WYJAZD
Droga bez skrótów
WYJAZD
Droga bez skrótów
Wiadomo, zdarza się to wielu ludziom, ale nigdy się nie myśli, że może
się to przytrafić właśnie nam. Taka też była zawsze moja postawa. Tak
więc gdy mnie to dotknęło, byłem jak wszyscy nieprzygotowany. W pierwszej chwili zdawało mi się, iż rzeczywiście dotyczy to kogoś
innego.
- Panie Terzani, ma pan raka - powiedział lekarz, ale miałem wrażenie,
że nie zwracał się do mnie. Prawdę mówiąc - spostrzegłem to od razu z niejakim zdumieniem - nie rozpaczałem ani się nie przejąłem, jakby w gruncie rzeczy ta sprawa mnie nie dotyczyła.
Być może ta początkowa obojętność była tylko instynktowną formą obrony,
sposobem zachowania powściągliwego dystansu, ale pomogła. Umiejętność
spojrzenia na siebie z zewnątrz jest zawsze pożyteczna. I można się tego
nauczyć.
Spędziłem w szpitalu jeszcze jedną samotną noc. Rozmyślałem. Wyobrażałem
sobie tych wszystkich, którzy przede mną, w tych samych pokojach,
dostali podobne wiadomości, i towarzystwo to w jakiś sposób dodało mi
otuchy. Byłem w Bolonii. Dotarłem tam po pokonaniu kolejnych etapów, z których każdy sam w sobie wydawał się bez znaczenia. Złożyły się one
jednak, jak wiele rzeczy w życiu, w pewną logiczną całość: uporczywa
biegunka, która zaczęła się w Kalkucie, różne badania w Instytucie
Chorób Tropikalnych w Paryżu, inne badania mające wykryć przyczynę
niewytłumaczalnej anemii. Aż wreszcie pewien przezorny włoski lekarz,
nie zadowalając się najbardziej oczywistymi wyjaśnieniami, postanowił -
za pomocą dziwnego przyrządu, gumowego wężyka ze świecącym oczkiem -
zajrzeć do najbardziej ukrytych zakamarków mojego ciała i, w oparciu o wieloletnie doświadczenie, natychmiast rozpoznał to, co stanowiło dla
niego chleb powszedni.
Byłem mu wdzięczny za fachowość i szczerość. Dzięki temu mogłem ze
spokojem, a teraz także naprawdę rozsądnie, dokonać obrachunków, ustalić
priorytety i podjąć konieczne decyzje. Zbliżały się moje pięćdziesiąte
dziewiąte urodziny i nadszedł czas, żeby spojrzeć za siebie, jak to się
robi na szczycie góry, kiedy z satysfakcją oceniamy trasę naszej
wspinaczki. Jakie było moje życie do tej pory? Wspaniałe! Jedna przygoda
za drugą, wielka miłość, nic, czego trzeba by żałować, i nic ważnego, co
pozostałoby jeszcze do zrobienia. Gdybym jako chłopak postawił sobie za
cel to, do czego dąży tak wielu, czyli "posadzić drzewo, spłodzić syna i napisać wiersz", to mniej więcej go osiągnąłem. I to niemal mimochodem,
bez wysiłku, a jeszcze po drodze nieźle się przy tym bawiąc.
W ciszy, zakłócanej tylko szumem kół samochodów przejeżdżających po
mokrym asfalcie i odgłosem kroków sióstr sunących po linoleum korytarza,
stanął mi przed oczami obraz, który od tamtej pory mi towarzyszy.
Wydawało mi się, że całe moje życie przebiegło jakby na karuzeli: od
samego początku przypadł mi w udziale biały koń; to na nim się obracałem
i bujałem do woli, i nikt nigdy - wtedy po raz pierwszy zdałem sobie z tego sprawę - nawet nie przyszedł zapytać, czy mam bilet. A tak naprawdę
go nie miałem. Całe życie jeździłem na gapę! Teraz jednak przechodził
kontroler, płaciłem należność i - jeśli wszystko poszłoby dobrze - może
udałoby mi się zrobić... jeszcze jeden obrót na karuzeli.
Następny dzień zaczął się jak każdy inny. Nic wokół mnie się nie
zmieniło i nic nie odzwierciedlało wielkiej burzy myśli w mojej głowie.
W Porretta Terme, gdzie miałem przesiadkę na pociąg do Pracchi, a stamtąd do Orsigni, przypomniałem sobie nawet, żeby odebrać z pralni
bieliznę, którą zostawiłem tam kilka dni wcześniej. Kiedy dotarłem do
domu, zaproponowałem czekającej tam na mnie Angeli spacer do lasu. Po
prawie czterdziestu latach wspólnego życia zarówno rozmowa, jak i milczenie były dla nas proste. Obiecałem jej, że będę się starał z tego
wyjść, i był to - jak sądzę - jedyny moment, kiedy się wzruszyłem.
Chodziło o to, żeby jak najszybciej zdecydować, co robić. Pierwszym
instynktownym odruchem była reakcja zranionego zwierzęcia: schronić się
w jamie. Nagle mi się wydało,
że mam mało sił i że powinienem je maksymalnie zebrać w sobie.
Postanowiłem nic nikomu nie mówić - poza dziećmi i tymi przyjaciółmi,
którzy uznaliby za niezrozumiałe moje nagłe zniknięcie. Chciałem
wyostrzyć swój umysł, żeby nikt i nic mnie nie rozpraszało.
Przede wszystkim musiałem postanowić, gdzie, a szczególnie - jak się
leczyć. Chemioterapia, radioterapia, chirurgia, ze wszystkimi swoimi
szkodliwymi - jak się mówi - konsekwencjami, przestały być jedyną
możliwością. Dzisiaj, kiedy wszystko podawane jest w wątpliwość, kiedy
patrzy się podejrzliwie na to, co oficjalne, kiedy wszelkie autorytety
straciły prestiż, a każdy czuje się uprawniony, bez żadnych zahamowań,
oceniać wszystko i wszystkich, wręcz coraz modniejsze staje się
krytykowanie medycyny klasycznej i wychwalanie metod "alternatywnych".
Już same nazwy wydają się bardziej pociągające: ajurweda, energoterapia,
akupunktura, joga, homeopatia, chińskie zioła, reiki i - czemu nie -
uzdrawiacze, czy to filipińscy, czy inni. Są zawsze jakieś pogłoski,
jest jakaś osoba, o której ktoś opowiada, jakaś historia, która wydaje
się wprost idealna, by w nią uwierzyć i by dawała nadzieję na pomyślny
efekt jednej z tych coraz liczniejszych "kuracji". Nawet przez chwilę
nie brałem ich na poważnie.
A przecież wiele z tych praktyk pochodzi z Azji, gdzie spędziłem
trzydzieści lat; niektóre mają swoje korzenie w Indiach, gdzie mam dom!
Sam w przeszłości nie miałem
żadnych zahamowań, żeby się do nich uciekać: w Chinach oddałem mojego
syna Folca, wówczas jedenastoletniego, w ręce uzdrowiciela stosującego
akupunkturę, który wyleczył go z astmy, a zaledwie rok przed podjęciem
decyzji we własnej sprawie zaprowadziłem mojego francuskiego przyjaciela
Leopolda do osobistego lekarza dalajlamy, do Instytutu
Medyczno-Astrologicznego (tak, to właśnie takie zestawienie) w Dharamsali, żeby zmierzył jego siedemnaście pulsów i przepisał mu na
zapalenie wątroby - bardzo skuteczne, jak się zdaje - czarne pigułki,
przypominające owcze bobki. Poza tym sam mówiłem i pisałem, że człowiek
Zachodu, wkraczając na autostradę nauki, zbyt łatwo zapomniał o ścieżkach swej dawnej mądrości i teraz, podbijając ze swoim modelem
nowoczesności Azję, ryzykuje, że również tam doprowadzi do zniknięcia
ogromnej części wiedzy związanej z miejscowymi tradycjami!
Nie zmieniłem poglądów, ale kiedy chodziło o moje przeżycie, nie
zawahałem się nawet przez chwilę; musiałem zawierzyć temu, co było mi
bliższe: nauce, zachodniemu rozumowi. Nie była to tylko kwestia czasu, a w tych przypadkach nie ma go zbyt wiele do stracenia, biorąc pod uwagę
fakt, że wszystkie tak zwane metody alternatywne, jeśli już działają, to
długoterminowo. Chodziło o to, że w gruncie rzeczy im nie ufałem. A mieć
zaufanie do leczenia i do osoby, która je zaleca, jest w procesie
zdrowienia czynnikiem niezwykle ważnym, wręcz podstawowym.
Szczęście w życiu pomaga, a ja go miałem zazwyczaj wręcz w nadmiarze.
Również tym razem fortuna mi sprzyjała, a przynajmniej tak to czułem, co
w sumie na jedno wychodzi. Wśród moich kolegów dziennikarzy, weteranów z Azji, był korespondent "New York Timesa", dwukrotny laureat Nagrody
Pulitzera. Łączyła nas przyjaźń zrodzona ze wspólnych doświadczeń:
obydwaj zostaliśmy aresztowani i wydaleni z Chin; obydwaj, wbrew
wszelkiej logice robienia kariery, po pobycie na dużo "ważniejszych"
placówkach jako miejsce pracy wybraliśmy Indie. Teraz pojawiła się
jeszcze jedna zbieżność losów: kilka lat wcześniej mój przyjaciel
cierpiał na takie samo schorzenie i przeżył. Odwiedziłem go więc w Delhi
i poprosiłem o radę.
Ci, którzy wyprowadzili go na prostą - nazywał ich fixers - byli jego
zdaniem najlepsi na rynku. Zaufałem mu. Kilka rozmów telefonicznych,
jeden faks i po kilku dniach byłem w Nowym Jorku, w Memorial
Sloan-Kettering Cancer Center, albo raczej w MSKCC, jak się zaleca
wpisywać tę nazwę na czekach, aby swój pobyt w tej instytucji zachować w dyskrecji również wobec własnego banku. W każdym razie ośrodek ten
zajmował osiemnaste miejsce na liście instytutów stosujących najnowszą,
eksperymentalną metodę leczenia, a zatem był w czubie prawdopodobnie
najbardziej zaawansowanych badań w dziedzinie nowoczesnej, zachodniej
medycyny.
Po ukazaniu się książki Un indovino mi disse (Powiedział mi
jasnowidz)1 pytano, mnie, o czym będzie następna. Odpowiadałem, że
książki są jak dzieci i że trzeba być przynajmniej brzemiennym, aby
myśleć o wydaniu ich na świat. Mówiłem też, że jeśli nadarzyłaby się
taka okazja, to po wielu latach spędzonych na Dalekim Wschodzie chętnie
odbyłbym wielką podróż po najdalszych rubieżach Zachodu, żeby na nowo
odkryć Stany Zjednoczone. Pod pretekstem, że wyjechałem do Ameryki, aby
spróbować się "zapłodnić", zdołałem odwrócić od siebie uwagę.
W rubryce ogłoszeń "New York Timesa" znalazłem informację o kawalerce do
wynajęcia przy Central Parku, poszedłem ją obejrzeć i natychmiast
wziąłem. Tych niewiele metrów kwadratowych szarej wykładziny, ożywionej
czym prędzej kilkoma indonezyjskimi tkaninami i małym chińskim Buddą z brązu, postawionym na parapecie dużego, niskiego okna, stało się na
kilka miesięcy moją kryjówką.
Poza Angelą i ludźmi z MSKCC nikt nie wiedział, gdzie jestem. Telefon
milczał, nikt nie dzwonił do drzwi; jedyną otwartą drogą komunikowania
się ze światem pozostała poczta elektroniczna ze swoimi listami w butelce, wyrzucanymi od czasu do czasu na cybernetyczną plażę mojego
komputera, która mogła znajdować się wszędzie. Według mnie jest to w tej
chwili najbardziej dyskretny, najmniej natrętny, najlepszy sposób
kontaktowania się, jeśli używa się go wtedy, kiedy naprawdę ma się coś
do powiedzenia, jeśli nie popada się w niechlujstwo językowe wywołane
pośpiechem i jeśli się drukuje, żeby móc potem jeszcze raz przeczytać
wszystkie dobre rzeczy, które do nas przychodzą.
Sytuacja była doskonała, taka, o jakiej od dawna marzyłem: całe dnie
miałem wolne, żadnych zajęć, żadnych obowiązków i niesamowite uczucie
swobodnego biegu myśli, bez żadnych przerw, bez nieustannego wrażenia -
które kiedyś było wręcz obsesją - że muszę coś zrobić. Po tak długim
okresie zgiełku cieszyłem się w końcu wielką ciszą. Przez wiele lat,
zajęty wojnami, rewolucjami, powodziami, trzęsieniami ziemi, wielkimi
przemianami w Azji, stałem się namiętnym obserwatorem zagrożonych,
unicestwionych lub - częściej - zmarnowanych wielu cudzych istnień.
Teraz przyglądałem się po prostu temu, które dotyczyło mnie najbardziej:
własnemu.
A było co obserwować. Po kolejnych badaniach i zwyczajowej sekwencji
zdań: "Jest jakiś cień, który budzi nasze wątpliwości", "Potrzebne
będzie jeszcze jedno badanie",
"Proszę przyjść w przyszłym tygodniu", "Przykro mi, ale mam dla pana złą
nowinę...", odkryto, że chodzi nie o jedno, ale o trzy schorzenia o różnych cechach, z których każde należało poddać innemu rodzajowi
terapii. Tak więc, nie wątpiąc ani przez chwilę w ich skuteczność, a wręcz dodając jeszcze za każdym razem moje psychologiczne przekonanie,
że wszystko jest właściwe i najlepsze z tego, czego mogę spróbować,
poddałem się doświadczeniu chemioterapii, chirurgii i radioterapii.
Nigdy wcześniej w takim stopniu nie czułem, że zbudowany jestem z materii; nigdy nie musiałam z tak bliska obserwować własnego ciała, a przede wszystkim nauczyć się zachować nad nim kontrolę, pozostać jego
panem, nie pozwolić zdominować się przez jego żądania, bóle, kołatania i ataki torsji.
Zdałem sobie sprawę, że dopóki pracowałem dla tygodnika, mój rytm
biologiczny i stan ducha uzależnione były od terminu - i związanego z tym często niepokoju - napisania kolejnego artykułu: wielka radość sobót
i niedziel, kiedy świat mógł się walić, ale gazeta była już gotowa i nie
miałem nic do dodania; poniedziałkowa obojętność, kiedy planowano
następny numer; napięcie we wtorki i w środy, kiedy musiałem myśleć nad
nowym tematem i zaczynałem robić notatki; post i koncentracja w czwartki, dzień składania artykułu; w piątki czujna ulga na wypadek
konieczności wprowadzenia poprawek; i potem wszystko od nowa, tydzień po
tygodniu, z wojennego frontu, ze stolicy, w której miał miejsce zamach
stanu, z podróży przez kolejny kraj w poszukiwaniu jego duszy albo
zagubionego wątku jakiejś historii. Teraz wszystkie dni tygodnia były
jednakowe, bez wzlotów i upadków; po prostu, cudownie płaskie. I nikt
niczego ode mnie nie chciał.
Tak jak każda pora roku rodzi swoje owoce, tak samo mój etap
dziennikarski wydał swoje. Coraz częściej zdarzały mi się sytuacje, w jakich już się kiedyś znalazłem, problemy, z jakimi już wcześniej miałem
do czynienia. A co gorsza, pisząc, słyszałem echo historii i słów
zapisanych już przed dwudziestoma laty. Poza tym fakty, za którymi
podążałem kiedyś z pasją psa myśliwskiego, już mnie tak nie zajmowały. Z biegiem lat zaczynałem rozumieć, że nie stanowią one nigdy całej prawdy
i że poza nimi kryje się coś jeszcze - jakiś inny poziom rzeczywistości
- coś, czego nie potrafiłem uchwycić, wiedziałem jednak, iż nie leży to
w obszarze zainteresowań dziennikarstwa, szczególnie współczesnego.
Gdybym kontynuował karierę w tym zawodzie, co najwyżej mógłbym spróbować
pozostać taki, jaki już byłem. Rak stworzył dobrą okazję, żeby się nie
powtarzać.
Ale nie tylko to. Stopniowo zauważałem, że rak stał się też rodzajem
tarczy, za którą mogłem się schronić, obroną przeciwko temu wszystkiemu,
co wcześniej mnie atakowało, czymś na kształt bastionu, w którym mogłem
się ukryć przed banałem codzienności, obowiązkami życia towarzyskiego,
koniecznością prowadzenia rozmów. Dał mi prawo, żebym nie czuł się już do niczego zobowiązany i nie miał żadnego poczucia winy. Wreszcie byłem wolny. Całkowicie. Może się to
wydać dziwne - i czasami sam też tak to odbierałem - ale byłem
szczęśliwy.
"Czy to możliwe, że trzeba zapaść na raka, by się cieszyć życiem?" -
napisał mój stary angielski przyjaciel. Dowiedział się, że zniknąłem,
więc przysłał mi maila z pytaniem o nowiny. Odpowiedziałem, że ta
"nowina" jest moją sensacją dziennikarską i że przeżywam jeśli nie
najpiękniejszy, to na pewno najbardziej interesujący okres w życiu.
Podróżowanie było dla mnie zawsze sposobem życia i teraz potraktowałem
chorobę jako kolejną podróż: niedobrowolną, nieprzewidzianą, bez map, do
której w żaden sposób się nie przygotowałem, ale która ze wszystkich
dotychczasowych wymagała największego zaangażowania i dostarczała
najbardziej intensywnych przeżyć. Wszystko, co się wydarzało, dotyczyło
mnie bezpośrednio. Napisałem mu, aby się cieszył, że nie ma raka, ale
gdyby chciał przeprowadzić ciekawe doświadczenie, niech przez jeden
dzień sobie wyobrazi, że jest inaczej, i zastanowi się nad tym, jak nie
tylko życie, ale wszystkie osoby i rzeczy wokół nas jawią wówczas w zupełnie innym świetle. Być może tym właściwym.
W dawnych Chinach wiele osób trzymało w domu trumnę, żeby pamiętać o nieuchronności śmierci; niektórzy kładli się do niej, kiedy musieli
podjąć jakąś ważną decyzję, zyskując w ten sposób jakby lepszą
perspektywę wobec przemijalności wszystkiego. Dlaczego nie udawać przez
chwilę, że jest się chorym, że nasze dni są policzone - jak przecież
jest w istocie - aby zdać sobie sprawę, jak bardzo są one cenne?
Hindusi przypominają sobie o tym, przytaczając historię człowieka, który
goniony przez tygrysa, stacza się w przepaść. Spadając, biedaczysko
chwyta jakiś krzak, ale i ten zaczyna się osuwać. Nie ma ratunku: nad
nim paszcza tygrysa, w dole otchłań. W tej samej jednak chwili,
dokładnie tam, na wyciągnięcie ręki, między kamieniami urwiska,
mężczyzna dostrzega piękną, czerwoną i świeżą poziomkę. Zrywa ją i...
nigdy żadna poziomka nie wydała mu się tak słodka jak ta ostatnia.
Gdyby to mnie miała przypaść rola tego biedaka, poziomka owych dni,
tygodni i miesięcy spokojnej samotności w Nowym Jorku była bardzo
słodka. To nie znaczy, że pogodziłem się ze skokiem w przepaść;
przeciwnie, szukałem wszelkich sposobów, aby sobie pomóc. Tylko jak?
Czyż mogłem, siłą umysłu albo w jakikolwiek inny sposób, spowodować, by
krzew, którego się uchwyciłem, wytrzymał pod naporem? A jeśli to ja sam
ustawiłem moje ciało w tak niewygodnej pozycji, co mogłem zrobić, żeby
je stamtąd zabrać? Lekarze, którym między jednym a drugim badaniem
zadawałem to pytanie, nie znajdowali na nie odpowiedzi. Niektórzy z nich
wiedzieli, że należałoby go poszukać, jednak nikt tego nie robił.
Podobnie jak dziennikarze, również lekarze brali pod uwagę wyłącznie
fakty, a nie owo nieuchwytne "coś", co mogło się za nimi ukrywać, i postrzegali tak, jak się im jawiły. Ja byłem ciałem - chorym ciałem,
które należało wyleczyć. Miałem też jednak coś ważnego do powiedzenia:
przecież jestem także umysłem, może również duszą, a już na pewno
zbiorem nagromadzonych historii, doświadczeń, uczuć, myśli i emocji,
które z moją chorobą miały prawdopodobnie wiele wspólnego! Nikt nie
zdawał się chcieć - czy też móc - wziąć tego pod uwagę. Nawet podczas
terapii. Leczano raka, chorobę dobrze opisaną w podręcznikach, ze
swoimi statystykami występowania i procentami uzdrowienia przypadków,
która może dotknąć każdego. Ale nie mnie!
Naukowe i racjonalne podejście do choroby powodowało, że mój problem
zdrowotny można było przyrównać do zepsutego samochodu, który zupełnie
obojętny wobec perspektywy czy to złomowania, czy naprawy, powierzony
zostaje mechanikowi, a nie do strapienia osoby, która świadomie, siłą
całej swojej woli, zamierza zostać przywrócona do sprawności.
Ode mnie jako osoby znakomici lekarze naprawiacze wymagali niewiele albo
zgoła nic. Wystarczyło, żeby moje ciało stawiało się na spotkania, które
oni mu wyznaczali, aby poddać je różnym "zabiegom".
Czy przynajmniej wiadomo, co powoduje, że komórka w ciele zaczyna
wariować? Co każe jej porzucić funkcję życiową i przeobrazić się w zagrożenie dla życia?
Poszedłem zapytać o to młodziutkiego szefa pionu badawczego MSKCC, o którym przeczytałem, że nie dość, iż znał odpowiedź na moje pytania, to
jeszcze znajdował się u progu ważnego odkrycia: klucza do kodu, który
niczym przełącznik powoduje, że zdrowa komórka staje się chorą i na
odwrót.
- Jesteśmy na dobrej drodze, ale osiągnięcie celu wydaje się operacją
bardziej skomplikowaną niż wysłanie człowieka na Księżyc - wyjaśnił mi.
To, co zdołałem pojąć, było fascynujące. Czystym zbiegiem okoliczności
ów młody człowiek specjalizował się w moim typie schorzenia. Im dłużej
go słuchałem, tym wyraźniej jednak zdawałem sobie sprawę, że eksploracja
tajemniczego świata życia oddalała szefa pionu badawczego MSKCC nie
tylko ode mnie jako integralnej osoby, ale też ode mnie jako ciała.
Drążąc i analizując najdrobniejsze szczegóły, dotarł do wnętrza jednego
z milionów kodów zawartych w DNA jednej z miliardów komórek ciała. Ale
gdzie w tym wszystkim byłem ja? Chyba miałem jakiś udział w tym, że
ten mój przełącznik źle zadziałał?
- Nie. Nie było w tym żadnego pańskiego udziału. Wszystko zostało już
zawarte w pańskim kodzie i wkrótce będziemy w stanie na nowo
zaprogramować tę część, która u pana szwankuje - odparł.
Wniosek był pocieszający, choć odchodząc, pomyślałem,
że on i jego koledzy łudzili się: gdyby już znaleźli klucz do tych
drzwi, wnet spostrzegliby, że za nimi znajdują się kolejne drzwi, a jeszcze dalej następne i jeszcze jedne - każde z własnym kluczem. Bo w gruncie rzeczy tym, do czego starali się dotrzeć moi drodzy uczeni, był
klucz wszystkich kluczy, kombinacja kombinacji: "kod Boga". Jak zatem
mogli się spodziewać, że go odkryją?
Nigdy nie straciłem zaufania do lekarzy, którym powierzyłem swoje
zdrowie. Wręcz przeciwnie. Ale im lepiej ich poznawałem, tym wyraźniej
czułem, że są niczym skrzypce, którym brakuje struny. Sami wpadli w pułapkę mechanicyzmu w postrzeganiu problemu, a zatem także sposobu jego
rozwiązywania. Niektórzy dostrzegali moją niepewność i niektóre moje
uwagi ich bawiły. Na przykład: Dlaczego nie przyjrzeć się na nowo
stosowanemu słownictwu? Mogłoby to być pożyteczne - mówiłem. Język,
którym obudowana jest ta choroba, to język wojny i ja sam początkowo też
go używałem. Rak jest "wrogiem", którego należy "pokonać"; terapia to
"broń", a każda faza leczenia to "bitwa".
"Choroba" postrzegana jest zawsze jako coś obcego, co wdziera się do
naszego wnętrza, żeby narobić tam kłopotów, powinna być zatem
zniszczona, wyeliminowana, usunięta. Już po kilku tygodniach obcowania z rakiem wizja ta przestała mi się podobać, przestała mi odpowiadać.
Ze względu na konieczność współistnienia czułem, że ten wewnętrzny gość
stał się częścią mnie samego, tak jak ręce, nogi i głowa, na której w wyniku chemioterapii nie miałem już nawet jednego włosa. Bardziej niż
rzucić się na tego raka w jego różnych wcieleniach, wolałem z nim
porozmawiać, zaprzyjaźnić się; głównie dlatego, że zrozumiałem, iż tak
czy owak on już tam zostanie, być może w uśpieniu, żeby towarzyszyć mi
przez całą resztę drogi.
- Kiedy rano wstajecie, uśmiechnijcie się do waszego serca, do waszego
żołądka, do waszych płuc, do waszej wątroby. Tak naprawdę wiele od nich
zależy - usłyszałem od Thich Nhat Hanha, słynnego wietnamskiego mnicha
buddyjskiego, który przyjechał kiedyś do Delhi, aby mówić o medytacji.
Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak bardzo ta rada mi się przyda. A teraz
każdy dzień zaczynałem od uśmiechu do gościa, którego miałem w środku.
Im dłużej pozostawałem po stronie nauki i rozsądku, tym silniej
rozbudzała się we mnie ciekawość wobec magii i szaleństwa metod
"alternatywnych", które na samym początku odrzuciłem. Na pewno nie
dlatego, że uznałem, iż pomyliłem drogę (podpowiedziałbym wszystkim,
żeby wzięli ją pod uwagę jako pierwszą), ale ponieważ czułem, że choć
prawdopodobnie jest najlepsza, ma swoje ograniczenia. Gdzie indziej,
podążając innymi szlakami, mógłbym znaleźć coś innego: zapewne nie
"alternatywnego", ale być może uzupełniającego.
Tak więc kiedy tylko lekarze naprawiacze z Nowego Jorku powiedzieli mi,
że zakończyli swoje "reperacje" i że przez kolejne trzy miesiące nie
chcą mnie widzieć - trzy miesiące! zdawały mi się wiecznością -
podążyłem w nowym kierunku.
Po tych wszystkich ciosach, jakie zadałem mojemu ciału, musiałem
pozwolić mu trochę odetchnąć - oczyścić je ze wszystkich trucizn, jakie
mu zaaplikowałem w ramach kuracji, a przede wszystkim przygotować mój
umysł, przywykły już do samotności, na ponowny kontakt ze światem.
Najbardziej oczywistym sposobem urzeczywistnienia tego celu wydało mi
się podróżowanie. Ruszyłem więc w drogę z zamiarem przyjrzenia się
wszystkim innym odmianom medycyny, kuracji i cudów, które ewentualnie
mógłbym wykorzystać.
Postanowiłem najpierw wrócić do Indii, gdzie życie jest zawsze bardziej
naturalne, gdzie społeczeństwo pozostaje wciąż niezwykle zróżnicowane,
gdzie czas się wydłuża, gdzie stare egzystuje obok nowego, gdzie życie i umieranie wydają się bardziej niż gdziekolwiek indziej na świecie
pierwotnym doświadczeniem.
Nie było mnie w Delhi prawie rok. Kiedy wszedłem do sklepu starego
jubilera z Sundar Nagaru, którego zastałem przy nawlekaniu na naszyjnik
niezwykle pachnących kwiatów jaśminu, aby udekorować nim obraz Kryszny,
ten zapytał, co się ze mną działo.
- Krążyłem po szpitalach. Mam raka - powiedziałem sam z siebie, jak nie
uczyniłbym wobec nikogo innego.
- Musiał to być najbardziej boski okres w pańskim życiu - odparł
całkowicie naturalnie.
Istotnie tak było. Ale skąd on mógł o tym wiedzieć?
- Nie zna pan historii muzułmanina, który wyrzucony z meczetu, stacza
się po schodach?
- Nie, nie znam.
- Na każdym stopniu, w który uderzał, czuł ból; cierpiał i myślał o Bogu. A kiedy w końcu znalazł się na samym dole, żałował, że nie ma
więcej schodków. Wyobrażam sobie, że z panem było tak samo.
Czy istniał lepszy sposób, aby odkupić proste trzymadło do banknotów,
jakie zgubiłem w Nowym Jorku? I czy mogłem dostać lepszy wiatyk na
podróż, którą podjąłem w poszukiwaniu czegoś, czego istoty sam dokładnie
nie znałem?
Przemieszczając się z miejsca na miejsce, z przerwami co trzy miesiące
na wizyty kontrolne w Nowym Jorku, byłem w nieustannym ruchu, cały czas
śledząc jakiś wątek, zaspokajając ciekawość lub próbując sprawdzić jakąś
zasłyszaną opowieść.
Tak więc spędziłem tydzień na samym krańcu Indii, w starym i prymitywnym
ośrodku ajurwedyjskim, kierowanym przez młodego lekarza, który zna na
pamięć wszystkie święte pisma tradycyjnej medycyny, jako że nauczył się
ich od dziadka, a temu z kolei przekazał je jego ojciec, i tak dalej.
Miejsce było przepiękne, pośród pól ryżowych, obok bardzo starej,
dzisiaj zrujnowanej świątyni. Według legendy została ona wzniesiona
przez Ramę, kiedy przejeżdżał tamtędy w drodze do Lanki, aby z pomocą
małp odzyskać porwaną żonę.
Również w Indiach zrobiłem kurs reiki, z którego uzyskałem dyplom.
Natomiast w Tajlandii pościłem przez siedem dni w ośrodku
specjalizującym się w bardzo dziś modnej metodzie leczenia: oczyszczaniu
jelita grubego.
Na północy Filipin, w przeddzień otwarcia ośrodka, byłem pierwszym
pacjentem Piramidy Azji, zbudowanej jako Światowe Centrum Zdrowia przez
najsłynniejszego uzdrowiciela, który poprzedniego wieczora mnie
"operował".
Wiele dni spędziłem w małej wiosce w środkowych Indiach u "lekarza-maga", który przygotowywał dla mnie z wiązek ziół i gałęzi
specjalne, cuchnące, zielone mikstury. Dużo czasu przebywałem też w najsłynniejszym tradycyjnym szpitalu w Kerali, gdzie - jak wszyscy
pozostali pacjenci - nie mogłem zmrużyć oka, bo na dziedzińcu ryczał
słoń i rozbrzmiewały bardzo dziwne trąby orkiestry, która przybyła tam z trupą aktorską, żeby od zmroku do świtu celebrować uroczystości ku czci
opiekuńczego bóstwa ajurwedy.
Za młodym, byłym chirurgiem włoskim dotarłem aż do Bostonu, gdzie
prowadził kurs dotyczący "lekarstw morskich". Odkąd został homeopatą, w starej, wyremontowanej zagrodzie, zagubionej pośród nizinnych terenów
Emilii, próbuje potwierdzić naukową wiarygodność swojej praktyki, w której - jak sam przyznaje - zawiera się element magii. A ja odczułem
jej pozytywne rezultaty na własnej skórze!
Wybrałem się do Hongkongu na spotkanie ze starym Chińczykiem,
miliarderem i filantropem, który, chcąc przed śmiercią pozostawić w darze ludzkości lek na raka, zainwestował część swojego majątku w badania, a teraz w produkcję ekstraktu z grzyba, od zawsze uznawanego
przez tradycję chińską za "cudotwórczy".
W Chiang Mai, na północy Tajlandii, odnalazłem starego przyjaciela Dana
Reida, znawcę taoizmu i qigong, i każdego ranka, aby "zgromadzić energię
kosmiczną", wykonywałem pod jego kierunkiem stare chińskie ćwiczenia, o których Dan właśnie skończył pisać swoją nową książkę. W odizolowanym i wietrznym kompleksie starych budynków, zawieszonym nad skalistym
wybrzeżem Kalifornii, z widokiem na ocean, który wypełnia duszę
poczuciem bezmiaru, uczestniczyłem w seminarium mającym na celu wsparcie
chorych na raka. Było nas dziewięcioro i o każdej z tych osób mam
wzruszające i zabawne wspomnienia. Zaraz po tym przyłączyłem się do
wielkiego mistrza jogi i do pewnego muzyka - obydwaj byli Hindusami -
którzy zorganizowali bardzo specjalny kurs. Jego zasadnicza idea
polegała na tym, że po przyjęciu różnych pozycji jogi oraz "otwarciu
kanałów" muzyka miała zostać przefiltrowana do tkanek i komórek ciała,
stymulując ich funkcje życiowe. Na pewno zrobiła mi dobrze... jeśli tam
dotarła! W każdym razie należała do tych, które trafiają
bezpośrednio do serca.
W Indiach próbowałem się też zobaczyć z Sai Babą, jednym ze świętych,
któremu przypisuje się bardzo wiele cudów, ale kiedy dotarłem do aśramu
guru, akurat go nie zastałem, uznałem więc to za znak, że nasze
spotkanie nie było konieczne.
Po drodze odwiedzałem święte miejsca buddyzmu. Wiele dni spędziłem w Benares, gdzie Hindusi jadą umrzeć, żeby uniknąć konieczności ponownych
narodzin.
Ale jak to zawsze bywa, szukając jednej rzeczy, znajdujesz inną. I tak
do bogatej już kolekcji lekarzy, specjalistów i uzdrowicieli dołączali
stopniowo różni święci żebracy, stary jezuita - psycholog i hipnotyzer,
mnich od dzieciństwa zakochany w pewnym posągu oraz inne dziwne i piękne
postaci.
Wszędzie, czasami wypróbowując również niektóre z "lekarstw", które mi
proponowano, zbierałem przypadki "cudownych" uzdrowień, wyleczeń za sprawą jakiejś mikstury albo innej
dziwnej metody, ale także wiele historii ludzi, którzy po odrzuceniu
normalnych terapii, oferowanych przez klasyczną medycynę zachodnią,
poddali się jakiejś alternatywnej kuracji i umarli.
Jeśli myślałem, że aby wyleczyć się z choroby spowodowanej - moim
zdaniem - stylem życia, jakie prowadziłem wcześniej, powinienem zerwać z przeszłością i rozpocząć wszystko całkiem od nowa, to byłem na dobrej
drodze: stykałem się z zupełnie innymi ludźmi, mierzyłem się z innymi
problemami, miałem inne myśli. Sam się stałem, nie tylko fizycznie,
inny. W tym momencie nie pozostawało mi nic innego, jak zrobić następny
krok, przekroczyć kolejny próg: również ten już wyłącznie indyjski.
Tak więc postanowiłem spędzić trzy miesiące w aśramie, studiując trochę
sanskryt i rozmyślając nad jedynym, wielkim pytaniem, jakie człowiek
zawsze sobie stawiał i które stanowi samo serce wedanty, końcowej części
Wed, sedno filozoficzne świętych pism Indii: Kim jestem? Ponieważ
odpowiedzią na pewno nie było: "Jestem dziennikarzem takiej to a takiej
gazety, autorem jakiejś książki czy też chorym na taką to a taką
chorobę", spróbowałem, również formalnie, przestać być tym, kim byłem
wcześniej, nie nazywać się dłużej tak jak dotychczas, nie mieć żadnej
przeszłości i stać się po prostu "Anamem", Bezimiennym. To imię wydało
mi się najwłaściwsze, aby zakończyć życie strawione w całości na próbach
wyrobienia sobie renomy!
To dziwny eksperyment: przestać być tym, do kogo przywykliśmy, nie móc
odwołać się do tego, kim byliśmy, czego dokonaliśmy, do miejsca, gdzie się urodziliśmy, albo do osób,
które znamy, aby dokonać identyfikacji, samookreślenia i ustanowić nowe
stosunki, nawet najbardziej podstawowe, z osobami, które spotykamy na
naszej drodze. Jest to ćwiczenie, którego warto spróbować, choćby na
wakacjach!
I tak, krok po kroku, powoli, za każdym razem śmiejąc się z samego
siebie i uśmiechając do tego, co mi się przytrafiało, przeszedłem od
leczenia mnie jako ciała chorego na raka w jednym z najlepszych szpitali
świata do leczenia mnie jako ciała plus tego wszystkiego, co - jak mi
się zdawało - za tym się kryło, w spartańskich warunkach aśramu,
studiowania klasyków hinduizmu, śpiewania hymnów wedyjskich i jedzenia
rękami z metalowej miski. Nie stosowałem żadnej z diet, które tak
starannie dobrano mi w Nowym Jorku, ale spożywałem to, co akurat było,
przeważnie gotowaną ciecierzycę.
- A więc rozmawiałeś z Bogiem? - zapytał mnie stary przyjaciel, kiedy
odwiedziłem go, przejeżdżając przez Paryż.
- Żeby z nim porozmawiać, musiałbym go spotkać - odparłem... aby uniknąć
odpowiedzi. Prawdopodobnie również on myślał, że ze względu na pobyt w Indiach w jakiś sposób się zagubiłem. Nic z tych rzeczy. Nie stałem się
ani hinduistą, ani buddystą, nie jestem wyznawcą żadnego guru ani nie
powróciłem do mojej rodzimej religii, choć na nowo odkryłem przyjemność
przesiadywania w ciszy w pięknym kościele, wypełnionym dawną wiarą, jak
na przykład we florenckim San Miniato al Monte.
Należę do tych, którzy bez specjalnych uprzedzeń, bez strachu przed
nowym czy śmiesznym, poszukują. Może więc, poszukując, znalazłem
doskonałe remedium na mojego raka? Na pewno nie, ale teraz przynajmniej
jestem pewny, że takie lekarstwo nie istnieje, ponieważ donikąd nie ma
drogi na skróty: ani do zdrowia, ani do szczęścia, ani do mądrości.
Żadna z tych rzeczy nie może być natychmiastowa. Każdy musi ich szukać
na swój sposób, przejść własną drogę, gdyż to samo miejsce może znaczyć
coś innego, zależnie od tego, kto tam przybywa. To, co może być dla
jednego lekarstwem, dla drugiego niczym albo wręcz trucizną -
szczególnie, jeśli porzuca się na swój sposób sprawdzone pole nauki i zapuszcza na gęsto już zaludnione tereny "metod" alternatywnych, pełne
kombinatorów, szarlatanów i sprzedawców wszelkich komunałów.
Czy po tak długiej podróży wróciłem do punktu wyjścia? Do wyłącznej
wiary w naukę i rozum? Do poglądu, że zachodni sposób mierzenia się z problemami jest najlepszy? Nic z tych rzeczy. Dzisiaj bardziej niż
kiedykolwiek wierzę,
że niczego nie należy wykluczać z góry i że zawsze można znaleźć kogoś
albo coś cennego w najbardziej nieprzewidzianych miejscach i okolicznościach. Cuda? Oczywiście,
że istnieją, ale uważam, iż każdy powinien być sprawcą swojego własnego
cudu. Przede wszystkim jestem przeświadczony, że nasza znajomość świata
i nas samych pozostaje wciąż mocno ograniczona i że za pozorami, za
faktami, ukrywa się prawda, która nam umyka, ponieważ jest nieuchwytna
dla sieci naszych zmysłów, dla kryteriów naszej wiedzy i naszego tak
zwanego rozumu.
Bez wątpienia Zachód dokonał wielkiego postępu w dziedzinie poznawania
ludzkiego ciała, choć wciąż wprawia mnie w zakłopotanie fakt, że u źródeł naszej medycyny jest anatomia, nauka opierająca się na sekcji
zwłok, i zastanawiam się, jak można zrozumieć tajemnicę życia, wychodząc
od badania zmarłych. Jednak Zachód nie zrobił żadnego kroku naprzód, a wręcz być może się cofnął, jeśli chodzi o znajomość tego wszystkiego, co
niewidzialne, niewymierne, nieuchwytne, a co się kryje w ciele i poza
nim, co je podtrzymuje i łączy ze wszystkimi innymi formami
życia, czyniąc je częścią przyrody. Psychoanaliza i psychologia wciąż
się poruszają tylko po powierzchni tego niewidzialnego, jakby czuły się
zawstydzone w obliczu wielkiej tajemnicy, której żadna nauka, właśnie ze
względu na swój charakter, nigdy nie będzie mogła stawić czoła.
Dlatego właśnie badania medyczne nie mają innego wyboru - muszą się
zajmować coraz bardziej szczegółowymi zagadnieniami. Czy jednak jakieś
inne studia, niekoniecznie naukowe, nie powinny pójść w odwrotnym
kierunku: od szczegółu do spraw ogólnych?
Być może dlatego, że podświadomie chciałem ujrzeć mój problem również w innym wymiarze - nie tylko jako oszalałą komórkę - i znaleźć inne
wyjaśnienie niż zepsuty przełącznik w kodzie mojego DNA, trafiłem do
położonego w Himalajach małego domu z kamienia i błota. I tam, z sercem
lżejszym niż kiedykolwiek, bez pragnień, bez dążeń, przepełniony wielkim
spokojem, ujrzałem pierwszy wschód słońca nowego tysiąclecia, jakby to
był początek Stworzenia, podczas gdy niektóre z najwyższych szczytów
świata wyłaniały się z kosmicznej ciemności, rozpalając się różowym
światłem, jakby miały przywrócić nadzieję na wieczność w narodzinach i umieraniu. Nigdy wcześniej nie czułem tak bliskiej obecności bogów.
Przez wiele tygodni - raz w promieniach wiosennego słońca, kiedy indziej
wśród wysokiego na metr śniegu, w otoczeniu dębów i rododendronów
przypominających nieruchome, lodowe olbrzymy - byłem gościem
ponadosiemdziesięcioletniego, bardzo wykształconego Hindusa. W swoim
życiu nie robił on nic innego poza rozmyślaniem nad sensem egzystencji,
a spotkawszy w przeszłości wszystkich wielkich mistrzów swoich czasów,
mieszka teraz sam, przekonany, że jedynym, prawdziwym Mistrzem jest ten,
którego każdy z nas ma w sobie. Nocami, kiedy cisza zdaje się aż huczeć
w uszach, wstaje, zapala świecę i siedzi przed nią przez parę godzin. Po
co?
- Żeby spróbować być sobą - odparł. - Żeby usłyszeć melodię.
Czasami, po popołudniowym spacerze po lesie śladami lamparta, który
którejś nocy pożarł mu psa obronnego, wchodził do mnie po drewnianych
schodach, a ja na małej maszynce gazowej podgrzewałem wodę z pobliskiego
źródła, żeby przygotować dwie filiżanki chińskiej herbaty, którą zawsze
ze sobą wożę.
- Wszystkie moce, te widzialne i niewidzialne, te namacalne i nienamacalne, męskie i żeńskie, negatywne i pozytywne, wszystkie moce
świata zjednoczyły się, abyśmy mogli obaj teraz siedzieć przy tym ogniu
i pić herbatę - mawiał, wybuchając śmiechem, który sam w sobie był
radością. A potem, cytując Plotyna i Boecjusza, upaniszady, jakiś wers z Bhagawadgity, z Williama Blake'a albo jakiegoś mistyka sufi, snuł
bardzo osobiste teorie na temat sztuki i muzyki albo spowiadał się ze
swojego "grzechu pierworodnego": tego, że zawsze uważał "być" za coś o wiele ważniejszego niż "robić".
- A melodia? - zapytałem któregoś dnia.
- To niełatwe. Trzeba się przygotować i czasami ją słychać: jest to
melodia życia wewnętrznego, które podtrzymuje wszystkie inne, gdzie
wszystko ma swoje miejsce i wszystko jest złączone: dobro i zło, zdrowie
i choroba -
życie wewnętrzne, w którym nie ma ani narodzin, ani śmierci.
Wraz z upływem dni, kontemplując w samotności majestat gór, wciąż tam
pozostających, nieruchomych, symbolizujących największą stałość, a przecież także nieustannie się zmieniających i nietrwałych, jak wszystko
na tym świecie, czując gdzieś w tle obecność tej pięknej, starej duszy
napotkanej przypadkiem, poczułem, że moja długa i kręta podróż,
zapoczątkowana w szpitalu w Bolonii, dobiegła końca.
Postanowiłem to wszystko opowiedzieć, przede wszystkim dlatego, że wiem,
jak bardzo krzepiące jest doświadczenie osoby, która pokonała już
kawałek drogi, dla kogoś, kto ma ją dopiero przed sobą. A także ze
względu na to, że jeśli dobrze się zastanowić, po pewnym czasie ta
podróż w poszukiwaniu lekarstwa na mojego raka przekształciła się w poszukiwanie leku na chorobę nas wszystkich: nieuchronność śmierci.
Ale czy to naprawdę "choroba"? Czy to coś, czego należy się obawiać,
"zło", od którego trzeba trzymać się z daleka? Chyba nie.
- Pomyśl, jak zatłoczony byłby świat, gdybyśmy byli nieśmiertelni i musieli wciąż po nim krążyć, a wraz z nami wszyscy nasi poprzednicy na
przestrzeni wszystkich wieków! - powiedział kiedyś mój stary kompan
podczas wspólnego spaceru po lesie. - Chodzi o to, by zrozumieć, że
życie i śmierć to dwa aspekty tej samej rzeczy.
Dojście do tego wniosku to być może jedyny prawdziwy cel podróży, którą
wszyscy podejmujemy, przychodząc na świat. Sam o niej niewiele wiem,
poza tym, że - jestem teraz o tym przekonany - prowadzi ona od zewnątrz
do wnętrza i od tego, co małe, coraz bardziej ku temu, co wielkie.
Kolejne stronice są opowieścią o moich niepewnych krokach na tej drodze.
NOWY JORK
Czyjeś odbicie w lustrze
NOWY JORK
Czyjeś odbicie w lustrze
Sytuacja wyglądała tak jak w akwarium. A ja byłem rybą. Z wybałuszonymi
oczami, oddychając przez otwarte usta, w ciszy, odgrodzony od niepogody,
nafaszerowany antybiotykami, zaszczepiony nawet przeciw ewentualnemu
przeziębieniu, które w moim przypadku mogło być według lekarzy groźne,
pozostawałem sam w bezpiecznym miejscu - w moim zbiorniku - czasami
przez wiele godzin bez ruchu i obserwowałem świat, który kłębił się tuż
za szklaną ścianą: Nowy Jork.
Mieszkanie znajdowało się na piątym piętrze: wystarczająco nisko, aby
wciąż mieć widok na ulicę z jej nieprzerwanym teatrem życia, i na tyle
wysoko, żeby w obramowaniu wielkiego okna w całości wychodzącego na
północ pojawiły się drzewa Central Parku, a w ich tle sylwetki drapaczy
chmur.
Podobnie jak musi się jawić rybie ten dziwny świat po drugiej stronie
szyby, ze swoimi hałasami, które docierają przytłumione i wyciszone,
mnie również wydawał się odległy i absurdalny. Czułem pustkę w głowie;
byłem niezdolny do precyzyjnego myślenia; miałem zdrętwiałe kości i pozbawione siły kończyny, a owo przebieranie nogami ludzi za oknem,
którzy spotykali się, potrącali, witali i biegli dalej, zdawało mi się
tak bardzo nie przystawać do mojego
rytmu, że czasami wybuchałem śmiechem, jakbym był widzem starego,
niemego filmu Charliego Chaplina.
Nawet naturalna cykliczność słońca, które wstawało i zachodziło z pokrzepiającą punktualnością po dwóch przeciwnych stronach tego
akwarium, zdawała się nie pokrywać z rytmem mojego ciała. Często
zdarzało mi się spać w środku dnia i czuwać w nocy, kiedy wycie syren
samochodów policyjnych, strażackich i ambulansów stawało się coraz
bardziej obsesyjne, przyoblekając ciemność całunem trwogi.
Przez wiele miesięcy owo okno było moim towarzystwem: przez nie
widziałem biegnących maratończyków i śnieg pokrywający swą bielą miasto;
obserwowałem wiewiórki, ganiające się najpierw po ogołoconych drzewach,
a potem znikające w zielonym, wiosennym listowiu. Stamtąd śledziłem losy
kilku sympatycznych włóczęgów, którzy - siedząc na ławkach wśród
tobołków i plastikowych toreb - rozkoszowali się słońcem jak żaden z wielu mijających ich w pośpiechu i roztargnieniu ludzi interesu. Patrząc
z tamtego okna, wyobrażałem sobie los pewnej dziewczyny, która
przyjechała autobusem z prowincji z kilkoma ciuchami w wielkiej, czarnej
torbie, przewieszonej przez ramię, i z masą planów. Stamtąd przyglądałem
się dziwnym relacjom, panującym między psami a ich właścicielami, a także - czasami nawet dziwniejszym - wzajemnym stosunkom między
właścicielami psów. To zdumiewające, jak wiele można się nauczyć,
wyglądając przez okno, i ile fantazji na temat cudzego życia da się
snuć, wychodząc od obserwacji jakiegoś szczegółu czy gestu.
Nawet takie zwykłe, anonimowe miejsce może stać się
"domem". Wielokrotnie, wracając ze spaceru i czując spływające mi po
plecach krople zimnego potu, liczyłem kroki, które mi jeszcze pozostały,
jak gdybym z góry się cieszył, że za chwilę otworzę metalowe drzwi do
mieszkania 5/C i poczuję ów zapach wynajmowanego pokoju, który daremnie
próbowałem usunąć, zapalając kadzidełka z drzewa sandałowego.
Kiedy tylko się wprowadziłem, zasłoniłem kolorowymi, indonezyjskimi
batikami wszystkie lustra, które jakiś dekorator kazał zainstalować na
ścianach, aby stworzyć iluzję, że pokój jest większy niż w rzeczywistości. Pozostawiłem tylko jedno nad umywalką i za każdym razem,
kiedy wchodziłem do łazienki, widziałem w nim jakiegoś opuchniętego,
żółtego i łysego osobnika, który patrzył na mnie i robił miny, jakbym go
znał. Ja zaś naprawdę nigdy wcześniej nie spotkałem tego typa. A przecież kiedy tylko otwierałem drzwi, wciąż był w tym lustrze. Czasami
posyłał mi nawet uśmieszki, które czyniły go jeszcze bardziej
odpychającym. Ale on się nie zniechęcał i na swój sposób wciąż ze mną
rozmawiał. Mówił, że znamy się od prawie sześćdziesięciu lat, że ten tam
w lustrze to ja. Tak więc do tego nowego mnie - grubego, bladego i bez
jednego włosa - zacząłem powoli przywykać.
Chińczycy sztukę pięknego starzenia się doskonalili przez całe wieki i ja, który przeżyłem wśród nich wiele lat, łudziłem się, że ją trochę
przyswoiłem i odłożyłem na bok, aby poczekała, aż nadejdzie mój czas.
Podobała mi się myśl, że zestarzeję się z siwymi włosami i może z gęstymi, pięknymi brwiami, podobnymi do brwi Zhou Enlaia, które
wykwintny premier Mao Zedonga zapewne bardzo pracowicie hodował.
Postanowiłem nie mierzyć się z chemioterapią. Ale ona też mnie nie
dopadła! Żeby uniknąć recydywy wypadających garściami włosów, kilka dni
przed rozpoczęciem pierwszego cyklu poszedłem do Angela, mającego zakład
fryzjerski na rogu, i pod pretekstem zmiany wizerunku poprosiłem, żeby
ogolił na zero włosy, które w owym czasie opadały mi już niemal na
ramiona.
- Właśnie zamykam. Niech pan się zastanowi przez noc i przyjdzie jutro -
powiedział Angelo. - Nie chciałbym, żeby potem podpalił mi pan zakład!
Nazajutrz Angelo wykonał swoje zadanie, ale co do wąsów pozostał
niewzruszony i musiałem obciąć je sobie sam. Nosiłem je od 1968 roku,
kiedy Richard Nixon wygrał w wyborach prezydenckich, a ja, wówczas
student Columbia University, przegrałem zakład. Przez prawie trzydzieści
lat stały się one częścią mnie, tego, jakim się widziałem, więc
zdumiałem się, że w ciągu jednej chwili zdołałem się ich pozbyć. Mój
stary szkolny kolega Alberto Baroni, który został potem znanym
florenckim gerontologiem, powiedział kiedyś: - Starzy ludzie, którzy
przez całe życie przywiązywali wielką wagę do swojego wizerunku,
najbardziej cierpią i najtrudniej im dojść do siebie, kiedy zawał serca,
paraliż
albo jakaś inna choroba zmieniają ich wygląd.
Ja chciałem, żeby mi się udało. Warto więc było pochować tego dawnego
mnie - z jego włosami i wąsami.
Ostatni dzień był szczególny. Jeszcze z moją zwykłą twarzą - żeby
urzędnicy mogli mnie rozpoznać i nie mieli problemów z przyjęciem czeku
- udałem się do Włoskiego Banku Handlowego przy Wall Street podjąć mały
plik pieniędzy, które będę trzymał w domu. Drogę powrotną postanowiłem
odbyć pieszo: bardzo długi spacer. Świeciło słońce, wiał wiatr, a ja -
wciąż jeszcze ja - ubrany na biało, ciągle jeszcze pełen energii, z długimi włosami i wąsami, szedłem przez Manhattan wzdłuż Piątej Ulicy,
przeglądając się w witrynach. Po kilku godzinach miałem już nie być taki
sam. Myśl o tym, że stanę się kimś innym, nawet mnie bawiła. Przez lata
poznałem różne osoby, o których wiedziałem, że prowadzą podwójne, a czasem nawet potrójne życie. Też miałbym na to ochotę, ale nigdy nie
byłem do tego zdolny. Teraz mogłem przynajmniej myśleć, że mam dwa różne
życia: to drugie miało nastąpić po pierwszym. Być może.
- Ej Tiziano, co robisz w Nowym Jorku? - Na wysokości sklepu Walta
Disneya stary francuski kolega z "Libération", z żoną u boku, stanął
przede mną z otwartymi na powitanie ramionami. - Co za niespodzianka
widzieć cię tutaj. Zawsze na biało. Poznaliśmy cię z daleka. Zjemy dziś
wieczorem razem kolację? - Ostatnim razem spotkaliśmy się w Ułan Bator i powiedział mi wtedy, że pisze powieść historyczną, której akcja toczy
się właśnie tam, w Mongolii.
- Skończyłeś książkę? - zapytałem.
- Ależ skąd. Napisałem już ponad tysiąc stron, ale wciąż się rozrasta.
To gorsze od raka! Rośnie, rośnie, więc ciągle piszę.
Zacząłem się śmiać, ale ani on, ani żona, drobna, pełna wdzięku
Laotanka, nie zrozumieli, dlaczego. Czy to ja nieświadomie podsunąłem mu
to skojarzenie? Wybąkałem jakąś wymówkę, żeby nie iść z nimi na kolację,
i uciekłem.
Przed spotkaniem z Angelem musiałem jeszcze odświeżyć moją garderobę lub raczej zdecydować, jak ubrać tego nowego mnie. W tej kwestii nie miałem wątpliwości: Jeśli chciałem poradzić sobie z chorobą, nie powinienem niczego opłakiwać, nie powinienem tęsknić za
przeszłością, a przede wszystkim nie powinienem się łudzić, czy też
żywić nadziei, że - nawet jeśli mi się uda - kiedykolwiek będę taki jak
przedtem. Tak więc należało skończyć z tamtym mną: ekstrawertycznym,
pragnącym zawsze budzić sympatię, lekko aroganckim, towarzyskim i ubranym na biało. W sumie był to obraz tego, którego komórki zwariowały.
A dlaczego zwariowały? Może właśnie z powodu tamtej tożsamości! Należało
ją zatem zmienić, zerwać z dawnym sposobem życia, przyzwyczajeniami,
ulubionymi przez tamtego mnie kolorami. Nie chodzi o to, że wierzyłem
dokładnie w to, co myślała moja głowa, ale obserwując ją, pozwalałem jej
myśleć.
W Nowym Jorku jest zawsze czas "wyprzedaży". Ostatnim wynalazkiem,
mającym zachęcić ludzi do coraz większej konsumpcji i kupowania tego,
czego absolutnie nie potrzebują, jest oferta "Dwa w cenie jednego". Przy
jednej z ulic, którymi przechodziłem, próbując codziennie zmieniać trasę
z domu do szpitala, odkryłem wielki sklep, którego nazwa zdawała się
stworzona specjalnie dla zaspokojenia moich gustów: Duffy's cheap
clothes for millionaires. Nigdy nie byłem milionerem, ale zawsze się
nim czułem. Jeśli chodzi o ubrania, kupowałem je po niskiej cenie, bo
pójście do eleganckiego sklepu i nabycie drogiej odzieży nie wydawało mi
się niczym wielkim. Natomiast tam, wśród odrzutów z wielkich firm i rzeczy, które wyszły z mody, można było dokonać wielkich odkryć. W krótkim czasie, za niewielką sumę, zdołałem zgromadzić wszystkie
elementy mojego nowego umundurowania: dwie pary sportowych dresów, jedne
granatowe, jedne czarne; tenisówki, skarpety, rękawiczki i dwa piękne,
wełniane berety, jeden czarny i jeden fioletowy, żeby zakryć bilardową
kulę, którą wkrótce miała się stać moja głowa.
*
Idea chemioterapii jest prosta: komórki rakowe mają swoją złośliwą
cechę, polegającą na tym, że się podwajają i mnożą. Chemioterapia jest
mieszanką - nazywaną eufemistycznie "koktajlem" - bardzo silnych
składników chemicznych, które - po wprowadzeniu do krwiobiegu - krążą po
organizmie i niszczą wszystkie tego typu komórki. Problem polega na tym,
że komórki rakowe nie są jedynymi, które mają tę cechę. Komórki włosów,
podniebienia, języka i innych powierzchni śluzowych, jak te wewnątrz
jelita, są tego samego typu i dlatego również one, choć potrzebne i zdrowe, atakowane są w taki sam sposób jak te chore.
- W sumie to tak, jakby bombardować napalmem dżunglę i niszczyć tysiące
drzew, próbując zabić małpę przycupniętą na jednej z palm - powiedziałem
do pielęgniarki, szykującej się pieczołowicie do przyrządzenia
pierwszego koktajlu, którym miała mnie zbombardować.
Powiedziałem: małpa, ale w rzeczywistości pomyślałem o Vietcongu i o tym, jak podczas wojny w Wietnamie Amerykanie ogałacali z liści całe
lasy i niszczyli rozległe tereny zieleni tylko po to, aby uniemożliwić
partyzantom znalezienie bezpiecznej kryjówki. Logika była taka sama. W Wietnamie jej nienawidziłem, ale teraz poddawałem się jej, szukając
ocalenia. Już od pierwszych płomiennie czerwonych kropli, które
obserwowałem, jak jedna po drugiej kapią z przezroczystej torebki,
przepływają przez plastikową rurkę i przedostają się do moich żył za
pośrednictwem igły wbitej w grzbiet lewej dłoni, wydawało mi się, że to
działa. Efekt był natychmiastowy i wstrząsający: usta wypełnił mi bardzo
silny smak żelaza, głowa się rozpaliła, jakby ogarnięta powiewem
napalmu, i poczułem, jak płomień ten dociera do wszystkich zakamarków
ciała, do koniuszka każdego palca. Siedziałem w wygodnym fotelu, który
przypominał wyposażenie statku kosmicznego, na parapecie okna stała
doniczka z kwiatami, skromnymi, ale żywymi, a ja słuchałem kochanej,
młodej pielęgniarki, która opowiadała mi o swoim marzeniu, żeby pojechać
do Kalifornii i zamieszkać w domu nad oceanem. Byłem spokojny, czułem,
że jestem w dobrych rękach; podobał mi się ten mocny, prawie
fosforyzujący kolor płynu, który przenikał do mojego ciała - wydawał mi
się znakiem jego skuteczności. Poczułem się gorzej, kiedy po opróżnieniu
pierwszej torebki dziewczyna podłączyła do urządzenia następną,
zawierającą ostatni składnik koktajlu, jakąś bezbarwną jak woda ciecz,
która - jak sobie wyobrażałem - w żaden sposób nie mogła mi pomóc.
Zasugerowałem, żeby zabarwili ten nijaki płyn na piękną, szmaragdową
zieleń albo na fioletowo, aby do jego działania chemicznego dodać moc
psychologiczną. Dziewczyna się zaśmiała: - Dobry pomysł! - stwierdziła.
Była spostrzegawcza. Obserwowała pacjentów i zauważyła, że każdy z nich ma własny sposób podejścia do chemioterapii. Jedni
poddają się jej, medytując, inni przynoszą ze sobą walkmana, żeby w tym
czasie słuchać ulubionej muzyki, jeszcze inni są niespokojni, cierpią
jak na torturach, ponieważ nie postrzegają jej psychicznie jako kuracji,
a przede wszystkim nie akceptują jej negatywnych konsekwencji, skutków
ubocznych, które - jak wiadomo - muszą się pojawić.
- Pan robi wrażenie, jakby się bawił - powiedziała.
Nie miałem wyboru i "robienie dobrej miny do złej gry" wydawało mi się
naturalne.
Dla mnie chemia stanowiła pierwszą fazę "strategii", którą - po
tygodniach analiz, badań kontrolnych, konsultacji ze specjalistami na
różnych piętrach tej ogromnej instytucji, jaką jest MSKCC - uznałem za
najlepszą, żeby przeżyć. Jako taka przedstawiona mi została przez stanowczą i zasadniczą
lekarkę, która miała zajmować się moim przypadkiem: pięćdziesiąt lat,
żylasta, prosta jak świeca, twarda i małomówna, choć czasem z cieniem
lekkiego uśmiechu na ustach. Już przy pierwszym spotkaniu poczułem, że
mogę jej zaufać, i bez namysłu zaufałem. Po chemii - koktajl odpowiedni
dla mojego przypadku, powiedziała, został przygotowany przez grupę
mediolańskich lekarzy, dla których miała wielki szacunek - czekała mnie
operacja. Po zagojeniu się rany miałem zostać poddany radioterapii,
przeprowadzanej według systemu pozostającego jeszcze w fazie
eksperymentu, a opracowanego przez lekarza z Izraela, który został
szefem oddziału radiologii tutejszego szpitala. Niski, krępy radiolog, z bródką jak Freud, ciekaw również tego wszystkiego, co się działo poza
medycyną, zdawał się promieniować nadzieją wyleczenia nawet bez swoich
urządzeń. Przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie, więc
bezzwłocznie postanowiłem zostać elementem jego "eksperymentu". Byłem osiemnastym pacjentem.
- A pozostałych siedemnastu? - zapytałem.
- Wszyscy przeżyli.
- Jak długo?
- Dwa lata... Ale dopiero od dwóch lat stosujemy naszą terapię.
Od tamtej pory zawsze nazywałem go Irradiatorem.
Chirurg pojawił się przede mną w spodniach w kolorze khaki i dżinsowej
koszuli. Był niskim, grubym blondynem o brzuchu niemieckiego piwosza.
Takie zresztą musiało być jego pochodzenie. Jego nazwisko znaczyło
"Pan". Od razu uderzyły mnie jego błękitne, nieruchome oczy i maleńkie
dłonie o cienkich i ostrych palcach. Pomyślałem sobie, że gdybym miał
być Ludwikiem XVI i musiał pójść na gilotynę, lepiej, aby głowę mi
ścinał ktoś precyzyjny. On robił takie wrażenie: był absolutnie pewny
swojego zadania, tego, co ma usunąć, a co zostawić w środku po wykonaniu
cięcia, które poprowadzi znad pępka aż do pleców. Nie powiedział mi
tylko, że w czasie swojej pracy pozbawi mnie także jednego żebra.
- Szansa na przeżycie? - zapytałem.
- Znakomita, pod warunkiem że przeżyje pan drugiego raka.
Cóż, lepsze to, niż nic. Poza tym powiedział to on, Pan, The Lord - jak
już go w duchu ochrzciłem!
Każda z tych faz miała zostać poprzedzona zabiegiem
"Speleologa", bardzo młodego eksperta endoskopii, zdolnego dotrzeć ze
swoją minikamerą tam, gdzie trzeba, żeby pobrać tkanki do analizy.
Stałem się obiektem jego zejść do jam mojego ciała przynajmniej
dziesięciokrotnie i nikt - jak sądzę - nie może twierdzić, że zna mnie
lepiej od środka niż on.
W przybliżeniu cała praca "naprawiaczy" miała zająć sześć do siedmiu
miesięcy. Z lekarką koordynującą całą
"reperację" próbowałem się targować, pewne rzeczy skrócić w czasie, inne
fazy odwlec.
- Czy nie mógłbym poczekać rok na przeprowadzenie operacji? - zapytałem.
Ale ona, patrząc mi prosto w oczy, odcięła wszelkie drogi ucieczki:
- Mister Terzani, you wait - you die.
Jeśli czekanie byłoby równoznaczne z końcem na tym świecie, nie miałem
wyboru i zaprzestałem wszelkich dyskusji.
Dlatego chemia mi się podobała i przywiązywałem się do niej jak do liny,
którą ktoś rzucił, żeby ocalić mnie przed tygrysem prężącym się nade mną
i urwiskiem, które miałem pod sobą. Zamierzałem więc się jej poddawać,
mając świadomość każdej wpływającej we mnie kropli, obserwując efekty,
uczestnicząc w jej działaniu z pełną koncentracją. Chemioterapia była
początkiem jeszcze jednego, możliwego fragmentu życia, jeszcze jednego
obrotu na karuzeli. Podobało mi się też, że w szpitalnym slangu dzień
wstrzyknięcia nazywano Day One, i że poczynając od niego, ustalano
terminy różnych badań oraz innych koniecznych zabiegów. Również dla mnie
był to "pierwszy dzień"... nowej ery, mojego drugiego życia.
Kiedy po paru godzinach dziewczyna pomogła mi wstać, poczułem się bardzo
zmęczony, kości mnie bolały jak po okładaniu kijem, ale zostałem o tym
uprzedzony, więc zdobyłem się na wysiłek, żeby wrócić do domu pieszo
przez Central Park. Zazwyczaj jest to półgodzinny spacer. Tym razem
zajął mi godzinę. Miałem wrażenie, że szybuję, jakbym był pod wpływem
narkotyków, ale odczuwałem satysfakcję, że daję radę. Lekarka zachęcała
mnie, żebym nie przerywał, jeśli to możliwe, codziennej rutyny owej
gimnastyki i jazdy motocyklem. Pośród wielu innych rzeczy, które
powinienem robić lub nie, poprosiła też, bym jak najwięcej pił - nawet
trzy, cztery litry wody dziennie - żeby wydalać komórki zabite przez
chemię. Pilnie stosowałem się do wszystkich zaleceń.
W tej wierze w lekarzy, w stosowaniu się do ich wskazówek, było coś
pocieszającego. Miałem wrażenie, że jest mi to bardzo pomocne. Bez
wątpienia jak modlitwa. Tego jednak nie potrafiłem robić, a w każdym
razie wydawałoby mi się śmieszne fatygować Pana Boga czy kogoś tam w jego imieniu, żeby zajmował się moją chorobą i pośród tylu rzeczy na
świecie, o które musiał się troszczyć, spowodował także moje
wyzdrowienie.
*
Między jednym koktajlem a drugim następowały dwa tygodnie przerwy,
podczas których miałem zażywać o ścisłych porach różne leki. Musiałem
także robić sobie sam, wbijając igłę małej strzykawki w tłuszcz brzucha,
zastrzyki ze steroidów. Miały mi one pomóc w odbudowie białych krwinek,
wywoływały jednak ból w kościach, szczególnie miednicy i mostka.
Dwutygodniowa przerwa miała przede wszystkim złagodzić skutki
bombardowania i przywrócić organizm do jakiej takiej normalności, żeby
móc mu powtórnie przyłożyć.
Ciało. Ciało. Ciało. To ciekawe, jak na co dzień, kiedy jesteśmy zdrowi,
prawie nie zdajemy sobie sprawy, że je mamy, a jego funkcje uznajemy za
oczywiste. Wystarczy jednak zachorować i cała nasza uwaga zaczyna się na
nim skupiać; zwykłe oddychanie, oddawanie moczu czy wypróżnianie stają
się najważniejszymi czynnościami, które determinują radość lub
cierpienie, wywołują ulgę lub niepokój. Zgodnie ze wskazówkami, jakie
otrzymałem, śledziłem każdą funkcję mojego ciała i korygowałem stopniowo
wszystkie nieregularności, jednak czyniąc tak, z każdym dniem coraz
wyraźniej zdawałem sobie sprawę, jak bardzo jestem od niego zależny, jak
silnie jego nastrój wpływa na mój i jak wielki wysiłek muszę wkładać
(mój umysł, moja świadomość, słowem ten drugi ja), żeby nie stać się
jego niewolnikiem.
Zawsze uważałem za przekonującą ideę, że dzięki silnej woli można czuć
się wolnym nawet w więzieniu. Jednym z najpiękniejszych przykładów
jest ten niedawny, dotyczący Paldena Gyatso, tybetańskiego mnicha, który
zdołał przeżyć trzydzieści trzy lata tortur i odosobnienia w chińskich
więzieniach, pozostając wolny duchem. Ale w jakim stopniu można być
wolnym, będąc więźniem własnego ciała? I czymże jest ta błogosławiona
wolność, o której wszyscy tak wiele prawimy? W Azji odpowiedź na te
pytania można znaleźć w znanej od wieków historii:
Pewien człowiek udaje się do słynącego z wielkiej mądrości króla i pyta:
- Panie, powiedz, proszę, czy w życiu istnieje wolność?
- Oczywiście - odpowiada tamten. - Ile masz nóg? Człowiek patrzy na
niego, zdziwiony pytaniem.
- Dwie, mój Panie.
- A zdolny jesteś stać na jednej?
- Oczywiście.
- Spróbuj więc. Zdecyduj, na której.
Człowiek zastanawia się przez chwilę, po czym podnosi do góry lewą nogę,
opierając cały ciężar ciała na prawej.
- Dobrze - rzecze król. - A teraz podnieś również tę drugą.
- Jakże to? To niemożliwe, mój Panie!
- Widzisz? To jest wolność. Jesteś wolny, ale tylko wtedy, gdy
podejmujesz pierwszą decyzję. Potem już nie.
A jaki ja miałem wybór? Do jakiego miejsca byłem też moim ciałem? Jaki
był między nami stosunek? I czy naprawdę było nas dwoje? Czy też może
mój umysł, z którym jako ja wolałem się identyfikować, to tylko jedna z wielu funkcji owego ciała, a zatem całkowicie jest z nim związany?
Zadawanie sobie tych pytań, w obliczu śmierci coraz bardziej obecnej
jako realna możliwość, w obliczu bólu, przerażenia, melancholii, którym
należało stawić czoło, miało wielki sens, choć oczywiście nie
znajdowałem odpowiedzi.
Podobała mi się myśl, że moje ciało jest kostiumem, który rodząc się,
pożyczyłem, i prędzej czy później będę musiał zwrócić - bez obawy, że
pozostanę nagi. Ale czy rzeczywiście tak się miało stać? Jedno było
pewne: Ja jako umysł byłem świadomy swojego ciała, ale czy ono było
świadome mnie? No więc, oby było, oby uznało moje istnienie i to, że nie
może robić ciągle tego, na co ma ochotę!
Chemia natychmiast działała na żołądek, który pozbawiony autokontroli,
na swój sposób próbował pozbyć się tego, co słusznie wydawało mu się
trucizną. Aby tego uniknąć, w szpitalu dano mi fiolkę z bardzo drogimi
pastylkami na wypadek, gdybym nie zdołał wytrzymać. Udało mi się nie
zażyć nawet jednej. Kiedy tylko czułem, że żołądek zamierza narzucić mi
swoje obrzydliwe reakcje, siadałem na ziemi ze skrzyżowanymi nogami
naprzeciw małego Buddy z brązu, który stał na parapecie okna. Zamykałem
oczy i koncentrowałem się całkowicie na żołądku. Wyobrażałem sobie, że
go głaszczę, przemawiałem do niego i się uspokajał. Przynajmniej takie
odnosiłem wrażenie. Być może miałem po prostu szczęście i oczywiście nie
okłamywałem sam siebie, myśląc, że to, czego się nauczyłem kilka lat
wcześniej od Johna Colemana na kursie medytacji vippasana w Tajlandii,
mogłoby zastąpić moich lekarzy, ich pastylki, a tym bardziej ów
jednocześnie szkodliwy i dobroczynny, czerwony, fosforyzujący płyn.
Jednak sama koncentracja bardzo mi pomogła.
*
Mimo moich aspiracji, żeby być czymś więcej niż tylko ciałem, czymś może
mniej materialnym, mniej podatnym na zmiany i rozkład, ciałem byłem i ciałem pozostawałem. Należało zatem bardziej uważać na to, co
podtrzymywało funkcje tego ciała, od którego wszystko zdawało się teraz
zależeć.
- Dziewięćdziesiąt siedem procent tego, czym jesteśmy, stanowi to, co
zjadamy - oznajmiła mi tytułem wstępu młoda dietetyczka z MSKCC, do
której mnie wysłano, aby podpowiedziała mi dietę pomocną w łatwiejszym
znoszeniu chemioterapii. - Uprzemysłowienie w produkcji pożywienia
spowodowało ogromne zachwianie równowagi w naszym organizmie i poważnie
zagraża naszemu zdrowiu. Dlatego proszę odżywiać się w sposób jak
najbardziej naturalny.
Jeśli chciałem pomóc mojemu ciału, miałem pić wiele naparów ziołowych,
unikać mleka krowiego, bo zbyt tłuste, i zadowalać się sojowym. Mogłem
jeść chudy jogurt i dużo owoców. Jeśli upierałem się, by pozostać
wegetarianinem, jakim stałem się na zasadzie osmozy, mieszkając w Indiach, powinienem jeść dużo różnych orzechów, migdałów i ziaren -
najlepiej pestek dyni i słonecznika - byle nie były zbyt słone.
- Proszę się starać, żeby na pańskim talerzu było bardzo kolorowo, kłaść
obok siebie warzywa czerwone, żółte, zielone, czarne. Proszę jeść dużo
brokułów, porów i do woli czosnku. Dwa lub trzy razy dziennie proszę
sobie robić koktajle i wkładać do nich wszystko: marchewkę, jabłka,
szpinak i wszelkie owoce leśne, szczególnie jagody. Z pomarańczy i grejpfrutów proszę zjadać także białą część. Wszystko, co zawiera
błonnik, jest dobre w pańskim przypadku i pozwala regulować pracę jelit
- powiedziała, a ja, jakbym był wciąż jeszcze mną dziennikarzem, robiłem
notatki.
Ja, który nigdy w życiu nie zwracałem zbytniej uwagi na to, co
przełykałem, i nie przejmowałem się tym, czy potrawa stojąca przede mną
była posolona, czy nie, czy została ugotowana, czy usmażona, szybko
stałem się niezwykle świadomy wszystkiego, co wkładałem do ust. Zacząłem
gorliwie odwiedzać sklepy z produktami ekologicznymi i uważnie czytać
wszystko, co napisane było na opakowaniach. Nauczyłem się nie wierzyć
etykietom z rysunkami jezior i gór, których jedynym zamysłem było
nabranie kupującego, natomiast skrupulatnie studiowałem to, co zgodnie z prawem wytwórcy powinni podawać jako składniki swoich produktów. Nie
dotykałem niczego, co zawierało konserwanty, sztuczne barwniki czy
dodatki smakowe lub zapachowe. Ogarnęła mnie nagła obsesja groźby
zjedzenia czegoś skażonego. Pozbyłem się wszystkich teflonowych garnków
i patelni, jakie znalazłem w mieszkaniu, kupiłem naczynia ze stali i wkładałem wiele troski w to, by każdy posiłek przyrządzać w sposób
możliwie prosty i naturalny. Tym, co instynktownie najbardziej mnie
odrzucało, było pożywienie zmodyfikowane genetycznie. Czy szefostwa wielkich,
szkodliwych zakładów przetwórczych, które rzuciły się na oślep na ten
rodzaj manipulowania naturą, by czerpać z tego ogromne zyski,
zastanawiały się, jakie skutki dla organizmu ludzkiego i dla środowiska
może mieć ta ich zabawa w Boga? Tymczasem te produkty są w sprzedaży,
ludzie je jedzą i nikt nie wie, jakie diabelstwa mogą z tego wyniknąć.
Pewnego dnia zdamy sobie z tego sprawę i dla wielu będzie już za późno.
Jeśli to prawda, że ciało jest w dużym stopniu tym, co zjada, być może
również rak, który stał się częścią mojego organizmu, spowodowany został
tym, co zjadłem. Całe rozumowanie było bez zarzutu i z przerażeniem
przypominałem sobie lata spożywania cudownych chińskich potraw,
pochodzących z niechlujnych i cuchnących kuchni, zup zjadanych na ulicy
w Indochinach, tysięcy rzeczy, które z głodu, z nudów albo dla
towarzystwa pochłonąłem przez całe życie. A te niedomyte miski i talerze, z których się jadło? Albo z kolei te lśniące naczynia w wielkich hotelach, myte i polerowane nie bardzo zdrowym popiołem, jak za
czasów naszych babek, ale przy użyciu najróżniejszych detergentów
szkodliwych dla zdrowia?
W Indiach są grupy osób - na przykład najbardziej ortodoksyjni bramini -
które jedzą tylko to, co same ugotowały, w naczyniach, które same umyły;
inni uważają wybór kucharza za kwestię duchową, a nie praktyczną.
Bramini myślą, że ten, kto przygotowuje posiłek, nawet nieświadomie
wywiera na niego swój wpływ. Jeśli kucharz jest osobą niskiego ducha,
wprowadzi do swoich dań negatywną energię, która nieuchronnie przeniesie
się na osobę jedzącą. Z naukowego punktu widzenia to absurd, ponieważ
żadna nauka nie jest w stanie zweryfikować istnienia takiej negatywnej
energii, jak również zmierzyć jej nasilenia, ale to nie z tego powodu
pewne osoby mniej w nią wierzą. Nie z tego powodu ta energia nie
istnieje.
Lekarze byli rozbawieni, słuchając tych moich rozważań między jednym a drugim badaniem, ale żaden z nich nie zastanowił się, że być może także
w tym odmiennym sposobie postrzegania świata kryje się jakaś prawda.
Coś, co wymyka się nauce. Poza tym również ta ich - nasza - jakże
wychwalana nauka pozostawia wiele do życzenia, szczególnie w takich
dziedzinach, jak żywienie czy zdrowie.
Przez całe lata wszystkie badania naukowe potwierdzały wielką wartość
witamin w leczeniu wielu chorób. Teraz jednak podawane są do wiadomości
wyniki nowych analiz, które wykazują ich niewielką albo wręcz żadną
przydatność. Przez prawie dwadzieścia lat byliśmy przekonani, że sól
jest szkodliwa w diecie chorych na serce. Teraz okazuje się, że nie jest
to taka oczywista prawda. Przez wiele lat lekarze wmawiali nam, że dieta
bogata w błonnik znakomicie przeciwdziała rakowi okrężnicy. Teraz
wychodzi na jaw,
że wcale tak nie jest.
Niemal codziennie ukazywał się w prasie amerykańskiej jakiś artykuł,
który - cytując badania przeprowadzone przez taki czy inny uniwersytet -
udowadniał, dlaczego to czy inne warzywo jest skuteczniejsze od innych w zwalczaniu raka: raz była to cebula, innym razem brukselka, jeszcze
innym marchewka, pomidory czy też kiełki brokułów, ale nie starsze
niż... trzydniowe. Takich samych odkryć dokonywano w stosunku do owoców
(bardzo ważne śliwki i jagody) i przypraw (przede wszystkim kurkuma i kmin). Jeśli spojrzeć z perspektywy lat, wszystkie te badania nie
wytrzymują próby czasu i stają się po prostu śmieszne, jak to, o którym
przeczytałem któregoś dnia w "New York Timesie": osoby zestresowane są
dużo bardziej podatne na... przeziębienie niż niezestresowane.
A zatem? Czy fakt, że nauka nie potrafi - przynajmniej na razie -
wykazać dobrego czy też złego wpływu, jaki może mieć kucharz na
przyrządzane jedzenie, jest wystarczający, aby wykluczyć, że on
istnieje? Dlaczego nie można myśleć,
że źródłem choroby wściekłych krów jest to, iż przez całe lata
zmuszaliśmy najbardziej wegetariańskie ze wszystkich stworzeń, z natury
niegwałtowne i dlatego najświętsze w oczach Hindusów, do codziennego
żywienia się paszą, składającą się między innymi z mięsa i kości innych
zwierząt? Z naukowego punktu widzenia może to być argument bez wartości,
ale według mnie jest bardzo przekonujący: przeżuwanie przetworzonych
zwłok innych zabitych istot doprowadziło krowę do szaleństwa. To proste.
A czy my, ludzie, nie ryzykowalibyśmy tym samym, gdybyśmy pewnego dnia
odkryli, że poranna kawa przygotowana została z palonych szkieletów
naszych krewnych albo że befsztyk na talerzu pochodzi z uda
zamordowanego syna naszego sąsiada?
Jak krowy się zorientowały? Cóż, to również pytanie, na które nauka nie
potrafi oczywiście - przynajmniej chwilowo - odpowiedzieć, co nie
znaczy, że nie należy go sobie stawiać. Czy może zrozumieliśmy naukowo,
dlaczego psy są tak bardzo przywiązane do człowieka albo dlaczego
łososie po latach spędzonych na pełnym oceanie potrafią odnaleźć ujście
rzeki, gdzie się urodziły, dopłynąć tam, aby złożyć ikrę i umrzeć? A jak to się działo, że królice, trzymane w klatce na
statku, wiedziały, że w zanurzonej łodzi podwodnej ich dzieci,
króliczki, były zabijane zawsze w nierównych odstępach czasu.
Eksperyment ten przeprowadzano jeszcze w czasach Związku Radzieckiego
właśnie po to, by wykazać, że śmierć każdego króliczka wywołuje reakcję
matki.
Te moje swobodne przemyślenia najbardziej bawiły panią
doktor-naprawiaczkę. Ale oczywiście nie dawała się złapać w pułapkę.
Zresztą nie było to moim celem; na pewno nie chciałem, żeby przyznała,
iż również jej nauka jest względna, a cała historia wiedzy to wiele
prawd, które w krótkim czasie okazują się błędami w świetle nowych
faktów i nowych prawd. Nie, nie! Bawiło mnie po prostu snucie domysłów,
ale w głębi duszy chciałem ufać tej nauce, bo właśnie ją obstawiłem; tym
numerem chciałem wygrać.
- Panie Terzani, słyszałam, że nadał pan przezwiska wszystkim swoim
lekarzom. Jak mnie pan nazwał? - zapytała mnie któregoś dnia moja
lekarka. Na szczęście nie musiałem kłamać. Bawiąc się jej nazwiskiem i zmieniając jedną samogłoskę, nazwałem ją Bringluck - Przynoszącą
Szczęście.
*
Jeśli ciało składa się w dużym stopniu z tego, co do niego wkładamy,
przede wszystkim musiałem się zajmować jedzeniem, drugą ważną kwestią
było na pewno powietrze. Bez jedzenia ciało może wytrzymać wiele dni - i od czasu do czasu robi mu to nawet dobrze - ale bez dopływu powietrza
nie przetrwa więcej niż kilka minut. Ponieważ nie mogłem wybrać jakości
powietrza, którym oddychałem, postanowiłem przynajmniej się nauczyć, jak
oddychać lepiej.
Pomysł przyszedł mi do głowy po przeczytaniu ogłoszenia reklamowego w gazecie: pewien chiński "mistrz" miał poprowadzić w weekend seminarium
dotyczące qigong (dosłownie "praca powietrza"). Mogły w nim uczestniczyć
"osoby w każdym wieku, niezależnie od stanu fizycznego". Zapisałem się,
zapłaciłem i w sobotę o dziewiątej znalazłem się w obszernym
pomieszczeniu z drewnianą podłogą oraz metalowymi kolumnami w jednym z wielkich, postindustrialnych budynków Bowery - sympatycznej i modnej
dziś dzielnicy Nowego Jorku. Stare fabryki włókiennicze i magazyny o pięknych fasadach, pochodzące z pierwszej połowy dwudziestego wieku,
mieszczą teraz wielkie sklepy z modą, głównie młodzieżową, galerie
sztuki i centra kultury "alternatywnej", stanowiąc scenę najróżniejszych
działań i interesów związanych z New Age.
Seminarium prowadzone przez Mastera Hu było znakomitym przykładem tego
nowego typu konsumizmu. Miejsce setek świeżo przybyłych imigrantek -
posadzonych przy tyluż maszynach do szycia - które niegdyś w tych
"fabrykach potu" stworzyły potęgę amerykańskiego przemysłu
konfekcyjnego, zajmowało tu teraz około pięćdziesięciu kobiet, młodych i w średnim wieku - ja i jeszcze jeden facet stanowiliśmy wyjątek. Gotowe
one były słuchać Mastera Hu, który bardzo prostą angielszczyzną
tłumaczył "jedną z najstarszych tajemnic Chin", wspomagany
uzupełniającymi komentarzami swojego asystenta i piewcy. Po akcencie
rozpoznałem, że asystent jest Włochem; koreańska dziewczyna w kasie była
jego partnerką.
Qigong, podobnie jak praktykowana w Indiach pranajama, to sztuka
kontrolowania własnego oddechu i kierowania jego siły witalnej do
różnych części ciała - oczywiście poza płucami. Jako że przez wiele lat
żyłem wśród Chińczyków, widywałem o świcie w ogrodach publicznych wiele
osób, szczególnie starszych, które wykonywały w wielkim skupieniu te
powolne ruchy i słyszałem o ich wielkich zaletach terapeutycznych. W Pekinie jedna z przyjaciółek Angeli po przebyciu operacji na raka
została wysłana przez swój zakład pracy na kurs qigong i opowiadała, że
przyniosło jej to ogromną korzyść.
Tuż przed moim aresztowaniem, a następnie wydaleniem z Chin zacząłem
brać lekcje tej pradawnej gimnastyki ciała i duszy. Kurs prowadził stary
robotnik, który praktykował tę sztukę przez całe życie, i żałowałem, że
nie mogłem zostać do końca jego uczniem. Teraz, w samym środku Nowego
Jorku, musiałem wysłuchiwać banałów wypowiadanych przez Mastera Hu,
który perorował:
- Jeśli qigong, którego was uczę, wykonywany jest we właściwy sposób,
zmieni wasz charakter, uczyni was milszymi, a w przypadku kobiet
zdecydowanie ułatwi im znalezienie męża.
Biedny Master Hu: był w Ameryce od niedawna i nie zorientował się
jeszcze, że tam takie rozumowanie się nie sprawdza, a wręcz jest
"politycznie niepoprawne".
Cały dzień uczyłem się różnych ćwiczeń: jedne miały nam uświadomić, że
się oddycha, ponieważ rozszerzają się piersi, a nie odwrotnie; inne -
nauczyć nas, jak oddychać, nie tylko otwierając klatkę piersiową, ale
także brzuch i podbrzusze. Jedno szczególne ćwiczenie polegało na tym,
żeby stać z lekko ugiętymi kolanami, na stopach rozłączonych tak, aby
tworzyły jedną linię z ramionami, i trzymać wyimaginowaną kulę energii w nieruchomych rękach na wysokości pępka. Gdzieś po dziesięciu minutach
należało sobie wyobrazić, że kula przekręca się najpierw w jedną, a potem w drugą stronę.
- Teraz spróbujcie rozdzielić dłonie i zobaczycie, jakie to trudne -
powiedział Master Hu.
Niektóre kobiety przyznały entuzjastycznie, iż rzeczywiście tak jest.
Ich ręce zostały unieruchomione w "polu magnetycznym". Moje nie.
Wykonując ostatnie ćwiczenie, trzeba było zamknąć oczy i - wciąż na
lekko ugiętych kolanach - wyobrazić sobie, że stoimy nogami na ziemi,
natomiast głowę mamy wysoko w powietrzu. Bardzo mi się to podobało, był
to bowiem mój ideał spełnionego człowieka: stojącego twardo na ziemi, a jednocześnie marzyciela.
Na zakończenie pierwszego dnia przedstawiłem się Mistrzowi, poprosiłem,
by opowiedział mi swoją historię, i wkrótce stałem się częścią jego
świty - obok włoskiego piewcy i Koreanki - w wegetariańskiej
restauracji. Po drodze asystent opowiedział mi, że przyjechał do Stanów
zaraz po zakończeniu służby wojskowej szukać pracy jako złotnik. Bez
powodzenia, przy okazji jednak odkrył, jak sam powiedział, że "zawód
uzdrowiciela jest o wiele ciekawszy". Był oczywiście również łatwiejszy
i bardziej dochodowy. Uczęszczał na różne kursy sztuk walki, od kung-fu
po judo, od aikido po taijiquan. Później spotkał Mastera Hu, stworzyli
spółkę i wzajemnie się wspierali. Następnie dołączyła do nich Koreanka.
Właśnie została zwolniona z firmy farmaceutycznej i teraz również ona
zamierzała zostać uzdrowicielką.
Asystent dużo rozprawiał o "cudach" Mistrza. Powiedział mi, że potrafi
poruszać przedmioty na odległość, unosić kartki papieru i inne rzeczy
wyłącznie za pomocą swojej energii.
- Ja nauczyłem się zaledwie leczyć ból głowy, ale on umie wszystko -
zakończył.
Leczenie raka było oczywiście jedną z najbardziej chlubnych specjalności
Mistrza i jego asystent przysiągł, że sam widział, jak już przy
pierwszej wizycie objętość pewnych guzów poddanych działaniu "energii"
Mastera Hu zmniejszała się o połowę. Mistrz - ciągle według opinii
asystenta - byłby w stanie wyleczyć chorobę Parkinsona, na którą
cierpiał papież. Problem polegał na tym, jak zawiadomić Watykan. Master
Hu był także przekonany, że może pomóc Giovanniemu Agnellemu, który
właśnie w owym czasie przebywał w nowojorskim MSKCC, nie wiedział
jednak, jak się z nim skontaktować. Ugryzłem się w język i nie
powiedziałem,
że ja też jestem klientem tej instytucji i że jakiś bardzo dziwny
przypadek zrządził, iż znalazłem się z młodym Agnellim - po naszym
przemiłym spotkaniu-wywiadzie w Indiach i po całej serii trudnych do
wyjaśnienia zbiegów okoliczności - pod tym samym dachem, z podobną
dolegliwością, w rękach tych samych naprawiaczy.
Mistrz i jego świta szukali najwyraźniej okazji, żeby zdobyć sławę;
potrzebny był im "cud" albo też chcieli "cudownie" uzdrowić kogoś
znanego, dzięki komu zyskaliby prestiż. Czy mogłem mieć im to za złe? W zasadzie cały świat funkcjonuje już w ten sposób: jedyne, co się liczy,
to rynek, jedyną moralnością jest zysk i każdy zmaga się, jak może,
żeby przeżyć w tej dżungli. Na razie niemożliwa zdaje się zmiana
czegokolwiek. Mogę tylko powiedzieć, że to mi się nie podoba.
W gruncie rzeczy historia Mastera Hu była piękna i patetyczna. Urodzony
w prowincji Gansu, jednym z najbardziej peryferyjnych i ubogich regionów
Chin, wyrósł w wiosce, gdzie jego rodzina od wieków jakoś wiązała koniec
z końcem dzięki swojej "tajemnicy": lekarstwu na oparzenia. Sekret był
prosty: obierali skórę z melonów i wkładali ją do glinianych naczyń.
Szczelnie zamknięte naczynia wędrowały trzy metry pod ziemię i miesiącami tam leżakowały. Wytworzony w ten sposób płyn miał cudotwórczą
moc. Wystarczyło posmarować nim poparzoną skórę i ta się goiła.
Wyobrażam sobie drogę w starej, typowej chińskiej wiosce: niskie domy z łupkowymi dachami i klepiska z ubitej ziemi, przechodzący chłopi; ci z poparzeniami przybywają z daleka, żeby się wyleczyć. Wszystko to miało
sens, wszystko było na miarę człowieka i na swój sposób magiczne. A teraz globalizacja, wolny rynek, swobodny przepływ myśli i pragnień
uczyniły z młodego Hu "Mastera Hu" i pchnęły go na światowe targowisko,
by sprzedawał na nim najbardziej pożądany towar: nadzieję. Nadzieję na
wyleczenie poparzeń? Oczywiście nie. Na te są już maści w każdej aptece.
Nadzieję na wyleczenie raka, przeciwko któremu nie wynaleziono jeszcze
żadnego w pełni skutecznego środka.
- Czy zauważył pan tę kobietę w głębi sali, tuż obok pana? - zapytał
mnie asystent. - Nie chce, żeby o tym wiedziano, ale mogę panu
powiedzieć: ona ma raka piersi. Postanowiła nie poddawać się operacji
ani chemioterapii i zdać się na leczenie Mastera Hu.
Oczywiście, że ją widziałem: blada, wystraszona. W porze obiadu usiadła
na ziemi oparta o ścianę, sama. Wyjęła z torby miseczkę z jakąś
zielonkawą zupką, prawdopodobnie wytworem jakiejś innej chińskiej albo
makrobiotycznej mądrości, i w milczeniu, bez przyjemności, zaczęła ją
sączyć. Co za świat!
Młody włoski asystent być może byłby dobrym jubilerem w swoim kraju,
młody Hu mógłby kontynuować tradycję rodzinną, koreańska dziewczyna
urządziłaby się może szczęśliwie w swojej Korei. Tymczasem straszny
wiatr historii wyrzucił ich tutaj jak rozbitków na dalekiej plaży i połączył na chwilę. Usiłowali przeżyć, obiecując złote góry w jakimś
nowojorskim lofcie i stwarzając biednej, samotnej kobiecie iluzję, że
ich szarlataneria jest lepsza od chemii i od tego wszystkiego, co
zachodnia nauka - nawet przy swoich ograniczeniach - mogła jej
zaoferować.
Drugiego dnia powtarzaliśmy ćwiczenia z pierwszego, a potem
obserwowaliśmy niektóre z "cudów" Mistrza, zapowiedzianych przez jego
włoskiego asystenta. Master Hu sadzał którąś z osób na krześle i mierzył
jej ciśnienie. Następnie stawał za nią, wykonywał swoje ćwiczenia,
przekazywał jej swoją energię i znów mierzył ciśnienie, aby pokazać, że
się obniżyło.
Nie mogłem oderwać oczu od niskiej, chudej i bladej kobiety w rogu sali,
niezbyt oddalonej ode mnie, śledzącej jak w transie każdy gest Mistrza,
w którego ręce złożyła swoje
życie. To było jej życie i miała prawo wybrać, jak przez nie przejść lub
je zakończyć, ale czy była wolna? Gdyby nie miała tej możliwości, tej
"alternatywy", na pewno poszłaby do chirurga, poddałaby się
chemioterapii i być może teraz znów biegałaby po parku.
Czy to wina qigong? Oczywiście nie. Qigong jest mądre. Widzę coś
zdrowego, prawdziwego, pradawnego w tym zapanowaniu nad własnym
oddechem, w "ćwiczeniu z kulą", w wyobrażaniu sobie, że ma się głowę w chmurach, a być może nawet w tej próbie niesienia komuś pomocy poprzez
przekazanie mu własnej energii czy też po prostu uspokojenie go.
Nieznośne, przynajmniej dla mnie, było to, iż to wszystko odbywało się
nie na swoim miejscu, zostało przeszczepione z jednego świata do innego,
pozbawione kontekstu, że stało się towarem na sprzedaż, opatrzonym
hasłem reklamowym i pełną listą chorób "ostrych i przewlekłych", które
Master Hu obiecywał za pomocą swojego qigong z powodzeniem wyleczyć.
W Pekinie, w Parku na Tarasie Nieba, owe gesty, wykonywane o wschodzie
słońca przez starych Chińczyków w kapciach z filcu, przy śpiewie ich
słowików w pięknych klatkach zawieszonych na wierzbach płaczących, miały
sens; w nowojorskim lofcie - żadnego. Tam nawet Master Hu wyglądał,
jakby czuł się nieswojo.
Wszystkie starożytne cywilizacje badały "moc oddechu" i dostrzegły
związek między oddechem a umysłem, a może nawet duszą. Niektóre z nich,
jak hinduska, uważały, że w ten sposób można uświadomić sobie istnienie
owej siły, która podtrzymuje cały świat, a jej najprostszym przejawem
jest właśnie oddech. Kiedy jogini zauważyli, że niektóre zwierzęta
potrafiące oddychać powoli, jak słoń czy wąż,
żyją o wiele dłużej od oddychających szybko, jak pies czy małpa,
poświęcili całe lata na obmyślenie specjalnych ćwiczeń, mających na celu
spowolnienie rytmu ich własnego oddychania. Dzięki temu mieli nadzieję
przedłużyć swoje
życie do stu pięćdziesięciu, dwustu lat.
Według innego poglądu, również bardzo hinduskiego, czasu wyznaczonego
nam przez los nie mierzy się w latach, dniach i godzinach - są to nasze
wymysły - ale w oddechach. Innymi słowy, mielibyśmy się rodzić nie z policzonymi dniami, ale oddechami. A ponieważ człowiek oddycha normalnie
dwadzieścia jeden tysięcy razy dziennie, sześćset trzydzieści tysięcy
razy miesięcznie i około siedmiu i pół miliona razy w ciągu roku,
zwolnienie tego rytmu oznaczałoby przedłużenie życia. Wystarczyłoby to
wyćwiczyć.
Sedno jednak w tym, że praktyki te, jeśli mają jakąś wartość, to tylko
wtedy, gdy są trudne, ezoteryczne, nieosiągalne dla zwykłych
śmiertelników, a rezultat uzyskuje się kosztem wielkich poświęceń i całkowitego oddania. Kiedy tylko stają się dostępne dla wszystkich,
tracą swoje znaczenie, a wraz z nim całą skuteczność. Żeby zachować moc,
tajemnica musi pozostać tajemnicą, a sekret sekretem.
Niemniej qigong podobał mi się.
Gdy wychodziłem, usłyszałem entuzjastyczne głosy kilku dziewcząt:
- Uprawiałam jogę i reiki, ale dopiero teraz, po raz pierwszy, naprawdę
coś odczuwam - oświadczyła jedna z nich.
Za ladą obok drzwi stał asystent z Koreanką i sprzedawali koszulki z symbolem jin i jang, kasety wideo z nagranymi lekcjami i fiolki z solami
Mistrza, które po wsypaniu do wanny leczyły przeziębienie i stres.
Natomiast gratis były całe sterty ulotek, które zapowiadały otwarcie
gabinetu Mastera Hu w SoHo na Manhattanie. Konsultacja - sto
pięćdziesiąt dolarów.
Cieszyłem się, że mam około sześćdziesięciu ulic do przejścia na
piechotę (średnio jeden blok na minutę) i że nazajutrz znów oddam się w ręce moich lekarzy, którzy nie twierdzili, że cokolwiek wyleczą, a tylko
spróbują.
*
Konieczność poddania się przeze mnie chemioterapii wynikała z tego, że
pierwotne schorzenie, którego komórki reprodukowały się powoli i którego
natura nie była szczególnie agresywna, przeszło nagłą "mutację" i w swojej nowej wersji stało się bardzo szybkie i agresywne. Chemia miała
powstrzymać tę mutację. Problem polegał na tym, że jednocześnie chemia
"mutowała" mnie.
Po kilku tygodniach leczenia moje ciało przestało być tym, które znałem,
i każdego dnia zauważałem coś, co się zmieniało - najpierw
niepostrzeżenie, później coraz wyraźniej. Stawałem się mutantem jak
bohater jakiegoś banalnego filmu science fiction. Moje zmysły straciły
swoje właściwości: upośledzeniu uległo czucie w palcach, podobnie jak
zdolność odczuwania smaku i zapachu. Dłonie wydawały mi się kruche i nietrwałe - jak ze szkła. Paznokcie nie były już w stanie przebić skórki
pomarańczy. Wkrótce zbrązowiały jak paznokcie fotografów z dawnych lat.
Zęby pożółkły, a dziąsła stały się tak wrażliwe, że nawet najbardziej miękka
szczoteczka wywoływała efekt tarki. Palce stóp często cierpły, a czasami
traciły czucie. Jeden zaczął się dziwnie wyginać. Paznokcie dużych
palców poczerniały, a następnie odpadły. Twarz miałem wciąż opuchniętą;
podobnie wyglądał brzuch.
Najgorzej było z głową; odnosiłem wrażenie, że już nie funkcjonuje, że
nie jest w stanie myśleć. Nigdy nie uważałem się za szczególnie
inteligentnego i zawsze podziwiałem osoby, które wokół jednego tematu
albo myśli potrafiły zrobić cztery-pięć przewrotek, podczas gdy ja
mogłem wykonać góra dwie. Jednak teraz moja głowa nie była zdolna do
najprostszych czynności: pamiętaniu o wyjęciu klucza z zamka,
niezostawianiu zapalonego ognia pod pustym garnkiem czy wypiciu ciepłego
rumianku, który zaparzyłem przed pójściem do łóżka, a następnego ranka
znajdowałem zimny w nietkniętej szklance.
Czasem miałem wrażenie, że znajduję się w jakimś transie; sądziłem, że
coś mocno ściskam, tymczasem wypadało mi to z rąk. Ucierpiało na tym
wiele talerzy i misek. Myślałem, że odległość między kanapą a kuchnią to
trzy kroki, tymczasem żeby je zrobić, potrzebowałem trzech minut.
Całe moje ciało stało się wolniejsze i jakby utraciło poczucie
równowagi. Często czułem, jakbym unosił się na wodzie, nie zaś stał
twardo na ziemi. Mieszkałem na niewiele ponad czterdziestu metrach, a nieustannie gubiłem długopis i okulary.
Okulary: cieszyłem się, że mam parę, w której mogę czytać, leżąc na
tapczanie. Myśl, że mógłbym je utracić, stała się prawdziwą obsesją. Ze
wszystkich rzeczy, które zgromadziłem przez całe życie - dywanów, mebli,
posągów, chińskich kaligrafii, obrazów - jedyną, na której zależało mi
teraz bardziej niż na czymkolwiek innym, stały się okulary. Często
zdarzało mi się myśleć - nie wiedzieć czemu - o starym, wychudzonym
pustelniku, wyznawcy dalajlamy, którego odwiedziliśmy kiedyś z Folkiem w górach północnych Indii. Spędzał czas samotnie i pogodnie w maleńkiej,
kamiennej chatce, czytając święte pisma, wyciągnięty w drewnianej
skrzyni, która służyła mu za łóżko, a potem miała się stać jego trumną.
A gdyby zabrakło mu okularów? Być może któregoś dnia jakiś młody mnich
zszedłby do Dharamsali, żeby wziąć dla niego drugą parę. Ale stary
pustelnik musiałby czekać tygodniami, może miesiącami - niewykluczone,
że nawet do końca zimy, kiedy spod zwałów śniegu znów ukazują się
ścieżki - nie ulegając pragnieniu, nie trapiąc się, akceptując fakt, że
wszystko jest nietrwałe i przejściowe. Miesiące oczekiwania, żeby znów
mieć okulary i móc z radością czytać swoje księgi pożółkłe od upływu
czasu i dymu.
Patrzyłem na moje okulary i wydawały mi się skarbem. Dużo czytałem, ale
nie przetrawiając lektury, bez zapamiętywania. Wyłącznie dla
przyjemności chwili. Czytałem zbiory poezji i - jak wtedy, kiedy mając
osiemnaście lat, spędzałem czas w sanatorium w towarzystwie
Czarodziejskiej góry - tak teraz czytałem opowieści o chorobach:
William Styron i jego depresja, Norman Cousins i jego zesztywnienie
stawów, które leczy za pomocą własnej terapii, opartej na śmiechu i dużych dawkach witaminy C.
Słońce. Przez całe życie kochałem przebywanie na słońcu, na szczytach
gór, nad morzem, w tropikach czy nad brzegami Mekongu. W tej chwili,
idąc ulicą, automatycznie wybierałem chodnik po zacienionej stronie.
Unikałem słońca jak dżumy. Moja naprawiaczka, doktor Przynosząca
Szczęście, tłumacząc, że chemioterapia nieodwracalnie zniszczy system
pigmentacji mojej skóry, nie zostawiała w tym względzie miejsca na żadne
wątpliwości:
- Już nigdy w życiu nie będzie pan się mógł opalać. - Uśmiechnąłem się,
a ona, myśląc, że chcę przez to powiedzieć: - Dobrze. Zobaczymy, jak
będzie - dodała w ten swój pozornie sadystyczny, ale w gruncie rzeczy
troskliwy sposób: - Panie Terzani, niech pan pobędzie na słońcu, a pański mózg się usmaży.
Najdziwniejsze, że wydawało mi się, iż również mój charakter się
zmienia. Stałem się chwiejny w podejmowaniu decyzji, czułem się kruchy,
narażony na zranienie. Te wszystkie aplikowane mi płyny miały moc
wpływania na stan mojego ducha. Przez całe życie - na przekór Angeli,
która ich nienawidziła - zawsze świetnie się bawiłem, oglądając horrory,
z ich trzeszczącymi drzwiami i mordercami czyhającymi w zamkach
zamieszkanych przez duchy. Wraz z chemioterapią ta przyjemność się
skończyła: teraz budziły we mnie strach. Nie byłem w stanie oglądać
żadnego nawet przez kilka minut.
Mój umysł stawał się coraz bardziej otępiały, ale też - co mnie cieszyło
- spokojniejszy. Na początku terapii byłem bardzo rozstrojony
psychicznie: negatywna myśl, która przychodziła mi do głowy, przeradzała
się szybko w burzę, każdy głos zdawał mi się krzykiem, pokonanie schodka
jawiło się równie trudne jak wspinaczka na szczyt góry. Zwykła rozmowa
bywała dla mnie wstrząsem - nie z powodu tego, co zostało powiedziane,
ale ponieważ miałem wrażenie, jakbym był beczką wypełnioną do połowy: po
jednym dotknięciu ciągle coś się we mnie przelewało i przelewało.
Dzięki medytacji nauczyłem się, że dla uspokojenia umysłu najważniejsze
nie jest opieranie się napływającym myślom, ale uświadomienie ich sobie,
zaakceptowanie ich istnienia: łatwiej nas wtedy opuszczają, niż kiedy
próbujemy je odepchnąć. Pragnąłem uczynić to samo z moim początkowym
stanem ducha i powoli - być może również za sprawą opadnięcia z sił
fizycznych - zdołałem odnaleźć dziwną, tymczasową, ale bardzo przyjemną
równowagę. Nawet moje sny stały się lekkie i spokojne - podobnie zresztą
jak ja sam.
Czasami, budząc się rano, czułem przyczajony cień depresji. Ale była to
tylko ciemna smuga, która szybko znikała, a nie ta straszna czarna
dziura, w jaką zdawało mi się wpadać każdego dnia w Japonii, ani ten
ciężar całego świata dźwiganego na grzbiecie, owa obsesja
bezużyteczności. Teraz zmieniło się to raczej w poczucie dystansu, które
czyniło świat nieważnym, nie na tyle interesującym, by chcieć w nim
przebywać. Dzięki temu nawet rak przestał być dramatem. Pewnego dnia w jakimś filmie telewizyjnym usłyszałem zdanie, na które poprzednio wcale
nie zwróciłbym uwagi:
- Wiem, że umrę, ale nie mam pojęcia kiedy, i to mnie zabija.
Uśmiechnąłem się. Była to inna wersja słynnej kwestii Woody'ego Allena:
- Umrzeć? Nie przejmuję się tym. Chciałbym tylko, żeby mnie tam nie
było, kiedy to się stanie.
Innym ciekawym aspektem tego nowego stanu był mój odmienny związek z czasem. Zawsze zafascynowany pewnością przeszłości z całym jej bogactwem
i zagubiony w obliczu niepewnej przyszłości z jej zbyt wieloma
możliwościami, traktowałem teraźniejszość wyłącznie jako materiał,
którym będę mógł się cieszyć, gdy tylko stanie się przeszłością. W ten
sposób teraźniejszość zawsze mi umykała. Teraz już nie. Cieszyłem się
teraźniejszością, godzina po godzinie, dzień po dniu, bez nadmiernych
oczekiwań, bez planów.
Jeśli byłem zmęczony, spałem, czytałem albo po prostu wyglądałem przez
okno. Cieszyłem się tą moją zminiaturyzowaną egzystencją, jak gdyby
wszystko, co się działo na zewnątrz tych czterech ścian, nie miało
smaku, zapachu, jakby cała reszta straciła wszelkie znaczenie. Czytałem
"New York Timesa", którego co dzień wsuwano pod moje drzwi, z taką samą
obojętnością, z jaką robiłaby to mrówka albo pszczoła. Świat, o którym
mówiła gazeta, był ode mnie bardzo daleko.
W każdym kraju miałem własny sposób czytania gazet. W Chinach zaczynałem
od artykułu wstępnego, ponieważ zorientowałem się, że są tam najświeższe
wiadomości. W Japonii, gdzie zacząłem grać na giełdzie, czytywałem
przede wszystkim artykuły ekonomiczne. W Nowym Jorku spostrzegłem, że
przeglądam z zainteresowaniem strony nieistniejące już w gazetach
europejskich: nekrologi i pożegnania. Każdego dnia wspólnota
przeprowadza w nich rozrachunek z osobami - od ich dobrej i złej strony
- które opuściły ten świat. Był to sposób na to, bym zdał sobie sprawę,
że różnica między mną, pięćdziesięciodziewięcioletnim mężczyzną, a owymi
zmarłymi "po długiej chorobie", "z powodu zawału serca" lub "po
przegranej bitwie z rakiem" nie była znowu taka duża. Czasami wręcz -
żadna.
Zaciekawiał mnie nacisk, jaki kładziono na przypisanie każdej śmierci
jakiejś konkretnej przyczyny. O nikim nie pisano: "Zmarł, bo się
urodził".
Również w dni wielkiego zmęczenia - dziesiąty po bombardowaniu był
najgorszy - robiłem wszystko, aby utrzymać rutynę, którą narzuciłem
sobie jako znak mojego hartu ducha. Są chorzy, którzy przestają myć
zęby, czesać się, jak gdyby już nie było warto albo jakby ich ciało -
przyczyna wszystkich nieszczęść - nie mogło być już kochane i stało się
obiektem pogardy i nienawiści. Nie chciałem być jednym z nich i dlatego:
spacer po Central Parku, pół godziny odpoczynku pod drzewem, trochę
gimnastyki, zastrzyk w brzuch. A potem jak najdłuższy marsz, nawet przez
pięćdziesiąt ulic: naprzód i z powrotem szybkim krokiem, dopóki dawałem
radę. Choć czasem z trudem je rozpoznawałem, miałem jednak tylko to
jedno ciało i utrzymanie go w sprawności uważałem za najlepszą rzecz,
jaką mogłem zrobić.
Niekiedy po powrocie do domu czułem tak wielkie zmęczenie, że nie byłem
nawet w stanie włączyć komputera, aby wysłać do Angeli codzienny
komunikat - jeden z moich najbardziej autentycznych kontaktów ze
światem. Jedyny, na którym naprawdę mi jeszcze zależało. Instynktowna
decyzja, aby spędzić ten czas w samotności, z dala od rodziny, bez
żadnej osoby u boku, którą mógłbym się cieszyć, ale z którą musiałbym
się też liczyć, okazała się mądra. Nie musiałem martwić się niepokojem
innych i mogłem lepiej skoncentrować całą swoją energię i uwagę.
Niczym stary żaglowiec, który ratując się przed pójściem na dno w czasie
sztormu, wyrzuca do morza cały balast - skrzynie z prochem, baryłki rumu
i wszystko to, co wcześniej wydawało się niezbędne - ograniczałem do
minimum związki międzyludzkie, zrywając wszystkie te, które były
niepotrzebne, utrzymywane z przyzwyczajenia, oportunizmu albo ze zwykłej
grzeczności.
Mój świat wypełnił się ciszą, pustymi godzinami, drobnymi gestami,
niepotrzebną krzątaniną, niepewnym spokojem, który dawało się utrzymać,
pilnując każdego podmuchu tych wielu wiatrów, szalejących za pięknymi
oknami mieszkania. Przez całe godziny obserwowałem, jak zmienia się
drapacz chmur na East Side: czarny o świcie, niczym pionek na tle
pomarańczowego, czystego nieba, potem szary wśród wielkiej jasności
dnia, błyszczący niczym zapalona świeca wieczorem, kiedy, zaraz po
zmroku, rozświetlały się wyższe piętra, jakby chciał się stać pochodnią,
która rozjaśni moje czasem bezsenne noce.
Zdarzały się dni, kiedy nie wypowiedziałem i nie usłyszałem ani jednego
słowa, i nie byłem nawet w stanie pozdrowić dominikańskiego portiera,
gdy wychodziłem na spacer albo po zakupy.
Cieszyłem się moją coraz bardziej pustą głową, coraz mniej konfliktowym
sercem i czasem, który mijał szybciej niż kiedykolwiek przedtem - w dodatku nie obarczając mnie udręką nieprzydatności i poczuciem
obowiązku. Nie miałem nic do roboty, żadnych marzeń ani pragnień, poza
tym, żeby być tam, gdzie byłem: w ciszy. Zachwycało mnie,
że nie muszę nic mówić, nie muszę z nikim iść na obiad czy na kolację,
nie muszę odgrywać roli, którą grałem całe życie. Jakie to szczęście nie
musieć występować w tym samym repertuarze! Ileż to pogawędek miałem za
sobą! Ileż osób po powrocie z kolejnej podróży zabawiałem przy stole
opowieściami i wrażeniami, które odstawiałem potem na bok niczym butelki
wypitego wina! Miałem na pieńku z zawodem dziennikarza, z ową nieustanną
koniecznością wkradania się w łaski jakiegoś ministra czy prezydenta,
żeby uzyskać od niego wywiad, albo jakiegoś ambasadora, aby dostać wizę
do jego niegościnnego kraju. Miałem wrażenie,
że mój zawód mnie skrzywił: to ciągłe przytrzymywanie drzwi nogą,
zjednywanie sobie przychylności, przypominanie się, szukanie akceptacji,
to zbieranie informacji, anegdot czy po prostu cytatów, którymi można by
zastąpić artykuł! Wszystko to było na szczęście za mną. Ów Tiziano
Terzani (tamten ja) już nie istniał, wypalony wreszcie pięknym,
czerwonym, fosforyzującym płynem.
Nie musiałem już nigdzie telefonować, nie musiałem już chodzić na żadne
"robocze śniadania"! Cóż to za absurdalny zwyczaj, żeby nawiązywać
kontakty, poznawać ludzi czy też pracować... jedząc! Dlaczego, jeśli
chcemy się z kimś zobaczyć albo poznać jakąś nową osobę, musimy to
robić, mamląc coś i przeżuwając? Czemu nie może się to odbywać podczas
spaceru wzdłuż rzeki albo gry w kule?
Książkę Powiedział mi wróbita zacząłem od słów: "Dobra okazja w życiu
zawsze się zdarza. Problem w tym, żeby umieć ją rozpoznać". W 1993 roku
rozpoznałem ją w przepowiedni, według której miałem zginąć w katastrofie
lotniczej - i nie poleciałem. Zdawało mi się, że rak jest kolejną dobrą
okazją. Żartowałem często, że moim marzeniem jest zamknięcie
dziennikarskiego kramiku, zaciągnięcie żaluzji i wywieszenie kartki:
"Wyszedłem na obiad". Wreszcie mi się to udało. Już definitywnie
"wyszedłem na obiad". Ten rak pojawił się jakby na życzenie.
Wkrótce zacząłem przypominać fizycznie Marlona Brando z Czasu
Apokalipsy i zupełnie jak on czułem się niczym
"ślimak, który ześlizguje się po ostrzu brzytwy". Obiektywnie byłem
odrażający, ale uporczywie wmawiałem sobie, że nie jest znowu tak źle,
że jestem w formie. Zrobiło mi to - jestem o tym przekonany - naprawdę
dobrze. Wchodziłem do szpitala z uśmiechem i trzymając się możliwie
prosto. Każdemu, kto pytał, jak się czuję, odpowiadałem nieodmiennie:
"Cudownie". Uśmiechy rozbawionych osób, które nie były zmuszone mi
współczuć i mogły oszczędzić sobie zwyczajowych, niby to pocieszających
banałów, poprawiały moje samopoczucie. Z drugiej strony, czy miałem
jakieś inne wyjście - oczywiście poza zgrywaniem ofiary? Instynktownie
wolałem tego nie robić.
Jeśli już spotkało mnie to doświadczenie, warto było dobrze je
wykorzystać. Żeby o tym pamiętać, przykleiłem do stołu, na którym
codziennie próbowałem prowadzić dziennik, kartkę, na której zapisane
były wersy koreańskiego mnicha zen z ubiegłego wieku:
Nie proś o to by mieć doskonałe zdrowie
Byłaby to zachłanność
Uczyń z cierpienia lekarstwo
I nie oczekuj drogi bez przeszkód
Bez tego ognia twoje światło by zgasło
Skorzystaj z burzy by się wyzwolić.
Zacząłem traktować tę chorobę jak przeszkodę ustawioną na mojej drodze,
żebym nauczył się skakać. Problem polegał na tym, czy byłem zdolny
skakać do góry, czy tylko w bok albo - co gorsza - w dół. Być może w tej
chorobie ukryty był jakiś tajny przekaz: przyszła do mnie, abym się
czegoś nauczył! Zacząłem myśleć, że sam, nieświadomie, chciałem tego
raka. Od wielu lat próbowałem wyjść z rutyny, zwolnić rytm moich dni,
odkryć inny sposób spojrzenia na różne rzeczy; słowem - żyć inaczej.
Teraz wszystko się zgadzało. Również fizycznie stałem się kimś innym.
*
Ubrany w sportowy dres, tenisówki, wełniany beret i rękawiczki,
wędrowałem po mieście, wyobrażając sobie z rozbawieniem wszystkich
kolegów, których mógłbym spotkać, a którzy nie byliby w stanie mnie
rozpoznać. Mógłbym spokojnie zatrzymać się na rogu ulicy, wyciągnąć rękę
i powtarzać jeden z refrenów, które słyszałem każdego dnia: " Hej
bracie, masz jakieś drobne?", "Jestem weteranem z Wietnamu. Zechcesz mi
pomóc?". Jestem pewny,
że gdybym tak zrobił, redaktor naczelny "Der Spiegel", dokonujący w Nowym Jorku świątecznych zakupów, dałby mi w rozkojarzeniu
dwudziestopięciocentową monetę, nie zdając sobie sprawy, że to ja.
Ja? Jaki ja? Na pewno nie ten, którego jeden z moich najstarszych
przyjaciół - jeden z niewielu, którzy wiedzieli, dlaczego jestem w Nowym
Jorku - znał i widywał regularnie od trzydziestu lat. Właśnie przyjechał
z Hongkongu i zatrzymał się w Essex House, hotelu położonym dwa kroki od
mojego mieszkania.
- Wyjdę ci naprzeciw. Idź w stronę Columbus Circus - powiedziałem mu
przez telefon.
Już z daleka natychmiast go zobaczyłem, on nie. Przeszedł obok, nawet
się o mnie otarł i wciąż patrzył przed siebie, próbując rozpoznać
starego przyjaciela pośród nadchodzących z naprzeciwka ludzi.
Podwójne światło miasta
Podwójne światło miasta
W Indiach się mówi, że najpiękniejsza pora to świt, kiedy noc unosi się
jeszcze w powietrzu, a dzień w pełni nie nastał, kiedy rozróżnienie
między mrokiem a światłem nie jest jeszcze wyraźne. Jeśli człowiek chce,
jeśli skupi uwagę, to przez kilka chwil może wyczuć, że wszystko, co
wydaje mu się w życiu kontrastem: ciemność i światło, fałsz i prawda, są
tylko dwoma aspektami tej samej rzeczy. Różnią się, ale niełatwo je
rozdzielić, są odmienne, ale "nie dwa". Jak mężczyzna i kobieta - tak
cudownie różni - którzy w czasie miłosnego aktu stają się Jednym.
Jest to pora, kiedy w Indiach - jak się mówi - rysziowie,
"ci, którzy widzą", rozmyślają samotnie w swoich oddalonych, lodowych
jaskiniach w Himalajach, wprowadzając do powietrza ładunek pozytywnej
energii i pozwalając w ten sposób początkującym zajrzeć, właśnie o tej
godzinie, do swego wnętrza w poszukiwaniu wyjaśnienia wszystkiego.
Nie wiem, gdzie rozmyślali amerykańscy rysziowie, ale świt również w Nowym Jorku był dla mnie najpiękniejszą porą, kiedy powietrze naprawdę
wydawało mi się bardziej naładowane nadzieją i czymś dobrym. Oczywiście
działo się tak dlatego, że pierwsze, dodające otuchy promienie nowego
słońca rozpraszały, szczególnie w przypadku osoby chorej, nocne
niepokoje. Poza tym pogrążone jeszcze we względnej ciszy miasto, bez
tłumu mieszkańców, przeżywało swój poetycki moment: z papierami
unoszącymi się niczym mewy nad szerokimi, prostymi i opustoszałymi
ulicami, pojedynczymi taksówkami, przejeżdżającymi powoli w poszukiwaniu
pierwszego klienta, i włóczęgami, skulonymi jeszcze na swoich
posłaniach, rozłożonych na instalacjach wentylacyjnych metra. Tajemnicze
otwory rozproszone tu i tam na asfalcie wypuszczały w powietrze dziwne
słupy białej pary, jakby to były nozdrza smoków uśpionych jeszcze w gorących trzewiach tego nadzwyczajnego serca Nowego Jorku, jakim jest
Manhattan.
W podwójnym świetle owej godziny samo miasto wydawało się zadumane,
skupione na sobie, skoncentrowane na swoim bycie, zanim stanie się polem
bitwy niezliczonych, zachłannych wojen o przeżycie i władzę, toczonych
na biurkach i w łóżkach domów, na stołach restauracji, na ulicach i w parkach.
Bardzo lubiłem Nowy Jork. Kiedy miałem siłę, uwielbiałem przemierzać
miasto pieszo wzdłuż i wszerz, czasami przez kilka godzin z rzędu.
Niekiedy nie mogłem jednak nie czuć brzemienia pracy, bólu i cierpienia,
kryjącego się w każdym z jego drapaczy chmur. Patrzyłem na siedzibę
Narodów Zjednoczonych i myślałem o tych wszystkich słowach i kłamstwach,
o tym, ile spermy i łez wylewano w daremnych próbach zapanowania nad
ludzkością, czego nie da się zrobić, ponieważ jedyną rządzącą nią zasadą
jest chciwość i każda jednostka, rodzina, miasteczko czy naród myśli
tylko o swoim, nigdy o naszym. Przechodziłem obok Plaza Hotel,
mijałem Waldorf Astoria, wielkie, słynne nowojorskie hotele, w których
zatrzymywali się i wciąż zatrzymują dyktatorzy, głowy państw i szefowie
rządów, szpiedzy i szacowni zabójcy z połowy świata. Myślałem wówczas o podjętych tam decyzjach i zawiązanych w hotelowych pokojach spiskach,
które odmieniły losy wielu krajów, obalając ich reżimy, mordując
opozycjonistów albo powodując zniknięcie uwięzionych dysydentów.
Patrzyłem na szyldy banków, na flagi trzepoczące na budynkach wielkich
wielonarodowych spółek mających różne intencje, jednak wszystkich, bez
wyjątku, zakorzenionych tutaj, i wyobrażałem sobie, jak jakiś facet w krawacie - ktoś, na kogo nikt nie głosował, którego nazwisko mało kto
słyszał, kto wymyka się kontroli wszystkich parlamentów i wszystkich
sędziów świata - postanowi w ciągu kilku godzin, w imię przenajświętszej
zasady zysku, wycofać miliardy dolarów zainwestowanych w jednym kraju,
żeby przenieść je do innego, skazując w ten sposób całe rzesze ludności
na nędzę.
Całe racjonalne szaleństwo współczesnego świata było skupione właśnie
tam, na tych niewielu cudownych, witalnych kilometrach kwadratowych
cementu, rozciągających się między East River a Hudsonem, pod
przejrzystym niebem, zawsze gotowym odbijać pomarszczony blask wody.
Było to kamienne serce rozprzestrzeniającego się, beznadziejnego
materializmu, który zmienia całą ludzkość - stolica tego nowego,
okrutnego imperium, w którego stronę wszyscy jesteśmy popychani, którego
wszyscy stajemy się poddanymi, a wobec którego czułem zawsze jakiś
instynktowny opór: imperium globalizacji.
I znalazłem się właśnie tam, w ideologicznym centrum tego wszystkiego,
co mi się nie podoba, żeby prosić o pomoc, szukać ratunku! Zdarzyło mi
się to zresztą nie po raz pierwszy. Gdy miałem trzydzieści lat,
przyjechałem tu, sfrustrowany pięcioletnią pracą w przemyśle, żeby
rozpocząć nowe życie, zgodne z moimi pragnieniami. Teraz wróciłem, aby
zyskać na czasie, kiedy to życie dobiegało końca. Również za pierwszym
razem silnie odczuwałem głęboką sprzeczność między naturalną
wdzięcznością za to, co Ameryka mi dawała - dwa lata opłacanej wolności,
żebym mógł studiować język i sprawy chińskie na Columbia University,
przygotowując się do pracy dziennikarskiej w Azji - i pogardą,
niechęcią, czasami wręcz nienawiścią do tego, co poza tym sobą
reprezentowała.
Kiedy w 1967 roku, pełni entuzjazmu, zeszliśmy z Angelą na ląd w Nowym
Jorku ze statku Leonardo da Vinci, który tydzień wcześniej wziął nas
na pokład w Genui, Ameryka próbowała, w brudnej i nierównej wojnie,
narzucić swoją wolę biednemu azjatyckiemu narodowi, uzbrojonemu tylko we
własny upór: Wietnamowi. Teraz z kolei, na drodze dużo bardziej
wyszukanej, mniej widocznej i przez to trudniejszej do odparcia agresji,
usiłowała narzucić światu - wraz ze swymi towarami - swoje wartości,
prawdy, definicje dobra i sprawiedliwości, postępu i... terroryzmu.
Czasami na widok eleganckich panów z ich małymi walizeczkami z pięknej
skóry, wchodzących do wielkich, słynnych budynków przy Piątej Ulicy czy
Wall Street, nachodziło mnie podejrzenie, że są to ludzie, których
należy się wystrzegać. W ich torbach, pod płaszczykiem "planów rozwoju",
kryły się projekty czasem zupełnie tam zbędnych, trujących fabryk,
groźnych elektrowni jądrowych, nowych, szkodliwych stacji telewizyjnych,
które raz wprowadzone do kraju przeznaczenia, mogły wyrządzić więcej
krzywd i spowodować więcej ofiar niż niejedna bomba. Czyżby to oni byli
prawdziwymi "terrorystami"?
Wraz z zapełniającymi się zaraz po świcie ulicami Nowy Jork tracił w moich oczach swój czarujący wygląd i czasami jawił mi się jako potworna
zgraja zdesperowanych ludzi, z których każdy gonił za jakimś marzeniem o smutnym bogactwie albo o nędznym szczęściu.
O ósmej Piąta Ulica, na południe od Central Parku, krok od mojego domu,
była już pełna ludzi. Powiew zapachu kupowanych zazwyczaj na lotniskach
perfum wypełniał mi nozdrza za każdym razem, gdy jakaś kobieta, biegnąc
z charakterystycznym pudełkiem śniadaniowym w ręku, mijała mnie, żeby
wejść do któregoś z okolicznych drapaczy chmur. Co za sposób
rozpoczynania dnia! Myślałem o florentyńczykach, którzy wchodząc do baru
Petrarca przy Porta Romana, nie zamawiali po prostu kawy, ale kawę
"wysoką", albo "macchiato", "w szklance" albo "w filiżance", "kremowe
cappuccino bez pianki" albo "mocny napar w szkle", i o młodym Francescu,
który zwraca uwagę na upodobania wszystkich klientów. Dla większości
ludzi w Nowym Jorku kawa to kwaśna lura w papierowym kubeczku z plastikową pokrywką w kształcie smoczka, żeby można ją było sączyć,
jeszcze parzącą, w drodze do pracy.
Tłum o tej porze składał się głównie z ludzi młodych, pięknych i twardych: nowa rasa wyrosła w siłowniach i żywiona w Vitamin-shopach.
Jeśli chodzi o niektórych starszych mężczyzn, miałem wrażenie, jakbym
już ich widział w Wietnamie: wtedy jako oficerów marines, a teraz -
nadal wyprostowanych i szczupłych w mundurach biznesmenów, wciąż
"oficerów" tego samego imperium - zajętych zmienianiem reszty świata w część ich globalnej wioski.
Kiedy przebywałem w Nowym Jorku, miasto nie zostało jeszcze zranione
straszliwym atakiem z 11 września i dwie wieże, smukłe i potężne,
rysowały się na tle panoramy Downtown. Nie znaczy to wcale, że Ameryka
była wtedy krajem pozostającym w zgodzie z samym sobą i z resztą świata.
Choć Amerykanie nigdy nie musieli walczyć na swoim terenie, od z górą
pół wieku nie przestali czuć, że są - a często i byli - w stanie wojny:
najpierw z komunizmem, z Mao, z partyzantami w Azji i rewolucjonistami w Ameryce Łacińskiej; potem z Saddamem Husajnem, a teraz z Osamą bin
Ladenem i islamskim fundamentalizmem. Nigdy w stanie pokoju, zawsze
gotowi do ataku. Bogaci i potężni, ale wciąż niespokojni i niezadowoleni.
Któregoś dnia, podczas lektury "New York Timesa", uderzyła mnie
informacja dotycząca badań przeprowadzonych przez London School of
Economics na temat szczęścia na świecie. Wyniki były zaskakujące:
najszczęśliwszy okazał się jeden z najbiedniejszych krajów, Bangladesz.
Indie znajdowały się na piątym miejscu. Stany Zjednoczone na
czterdziestym szóstym!
Czasami odnosiłem wrażenie, że pięknem Nowego Jorku cieszy się naprawdę
niewielu. Poza mną, którego jedynym zajęciem były przechadzki, i jakimiś
żebrakami podejmującymi dyskusję z wiatrem, wszyscy, których widywałem,
robili wrażenie, jakby ich wyłącznym celem było przeżycie i niedopuszczenie, aby cokolwiek ich przygniotło. Wciąż na polu walki,
tocząc jakąś wojnę.
Konfliktem, który mnie zadziwił, gdyż przez ponad dwadzieścia pięć lat
mieszkałem w Azji, okazała się wojna płci, zresztą jednostronna: kobiet
przeciwko mężczyznom. Siedząc pod wielkim drzewem w Central Parku,
obserwowałem te kobiety: zdrowe, twarde, pewne siebie, przypominające
roboty. Najpierw mijały mnie spocone podczas codziennego joggingu, w bardzo obcisłych, prowokacyjnych strojach, z włosami związanymi w koński
ogon; potem pojawiały się w swoich biurowych mundurkach - czarnym
kostiumie, czarnych butach, z czarną torbą na laptop - z rozpuszczonymi
włosami, wilgotnymi jeszcze po prysznicu. Piękne i lodowate, również
fizycznie aroganckie i pogardliwe. Wszystko to, co moje pokolenie
uznawało za "kobiece", znikło, celowe wyparte przez tę nową, perwersyjną
ideę eliminowania wszelkich różnic, czynienia wszystkich jednakowymi,
natomiast kobiet brzydkimi kopiami mężczyzn.
Mój syn Folco, także wychowany w Azji, opowiedział mi kiedyś, że kilka
dni po przybyciu na studia w New York University Film School, próbował
otworzyć drzwi sali, żeby przepuścić koleżankę, a ta zmroziła go
słowami:
- Ej ty, myślisz, że nie jestem w stanie sama otworzyć tych pieprzonych
drzwi?
Myślałem, że to wyjątek. Nie, okazało się, że reguła. A im bardziej
kobiety rozwijają mięśnie i arogancję, tym bardziej mężczyźni stają się
wystraszeni i niezdecydowani. Jeśli są konieczni do spłodzenia dziecka,
zdarza się, że wzywa się ich w potrzebie, a potem, po użyciu, odsyła do
domu. Efekt? Jak mi się zdawało, dojmujące poczucie nieszczęścia,
szczególnie jeśli to - co zdarzało mi się obserwować w milczeniu spod
drzewa albo z okna - było drugim aktem tej samej historii: bardzo wiele
samotnych kobiet, czterdziesto-, pięćdziesięcioletnich, często z papierosem w ustach, wyprowadzało na spacer psa, który nosił być może
imię jakiegoś mężczyzny z przeszłości.
- Bill, chodź tu do mnie. Nie, Bill, nie przechodź sam przez ulicę. No,
Bill, chodź już, wracamy do domu.
Były to te same kobiety, które przed laty biegały, żeby wyrzeźbić sobie
piękne ciało, teraz już trochę podstarzałe; te same, których młodość
minęła na marzeniach o rzekomej wojowniczej wolności, zakończonej teraz
samotnie. Zostały im tylko drobne, nerwowe tiki, zmarszczki i -
przynajmniej w odczuciu mnie jako obserwatora - głęboka melancholia.
Często przypominałem sobie kobiety hinduskie, wciąż bardzo kobiece,
pewne siebie w jakże odmienny sposób, zyskujące jeszcze na atrakcyjności
w wieku czterdziestu czy pięćdziesięciu lat. Nie atletyczne, ale w naturalny sposób piękne. Naprawdę inna strona księżyca. Poza tym -
podobnie jak kobiety europejskie z pokolenia mojej matki - zawsze
stanowiące część rodziny, grupy, nigdy niepozostawione sobie samym.
Z okna mojego mieszkania często byłem świadkiem prawdziwej
"przeprowadzki". Widywałem dziewczyny, które przybywały do Nowego Jorku
z drugiego krańca Ameryki z całym życiem zamkniętym w jednej torbie.
Wyobrażałem sobie każdą z nich, jak czyta ogłoszenia w prasie, znajduje
pokój do wynajęcia, salę gimnastyczną, gdzie może uprawiać aerobik, i zajęcie przed ekranem komputera. Widziałem w myślach, jak w czasie
przerwy obiadowej idzie do baru sałatkowego, gdzie zjada na stojąco
plastikowym widelczykiem ekologiczne warzywa na wagę nałożone
szczypczykami do pojemnika z przykrywką. A wieczorem? Kurs jogi
kundalini, który obiecuje rozbudzić całą energię seksualną do tego
potencjalnie boskiego aktu, który dzisiaj został sprowadzony w najlepszym razie do... punktowanych osiągnięć sportowych: John bije Boba
cztery do dwóch.
W końcu również ta dziewczyna, zwabiona niczym ćma światłami Nowego
Jorku, skończy w wielkim ognisku ludzkości, która nieustannie doładowuje
swoją energią życiową to jakże szczególne miasto. Za dziesięć,
dwadzieścia lat może się zdarzyć, że będzie jedną z tych zasmuconych,
milczących i wystraszonych kobiet, bez żadnego przyjaciela czy krewnego,
które widywałem siedzące na fotelach w MSKCC w oczekiwaniu na operację
czy też wynik jakiegoś budzącego niepokój badania.
*
Być może, żyjąc w samotności, traci się poczucie miary. Ale w zamian,
milcząc, stajemy się bardziej wrażliwi na odbiór. Zdarzało mi się więc
podczas spacerów wychwytywać fragmenty dyskusji, jakieś wypowiedziane
kwestie, które jeszcze długo potem brzmiały mi w uszach. Odnosiłem
wrażenie, że ludzie mówią przede wszystkim o pieniądzach, problemach i konfliktach. Większość rozmów zdawała mi się kłótniami, natomiast słowa
- naładowane napięciem i agresywnością.
- Jest odrażający, po prostu odrażający. Jak dziecko - mówi jakaś
kobieta.
Być może ma na myśli męża. W każdym razie nie wiedziałem, że dzieci są
odrażające. Pewnego dnia wróciłem do domu ze słowem "okrutny" w głowie:
usłyszałem je w trzech różnych wypowiedziach. Najprzyjemniejsza rzecz
zdarzyła się pewnego ranka, kiedy usłyszałem słowa jednego z ogrodników
z Central Parku. Kończąc pogawędkę z kimś, kogo nie widziałem, bo był
schowany za żywopłotem, powiedział:
- ...i bardzo proszę opiekować się malcem.
"Malec", którym tamten miał się zajmować, okazał się trzymanym przez
niego na smyczy pieskiem.
*
Na pierwszy rzut oka jest w Amerykanach coś ujmującego, ciepłego.
Urzędnik imigracyjny, który kontrolował mój paszport i papiery wjazdowe
na lotnisku, zapytał, w jakim celu przyjechałem do Stanów Zjednoczonych.
- Żeby się leczyć na raka - odparłem. Spojrzał na mnie z sympatią.
- Powodzenia - powiedział i uprzejmie wbił mi zwykłą, trzymiesięczną
wizę, dodając do niej współczujący uśmiech.
Szybko jednak zdajemy sobie sprawę, że ta gotowość, ten przyjacielski,
niemal rodzinny sposób wchodzenia w relacje to tylko technika, rodzaj
sztuczki, którą opanował każdy Amerykanin i której nikt już się nie
dziwi. W rzeczywistości każdy kontakt międzyludzki traktuje się
podejrzliwie, a życie to nieustanna obrona przed kimś albo przed czymś.
W wielkich sklepach każda wystawiona na sprzedaż chusteczka zaopatrzona
jest w elektroniczny czujnik, który - jeśli nie zostanie odłączony przy
kasie - uruchamia system alarmowy przy drzwiach wyjściowych. Księgarnie,
sklepy z płytami i z ubraniami znajdują się pod nieustanną obserwacją
strażników w cywilnych strojach, którzy krążą ze słuchawkami w uszach,
jakby byli tajnymi agentami wyznaczonymi do ochrony prezydenta.
Wszystkie transakcje poddawane są szczegółowej kontroli, ponieważ
istnieje podejrzenie, że każdy klient może być oszustem, a karta
kredytowa, którą płaci, została skradziona. Z niektórych sklepów
musiałem natychmiast wyjść, proszono mnie bowiem, abym zostawił przy
kasie moją skromną indyjską torbę z materiału. Najwyraźniej
przypuszczano, że zamierzam napełnić ją skradzionym towarem.
Społeczeństwo, którego członkowie wyrażają głęboką, wzajemną nieufność i w którym nie istnieje świadomość wspólnych dla wszystkich wartości -
odczuwanych, zanim jeszcze staną się zapisanym systemem - wciąż musi się
odwoływać do prawa i sędziów, żeby regulować różne powstające w jego
łonie powiązania. Taka jest Ameryka: wszystkie stosunki społeczne, nawet
te najbardziej intymne, obciążone są ciągłą obawą przed możliwą
ingerencją prawną. Zagrożenie jest trwałe, a adwokaci stali się
straszakami każdego związku opartego na przyjaźni, miłości, współpracy
czy zaufaniu. Nowym, typowo amerykańskim sposobem zarabiania pieniędzy,
jest oskarżenie jakiegoś wielkiego przedsiębiorstwa o dyskryminację
rasową, własnego szefa
o molestowanie seksualne, kochanka o gwałt, a lekarza
o zaniedbanie.
W szpitalu przed każdym badaniem musiałem podpisywać papiery, które
zwalniały instytucję z wszelkiej odpowiedzialności w razie jakiegoś
wypadku. Na przykład przed endoskopią musiałem obejrzeć film, w którym
tłumaczono między innymi, jakie jest procentowe ryzyko, że nie obudzę
się z narkozy.
- Zrozumiał pan, prawda? Proszę tu podpisać - mówiła, świadoma
absurdalności tej sytuacji, pielęgniarka włoskiego pochodzenia. Potem,
dla dodania otuchy, śpiewała mi Volare, podczas gdy pierwsze krople
owej magicznej mieszanki środków usypiały mnie, szczęśliwego, że leżę na
idealnie czystym łóżku, w otoczeniu fachowych, skutecznych i znakomicie
wyszkolonych ludzi. Również oni byli wytworem owego społeczeństwa, na
które czasami w duchu tak bardzo się złościłem, a któremu teraz
powierzyłem się z ufnością, aby przeżyć.
*
Nie byłem jedynym, który przybył do Ameryki w poszukiwaniu jakiegoś
ratunku. Gdziekolwiek się obróciłem, znajdowałem jakiegoś towarzysza tej
drogi nadziei. Wszyscy portierzy w mojej kamienicy byli imigrantami:
starzy pochodzili z Haiti, najmłodszy z Kosowa. Kioskarz na rogu był
Pakistańczykiem, właściciel sklepu z owocami Koreańczykiem, chłopak,
stojący na zimnie przed sklepem i sprzedający kwiaty, przyjechał z Ekwadoru. Taksówki, którymi jeździłem do szpitala, kiedy moje ciało
spóźniało się na wyznaczone wizyty albo kiedy lało jak z cebra, a ono
nie mogło ryzykować przeziębienia podczas spaceru przez Central Park,
niemal wszystkie bez wyjątku były prowadzone przez nowych imigrantów.
Wystarczyło spojrzeć na tabliczkę ze zdjęciem i nazwiskiem, jaką każdy
kierowca jest zobowiązany umieścić wewnątrz samochodu. Wielu było
Haitańczykami - bardzo szczęśliwymi, jeśli się ich natychmiast
rozpoznawało i zwracało do nich po francusku - inni pochodzili z Bangladeszu, niektórzy z Afryki - bardzo ważne, żeby nie brać ich za
czarnoskórych Amerykanów - jeszcze inni okazywali się rosyjskimi Żydami.
Ci ostatni byli, przynajmniej dla mnie, najbardziej interesujący. W pewien sposób się do nich przywiązałem. Ich pobratymców poznałem w Azji
Środkowej, kiedy imperium sowieckie rozpadało się, poszczególne
republiki uzyskiwały niepodległość, a oni, traktowani jak obywatele
drugiej kategorii - zarówno przedtem, jak i potem - mieli tylko jedno
dążenie: wyemigrować do Izraela albo do Stanów Zjednoczonych.
- Kiedy przyjechał pan z Rosji? - pytam jednego z nich.
- Nie z Rosji, tylko z byłego Związku Radzieckiego... pochodzę z Mołdawii, jesteśmy Europejczykami.
- Jak się pan tutaj czuje? Podoba się panu Ameryka? Patrzy na mnie w lusterku wstecznym, żeby się upewnić, czy nie popełni gafy:
- Ameryka? Ameryka to gułag, obóz pracy z dobrym jedzeniem. Kiedy mówię
to głośno, niektórzy się obrażają, ale co mogę zrobić: oni są
Amerykanami, ale teraz ja też jestem Amerykaninem.
Próbował wyemigrować już w 1979 roku, ale udało mu się wyjechać dopiero
w 1991. Mieszka w Brighton Beach w Brooklynie. Kiedyś była to czarna
dzielnica, gdzie nawet McDonald's musiał zamknąć swój lokal; teraz to
część miasta, która przeżywa wielki rozwój, zamieszkana niemal wyłącznie
przez Żydów rosyjskiego pochodzenia, z ich sklepami, restauracjami i synagogami.
W dawnym Związku Radzieckim - jak upiera się nazywać kraj swojego
pochodzenia - był biznesmenem.
- Kupowałem meble za dwadzieścia tysięcy rubli i odsprzedawałem je za
pięćdziesiąt, parę butów za osiemdziesiąt rubli sprzedawałem za sto
dwadzieścia. I to wszystko bez podatku od sprzedaży i bez podatku
dochodowego. Za najpiękniejsze w dawnym Związku Radzieckim uważam brak
podatków. To, co robiłem, było niebezpieczne, wciąż ryzykowałem
więzieniem, ale udało mi się go uniknąć. Tam byłem wolny. Tutaj wmawiają
mi, że jestem wolny, ale nikt nie jest wolny w Ameryce, nawet prezydent.
Mówią, że jestem wolny finansowo. To nieprawda. Ta taksówka jest rzekomo
moja, ale naprawdę należy do banków. Wszyscy jesteśmy niewolnikami
jakichś menedżerów, którzy z kolei są niewolnikami kogoś innego.
Kiedy w byłym Związku Radzieckim kobieta rodziła dziecko - kontynuował -
zostawała w domu na wiele miesięcy. Tutaj dwa tygodnie po porodzie moja
żona została wezwana przez swojego szefa i musiała wrócić do pracy: po
dwóch tygodniach! Jestem wdzięczny Stanom Zjednoczonym za to, że dały mi
obywatelstwo. Dzięki temu uniknąłem wojny domowej w 1994 roku, śmierci i zabijania, ale tutaj nie ma życia. Wczoraj wyszedłem z domu o szóstej
rano, wróciłem o wpół do dziesiątej wieczorem, żeby znów wyjść dzisiaj o szóstej. Lepiej bym zrobił, gdybym spał w samochodzie.
I nie dotyczy to tylko mnie - mówił dalej. - Tutaj wszyscy tak żyją,
także bogacze, którzy mieszkają tam, gdzie pan, albo przy Park Avenue.
Wiem, bo wożę ich do biur. Wzywają taksówkę, a kiedy wsiadają, nie są
nawet w stanie zatrzasnąć drzwiczek, bo w jednej ręce trzymają papierowy
kubek z kawą, a w drugiej bajgla lub kanapkę. Kiedy mówią, dokąd mam ich
zawieźć, nie rozumiem, bo mają pełne usta.
Kiedy wysiadają, wciąż mają obydwie ręce zajęte i znów nie mogą zamknąć
drzwi. W byłym Związku Radzieckim mieliśmy czas dla rodziny, na długie
spacery i rozmowy z przyjaciółmi. Tutaj jestem w stanie wziąć góra
dziesięć
dni urlopu rocznie, a i tak nie wypoczywam, bo wiem, że kiedy mnie nie
ma, skrzynka pocztowa wciąż zapełnia się rachunkami do zapłacenia.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku ponad pół miliona Żydów
przyjechało do Stanów Zjednoczonych, bardzo wielu do Nowego Jorku. W dodatku są to osoby wykwalifikowane. W tym właśnie kryje się sekret
wielkiej witalności Ameryki, a szczególnie Nowego Jorku: wciąż nowe fale
imigrantów, gotowych na największe poświęcenia, żeby im się powiodło. W latach trzydziestych i czterdziestych przyjechali Żydzi z Niemiec i innych krajów europejskich, potem Chińczycy, Koreańczycy i Wietnamczycy;
teraz znowu Chińczycy i Hindusi, i jeszcze Żydzi, tym razem z byłego
Związku Radzieckiego.
Dla ogromnego kraju, którego pierwotni mieszkańcy - Indianie - zostali
metodycznie ograbieni i wymordowani, imigracja stała się przyrodzoną
koniecznością, a wieloetniczność jej oczywistą konsekwencją. To ciekawe,
że te fakty, wynikające częściowo z prawdziwego ludobójstwa, są dzisiaj
przedstawiane jako wzorcowe, jako zaleta. W oparciu o to ich bardzo
szczególne doświadczenie Stany Zjednoczone propagują mit przyszłego
społeczeństwa: globalnego, wielorasowego, wielokulturowego,
przypominającego światowy potpourri, który - odnawiając się nieustannie
- gwarantowałby żywotność i rozwój.
Prawda jest taka, że nie ma globalnych recept na problemy wszystkich
narodów, a najlepsze są zawsze te, które liczą się z lokalnymi
uwarunkowaniami. To, co sprawdza się w Ameryce, niekoniecznie zadziała
gdzie indziej, a to, co jest szkodliwe w jednym miejscu, nie musi być
takie samo w drugim.
Dotyczy to nawet medycyny. Jeśli mieszkaniec Nowego Jorku odżywiałby się
tak samo jak ktoś z Ladakhu, szybko zmarłby na zawał serca ze względu na
typowe dla północnych Indii ogromne ilości masła oraz całkowity brak
owoców i warzyw. A przecież choroby serca są tam prawie nieznane,
ponieważ ludzie żyją na otwartym powietrzu, jedzą produkty ekologiczne i nie potrzebują siłowni, żeby zachować formę. Mieszkańcy Ladakhu dużo
chodzą i pracują, nie wiedzą, czym jest stres, i żyją w wielkim spokoju
ducha. Mają również swój sposób na zwalczanie chorób! Na przykład
kobiecie cierpiącej na zapalenie wątroby, amchi, lokalny lekarz-szaman
przepisuje kurację polegającą na "silnych i intensywnych stosunkach
seksualnych". Rezultat zaskakuje nawet angielską antropolog Helenę
Norberg Hodge, która przywołuje tę historię w swojej pięknej książce
Archaiczna przyszłość (Ancient Futures): "Po paru dniach stan
zdrowia kobiety znacznie się poprawił".
*
Nigdzie bardziej niż w Ameryce nie czułem się Europejczykiem, uzbrojonym
w europejskie korzenie i europejskie nadzieje. Przyjechałem tu, żeby
znaleźć remedium na moje perypetie zdrowotne, ale czułem, że metody
proponowane przez ten kraj nie zawsze są właściwe dla rozwiązywania
cudzych problemów. Typowym przykładem wydawała mi się imigracja. Nie ma
wątpliwości, że będzie stanowić jeden z podstawowych dylematów
przyszłości zachodniego świata, jednak Europa, ze swoją historią i uwarunkowaniami społecznymi, całkowicie odmiennymi od panujących w Stanach Zjednoczonych, popełniłaby wielki błąd, przyjmując amerykańskie
rozwiązania.
Pomyślałem o słowach Luciana, starego przyjaciela, którego florenckie
korzenie sięgają wielu wieków wstecz:
- Trochę Marokańczyków, Senegalczyków, Tunezyjczyków i Albańczyków nie
zaszkodzi, ale w pewnym momencie trzeba powiedzieć "basta". Bo inaczej
jeśli pewnego dnia będzie referendum, mające zdecydować, czy zburzyć
katedrę i na jej miejscu zbudować parking, oni zagłosują za zburzeniem.
Rasizm to przede wszystkim kwestia liczb i taka reakcja była typowa.
Mimo całej retoryki dotyczącej globalnego społeczeństwa w samej Ameryce
problem bynajmniej nie jest rozwiązany. Co się stało z czarnoskórymi
Amerykanami, którzy w czasach mojego pierwszego pobytu - z górą
trzydzieści lat temu - jak się wydawało, zdołali się wyzwolić i znaleźć
własną drogę włączenia się w nurt społeczeństwa? Są coraz bardziej
spychani na margines, do własnych gett, coraz bardziej odurzeni
narkotykami. Każda nowa fala emigracji potęguje regres czarnoskórej
ludności.
Imigranci są przepełnieni nadzieją, gotowi do poświęceń i pracy. Ameryka
sprawia wrażenie, że może im się udać: jeśli nie w pierwszym pokoleniu,
to w drugim albo w trzecim. W przypadku czarnoskórych jest inaczej.
Przeminęły kolejne pokolenia i tak naprawdę nic się nie zmieniło. Czują
się ofiarami. Nie mają już nadziei i jak chorzy, którzy przestali
wierzyć w możliwość wyzdrowienia, odpuszczają. Są wykończeni. W przeciwieństwie do imigrantów chińskich, hinduskich czy rosyjskich,
którzy mierzą się z drabiną społeczną i ekonomiczną, mogąc liczyć na
pomoc swojej solidnej, tradycyjnej rodziny, stojącej zawsze za swoimi
murem, Afroamerykanie nie mają już nawet takiego wsparcia. Dla nich
rodzina przestała istnieć: siedemdziesiąt pięć procent czarnoskórych
noworodków jest owocem związków pozamałżeńskich.
Wystarczyło rozejrzeć się wokół, aby zdać sobie sprawę,
że mimo wszystkich pretensji do demokracji amerykańskie społeczeństwo
jest jeszcze bardzo podzielone i nierówne. Niektóre obrazki przypominały
mi czasy apartheidu w Johannesburgu, gdzie mieszkałem na początku lat
sześćdziesiątych. W ciągu dnia całe miasto było białe: biali ludzie na
ulicach, biali w biurach i sklepach. Dopiero wieczorem, kiedy zamykano
wszystkie instytucje i życie w centrum zamierało, jak spod ziemi
wypływała rzeka rdzennych Afrykanów, którzy utrzymywali cały ten system
przy życiu, zamiatali, czyścili i wsiadali do swoich autobusów "tylko
dla czarnych",
żeby wrócić do townships. W Nowym Jorku było podobnie: niektóre
dzielnice, całe odcinki i przystanki metra zdawały się zarezerwowane dla
tej czy innej rasy, natomiast przez metalowe drzwi prowadzące do
podziemi restauracji i supermarketów wychodzili tylko czarni i Latynosi,
niosąc pojemniki ze śmieciami. Nawet pejzaż ludzki w moim ukochanym
Central Parku, cudownie utrzymanym przez prywatne stowarzyszenie
zamożnych pań, które przejęły zarządzanie nad tym terenem, zmieniał
kolor w zależności od pory dnia: ranek należał niemal wyłącznie do
białych biegaczy, rowerzystów, właścicieli psów, obserwatorów ptaków i spacerowiczów, po czym robiło się stopniowo coraz ciemniej wraz z pojawieniem się czarnoskórych nianiek, które po dziewiątej wyprowadzały
na spacer dzieci białych rodziców, uwięzionych już w swoich biurach.
Jedną z najwspanialszych umiejętności Ameryki jest zdolność tworzenia
swojego skrajnie korzystnego wizerunku, wiary w ten obraz i powodowania,
żeby również inni w niego uwierzyli. Zasadniczą rolę w tym względzie
odgrywa przemysł filmowy. Zarówno dla Amerykanów, jak i dla dużej części
opinii publicznej połowy świata znajomość amerykańskiej historii
kształtują nie książki, ale filmy. Amerykanie to zawsze "nasi", którzy
przybywają we właściwym momencie, aby przeciwstawić się w słusznej
sprawie "dzikim czerwonoskórym"; to zawsze ci "dobrzy" - w walce z nazistami, komunistami, partyzantami, terrorystami czy "obcymi".
Hollywood nie ucieka przed konfrontacją z licznymi problemami
amerykańskiego społeczeństwa, ale ma sobie tylko właściwy sposób
przedstawiania ich i rozwiązywania za pomocą happy endu, który jest
zarówno z ideologicznego, jak i komercyjnego punktu widzenia obowiązkowy
dla każdej historii. Demokracja, równość, sprawiedliwość to wartości,
które ewidentnie przegrywają w rzeczywistości, natomiast w jej
przedstawianiu znajdujemy nieustannie ich potwierdzenie. Fikcja zajmuje
miejsce informacji, a propaganda - prawdy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki