1
5 dni wcześniej
- Nie ma mowy, Jay. Nie obchodzi mnie, co powiesz ani komu, ale nie zamierzam schodzić z tego cholernego klifu.
- Ale jesteś mi to winien - jęknął zawiedziony Jay. - A mama mnie zabije, jak zgubię jeden z tych trampków. One są nowe.
- To nie moja wina! - zawołał Ollie. - Nie powinieneś był się wydurniać. Sam sobie po niego zejdź.
Trampek, o którym była mowa, spoczywał na skale mniej więcej dziesięć metrów poniżej miejsca, w którym stali. Chwilę wcześniej Jay ściągnął go ze stopy i cisnął nim w Ollego w rewanżu za słowa dotyczące jednej z dziewczyn w szkole.
- Nie masz u niej szans! - droczył się z nim Ollie, po czym zwinnie uniknął pocisku. Źle wycelowany trampek przeleciał mu nad głową i spadł za krawędź klifu.
- To była twoja wina, Ollie - narzekał Jay. Jego głos brzmiał żałośnie, jakby chłopak miał pięć, a nie trzynaście lat. - Wkręciłeś mnie, a mama zamorduje nas obu. Jesteś moim starszym bratem. Powie, że powinieneś był mnie powstrzymać.
Jay miał rację. Wciąż był małym synkiem mamusi, choć uparcie deklarował zainteresowanie dziewczyną starszą od niego o rok. Ollie, bogatszy o dwa lata życiowego doświadczenia, popełnił prosty błąd, wyśmiewając brata.
- Nie wiedziałbyś nawet, co robić, gdyby zgodziła się z tobą chodzić - powiedział.
Zachował się jak kretyn, a potem przedstawił bratu w szczegółach, jak zaopiekowałby się osobiście Briony Evans. A teraz Jay groził ujawnieniem jego uczynków światu. Zważywszy na to, jak bardzo Ollie przesadził, mogło to oznaczać poważne kłopoty.
- Powiemy mamie, że to był wypadek, że zaatakowała mnie mewa i rzuciłeś w nią butem.
Jay się nachmurzył.
- Ona nie jest głupia. Wie, że usłyszałeś już milion razy, co zrobić, jeśli tak się stanie. Idź po ten cholerny trampek, Ollie. To nic trudnego. Zrobiłbym to sam, ale byłoby mi trochę trudno w jednym bucie.
Mruknąwszy z niezadowoleniem, Ollie popełzł na czworakach w miejsce, gdzie podłoże gwałtownie opadało w stronę morza daleko w dole. Przez całe życie chodził po klifach, ale zdecydowanie wolał się po nich wspinać, niż spuszczać na dół. Na szczęście ten odcinek nie wyglądał na zbyt niebezpieczny i było tam sporo podpór dla stóp i dłoni.
- Jezu, Jay, będziesz miał u mnie potężny dług.
Ollie odwrócił się tyłem do morza, położył na brzuchu i zsunął z krawędzi, aż metr niżej namacał stopą półkę, którą wcześniej sobie upatrzył. Było na niej dość miejsca na obie nogi, dzięki czemu miał szansę dobrze się uchwycić, zanim zsunie się niżej.
Uniósł głowę i zobaczył patrzącego na niego z góry Jaya.
- Nie gap się tak, to mnie rozprasza. Idź gdzieś, gdzie nie będę cię widział.
Jay się skrzywił, ale odsunął się od klifu, a Ollie powoli, ale pewnie opuścił się w dół.
Tuż pod nim fale rozbijały się o skały, a towarzyszący temu odgłos dzwonił mu w uszach.
- Już prawie tam jesteś! - zawołał Jay. - Po lewej!
- Odpieprz się, Jay. Mówiłem!
Ollie odchylił się nieco, by spojrzeć na brata i w tym samym momencie poczuł, że jego dłoń traci kontakt ze skałą.
- Cholera! - krzyknął i zaczął rozpaczliwie wymachiwać rękami, by się czegoś uchwycić.
Przez chwilę wydawało mu się, że coś złapał. Wtedy jednak jego stopa zsunęła się z półki i zaczął spadać. Słychać było tylko przeciągły wrzask "Ollie!!", po czym uderzył w wodę.
*
Ollie wylądował w morzu nogami skierowanymi do dołu i pisnął w szoku, kiedy pochłonęła go zimna woda, która wlała mu się do ust i gardła. Zanurzał się coraz bardziej, a jego ciało gwałtownie tonęło, gdy walczył ze słoną wodą przedostającą się do płuc.
Kiedy stracił już niemal całkowicie nadzieję, jego opadanie spowolniło i natychmiast wierzgnął nogami, żeby ruszyć w stronę słońce wysoko w górze. Dławiąc się, przebił powierzchnię i nabrał głęboko powietrza, starając się wykaszleć całą wodę z dróg oddechowych.
Pośród huku fal i własnego rwanego oddechu usłyszał wołanie.
- Ollie! Ollie! Nic ci nie jest?
Miotając się wściekle w wodzie, zatoczył krąg. Jeśli znajdzie się przy skałach, fale rozbiją go na kawałki, a był zbyt daleko, żeby popłynąć na cypel. Jak miał się stamtąd wydostać? Nie mógł się przecież utopić, kiedy jego brat patrzył z góry.
Próbował się uspokoić. Choć spadł z wysokości blisko piętnastu metrów, nie odniósł chyba żadnych obrażeń. Dzięki Bogu trafił w miejsce, gdzie powierzchnia była stosunkowo spokojna, a woda spływała tam do szerokiej gardzieli jaskini. Zaledwie kilka metrów na lewo i prawo fale z hukiem uderzały o skały. Tam nie miałby żadnych szans.
- Ollie!
Uniósł głowę i spojrzał na trampek, wciąż leżący na jednym z występów, oraz na przerażoną twarz brata.
- Nie mogę się wydostać, Jay! Musisz wezwać pomoc. Weź mój telefon i dzwoń po straż wybrzeża. Powiedz im, żeby się pospieszyli, Jay! Proszę!
Nie sądził, że Jay zdołał go usłyszeć w kakofonii morza, ale chłopak zrozumiał chyba ogólną sytuację i oddalił się od krawędzi.
Ollie poczuł napływające do oczu łzy i otarł je gniewnym ruchem. Był zwykłym idiotą. Nie powinien drażnić się z Jayem ani zgodzić na zejście po klifie. Jeśli Jayowi nie uda się szybko sprowadzić pomocy, umrze tutaj. Wierzgnął nogami, żeby zbliżyć się do kamieni. Może uda mu się znaleźć jakieś miejsce, w którym wyjdzie z wody. Krzyknął, kiedy fala załamała się tuż nad jego głową i zagroziła ponownym posłaniem go w głębinę. Łkał, płynąc w stronę spokojniejszej wody przy jaskini.
Jego brata nie było nigdzie widać. Czy będzie wiedział, co robić?
Jeśli mnie stąd wydostaniesz, Jay, już nigdy więcej nie będę z ciebie żartował, pomyślał.
Ollie nie przestawał zagarniać wody, starając się przekonać samego siebie, że jeśli się zmęczy, zawsze będzie mógł odwrócić się na plecy i podryfować.
Dalej, Jay. Co ty tam wyczyniasz?
Jego ciało zaczynało sztywnieć z zimna pod wodą, a twarz paliła go we wrześniowym słońcu, kiedy usłyszał wołanie i uniósł głowę. Jay leżał płasko na ziemi i wyglądał zza krawędzi klifu.
- Pomoc w drodze, Ollie, ale chwilę to zajmie. Dasz radę wyjść z wody?
- Gdzie? Widziałeś te skały? Masz jakiś lepszy pomysł?
Znów się obrócił, starając się rękami zataczać kręgi i nogami pompować wodę. Jego wzrok spoczął na wejściu do jaskini. Może tam zdoła wydostać się z morza? W środku jest pewnie zimno, znacznie gorzej niż tutaj, ale mógłby przynajmniej spróbować.
- Jay! - krzyknął z całych sił.
Zapłakana twarz brata wciąż była widoczna przy krawędzi klifu. Jay przykładał dłoń za ucho, jak jego dziadek, który niedosłyszał.
- Jaskinia! - zawołał, wskazując w stronę skalnej ściany.
Musiał wydostać się z wody. Wczoraj mówili w wiadomościach, że temperatura wody wynosi piętnaście stopni, co było akceptowalne w przypadku pływania, ale niezbyt dobre przy pozostawaniu w bezruchu. A on miał na sobie jedynie szorty i koszulkę. Ile czasu mu pozostało, zanim zamarznie na śmierć?
Opuścił głowę i zaczął poruszać rękami, kierując się w stronę jaskini. Dygotał, płynąc w stronę lodowatej głębi, gdzie nie dochodziły promienie słońca.
Jego oczy powoli przyzwyczaiły się do mroku. Przez paszczę jaskini wpadało dość światła, żeby mógł się przekonać, że wnętrze jest wielkie, choć nie sposób było stwierdzić, jak jest głęboka. Nie miało to znaczenia, bo tuż nad linią wody zauważył płaski, skalny występ. Podpłynął do niego i wygramolił się z wody, ocierając sobie boleśnie golenie o ostrą skałę, a teraz drżał w ciemności.
Przyciągnął kolana pod brodę i objął nogi rękami. Niewiele mu to pomogło, więc zaczął wściekle pocierać skórę na nogach, a potem na rękach.
Ollie uniósł głowę, by przyjrzeć się jaskini. Nie miał pewności, czy jest przypływ czy odpływ, ale w przypadku przypływu będzie musiał poszukać wyżej położonego miejsca, w którym zaczeka na przybycie pomocy.
Spojrzał na przeciwległą ścianę jaskini, gdzie zobaczył inną skalną półkę, położoną znacznie wyżej nad powierzchnią morza. Rozważył przepłynięcie na drugą stronę, ale uznał, że nie da rady znów zanurzyć się w tej zimnej wodzie, zaczął więc poszukiwać występów z myślą o wspinaczce.
I wtedy to zobaczył na skraju jednej z półek. Przez chwilę nie miał pewności, co tak naprawdę widzi, ale szybko zrozumiał, że przypomina to ludzką stopę.