Rozdział 2
Klara od dziecka uwielbiała stare zamki i pałace. Im lepiej zachowane, tym bardziej ją interesowały, ale chętnie eksplorowała też ruiny. Szukała śladów dawnego życia. Zamek Książąt Sułkowskich w Bielsku-Białej był jednym z jej ulubionych. Skakała ze szczęścia, kiedy udało jej się dostać na staż do mieszącego się przy ulicy Wzgórze muzeum. Wtedy nawet w najśmielszych snach nie spodziewała się, że pewnego dnia wygra konkurs na dyrektorkę i obejmie stery na tym pokładzie. Tymczasem mijała jej już druga kadencja. I mimo że często narzekała na zbędną jej zdaniem papierologię i natłok obowiązków, które odciągały ją od tego, czym najbardziej lubiła się zajmować - zdobywania nowych eksponatów, organizowania wystaw i uczestnictwa w pracach naukowych - to i tak nie zamieniłaby tej pracy na żadną inną.
Grafik był napięty. Umówiła się z Jackiem w domu na dwudziestą trzydzieści, a teraz nie wiedziała, jakim cudem uda jej się dotrzeć na czas. Poprzedniego dnia nie mieli nawet chwili, aby usiąść razem i poświętować. Obchodził urodziny. Czterdzieste siódme. Za każdym razem, kiedy zbliżał się do okrągłych rocznic - trzydziestej, czterdziestej, a teraz pięćdziesiątej - Klara w ramach żartów mu dokuczała. Nazywała pieszczotliwie staruszkiem. Dzieliły ich wprawdzie tylko cztery lata, ale zanim Klara dobijała do trzydziestki, jemu już bliżej było do trzydziestu pięciu, a kiedy on przekraczał czterdziestkę, ona wciąż była w okolicach trzydziestego piątego roku życia. Teraz straszyła go widmem nadchodzącej pięćdziesiątki. Zresztą Jacek zawsze wyglądał poważnie na swój wiek, nawet wtedy, gdy miał dwadzieścia pięć lat i dopiero się poznali. Klara nadal dobrze się trzymała, przez co jej mąż sprawiał wrażenie, jakby był starszy nie o cztery, a o co najmniej dziesięć lat. Nigdy jednak nawet przez myśl by jej nie przeszło, że Jacek nie jest atrakcyjnym mężczyzną. Był jak wino, George Clooney czy Viggo Mortensen. Im starszy, tym przystojniejszy.
Zanim jednak Klara miała dotrzeć do domu, czekał ją intensywny dzień. Z samego rana pojechała na plebanię, aby przejrzeć księgi parafialne. Chciała jeszcze coś sprawdzić, a w urzędzie stanu cywilnego odbijała się od ściany. Wielokrotnie przekonywała się o tym, że bardziej pomocny od urzędników bywał ksiądz. Księgi parafialne były prawdziwą kopalnią informacji. Niby mogła wysłać na miejsce któregoś ze swoich pracowników, ale przy okazji chciała wypić z księdzem kawę. Lubiła z nim dyskutować, bo i on był żywo zainteresowany historią regionu. Często rozmawiał ze starszymi parafianami, a potem opowiadał Klarze, czego się dowiedział. Nie wszyscy księża byli tak chętni do współpracy z muzealnikami, ale Aleksander, bo tak miał na imię, angażował się w poszukiwania Klary i chętnie dzielił się z nią swoimi obserwacjami.
Klara dopiero co domknęła jedną wystawę o historii sukienników w Bielsku. Jej otwarcie było zaplanowane na to popołudnie, ale myślami była już przy zupełnie innym przedsięwzięciu. Jeszcze nie wiedziała, czy zdobędzie na tyle materiałów, aby stworzyć z tego ekspozycję, ale od jakiegoś czasu zgłębiała temat obozu w Mikuszowicach. Jego historia była tyleż ciekawa, co dla wielu wciąż niewygodna. W czasie wojny funkcjonował w nim obóz pracy. Więziono w nim od kilkudziesięciu do stu dziesięciu, stu dwudziestu - różne źródła powoływały się na różne liczby - Polaków, którzy pracowali przy regulacji koryta rzeki Białej i przy niemieckich gospodarstwach rolnych. Po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną NKWD utworzyło w Mikuszowicach obóz dla bielskich Niemców i folksdojczów. Po wojnie UB więziło tam między innymi członków Armii Krajowej. Klara dotarła do źródeł, według których Polacy, głównie młodzi milicjanci, po wojnie dokonywali w obozie zbrodni jeszcze gorszych od tych, które miały miejsce w Mikuszowicach w czasach okupacji. Niektórzy z oprawców wciąż żyli, mieszkali w Bielsku-Białej i okolicach. Dzięki księgom parafialnym Klara chciała dotrzeć również do rodzin Polaków więzionych w obozie po wojnie. Aleksander też się do tego zapalił. W poszukiwania zaangażował nawet kilku znajomych księży. Jedni wykazali się umiarkowanym entuzjazmem, drudzy totalnie zignorowali sprawę, a jeszcze inni radzili, żeby w ogóle nie zajmować się tym tematem, ale wyglądało na to, że coś ruszyło.
Po powrocie z plebanii Klara musiała pilnie sprawdzić artykuł historyczny pod kątem merytorycznym. W międzyczasie trzeba było przejrzeć korespondencję, podpisać faktury podsunięte przez księgową, a także odbyć rozmowę telefoniczną z kobietą, która twierdziła, że jest w posiadaniu czegoś, co mogłoby zainteresować muzeum. Klara chciała jeszcze przeszukać Allegro w poszukiwaniu starych pocztówek i zdjęć, ale nie starczyło jej już czasu. Musiała przygotować się do otwarcia ekspozycji o bielskich sukiennikach. Jeszcze raz przejrzała tekst przemowy, którą sobie przygotowała. Podparła głowę dłonią. Od rana ćmiło ją w skroniach. Nie mogła się skupić na lekturze. Jej myśli krążyły daleko: od plebanii księdza Aleksandra, przez wynajęte mieszkanie na rogu Karmelickiej i Rajskiej, po dom, który po wyprowadzce Ewy sprawiał wrażenie pustego.
Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Klara z ulgą odłożyła tekst przemówienia, odchrząknęła i zawołała:
- Proszę!
Drzwi nieznacznie się uchyliły i Klara dostrzegła w wąskiej szparze najpierw ogromne okulary, a później niską dziewczynę z niepewną miną. Sylwia pracowała w muzeum od ośmiu miesięcy. Klara musiała przyznać, że decyzja o jej zatrudnieniu była jedną z najlepszych, jakie podjęła w swojej dyrektorskiej karierze. Ta dziewczyna od ręki załatwiała nawet sprawy niezałatwialne. Wyglądała jak sierotka Marysia i chyba właśnie dlatego ludzie robili dla niej to, o co ich prosiła. Sylwia sprawiała wrażenie zalęknionej i bardzo niepewnej siebie, a Klara nie wiedziała już, na ile to poza, a na ile dziewczyna rzeczywiście była nieśmiała. W każdym razie na jej: "Och, szefowa urwie mi głowę", miękły nawet najbardziej zatwardziałe serca urzędników.
- Przepraszam, że przeszkadzam... - bąknęła pod nosem Sylwia, a Klara ostatkiem sił powstrzymała się od przewrócenia oczami.
To, że Sylwia była dobrą pracownicą, nie zmieniło podejścia Klary do ludzi, którzy przepraszają za to, że żyją.
- Nie przeszkadzasz. Proszę, wejdź. O co chodzi?
- Bo widzi pani... - Sylwia przecisnęła się przez wąską szparę w drzwiach i zamknęła je za sobą. - Przed chwilą dzwonił pan Drygała.
- Drygała? - Klara potrzebowała dłuższej chwili, aby przypomnieć sobie, kim ów Drygała jest. - Ach. Saksofonista!
- Tak. Pytał, czy istnieje możliwość, aby przełożyć koncert na inny dzień.
Klara westchnęła głośno. Informacja o tym wydarzeniu poszła do mediów i na fanpage muzeum, plakaty wisiały w całym mieście. Miała spotkania ułożone pod ten koncert i zaklepany budżet.
- Co mu odpowiedziałaś?
- Że oczywiście nie ma takiej możliwości, bo jest za późno, ale uparł się, żebym porozmawiała o tym z dyrekcją.
- Bardzo dobrze. Artyści... - Klara rozłożyła bezradnie ręce. - Koncert jest w przyszłym tygodniu, a on pyta, czy możemy go przełożyć. Podał chociaż przyczynę?
- Nie, proszę pani.
- Powiedz mu, że nie możemy zmienić terminu. Podpisał już umowę.
- Oczywiście.
Sylwia nie obróciła się jednak na pięcie, jak to miała w zwyczaju, kiedy sprawa została już przez nią załatwiona, tylko dalej tkwiła w miejscu.
- Tak? - Klara wbiła w nią wyczekujące spojrzenie.
- Jakaś kobieta o panią pytała. Prosiłam, aby podała nazwisko i wyjaśniła, o co chodzi, ale nie chciała.
Ta informacja nie zrobiła na Klarze większego wrażenia. Co chwilę ktoś o nią pytał.
- Dzwoniła?
- Nie, przyszła do muzeum.
- I gdzie teraz jest? - zapytała Klara z irytacją.
Dlaczego z tej dziewczyny wszystko trzeba było wyciągać na siłę?
- Na dole. Powiedziała, że bardzo zależy jej na rozmowie z panią i poczeka, aż...
- Dobrze, już dobrze! - przerwała Klara. - Poprosisz ją do mnie?
- Oczywiście. - Sylwia mocniej zacisnęła palce na czarnej teczce z klipem, którą trzymała w dłoniach - jej nieodłącznym atrybucie - i wyszła z gabinetu.
Klara wróciła do przerwanej lektury. Kiedyś znajoma dyrektorka z innego muzeum powiedziała jej, że na otwarciu wystaw i spotkaniach zwykle improwizuje, ale Klara nie mogłaby sobie na to pozwolić. Była urodzoną perfekcjonistką. Zawsze pisała swoje przemowy na kilka tygodni przed wygłoszeniem, a potem uczyła się ich na pamięć. Zwykle była z siebie zadowolona, ale teraz wydawało jej się, że to pustomowa. Czegoś w tym przemówieniu brakowało.
Rozległo się ponowne pukanie do drzwi.
- Proszę!
Klara miała wrażenie, że gdzieś już to widziała. Wiele razy. Duże, zbyt duże jak na taką drobną twarz okulary, przestraszone spojrzenie, rozchylone usta i przyspieszony oddech.
- Pani dyrektor, nie ma jej!
Klara skinęła głową na znak, że przyjęła informację do wiadomości.
- Widocznie sprawa, z którą do mnie przyszła, nie była aż tak pilna.
- Ale... - Sylwia się zawahała. - Odniosłam wrażenie, że naprawdę zależy jej na rozmowie z panią. Dziwne.
- Nie przejmuj się tym i wracaj do swoich obowiązków. Gdybym miała się niepokoić z powodu każdego dziwnego człowieka, codziennie traciłabym mnóstwo czasu, a tego chyba nie mamy zbyt wiele, prawda? Otwarcie wystawy za dwie godziny! Zaraz do was zejdę, trzeba zacząć przygotowywać salę.
Klara nie była jednym z tych dyrektorów, którzy tylko wydają polecenia. Prowadziła wszystkie imprezy, angażowała się w przygotowania, zostawała po spotkaniach, aby pomóc posprzątać, i zawsze stawała murem za swoimi pracownikami. Nawet jeśli uważała, że rzeczywiście nawalili, przed obcymi broniła ich jak lwica. Potem, oczywiście, przeprowadzała z delikwentem poważną rozmowę, ale starała się zapobiec nieprzyjemnym skutkom jego błędu czy zaniedbania. Była taką samą dyrektorką, jak matką. Jeśli Ewa zrobiła coś głupiego, była ganiona przez mamę za swoje zachowanie, ale otrzymywała też niezbędne wsparcie i pomoc w odkręceniu całego zamieszania.
Po wyjściu Sylwii Klara na powrót zaczęła namiętnie kreślić i poprawiać tekst swojego przemówienia. Od tego zajęcia oderwał ją dzwoniący w torebce telefon. Klara wydobyła go z beżowej skórzanej listonoszki i uśmiechnęła się, kiedy na ekranie zobaczyła imię córki.
- Cześć, kochanie - powiedziała do telefonu. - Myślałam dziś o tobie. Jak po inauguracji?
- Fajnie - rzuciła Ewa, a Klara skrzywiła się odruchowo. Nie lubiła tego słowa. "Fajnie" tak naprawdę oznaczało wszystko i nic. - Poznałam kilka osób z grupy. Trzy dziewczyny: dwie z Krakowa i jedną z Kielc, no i chłopaka ze Skawiny.
- A ta dziewczyna z Kielc - zainteresowała się Klara - też coś wynajmuje?
- Będzie mieszkać w akademiku.
Ewa wprawdzie też coś przebąkiwała wcześniej o akademiku, ale Jackowi i Klarze udało się ją przekonać, że to nie jest najlepszy pomysł. W mieszkaniu miała ciszę, spokój. Nie musiała się dopasowywać do współlokatorów.
- No, ale jacy to ludzie? Polubiłaś ich?
- Chyba jest za wcześnie, żeby wyrokować, ale są w porządku.
- A jak sama uczelnia? Jesteś zadowolona?
- Mamo, byłam tam dosłownie przez chwilę. Nie zdążyłam się rozejrzeć, poznać ludzi. Chociaż muszę przyznać, że panuje tam specyficzna atmosfera.
- Specyficzna? - Klara bardzo nie lubiła w córce tego, że musi ją ciągnąć za język.
- No wiesz...
Oczyma wyobraźni widziała, jak córka się uśmiecha, a dołeczki w jej policzkach uwydatniają się.
- Nie wiem. Ja studiowałam historię, a potem podyplomowo zarządzanie i muzeologię.
- Wiem, wiem. Po prostu... wiesz, jaki jest tata, jacy są jego znajomi, dziadkowie. Pomnóż to razy tysiąc, a otrzymasz obraz wykładowców - roześmiała się Ewa.
- No tak. Ale chyba właśnie tego się spodziewałyśmy, prawda?
Kiedy Klara poznała Jacka i dowiedziała się, że właśnie uzyskał dyplom uczelni medycznej i zaczął staż podyplomowy w szpitalu, nie była do końca przekonana, czy ta znajomość na pewno jest perspektywiczna. O lekarzach krążyło wiele mitów. Że to kobieciarze, że mają poczucie wyższości, że bywają chamscy i nieżyczliwi. Jacek jednak był uparty. Młodziutka studentka historii tak wpadła mu w oko, że nie potrafił o niej zapomnieć, nawet kiedy dała mu kosza. Wystawał pod jej wydziałem, wysyłał do niej listy, wydzwaniał na telefon stacjonarny tak często, że jej rodzice zaczęli się irytować i poradzili jej, żeby umówiła się z nim dla świętego spokoju. W końcu Klara się zgodziła i już po pierwszym spotkaniu musiała przyznać, że jej obawy były bezpodstawne. Jacek ani razu nie dał jej odczuć, że jest wielkim absolwentem medycyny, a ona tylko studentką historii. Sprawiał wrażenie żywo zainteresowanego przedmiotem jej studiów i pasji.
Niepokój jednak powrócił, kiedy Jacek poprosił ją o rękę. Nigdy wcześniej nie rozmawiali o tym, jak będzie wyglądać ich życie, kiedy się pobiorą i zamieszkają razem, ale Klara obawiała się, że narzeczony będzie próbował ją wcisnąć w sztywne ramy żony lekarza. A ona chciała być niezależna. Nie zamierzała być tylko ładnym dodatkiem do szanowanego i powszechnie podziwianego męża. Miała swoje plany, marzenia i ambicje. Kiedy podzieliła się z Jackiem swoimi przemyśleniami, wybuchnął głośnym śmiechem.
- Co ty znowu wymyśliłaś? - zapytał, kiedy już się uspokoił. - Moja mama jest czynna zawodowo od trzydziestu lat i odnosi sukcesy! To naprawdę silna kobieta, która tak jak ty ceni sobie niezależność i ma spore ambicje. Nie jest tylko żoną lekarza. Nigdy bym tego od ciebie nie wymagał!
Jego słowa ją uspokoiły. Teraz, dwadzieścia lat po ślubie, musiała przyznać, że dotrzymał obietnicy. Nigdy nawet nie zasugerował, że jej praca jest mniej ważna od tego, czym on się zajmuje. Ale zmienił się. Lata pracy w zawodzie zrobiły swoje. Musiał się uodpornić, bo inaczej by zwariował. Klara miała wrażenie, że jego empatia zmalała. Nie był już tamtym wrażliwym chłopakiem. Praca w szpitalu dawała mu się mocno we znaki. Bywało, że wychodził do pracy rano i wracał po dwóch dniach. Fizycznie szybko się przyzwyczaił. Gorzej z psychiką. Na oddziale kardiologicznym zgony pacjentów zdarzały się o wiele częściej niż na laryngologii, ginekologii czy dermatologii. Długo wyrzucał sobie, że mógł zrobić więcej, chociaż pracował ponad siły. Ale potem, Klara nie potrafiła jednoznacznie wskazać momentu, w którym to się stało, coś w nim pękło.
Przez dłuższą chwilę w słuchawce panowała cisza. Klara wsłuchiwała się w oddech córki, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką i zaglądała w nocy do jej pokoju, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.
- Jutro mam pierwsze zajęcia, więc będę mogła więcej powiedzieć o ludziach z grupy i wykładowcach - stwierdziła Ewa.
- A jak sobie radzisz? Niczego nie potrzebujesz?
- Mamo, dopiero co przywieźliście mnie do Krakowa! Nie zdążyłam jeszcze zjeść wałówki, którą dla mnie przygotowałaś! A w razie gdyby groziła mi śmierć głodowa, niedaleko mieszkania wypatrzyłam tanią knajpkę z domowymi obiadami.
- No tak. Studenckie życie. - Klara uśmiechnęła się na wspomnienie barów mlecznych, kotletów mielonych z burakami i ziemniakami i kompotów truskawkowych. - Dbaj tam o siebie, kochanie.
- Mamo - mruknęła Ewa ostrzegawczym tonem. - Rozmawiałyśmy już o tym! Lepiej powiedz, co słychać w domu. Dzwoniłam do taty, ale nie odbiera.
Klara poczuła delikatne ukłucie żalu, kiedy dotarło do niej, że Ewa najpierw próbowała się skontaktować z ojcem, żeby opowiedzieć mu o pierwszym dniu na uczelni, a dopiero kiedy jej się to nie udało, wybrała jej numer. Matka nie powinna się jednak temu dziwić. To z Jackiem Ewę będą łączyć wspólne sprawy zawodowe.
- Pewnie ma urwanie głowy w pracy. Będę się z nim widzieć wieczorem, to mu powiem, żeby oddzwonił.
- Nie, spokojnie, nie trzeba. Ale u was wszystko w porządku? - upewniła się Ewa.
- Oczywiście. Dzisiaj mam otwarcie wystawy o tych sukiennikach.
- No właśnie! Szkoda, że nie ma mnie w Bielsku, bo chętnie bym wpadła.
- Nadrobimy to - powiedziała Klara. - Może w którąś sobotę do nas zajrzysz? To jedna z największych wystaw w ostatnich latach, ale ja jakoś nie potrafię się nią cieszyć. Myślami jestem już przy następnym temacie...
- Cała ty! W ogóle mnie to nie dziwi! A co będzie można zobaczyć na tej wystawie?
- No wiesz. Krosna, kołowrotki, mamy też jedno motowidło, a także przedmioty codziennego użytku. Udało się zdobyć kilka dokumentów, w tym oryginalny statut cechu - wymieniała Klara, pstrykając długopisem. - Wyszła z tego naprawdę solidna wystawa, ale obawiam się o frekwencję i zainteresowanie. Sukiennicy nie są tematem, który poruszy tłumy. Bardziej perspektywiczny jest projekt, którym zajmuję się teraz, choć, prawdę mówiąc, nie wiem, co z tego wyjdzie.
- A co to ma być? - zainteresowała się Ewa.
- Zbieram materiały na temat obozu w Mikuszowicach. Chcę przedstawić całą historię tego miejsca ze szczególnym naciskiem na czasy powojenne.
- No tak. Jeśli ci się uda, ta wystawa będzie ogromnym sukcesem. To bardzo wdzięczny temat.
Klara skrzywiła się, słysząc określenie "wdzięczny" w odniesieniu do obozu, w którym torturowano ludzi, ale Ewa miała rację. Jeżeli Klara czegoś się nauczyła przez te wszystkie lata pracy w muzeum, to właśnie tego, że najwięcej ludzi przyciągają trzy tematy: holokaust, zbrodnie dokonywane przez Polaków na Polakach i przymusowe wysiedlenia. Każdy z nich z zupełnie innego powodu. Najwięcej emocji i kontrowersji budził jednak ten drugi temat.
- No właśnie. Jeśli mi się uda...
- Mamo, czy kiedykolwiek nie udało ci się coś, co sobie założyłaś?
- Nie, chyba nie - bąknęła z zawstydzeniem Klara.
Czyny, nie słowa. Właśnie one nas definiują. Nie lubiła więc się chwalić swoimi osiągnięciami. Wolała działać.
- Więc skąd ten brak wiary we własne umiejętności?
- Sama nie wiem. Ludzie nie chcą mówić o Mikuszowicach. Chętnie rozprawiają o tym, co działo się tam w czasie wojny, ale nie po okupacji.
- Z pomocą Sylwii pokonasz ludzką niechęć - podsunęła Ewa.
Wzmianka o pracownicy sprowadziła Klarę z powrotem na ziemię. Musiała zejść na dół. Swoją drogą przygotowanie miejsc dla widowni było zawsze nieco problematyczne. Zbyt duża liczba wolnych krzeseł źle wyglądała na zdjęciach, które potem publikowali na stronie i fanpage'u muzeum. Ale jeśli było ich za mało, też niedobrze, bo ludzie nie mieli gdzie usiąść. Już kilka razy albo dokładała krzeseł, albo je chowała.
- Muszę kończyć. O siedemnastej mamy otwarcie.
- Jasne, idź. Powodzenia! Trzymam kciuki!
- Przyjedziesz w sobotę? - zapytała Klara, bardzo licząc na twierdzącą odpowiedź.
Nie widziała córki dopiero od dwóch dni, a już miała wrażenie, że upłynęła cała wieczność od momentu, kiedy zostawili ją w mieszkaniu w Krakowie. Nie było minuty, w której Klara nie zastanawiałaby się, jak radzi sobie jej córka, i nie rozczulałaby się nad sobą. Jacek miał rację. Cierpiała na syndrom pustego gniazda. Najchętniej dzwoniłaby do Ewy co pół godziny, aby upewnić się, że wszystko u niej w porządku, ale przecież nie mogła tego robić. Jej córka była dorosła. Do-ro-sła, nawet jeśli Klarze tak trudno przychodziło zaakceptowanie tego stanu rzeczy.
- Tak. Nie mam żadnych planów, więc przyjadę. Bez prania. - Klara wyłapała w głosie Ewy nutkę rozbawienia.
- Jak wolisz, ale pamiętaj, że moja propozycja jest nadal aktualna! Zadzwoń jutro po zajęciach.
- Oczywiście. Ucałuj tatę! Pa!
Klara rozłączyła się i wrzuciła telefon z powrotem do torebki. Wstała zza biurka i zatrzymała się przed stojącym przy ogromnym regale z książkami lustrem. Nie prezentowała się najlepiej. Wprawdzie przed otwarciem wystawy miała zamiar zmienić sukienkę i nałożyć makijaż, ale z włosami już nic nie zrobi. Nie wzięła ze sobą szczotki i lakieru do włosów. Odnotowała w pamięci, aby zapytać Iwonę z administracji, czy nie ma czegoś ze sobą - zwykle była przygotowana na każdą ewentualność - i wyszła z gabinetu. Przekręciła klucz, schowała go do kieszeni marynarki i ruszyła schodami w dół.
Była zmęczona. Dochodziła szesnasta trzydzieści, a ją tego dnia czekało jeszcze mnóstwo pracy. Humor poprawił jej się natychmiast, kiedy uświadomiła sobie, że alternatywą jest pusty dom. Jednak nie ma to jak w pracy.