Nie ma miłości w naszym mieście - Janusz Gołda

Kup ebooka

10.00 zł
8.30 zł (8,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rzeka

- Płynie powoli, leniwie, czasem wzbierze i sięgnie ci do kolan albo do piersi. Ot, taki naszedł ją chwilowy kaprys. Przyzwyczajasz się i myślisz, że tak będzie już zawsze, więc kiedy sięgnie wyżej niż zazwyczaj sięgała, ogarnia ciebie przerażenie. Krzyczysz, słowa grzęzną ci w gardle. Chcesz uciekać, nogi masz z ołowiu. Łudzisz się, że to sen, ale rzeka podnosi się nieubłaganie. Stajesz na palcach, krztusisz się, dławisz i dopiero wtedy widzisz, jakie kruche jest życie - mówił stojący na brzegu rzeki mężczyzna o pospolitym wyglądzie, ubrany w wytarte dżinsy i wypuszczone na wierzch niebieskie polo z krótkimi rękawami.

- Człowieku, o czym ty gadasz? - żachnął się krępy, niski mężczyzna. Stał kilka kroków od brzegu. Woda sięgała mu do kolan. Mocował się z wędką, która zaczepiła o coś na dnie rzeki. - Ja jestem normalny, rozumiesz? Norrmallny - powtórzył mocno akcentując poszczególne głoski. - Tamtym - pokazał krótkim ruchem głowy na piętrzący się ponad nim betonowy most - może być wszystko jedno. Mnie, nie! - krzyknął, szarpiąc wędziskiem.

Mężczyzna w niebieskim polo spojrzał w górę.

Na moście stało kilkanaście osób, obserwując z góry z zaciekawieniem dziwne zachowanie wędkarza.

- Może raczej zamiast tak szarpać i szarpać, lepiej by było podciągać - powiedział mężczyzna w niebieskim polo.

- A co ja robię?

- W takim razie trzeba iść pod most i tam sprawdzić, na miejscu.

- Z tym? - mężczyzna podniósł wędzisko i zamajtał nim na wszystkie strony.

- Niech pan podejdzie dalej, może spławik spłynie z prądem i wtedy samo się odhaczy.

- Łatwo powiedzieć, podejdzie - zdenerwował się wędkarz. - Tam będzie ze cztery metry. A ten wir? Przecież stąd widać, że przy podporze kręci jak diabli.

- To nie jest żaden wir, tylko opływ. Woda załamuje się na podporze, opływa ją i robi fałdę.

- Wir czy fałda, ja tam tego sprawdzał nie będę.

- I to ma być rybak - westchnął mężczyzna w niebieskim polo.

- Człowieku, mnie wcale nie jest do śmiechu - jęknął wędkarz, zrobił w wodzie kilka kroków macając ostrożnie stopami grunt, lecz kiedy tylko woda sięgnęła mu do pasa, zatrzymał się i znowu zaczął wymachiwać wędką na wszystkie strony. Napięta żyłka wygięła wędzisko w łuk, jej koniec ginął w ciemnej toni, tuż przy betonowej podporze podtrzymującej główne przęsło mostu.

Rzeka w tym miejscu płynęła leniwie, szeroko rozlana sprawiała wrażenie zastygłej w bezruchu. Wiszące nad rzeką słońce odbijało się w wodzie, raziło w oczy.

- Pijaczek - rzucił wędkarz mimowolną uwagę.

- Nawiedzony - sprzeciwił się mężczyzna w niebieskim polo.

- Eee - zwątpił wędkarz. - Albo napity, albo naćpany.

- Nawiedzony - upierał się mężczyzna w polo. Palił papierosa, wydmuchując dym przez nos albo odchylając głowę do tyłu, wypuszczał z ust kształtne kółeczka.

- Raczej zawiedziony - powiedział wędkarz, starając się gwałtownymi szarpnięciami zerwać żyłkę.

Mężczyzna w niebieskiej koszulce wzruszył ramionami.

- Żona? Kochanka? Dziewczyna? - wyliczał wędkarz powoli, z namysłem starając się wciągnąć do rozmowy stojącego na brzegu mężczyznę, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, ciągnął dalej. - Znam podobny przypadek. Że podobny, to ja tylko tak mówię - usprawiedliwił się - ponieważ z każdym jest inaczej. Tamten wracał do domu podpity, siadał w kuchni przy stole, gapił się w okno i nie odezwał się słowem do nikogo. Nic do niego nie docierało. Siedział, patrzył w okno, milczał, potem podnosił się, szedł do stajni, brał stołek do dojenia krów, na ramię zarzucał łańcuch, na którym wiązano krowę, i do ogrodu, między drzewa. Syn łapał go za ręce, ciągnął ojca do domu. Żona klękała, chwytała męża wpół, zaklinała go na wszystkie świętości. On szedł. Stołek kołysał się w jego ręce, łańcuch pobrzękiwał na jego ramieniu, a on szedł pod szarą renetę. Dlaczego pod nią? Licho wie. I tak prawie co miesiąc przez kilka lat. I zawsze w dzień, zawsze w pełnym słońcu, zawsze w obecności licznej widowni. Bo byli tacy, którzy gustowali w tym widowisku i nie potrafili odmówić sobie przyjemności śledzenia zdarzeń, chociaż ich kolejność i finał były zawsze takie same. Można nawet powiedzieć, że stały się rytuałem.

- No to mieli darmowe przedstawienie.

- Mieli, ale do czasu. Któregoś dnia żona nie upilnowała go, no i powiesił się - odparł wędkarz.

- Na łańcuchu?

Wędkarz skinął głową.

- Nawiedzony - mruknął mężczyzna w niebieskiej koszulce, położył na wskazującym palcu niedopałek papierosa, przycisnął go kciukiem i pstryknął.

Ogarek śmignął w górę, zatoczył w powietrzu łuk i wpadł do wody.

Mężczyzna patrzył chwilę na rzekę, po czym szybkimi zdecydowanymi ruchami zrzucił z siebie ubranie, wszedł do wody i rozgarniając ją rękami, przesuwał się w stronę betonowego filara, przy którym, tuż pod powierzchnią wody, kołysał się ciemny, wydłużony kształt. Zatrzymał się przy filarze, nabrał powietrza i zanurkował. Po chwili wystawił głowę z wody i krzyknął do wędkarza:

- Ciągnij!

Wędkarz szarpał wędziskiem, wywijał nim na wszystkie strony, popuszczał na kołowrotku żyłkę, zwijał ją, to znowu rozwijał, w końcu zaklął głośno, rzucił wędkę na brzeg rzeki i ruszył pod betonowy filar.

Chwilę później mężczyźni wyciągnęli na brzeg zwłoki i ułożyli je na wznak. Jeden koniec mocnego sznura opasywał napuchnięty jak balon brzuch topielca, drugi obwiązywał potrójnym splotem kawał betonu, do którego przywiązane były za nadgarstki splecione z przodu ręce ofiary.

- No - wysapał przejęty wędkarz - ten kłopot mamy z głowy.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował i mruknąwszy tylko niewyraźnie pod nosem, odpiął od koszuli topielca żółty, błyszczący haczyk, wytarł go starannie ?anelową szmatką, włożył go do blaszanego pudełeczka, zatrzasnął wieczko i spojrzał w górę.

Na moście stało kilkunastu gapiów, obserwując z góry poczynania obu mężczyzn. Mały, pucułowaty chłopczyk w krótkich spodenkach, trzymany w pasie przez tęgiego brodacza w czerwonej basebolówce, siedział okrakiem na balustradzie i puszczał papierowe jaskółki. Białe ptaki, pędzone lekkim wiatrem, szybowały majestatycznie po spokojnym, morelowym niebie.