Rozdział 1 Olej i kawa
Nie pamiętam tego jesiennego dnia w 1979 roku, ale ani mój tata, ani mama nie zapomną go nigdy. Mam zaledwie dwa i pół roku. Wciąż mieszkamy na stacji Shell, którą rodzice dzierżawią, na Rug?rdsvej w Brenderup na Fionii, skąd pochodzą znane przyczepy. Ojciec od wielu lat marzył, by wejść o szczebel wyżej na drabinie kariery i prowadzić sprzedaż samochodów. Tej jesieni pojawia się szansa, ponieważ zostaje autoryzowanym sprzedawcą aut marki Citroën.
Gdy dociera pierwsza dostawa francuskich samochodów, w rodzinnej firmie Pedersenów o nazwie P Automobiler panuje szczególne ożywienie. Wszyscy dorośli mają zajęte głowy, dlatego nikt nie zwraca uwagi na małego chłopca, który z założoną pieluchą i jasnymi, sięgającymi do ramion włosami samotnie paraduje pomiędzy nowymi autami. Nawet wtedy, kiedy trzeba je przewieźć do sali wystawowej przed końcem pracy.
Mama twierdzi, że z bratem zawsze mieliśmy bzika na punkcie silników - i coś musi w tym być. Obaj podziwiamy wspaniałe, nowe pojazdy. Nagle brat traci mnie z zasięgu wzroku. Kiedy rodzice opowiadają o tym dniu, nie mają zielonego pojęcia, jak mi się udało niepostrzeżenie otworzyć drzwi nowiutkiego citroëna dual 6 i wdrapać na przedni fotel. Model ten włącza się jednym naciśnięciem przycisku zapłonu. Przypuszczalnie wypróbowuję wszystkie guziki i samochód w końcu reaguje. Jeśli dorośli zapomnieli o mnie na chwilę, to szybko sobie przypominają, ponieważ silnik nagle się uruchamia, a za kierownicą siedzi dwuletni Nicki. Pojazd rusza, a po kilku metrach zatrzymuje się na żywopłocie, co jednak wystarcza, by rodzice doznali szoku.
Tata wpada w gwałtowny gniew, choć z pewnością odczuwa ulgę, że ani mnie, ani samochodowi nic się nie stało. Mogło się to skończyć znacznie gorzej. Chwyta mnie za ramię i prowadzi do warsztatu, który normalnie jest dla dzieci zamkniętą krainą, po czym oddala się, żeby ostrożnie wjechać autami do sali wystawowej. Jego pomocnik, J?rgen, zostaje w warsztacie, bo tego dnia nikt już nie chce przeżywać niespodzianek. To znaczy, że mądrzeją.
Ja natomiast z zaciekawieniem przyglądam się wyposażeniu. Z jakiegoś powodu moją uwagę przyciąga montażownica, kolosalna maszyna do ściągania i nakładania opon na felgi. W późniejszych latach będą wyposażane w osłony, żeby nikomu nic się nie stało, ale tamtego dnia mam pełny dostęp do wszystkich niebezpiecznych części. Moje rączki są wprawdzie małe, ale sięgam prawą do haków, a lewą naciskam dolny przycisk, który je uruchamia. Mimo że maszyna jest wyłączona, najwyraźniej wciąż w hydraulice pozostaje trochę powietrza.
Do taty dociera dźwięk kompresora montażownicy. Na chwilę zapanowuje kompletna cisza, a potem rozlega się przeraźliwy dziecięcy wrzask. Ojciec przybiega co tchu i widzi, jak krew tryska z mojej prawej dłoni, której brakuje prawie całych dwóch palców - wskazującego i środkowego. Podnosi mnie i owija chusteczką ranę, podczas gdy J?rgen stara się wydobyć z maszyny dwa kawałki palców. Udaje mu się, ale są usmarowane czarnym, klejącym olejem. Ze znajdującego się obok biura wybiega mama i na nasz widok doznaje potwornego szoku.
Ktoś - chyba ojciec - wpada na pewien pomysł i tonem znawcy zwraca się rozkazująco do mamy:
- Włóż je do ust!
- Chyba nie mówisz poważnie! - odpowiada mama, ale słucha polecenia i wkłada dwa brudne paluszki do ust, bo może uda się je uratować.
Z zakrwawionymi palcami dwuletniego dziecka na języku czas ciągnie się pewnie w nieskończoność. Ale Falck jest na miejscu po 20 minutach.
- Gdzie są palce? - pyta ratownik.
Gdy dowiaduje się, że mama trzyma je w ustach, zaczyna się robić poważnie.
- Nie, nie, one muszą leżeć w chłodzie - wyjaśnia, po czym wydaje polecenie: - Przynieście kostki lodu!
Nareszcie mama może je wypluć.
Rodzice jadą za karetką pędzącą w kierunku Middelfart. Na miejscu dowiadują się, że przyszycie palców będzie trwać bardzo długo.
- Równie dobrze mogą państwo czekać w domu - proponuje ktoś z personelu.
Wracają więc do domu, ale ledwo przechodzą przez próg, gdy dzwoni telefon ze szpitala.
Okazuje się, że ucięte kawałki są małe i tak zniszczone, że nie da się ich uratować. Oznacza to, że dwa z moich palców będą krótsze o trzy centymetry, jednak lekarze postanawiają oskrobać trochę końcówki kostek, żeby naciągnąć na nie skórę. Mają nadzieję, że dzięki takiemu zabiegowi dłoń stanie się bardziej sprawna. Ta część operacji szczęśliwie kończy się powodzeniem.
To pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz, kiedy zostaję poddany ogólnej narkozie. Ale dwa nieszczęścia i środki nasenne to za mało, żeby zwalić mnie z nóg. Gdy przyjeżdżają po mnie rodzice, już nie wyleguję się w łóżku, tylko bawię się czerwonym wózkiem dla lalek. O wielkim bandażu całkiem już zapomniałem, a z nowej dłoni jestem po prostu dumny. Mama wciąż pamięta chwilę zdejmowania opatrunku.
Siedzę zadowolony z siebie na ramieniu babci, pokazując jej rękę z brakującymi palcami. A kiedy kładę na jej plecy dłoń z trzema całymi palcami i dwiema połówkami, wyglądają jak uśmiechnięte usta. Jak smiley. Nie wiem, czy mama się uśmiecha, ale raczej wątpię. Jest wycieńczona. Od tamtego dnia nie może patrzeć na krew, gdy zdarza nam się zranienie. Tamto zdarzenie na zawsze pozostanie w jej pamięci. Wciąż powtarza, że dopiero po trzech miesiącach pozbyła się okropnego smaku oleju i odciętych palców.
W tamtym okresie mama ma w zwyczaju ubierać mnie jak dziewczynkę. Jestem zastępczą córką. Zawsze marzyła o urodzeniu dziewczynki, a wychowuje dwóch niesfornych chłopaków. Już w ciąży z Ronnim, który jest trzy lata starszy ode mnie, ma nadzieję na córkę. Wygląda tak, jakby nosiła w brzuchu piłkę nożną. Nie wykonuje się wówczas USG, ale wszystkie doświadczone kobiety są zgodne:
- Będzie chłopak.
Ku jej rozczarowaniu mają rację. Gdy jest w ciąży ze mną, brzuch ponownie wygląda jak piłka nożna, więc wie, co się święci.
Zawód z powodu następnego chłopca jest tak duży, że nie chce mnie w ogóle widzieć przez kilka pierwszych dni po urodzeniu. Nie potrafi się przemóc. Potem niechęć jej przechodzi, ale w zastępstwie pozwala, żeby rosły mi długie włosy, z których zawiązuje koński ogon albo plecie warkocze. Zakłada mi także czerwone lub różowe ubrania. Przemiana jest niemal totalna. Dzieje się tak do trzeciego roku życia. Najwyraźniej inaczej nie potrafi. Tata miesza się dopiero, kiedy księgarz pyta go:
- A co dla małej panienki?
Po powrocie do domu ostrym tonem zwraca się do mamy:
- Koniec z tym, trzeba ściąć mu włosy!
Kilka lat później na świat przychodzi nasza siostrzyczka, Michelle. Kiedy mama chodzi z nią w ciąży, jest przerażona, ponieważ brzuch znowu przypomina piłkę nożną.
- Z trzema sobie nie poradzę - żali się tacie.
Na szczęście okazuje się, że jej marzenie się spełnia.
Mój dziadek od strony mamy prowadzi sklep na ?stergade. Chociaż babcia nie pracuje, to mama zajmuje się młodszymi od niej o sześć i dziesięć lat braćmi. Szybko uczy się więc stawać na własnych nogach. Mieszkają dokładnie naprzeciw mleczarni i kiedy mama kończy czternaście lat, wozi mleko powozem konnym. Niezależnie od pogody mleko należy dostarczyć, tak samo jak pocztę, dlatego stara Lotte i moja mama wiozą je nawet w śnieżycę. Nigdy nie wyjeżdża z rodzicami na wakacje, bo trzeba pilnować interesu. Handlują odzieżą, ale wyłącznie męską. W przeciwieństwie do mnie, spędzającego pierwsze lata życia ubrany jak dziewczynka, mama dorasta, nosząc tylko chłopięce rzeczy.
Interes nie przynosi specjalnie dużych zysków. Jeśli w ogóle mama dostaje jakieś prezenty gwiazdkowe, to są to miękkie paczuszki z męskimi dżinsami ze sklepu. Nigdy nie odczuwa braku spodni czy wełnianych swetrów. Od tamtego czasu nienawidzi wełny. Odróżnia się wprawdzie od swoich rówieśników, ale zapewnia, że jej to nie przeszkadza. Teraz jednak rewanżuje się za tamten okres. Zawsze chodzi ubrana bardzo kobieco, niektórzy powiedzieliby pewnie, że wręcz wyzywająco. Często sama szyje sobie ubrania i nigdy nie wydaje pieniędzy na drogie ciuchy. Zwraca jednak na siebie uwagę. Później mówi się, że mężczyźni w Brenderup często wodzą za nią wzrokiem, gdy chodzi w obcisłych bluzkach z głębokimi dekoltami. To rzadkość wśród lokalnych kobiet, ale dla mojego taty też nie jest to całkiem normalne, bo robi się wtedy zazdrosny.
U nas w domu wszystko kręci się wokół interesu i ciężkiej pracy. Tata i mama, Preben i Vibeke, harują od wczesnego rana do późnego wieczoru przez sześć dni w tygodniu. Mama zajmuje się stacją paliw i sklepikiem, a ponadto robi jedzenie, pranie i wykonuje pozostałe domowe czynności, natomiast tata naprawia samochody. Nocami zaś prowadzą taksówkę. Jeżdżą w piątki, soboty i niedziele, a czasami, kiedy my leżymy już w łóżkach, także w pozostałe dni. Nie przestają nawet po przeprowadzce ze stacji do domu z czerwonej cegły na Solbakkevej, położonego zaraz obok nowego warsztatu ojca.
Podczas gdy mama zachowuje w pamięci smak oleju, ja kojarzę dzieciństwo z całkiem innym smakiem, a mianowicie kawy z mlekiem i cukrem. Kiedy budzę się rano, idę do znajdującego się zaraz obok warsztatu taty, gdzie czeka termos z gorącą kawą. Mama przygotowuje mleko i podaje dwie duże kromki wiejskiego chleba z masłem i nutellą. Składam chleb i moczę go w kawie. Chłonie płyn tak bardzo, że w kubku zostaje tylko jedna czwarta. Gdy czterolatek zjada dwie kromki chleba z nutellą oraz pije kawę z kofeiną i cukrem, to nic dziwnego, że robi się z niego hiperaktywny gagatek.
Jako młody chłopak faktycznie mam w tyłku motorek. Zresztą tak samo jak mój brat Ronni. Nasi rodzice pracują w domu, dlatego nie chodzimy ani do żłobka, ani do przedszkola. Według nich nie ma takiej potrzeby i nie musimy uczęszczać do żadnej placówki. Ja sam tylko przez jeden dzień przebywam w przedszkolu, gdzie jakiś chłopak mnie opluwa. Nie pamiętam, czy odpłacam mu tym samym, ale nie jest to wykluczone. Potem domagam się, żeby zadzwonili po mamę. W ten sposób zamykam rozdział pod tytułem przedszkole.
W domu możemy bawić się tak, jak się nam żywnie podoba. Bez nadzoru dorosłych. Trwa to aż do pójścia do zerówki. Jednak od czwartego do szóstego roku życia piję kawę z uczniami w warsztacie, bawię się albo sprawiam kłopoty. Nieszczęśliwych wypadków wcale nie jest mało. W warsztacie stoją butelki z napojami gazowanymi i zmywaczami do hamulców. Myślę, że to zielona oranżada, ale okazuje się, że płyn jest żrący jak aceton. Poza tym bieganie po warsztacie pomiędzy czeladnikami i uczniami sprawia, że cały jestem w siniakach. Z czasem bardzo dobrze zaznajamiam się z miejscowym lekarzem, Andersem Munckiem.
Mamy małą łazienkę, w której stoi wanienka z siedziskiem. To do niej wpycha nas mama, gdy mamy się umyć. Pewnego wieczoru staję na znajdującej się obok muszli klozetowej i chcę wskoczyć do wanny. Manewr mi się jednak nie udaje, przewracam się i uderzam głową o kant kabiny prysznicowej. Oczywiście trzeba udać się do lekarza. Ale mama była już tam tego dnia z Ronnim, któremu coś wbiło się w ciało.
Innym razem udaje mi się wepchnąć sobie kredę do nosa, która nie daje się wyjąć. Ponownie odwiedzamy więc doktora Muncka, który ją usuwa, ale gdy wychodzimy z gabinetu, mama pyta mnie, dlaczego zrobiłem coś tak głupiego.
- Ja zrobiłem tylko tak - odpowiadam i znowu wkładam kredę do nosa.
Nic dziwnego, że na twarzy mamy widać zmęczenie. Kiedy indziej wbijam sobie w pośladek nóż do steków po jakimś niefartownym wygłupie, a innym razem połykam szpilkę i dostaję radę, żeby zjeść dwa kilo gotowanych porów, ponieważ to najlepszy domowy sposób na ochronę jelit. Nie ma co mówić, mama i lekarz mają pełne ręce roboty.
Przeważnie właśnie ona chodzi ze mną do doktora Muncka. Tata pracuje i zarabia pieniądze. Interesy zawsze są najważniejsze. Rodzice nie harują tylko wtedy, kiedy śpią, a my, dzieci, bawimy się same. Uważają najwyraźniej, że skoro są w domu albo w warsztacie, to nie ma powodu, żebyśmy my przebywali gdzie indziej. Tak naprawdę jednak na co dzień nie spotykamy się z tatą zbyt często. W pewnym momencie zaczyna nawet brać udział w jazdach testowych i zdarza się mu naprawiać samochody rajdowe do czwartej rano. Ale to za dużo nawet dla niego, jeśli trzeba się zajmować jednocześnie sklepem motoryzacyjnym.
Pewnego razu mama chce zrobić coś dla siebie i zapisuje się na kurs ceramiczny, co skutkuje przejęciem przez tatę odpowiedzialności za przygotowywanie posiłków. Złości się wtedy, bo musi opuszczać warsztat, a to oznacza utratę dodatkowego zarobku, ale jestem głodny, więc ojciec nie ma wyjścia. W kuchni na niczym się nie zna, ale smaruje pszenny chleb nutellą, a więc w zasadzie jedzenie nie powinno różnić się od przygotowanego przez mamę rano. Tak jednak nie jest, bo zamiast masła tata używa margaryny, a tego nie da się przełknąć. Nie chcę jeść, ale ojcu nie sposób odmówić, więc zmuszam się do przełykania tego ohydztwa. Chleb z margaryną zbija mi się w ustach w kluchę, która nie chce przecisnąć się dalej. To jego ostatni raz w roli opiekuna dzieci. Pieluchę też zmieniał tylko raz u Ronniego. Od tamtego czasu, gdy zachodzi taka potrzeba, wiezie nas do swojej mamy.
Ojciec dorastał u boku mojej babci na gospodarstwie w Varbjerg niedaleko Brenderup. Majątek pochodzi z XVIII wieku i składa się z trzech budynków oraz trzech czy czterech hektarów ziemi. To dokładnie tyle, ile wystarcza na przeżycie. Dziadek się ulatnia, gdy tata ma 12 lat, do tego czasu jednak dzierżawi salon fryzjerski w B?ring. Dziadkom nie układa się zbyt dobrze. W miasteczku oprócz fryzjera interes prowadzą także sklepikarz, rzeźnik i miotlarz. Zaczynają spotykać się na zapleczu sklepu, gdzie w spokoju popijają piwo. Dziadek coraz częściej wraca do domu podpity. W końcu babcia ma tego dość i go wyrzuca. Od tego momentu ojca wychowuje samotna matka, co w tamtym czasie należy do rzadkości, chociaż babcia też dorastała bez ojca. Kiedy prababcia się starzeje, gospodarstwo prowadzi już tylko babcia, zatrudniając się jednocześnie po sąsiedzku u ogrodnika oraz w przedsiębiorstwie Frigodan, gdzie w chłodni kroi warzywa. Część ziemi wynajmuje rolnikowi z większym areałem i jakoś wszystko się kręci.
Nie wiem, czy koledzy z klasy patrzą na ojca krzywo, ale trochę się od nich różni. W małej wiejskiej szkole jako jedyny wychowywany jest tylko przez matkę, gdyż cała reszta żyje w normalnych rodzinach. W szkole ponadpodstawowej jest tak samo. Ojciec pochodzi z najbiedniejszego domu spośród uczniów. W każdym razie tak uważa. Przed zakupem kuchenki posiłki przygotowuje się u niego w domu na piecu. Nie ma tam też łazienki, dlatego myją się w zlewie. Babcia zawsze jednak wygląda schludnie, mimo że jej ubranie ma 40 lat. Nie przypominam sobie, by kiedyś kupiła sobie nowe. Sama ścina sobie włosy i nosi na głowie pewien rodzaj turbanu. Nigdy nie miała też prawdziwej toalety. Obok kaloryfera stoi po prostu wiadro, do którego się sika. Gdy u nich jestem, z jakiegoś powodu uważam, że znacznie fajniej się sika na kaloryfer, z którego mocz spływa do wiadra. Nocą ogrzewanie otwarte jest do oporu, więc smród jest nie do zniesienia, ale my z bratem w nim śpimy. Nigdy nie zapomnę tego odoru.
Pracowitość taty bierze się też chyba z tego, że jesteśmy spokrewnieni z dobrze sytuowaną rodziną, a mianowicie Illumami, pochodzącymi z wyspy Illum w pobliżu F?borga. Kopenhaski dom towarowy otwiera stryj babci. Wokół jej gospodarstwa swoje posiadłości mają również inni członkowie rodziny Illumów. Latem z wizytą na Fionię przyjeżdżają zaś eleganccy goście z Kopenhagi.
- Illumowie jadą - mówi za każdym razem prababcia.
Stać ich na takie rzeczy, których tata nawet nie widział. Któregoś roku przyjeżdżają na nowiutkich motocyklach BSA z przyczepami bocznymi, w których siedzą żony. Innego lata zjawiają się w volkswagenach, z których jeden to kamper. Odpoczywają w nim i popijają kawę. Rodzinie ojca nic z ich przyjazdów nie skapuje, ponieważ odwiedzają rodzinne strony wyłącznie z przyczyn sentymentalnych.
Babcia jest ostatnim członkiem rodu na gospodarstwie. Mieszka na nim sama od chwili, gdy wyprowadza się tata. Dożywa 92 lat i nigdy nie korzysta z usług domów opieki. Kiedy dorastam, lubię przebywać u niej w odwiedzinach, mimo że reprezentuje starą szkołę, według której nie okazuje się uczuć. Jeśli kiedyś wykonała ciepły gest wobec taty, to on tego nie pamięta i nie zachowuje się tak również w stosunku do swoich dzieci. Jest bardzo stanowczy. Kiedy czasem nas beszta, tak się go boję, że prawie robię w majtki.
Wygląda groźnie, ale nigdy nas nie bije. Nie ma sensu o nic go prosić, bo i tak odmówi. Jeśli poproszę o szklankę mleka, z góry znam odpowiedź. Dlatego z prośbami zwracamy się do mamy, która zawsze daje nam to, czego sobie życzymy. Potem natychmiast znikamy, a jej się obrywa za to, że nam ulega. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś jako chłopiec rozmawiał z tatą. Pamiętam natomiast dziwne uczucie strachu przed nim. Otóż nie boję się tego, że mogę dostać od niego w skórę, tylko tego, że rozzłoszczę go na resztę dnia. Nie zaznał w swoim ciężkim dzieciństwie ojcowskich uczuć, dlatego stara się o rodzinę tak, jak potrafi, czyli zapewniając jej byt. Z własnym ojcem miał właściwie niewiele wspólnego. Nie raz słyszałem, jak pytał:
- A gdzie był wtedy mój tata?
Ciężko pracuje, aby jego dzieci, w przeciwieństwie do niego samego, miały zapewniony byt. Później niejednokrotnie mogę do niego przyjść i pożyczyć tysiąc koron w potrzebie. Ale zanim mogę pożyczyć następny, muszę zwrócić pierwszy.
U nas w domu nie ma cackania się, ale dla mnie nie jest to ani dziwne, ani uciążliwe. Tylko takie życie znam. Jeśli ktoś zachowuje się jak idiota, natychmiast się o tym dowiaduje. Dotyczy to także nas, nawet gdy jesteśmy mali. Często słyszymy takie epitety jak "bałwan" albo "głupek", który "niczego nie rozumie". Tata szczególnie się irytuje, gdy komuś z talerza zlatuje jedzenie. Nie potrafi ścierpieć jego widoku na podłodze i burczy:
- Jak jesz, prosiaku?
Mama w takim wypadku da najwyżej klapsa, a jeżeli jest naprawdę wściekła, to mocnego szturchańca. Osobiście nie widzę w tym nic złego. Może dlatego, że nie znam niczego innego.
Do przedszkola wprawdzie nie uczęszczamy, ale bawimy się za to z całą gromadą innych dzieci. Większość z nich twierdzi, że u nas w domu jest super, bo prawie wszystko uchodzi nam na sucho. Dom prowadzi mama, która chętnie gości naszych kolegów. Częstuje ich także jedzeniem. Mówią wtedy, że u nas wszystko wolno, ale mama nie podziela ich zdania, gdyż jedna zasada jest święta. Trzeba mianowicie zdejmować buty. Jeśli nie stoją przed drzwiami wejściowymi, wpada w szał.
Jeden z naszych kolegów, Mads, pochodzi z typowego domu z lat 70., gdzie przygotowuje się posiłki z dużą ilością warzyw. Chociaż jest trochę starszy, uwielbia przychodzić do nas, bo wszystko jest dokładnie odwrotnie. Na przykład podoba mu się nasz ogródek, ponieważ u nich rosną tylko kwiaty, a u nas spotkać można różne figurki i zwierzęta z plastiku. Imponują mu rzeczy, które wolno nam robić, a których jemu się zabrania, takie jak dzikie zabawy, gdy do siebie strzelamy albo wyruszamy na wymyślone przygody. Tymczasem jego rodzice nie są specjalnie zachwyceni naszymi wizytami. Uważają, że więcej nas na ścianach niż na podłodze. Jesteśmy dla nich po prostu nieokrzesani. Z pewnością odczuwają ulgę, kiedy wyprowadzamy się z Brenderup, a Mads znajduje do zabawy nowych przyjaciół.
W Brenderup wszyscy znają rodzinę Pedersenów. Przede wszystkim z żywego temperamentu, drogich samochodów oraz wystawnego życia. W dzieciństwie nie brakuje nam niczego. Gdy rodzice czegoś pragną, wówczas to kupują. Nam także. Z jednej strony nie przejmujemy się kompletnie tym, co myślą o nas inni. Spływa to po nas jak po kaczce, jak mówi mama. Ale z drugiej strony ważne jest, żeby to nam powodziło się lepiej. Zarówno dla nas samych, jak i dla reszty świata, jeśli mam być całkiem szczery. Niektórzy koledzy mówią dzisiaj, że w dzieciństwie mieszkaliśmy jak w "amerykańskim domu", gdzie niczego nie brakowało. Owszem, jako jedni z pierwszych montujemy na dachu dużą antenę satelitarną, a w łazience mamy jacuzzi. Takie szczegóły nie uchodzą uwadze sąsiadów.
Z pewnością znajdą się tacy, według których zadzieramy nosa. Zazdrość to ludzka rzecz. W Danii nie powinno się wynosić ponad innych, obowiązuje prawo Jante, a Brenderup to mała miejscowość. Wszyscy się znają i nawzajem obgadują. Gdy moja rodzina trzyma się z dala od reszty, oznacza to, że czuje się lepsza. W pewnym sensie uznać to można za słuszne, bo uczymy się tego w domu, gdzie mniemanie o innych nie jest najwyższe. Jeśli ludzie wyglądają inaczej, bo są na przykład grubi, wówczas pewne jest jak amen w pacierzu, że prędzej czy później spotkają się z uszczypliwą uwagą. Któregoś dnia pojawia się u taty klient w spodniach do joggingu. Ojciec informuje go więc, że takiego łachmyty nie obsłuży. W takim stroju kupować samochód? Co to ma być? Tak, na pewno są tacy, których denerwujemy, ale cóż, tacy właśnie jesteśmy. Take it or leave it, jak mówi mama. Sytuacja wygląda tak jednak przede wszystkim dlatego, że rodzice nie znajdują po prostu czasu na koleżeńskie spotkania.
Nie przesadzają także z wyjazdami. Raz w roku poświęcają na wakacje najwyżej osiem albo dziesięć dni. Kiedy mam cztery czy pięć lat, odwożą mnie do babci od strony taty, a następnie wyjeżdżają z moim bratem do Włoch. Pamiętam wyraźnie, jak dzwonią na jej telefon z tarczą numeryczną. Mówią do mnie, że brat jest u babci od strony mamy, a ja im na to, żeby w takim razie kupili mu prezent, ponieważ według mnie to smutne, że tam trafił. Ale on jest przecież we Włoszech. Wówczas natychmiast uruchamiają samochód i wracają do domu. Nie potrafią zrozumieć, że jedyną kwestią, która mnie martwi, jest Ronni, pluskający się w najlepsze w basenie. Nie chcieli zabrać mnie ze sobą, bo uważali, że nie będę miał z wyjazdu żadnej korzyści. Sprawa wywołuje u nich tak olbrzymie wyrzuty sumienia, że wakacje są kompletnie nieudane.
Moja troska o Ronniego nie wynika wcale stąd, że nie lubię przebywać u dziadków od strony mamy. Tam się po prostu sporo pije. Gdy przyjeżdżamy z wizytą, na stole zawsze stoi alkohol. Tata uważa, że stawiają go za dużo. Nie wygląda to aż tak, żebyśmy jako dzieci chowali się ze strachu pod stołem. Ale bierzemy przecież czynny udział w życiu dorosłych. W starych albumach mamy i taty znaleźć można zdjęcia z imprez, widać na nich kilka par. W obecności dzieci w najlepsze trwają libacje. Nie podoba mi się coś takiego. Ogólnie rzecz biorąc, przeżywam dużo różnych rzeczy już w młodym wieku. My również jesteśmy na zdjęciach, a rodzice wcale ich nie ukrywają. Kiedy wracamy od dziadków, wkładają nas, twardo już śpiących, do bagażnika. Dzisiaj nikt by już tak nie zrobił.
Kiedy zaczynamy chodzić do szkoły, rodzice mogą trochę odetchnąć. Pierwszą rzeczą, jaką zapamiętuję z zerówki, jest ładna młoda praktykantka, która dopiero co ukończyła liceum. Udaje mi się sprawić, że siedzi obok mnie. Ani nie jestem szczególnie dobrym uczniem, ani nie mam zwracającej uwagę urody, ale potrafię wypowiadać bystre komentarze. Z klasy do klasy przechodzę dzięki błyskotliwości, bo podczas kartkówek korzystam przeważnie ze ściąg. Z tego powodu nie idzie mi zbyt dobrze z czytaniem, ale nikt mi nie dokucza, ponieważ zawsze wiem, jak się odgryźć. Przypuszczam, że niejednokrotnie działam nauczycielom na nerwy, jednak nie sądzę, żeby na poważnie mieli mnie dosyć.
Dorte nazywa mnie bajerantem, który potrafi wykaraskać się z każdej sytuacji. To moja najlepsza przyjaciółka ze szkoły, więc nie jest raczej całkiem obiektywna. Nie przeczę, że chociaż czasami jestem krnąbrny i wywołuję rwetes w klasie, to prawie wszystko uchodzi mi płazem. Zdarza się, że dostaję reprymendy, ale innym kolegom obrywa się bardziej. Gdy nauczyciele nie zwracają na mnie uwagi, nie potrafię usiedzieć na krześle. Na lekcji niemieckiego nauczycielka nie wytrzymuje:
- Wyjdź z klasy, Nicki! - oznajmia Lisbeth, nasza pani od niemieckiego, i zamyka za mną drzwi.
Jestem nabuzowany energią i wpadam na genialny pomysł. Wychodzę na podwórko szkolne, biorę swój rower i wracam z nim do budynku. Czekając przed drzwiami klasy, wyobrażam sobie wszystkich kolegów i koleżanki, jak siedzą w środku i gapią się na tablicę. Wkrótce otwierają się drzwi i wszyscy zwracają wzrok na mnie, bo wjeżdżam rowerem do sali z olbrzymim uśmiechem na twarzy. Nikt nie może się powstrzymać i cała klasa wybucha gromkim śmiechem. Naturalnie poza Lisbeth, która najpierw się wścieka.
- Co ty wyprawiasz, Nicki? - pyta.
W końcu jednak również ona nie wytrzymuje i śmieje się jak reszta.
Wiem, że większość rzeczy uchodzi mi na sucho. Chociaż moi rodzice są dość surowi, to nie interesują się tak bardzo tym, co się dzieje w szkole. W przeciwieństwie do kolegów nie przejmuję się, gdy nauczyciele grożą, że zadzwonią do rodziców.
- 441120, proszę bardzo! - mówię za każdym razem.
Mam świadomość, że nie wyciągną żadnych konsekwencji. Rodzice są zajęci pracą, więc jeśli coś zbroję, to i tak nic mi nie zrobią. Z odrabianiem lekcji jest tak samo.
Ze stacji paliw wyprowadzamy się, gdy rodzice kupują dom na Solbakkevej. Mama siedzi w nim nad rachunkami, a tata pracuje w warsztacie. Od obliczeń mama odchodzi tylko wtedy, gdy przygotowuje jedzenie.
- O, jest mama! - wołamy na jej widok.
Wtedy siadamy do lekcji. Ale skoro ona ich nie kontroluje, to mamy niewiele do roboty. Rodziców zajęcia szkolne nie interesują. Mamy też totalny luz, jeśli chodzi o zadania domowe. Kiedy zdarzy im się w ogóle zapytać, odpowiadam, że nic nie było zadane.
Wydaje mi się, że przez cały okres mojej nauki rodzice odwiedzają szkołę tylko raz. W siódmej klasie wystawiamy przedstawienie Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Śnieżkę gra Dorte. Musi pocałować księcia i dlatego wolno jej wybrać kogoś do tej roli. Wciąż jest jednak w wieku, w którym się wydaje, że chłopcy są wstrętni, ale ze mną dobrze się zna, więc wybór pada na mnie. Tego właśnie dnia budynek szkolny odwiedzają wreszcie moi rodzice, żeby obejrzeć sztukę. Wszyscy to zauważają, ponieważ podczas wywiadówek albo konsultacji rodzicielskich ich krzesła stoją puste.
Ogólnie można stwierdzić, że nie okazują tej instytucji zbyt wiele szacunku. Mój tata ma nawet swoje zdanie na temat starych kolegów ze szkoły, którzy zostali nauczycielami:
- Jak się nic nie potrafi, można zawsze zostać nauczycielem. Rodzice prowadzili ich do szkoły, gdy byli mali, i potem donikąd już nie poszli.
Także dziś ojciec nie pojmuje tego, że moja siostra uczęszcza na spotkania w szkole, w której uczą się jej dzieci.
W czwartej klasie dzieje się coś, co sprawia, że chodzę do szkoły z większą chęcią. Uczniem równoległej klasy jest mianowicie Thomas, który bardzo szybko staje się moim kumplem i gramy na przerwach w piłkę nożną. Jest trochę wyższy ode mnie i ma brązowe oczy, dzięki czemu podoba się dziewczynom. Niczego się nie boi, więc doskonale się rozumiemy. Koleżeństwo w błyskawicznym tempie zamienia się w przyjaźń i bardzo często spędzamy popołudnia u mnie w domu.
Czasami zaglądam też do niego, ale tam niestety nie ma kochanej mamusi, która nie przejmuje się odrabianiem lekcji. Jego rodzice pilnują, żeby robił, co trzeba. Dlatego gdy on poci się nad zadaniami, ja krążę po głównej ulicy na tylnym kole damskiego roweru, który od kogoś kupiłem. Czasami jeżdżę długo, bo on nie dostanie wolnego, aż wszystkiego nie odrobi. Pewnego dnia udaje mi się przejechać całe miasto na jednym kole, witając się ze wszystkimi spotkanymi ludźmi. Z czasem nasza przyjaźń staje się coraz bardziej zażyła. W ciągu następnych 15 lat jesteśmy praktycznie nierozłączni, prawie jak bracia. Z reguły ja jestem z przodu, a on z tyłu jako niezachwiane wsparcie.