Rodzina i dzieciństwo
Jestem "Pokoleniem Kolumbów", teraz to już jednym z nielicznych tych młodych ludzi, których dojrzałość i piękne lata młodości przypadły na czas wojny. Wojna stała się moją szkołą życia, a moje drogi były kręte, często śmierć zaglądała mi w oczy, ale miałem szczęście...
Skończyłem 96 rok życia. Urodziłem się 1 stycznia 1924 roku w Warszawie. Moje dorosłe życie przypada na czas II wojny światowej. To właśnie wojna ukształtowała mój życiorys. Miałem 15 lat jak Niemcy najechali Polskę. Bardzo to przeżywałem i co tu dużo mówić, wierzyłem zawsze, że Polska wygra.
W Warszawie mieszkaliśmy najpierw przy ulicy Kaczej, a później chyba w 1934 lub 1935 przeprowadziliśmy się na Żytnią przy rogu Młynarskiej, to było na Woli. Dokładnie Żytnia 45, mieszkania 40.
Moją edukację zacząłem w szkole powszechnej numer 100, przy ulicy Leszno. To była bardzo nowoczesna szkoła, zbudowana w 1926 roku. W zasadzie znajdowały się w tym budynku dwie szkoły, moja nr 100 oraz szkoła powszechna nr 194 im. Aleksandry Piłsudskiej. Stąd też budynek nazywany był Gmachem Miejskich Szkół Powszechnych. W czasie powstania w 1944 r. budynek został mocno zniszczony, a po wojnie rozebrany, dzisiaj nie ma po nim śladu. To było niesamowite przeżycie, kiedy każdego dnia szliśmy do szkoły już przed 8 rano, zbierali się wszyscy uczniowie, nauczyciele i dyrektor, i śpiewaliśmy Kiedy Ranne Wstają Zorze.
W 1937 roku poszedłem do gimnazjum. Było to Gimnazjum Handlowe im. Roeslerów, tzw. 1H, składające się z czterech klas, a jego kontynuacją było dwuletnie liceum administracyjne 1A. Szkoła mieściła się przy Chłodnej 33, gdzie niedaleko mieszkała moja ciotka. Kiedy wybuchła wojna byłem właśnie gimnazjalistą.
Państwowa szkoła handlowa im. Roeslerów była jedną z legend przedwojennej Warszawy. Uchodziła za najlepsze gimnazjum, a po 1937 roku także liceum handlowe. Początki szkoły sięgają 1911 roku mimo, że oficjalne otwarcie nastąpiło dopiero w 1919 r. Wtedy to Józef i Maria Roeslerowie przekazali Fundacji Szkolnej własnego imienia nieruchomość przy Chłodnej 33, należącą do tej rodziny od roku 1782. Kupiecka rodzina Roeslerów była znana w Warszawie. Pochodzili z Czech, a do Polski przybyli w 1765 roku, szybko ulegli asymilacji i stali się częścią warszawskiego mieszczaństwa. Przed 1914 rokiem na posesji przy Chłodnej rozpoczęto budowę dwóch kamienic. Jedna miała pomieścić budynek szkolny, a druga przynosić dochód z najmu na utrzymanie szkoły. Projekt sporządził uznany architekt Władysław Marconi, autor między innymi elewacji hotelu Bristol. Wnętrze szkoły było obszerne, ale wystrój dość oszczędny. Na schodach stały ogromne donice z palmami. Budowę gmachu szkolnego przerwała pierwsza wojna światowa. Ukończono ją w 1919 roku, wtedy też oficjalnie powołano do życia szkołę. Pierwszym dyrektorem został Szczepan Bońkowski. Oprócz kształcenia na wysokim poziomie szkoła promowała uczniów zwracając uwagę na - jak to wówczas mówiono - czynnik obywatelski i społeczny drogą kształtowania woli i charakteru. Kandydaci do gimnazjum przechodzili egzaminy i badania psychologiczne. Nauka kosztowała w latach 30. - 85 zł za półrocze, wpisowe - 10 zł, egzaminy i badania - 7 zł. Synowie pracowników państwowych, kupców oraz dzieci niezamożnych rodziców z dobrymi wynikami w nauce i sprawowaniem, mogli uzyskać ulgi w opłatach nawet do 70 procent. Absolwenci, w przeważającej mierze, zaraz po jej zakończeniu podejmowali pracę w handlu. Taka miała być pewnie i moja przyszłość, los jednak spłatał mi figla.
Od lewej - Halina, Zygmunt, Zofia, mama Marianna, Leokadia. Warszawa, 1930 r. (archiwum rodzinne Zygmunta Jatczaka)
Mój ojciec, Jan Jatczak, był przedwojennym policjantem. Zmarł nagle w wieku 54 lat podczas służby w 1937 roku, dokładnie nigdy się nie dowiedziałem co się stało. Podobno dostał wylewu i zmarł, miałem wówczas 13 lat.
Tata był całe życie wojskowym, najpierw w armii rosyjskiej podczas zaborów, w 1905 walczył w Mandżurii z Japończykami, w 1912 roku walczył na Kaukazie z Turkami, a w 1914 bił się w Galicji, w Karpatach, gdzie dostał się do niewoli. W obozie jenieckim ojciec był do końca wojny w 1918 roku. Z tego co opowiadał to siedział w obozie gdzieś na terenie Albanii, zdaje się, że w Kosowie. Po zwolnieniu z obozu wrócił już do wolnej Polski i wstąpił w 1919 roku do milicji jak wówczas nazywano siły policyjne. W ten sposób zaczął swoją karierę w Policji Państwowej.
Mama, Marianna z domu Rykaczewska, była przy mężu, jak to się wówczas mówiło. Zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Praca ojca dawała wystarczające zabezpieczenie finansowe. Po jego śmierci mama dostała rentę. W domu było nas czworo dzieci, dwie starsze siostry przyrodnie z pierwszego małżeństwa mojego ojca - Zofia i Leokadia, oraz siostra Halina i ja - dzieci z moją mamą. Nasza rodzina miała masę szczęścia podczas wojny, wszyscy przeżyliśmy, choć wiele razy byliśmy na granicy życia i śmierci. Inni tyle szczęścia nie mieli.
Tak więc przed wojną, po śmierci ojca, wychowywałem się w pełnym kobiet domu. Z tego co pamiętam, to zawsze byłem drobnej budowy, a nawet mama nazywała mnie niejadkiem. W sumie to chyba zostało mi do dzisiaj, że niewiele muszę zjeść. A i tak znakomicie się czuję. Może to sekret długowieczności?
Boernerowo, niedzielny wypad z przyjaciółmi w Warszawie 1943 r. Na drzewie Zygmunt Jatczak, stoi Paweł Pieśko mąż siostry Haliny, Halina z lewej strony. (archiwum rodzinne Zygmunta Jatczaka)