co je określało.

Daniel patrzył na tę dziewczynę i wiedział, że jej życie, tak jak jego, zostało sprowadzone do funkcji biologicznych - oddychania, ruchu, konieczności trwania. Im bardziej oni wszyscy próbowali trwać, tym mniej ludzcy się stawali.

Sam Daniel zbyt dobrze wiedział, jak to jest, kiedy wstyd i hańba zostają zepchnięte w głąb, aż stają się martwym echem, które ledwo się rejestruje. Z każdym takim widokiem czuł pustkę, która wypełniała jego duszę i pochłaniała resztki sumienia.

Spróbował znaleźć odpowiedź na kolejne męczące go pytanie: co miałoby go czynić lepszym od tamtej dziewczyny... Jej usługa była przynajmniej szczera i jasno określona. Oferowała to, co oferowała. Nie przyrzekała niczego więcej. On nie był pewien, czy jego wojenne działania da się w ogóle tak jednoznacznie nazwać uczciwymi.

"Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przy tem nie stał się potworem"[3] - myśl przemknęła przez jego umysł, drwiąca, nieproszona. Czy już się nim stał? A może nigdy nim nie przestał być? Powoli i z trudem uświadamiał sobie, że w czasie każdej wojny moralność zanika i że dzieje się tak nie dlatego, że zostaje odrzucona, ale dlatego, że rozpada się pod ciężarem konieczności. Konstatacja, że wszystko w czasie wojny sprowadza się do siły, do woli przetrwania, która tłumiła wszystko inne, była trudna do przyswojenia, jeśli właśnie w legendarnych dowódcach czy bohaterach epickich batalii historycy doszukiwali się godnych naśladowania wzorców, a nauczyciele podkreślali nierzadko wydumane cnoty poległych.

Tu, gdzie teraz przebywał Daniel, nie było miejsca na wyższe wartości. Tylko ta pierwotna wola.

Czy nie o to chodziło Nietzschemu? Odrzucić iluzje dobra i zła, spojrzeć prawdzie w oczy?

A jednak - patrząc na nią, klęczącą na zimnej ziemi - nie czuł nic z tego, co miał czuć. Żadnej siły. Tylko pustka. Jakby jego własna wola została wessana przez to miejsce, tych ludzi, tę wojnę. Jakby nic już nie należało do niego.

Nie był nadczłowiekiem. Nie był nikim więcej niż cieniem. Dryfował na rzece przez dżunglę.

Jedna z dziewczyn, młodsza, z delikatnymi rysami, spojrzała na niego przelotnie. Była piękna w sposób, który przetrwał nawet w tym miejscu. Początkowo dostrzegł w niej rezygnację, wyuczoną obojętność. Po chwili zauważył, że tliła się w niej nikła iskra nadziei, która poraziła go bardziej niż jakikolwiek akt przemocy. Nadziei na co? - pomyślał. Na cokolwiek. Może na to, że wśród tych ruin znajdzie się ktoś, kto dostrzeże w niej człowieka. Może na to, że gdzieś istnieje lepsze jutro. Na jutro.

Daniel spuścił wzrok, bo wiedział, że nie mógł spełnić tego marzenia. Nie dla niej, nie dla siebie. To, że wciąż potrafiła mieć nadzieję, było niemal okrutne. Przypominała mu coś, czego nie było... i nigdy nie będzie.

Afrykańska noc tętniła życiem, ale i śmiercią. Daniel wiedział, że ich obecność tutaj zależała całkowicie od woli czarnoskórych autochtonów. Każda decyzja miejscowych, nawet najdrobniejsza, mogła przechylić szalę... Czy ich nakarmią, czy zdradzą; czy ich ostrzegą, czy zaprowadzą na rzeź... Byli jak okręt na wzburzonym morzu - zdani na łaskę fal i wiatru, które nie miały ani współczucia, ani złości... tylko apatię.

Ten czas, spędzony w tym afrykańskim piekle, nasunął mu pewną myśl: obojętność czasem okazuje się gorsza od nienawiści. W nienawiści kryła się przynajmniej jakaś energia, jakiś impuls, który można było zrozumieć i na który dało się zareagować. Obojętność była przepaścią, w której znikały wszystkie wysiłki, nadzieje i znaczenia. Daniel zastanawiał się, czy miejscowa społeczność pomagała im, ponieważ wierzyła, że tak należy, czy po prostu czekała na moment, kiedy będzie można pozbyć się intruzów.

To właśnie ta nieprzenikniona obojętność ludzi, krajobrazu, nocy budziła w nim lęk. Nocne dźwięki Afryki - pełne życia i śmierci zarazem - rozbrzmiewały wokół i przypominały mu, jak niewiele tu znaczy. To nie był region bliski mu kulturowo. Rządził się odrębnymi prawami. Życie i śmierć legionistów zależały wyłącznie od tego, jak miejscowi zinterpretują ich obecność, i Daniel miał przeczucie, że tylko on w ten sposób odczytuje sytuację. Byli tu po prostu ciałem obcym. Obcy - to słowo miało tutaj ciężar, jakiego nigdy wcześniej nie odczuwał.

Mózg Daniela błyskawicznie zareagował na tę konstatację o poczuciu obcości i przywołał wspomnienia. Przed oczami stanęła mu matka. Jej cichy, łagodny głos niósł się jak odległe echo opowiadające bajkę o dzielnym rycerzu, który mimo przeciwności losu zawsze wracał do domu. On też chciał wrócić do domu.

Ojciec - obraz wyłaniający się z cienia wspomnień - pochylony nad szachownicą, wskazujący na wieżę... "Czasem trzeba poświęcić coś ważnego, by wygrać większą bitwę" - mówił wtedy, ale czy bitwy mogły mieć znaczenie, jeśli wszystko kończyło się stratami? Daniel widział w szachach coś, czego ojciec nigdy mu nie powiedział: że nawet wieża, raz poświęcona, nigdy nie wracała.

A brat? Jego śmiech - delikatny, pełen życia, jak echo prostych dni, kiedy świat nie wymagał decyzji, a jedyną troską była kolejna przegrana w piłkę na podwórku. Daniel zastanawiał się, co teraz robi jego brat. Czy ma się dobrze? Czy kiedykolwiek się odnajdą? A jeśli tak, to czy odnajdzie go takim, jakim był, czy takiego, jakim stał się teraz?

Piotr usiadł obok, choć Daniel nie słyszał jego kroków. Pojawił się, jak zawsze, bez zapowiedzi, jakby zrodzony z samego ciężaru myśli. W jego spojrzeniu kryło się coś znajomego - zmęczenie, które Daniel zauważył, gdy patrzył na własne odbicie w kałuży po drugim miesiącu walk, i coś bardziej podskórnego, wdzierającego się w umysł, w duszę. To zmęczenie nie tylko z jego fizycznymi objawami, lecz to zmęczenie życiem, sensem, samym sobą. Obaj to odczuwali, ale rzadko potrafili to przyznać.

- Wojna rzadko kiedy ma sens - zawyrokował Piotr.

W ciemności te słowa zabrzmiały jak frazes. Daniel odwrócił wzrok. Bo czym była ta wojna? Ucieczką. Próbą zostawienia za sobą wszystkiego, co ciążyło - błędów, ludzi, win. Legia dawała iluzję porządku, nowego otwarcia. Jednak iluzje nie wytrzymują zbyt długo pod naporem huku wystrzałów i ciężaru rannych towarzyszy.

Piotr miał rację - sens dawno się ulotnił. Zostały co najwyżej rytm i codzienność. Trzeba było nauczyć się z tym żyć: z lękiem, zmęczeniem, poczuciem obcości. Nikt nie mówił tego głośno, ale każdy to czuł - byli tu nie po to, by coś zmienić, ale by wytrzymać.

Daniel zerknął na Piotra, ich spojrzenia się spotkały - bez słów, bez uśmiechu. Tylko ciche porozumienie. W tej wojnie nikt nie był bohaterem, każdy próbował po prostu przetrwać.

Tej nocy, leżąc w namiocie, Daniel znów szukał w sobie siły. Wojna nie miała litości, wypalała od środka, ale wiedział, że poddanie się było gorszą opcją.

- Jeszcze jeden dzień, jeszcze jedno wyzwanie - powtarzał to jak mantrę.

Był zmęczony, lecz świadomość obowiązku trzymała go na powierzchni. I choć przyszłość jawiła się niepewnie, to musiał znaleźć sposób, by przetrwać. Nie dla siebie, ale dla tych, którzy wierzyli, że wciąż ma w sobie iskrę.

***

Noc powoli ustępowała miejsca bladym promieniom świtu, kiedy obóz zaczął budzić się do życia. Daniel wstał przed réveillem, ponieważ nie mógł zmrużyć oka. Obrazy z ostatnich dni nie dawały mu spokoju. Patrzył na wschodzące słońce i zastanawiał się nad sensem tego wszystkiego.

- Gotowy na kolejny dzień? - zapytał Piotr. Jego głos przepełniały ironia i sarkazm.

Byli mniej więcej tak gotowi na kolejny dzień, jak ryby do życia na pustyni. Tonęli na tej pustyni - pustyni wartości, nadziei i przyszłości.

Daniel w milczeniu przyjął te słowa. Gotowość? - pomyślał. Każdy dzień wypala z nas kolejną warstwę człowieczeństwa, więc o gotowości na co on mówi? Wybory, jakie podejmowaliśmy, to jedynie miraże decyzyjności. Broń, mundury i rozkazy nie czynią z nas kogoś więcej niż figury przestawiane przez sztab na szachownicy wojennego chaosu.

- Tak jak tamte dziewczyny, tak i legioniści robili to, co musieli, żeby przetrwać. Jesteśmy niewolnikami. Wszyscy - skonstatował Daniel ze złością.

Piotr uśmiechnął się, jakby znał odpowiedź, zanim Daniel zdążył znaleźć ją w sobie.

- Nie myśl tyle - rzucił. - To miejsce pożera ludzi, którzy próbują rozumieć - powiedział to, wskazując palcem na głowę.

W głowie Daniela myśli się kłębiły, zbyt bolesne, by je zagłuszyć. Wojna w końcu sprowadzała wszystkich do tej samej pozycji - bez względu na to, czy byli na kolanach w błocie, czy wpatrywali się z dystansu, z bronią w dłoni.

Daniel postanowił wypić kawę. Gorzki posmak rozpływał się w ustach, ale nie potrafił zmyć uczucia gorzkiej porażki, które zalegało gdzieś głęboko w nim. Przez chwilę wszystko wydawało się odległe - legioniści rozmawiali, chichoty unosiły się w powietrzu. On siedział, odizolowany od rzeczywistości, jakby był tylko cieniem samego siebie. Przez moment ogarnęło go to samo poczucie beznadziei, które towarzyszyło mu w Aubagne. Wówczas po raz pierwszy spotkał się z zapachami prawdziwej kawy, które kontrastowały z tymi, które znał z domu. Ta woń ciągle z nim była.

- Misja zakończona - rzucił Piotr.

Zdanie spadło na Daniela jak niespodziewany cios. Absurdalne stwierdzenie, jałowe jak ta umysłowa pustynia, na której walczyli o coś, czego nikt nie mógł zdefiniować. Zakończona? Czym? Przecież nie wydarzyło się nic, co mogłoby zasługiwać na to miano. Często powtarzał sobie, że muszą osiągnąć coś konkretnego - cokolwiek, co mogłoby zracjonalizować przelaną krew, śmierć, zmęczenie, które trawiło ich od środka. A teraz... misja zakończona? Jakby ktoś odciął linę, która i tak ledwo ich trzymała.

Piotr wzruszył ramionami, jakby chciał strzepnąć z siebie całe to rozczarowanie, ten śmiech losu, który prześladował ich z każdym dniem bardziej. Walczyli, codziennie żyli w trwodze, a tu nagle koniec. "Rozkazy to rozkazy" - powtarzane jak mantra słowa bez znaczenia, bo jaki sens miał rozkaz powrotu? Gdzie w tym wszystkim była logika? To wszystko, co przeżyli, było na nic? A jednak coś w tonie Piotra - coś w jego zbyt cichym, zbyt obojętnym głosie - sugerowało, że wiedział więcej. Usłyszał coś, czego nie powinien, coś, czego nawet nie śmiał powiedzieć na głos:

- Przecież wiesz, że życie kogokolwiek z nas tak naprawdę nic nie znaczy. Jesteśmy mniej niż pionkami. I my, i ci lokalni. A poza tym chyba wreszcie zrozumiałeś, że jesteśmy w południowej części Czadu?

Daniel patrzył na niego, jakby chciał dostrzec w nim, w jego mimice, spojrzeniu, cokolwiek, co mogłoby nadać tamtej informacji właściwy kontekst. Piotr jednak odwrócił wzrok.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji