Nie odpuszczę ci aż do śmierci - Olga Rudnicka

Reflow text when sidebars are open.
Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami,
na zboczu góry ziała wielka jama,
a w jamie mieszkał straszny, zionący ogniem,
wiecznie głodny smok,
który pożerał księżniczki na raz!
- No nie podoba mi się i już - oświadczyła elegantka w śnieżnobiałym fartuchu, którego nie szpeciła żadna mikroplamka, mimo że właścicielka tego stroju zagniatała ciasto ruchami zamaszystymi, gwałtownymi i sugerującymi niezłe lanie spuszczane bandziorom, którzy nie myją rąk przed posiłkiem, nie wycierają butów w wycieraczkę i nie zasłaniają ust, gdy kaszlą.
Śmierć wandalom! - skandowały drobne pięści uderzające w ciasto drożdżowe, które dostało już taki łomot, że nawet drożdże nie były potrzebne, by uciekało z miski.
- Jest bardzo ładna. - Małżonek spojrzał na nią pobłażliwie, najzwyczajniej w świecie przyzwyczajony do humorów połowicy.
- Podobno - warknęła.
- I miła - dodał z uśmiechem.
- To się okaże - burknęła nieudobruchana.
- Inteligentna... - wyliczał.
- To akurat dobrze - stwierdziła. - Nasze wnuki nie potrzebują głupiej matki.
- No widzisz - ucieszył się Zygmunt Śmietana, który ze znacznie mniejszym napięciem nerwowym niż Maryla czekał na oficjalne zapoznanie z przyszłą być może synową, jeśli małżonka nie zrobi tego co zwykle i nie przestraszy kandydatki na śmierć.
- Nie mówię, że nie ma zalet. - Spojrzała na niego gniewnie. - Nasz Adam nie poleciałby na garkotłuka i dupodajkę.
- Maryla, chyba przesadzasz. Nie znamy jej, a zachowujesz się, jakby znalazł ją pod mostem - upomniał żonę Zygmunt, odkładając tablet.
- Masz rację, Zyguś. Adam ma standardy. Potrafi docenić jakość. Niepotrzebnie się rozpędziłam. - Maryla potrafiła przyznać się do błędu.
- Też tak sądzę...
- Ale to przez naszego Mareczka. Nie dopilnowałam sprawy należycie i zobacz, co nam do rodziny przywlókł. Ty też nie zareagowałeś w porę i jaki skutek? - wytknęła małżonkowi.
- Chwaliłaś Justynę, że cicha i pokorna - przypomniał jej nieśmiało.
- Bo jest. Szkoda tylko, że innych zalet nie ma - stwierdziła zgryźliwie. - Marek mógłby być kimś przy właściwej kobiecie, a ta ledwo "be" potrafi powiedzieć. Na spotkania zawodowe już dawno przestał ją zabierać, bo za bardzo odstaje od żon kolegów.
- Jeszcze nie wróciła do wagi po poprzedniej ciąży, a do tego dziecko malutkie. Dlatego jej nie zabiera. Dziewczyna śpi na stojąco - bronił synowej Zygmunt.
- Tak twierdzi, ale ja wiem swoje - upierała się Maryla. - Nie nadaje się i już, ale wtedy odpuściłam, choć miałam co do niej złe przeczucia. Aż za cicha się wydawała, no cóż, myślę sobie, nieśmiała. Wypracuje się, co trzeba. Tylko że tu nie ma nad czym pracować, Zyguś. Jest różnica - wiedzieć, kiedy milczeć, a kiedy mówić, a ona nigdy nie wie, kiedy się odezwać. Potrafi tylko milczeć. Rozumiesz mnie?
- Rozumiem doskonale, Marylko. - Zażywny siwowłosy mężczyzna uśmiechnął się do żony wyrozumiale. - Ty jesteś tego znakomitym przykładem.
- Właśnie - przytaknęła. - Pamiętasz, jak przy tym kontrakcie, co to go nie mogłeś dostać kilka lat temu, pogadałam z żoną tego, jak mu tam było... No, nieważne, i z papierami w zębach przyleciał, żebyś go wspomógł, bo ludzie zaczęli mu uciekać z firmy?
- Tak działają plotki o rychłym bankructwie - stwierdził Zygmunt z nieskrywanym zadowoleniem.
- No nie? - zachichotała. - Albo jak żona prezesa Wańki Wstańki...
- Przestań go tak nazywać, bo jutro mam z nim spotkanie i będę śmiał się jak głupi do sera, a poważne rzeczy są do omówienia - zbeształ ją żartobliwie.
- Niech ci będzie. - Wyjęła ręce z ciasta, które jęknęło z ulgą, ale nie odważyło się opaść, by znów nie zasłużyć na bęcki. - W końcu nie jestem jakąś wstrętną teściową z dowcipów. Zobaczę, co to za dziewczyna. Adaś mówił, że ta jego Ewunia...
- Elwira - poprawił ją mąż.
- Elwira. Co to za imię? - Skrzywiła się. - No nic, nie jej wina. Za rodziców nie odpowiada. No, ale do rzeczy... Pracuje w banku i ostatnio awansowała na młodszego kierownika. Ja nie mówię, że nie da się młodo awansować, ale sam wiesz, jak jest. Albo to jakiś wycieruch, co wie, komu i jak zrobić dobrze, żeby coś zyskać, albo ambitna karierowiczka. Sama nie wiem, co gorsze, ale tak sobie myślę, że cokolwiek by to było, taka znajomość może się przydać.
- O, dobrze mówisz, moja droga. - Zygmunt pocałował żonę w czoło. - Bardzo dobrze.
- To oczywiste. Przecież jestem mądrą kobietą.
Uśmiechnęli się do siebie z czułością. Mimo kilkudziesięciu lat małżeństwa rozumieli się doskonale i najczęściej bez słów.
*
Elwira Kurzajka zamknęła biurko na klucz, wylogowała się z systemu i wstała, rozciągając kręgosłup. Mimo zaledwie trzydziestu lat czuła się niekiedy jak staruszka. Plecy potrafiły dawać do wiwatu, jeśli zaniedbała ruch. Oto skutki długotrwałego utrzymywania pozycji, do której natura nie stworzyła człowieka. Wynalezienie krzesła było jak efekt motyla. Neandertalczycy na pewno nie mieli problemów z kręgosłupem.
Dobrze, że prababcia, babcia i matka były dla niej łaskawe i to po nich właśnie odziedziczyła drobną budowę i metabolizm. Jak powszechnie wiadomo, praca siedząca nie sprzyja odchudzaniu, a ona, w przeciwieństwie do swoich rówieśniczek, na szczęście nie miała kłopotu z wagą. Z pewnością przyczyniał się też do tego rower i fitness, a także uważanie na to, co wrzucała do garnka, ale mogła wciągnąć sernik bez wyrzutów sumienia.
I bezę z masą kajmakową.
A także pizzę, gdy naszła ją ochota.
I kilka innych rzeczy, na które przyjaciółki patrzyły jak da Vinci na Monę Lisę, ale nie odważyły się ich tknąć, tylko nerwowo wstrzymując oddech - bo jak powszechnie wiadomo, tlenowce tyją choćby od tlenu, a beztlenowce mogą żreć bez opamiętania - oglądały smakołyki tylko przez szybę. Ją zaliczały do właśnie tej drugiej kategorii, nie słuchając, że owszem, serniczek i beza wchodzą, ale potem wychodzą w pocie czoła.
Nie ma co rozmawiać ze ślepym o kolorach, pomyślała z rozbawieniem, odczytując wiadomość od Baśki.
ILE MOŻNA CZEKAĆ? MIAŁAŚ BYĆ ZA DZIESIĘĆ MINUT, A MY ZA PIĘTNAŚCIE, ALE JESTEŚMY JUŻ WSZYSTKIE I ŻREMY I TYJEMY, BO CIEKAWOŚĆ TAK NAS ZŻERA, ŻE LICZYMY NA BEZKARNE OBŻARSTWO.
Tak, zdecydowanie, pomyślała. Pięć kilo więcej i przed czterdziestką szlag trafia odcinek krzyżowo-lędźwiowy. Trzymanie wagi to bardzo dobry sposób na życie. Dzięki wszystkim moim przodkiniom od strony mamy. I tobie, mamo, też za to, że nie popsułaś dobrej passy genowej jakimś pasibrzuchem.
Chociaż ktoś wysoki i chudy to by się przydał, żebym nie musiała butów na koturnie nosić, a i tak metra siedemdziesięciu nie mogę sięgnąć, westchnęła, wychodząc z gabinetu. Prywatnie była jak elf, taki Dzwoneczek z Piotrusia Pana. Mała, drobniutka, szczuplutka, z wielkimi błękitnymi oczami i złotymi lokami. Zawodowo musiała dodawać sobie lat wielkimi okularami w rogowej oprawce, garniturami, które dodawały kilka kilogramów, butami, które dodawały jej centymetrów, i spiętymi, mocno ściągniętymi na czubku głowy włosami, by dołożyć sobie po równo powagi i centymetrów. A i tak zdarzali się klienci, którzy nie traktowali jej poważnie.
- Może pani poprosić kogoś starszego stażem? - zdarzało jej się słyszeć.
Równie dobrze mogli zapytać: "A mamusia albo tatuś w domu?".
Tak właśnie poznała Adama, który wpadł do banku założyć lokatę, a ona jeszcze pracowała jako referent. Stanowisko samodzielne do obsługi dużych klientów i krok do awansu na młodszego kierownika, a tu wpada taki lowelasik, ledwo głowę wyższy od niej, więc jak na mężczyznę to żadne osiągnięcie, spogląda na nią z politowaniem, bo w końcu spotkał kogoś mniejszego, i prosi, żeby zawołać dorosłego pracownika banku.
I na koniec dodaje, żeby kawę mu przyniosła.
Nie z takimi miała do czynienia, więc w kilka sekund postawiła go do pionu. Zmierzyła go lodowatym wzrokiem i tonem zimniejszym niż temperatura w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim na Stacji Wostok na Antarktydzie Wschodniej (-89,2°C) poinformowała go, że kompetencje nie są zapisane w centymetrach ani latach. Może i mało profesjonalnie to zabrzmiało, ale nie jej wina, że Adam Śmietana przedstawiał sobą typ mężczyzny, który, krótko mówiąc, był... w jej typie. Szczupły, jednak nie chudy. Wyższy od niej, lecz nie za wysoki. Delikatny, ale nie wymoczkowaty. Brązowe oczy, chociaż bliżej im było do ciemnego piwa niż czekolady. Delikatny zarost, choć bez wielgachnej brody. Włosy ciemne, niemal czarne, krótko przycięte, acz bez tego fantazyjnego loczka, co to ostatnio często widywała wśród swoich współpracowników. Nawet głos miał miły, ani cienki, ani gruby, żaden baryton czy falset. Taki w sam raz.
Ogólnie to cały ten Adam był taki w sam raz.
Adamowi też coś musiało kliknąć, gdyż zaledwie kilka godzin później zaklinał się na wszystkie świętości, że nie zamierzał jej urazić, ale to nie jego wina, że wygląda jak licealistka na stażu. Bukiet stokrotek pomógł, by łaskawie zgodziła dać się zaprosić na kawę, którą własnoręcznie przyniósł do ich stolika, wyręczając w tym kelnerkę.
- Żeby nie było, że zadzieram nosa - wyjaśnił wówczas z uśmiechem, który rozbroił ją ostatecznie.
Stokrotki też pomogły, bo wprawdzie nigdy nie zaliczała ich do swoich ulubionych kwiatów, jednak róże były tak prozaiczne i oklepane, że doceniła staranie i oryginalność.
Teraz weszła do restauracji, gdzie czekały już na nią przyjaciółki, które - jak można było domniemywać z wiadomości napisanej wielkimi literami - nie mogły się doczekać ostatnich wieści. O Adamie słyszały, nawet go poznały, lecz tak raczej mimochodem niż dokładnie, nie traktując go jeszcze jako części życia Elwiry, więc jej wiadomość, że DZIEJE SIĘ!, musiała wywołać niezłe poruszenie.
O czym świadczyło nie tylko to, że wszystkie przybyły przed czasem, a zwykły się spóźniać. Zdążyły już zamówić, nie czekając na nią, i nie tylko coś zeżreć, ale i wypić, sądząc po pustych kieliszkach na stoliku. Baśka, Kaśka i Beata na jej widok zaczęły szaleńczo wymachiwać rękami, jakby mogła ich nie zauważyć.
Owszem, jestem niska, ale nie aż tak, pomyślała w przypływie czarnego humoru.
Coś ostatnio ten mój wzrost zaczyna mnie uwierać, zauważyła lekko zaskoczona. Jakoś tak upierdliwie w jej życiu się zrobiło od czasu awansu i ciągłego postarzania się, by wyglądać choć na dwudziestolatkę.
Mimo że były równolatkami, każda z nich prowadziła inny tryb życia, co było widać. Baśka, wysoka jak sosna, z wielkim biustem, jeszcze kilka lat temu tyczkowata blondynka, teraz raczej prostokątna brunetka. Przyczyniła się do tego dwójka dzieci i fryzjer, który - nie żeby często przeklinała - ale krótko mówiąc, zjebał jej kolor. W efekcie musiała bardzo krótko ściąć włosy, by jak najszybciej wrócić do własnego odcienia. Przyczyniła się też do tego dekoloryzacja, która spowodowała ich spalenie, ale był to temat tabu i panował zakaz pytania pod rygorem utraty przyjaciółki.
Kaśka za to farbowała się na kolor naturalny, czyli smoliście czarny, bo zaczęła wcześnie siwieć. Obwiniała za to męża i dzieci, jednak mimo narzekania uznawała, że warto zapłacić tę cenę za rodzinę. W przeciwieństwie do Baśki wiecznie walcząca z wagą Kaśka po urodzeniu dzieci mocno schudła i wreszcie uzyskała wymarzoną figurę. Jedyny mankament urody stanowiły piersi, które nigdy nie były zbyt duże, a po karmieniu zanikły. Marzeniem Kaśki stało się zdobycie wolnych środków, które będzie mogła przeznaczyć na cycki, niestety, dzieci były studnią bez dna i zapowiadało się na to, że piersi zdobędzie dopiero po usamodzielnieniu się młodych.
Beata własnych dzieci nie posiadała. Nie zamierzała ich mieć, bo niby po co. Rozmnażanie uważała za przereklamowane, a do tego los obdarzył ją mężem, który rozmnożył się kilkanaście lat wcześniej i została macochą dwóch istot pochodzenia demonicznego, których na szczęście nie musiała wychowywać, jednak - ku swemu ubolewaniu - musiała je widywać. Jedyna z ekipy nie wmawiała Elwirze, ile to traci, stawiając na karierę zawodową, bo sama pracowała równie ciężko, a za mąż wyszła w chwilowym zaćmieniu umysłu. Do tego geny jej nie oszczędzały i miała już sporo zmarszczek, których Elwira chwilami jej zazdrościła. Sama usiłowała się postarzać, a Beata boksowała się z naturą, by się odmładzać.
- Poproszę kawę, ciastko czekoladowe i prosecco. - Elwira zatrzymała kelnerkę w locie. - Do tamtego stolika. - Wskazała na las rąk w górze.
- Mogę prosić dowód osobisty? - zapytała dziewczyna, która na sto procent miała dziesięć lat mniej niż ona.
- Oczywiście. - Ledwo powstrzymała westchnienie.
Za kilkanaście lat wszyscy mi tego pozazdroszczą, pocieszyła się. Na spotkaniu klasowym będę wymiatać i to bez botoksów i liposukcji. Tak, kiedyś na pewno to docenię, pomyślała, wyciągając z torebki dowód osobisty. Spojrzenie dziewczyn powinno jej wynagrodzić niedogodności, gdyż każda z nich zamieniłaby się z nią bez wahania, ale ile można słuchać jednego i tego samego? To jakby spotykać się z papużką, która wykrzykuje: "Jesteś piękna! Jesteś piękna! Jesteś piękna!".
No jestem. I co z tego? - powiedziałaby królewna Śnieżka, gdyby ktokolwiek kiedykolwiek zadał sobie trud spytania, czego ona chce. Bo może wcale nie chciała być piękna, tylko inteligentna? I miała w nosie lustereczko.
W przeciwieństwie do wrednej macochy.
- No mów, mów, cóż to za wielka sprawa? - zaatakowała ją Baśka, gdy tylko Elwira podeszła do stolika. Nie zdążyła usiąść, kiedy zawtórowała jej Kaśka:
- Właśnie, właśnie, świętujemy czy płaczemy? Bo nie wiemy, na jaką intencję się narąbać!
Co nie przeszkadzało jej się narąbać, pomyślała Elwira rozbawiona rumieńcami na twarzy koleżanki. Kaśce zawsze wywalało naczynka. Nawet po piwie bezalkoholowym.
Tylko Beata wyglądała na zainteresowaną, gdyż spoglądała na nią pytająco, po prostu sącząc wino.
Albo i nie, uznała Elwira. Przyjaciółka była narażona na negatywne bodźce i to w sporej ilości. Miewała "na stanie" dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa swojego męża, i robiła co w jej mocy, by się ewakuować, gdy przyjeżdżały w odwiedziny. Te istoty z piekła rodem postanowiły zatruć jej życie, znosiła je tylko na rauszu. Może po prostu się znieczulała. Młodociane diabły miały odpowiednio piętnaście i szesnaście lat i ziały nienawiścią do świata, którego Beata była czołową przedstawicielką.
- Nie spiesz się, mam czas - powiedziała teraz, uprzejmie potwierdzając przypuszczenia Elwiry. - Diabły przyjeżdżają za godzinę, więc wrócę do domu narąbana w chu... chusteczkę - poprawiła się, by nie użyć słowa uznawanego przez kulturalną część społeczeństwa za niecenzuralne.
No może prócz tej części, która nie znała innego słownictwa niż niecenzuralne.
- Nie przesadzaj, dzieci nie powinny widzieć cię pijanej - zganiła ją Baśka.
- To nie dzieci, tylko nastolatki.
- Tym bardziej.
- No to wcale nie wrócę. To byłoby nawet lepsze. Może Michał przestanie je zapraszać, jak będzie musiał sam się nimi zajmować.
- To nastolatkami też trzeba się zajmować? - zdziwiła się Elwira.
- Tymi tak. Nie potrafią nawet herbaty sobie zrobić. Matka wychowuje je na melepety. Nie wiem, dlaczego Michał na to pozwala, ale to jego problem, nie mój. Niech on spędza z nimi czas, a ja nie zamierzam im usługiwać. Niech robi to sam. Może w końcu zorientuje się, że jego eks hoduje dwie kaleki życiowe.
- To jego dzieci. Powinien spędzać z nimi czas. Tym bardziej jeśli faktycznie jest tak, jak mówisz.
Beata zareagowała na słowa Baśki ledwo uniesieniem brwi. Oczywiście, że jest tak, jak mówi. To, że nie lubi diabłów, a ich matki serdecznie nie znosi, nie ma tu nic do rzeczy.
- Tak, to mu się chwali - odezwała się Kaśka. - Mój facet nie chce się zajmować naszymi dziećmi, a przecież z nimi, czyli z nami, mieszka.
- Znam twoje dzieci. Nikt nie chce się nimi zajmować.
Beata nie zamierzała okazać litości. Nie w tej kwestii. Jedno z nich było jej chrześniakiem i powodem, dla którego żałowała, że wcześniej nie wypisała się z Kościoła. Teraz nie było już po co, chyba tylko żeby złamać serce matce, ale że ta nic złego jej nie zrobiła, byłoby to czyste okrucieństwo. No i słowo się rzekło, trzeba na gnojka wydawać kasę.
- To prawda - przyznała Kaśka. - Małe pijawki. Wdały się w matkę Irka. Wypisz, wymaluj teściowa. Nawet tymi chytrymi oczkami łypią dokładnie tak samo. W rytm melodii CO-BY-TU-DZIŚ-ODJEBAĆ. Albo ZA-JE-BAĆ.
- Czy kogoś interesuje, co u mnie? Poza mną? - zapytała z lekka kąśliwie Elwira.
Przyjaciółki potrafiły się licytować, która z nich ma gorsze dzieci, jakby to mogło rozwiązać problem głodu na świecie. I tak zawsze wygrywała Beata. Hasło: "wasze dzieci was nie nienawidzą", skutecznie zamykało usta pozostałym.
- Mnie - oświadczyła stanowczo Beata. - Mnie interesuje, co u ciebie. Bardzo potrzebuję cieszyć się czyimś szczęściem, żeby zapomnieć o własnym nieszczęściu. Jakby nie dość, że Michał ma dzieci z inną kobietą, o co zasadniczo nie mogę mieć pretensji, bo poznał ją, zanim poznał mnie, i dość nieszczęśnie się rozmnożył, to jeszcze ma matkę. Nadal żywą. Wredota tak mi dziś pojechała, że na jej pogrzebie narąbię się jak świnia i odśpiewam coś sprośnego. Może nawet już w kościele. Nikogo nie oszczędzę. A potem jeszcze do komunii stanę, a co!
Wszystkie trzy spojrzały na nią ze współczuciem. Nawet Elwira zapomniała o sobie, choć to ona zwołała dzisiejsze spotkanie.
- Zołza uważa, że Michałowi dzieci już wystarczy, i ma nadzieję, że po prostu przytyłam, a nie coś gorszego. Wyobrażacie sobie?
- Uuuuu...
- Gruboooooo...
Baśka i Kaśka nie zawiodły. Zawyły jak dwie wilczyce w pełnię. Elwira nie odezwała się słowem, ale coś w niej zapikało. Jak alarm samochodowy. Atak paniki? Pewnego dnia ona też może mieć teściową, a ta byłaby znacznie młodsza niż zołza Beaty. Statystyka jest po stronie matki Adama.
- No, to teraz mów, co u ciebie - zażądała Beata, spoglądając na nią. - W końcu jesteśmy tu z twojego powodu.
- Miałam super wieści, a teraz czuję się, jakbym zaprosiła was na własny pogrzeb. - Elwira westchnęła. - I panikuję, zamiast się cieszyć.
- Daj spokój. Po prostu mów - ponagliła ją Beata.
- Adam zaprosił mnie na kolację do swoich rodziców - obwieściła.
- Ooooo... - wykrzyknęły chórem, spoglądając na nią ze współczuciem.
- No... - Reakcja przyjaciółek dobiła ją ostatecznie. - Rano nawet się cieszyłam, potem stresowałam, a w tej chwili chyba na pewno mam napad paniki. Ale przecież nie może być aż tak źle. To tylko kolacja. Co mnie może spotkać? Nie otrują mnie przecież ani nie zadźgają nożem i widelcem, co nie?
Niepokój, który towarzyszył jej od chwili otrzymania zaproszenia, obecnie znacznie się nasilił. No panika jak nic, a jak jeszcze nie, to brakuje nie więcej niż krok, może dwa, ale na pewno nie trzy. Dziewczyny nie pomagały.
- Będzie super - powiedziała nagle Beata zdecydowanym tonem, podnosząc ją na duchu.
- Oby... - Elwira odetchnęła głęboko z nieskrywaną ulgą, spoglądając na przyjaciółkę z wdzięcznością. Nawet jeśli kłamała, pomogło.
- O tak, na pewno się postara. - Ton Kaśki nie wróżył nic dobrego.
- Żebyś wiedziała, że tak. - Baśka pokręciła głową, jakby odpędzała złe myśli, które nagle ją dopadły. Koszmarne wspomnienie albo coś w ten deseń.
- I to właśnie jest najgorsze - kontynuowała Beata.
- Tak, to wcale nie jest dobre.
- Nie jest.
- Nie zorientujesz się, że to wróg, póki nie wbije ci noża w plecy.
- Albo będzie ci mydlić oczy synkiem, żeby ci go wcisnąć.
- A to może być zwyczajny nierób, a nie wolny duch.
- Niektóre matki wszystko zrobią, żeby pozbyć się balastu.
- Albo gorzej, nie chcą wypuścić go z rąk.
- Sama może jawić się jako bóstwo i najlepsza przyjaciółka, a potem cię dopadnie, kiedy nie będziesz się tego spodziewała.
- Jak pajęczyca.
- O! Jak ptasznik. Te pająki atakują znienacka, wstrzykując jad paraliżujący, enzymy rozpuszczają wnętrzności ofiary, a potem ptaszniki je wysysają, aż zostanie mumia.
- Czy wyście powariowały? - zapytała oszołomiona Elwira.
- Dobrze ci radzę, od samego początku postaw granice. Jeśli ich nie uszanuje, będziesz wiedzieć, z kim masz do czynienia. - Baśka nie omieszkała sprzedać jej dobrej rady, choć nikt o to nie prosił.
- To znaczy z kim?
- Albo demon, albo normalna kobieta. Innej opcji nie ma - wyjaśniła.
- Dziewczyny mają rację. Ja próbowałam się zaprzyjaźnić ze starą prukwą, bo myślę sobie, stare to nieszkodliwe. Długo nie pożyje, więc niech ma. Wyszłam jak Zabłocki na mydle - powiedziała z westchnieniem Beata.
- Dziewczyny, czy was porąbało?
Elwira doświadczała zbyt wielu skrajnych emocji podczas tego spotkania. Nie tak miało być. Miały się cieszyć i ją uspokoić, a nie doprowadzać do rozstroju nerwowego. Zaraz palną mówkę o teściu, że dewiant, zboczeniec albo jeszcze coś gorszego.
- Żadna z was nie narzekała na teściowe, przynajmniej do dziś, a teraz zachowujecie się, jakby to były królowe piekła - stwierdziła zdegustowana.
- Bo są, tylko moja mieszka dwieście kilometrów stąd i nie ma prawa jazdy - zachichotała Kaśka.
Pozostałe jej zawtórowały, wyjątkowo z siebie zadowolone.
- Daj spokój, jaja sobie robimy. - Baśka poklepała ją po dłoni. - Będzie dobrze. W końcu to ona wychowała to twoje bóstwo. Nie może być zła.
- Ja nie robiłam sobie jaj. Genowefa dziś odsłoniła swoją ciemną stronę. - Beata śmiała się wraz z pozostałymi, ale w jej oku błysnęła łezka.
- Czy twoja teściowa nie ma na imię Alina? - zapytała Elwira.
- Już nie. Genowefa. Tak właśnie będę teraz do niej mówić. O niej - poprawiła się. - W oczy nie mogę, bo Michał kocha swoją matkę, a ma odkryć, że to ona jest zła, a nie ja.
- Elwira, a jak to się stało, że Adam tak nagle wyskoczył z tym zapoznaniem? - spytała zaciekawiona Kaśka. - Przecież ustaliliście, że poczekacie rok, nim przedstawicie się swoim rodzinom, żeby mieć pewność, a tu ledwo sześć miesięcy i tak już? Co się zmieniło? W ciąży jesteś? Dom kupujecie? Ślub bierzecie?
- Chcemy razem zamieszkać - oświadczyła dumnie Elwira.
To był jej pierwszy raz z zamieszkaniem. Nigdy wcześniej tego nie robiła, bo żaden jej związek nie przetrwał do tego etapu. Mowa oczywiście o związkach z okresu życiowego, kiedy miała swoje mieszkanie. Przecież do rodziców nie mogła wprowadzić żadnego ze swoich chłopaków, bo na kupie nie zamierzała siedzieć. A wynajmować mieszkanie z kimś, kogo ledwo się znało, to wyjątkowo niepraktyczne. Mieszkanie kupiła trzy lata temu, a w tym czasie z nikim się nie spotykała, bo nie miała na to czasu, więc patrząc realistycznie, nigdy z nikim nie mieszkała.
Stąd też pewnie te niedowierzające miny Beaty i Kaśki. Baśka za to spoglądała na nią tak jakby z politowaniem.
Elwira odchrząknęła niepewnie. Ta to zawsze musiała być przeciw, nieważne, o co chodziło. Na szczęście Kaśka i Beata zawsze stały w opozycji do Baśki, chociaż jakoś cienia zazdrości w ich oczach nie widziała. Nie tak to miało wyglądać. Oj, nie tak. Coś tym razem wszystkie trzy grały do jednej bramki. Zmówiły się czy co?
- Powtórz jeszcze raz to, co powiedziałaś - zażądała Baśka. - Musiałam coś źle usłyszeć.
- Usłyszałaś bardzo dobrze - odparła oschle. - Adam i ja rozważamy wspólne zamieszkanie.
- To akurat usłyszałam doskonale, tylko cała reszta brzmi jak wyssane z palca brednie.
- Czyli co? - Nie mogła powstrzymać zaczepnego tonu. - Niczego więcej nie powiedziałam.
- No nie dziś, ale wcześniej same hymny pochwalne wygłaszałaś na jego cześć. Sprząta, gotuje, pierze, sam po sobie wynosi śmieci, podlewa kwiatki i lepi pierogi, prasuje i pieprzy się jak sam... Właściwie nie wiem jak kto, ale zdecydowanie ktoś, i to na pewno nie jest Adam. To wymoczek. Widziałam jego ręce. On nawet nie ma czym złapać kobiety, a już na pewno nie...
- Dość! - przerwała jej ostro Elwira.
Niepotrzebnie wcześniej tyle o nim opowiadała. Owszem, Adam jej imponował i chętnie dzieliła się z nimi swoimi odkryciami, ale nie po to, by teraz ktoś jej to wytykał.
- Jak się ma metr osiemdziesiąt wzrostu i nosi miseczkę F, to OK, zgadzam się, Adam to wymoczek - odgryzła się. - Ale ja mam metr sześćdziesiąt, ważę mniej niż pięćdziesiąt kilo i dla mnie jest w sam raz.
- No gabarytowo może i tak. - Baśka puściła krytyczną uwagę mimo uszu.
Jej mąż był od niej o tyle wyższy, że mogła przy nim swobodnie nosić obcasy, nadal nie widząc jego łysiny, do tego uwielbiał miseczkę F. Nie miała kompleksów z żadnego z tych powodów.
- Ale nie wmówisz nam, że facet potrafi to wszystko zrobić i jeszcze wbić gwóźdź. Tu mi kaktus wyrośnie - wyciągnęła wnętrze dłoni w kierunku Elwiry - jak wie, z której strony trzymać młotek, a którą walić w gwóźdź.
- Tego faktycznie nie wie, za to ja wiem i to wystarczy - odpowiedziała. - Nie mówię, że jest idealny, ale rozumie, na czym polega partnerstwo. Nie ma nic przeciwko mojej karierze, a same wiecie, jak to wcześniej wychodziło. Wszyscy chcą mieć niezależną, inteligentną, pracującą kobietę, byle po powrocie do domu zostawiała te wszystkie cechy wraz z butami w przedpokoju i nakładała fartuszek. Adam nie ma z tym problemu, bo potrafi zająć się domem i nie uważa tego za nic uwłaczającego. Mieszka sam od kilku lat.
Udała, że nie widzi sceptycznych spojrzeń całej trójki. Dlaczego wcześniej tego nie negowały?
- A poza tym rozmawialiśmy o naszych oczekiwaniach dotyczących przyszłości - kontynuowała - i nie widzi przeszkód, by kiedyś, jeśli zdecydujemy się na dzieci, zająć się nimi, żebym nadal mogła swobodnie pracować. Adam pracuje u ojca, pewnego dnia przejmie firmę, więc...
- Aha, czyli u ojca na garnuszku... - mruknęła Baśka.
- Co jest z wami? - zapytała rozżalona. - Przecież wiedziałyście o tym wcześniej i było dobrze, a teraz co? Nagle same wady? Zazdrościcie czy o co chodzi? A może wiecie coś, czego ja nie wiem, i nie chcecie mi powiedzieć? O to chodzi? Jeśli któraś coś na jego temat wie, to walcie prosto z mostu. Wolę wiedzieć teraz.
- Nie o to chodzi. - Beata przerwała kilkunastosekundową ciszę, która zapadła po słowach Elwiry.
- To o co? Nie dość, że się tłumaczę przyjaciółkom z moich decyzji, czego od lat nie robię wobec rodziców, najwyżej ich informuję, a nie pytam o zdanie, to jeszcze jakieś gierki tu uprawiacie. Miałyście w planach zrobić ze mnie bezdzietną ciotkę, która będzie siedzieć z waszymi dzieciakami, jak pojedziecie na wakacje? Bo jak nie to, to nie wiem co, ale nie podoba mi się taka sytuacja! - Chętnie tupnęłaby stopą, tylko że sięgała podłogi ledwo czubkiem buta. Pięta wisiała w powietrzu.
- Opanuj się, wariatko. Żadna z nas ci źle nie życzy, a chodzi o to, że my już zaliczyłyśmy różowe okulary i nikt nas wcześniej nie ostrzegł, że zanim podejmiemy poważne decyzje, to trzeba poczekać, aż odzyskamy wzrok - zaczęła spokojnie wyjaśniać Kaśka, choć ona akurat nie miała na co narzekać. No może poza teściową pijawką z cwanymi oczkami.
- Znacie się ledwo kilka miesięcy i te peany na jego cześć to naturalna część zakochania się. I spoko. Baw się dobrze. Ale żeby zaraz mieszkać razem? - Baśka kręciła głową, nie kryjąc powątpiewania. - Czekałyśmy, aż ci przejdzie, a ty w tych różowych okularach bierzesz go na chatę. Szybko idzie. Martwimy się.
- Słuchajcie, a może to i dobrze. - Beata nagle zmieniła front. - Nam okulary spadły z nosa dopiero po wspólnym zamieszkaniu. Im wcześniej Elwira zacznie, tym szybciej będzie spoglądać na niego trzeźwym okiem. Gdybym poznała dzieciaki Michała wcześniej, a także jego matkę i szaloną eksżonę, to bym się ewakuowała zawczasu, mówiąc sobie: a po co ci to? A tak to wpadłam jak śliwka w kompot. Za mąż wyszłam. Mieszkanie na spółkę kupiłam. Dzieciaki na ślubie poznałam. I nie, żebym żałowała, bo kocham Michała, ale jego rodzinę to tylko po pijaku. Trochę się boję, że w alkoholizm wpadnę, jak któreś z nich się nie ewakuuje. Nie mówię, że od razu w zaświaty, ale teraz świat jest tak mały, że może na studia do Australii polecą i już nie wrócą.
- Mój związek ratuje terapeuta i dzieci, bo inaczej zamordowałabym gnoja. Rok dłużej bym poczekała, to nie wiem, czy bym się zdecydowała na niego, ale jest, jak jest, a mogło być gorzej. - Kaśka zdecydowała się na szczerość. Również wobec siebie samej. - Nie mówię, że mam złe życie ani że bez niego miałabym lepsze, ale mamy kryzys średnio raz w miesiącu. Nie wiem, czy to przetrwamy. Unika pijawek, jak tylko może, i czeka, aż dorosną i się wyprowadzą, a to on nalegał na dzieci. Ja chciałam poczekać.
- Ja na mojego Tomka nie zamierzam narzekać, chociaż potrafi być irytujący. - Baśka również zabrała głos. - Ale rzecz w tym, że żyjesz w jakiejś fantazji, a to do ciebie zupełnie niepodobne. Martwimy się.
- Wiecie, że z nas czterech ja jestem najstarsza? - zapytała kąśliwie Elwira. - Wprawdzie to różnice tygodni, a nie lat, ale nie jestem waszą młodszą siostrzyczką. Ja tylko jestem najmniejsza z nas wszystkich, jednak przestałam już być dzieckiem. I ja jedyna nie wpakowałam się w pieluchy z przypadkowym facetem ani nie poleciałam na dwadzieścia lat starszego gościa z wrednymi dzieciakami.
- Racja - przyznała Beata, bynajmniej nieurażona słowami Elwiry.
- Za to mogę wypić. - Baśka sięgnęła po kieliszek, niestety, opróżniony, i zaczęła nim wymachiwać jak szalona, by zwrócić na siebie uwagę kelnerki.
- A ja to nawet muszę. - Kaśka westchnęła ciężko i dodała: - Chyba zawiść wyłazi nam wszystkimi porami ciała.
- Nie jestem ślepa na jego wady. Jestem pewna, że je zobaczę, gdy tylko się pojawią - tłumaczyła ciut udobruchana Elwira. - Na razie nic nie widzę, stąd też decyzja o wspólnym zamieszkaniu. Wyjdzie szydło z worka. Tylko to zaproszenie do rodziców trochę mnie zdeprymowało. Adam chce mnie przedstawić, bo nigdy wcześniej z nikim nie mieszkał, więc to dla niego poważny krok. Dla mnie też, chociaż nie aż tak, żebym ciągnęła go do moich rodziców. Pożyjemy, zobaczymy. Nie musicie się nade mną trząść jak jakieś kwoki.
- Ktoś musi - stwierdziła Beata. - Zawsze ty nas trzymałaś razem i pomagałaś, teraz nasza kolej. Może jesteś najstarsza, ale my mamy więcej doświadczenia życiowego. Wprawdzie raczej na zasadzie: "patrz, ucz się i nie bierz przykładu", ale tym bardziej powinnaś skorzystać. Po co masz się uczyć na swoich błędach, jak możesz na naszych.
- Co racja, to racja - zachichotała nagle Elwira. - Na waszym przykładzie zrobiłam listę życiowych błędów, których nie zamierzam popełniać.
- Ejjjj, to było podłe - obruszyła się lekko podchmielona Kaśka.
- I niskich lotów - dodała złośliwie Baśka.
- Lepiej powiedz, w co się ubierzesz - zażądała Beata. - To ważniejsze niż pierwsza randka.
*
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI