Nie chcę o tym mówić. Jak poradzić sobie z męską depresją - Terrence Real

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Jest oczy­wi­ste, że ta książka, poświę­cona przede wszyst­kim rela­cjom pomię­dzy męż­czy­znami, bar­dzo wiele zawdzię­cza bar­dzo wielu róż­nym ludziom. Kon­cep­cje w niej przed­sta­wione nie mogłyby się naro­dzić bez geniu­szu dwóch zupeł­nie odmien­nych kobiet, Olgi Silver­stein i Pii Mel­lody, z któ­rych każda jest w swo­jej dzie­dzi­nie posta­cią legen­darną. Od Olgi zapo­ży­czy­łem odwagę w kwe­stio­no­wa­niu dotych­cza­so­wych teo­rii męskiego roz­woju. To ona pierw­sza wpa­dła na pomysł takiej książki i moje dzieło sta­nowi parę dla jej wspa­nia­łej pracy o mat­kach i synach -?The Courage to Raise Good Man. Rów­nież dług wobec Pii jest widoczny w całej książce. Jej doro­bek miał nie tylko zasad­ni­czy wpływ na moją prak­tykę tera­peu­tyczną, lecz zmie­nił także moje wła­sne życie. Jack Stern­bach nauczył mnie więk­szo­ści tego, co potra­fię w dzie­dzi­nie pro­wa­dze­nia męskich grup tera­peu­tycz­nych. To on wpro­wa­dził mnie w rewo­lu­cyjne kon­cep­cje Joe Plecka i on pod­su­nął mi ideę męż­czy­zny jako "skrzyw­dzo­nego krzyw­dzi­ciela". Pra­gnę też podzię­ko­wać moim przy­ja­cio­łom i kole­gom z Insty­tutu Rodziny w Cam­bridge, pla­cówki, która wycho­wała trzy poko­le­nia tera­peu­tów rodzin­nych Nowej Anglii. Szcze­gól­nie wiele zawdzię­czam moim men­to­rom: Char­le­sowi Verge, Caro­line Marvin, Richar­dowi Cha­si­nowi, Ric­kowi Lee, Davi­dowi Tre­adway­owi, Sally Ann Roth i Kathy Wein­gar­ten. Jeśli moja książka zapala jakieś świa­tło nadziei dla męż­czyzn i ich rodzin, jest to wasza zasługa. Moja wdzięcz­ność nie ma gra­nic.

Moja agentka lite­racka, Beth Vesel, była jedną z pierw­szych archi­tek­tek tej pracy, prze­wod­niczką, opie­kunką i muzą, a także nie­zwy­kle wni­kliwą czy­tel­niczką. We wdzięcz­nej pamięci zacho­wuję współ­pracę z Eli­za­beth Stone, a także wytrwałą pracę badaw­czą Riny Amiri. Pra­gnę podzię­ko­wać Perowi Gjerde z Uni­wer­sy­tetu Stan­forda za cie­płe wspar­cie i wska­zówki, Bes­se­lowi van der Kol­kowi za jego mądrość, otwar­tość i pre­cy­zję, Davi­dowi Lisa­kowi i Ronowi Levan­towi za wiele cen­nych pomy­słów.

Na głę­boką wdzięcz­ność zasłu­gują pra­cow­nicy wydaw­nic­twa. Vir­gi­nia LaPlante była moją kry­tyczką i aku­szerką mojej pracy. Inte­li­gen­cja Gail Win­ston pozo­sta­wiła wyraźny ślad na całej książce. Nan Gra­ham i Gil­lian Blake dopro­wa­dziły ją do osta­tecz­nej postaci. Nan Gra­ham wywarła wpływ na moją wła­sną wizję dzieła, a Gil­lian Blake wnio­sła do tek­stu swą bły­sko­tliwą pre­cy­zję. Myślą i ener­gią tych czte­rech kobiet prze­po­jona jest każda strona książki.

Pod­czas pracy nad książką mnie i moją rodzinę ota­czało wielu życz­li­wych, kocha­ją­cych przy­ja­ciół: Jef­frey i Che­ryl Kat­zo­wie, Scott Camp­bell i Richard Mac­Mil­lan, Rick Thom­son i Judy Wine­land, Denise i Ken­neth Mala­men­to­wie, Mar­gie Schaf­fel i Peter Bel­son, Car­ter, Susan i Jes­sica Umbar­ge­ro­wie, Jef­frey Kerr, Mora Rothen­berg, Win­th­rop Burr, Mere­dith Kan­tor, Mel Bucholtz, Gerry Scha­mess, Kri­stin Wainw­ri­ght, Joan Wic­ker­sham, Ala i Debo­rah Slo­bod­ni­ko­wie -?wszy­scy bar­dzo, bar­dzo cier­pliwi.

Pra­gnę podzię­ko­wać męż­czy­znom, kobie­tom, chłop­com i dziew­czę­tom, z któ­rymi mia­łem zaszczyt pra­co­wać przez wszyst­kie te lata. Ta książka jest nade wszystko pomni­kiem ich hero­izmu.

Na koniec muszę oddać należne mojemu naj­bo­gat­szemu źró­dłu inspi­ra­cji, mojej żonie Belin­dzie Ber­man. Oprócz godzin cięż­kiej pracy i wspar­cia dzię­kuję ci także za twoje odda­nie, głę­bię myśli i nie­za­wodną inte­li­gen­cję. Miłość do cie­bie jest naj­lep­szą rze­czą, jaka mi się kie­dy­kol­wiek przy­tra­fiła. Moim dzie­ciom, Justi­nowi i Alek­san­drowi, jestem wdzięczny za tole­ran­cję i entu­zjazm. Ile­kroć wpa­da­łem w otę­pie­nie i duch we mnie upa­dał, wasza sło­neczna obec­ność przy­wra­cała mnie do życia.

Na każ­dym kroku moich wędró­wek przez ciemną knieję korzy­sta­łem z pomocy i towa­rzy­stwa innych ludzi. Bło­go­sła­wię wszyst­kich moich towa­rzy­szy podróży.

Prolog

Syn chce pamię­tać to, o czym ojciec wolałby zapo­mnieć.

Przy­sło­wie żydow­skie

W szkole śred­niej mój ojciec był świad­kiem uto­nię­cia dwóch zna­jo­mych chłop­ców na wybrzeżu New Jer­sey. Jed­nego z nich wcią­gnął pod­wodny prąd, a drugi zanur­ko­wał, aby go rato­wać. Ta tra­ge­dia stała się źró­dłem jed­nej z jego ulu­bio­nych mak­sym. "Nie zbli­żaj się zanadto do toną­cego, bo wczepi się w cie­bie -?mawiał ojciec. -?Pocią­gnie cię za sobą na dno. Lepiej rzuć mu coś, linę albo koło ratun­kowe. Ale nie doty­kaj go, nie płyń za nim". Powta­rzał to od czasu do czasu mnie i mojemu bratu, jakby to była rze­czowa rada doty­cząca pro­wa­dze­nia samo­chodu czy nauki, jakby rato­wa­nie toną­cych było codzien­nym ludz­kim doświad­cze­niem. O wypadku tych dwóch chło­pa­ków dowie­dzia­łem się dużo póź­niej, gdyż ojciec przez całe moje dzie­ciń­stwo nie opo­wia­dał ni­gdy o sobie, zawsze tylko o innych.

Dopiero po dwu­dzie­stu latach ojciec zaczął mówić o wła­snym życiu. Pamię­tam pierw­szy raz, kiedy się na to zdo­był. Pozo­stał mi w pamięci szorstki dotyk naszej sta­rej, żół­tej kanapy, na któ­rej sie­dzie­li­śmy. Było mi nie­wy­god­nie obok potęż­nej masy ojcow­skiego ciała. W wieku sześć­dzie­się­ciu dwóch lat był wiel­kim męż­czy­zną, ważą­cym dobrze ponad dwie­ście fun­tów, z sze­ro­kimi ramio­nami, wypu­kłą pier­sią i ogrom­nym brzu­szy­skiem, które pię­trzyło się przed nim niczym basowy bęben wyda­jący głę­bo­kie tony -?jego śmiech.

Ruchy i gesty ojca były sze­ro­kie, zama­szy­ste, toporne jak figury, które rzeź­bił w garażu -?abs­trak­cyjne, nie­czy­telne kształty na masyw­nych pod­sta­wach -?albo jak jego gniew, który wybu­chał nagle jak sztorm, bez żad­nego kon­kret­nego powodu czy myśli, jak u dzi­kiej bestii.

Mój bliź­niak Les miał dość rozumu, żeby sie­dzieć cicho i nie rzu­cać się w oczy, ale ja byłem uko­cha­nym dziec­kiem taty. Byłem wraż­liwy. Byłem dla niego pro­ble­mem. "Ty mały łobu­zie, spiorę cię tak, że wytrzą­snę z cie­bie duszę" -?mawiał ojciec i cza­sami wyglą­dało na to, że naprawdę zamie­rza speł­nić obiet­nicę. Ta bru­tal­ność powinna mnie od niego odstrę­czać i wła­ści­wie tak było. Ale na jakimś bar­dziej ele­men­tar­nym pozio­mie zbli­żało nas to do sie­bie. Kiedy wybu­chał nie­kon­tro­lo­waną wście­kło­ścią, nawet kiedy bił, ni­gdy nie tra­ci­łem z nim kon­taktu. Bar­dziej niż fizyczny ból osza­ła­miały mnie jego nie­po­czy­tal­ność, jego uraza, jego cier­pie­nie, wypeł­nia­jąc mnie roz­pa­czą i zwąt­pie­niem. Z utę­sk­nie­niem cze­ka­łem na koniec rytu­ału, by móc pójść do łóżka, nakryć się z głową i zasnąć.

Póź­niej, w okre­sie dora­sta­nia, zaczą­łem szu­kać takiego odprę­że­nia w nar­ko­ty­kach i w dresz­czu ryzyka. Było jesz­cze gorzej. Moje życie zwra­cało się w nie­bez­piecz­nym kie­runku. Zaczą­łem się nawet zasta­na­wiać, który z nas prze­żyje, ja czy ojciec.

Kiedy mia­łem dwa­dzie­ścia sie­dem lat, zebra­łem się na odwagę i popro­si­łem ojca, żeby opo­wie­dział mi o swoim dzie­ciń­stwie. Pró­bo­wał zwy­kłych manew­rów: naj­pierw przy­jął postawę obronną, potem chciał obró­cić wszystko w żart i uciec od tematu. Ale w tym cza­sie byłem już uzbro­jony w umie­jęt­no­ści począt­ku­ją­cego tera­peuty. Mia­łem za sobą szkołę otwie­ra­nia zamknię­tych serc.

-?Wiesz, matka i ja pod­ję­li­śmy z roz­my­słem decy­zję, by trzy­mać was z dala od tego wszyst­kiego -?zaczyna.

-?Rozu­miem -?mówię.

-?Nie chcie­li­śmy was tym obcią­żać.

-?Doce­niam to.

-?Ale myślę, że teraz jesteś już dość duży... -?zająk­nął się.

Mil­czę. Ojciec robi pauzę.

-?Nie masz poję­cia, jak wtedy było. W latach Wiel­kiego Kry­zysu...

Znowu na chwilę prze­rywa, po czym kon­ty­nu­uje. Miał nie wię­cej niż sześć albo sie­dem lat, kiedy jego matka umarła na prze­wle­kłą cho­robę, któ­rej nazwy nie zdo­łał zapa­mię­tać. W gło­wie pozo­stały mu tylko nie­ja­sne obrazy i mętne wspo­mnie­nia o matce, jej cie­ple i zaraź­li­wym śmie­chu.

Po jej śmierci wszystko spa­dło na głowę jego ojca, Abe'a, "czło­wieka sła­bego i bier­nego". Abe stra­cił pracę, otwo­rzył rodzinny skle­pik, ale wkrótce zban­kru­to­wał. Ponie­waż nie dawał sobie rady, rodzina się roz­dzie­liła. Mój ojciec Edgar i jego młod­szy brat Phil zamiesz­kali z kuzy­nem. Ciotka Sylvie była nie­przy­jemną osobą. Jesz­cze przed Kry­zy­sem zgorzk­niała, po przy­ję­ciu na wycho­wa­nie mło­do­cia­nych krew­nych nie pró­bo­wała nawet zmie­nić swo­jego jado­wi­tego uspo­so­bie­nia. Cecho­wało ją codzienne, banalne okru­cień­stwo.

-?Na czym to pole­gało, tato? -?pytam.

-?Ech, bo ja wiem. -?Wzru­sza ramio­nami.

-?Ale jak to było? -?powta­rzam pyta­nie.

W końcu udaje mi się skło­nić ojca, żeby opo­wie­dział. O poni­że­niu, jakie czuł, nosząc ubra­nia z dru­giej ręki, o tym, jak Sylvie poda­wała im posiłki z komen­ta­rzami w rodzaju: "Dla Ste­vena duży kawał kur­czaka, bo to mój syn, a dla cie­bie, Edgar, mały, bo jesteś obcy".

W wieku jede­na­stu czy dwu­na­stu lat gniew nur­tu­jący mojego ojca, pozba­wio­nego opieki rodzi­ców, doszedł do punktu wrze­nia. Jego brat był wciąż dosta­tecz­nie młody i bez­tro­ski, by można go było kształ­to­wać, ale on zaczął odre­ago­wy­wać. W szkole pro­wo­ko­wał awan­tury, w domu pod­kra­dał różne dro­bia­zgi, wresz­cie uwi­kłał się w jedną czy dwie "afery", po któ­rych ciotka się go pozbyła. Tra­fił do domu dziad­ków w innej czę­ści mia­sta.

-?I co zro­bi­łeś? -?pytam.

-?Co niby miał­bym zro­bić? Cho­dzi­łem do szkoły, pra­co­wa­łem.

-?Czy mia­łeś przy­ja­ciół?

-?Zdo­by­wa­łem przy­ja­ciół.

-?Czy widy­wa­łeś się z Phi­lem i twoim ojcem?

Tak, widy­wał się. Przez całą tamtą zimę po szkole masze­ro­wał sześć mil przez śnieg do domu Sylvie, żeby zjeść z nimi obiad. Prze­sia­dy­wał potem nad fili­żanką kakao, dopóki Sylvie nie powie­działa, żeby już sobie poszedł. I znowu wra­cał samot­nie na pie­chotę.

Zer­kam przez okno naszego nie­du­żego miesz­ka­nia nad morzem na nagie, listo­pa­dowe drzewa. Wyobra­żam sobie dwu­na­sto­latka wędru­ją­cego wśród śnie­życy.

-?Jak to było? -?pytam. -?Jak się wtedy czu­łeś?

Ojciec wzru­sza ramio­nami.

-?Jak się czu­łeś? -?napie­ram.

-?Myślę, że było tro­chę zimno.

-?Nie gadaj mi o zim­nie, powiedz prawdę.

-?Nie cho­wam urazy, Terry. -?Jego ton mnie mrozi. -?Oni robili to, co musieli robić, jasne? To były cięż­kie czasy. A poza tym -?mówi już spo­koj­niej -?mogę to zro­zu­mieć. Nie byłem łatwym dziec­kiem.

-?Ale byłeś dziec­kiem -?pod­kre­ślam.

Ojciec kręci głową.

-?Tak, ale naprawdę trud­nym. Byłem takim paskud­nym, małym sukin­sy­nem.

-?Jakim ty mogłeś być sukin­sy­nem, tato? Prze­cież mia­łeś dopiero dwa­na­ście lat!

-?Sam nie wiem. -?Odwraca głowę i zapada się w sobie.

-?Spójrz na mnie. -?Ujmuję go za ramię. -?Mam to gdzieś, co wtedy wyra­bia­łeś, rozu­miesz? Byłeś dziec­kiem. Stra­ci­łeś matkę, ojciec cię opu­ścił. Nie zasłu­ży­łeś na taki los, prawda? Nie dociera to do cie­bie? Nie zasłu­ży­łeś!

Ojciec patrzy na mnie swo­imi nie­bie­skimi oczami powięk­szo­nymi przez grube szkła.

-?No, niech będzie -?wzdy­cha.

Potem, rów­nie nagle jak przy wybu­chach zło­ści, otwiera ramiona i przy­ciąga mnie do sie­bie. Bez słowa, z dzie­cinną czu­ło­ścią i bra­kiem skrę­po­wa­nia składa głowę na mojej piersi. Przy­tu­la­jąc go, czuję zna­jomą woń kawy, papie­ro­sów i kremu do gole­nia. Jego wielka głowa ciąży mi, fizycz­nie jest mi nie­wy­god­nie, wręcz nie­przy­jem­nie, ale kiedy pró­buje się odsu­nąć, instynk­tow­nie wzmac­niam uścisk. Deli­kat­nie, nie­śmiało gła­dzę jego plecy i gęste włosy.

-?Wszystko w porządku, tato -?mru­czę.

Patrząc nad jego głową na drzewa za oknem, zasta­na­wiam się, co będzie z nami dalej. Na­dal mu nie prze­ba­czy­łem i nie zaufa­łem, ale coś w głębi mnie zaczyna tajać.

Tego wie­czoru pierw­szy zie­lony pęd przedarł się przez kamienny mur. Za nim poszły dal­sze. W latach, które nastą­piły, zbli­ża­li­śmy się do sie­bie coraz bar­dziej. Jed­no­cze­śnie moje życie toczyło się w pomyśl­nym kie­runku, pod­czas gdy sytu­acja ojca sta­wała się coraz bar­dziej bez­na­dziejna. Bez­sil­nie obser­wo­wa­łem, jak kło­poty finan­sowe, izo­la­cja spo­łeczna, na koniec ciężka cho­roba przy­tła­czały go i tłam­siły, wysy­sa­jąc soki żywotne. Trwa­łem przy nim. Dawa­łem z sie­bie wszystko, co mogłem.

Pocho­wa­łem ojca we wrze­śniu 1989 roku. Ostat­niej nocy, kiedy zosta­łem sam przy jego łóżku, pobło­go­sła­wi­li­śmy się nawza­jem. Gdy naza­jutrz rano wsze­dłem do szpi­tal­nej sali, już nie żył. Głowę miał odrzu­coną do tyłu, oczy zamknięte, usta otwarte. To nie był mój tata, to było tylko jego ciało, nie wię­cej niż jedna z jego gip­so­wych rzeźb. Dotkną­łem jego oczu i uca­ło­wa­łem go. Na war­gach pozo­stał mi gorzko-gli­nia­sty posmak.

Czę­sto myśla­łem o jego szkol­nych kole­gach, któ­rzy uto­nęli na jego oczach, i o jego radzie: "Nie zbli­żaj się do nich. Pocią­gną cię za sobą". Ta rada, jak wiele innych, nie była słuszna. Nie pocią­gnął mnie za sobą do ciem­nej mogiły. Ale też nie wyzwo­li­łem się z jego uści­sku.

Roz­dział pierw­szy

Skrywana męska depresja

W środku podróży życia zna­la­złem się na mrocz­nej ścieżce.

Dante1

Kiedy patrzę na nie­po­ro­zu­mie­nia ojców z synami, prze­peł­nia mnie poczu­cie cze­goś zna­jo­mego. Każdy męż­czy­zna jest czy­imś synem i więk­szość z nich, czy sobie z tego zdają sprawę, czy nie, jest wobec ojców lojalna. Mój wła­sny ojciec był oso­bo­wo­ścią zbi­ja­jącą z tropu: z jed­nej strony bru­talny, z dru­giej -?godny poża­ło­wa­nia. W dzie­ciń­stwie mój cha­rak­ter wchło­nął dozę mrocz­nej, postrzę­pio­nej pustki, z którą zma­ga­łem się pra­wie do trzy­dziestki. Jak to zwy­kle bywa, ojciec prze­ka­zał mi - poprzez spoj­rze­nia, ton głosu, rodzaj dotyku -?swoją depre­sję, o któ­rej nie wie­dział, rów­nie nie­uchron­nie, jak sam otrzy­mał ją od swo­jego ojca. To był łań­cuch nie­doli, tok­syczny spa­dek przez poko­le­nia wią­żący rodzi­ców z potom­kami.

Z per­spek­tywy czasu jest dla mnie jasne, że zosta­łem tera­peutą mię­dzy innymi dla­tego, by móc kul­ty­wo­wać umie­jęt­no­ści potrzebne do uzdro­wie­nia ojca -?przy­naj­mniej na tyle, by skło­nić go do szcze­rej roz­mowy. Musia­łem poznać jego prze­szłość, aby zro­zu­mieć jego bru­talne zacho­wa­nia i uśpić nie­na­wiść, którą do niego czu­łem. Z początku robi­łem to nie­świa­do­mie, nie z jakiejś wiel­kiej miło­ści, lecz pchany instynk­tem samo­za­cho­waw­czym. Chcia­łem zerwać z tym dzie­dzic­twem.

Można by pomy­śleć, że wnio­słem do swo­jej pracy zawo­do­wej szcze­gólne uwraż­li­wie­nie na prze­jawy depre­sji u męż­czyzn, ale począt­kowo wcale tak nie było. Mimo zdo­by­tego w bólach oso­bi­stego doświad­cze­nia minęły lata, zanim mia­łem dość odwagi, by zachę­cać pacjen­tów do wyru­sze­nia w podróż, którą sam odby­łem. Ani stu­dia, ani prak­tyka nie przy­go­to­wały mnie do tak głę­bo­kiego wej­ścia w cudzy wewnętrzny ból i sta­wia­nia mu czoła. Jak więk­szość tera­peu­tów -?a wła­ści­wie więk­szość ludzi w naszej kul­tu­rze - byłem przy­uczony do obcho­dze­nia z daleka ukry­tej kru­cho­ści męż­czyzny. Uczono mnie także, iż depre­sja jest głów­nie kobiecą cho­robą2, że odse­tek kobiet cier­pią­cych na nią jest dwa do czte­rech razy wyż­szy niż męż­czyzn. Kiedy roz­po­czy­na­łem prak­tykę kli­niczną, wie­rzy­łem w pro­stą wymowę tych liczb, ale dwa­dzie­ścia lat pracy z męż­czyznami i ich rodzi­nami dopro­wa­dziło mnie do prze­ko­na­nia, że zagad­nie­nie depre­sji jest w rze­czy­wi­sto­ści o wiele bar­dziej zło­żone.

Depre­sję męż­czyzn ota­cza w naszym spo­łe­czeń­stwie prze­raź­liwa zmowa mil­cze­nia, rodzaj kul­tu­ro­wego tabu.

Jak na iro­nię, te same czyn­niki, które przy­czy­niają się do depre­sji, spra­wiają, że jej nie dostrze­gamy. Uważa się, że męż­czy­zna nie powi­nien być zbyt wraż­liwy. Powi­nien prze­cho­dzić do porządku nad cier­pie­niem. Jeśli się zała­mie pod jego cię­ża­rem, będzie uwa­żał, że się zhań­bił, i co gor­sza, to samo pomy­ślą krewni i przy­ja­ciele, nawet spe­cja­li­ści od zdro­wia psy­chicz­nego. A wła­śnie skry­wane cier­pie­nie leży, moim zda­niem, u korzeni wielu pro­ble­mów w męskim życiu. Ukryta depre­sja jest źró­dłem licz­nych nie­pra­wi­dło­wo­ści, które uważa się za typowo męskie: cho­rób psy­chicz­nych, alko­ho­li­zmu i nar­ko­ma­nii, prze­mocy w rodzi­nie, nie­po­wo­dzeń w życiu intym­nym, auto­de­struk­cyj­nych zacho­wań w pracy.

Wolimy nie dostrze­gać depre­sji u męż­czyzn, ponie­waż cho­roba ta jest postrze­gana jako nie­mę­ska. W prze­ko­na­niu wielu osób depre­sja ozna­cza podwójne piętno: cho­roby psy­chicz­nej i "kobie­cej" emo­cjo­nal­no­ści. Kobieta pozo­sta­jąca w związku z męż­czyzną cier­pią­cym na depre­sję czę­sto staje wobec bole­snego dyle­matu. Może albo sta­wić czoło pro­ble­mowi part­nera, ryzy­ku­jąc, że go w ten spo­sób jesz­cze bar­dziej upo­ko­rzy, albo wspól­nie z nim uda­wać, że wszystko jest w porządku, co nie rokuje nadziei na poprawę. Męż­czy­zna postrzega depre­sję jako stan kom­pro­mi­tu­jący i zawsty­dza­jący, więc naj­czę­ściej pozo­staje nie­roz­po­znana ani przez niego, ani przez jego oto­cze­nie. A prze­cież oddzia­ły­wa­nie tego ukry­tego zabu­rze­nia jest przy­tła­cza­jące.

Oce­nia się, że każ­dego roku zmaga się z depre­sją jede­na­ście milio­nów osób. Zwią­zane z nią obni­że­nie wydaj­no­ści pracy w połą­cze­niu z wydat­kami na lecze­nie kosz­tuje Stany Zjed­no­czone ponad 47 miliar­dów dola­rów rocz­nie -?kwotę porów­ny­walną z kosz­tami cho­rób serca3. A mimo to w więk­szo­ści przy­pad­ków depre­sja nie jest dia­gno­zo­wana. Jakieś 60 do 80 pro­cent cho­rych nie otrzy­muje żad­nej pomocy4. Cisza wokół depre­sji jest tym bar­dziej ude­rza­jąca, że jej lecze­nie dobrze rokuje5. Według obec­nych ocen psy­cho­te­ra­pia w połą­cze­niu ze środ­kami far­ma­ko­lo­gicz­nymi pozwala na poprawę stanu zdro­wia 80-90 pro­cent pacjen­tów z depre­sją -?o ile zwrócą się o pomoc6. Praca z męż­czy­znami i ich rodzi­nami nauczyła mnie, że nie­za­leż­nie od opo­rów przed przy­zna­niem się do depre­sji czę­sto po pro­stu nie potra­fimy jej stwier­dzić, gdyż u męż­czyzn prze­ja­wia się w inny spo­sób niż u kobiet7.

Do naj­istot­niej­szych róż­nic mię­dzy męż­czy­zną a kobietą należą zacho­wa­nia zwią­zane z emo­cjami. Dla­czego więc depre­sja, zabu­rze­nie emo­cji -?w języku psy­chia­trii zabu­rze­nie afek­tywne -?mia­łaby być trak­to­wana w ten sam spo­sób nie­za­leż­nie od płci, jeśli nie czy­nimy tak w przy­padku innych pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych8? Cho­ciaż wielu męż­czyzn prze­żywa depre­sję podob­nie jak kobiety, u znacz­nie więk­szej liczby mani­fe­stuje się ona w mniej uchwytny spo­sób i czę­sto ucho­dzi uwa­dze, acz­kol­wiek wyrzą­dza wiel­kie szkody. Na czym pole­gają te spe­cy­ficz­nie męskie formy depre­sji? Jakie są ich przy­czyny? Czy etio­lo­gia tego zabu­rze­nia jest taka sama u obu płci? Sądzę, że nie. Nie tylko prze­jawy depre­sji są inne u kobiet i męż­czyzn, lecz także droga do niej wio­dąca wydaje się odmienna.

Tra­dy­cyjne w naszej kul­tu­rze wycho­wa­nie nakła­nia zarówno dziew­częta, jak i chłop­ców do "roz­sz­cze­pie­nia oso­bo­wo­ści"9 . Dziew­czę­tom pozwala się na wyra­ża­nie emo­cjo­nal­no­ści i kul­ty­wo­wa­nie więzi, nato­miast sys­te­ma­tycz­nie znie­chęca się je do roz­wi­ja­nia i wysta­wia­nia na próbę swo­jego publicz­nego, aser­tyw­nego ja10. U chłop­ców, dla kon­tra­stu, wspiera się mani­fe­sto­wa­nie aser­tyw­nego ja, nato­miast hamuje nie­skrę­po­wane wyra­ża­nie emo­cji oraz umie­jęt­ność two­rze­nia i pod­trzy­my­wa­nia głę­bo­kich więzi. Femi­ni­styczni bada­cze i naukowcy od dzie­się­cio­leci przy­glą­dają się uważ­nie pre­sji, która blo­kuje pełny roz­wój oso­bo­wo­ści dziew­cząt, i ruj­nu­ją­cym nie­kiedy efek­tom utraty auten­tycz­nego ja. Pora wresz­cie zro­zu­mieć, że syme­tryczny pro­ces ma miej­sce w życiu chłop­ców i męż­czyzn.

W świe­tle now­szych badań stało się jasne, że podat­ność na depre­sję jest zazwy­czaj dzie­dzi­czo­nym uwa­run­ko­wa­niem bio­lo­gicz­nym. Każdy chło­piec i każda dziew­czynka z okre­ślo­nym zesta­wem chro­mo­so­mów są szcze­gól­nie nara­żeni na tę cho­robę11. Lecz w więk­szo­ści przy­pad­ków sama bio­lo­giczna podat­ność nie wystar­cza, by roz­wi­nęła się depre­sja. Musi wystą­pić w parze z ranami psy­cho­lo­gicz­nymi12. I tu wła­śnie wcho­dzą w grę kwe­stie płci. Tra­dy­cyjne wycho­wa­nie wyrzą­dza krzywdę zarówno dziew­czę­tom, jak i chłop­com, każ­dej płci w odrębny, ale kom­ple­men­tarny spo­sób. Dziew­częta, a póź­niej kobiety mają skłon­ność do inter­na­li­zo­wa­nia poczu­cia krzywdy. Obwi­niają sie­bie i zamy­kają się ze swoim bólem. Chłopcy i męż­czyźni, prze­ciw­nie, eks­ter­na­li­zują swoje krzywdy. Czę­ściej czują się ofiarą zewnętrz­nych oko­licz­no­ści i roz­ła­do­wują napię­cie w dzia­ła­niu. Wśród pacjen­tów szpi­tali psy­chia­trycz­nych, któ­rzy dopu­ścili się czy­nów gwał­tow­nych, prze­wa­żają męż­czyźni, nato­miast kobiety znacz­nie czę­ściej wyrzą­dzają krzywdę sobie. Zarówno w for­mach łagod­nych, jak i ostrych męska eks­ter­na­li­za­cja i kobieca inter­na­li­za­cja stwa­rzają pro­blemy, utrud­nia­jąc każ­dej z płci roz­wi­nię­cie peł­nej umie­jęt­no­ści utrzy­my­wa­nia więzi. Inter­na­li­za­cja bólu osła­bia kobietę cier­piącą na depre­sję i blo­kuje jej zdol­ność do bez­po­śred­niej komu­ni­ka­cji z oto­cze­niem. Męska ten­den­cja do wyrzu­ca­nia z sie­bie cier­pie­nia czę­sto ozna­cza coś wię­cej niż tylko kło­poty z intym­no­ścią. Może uczy­nić męż­czy­znę psy­cho­lo­gicz­nym zagro­że­niem. Zbyt czę­sto zra­niony chło­piec wyra­sta na męż­czy­znę, który sam rani innych, wywo­łu­jąc u swo­ich naj­bliż­szych taki wła­śnie roz­strój, jakiego nie chce dostrzec u sie­bie. Męska depre­sja bez pod­ję­cia środ­ków zarad­czych bywa zja­wi­skiem dłu­go­trwa­łym. Tak było w przy­padku moim i mojego ojca. I w takiej sytu­acji był David Ingles z rodziną, kiedy spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy.

-?Co może wyjść ze skrzy­żo­wa­nia praw­nika, dys­lek­tyka i paskud­nego cha­rak­teru? -?David, sam będący praw­ni­kiem, roz­piera się w swoim ulu­bio­nym fotelu w moim gabi­ne­cie.

Jego żona Ela­ine, rów­nież praw­niczka, kobieta po czter­dzie­stce, oraz sie­dem­na­sto­letni syn Chad nie oka­zują naj­mniej­szego zdzi­wie­nia. Ela­ine utkwiła wzrok gdzieś powy­żej lewego ucha męża. Nie patrząc na niego, mówi tylko: "Davi­dzie, nie tak!". Na chwilę zapada nie­zręczna, męcząca cisza. David patrzy na mnie przy­jaź­nie. Jest wyso­kim, pulch­nym męż­czy­zną o otwar­tej, śnia­dej twa­rzy i rzad­kich, ciem­nych wło­sach. Sie­dząca naprze­ciwko męża Ela­ine odsuwa swe drobne, ale silne ciało jak naj­da­lej od niego. Chad, dry­blas w wor­ko­wa­tych spodniach i T-shir­cie, zakłada ciemne oku­lary w dru­cia­nej oprawce a la John Len­non i prze­kręca swój obro­towy fotel do ściany.

-?Zdej­mij te oku­lary -?mru­czy David do Chada, który to igno­ruje.

Pod­czas gdy David patrzy na syna, Ela­ine zapew­nia mnie kolejny raz, że jest naprawdę dobrym ojcem, zaan­ga­żo­wa­nym i tro­skli­wym.

Zaj­muję się Davi­dem i Ela­ine już bli­sko sześć mie­sięcy. Ela­ine zgło­siła się do mnie z mężem począt­kowo nie z powodu syna, lecz w tro­sce o ich mał­żeń­stwo. Po dwu­dzie­stu latach musiała przy­znać, że czuje się -?i to od dłuż­szego czasu -?żało­śnie samotna. David był miły, uczynny i pomocny. Pro­blem pole­gał na tym, że miała wra­że­nie, jakby był nie­obecny. Przez jakiś czas podej­rze­wała, że ma kochankę, ale wyda­wał się zbyt nijaki, by zdo­być się na coś takiego. Coraz mniej smaku znaj­do­wał w życiu, nie cie­szył się ani nią, ani synem, ani nawet wła­snymi suk­ce­sami. Przez całe lata zbyt dużo pra­co­wał. Teraz zaczął rów­nież zbyt dużo pić i zbyt czę­sto wybu­chać gnie­wem. Ela­ine mar­twiła się jego napa­dami zło­ści, mar­twiła się o jego zdro­wie. Choć nie powie­działa tego otwar­cie, to w chwili, gdy się do mnie zwró­ciła, była już bli­ska decy­zji, by opu­ścić męża.

Dotych­czas David zno­sił bez słowa pre­ten­sje żony. Jego stra­te­gia pole­gała na przy­ję­ciu postawy wycze­ki­wa­nia, dopóki jej gniew nie ucich­nie. "Pew­nie napię­cie przed­mie­siącz­kowe" -?tak kwi­to­wał jej nie­za­do­wo­le­nie. Z pozy­cji tera­peuty poin­for­mo­wa­łem go, że będzie musiał tro­chę się zmie­nić. Kiedy jed­nak u Davida poja­wiły się oznaki poprawy, Chad zaczął odre­ago­wy­wać, więc popro­si­łem, żeby przy­pro­wa­dzili ze sobą syna "jako kon­sul­tanta". Chcia­łem usły­szeć, co ten chło­pak -?który od chwili uro­dze­nia był cen­tral­nym punk­tem ich związku -?ma do powie­dze­nia o swo­ich rodzi­cach. Ale Ela­ine miała inne plany.

-?David -?mówi Ela­ine bez­barw­nym gło­sem -?musisz powie­dzieć Terry'emu o biciu Chada.

-?Nie ude­rzy­łem go -?obu­rza się David.

-?Wszystko jedno. -?Wzru­sza ramio­nami Ela­ine. -?Trzeba poru­szyć tę sprawę.

David przez chwilę się waha, czy się opie­rać, czy ustą­pić. Potem wzdy­cha, odchyla się w fotelu i zaczyna opo­wia­dać.

-?Ostat­niego wie­czoru Chad gdzieś się wybie­rał z klu­czy­kami od samo­chodu w ręku. Ela­ine i ja byli­śmy w kuchni, więc zada­łem mu parę pytań. Wiesz, dokąd idziesz i te rze­czy.

-?A jakże! -?par­ska Chad.

David celuje w niego pal­cem wska­zu­ją­cym.

-?Czy nie mia­łem prawa pytać? Nie mia­łem?

-?No dobrze -?uspo­ka­jam go. -?Powiedz, co się dalej stało.

-?No więc on nic nie odpo­wie­dział. Poszli­śmy z Ela­ine za nim do garażu - spo­gląda na syna potę­pia­jąco -?a on zaczął mi wtedy pysko­wać, prawda? - zwraca się do Chada.

-?Jedź dalej -?mówię miękko.

-?Dobra, no to mówię mu: "Jeśli będziesz się tak do mnie odzy­wał, to nie weź­miesz wozu". Rozu­miesz, "wybór należy do cie­bie". A on wtedy rzu­cił klu­czy­kami w samo­chód.

-?Na pod­łogę -?mówi Chad.

-?W samo­chód -?powta­rza ojciec. -?I usły­sza­łem, jak mru­czy pod nosem: "Pie­przę cię".

David milk­nie. Pró­buję zło­wić jego wzrok.

-?I w tym momen­cie ty... -?zaczy­nam za niego.

-?Popchną­łem go.

-?Popchną­łeś go -?powta­rzam.

-?No wiesz, szturch­ną­łem go czy coś w tym rodzaju. -?David wpa­truje się w punkt na dywa­nie pomię­dzy swo­imi sto­pami.

-?Mocno? -?pytam.

David wzru­sza ramio­nami.

-?Dość mocno -?mówi Ela­ine.

Przez chwilę patrzę na Chada. Z powodu oku­la­rów nie mogę odczy­tać wyrazu twa­rzy, nie dostrzegł­bym nawet łez. Nagle uświa­da­miam sobie, jaki jest jesz­cze młody i szczu­pły.

Wstaję i pocią­gam za sobą Davida.

-?Pokaż mi, jak to było -?mówię.

Pod­czas typo­wej tera­pii indy­wi­du­al­nej pacjent opo­wiada tera­peu­cie o tym, co się mu zda­rzyło w świe­cie zewnętrz­nym. Przy tera­pii rodzin­nej główni boha­te­ro­wie tych wyda­rzeń czę­sto sie­dzą razem w gabi­ne­cie tera­peuty. Tra­dy­cyj­nym chwy­tem jest wów­czas przej­ście od opo­wiadania o przy­krych sytu­acjach do ich odgry­wa­nia. Powtó­rze­nie na pocze­ka­niu takiej sceny pod­wyż­sza tem­pe­ra­turę emo­cjo­nalną sesji, co tera­peuta może wyko­rzy­stać13.

Nie­chęt­nie, z wie­loma zastrze­że­niami i wymów­kami, rodzina pozwala mi zain­sce­ni­zo­wać wyda­rze­nie. Chad wciąż nie zdej­muje ciem­nych oku­la­rów. Kiedy docho­dzą do momentu, w któ­rym chło­pak rzu­cił klu­czami i mruk­nął pod nosem: "Pie­przę cię", David z nie­ocze­ki­wa­nym impe­tem popy­cha go na ścianę gabi­netu, aż wiszący na niej obraz spada z jed­nego haka. Chad z tru­dem łapie dech. David przy­ci­ska przed­ra­mie­niem jego gar­dło. Mię­śnie ma napięte, ciężko dyszy.

-?Powiedz to jesz­cze raz -?cedzi z groźbą w gło­sie. -?No, dalej, powiedz to!

Chad wal­czy o oddech. Jest prze­ra­żony. Ela­ine też. Nawet mnie moc­niej zabiło serce.

-?David -?doty­kam lekko jego ramie­nia, patrząc na Chada -?wszystko w porządku.

Czuję, jak jego muskuły wiot­czeją pod moim doty­kiem.

-?Już zała­pa­łem. Wszystko jasne. Dobra robota.

Wszy­scy ode­tchnę­li­śmy i po chwili nasze serca prze­stają walić jak mło­tem. Pro­szę Ela­ine, żeby zagrała Davida, a ona się zga­dza. Usta­wiam ją w tej samej pozy­cji, z przed­ra­mie­niem przy­ci­ska­ją­cym gar­dło syna. Następ­nie odcią­gam Davida w drugi koniec pokoju i mówię mu, żeby dobrze przyj­rzał się tej sce­nie. Sto­imy tak dość długo obok sie­bie, nie­mal ocie­ra­jąc się ramio­nami. Może to tylko gra mojej wyobraźni, ale czuję, jak bije od niego smu­tek niczym żar od ogni­ska.

-?Co widzisz, kiedy na to patrzysz? -?pytam. -?Co czu­jesz?

David zwie­sza głowę. Po dłuż­szej chwili się odzywa.

-?Wydaje mi się, że to nie jest w porządku -?mru­czy jakoś bar­dzo potul­nie.

-?Paskudna sytu­acja -?zga­dzam się. Po krót­kiej pau­zie przy­ta­kuje.

-?Powiedz to jemu. -?Wska­zuję w stronę gra­ją­cej jego rolę Ela­ine, która wciąż przy­ci­ska ramie­niem gar­dło syna. -?Powiedz mu to, co powi­nien usły­szeć.

David ner­wowo prze­stę­puje z nogi na nogę.

-?Zgłu­pia­łeś? -?bąka nie­pew­nie.

-?Nic podob­nego -?mówię, przy­su­wa­jąc się bli­żej. -?Powiedz mu.

David urywa na dłu­żej, w końcu unosi głowę i zwraca się do samego sie­bie odgry­wa­nego przez żonę. Nie jest już sztuczny ani zde­ner­wo­wany.

-?Prze­stań -?mówi cicho.

-?Co ma prze­stać? -?naci­skam.

-?Prze­stań trak­to­wać go w taki spo­sób. -?Jego głos jest słaby i bez­barwny.

-?Czy to wystar­czy, żeby powstrzy­mać tego typa?

-?Nie -?przy­znaje.

-?To musi być bar­dziej prze­ko­nu­jące -?mówię. -?Wię­cej żaru, rozu­miesz, co mam na myśli?

David kiwa głową.

-?Czy chcesz spró­bo­wać jesz­cze raz?

Nie odpo­wiada, lecz posłusz­nie przyj­muje bar­dziej zde­cy­do­waną postawę. Tym razem zebrał się w sobie i jego głos nabiera pew­nej mocy.

-?Prze­stań trak­to­wać go w taki spo­sób.

-?Za słabo -?mówię. -?Gło­śniej.

-?Prze­stań trak­to­wać go w taki spo­sób! -?powta­rza.

-?Dobrze! -?chwalę go. -?Teraz powiedz to jesz­cze raz, ale dodaj dla­czego.

-?Nie rób tak -?zaczyna. -?Po pro­stu nie rób tak...

I tu śluzy puściły.

-?Na litość boską, prze­cież to twój syn! -?wykrzy­kuje, zupeł­nie się już nie hamu­jąc. -?To twój syn!

Nagle z Davida ucho­dzi powie­trze, jest zmie­szany i pogrąża się w smutku. Choć pra­cuję z nim od mie­sięcy, pierw­szy raz widzę go w takim sta­nie. To jest otwar­cie.

Czu­jąc, jak jego przy­gnę­bie­nie nara­sta, pro­szę:

-?Powiedz, do kogo jesz­cze przed chwilą się zwra­ca­łeś. Czy widzia­łeś w tym typie kogoś wię­cej? Przy­ja­ciela? Nauczy­ciela? Matkę? Ojca?

David wygląda na zupeł­nie przy­bi­tego.

-?Bo ja wiem? -?bąka.

-?Więc kto to był? -?pytam łagod­nie.

-?Mój ojciec -?wyrzuca z sie­bie, zakło­po­tany i nie­za­do­wo­lony.

-?Opo­wiedz mi o nim.

David szki­cuje por­tret odpo­wie­dzial­nego, powścią­gli­wego męż­czy­zny, który ciężko haro­wał, by zapew­nić byt swoim bli­skim, który bar­dzo ich kochał, choć rzadko o tym mówił, i w któ­rym cza­sem budziła się bestia.

-?Widać nie­da­leko pada jabłko od jabłoni. -?David uśmie­cha się wsty­dli­wie.

-?Popra­cu­jemy nad tym -?zapew­niam go. Zamy­ślamy się obaj, patrząc na nie­ru­chomą scenę w dru­gim końcu pokoju. -?"Nie trak­tuj go w taki spo­sób" -?powta­rzam. -?David, czy mógł­byś przy­wo­łać jakieś wspo­mnie­nie czy scenę, w któ­rej odno­si­łoby się to do two­jego ojca?

Począt­kowo nie może sobie nic przy­po­mnieć, ale potem zaczyna mówić.

Ma sześć czy sie­dem lat i poka­zuje ojcu szkolną cen­zurkę ze złymi oce­nami. Boi się, bo z paru przed­mio­tów dostał D.

"W naszej rodzi­nie nie ma takich stopni" -?mówi sro­gim gło­sem ojciec we wspo­mnie­niu Davida. A potem w nagłym wybu­chu gniewu sięga po cen­zurkę i rwie ją na strzępy. "Zanieś to z powro­tem swo­jemu nauczy­cie­lowi".

Prze­ra­żony i obu­rzony młody David łapie ojca za ręce. "Po co to zro­bi­łeś?!" -?krzy­czy. Ojciec bez słowa cofa dłoń i wali syna pię­ścią w klatkę pier­siową, powa­la­jąc go na zie­mię.

-?Nie myśla­łem o tym od lat -?koń­czy David.

-?Pokaż mi to -?pole­cam, wsta­jąc ponow­nie.

Naj­pierw odgry­wam tę scenę z Davi­dem, potem zga­dzają się to uczy­nić Ela­ine i Chad. Odcho­dzimy z Davi­dem na bok, obser­wu­jąc Chada gra­ją­cego mło­dego Davida i Ela­ine w roli jego ojca.

"W naszej rodzi­nie nie ma takich stopni!" -?muszą powta­rzać to ze trzy razy, zanim scena wycho­dzi na tyle reali­stycz­nie, że w powie­trzu zapach­niało prze­mocą.

-?OK, Davi­dzie -?mówię. -?Teraz zrób z tym porzą­dek. Zrób tak, jak powinno być14.

Spo­gląda na mnie nie­pew­nie, ale potem bez słowa daje akto­rom znak, żeby zaczęli. Znowu prze­ra­żony malec podaje ojcu fatalną cen­zurę. Ojciec ją nisz­czy. Chło­piec pro­te­stuje. Ojciec bie­rze zamach do ude­rze­nia -?ale w tym momen­cie David robi krok do przodu i łapie karzącą pięść wła­sną, więk­szą dło­nią.

Patrzy "ojcu" w oczy i mówi zupeł­nie spo­koj­nie, ale z naci­skiem:

-?Nie rób tego, tato. Zostaw go w spo­koju.

Przy­su­wam się bli­żej i zauwa­żam, że dygoce.

-?Nie krzywdź go, tato -?pod­po­wia­dam.

-?Nie krzywdź go -?powta­rza David. W jego oczach lśnią łzy.

-?To prze­cież mały chło­piec -?pod­po­wia­dam.

-?To prze­cież mały chło­piec. -?David kuli się i zaczyna pła­kać. Jest to ury­wany, bez­dź­więczny szloch. Jego ramiona podry­gują spa­zma­tycz­nie.

-?Nie powstrzy­muj się -?mówię. -?Naba­wisz się tylko bólu głowy.

David siada, wciąż pła­cząc, z twa­rzą ukrytą w dło­niach. Ela­ine przy­suwa bli­żej swoje krze­sło i kła­dzie mu dłoń na udzie. Mówię Cha­dowi, żeby podał ojcu chu­s­teczki. Gdy to robi, David na chwilę, nie­mal ukrad­kiem, chwyta i ści­ska jego rękę. Chad zdej­muje swoje ciemne oku­lary i chowa je do kie­szeni koszuli.

David cier­piał na depre­sję, nie wie­dząc o tym. Nie­za­leż­nie od bio­lo­gicz­nych pre­dys­po­zy­cji, które mógł w sobie nosić, źró­dłem depre­sji było poczu­cie krzywdy noszone przez tam­tego małego chłopca -?wyni­ka­jące nie z opi­sa­nego poje­dyn­czego incy­dentu, lecz z setek, a nawet tysięcy podob­nych chwil, drob­nych prze­ja­wów zdrady i odrzu­ce­nia, może nie tak jaskra­wych, ale rów­nie ranią­cych. U osób z wro­dzoną podat­no­ścią na to zabu­rze­nie takie zda­rze­nia skła­dają się na solidny gmach depre­sji, która roz­wija się u chłopca, by wybuch­nąć potem u męż­czy­zny. Ukryty ból Davida pul­so­wał w jego wnę­trzu niczym bomba zega­rowa, cze­ka­jąc na wyzna­czoną mu chwilę. Odda­lił go od naj­bliż­szych. Popy­chał go do zacho­wań peł­nią­cych funk­cję emo­cjo­nal­nego bufora, takich jak praca ponad siły, picie alko­holu, akty prze­mocy. Kiedy po raz pierw­szy do mnie przy­szedł, jego syn był bli­ski porzu­ce­nia szkoły, a żona roz­wa­żała wystą­pie­nie o roz­wód. Bomba mogła w każ­dej chwili wybuch­nąć, jego życiu gro­ziła kata­strofa. I ani on, ani nikt z jego bli­skich nie rozu­miał, dla­czego tak się dzieje. Ale ja wie­dzia­łem.

Wie­dzia­łem, jak to jest, kiedy wła­sny ojciec wyci­ska z cie­bie dech, kiedy rzuca tobą o ścianę, kiedy gotów jesteś mu oddać. Zna­łem te lep­kie sznury miło­ści zmie­sza­nej z nie­na­wi­ścią, które wiążą rodzi­ców z dziećmi przez całe poko­le­nia, i pomo­gło mi to odkryć sekret Davida. Gdzieś w głębi, pod jego zło­śli­wymi wysko­kami, pod nad­uży­wa­niem alko­holu, pod uprze­dze­niami skry­wał się tam­ten mały chło­piec. Pogrą­żona w depre­sji część Davida, tkwiące w nim dziecko, któ­rego obec­no­ści nie był świa­dom, cze­kało w mroku, pełne uraz, na pro­mień świa­tła, nisz­cząc każ­dego, kto zna­lazł się w pobliżu. Tego popo­łu­dnia w moim gabi­ne­cie David zdo­był się na wielką odwagę, pozwa­la­jąc, by ból, który nosił w sobie od dzie­się­cio­leci, wyrwał się wresz­cie na powierzch­nię. Jego bez­bron­ność przy­cią­gnęła do niego na powrót uko­chane osoby. Ujaw­nie­nie ukry­tej depre­sji pozwo­liło mu ponow­nie na kon­takt doty­kowy z ludźmi po dłu­gim okre­sie sztyw­nego skry­wa­nia się w zbroi zaha­mo­wań. W swej walce David Ingles nie jest już sam.

Aby pomóc komuś takiemu jak David, muszę naj­pierw "dobrać się do niego", wywa­żyć zamknięte drzwi. Bez pomocy z zewnątrz pacjent nie wydo­bę­dzie swo­jej depre­sji na świa­tło dzienne. Kobiety w depre­sji cier­pią w spo­sób widoczny; męż­czyźni czę­sto tylko "mają pro­blemy". Nie­raz roz­strój psy­chiczny prze­ży­wają otwar­cie nie oni, lecz ich naj­bliżsi.

Gdyby przed tą sesją zapy­tać Davida, co go gnębi, nie wia­domo, co by odpo­wie­dział, jeśli w ogóle zechciałby odpo­wie­dzieć. Podob­nie jak wielu odno­szą­cych suk­cesy męż­czyzn, któ­rymi się zaj­mo­wa­łem, nie miał wprawy w dzie­dzi­nie intro­spek­cji, a może nawet w ogóle nie dostrze­gał takiej potrzeby.

Mógłby pew­nie odpo­wie­dzieć, że nie czuje się dobrze w pracy, gdzie ma do czy­nie­nia z nowym star­szym part­ne­rem, któ­rego w prze­ci­wień­stwie do poprzed­niego nie­zbyt lubi, i to ze wza­jem­no­ścią. Mógłby powie­dzieć, że od paru lat nara­sta w nim nie­po­kój -?do tego stop­nia, że ma trud­no­ści z zasy­pia­niem bez pigu­łek i nie może się odprę­żyć pod­czas kola­cji z przy­ja­ciółmi bez wysu­sze­nia kilku kok­taj­lów. David zauwa­żył też, cho­ciaż nie zwie­rzał się z tego nikomu prócz Ela­ine, że coraz czę­ściej czuje bóle w brzu­chu i ple­cach, które jego inter­ni­sta przy­pi­sy­wał stre­sowi. Lek­ce­wa­żył jed­nak tę dia­gnozę, gdyż uwa­żał, że leka­rze wszystko wrzu­cają do worka z napi­sem "stres".

Lekarz miał jed­nak rację, cho­ciaż jego dia­gnoza nie się­gnęła dosta­tecz­nie głę­boko. David prze­ży­wał stres. W wieku czter­dzie­stu sied­miu lat zaczął się czuć star­cem. Nie lubił swo­jego rosną­cego brzu­cha, na który nie poma­gał żaden czas spę­dzony na kor­cie. Tra­piło go pod­wyż­sza­jące się czoło. Z przy­kro­ścią patrzył na kobiety, któ­rymi kie­dyś się zachwy­cał, a które teraz go nie inte­re­so­wały albo nawet wzbu­dzały w nim nie­chęć. Gdyby go zapy­tać, bez opo­rów wyja­wiłby swoje roz­cza­ro­wa­nie spra­wia­ją­cym kło­poty synem. Mógłby nawet narze­kać na nie­lo­jal­ność Ela­ine, "nado­pie­kuń­czej" matki, która od początku niwe­czyła wszel­kie jego próby surow­szego potrak­to­wa­nia chłopca. Bli­żej końca wie­czoru, po odpo­wied­niej licz­bie drin­ków, David mógłby się zwie­rzyć, że nie jest szczę­śliwy w mał­żeń­stwie -?nie ma w żonie wspar­cia, we wła­snym domu czuje się obcą osobą. Nie­raz przy­cho­dziło mu na myśl, że cierpi na jakąś praw­dziwą cho­robę. Ale nie­wiele bra­ko­wało, by nie­roz­po­znana i nie­uświa­da­miana depre­sja Davida roz­biła jego rodzinę. Zabu­rzała jego rela­cje z synem, ero­do­wała życie mał­żeń­skie. W pró­bach ucieczki przed nią David pogrą­żał się w zacho­wa­niach -?takich jak draż­li­wość, chęć domi­no­wa­nia, picie alko­holu i nie­do­stęp­ność emo­cjo­nalna -?odpy­cha­ją­cych od niego osoby, które naj­bar­dziej kochał i któ­rych potrze­bo­wał. Ela­ine twier­dziła, że prze­stał być sobą. Jak szek­spi­row­ski Król Lear, David zatra­cił się, nie zda­jąc sobie z tego sprawy. "Co widzisz, kiedy patrzysz na mnie?" -?pyta zła­many król swego bła­zna. Ten zaś odpo­wiada: "Cień Leara"15. Depre­sja rzeź­biła Davida, zamie­nia­jąc go w cień czło­wieka rów­nie sku­tecz­nie i nie­uchron­nie, jak mogłaby to uczy­nić cho­roba fizyczna w rodzaju raka lub AIDS. Jak to ujął jeden z moich pacjen­tów, depre­sja "znik­nęła go".

Ludziom aktyw­nym w rodzaju Davida nie przy­pi­su­jemy na ogół depre­sji. Rezer­wu­jemy raczej to poję­cie dla stanu głę­bo­kiej apa­tii, krzy­czą­cej roz­pa­czy, cał­ko­wi­tej bez­sil­no­ści. Naprawdę cier­piący na depre­sję męż­czy­zna powi­nien z rana wyle­gi­wać się w łóżku z oczami wle­pio­nymi w sufit, zbyt apa­tyczny, by ruszyć się i roz­po­cząć kolejny bez­sen­sowny dzień. To, z czym miał do czy­nie­nia David, skłonni byli­by­śmy zakwa­li­fi­ko­wać raczej jako kry­zys wieku śred­niego. Tho­reau pisał: "Mnó­stwo ludzi toczy życie w cichej despe­ra­cji"16. Ale inni nie­ko­niecz­nie w cichej. Kiedy mowa o depre­sji, nasza myśl zwy­kle zwraca się ku tym innym.

Przez bli­sko dwa­dzie­ścia lat leczy­łem owych innych -?męż­czyzn, któ­rych depre­sja jest łatwo czy­telna. Nazy­wam to depre­sją jawną. Cier­pie­nie, które powo­duje, jest ostre i dra­ma­tyczne, wypi­sane wiel­kimi lite­rami. Depre­sja Davida, prze­ciw­nie, była łagodna, ulotna i cią­gła. Tego rodzaju zabu­rze­nie w lite­ra­tu­rze przed­miotu rzadko jest choćby wymie­niane. W naszym kraju pod­sta­wo­wym dia­gno­stycz­nym prze­wod­ni­kiem dla spe­cja­li­stów jest wydany przez Ame­ry­kań­skie Towa­rzy­stwo Psy­chia­tryczne Dia­gno­stic and Sta­ti­sti­cal Manual of Men­tal Disor­ders (DSM-IV)17, który przy­pi­suje pacjen­towi kli­niczną depre­sję dopiero wtedy, gdy w ciągu co naj­mniej dwóch tygo­dni czuje się trwale przy­gnę­biony, przy­bity i znie­chę­cony lub traci zain­te­re­so­wa­nie przy­jem­nymi zaję­ciami, w tym sek­sem. Na doda­tek musi prze­ja­wiać co naj­mniej cztery z nastę­pu­ją­cych symp­to­mów: utrata wagi lub przy­bie­ra­nie na wadze, bez­sen­ność lub zbyt dłu­gie spa­nie, cią­głe zmę­cze­nie, poczu­cie winy, obni­żona samo­ocena, trud­no­ści z podej­mo­wa­niem decy­zji, zapo­mi­na­nie o waż­nych spra­wach, natrętne myśli o śmierci lub samo­bój­stwie.

Warunki sfor­mu­ło­wane w DSM-IV opi­sują kla­syczną, dobrze znaną formę depre­sji. Cho­ciaż wielu męż­czyzn będzie się bro­niło przed przy­zna­niem, że cier­pią na depre­sję jawną, samą cho­robę roz­po­zna­wano już w sta­ro­żyt­no­ści. W IV wieku p.n.e. Hipo­kra­tes, "ojciec medy­cyny", opi­sy­wał stan cha­rak­te­ry­zu­jący się takimi obja­wami jak "bez­sen­ność, draż­li­wość, nie­po­kój, poczu­cie bez­na­dziej­no­ści i utrata łak­nie­nia", w któ­rym dziś bez trudu roz­po­zna­jemy depre­sję. Hipo­kra­tes uwa­żał, że scho­rze­nie to jest skut­kiem nad­miaru czar­nej żółci -?jed­nego z czte­rech humo­rów cie­le­snych, więc nazwał je po pro­stu "czarną żół­cią", co po grecku brzmiało: mela­nae chole -?melan­cho­lia18.

Depre­sja jawna dotyka męż­czyzn, kobiety, a cza­sem nawet dzieci z wszyst­kich grup spo­łecz­nych i wszyst­kich kul­tur. Epi­de­mio­lo­dzy zna­leźli opisy przy­wo­dzące na myśl depre­sję na całym świe­cie -?zarówno w spo­łe­czeń­stwach roz­wi­nię­tych, jak i roz­wi­ja­ją­cych się19. Wydaje się, że liczba cier­pią­cych na nią ludzi rośnie. Myrna Weis­sman i jej współ­pra­cow­nicy badali doku­men­ta­cję medyczną, się­ga­jąc aż do początku ubie­głego wieku. Wyli­czyli, że nawet jeśli wziąć pod uwagę rosnącą wykry­wal­ność, w każ­dym kolej­nym poko­le­niu zagro­że­nie depre­sją wzra­stało dwu­krot­nie20. Ten­den­cję tę potwier­dziły bada­nia prze­pro­wa­dzone na całym świe­cie na loso­wej pró­bie około 39 tysięcy osób z kra­jów tak róż­nych, jak Nowa Zelan­dia, Liban, Wło­chy, Niemcy, Kanada i Fran­cja. Bada­cze stwier­dzili więk­szy odse­tek cier­pią­cych na depre­sję i w młod­szym wieku niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej21.

Naro­dowy Insty­tut Zdro­wia Psy­chicz­nego podaje, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych od sze­ściu do dzie­się­ciu pro­cent popu­la­cji -?nie­mal jedna na każ­dych dzie­sięć osób -?zmaga się z jakąś formą tej cho­roby22. A jed­nak, choć są to liczby przy­gnę­bia­jące, sądzę, że cał­ko­wity wpływ depre­sji na życie męż­czyzn jest w znacz­nym stop­niu nie­do­ce­niony. Sta­ty­styki nie ujmują takich ludzi, jak David Ingles, któ­rego depre­sja mani­fe­stuje się w spo­sób bar­dziej sub­telny, niż to opi­suje DSM-IV, i mniej rzuca się w oczy, lecz jej następ­stwa są wystar­cza­jąco poważne, by zagra­żać jego zdro­wiu i roz­bi­jać rodzinę. Dla­czego nie tylko opi­nia publiczna, lecz także spo­łecz­ność leka­rzy i psy­chia­trów dostrze­gają depre­sję wyłącz­nie w jej naj­po­waż­niej­szej i naj­oczy­wist­szej for­mie? W nie­daw­nym ogól­no­kra­jo­wym son­dażu ponad połowa bada­nych nie uznała depre­sji za poważny pro­blem zdro­wotny. Jak poka­zuje inne bada­nie, 25 pro­cent osób doświad­czyło depre­sji, a następ­nych 26 pro­cent zaob­ser­wo­wało ją u człon­ków rodziny. Mimo to bli­sko połowa wciąż postrze­gała ją nie jako cho­robę czy pro­blem psy­cho­lo­giczny wyma­ga­jący facho­wej pomocy, lecz raczej jako oznakę sła­bo­ści cha­rak­teru23.

Nasz obecny sto­su­nek do depre­sji i skłon­ność do jej nego­wa­nia to echo daw­nej, mora­li­za­tor­skiej postawy wobec alko­ho­li­zmu. Przy­czyny mini­ma­li­zo­wa­nia pro­blemu są w grun­cie rze­czy takie same, jakie były wtedy. Cho­dzi o wstyd. Depre­sja może być pew­nego rodzaju pięt­nem dla wszyst­kich osób na nią cier­pią­cych, ale zwią­zany z nią brak akcep­ta­cji ude­rza szcze­gól­nie w męż­czyzn. To smutne, ale nie­trudno było prze­wi­dzieć, że David na swoją depre­sję zare­aguje raczej podwo­je­niem wysił­ków w pracy niż auto­re­flek­sją i nawią­za­niem kon­taktu z wła­snymi emo­cjami. Zanim roz­po­czął tera­pię, przy­zna­nie się do cier­pie­nia postrze­gał nie jako drogę do poprawy, lecz jako poni­ża­jącą klę­skę. W rachunku męskiej dumy górę bie­rze sto­icyzm. Nazbyt czę­sto nego­wa­nie cho­roby jest utoż­sa­miane z twar­do­ścią i męsko­ścią -?"Maczuga losu okrwa­wiła mi głowę / Lecz nie zgięła karku"24.

Kiedy David Ingles ucie­kał przed swoim wewnętrz­nym roz­stro­jem, pod­da­wał się kul­tu­ro­wym ste­reo­ty­pom zwią­za­nym z męsko­ścią. Nasze spo­łe­czeń­stwo ma wię­cej sza­cunku dla tych, któ­rzy kro­czą naprzód mimo ran -?któ­rzy negują swoje pro­blemy -?niż dla tych, któ­rzy "dopusz­czają do sie­bie" cho­robę. Tra­dy­cyj­nie nie cenimy męż­czyzn nazbyt wraż­li­wych i emo­cjo­nal­nych. Męż­czy­zna cier­piący na depre­sję to ktoś, kto nie tylko ujaw­nia swe emo­cje, lecz także pozwala, by pod­ko­py­wały jego spraw­ność. Męż­czy­zna poko­nany przez życie to już i tak źle. Ale męż­czyzna poko­nany przez wła­sne uczu­cia, nad któ­rymi nie zdo­łał zapa­no­wać -?to dla wielu coś zupeł­nie nie do przy­ję­cia.

Takie nasta­wie­nie czę­sto kom­pli­kuje jesz­cze bar­dziej sytu­ację męż­czy­zny cier­pią­cego na depre­sję: przy­gnę­bia go wła­sne przy­gnę­bie­nie, wsty­dzi się swo­jego wstydu. Oba­wia­jąc się styg­ma­ty­za­cji zwią­za­nej z depre­sją, chory pozwala, by cier­pie­nie drą­żyło go od środka, z dala od ludz­kich oczu. Znany lekarz John Rush mówił w wywia­dzie o ety­kietce "nie­mę­sko­ści" zwią­za­nej z tym scho­rze­niem i moż­li­wych tego kon­se­kwen­cjach:

[Depre­sja] nie ozna­cza, że jestem sła­bym czło­wie­kiem, nie ozna­cza, że jestem skoń­czony, nie ozna­cza, że jestem nie­nor­malny. Ozna­cza tylko, że jestem chory i ktoś powi­nien się tym zająć. Jeden z moich przy­ja­ciół powie­dział kie­dyś: "Depre­sja? Chło­pie, to cho­roba mię­cza­ków". Cho­roba mię­cza­ków? Tak, to prawda. A naj­gor­szy mię­czak to ten, co sam sie­bie zabija25.

John Rush traf­nie to ujął. Męż­czy­znę wsty­dzą­cego się swo­ich uczuć i odrzu­ca­ją­cego pomoc "cho­roba mię­cza­ków" może zabić. Męż­czyźni popeł­niają samo­bój­stwa cztery razy czę­ściej niż kobiety26.

W ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat naukowcy zba­dali zwią­zek tra­dy­cyj­nego ste­reo­typu męsko­ści z cho­ro­bami fizycz­nymi, nad­uży­wa­niem alko­holu i ryzy­kow­nymi zacho­wa­niami. Uzy­skane wyniki wska­zują na to, co więk­szość z nas wie z wła­snego doświad­cze­nia: nie­je­den męż­czy­zna raczej narazi się na nie­bez­pie­czeń­stwo, niż przy­zna do nie­do­ma­ga­nia, fizycz­nego czy psy­chicz­nego27. W książce The Things They Car­ried Tim O'Brien daje jaskrawy przy­kład potęgi męskiego wstydu, wspo­mi­na­jąc swo­ich kole­gów, pie­cho­cia­rzy z Wiet­namu:

Nosili w sobie swoją repu­ta­cję. Nosili w sobie naj­więk­szy lęk żoł­nie­rza, lęk przed wsty­dem. Ludzie zabi­jali i sami ginęli, bo ina­czej byłoby im wstyd. To wła­śnie przede wszyst­kim zanio­sło ich na wojnę: nie marze­nia o sła­wie i chwale, lecz potrzeba unik­nię­cia wstydu. Nur­ko­wali w tune­lach, szli naprzód pod ogniem. Nie byli tchó­rzami, bo zbyt bar­dzo się bali28.

Opi­sy­wani przez O'Briena żoł­nie­rze, któ­rzy woleli umrzeć, niż się wsty­dzić, przy­po­mi­nają mi Harry'ego, sta­ro­mod­nego irlandz­kiego ojca jed­nego z moich pacjen­tów, który krę­po­wał się pójść do leka­rza, dopóki rak nie prze­żarł mu połowy jąder.

Motyw męskiego nego­wa­nia wła­snej kru­cho­ści znaj­duje uoso­bie­nie w moim pacjen­cie Sta­nie, stu­den­cie col­lege'u, z któ­rym mia­łem przej­ściowy kon­takt. Pew­nej gorą­cej nocy w Fort Lau­der­dale pod­czas ferii wio­sen­nych Stan dał się wcią­gnąć w hała­śliwą rundę po barach w hol­ly­wo­odz­kim stylu. Wypiw­szy "o kilka bro­wa­rów za dużo", chcąc popi­sać się przed "paczką napa­lo­nych kum­pli", zaczął roz­ra­biać zupeł­nie jak w fil­mie. "Nie­źle nawrzu­ca­łem róż­nym gościom tej nocy" -?pochwa­lił się przede mną. Naj­wy­raź­niej ktoś nawrzu­cał także jemu. Dostał w szczękę na tyle mocno, że uległ uszko­dze­niu nerw policz­kowy, co spo­wo­do­wało para­liż nie­mal połowy twa­rzy. Skóra zwi­sała, jakby była sztuczna. Naoglą­daw­szy się celu­lo­ido­wych boha­te­rów, któ­rzy po zain­ka­so­wa­niu ciosu od razu wstają i rzu­cają się na nowo w wir walki, Stan nie spo­dzie­wał się, że jedno ude­rze­nie może mu tak zała­twić twarz.

U męż­czyzn przy­mus skry­wa­nia sła­bo­ści i bólu jest tak silny, że wpływa na zmniej­sze­nie się śred­niej dłu­go­ści ich życia. Oka­zuje się, że dzie­sięć lat róż­nicy w dłu­go­wiecz­no­ści pomię­dzy kobie­tami a męż­czyznami ma nie­wiele wspól­nego z genami. Męż­czyźni umie­rają wcze­śniej, ponie­waż nie dbają o sie­bie. Dłu­żej zwle­kają, zanim przyjmą do wia­do­mo­ści, że są cho­rzy, póź­niej zwra­cają się o pomoc, a kiedy zaczną się leczyć, nie prze­strze­gają kura­cji tak skru­pu­lat­nie jak kobiety29.

Całe poko­le­nia wycho­wały się na męskich boha­te­rach, któ­rzy dosłow­nie nie byli isto­tami z krwi i kości, jak Super­man, Robo­cop, Ter­mi­na­tor I i II. I nasz zachwyt fizyczną odpor­no­ścią nie wydaje się słab­nąć. Zarówno cele­bryci, jak i zwy­kli ludzie w całym kraju zna­leźli sobie nową pasję - hodo­wa­nie musku­łów. Każdy z 256 dora­sta­ją­cych chłop­ców o sła­bym umię­śnie­niu, któ­rych badał psy­cho­log Barry Glas­sner, prze­ja­wiał zabu­rze­nia nastroju lub zacho­wa­nia wywo­łane poczu­ciem, że nie są na pozio­mie. A ogól­no­kra­jowa ankieta z udzia­łem 62 tysięcy czy­tel­ni­ków pisma "Psy­cho­logy Today" wyka­zała bez­po­śred­nią kore­la­cję pomię­dzy wysoką samo­oceną męż­czyzn a ich oceną wła­snego umię­śnie­nia. Męska obse­sja na punk­cie moc­nego ciała szybko doga­nia tra­dy­cyjne kobiece zabu­rze­nia w rodzaju ano­rek­sji i buli­mii30. Po raz pierw­szy w histo­rii zna­cząca liczba męż­czyzn na równi z kobie­tami trosz­czy się do prze­sady o swoje roz­miary i kształty fizyczne. Wygląda na to, że w Ame­ryce kobieta ni­gdy nie jest za szczu­pła, a męż­czyzna za silny.

Jak wska­zują opi­sane trendy, pomimo że mówi się wciąż o nowym wzo­rze wraż­li­wego męż­czy­zny, jakie­kol­wiek prze­su­nię­cie w twar­dym kodek­sie męsko­ści to nie­wiele wię­cej niż zasłona dymna. Cho­ciaż wiele tra­dy­cyj­nych aspek­tów męsko­ści może ule­gać zmia­nom, zasada odpor­no­ści pozo­staje taka sama jak dwa­dzie­ścia lat temu, kiedy Pat Con­roy napi­sał auto­bio­gra­ficzną powieść The Great San­tini. Puł­kow­nik Frank San­tini bez­względ­nie rani uczu­cia syna, a następ­nie udziela mu rady.

"Nade wszystko -?powiada San­tini -?musisz uwa­żać na ogon. Pamię­taj, zawsze strzeż się od ogona"31.

Puł­kow­nik mówi żar­go­nem pilo­tów myśliw­skich -?ogon to wraż­liwa, podatna na atak strona samo­lotu, jego pięta achil­le­sowa. Czy­ta­łem opis tej sceny mię­dzy ojcem i synem z mie­sza­nymi uczu­ciami. Pro­pa­go­wana przez San­ti­niego reguła odpor­no­ści utrwala ból. Ale dopóki ta reguła obo­wią­zuje, nie możemy odrzu­cić jego rady i uznać jej za głu­pią. Świat męż­czyzn i chłop­ców bywa bez­względny. Nie jest to by­naj­mniej para­no­idalne uro­je­nie, kiedy prze­ży­wa­jący depre­sję męż­czyzna skrywa swoje roz­terki z lęku przed reak­cją oto­cze­nia.

Ham­men i Peters prze­ba­dali pod tym wła­śnie wzglę­dem kil­ku­set mło­dych ludzi dzie­lą­cych ze sobą pokój w inter­na­cie col­lege'u32 . Stwier­dzili, że dziew­czyny w chwili przy­gnę­bie­nia mogą liczyć na wspar­cie ze strony współ­miesz­ka­nek, znaj­dują u nich współ­czu­cie i opiekę. Nato­miast stu­denci płci męskiej - prze­ciw­nie -?ujaw­nia­jąc przed kole­gami depre­sję, spo­ty­kają się z izo­la­cją spo­łeczną, jeśli nie z otwartą wro­go­ścią. Bada­nia te powtó­rzono póź­niej na innych kam­pu­sach w całym kraju z bar­dzo zbli­żo­nymi rezul­ta­tami33. To prawda, że męż­czy­znom z tru­dem przy­cho­dzi przy­zna­wać się do sła­bo­ści. Ale wydaje się rów­nież, że mają po temu dobre powody.

"Mój pierw­szy tera­peuta zale­cał, żebym otwo­rzył się na ludzi -?opo­wia­dał mój pacjent Ste­ven, męż­czy­zna po trzy­dzie­stce. -?Stu­dio­wa­łem wtedy medy­cynę, którą, nawia­sem mówiąc, on też prze­cież ukoń­czył, więc powi­nien lepiej się orien­to­wać, jak to jest. "Otwórz się" -?mówił. Więc grzeczny chło­piec Ste­vie, który zawsze robił to, co mu kazali, zaczął się otwie­rać. Czło­wieku, ależ ja byłem naiwny! Otwie­ra­łem się i od każ­dego dosta­wa­łem po nosie. Myśla­łem, że jeśli przy­znam się, że mam AIDS, to zbliży chło­pa­ków do mnie. Przez następne kilka mie­sięcy mój brat był zbyt zapra­co­wany, żeby zamie­nić ze mną słowo. Wiesz, jak to jest z tymi typami w depre­sji, o któ­rych się czyta, co to im się wydaje, że wydzie­lają brzydką woń, wiesz, że śmier­dzą? No to chyba wiem, jak oni się czują".

Piętno zwią­zane z depre­sją czę­sto rzu­tuje także na życie rodziny cho­rego. Jego bli­scy mogą dozna­wać pokusy, by "chro­nić męskie ego" przez schle­bia­nie jego złu­dze­niom. Pod­czas jed­nej z sesji Ela­ine powie­działa mi, że nie chce "obna­żać Davida", reagu­jąc na cier­pie­nie, które wyraź­nie z niego pro­mie­niuje. Part­nerki męż­czyzn cier­pią­cych na depre­sję lękają się, że nazwa­nie ich stanu po imie­niu pogor­szy tylko sytu­ację. Lepiej przejść nad tym do porządku i nie sku­piać się na spra­wach nie­przy­jem­nych34. Kiedy jed­nak baga­te­li­zu­jemy u męż­czy­zny depre­sję z obawy, by go nie poni­żyć, wpi­su­jemy się w naj­gor­szy spo­sób w kul­tu­rowe ste­reo­typy męsko­ści. Wysy­łamy do czło­wieka wal­czą­cego ze swą przy­pa­dło­ścią komu­ni­kat, że nie może liczyć na pomoc. Musi pole­gać na sobie. Musi samo­dziel­nie roz­wią­zać pro­blem.

Przy­ja­ciele i człon­ko­wie rodziny mogą mieć poczu­cie, że popeł­niają nie­sto­sow­ność albo nawet okru­cień­stwo, sta­wia­jąc czoło depre­sji męż­czy­zny, ale to samo doty­czy spe­cja­li­stów opieki medycz­nej, któ­rzy nie są uod­por­nieni na kul­tu­rowe prze­sądy. John Rush ujął to nastę­pu­jąco:

Leka­rze wciąż nie­chęt­nie sta­wiają tę dia­gnozę [depre­sji], ponie­waż rów­nież myślą w stylu: "Musia­łeś coś zro­bić nie tak. Jak się wpu­ści­łeś w taki kanał?", czyli zakła­dają, że pacjent sam jest sobie winien. Jeśli cier­pisz na jakieś scho­rze­nie neu­ro­lo­giczne -?cho­robę Par­kin­sona lub Hun­ting­tona, nie­trzy­ma­nie moczu czy krę­go­słup uszko­dzony w wypadku samo­cho­do­wym -?to wszystko w porządku, ale kiedy prze­cho­dzimy do wyż­szych obsza­rów mózgo­wych, nie ma już mowy o cho­ro­bie. Teraz masz "nie­wła­ściwe nasta­wie­nie" i "pro­blemy oso­bo­wo­ściowe"35.

Pod­czas innej sesji Ela­ine przy­znała, że mar­twiąc się o męża, nakło­niła go do roz­mowy z ich leka­rzem rodzin­nym, który w ciągu lat stał się przy­ja­cie­lem domu. Sam David opi­sał tę wizytę jako "uni­ka­nie kon­taktu z tym, co naj­gor­sze".

-?Bar­dzo lubię Boba -?mówił -?ale spójrzmy trzeźwo. On o wiele zręcz­niej się czuje, oma­wia­jąc wyniki ana­liz, niż wypy­tu­jąc o stan mojego umy­słu.

-?Albo o twoje picie -?wtrą­ciła Ela­ine.

-?Albo o moje picie -?zgo­dził się David.

Spe­cja­li­ści od zdro­wia psy­chicz­nego, któ­rzy powinni być nauczeni się­gać głę­biej, poza powierz­chowne skargi na nie­do­ma­ga­nia cie­le­sne, nie osią­gają w tej dzie­dzi­nie wiele wię­cej niż leka­rze ogólni. Wielu psy­cho­te­ra­peu­tów, szcze­gól­nie we współ­cze­snej, sko­mer­cja­li­zo­wa­nej opiece zdro­wot­nej, leczy­łoby objawy depre­sji Davida -?picie, napię­cie w mał­żeń­stwie czy kło­poty w pracy -?w ramach krót­ko­ter­mi­no­wej tera­pii sku­pio­nej na kon­kret­nym pro­ble­mie, w ogóle nie iden­ty­fi­ku­jąc głęb­szej przy­czyny tych zabu­rzeń.

Jed­nym z czyn­ni­ków utrud­nia­ją­cych roz­po­zna­nie stanu Davida jest fakt, że pro­fe­sjo­na­li­ści, w nie mniej­szym stop­niu niż wszy­scy inni ludzie, skłonni są szu­kać tego, co spo­dzie­wają się zna­leźć. Kon­wen­cjo­nalna mądrość mówiąca, że kobiety zapa­dają na depre­sję, a męż­czyźni nie, odwo­dzi wielu tera­peu­tów od traf­nej dia­gnozy.

Prze­pro­wa­dzono liczne ogól­no­kra­jowe bada­nia, aby okre­ślić, jakim kate­go­riom osób przy­pi­suje się depre­sję. Nie­które pro­jekty miały gigan­tyczny zasięg, jak prace Pot­tsa, które objęły ponad 23 tysiące respon­den­tów. Więk­szość tych badań wyka­zała, że spe­cja­li­ści zdro­wia psy­chicz­nego mają ten­den­cję do prze­ce­nia­nia depre­sji u kobiet i nie­do­ce­nia­nia jej u męż­czyzn36.

W innego rodzaju pracy badaw­czej psy­cho­lo­gom wrę­czano fik­cyjne psy­chia­tryczne "histo­rie przy­padku", odno­szące się do róż­nego rodzaju scho­rzeń. Tylko jeden para­metr był zmienny -?płeć pacjenta. Uczest­nicy eks­pe­ry­mentu jed­no­gło­śnie oce­niali te same symp­tomy depre­sji jako poważ­niej­sze w przy­padku męż­czyzn niż kobiet. I odwrot­nie, ten sam opis cho­roby alko­ho­lo­wej wska­zy­wał -?według eks­per­tów -?na cięż­szy przy­pa­dek, gdy pacjen­tem była kobieta. Te kon­tra­stu­jące ze sobą wyniki świad­czą, że ocze­ki­wa­nia zwią­zane z płcią zna­cząco zabu­rzają ocenę spe­cja­li­stów. Wygląda na to, że za naru­sza­nie ste­reo­ty­pów "karzą" oni pacjen­tów obu płci poważ­niej­szą dia­gnozą. Depre­sja jest nie­mę­ska, a alko­ho­lizm nie­ko­biecy, więc jeśli męż­czyzna jest w depre­sji, to musi być z nim naprawdę nie­do­brze, podob­nie jak z kobietą alko­ho­liczką37.

Wielka liczba męż­czyzn skrywa swój stan przed świa­tem zewnętrz­nym, a ich oto­cze­nie -?osoby bli­skie, leka­rze, nawet psy­cho­te­ra­peuci -?mogą mylić się w swo­ich dia­gno­zach, ale David Ingles posu­nął się znacz­nie dalej w nego­wa­niu swo­jej depre­sji. Nie tylko zama­sko­wał ją przed innymi, skry­wał ją nawet przed samym sobą. Sta­ty­styki nie ujmują wielu przy­pad­ków jaw­nej depre­sji u męż­czyzn, ponie­waż nie zostały pra­wi­dłowo zdia­gno­zo­wane. W innych jed­nak przy­pad­kach, takich jak Davida, cho­rzy nie otrzy­mują pomocy, ponie­waż ich objawy nie pasują do kla­sycz­nego modelu opi­sa­nego w DSM-IV. David cier­piał na coś, co nazy­wam depre­sją ukrytą. Jest ona nie­do­strze­galna dla oto­cze­nia i w znacz­nej mie­rze nie­uświa­do­miona przez samego cho­rego. A jed­no­cze­śnie zna­cząco wpływa na jego postawę. David Ingles sam się pogrą­żał w pracy, wyła­do­wy­wał nie­po­kój w gnie­wie i topił nie­za­do­wo­le­nie w alko­holu. We wszyst­kich sfe­rach życia opór przed wysta­wia­niem swych kru­chych emo­cji na świa­tło dzienne pro­wo­ko­wał u niego zacho­wa­nia, które jesz­cze bar­dziej odda­lały go od ota­cza­ją­cych go ludzi. Kiedy Ela­ine nie oka­zy­wała mu uwagi, zale­wało go poczu­cie porzu­ce­nia i odpła­cał jej za to wzmac­nia­niem dzie­lą­cego ich muru -?w ten spo­sób mał­żon­ko­wie wcho­dzili w spi­ralę rosną­cej alie­na­cji. Roz­pacz­liwa, cho­ciaż nie­uświa­do­miona potrzeba bli­skiego kon­taktu z Cha­dem -?bycia dla niego takim ojcem, jakim jego wła­sny ojciec ni­gdy nie był -?pro­wa­dziła, para­dok­sal­nie, do wyży­wa­nia się na synu, do odgry­wa­nia wła­śnie takiego sce­na­riu­sza, jakiego pra­gnął unik­nąć. Praca z rodzi­nami w rodzaju Ingle­sów prze­ko­nała mnie, że wiele pro­ble­ma­tycz­nych zacho­wań obser­wo­wa­nych u męż­czyzn ma źró­dła w depre­sji.

Ukryte zabu­rze­nie, na które cier­piał David, było w prze­szło­ści spo­ra­dycz­nie opi­sy­wane pod takimi nazwami, jak depre­sja masko­wana, depre­sja cha­rak­te­ro­lo­giczna czy rów­no­waż­nik depre­sji. Nie badano go jed­nak sys­te­ma­tycz­nie. Już w 1974 roku Mar­tin Opler zauwa­żył: "Depre­sja masko­wana jest jed­nym z naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nych scho­rzeń we współ­cze­snym spo­łe­czeń­stwie ame­ry­kań­skim, a zara­zem pew­nie naj­bar­dziej igno­ro­wa­nym w lite­ra­tu­rze psy­chia­trycz­nej"38. Ta sytu­acja się nie zmie­niła. Jeśli depre­sja jawna u męż­czyzn pozo­staje czę­sto nie­zau­wa­żona, to depre­sja ukryta jest prak­tycz­nie nie­wi­doczna.

Roz­dział drugi

Synowie Narcyza: godność, wstyd i depresja

Był utę­sk­niony i tęsk­nił; był pod­pa­la­czem i sam się spa­lał.

Owi­diusz39

Psy­chia­tria nie przy­czy­niła się zbyt­nio do zgłę­bie­nia natury ukry­tej depre­sji, nato­miast sztuka, poezja i dra­mat zawsze czer­pały całymi gar­ściami z tej ludz­kiej kon­dy­cji. Arche­ty­pem tej cho­roby jest mit Nar­cyza, dora­sta­ją­cego syna rzecz­nej nimfy, który spę­dzał burz­liwą mło­dość na samot­nych goni­twach i polo­wa­niach w lesie -?aż do dnia, w któ­rym sam został upo­lo­wany.

"Wiele kobiet kochało się w Nar­cy­zie -?roz­po­czyna opo­wieść Owi­diusz. - Pra­gnęły go dziew­częta i młode kobiety. Lecz w jego kształt­nym ciele kryła się zimna duma: żadna kobieta, żadna dziew­czyna nie zna­la­zła przy­stępu do jego serca"40. Nar­cyz był uro­czym, dziar­skim mło­dzień­cem i wzbu­dzał pożą­da­nie nimf, lecz odrzu­cał ich względy. Jedna ze wzgar­dzo­nych wiel­bi­cie­lek w zemście rzu­ciła na niego klą­twę: oby pew­nego dnia sam poznał ból nie­speł­nio­nej miło­ści. Jej życze­nie speł­niło się, kiedy Nar­cyz, spo­cony i spra­gniony po polo­wa­niu, dopadł czy­stego, leśnego stawu. Pochy­lił się, by się napić, i nagle ocza­ro­wał go widok pięk­nej twa­rzy na powierzchni wody. Przy­bli­żył usta, by zło­żyć na niej poca­łu­nek, i wycią­gnął ramiona, by ją objąć. Lecz obraz, do któ­rego tęsk­nił, roz­pły­wał się pod jego dotknię­ciem, by wró­cić, gdy odsu­nął się dalej. Kiedy zroz­pa­czony Nar­cyz zapła­kał, spa­da­jące łzy zmą­ciły odbi­cie. Nie­szczę­śnik wzno­sił modły do tej istoty, by go nie porzu­cała. "Pozo­stań ze mną, bła­gam! -?łkał. -?Pozwól mi cho­ciaż patrzeć na cie­bie, jeśli nie mogę cię dotknąć"41. W ten spo­sób -?kon­klu­duje opo­wieść -?pod­sy­cał tylko spa­la­jący go ogień42. Nar­cyz zapo­mniał o śnie i jedze­niu. Spa­ra­li­żo­wany tęsk­notą, zaczął więd­nąć i wkrótce zakoń­czył życie.

Aby zro­zu­mieć tę dziwną histo­rię, musimy uchwy­cić praw­dziwą naturę nie­doli tego mło­dzieńca. Czę­sto mówi się o Nar­cy­zie jako sym­bolu cho­ro­bli­wej dumy, lecz w rze­czy­wi­sto­ści jest wręcz prze­ciw­nie. Jak zauwa­żył w XVI wieku rene­san­sowy filo­zof Mar­si­lio Ficino, Nar­cyz nie cier­piał z powodu nie­po­ha­mo­wa­nej miło­ści do wła­snej osoby, lecz z powodu jej nie­do­boru43. Mit używa para­liżu jako para­boli. Młody czło­wiek, dotych­czas nie­ustan­nie będący w ruchu, nagle wrósł w zie­mię, nie­zdolny odda­lić się od ulot­nego odbi­cia. Według Ficina, gdyby Nar­cy­zowi nie bra­ko­wało praw­dzi­wej miło­ści wła­snej, zdo­łałby wyswo­bo­dzić się z tej fascy­na­cji. Jego nie­szczę­ściem był bez­ruch wywo­łany nie zapa­trze­niem w sie­bie, lecz uza­leż­nie­niem od wła­snego obrazu.

Ukryta depre­sja, podob­nie jak nie­szczę­sna pasja Nar­cyza, jest w isto­cie zabu­rze­niem wiary w sie­bie. Zdrowa duma to zja­wi­sko fun­da­men­tal­nie wewnętrzne. To uzna­nie dla wła­snej osoby pomimo jej nie­do­sko­na­ło­ści, nie­wy­ni­ka­jące jedy­nie z tego, co się posiada lub co się potrafi. Zdrowa duma zakłada, że wszy­scy ludzie są stwo­rzeni jako równi sobie, że dzie­dzi­czone cechy jed­nej osoby nie są ani lep­sze, ani gor­sze niż innej44. Taka wizja wro­dzo­nej war­to­ści nie zabra­nia nam doko­ny­wać szcze­gó­ło­wych roz­róż­nień. Wciąż możemy dostrze­gać wła­sne i cudze talenty i ogra­ni­cze­nia. Ale ele­men­tarne poczu­cie war­to­ści i zna­cze­nia wła­snego ja nie rośnie ani nie zała­muje się pod wpły­wem czyn­ni­ków zewnętrz­nych. Taką zdrową dumę demon­strują rodzice mówiący o swo­ich dzie­ciach. Mogą zauwa­żyć, że Sally jest bar­dzo bystra, a jej brat Bill ma tylko prze­ciętną inte­li­gen­cję albo że Bill jest wyspor­to­wany, pod­czas gdy Sally rusza się nie­zgrab­nie. Ale rozumni rodzice nie będą z takich powo­dów wywyż­szać jed­nego dziecka, a poni­żać dru­giego. Teo­re­tycy psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej nazy­wają tę klu­czową cechę zdro­wego rodzi­ciel­stwa bez­wa­run­kową akcep­ta­cją. "Cie­płe spoj­rze­nie matki"45, zin­ter­na­li­zo­wane przez małe dziecko, staje się zarod­kiem jego wła­snej wiary w sie­bie.

To, co przy­cho­dzi nam w spo­sób natu­ralny, gdy idzie o dzieci, czę­sto ucho­dzi uwagi w przy­padku doro­słych, także nas samych. Życie spo­łeczne pozba­wia wielu z nas kon­taktu z wro­dzo­nym poczu­ciem war­to­ści i zmu­sza nas do wyrów­ny­wa­nia tego braku za pomocą zewnętrz­nych namia­stek, takich jak bogac­two, uroda czy pozy­cja. Im mniej mamy sza­cunku dla sie­bie, tym sil­niej­sza potrzeba rekom­pen­saty.

Nar­cyz, "prze­peł­niony zimną dumą", jawi się jako nie­wzru­szony. Lecz mit ujaw­nia jego skry­waną sła­bość. Nie­zdolny do nawią­za­nia praw­dzi­wych rela­cji, pod­daje się uro­kowi wła­snego odbi­cia i w efek­cie staje się jego nie­wol­ni­kiem. Psy­chia­tra mógłby przy­pusz­czać, że mło­dzie­niec ten nie roz­wi­nął w sobie zdol­no­ści do kocha­nia, do głę­bo­kiego przy­swo­je­nia miło­ści. Tera­peuta spe­ku­lo­wałby, że we wcze­sno­dzie­cię­cej fazie roz­woju nie otrzy­my­wał dowo­dów uzna­nia i ni­gdy nie doznał cie­pła bez­wa­run­ko­wej akcep­ta­cji. W miej­sce wewnętrz­nego poczu­cia war­to­ści roz­wi­nął obse­sję na punk­cie wła­snego obrazu pocho­dzą­cego z zewnątrz. Nie mogło to zaspo­koić jego potrzeb, gdyż żadna dawka zewnętrz­nych pochwał, zaszczy­tów czy tro­skli­wo­ści nie może zastą­pić miło­ści wła­snej46.

Zako­chany we wła­snym obra­zie Nar­cyz przy­po­mina męż­czy­znę zako­cha­nego w swoim kon­cie ban­ko­wym, swo­jej powierz­chow­no­ści lub swo­jej wła­dzy. Jest sym­bo­lem wszyst­kich męż­czyzn ocza­ro­wa­nych przez cokol­wiek innego niż ich wła­sna, głę­boka toż­sa­mość. Ponie­waż ukryta depre­sja u takich ludzi wynika z braku wewnętrz­nej siły życio­wej, rzadko udaje im się obro­nić odbity obraz. Ile­kroć Nar­cyz pró­buje objąć przed­miot swego pożą­da­nia, ten odsuwa się od niego. Nie może sobie nawet pozwo­lić na łzy bólu, gdyż mącą one cudowną wizję. Wszyst­kie swoje auten­tyczne emo­cje i potrzeby składa na ołta­rzu uwiel­bia­nego odbi­cia. Musi "pod­sy­cać ogień, który go spala". Rów­nie nie­uchron­nie jak przy każ­dym nałogu wpada w błędny krąg, z któ­rego nie może się wyswo­bo­dzić nawet za cenę śmierci. Taka jest zasad­ni­cza dyna­mika ukry­tej depre­sji.

Pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­letni Tho­mas Wat­chell, kor­pu­lentny, łysy mene­dżer, zda­wał się na pozór tak odle­gły od ste­reo­typu Nar­cyza, jak to tylko moż­liwe. A jed­nak w cza­sie, gdy go pozna­łem, ten naj­zwy­klej­szy czło­wiek był tak zafa­scy­no­wany zewnętrz­nym odbi­ciem swo­jej wiel­ko­ści, że zupeł­nie roz­biło to jego rodzinę i dopro­wa­dziło go do stanu despe­ra­cji.

Tho­mas skon­tak­to­wał się ze mną dopiero wtedy, gdy kilka kosz­mar­nych mie­sięcy jaw­nej depre­sji pozba­wiło go snu, spo­koju, nawet zdol­no­ści kon­cen­tra­cji. Miał poczu­cie bez­na­dziej­no­ści, wyda­wało mu się, że jest nic nie­wart i pełen wad. Nie zda­wał sobie sprawy, że ten bie­żący kry­zys, ostra jawna depre­sja, to nie­wiele wię­cej niż koń­cowa erup­cja dłu­go­trwa­łej, chro­nicz­nej depre­sji ukry­tej. Kiedy po raz pierw­szy zja­wił się w moim gabi­ne­cie, twier­dził, że nie ma poję­cia, dla­czego doznaje tak inten­syw­nego cier­pie­nia. Był sze­fem działu finan­so­wego w wiel­kiej, mię­dzy­na­ro­do­wej fir­mie han­dlu deta­licz­nego i zara­biał "coś koło 400 tysięcy plus pre­mia". Pocho­dził z ubo­giej rodziny pra­cow­nika fizycz­nego i pra­gnął zapew­nić swoim trzem cór­kom to wszystko, czego sam w mło­do­ści ni­gdy nie miał. Pra­co­wał na to ciężko i jego opły­wa­ją­cej w dostatki rodzi­nie nie bra­ko­wało niczego z wyjąt­kiem obec­no­ści ojca. Kiedy prze­by­wał w domu -?a rzadko można go tam było zastać -?był odle­gły i apo­dyk­tyczny. Bły­ska­wiczna kariera miała swoje wyma­ga­nia: pod­czas dzie­ciń­stwa córek jede­na­ście razy z rzędu porzu­cał wraz z rodziną dotych­cza­sowe miej­sce zamiesz­ka­nia, by wyko­rzy­stać nada­rza­jącą się oka­zję awansu. Ni­gdy nie zasta­na­wiał się poważ­niej, jak te cią­głe zmiany mogą wpły­wać na żonę i dzieci, i nie podej­mo­wał z nimi dys­ku­sji na ten temat. Zakła­dał po pro­stu, że co dobre dla Tho­masa Wat­chella, jest dobre także dla całej rodziny Wat­chel­lów.

Przez ponad trzy­dzie­ści lat Tho­mas tkwił w pracy śred­nio przez osiem­dzie­siąt godzin na tydzień, nie wyłą­cza­jąc wie­czo­rów i week­en­dów. W ciągu tych lat on i jego żona stop­niowo odda­lali się od sie­bie. Kiedy po pięć­dzie­siątce jego mał­żeń­stwo się roz­pa­dło, nie było to dla niego ani wiel­kim zasko­cze­niem, ani poważ­nym powo­dem do nie­po­koju. Wkrótce zna­lazł młod­szą, ład­niej­szą i bar­dziej uczu­ciową part­nerkę. Mar­twiło go i nie dawało mu spo­koju coś innego: nie­mal cał­ko­wita alie­na­cja córek, które miały już po dwa­dzie­ścia kilka lat i wszyst­kie trzy "trzy­mały z matką". Jak twier­dził, żadna z nich, jeśli nie potrze­bo­wała aku­rat pie­nię­dzy, nie oka­zy­wała mu więk­szego zain­te­re­so­wa­nia.

Wielu ludzi suk­cesu w rodzaju Tho­masa nie potrafi dostrzec nisz­czą­cych skut­ków kom­pul­syw­nej pracy, dopóki życie oso­bi­ste nie wystawi im za to rachunku. Świa­do­mość, że córki się od niego odwró­ciły, ude­rzyła go z zaska­ku­jącą siłą i pogrą­żyła w skraj­nej roz­pa­czy. Niczym współ­cze­sny Król Lear miał poczu­cie, że go hanieb­nie zdra­dziły, zapo­mniały o nim, wzgar­dziły jego sta­ra­niami i hoj­no­ścią. A jed­nak pod­czas pierw­szej sesji z rodziną doro­słe potom­stwo Tho­masa nie ujaw­niło szcze­gól­nej wro­go­ści wobec ojca. W ogóle nie­wiele do niego czuły. W trak­cie szczę­śli­wego dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego w bli­skim i cie­płym kon­tak­cie uczu­cio­wym z matką dziew­czyny nauczyły się oby­wać bez niego. Jedna z nich okre­śliła Tho­masa jako "wpa­da­ją­cego od czasu do czasu władcę", druga nazwała go "uśmiech­nię­tym cze­kiem in blanco".

-?Co mia­łeś na myśli, mówiąc "ubogi"? -?pytam Tho­masa pod­czas jed­nej z sesji, kiedy on i jego córki, podobne do niego z twa­rzy i postawy, roz­sie­dli się w fote­lach.

-?Pro­szę? -?Zawsze poprawny Tho­mas spo­gląda znad dużych, okrą­głych szkieł.

-?Pod koniec poprzed­niej sesji mówi­łeś coś o dora­sta­niu w robot­ni­czej rodzi­nie -?przy­po­mi­nam. -?Pamię­tasz to?

Tho­mas machi­nal­nie przy­ta­kuje.

-?Zain­try­go­wało mnie to, co mi powie­dzia­łeś, kiedy cię o to zapy­ta­łem. - Bez­sku­tecz­nie pró­buję zła­pać jego wzrok. -?Że wycho­wa­łeś się w ubo­gim robot­ni­czym domu. Pamię­tasz to zda­nie?

Tho­mas bębni swo­imi krót­kimi, gru­bymi pal­cami po gru­bym, weł­nia­nym mate­riale spodni. Patrzy gdzieś za okno.

-?Naprawdę? -?mówi z namy­słem, uni­ka­jąc moich oczu. -?Tak powie­dzia­łem?

Milk­nie.

Diane, naj­star­sza córka i główny rzecz­nik rodziny, poru­sza się nie­cier­pli­wie w fotelu.

-?Tato... -?zaczyna, ale prze­ry­wam jej łagod­nie, uno­sząc dłoń.

-?Daj mu minutę -?pro­szę.

Diane i jej sio­stry pod­czas wcze­śniej­szych sesji aż nazbyt jasno dały do zro­zu­mie­nia, co czują w związku z nie­uchwyt­no­ścią ojca. Tho­mas słu­chał ich żalów na pozór nie­po­ru­szony, demon­stru­jąc taką wła­śnie nie­do­stęp­ność emo­cjo­nalną, jaką mu zarzu­cały. Uzna­łem, że córki dosyć już powie­działy. Przy­szła pora, by zda­rzyło się coś wię­cej.

-?Ubogi -?powta­rzam z lek­kim naci­skiem. -?Pamię­tasz to?

Marsz­czy czoło, wciąż gapiąc się w okno.

-?Jakoś nie pamię­tam...

-?Jeśli nie pamię­tasz tej roz­mowy sprzed tygo­dnia, to może zacznijmy od zera? -?pod­su­wam. -?Spró­buj wyobra­zić sobie, co mógł­byś mieć na myśli.

Tho­mas krzy­żuje nogi. Przez chwilę się zasta­na­wia.

-?Wiesz -?zaczyna -?dziew­częta nie­wiele o tym wie­dzą.

-?To mnie wcale nie zaska­kuje -?odpo­wia­dam. -?Po czę­ści wła­śnie dla­tego cię o to pytam.

Znowu poru­sza się nie­spo­koj­nie w fotelu. W końcu, po dłuż­szej chwili ciszy, odwraca się do mnie twa­rzą.

-?Dobrze -?mówi zde­cy­do­wa­nie, patrząc mi w oczy. -?Co chciał­byś usły­szeć?

-?No więc -?odpo­wia­dam powoli -?mógł­byś zacząć od tego, co spra­wiło, że uzna­łeś, iż lepiej trzy­mać się z dala od życia rodzin­nego.

Wygląda na to, że moje słowa go zasko­czyły. Wciąga z nie­za­do­wo­loną miną powie­trze, szy­ku­jąc się do utarczki, ale potem zamiera -?i nagle na jego twa­rzy poja­wia się uśmiech.

-?Więc na tym polega tera­pia -?mówi roz­we­se­lony.

-?Witamy w nowym wspa­nia­łym świe­cie intro­spek­cji -?rzu­cam.

Tho­mas splata dło­nie, potem je roz­dziela.

-?No wiesz, nie spo­dzie­wa­łem się, że będziemy się w tym grze­bać -?mówi, znowu poważ­nie­jąc.

-?Rozu­miem cię -?odpo­wia­dam, wyczu­wa­jąc jego zakło­po­ta­nie i odru­chową chęć przy­ję­cia pozy­cji obron­nej. Rzu­cam okiem na trzy dziew­czyny, które zamarły w ocze­ki­wa­niu, bez znaku apro­baty lub dezapro­baty.

-?Tho­mas -?pytam -?jak sądzisz, czy twoje córki dobrze cię znają?

-?Myślę, że tak jak wszyst­kie córki -?zaczyna.

-?Tato! -?Diane i naj­młod­sza, Patri­cia, wybu­chają jed­nym gło­sem.

-?No, dobrze, może i nie -?godzi się nie­chęt­nie. -?Może nie tak dobrze, jak sądzi­łem.

-?I wła­śnie dla­tego tu sie­dzą, prawda? -?pytam. -?Twoje córki przy­szły, żeby się dowie­dzieć, kim naprawdę jesteś.

-?Co wcale nie zna­czy... -?Diane gwał­tow­nie pro­stuje się, bar­dzo podobna w tej chwili unie­sie­nia do ojca.

-?Co nie zna­czy nic -?uspo­ka­jam ją, prze­ry­wa­jąc jed­no­cze­śnie jej wypo­wiedź. -?Zna­czy to, co zna­czy. Teraz posłu­chaj­cie. Co wy wła­ści­wie wie­cie o dzie­ciń­stwie ojca?

Przez chwilę wszyst­kie wpa­trują się we mnie tępo. Caro­line, śred­nia sio­stra, kręci głową.

-Nie­wiele -?bąka w końcu Diane.

Wszy­scy patrzymy na naj­młod­szą sio­strę, która bez słowa roz­kłada ręce i nagle z oczu zaczy­nają jej pły­nąć łzy. Diane podaje jej chu­s­teczkę. Patri­cia otwiera usta, ale nie wydaje dźwięku.

-?Dla­czego pła­czesz, mała? -?pyta Caro­line.

Patri­cia gwał­tow­nie kręci głową.

-?Ja po pro­stu... -?zaczyna. -?Ja zawsze tak się czuję... Jest mi smutno, kiedy myślę o tacie.

Pochy­lam się w jej stronę.

-?Patri­cio, co wiesz o dzie­ciń­stwie two­jego ojca?

-?Wła­ści­wie to nie wiem nic. -?Sięga po kolejną chu­s­teczkę. -?Wiem tylko... Boże, nic nie wiem...

-?Na pewno coś wiesz, Patri­cio. Powiedz -?nale­gam.

-?No więc... -?jąka się -?nie jestem pewna. To takie... Wiem tylko, że było złe!

Patri­cia kuli się w sobie. W żaden spo­sób nie może kon­ty­nu­ować. Pochyla głowę i zaczyna szlo­chać.

Tho­mas zerka na córkę z zakło­po­ta­niem. Patrzy kątem oka, lęka­jąc się spoj­rzeć jej w twarz.

-?To wszystko twoje, wiesz o tym? -?mówię.

Zwraca się ku mnie.

-?Ból, który ona wyraża, jest twój -?obja­śniam.

* * *

Dwie sesje póź­niej, pro­mie­niu­jąc skon­cen­tro­waną odwagą, Tho­mas Wat­chell zgod­nie z moim pole­ce­niem sie­dzi wygod­nie w fotelu z zamknię­tymi oczami i dłońmi ele­gancko sple­cio­nymi na kola­nach. Caro­line, Diane i Patri­cia usa­do­wiły się z boku, na pozór w swo­bod­nych pozach. Ale ich odde­chy są płyt­kie, a oczy utkwione w twa­rzy ojca. Tho­mas, głę­boko roz­luź­niony, nie­mal w lek­kim hip­no­tycz­nym tran­sie, zaczyna zgłę­biać nie­przy­jemne wspo­mnie­nia, "kry­tyczne epi­zody" ze swego dzie­ciń­stwa47. Ponie­waż nie może się zdo­być na mówie­nie o prze­szło­ści w nor­mal­nej roz­mo­wie, pro­szę go, żeby zamknął oczy, pozwo­lił swym myślom powę­dro­wać wstecz i raczej na nowo prze­ży­wał, niż rela­cjo­no­wał tamte wyda­rze­nia48. Posłu­gu­jąc się tą tech­niką wycho­dze­nia z traumy, Tho­mas przede wszyst­kim sięga do naj­waż­niej­szej sceny, która zacią­żyła nad jego dzie­ciń­stwem, a następ­nie wczuwa się w nią emo­cjo­nal­nie. Widzę kro­ple potu zbie­ra­jące się na jego czole i karku. Opi­suje "mau­zo­leum" sypialni jego matki widziane oczami małego chłopca.

-?Tu jest duszno -?mówi.

-?Duszno?

-?Tak. Wszyst­kie zasłony są spusz­czone.

-?Mów dalej -?zachę­cam.

-?Nie zwy­kłe zasłony. To za słabe słowo. Takie wiel­kie, cięż­kie bro­ka­towe dra­pe­rie. Wszę­dzie ich pełno. Cały pokój w nie zawi­nięty. Na ścia­nach, nad łóż­kiem. Poduszki, kwiaty i -?jak się to nazywa - saszetki.

Urwał, jakby na nowo poczuł tamtą woń.

-?Tho­mas, ile masz lat? -?pytam.

-?Ach, jestem cał­kiem mały. Cztery, może pięć, sześć czy sie­dem.

-?Mów dalej -?zachę­cam go łagod­nie.

Tho­mas sie­dzi z zamknię­tymi oczami, ze sto­pami opar­tymi na pod­ło­dze, z rękami na kola­nach, jak dziecko.

-?Chcesz wie­dzieć, jak to czuję? -?pyta.

-?Tak. -?Kiwam głową, cho­ciaż nie może tego widzieć. -?Opo­wiedz ze szcze­gó­łami.

-?No więc jest gorąco. W moich wspo­mnie­niach jest dziw­nie gorąco. Wszystko jest poza­my­kane, rozu­miesz? Okna. Luf­ciki. A to jest sier­pień.

-?Idź dalej -?pona­glam. -?Jak tam pach­nie?

Marsz­czy nos.

-?Nie zwra­cam na to uwagi...

-?Czy czu­jesz jakieś zapa­chy koja­rzące ci się z matką? -?pró­buję ukie­run­ko­wać jego wspo­mnie­nia. -?Zapach jej ubrań, jej odde­chu?

Tho­mas się uśmie­cha, wciąż z zamknię­tymi oczami, jakby przej­rzał moją grę.

-?Jej ubrań, jej odde­chu? -?powta­rza. -?Jej chla­nia, chcia­łeś powie­dzieć? -?W jego gło­sie brzmi pre­ten­sja. -?Nie. -?Kręci głową. - Masz rację, oczy­wi­ście, ale to nie jest smród. Ona pije czy­stą wódkę. To nie pozo­sta­wia moc­nego zapa­chu. Może pach­nie tro­chę jak środki dezyn­fek­cyjne, ale szcze­rze mówiąc, nawet to lubię. Przy­po­mina mi to pie­lę­gniarki w naszym szkol­nym ambu­la­to­rium.

-?Czy ona się poru­sza? Mówi coś? -?pytam.

-?W tej mojej fan­ta­zji? -?uści­śla i kręci głową. -?Nie. Nic takiego. Leży plac­kiem. Roz­wa­lona w poprzek łóżka, chra­piąc jak małe dziecko.

Odpływa gdzieś myślą.

-?A ty co? -?pró­buję skło­nić go do kon­ty­nu­acji.

-?Ja? -?Milk­nie i znowu się zamy­śla.

-?Tho­mas?

-?Jestem tu. -?Wzru­sza w końcu ramio­nami. -?Po pro­stu sie­dzę. Na poste­runku.

-?Co pro­szę?

-?Jako straż­nik -?wyja­śnia. -?Żoł­nierz na war­cie. Mały żoł­nie­rzyk mamusi. -?Pro­stuje się w fotelu. -?Ster­czę jak kołek. Gapię się.

-?Gapisz się -?powta­rzam. -?Na co?

-?No cóż, chyba na nią -?odpo­wiada. -?Jak oddy­cha. Wiesz, pierś do góry i w dół, do góry i w dół. -?Znowu urywa. -?To jest takie kojące, naprawdę.

-?To wcale nie jest kojące -?sprze­ci­wiam się z naci­skiem. -?To twój obo­wią­zek.

-?Co?

-?Sie­dzieć tam, pil­no­wać jej -?zauwa­żam, że w moim gło­sie brzmi nie­mal złość. -?Pil­no­wać jej odde­chu.

-?No, może -?ustę­puje. -?W ogóle pil­no­wać jej. Czy wszystko jest z nią w porządku.

-?Pil­no­wać, czy jesz­cze żyje -?pod­po­wia­dam.

* * *

Kiedy pytam Tho­masa, jak czę­sto prze­sia­dy­wał tak na straży nad pijaną matką, odpo­wiada: "Codzien­nie", takim tonem, jakby było to głu­pie pyta­nie. Kiedy jed­nak pro­szę go, żeby wyobra­ził sobie, jak czuje się ten mały chło­piec żyjący w jego pamięci, gdy sie­dzi przy jej łóżku, w końcu zaczyna pła­kać, po tylu sesjach, pod­czas któ­rych wyda­wał się nie­wzru­szony.

-?Pusty -?wydu­sza z sie­bie po dłu­giej, męczą­cej pau­zie. -?Czuję się cał­kiem pusty. -?A potem dodaje nie­py­tany: -?Wiesz, cza­sami się do niej przy­tu­la­łem. Kła­dłem głowę obok niej, żeby ją czuć...

Wciąż z zamknię­tymi oczami Tho­mas odwraca się od nas do ściany. Wiemy, że chce być teraz sam ze sobą. Córki pła­czą bez­gło­śnie, nie chcąc mu prze­ry­wać.

-?Więc jak? -?pyta Tho­mas, gdy wsta­jemy po zakoń­cze­niu sesji. Wygląda na nieco zmię­tego. -?Czy coś dzi­siaj zała­twi­li­śmy?

Dziew­czyny ota­czają ojca. Caro­line wsuwa się w jego ramiona.

-?Oj, tato, tak trudno cię roz­gryźć.

Byłem nie­zmier­nie zado­wo­lony z jego pła­czu i wysiłku pamięci. Dwa mie­siące wcze­śniej za nic nie poka­załby się swoim cór­kom z takiej strony. Trzy mie­siące wcze­śniej w przy­chodni wydzie­rał się na mło­dego prak­ty­kanta, twier­dząc, że jego psim obo­wiąz­kiem jest dać mu coś na sen. Sądził, że nasze sesje są po to, żeby uło­żył sobie sprawy z rodziną, i rze­czy­wi­ście tak się stało. Ale praw­dzi­wym celem było lecze­nie jego ostrej depre­sji jaw­nej i chro­nicz­nej depre­sji ukry­tej.

Jawna depre­sja Tho­masa cze­kała tylko na oka­zję do mani­fe­sta­cji, podob­nie jak u Davida Inglesa, cho­ciaż z innych powo­dów. Stałe igno­ro­wa­nie wła­snych emo­cji i związ­ków z ludźmi nało­żyło się nie­bez­piecz­nie zanie­dba­nia psy­cho­lo­giczne, któ­rych doznał w dzie­ciń­stwie. Tho­mas miał jasne wyobra­że­nie swo­ich życio­wych celów i wie­dział, do czego dąży, lecz otwar­cie igno­ro­wał swoją prze­szłość. Odwró­cił się ple­cami do minio­nych fak­tów i uda­wał, że go nie doty­czyły. Błąd w jego stra­te­gii oddzie­la­nia się od daw­nego bólu pole­gał na tym, że nie pod­da­wały się jej emo­cje. David Ingles nie chciał znać smut­nego, skrzyw­dzo­nego chłopca, który się w nim krył, i skoń­czyło się na zada­wa­niu podob­nych krzywd wła­snemu synowi. Pod­czas mrocz­nych wie­czo­rów przy łóżku matki Tho­mas nie­wąt­pli­wie przy­się­gał sobie, że nie pozwoli, by jego przy­szła rodzina prze­ży­wała coś podob­nego. Ale życie, które stwo­rzył swoim bli­skim, oka­zało się pra­wie tak samo pozba­wione rów­no­wagi jak to, od któ­rego ucie­kał. Davida wypie­ra­nie prze­szło­ści popchnęło do fizycz­nej prze­mocy, nato­miast u Tho­masa było przy­czyną obo­jęt­no­ści. Oby­dwaj bez żad­nej złej inten­cji zgo­to­wali swoim rodzi­nom to, przez co sami prze­szli w dzie­ciń­stwie.

Dłu­go­trwała ukryta depre­sja Tho­masa zamie­niła się w poważny atak depre­sji jaw­nej, kiedy jego kru­che poczu­cie wła­snej war­to­ści roz­sy­pało się pod cio­sem, któ­rym było odrzu­ce­nie go przez córki. Depre­sja, którą nosił w sobie przez tyle lat, w końcu wybu­chła gwał­tow­nie. Ale, jak sam póź­niej przy­znał, zawsze z nim była, nie­po­strze­że­nie drą­żąc jego wnę­trze.

"To nie to, że byłem z sie­bie zado­wo­lony -?zwie­rzał się Tho­mas w dal­szym eta­pie tera­pii. -?Raczej odpy­cha­łem od sie­bie kata­strofę. Dzięki każ­demu nowemu suk­ce­sowi mogłem jedy­nie oddy­chać tro­chę swo­bod­niej. Ale zawsze pozo­sta­wał lęk przed czymś, co czai się za naj­bliż­szym rogiem. Ni­gdy nie czu­łem się naprawdę na luzie".

Brak przy­ja­ciół i dodat­ko­wych zain­te­re­so­wań oraz poczu­cie obco­ści we wła­snym domu Tho­mas rekom­pen­so­wał sobie dobrym jedze­niem, powo­dze­niem zawo­do­wym i doda­ją­cymi powagi akce­so­riami.

"Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że nie­wiele mia­łem z życia" - przy­zna­wał z żalem.

Świa­do­mie lub nie­świa­do­mie, Tho­mas wciąż ucie­kał. Ucie­kał przed nie­do­stat­kiem finan­so­wym, ale rów­nież przed cier­pie­niem i pustką, któ­rych dozna­wał jako dziecko, ucie­kał przed poczu­ciem bez­war­to­ścio­wo­ści i jało­wo­ści emo­cjo­nal­nej, które prze­śla­do­wało go przez więk­szość życia. Do czasu obec­nego kry­zysu Tho­mas z powo­dze­niem koił swe psy­chiczne rany, zaży­wa­jąc odpo­wied­nie dawki środ­ków wzmac­nia­ją­cych wiarę w sie­bie - pie­nię­dzy, suk­ce­sów, pre­stiżu. Lekar­stwa te trzy­mały go w pio­nie, zastę­pu­jąc mu auten­tyczne więzi z ludźmi. Jak więk­szość męż­czyzn cier­pią­cych na ukrytą depre­sję, miał pro­blemy z intym­no­ścią w związ­kach, ponie­waż nie potra­fił się zdo­być na emo­cjo­nalną intym­ność z samym sobą. Liriope, matka Nar­cyza, spy­tała kie­dyś wyroczni, czy jej syn będzie długo żył. Otrzy­mała iro­niczną odpo­wiedź: "Tak długo, aż pozna samego sie­bie". Ci męż­czyźni, jak Nar­cyz, lękają się samo­wie­dzy. Ucie­kają od oso­bi­stego doświad­cze­nia -?bólu depre­sji. Odsu­wają je na bok i negują. Davida Inglesa i Tho­masa Wat­chella drą­żył ból, ale żaden z nich nie pozwo­lił sobie go odczuć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki