Nie poddawaj się #3 - A.P. Mist

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Epilog

Rozdział 1

- Wiktor - wymamrotała i zbladła, jakby zobaczyła ducha.

Przez kilka lat nie widziała go ani razu, pomimo tego, że mieszkali niedaleko siebie, los postanowił im pomóc w zapomnieniu i łaskawie nie stawiał ich na swojej drodze. Aż do dziś...

- Emilka... - wymruczał jej imię i zlustrował ją od stóp do głów. Jego twarz nie wyrażała kompletnie niczego, jakby był posągiem, który przemówił.

Zmieniła się.

Jej biodra były bardziej zaokrąglone, pośladki pełne i choć nigdy nie miał zastrzeżeń do jej ciała, wręcz przeciwnie, uważał ją za doskonałą, tak teraz doszedł do wniosku, że nawet doskonałość może być doskonalsza. Zmieniła też kolor włosów na chłodniejszy i spięła je w niedbały kok na czubku głowy. Miała na sobie czerwoną, długą sukienkę, a całości dopełniły delikatny makijaż oraz pomalowane na czerwono usta. Jej oczy były niewyobrażalnie smutne. Brak blasku w nich zabolał go najbardziej, ponieważ wiedział, że to on go zgasił lata temu. Nawet nie brał pod uwagę faktu, iż po drodze mogło wydarzyć się coś złego, gdyż wciąż uważał siebie za największą katastrofę w jej życiu.

- My... Ja... - Złapała syna za rękę i przesunęła tak, żeby stał schowany za nią.

- Pięknie wyglądasz - powiedział, wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany.

- Ty... Ty też - wydukała, jakby nagle zabrakło jej słów.

- Musimy iść, Kacper ma zajęcia - wtrąciła Marta, żeby przerwać tę niezręczną sytuację, patrząc jednocześnie sugestywnie w oczy Wiktora.

- Gratuluję, widzę, że jesteś szczęśliwą mamą. - Puścił oko do malca i ukradkiem zerknął na jej dłoń. Nie miała obrączki. - Nie będę was zatrzymywał. - Skinął uprzejmie głową i odszedł.

Rany z przeszłości, które dotąd tylko się sączyły, zaczęły krwawić z potężną siłą, a wszystkie wspomnienia, jak za pstryknięciem palców, powróciły i przewinęły się w jej umyśle w ułamku sekundy.

Patrzyła na oddalającego się mężczyznę i za wszelką cenę starała się powstrzymać łzy. Odkąd urodził się Kacper, stała się jeszcze większą beksą niż zwykle. Niemniej ten człowiek, którego zobaczyła pierwszy raz od niemal pięciu lat, najwyraźniej będzie wywoływał w niej najsilniejsze emocje już zawsze. Nie spodziewała się jednak, że jeszcze kiedykolwiek go spotka. Unikała jego tematu, nie interesowała się, czym się zajął i gdzie mieszkał. Chciała pozostawić go za sobą, w przeszłości.

- Mamusiu, co to był za pan? - zapytał Kacper.

Marta, widząc stan, w jakim jest Emilia, wzięła chłopca na ręce i zaczęła odwracać jego uwagę.

- Pójdziemy do samochodu. Ty zostań - szepnęła.

Skinęła głową, a kiedy zniknęli z pola widzenia, wybuchnęła. Przechodzący turyści zaczęli zwracać na nią uwagę, niektórzy podchodzili i pytali, czy wszystko w porządku. Pozwoliła, żeby tłumiony szloch i wstrzymywane łzy znalazły w końcu ujście. Dotąd jej życie było cudownie nudne, spokojne, stateczne, a wystarczyła minuta, jedno spotkanie i jej spokój szlag trafił.

Zastosowała techniki, których nie musiała używać od dawna. Brała głębokie wdechy, tak, jak uczono ją na terapii, co pozwoliło jej na w miarę sprawne dojście do równowagi. Ciało zaczęło współpracować, umysł jednak ponownie stał się polem krwawej bitwy.

Po kilkunastu minutach się nieco uspokoiła, więc ruszyła w kierunku wyjścia z molo, wycierając jednocześnie z policzków resztki rozmazanego tuszu. Już miała minąć ostatnie barierki, kiedy zobaczyła go, stojącego przy jednej z nich. Gdy ją dostrzegł, podszedł szybko i złapał ją za ramiona. Dotyk jego dłoni palił jej skórę, a jednocześnie sprawił przyjemny dreszcz. Mimo wszystko tęskniła za tym, choć wypierała tę tęsknotę przez lata.

- Powiedz, że to nie jest mój syn - wysyczał, patrząc jej groźnie w oczy.

- To nie jest twój syn - wypowiedziała regułkę, którą w głowie utrwalała przez lata, i odwróciła wzrok.

Od jakiegoś czasu zaczynała sądzić, że nie będzie musiała nigdy jej użyć. Jakże się pomyliła.

- Nie wierzę ci. - Chwycił jej podbródek pomiędzy kciuk a palec wskazujący i zmusił, żeby ponownie spojrzała mu w oczy.

Była zapłakana i zdenerwowana, a to musiało coś znaczyć.

- Nie musisz. Nie zależy mi na tym, żebyś wierzył w cokolwiek - odpowiedziała chłodno.

Próbowała go zranić. Jej życie było łatwiejsze, kiedy nie było w nim Wiktora. Więc dlaczego jej serce rwało się do niego i błagało o odrobinę czułości? Dlaczego nie potrafiła być obojętna, tylko musiała udawać, że ten mężczyzna nic dla niej nie znaczy? To było chore. Ich miłość była chora.

- Kłamiesz. Widzę to w twoich oczach - odparł.

- Nic o mnie nie wiesz, Potocki. Nie masz pojęcia, co mógłbyś w moich oczach zobaczyć - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - A teraz mnie puść, bo zacznę krzyczeć.

Opuścił ręce, ale wciąż przyszpilał ją wzrokiem.

- W takim razie puściłaś się, będąc jeszcze ze mną. Kto jest ojcem? Ten przeklęty doktorek? A może inny goguś? - wypluł te słowa, jakby go truły.

Tak, uderzył w czuły punkt. Choć tak naprawdę przy tym mężczyźnie ona cała była jednym wielkim, czułym punktem. Przez te wszystkie lata znosiła docinki obcych, że nie wie, z kim ma dziecko, bo się puszczała, a teraz jeszcze on... Mężczyzna, który twierdził, że ją kochał, również miał ją za dziwkę. Parę minut wcześniej był nawet przyjaźnie nastawiony, teraz kolejny raz pokazał prawdziwą twarz.

Uniosła na niego pełne pogardy oczy.

- Nie zmieniłeś się ani o milimetr. Jesteś wciąż tak samo zapatrzonym w czubek własnego nosa dupkiem. Z łaski swojej zejdź mi z drogi i nie zbliżaj się nigdy więcej.

Wyminęła go, a ten chwycił ją za dłoń i pociągnął tak, żeby spojrzała na niego jeszcze raz. Zobaczył ból. Nie nienawiść, którą próbowała przed nim odegrać. Ból, którym mogłaby obdzielić wszystkich zgromadzonych na sopockim molo.

Zwolnił uścisk i pozwolił jej odejść.

Kolejny raz wypuścił ją z rąk, ale tym razem nie planował odpuścić. Był przekonany, że spotka ją jeszcze wiele razy. Przez ostatnie lata jej nie szukał; choć miał ją pod nosem, nie walczył, bo takie miała życzenie. Okoliczności jednak diametralnie się zmieniły.

Widział jeszcze, jak wsiadała do samochodu, wciąż tego samego, którym jeździła kiedyś, i odjechała. Walczył z chęcią śledzenia jej, ale był pewien, że prędzej czy później sama poda mu swój adres. Co więcej, był przekonany, że sama będzie go prosić, żeby się zjawił. I żeby został. Ale najpierw sprawi, że to ona stanie w jego progu, na dodatek dobrowolnie. Czy czasem jego pewność siebie kolejny raz nie okaże się zgubna?

***

Milczała całą drogę, nie reagowała na pełne niepokoju słowa Marty.

Kacper z kolei zasnął po kilku minutach, zupełnie nie przejąwszy się tym, że jakiś obcy mężczyzna ich zaczepił. Był jeszcze niczego nieświadomym chłopcem, który uważał wszystkich ludzi za dobrych i przyjaznych.

Zaparkowała pod centrum medycznym przyjaciela, którego wyprowadzka do ukochanego, zakończyła się fiaskiem i złamanym sercem, po czym łagodnym głosem obudziła syna. Wiedziała, że ich wizyta będzie bezowocna przez fakt, że chłopiec był senny i zmęczony upałem. Co prawda ich logopeda twierdził, że tak naprawdę Kacper radzi sobie świetnie i zajęcia wkrótce nie będą mu już potrzebne, lecz Emilia powzięła sobie za cel, żeby udowodnić sobie i wszystkim innym, że radzi sobie w samotnym rodzicielstwie, i trzęsła się nad synem, popadając czasem w paranoję. Zdecydowanie była nadopiekuńcza. A przecież to była tylko delikatna wada wymowy.

- Emilio Ostrowska! Spójrz na mnie! - Marta w końcu podniosła głos, nie mogąc znieść zachowania swojej dawnej podopiecznej. Wiedziała, że ta kolejny raz próbuje udawać silną.

Posłusznie uniosła wzrok pełen bólu i zdezorientowania.

- Nie chcę o tym rozmawiać - rzekła ociekającym rezygnacją głosem. - Nie mam na to siły.

- On wie! Nie sądzisz, że pora zakończyć tę szopkę i wyznać prawdę? - Kobieta była wzburzona. Miała dość uporu Emilii.

- Chodź, kochanie - zwróciła się do chłopca. - Dziś będziemy krótko, a później zamówimy pizzę - obiecała.

Przywitali się z rejestratorką, kiwnęła ręką Maciejowi i zaprowadziła syna do sali w najdalszym zakątku korytarza, w której dwa razy w tygodniu odbywały się jego zajęcia.

Gdy zamknęły się drzwi pomieszczenia, Marta znów chciała podjąć temat, lecz nie zdążyła, ponieważ podszedł do nich lekarz.

- Wszystko gra? Jesteś blada - powiedział. - Dzień dobry, pani Marto - zwrócił się do jej towarzyszki.

- Nie gra - odezwała się Marta, nim Emilia zdążyła otworzyć usta w odpowiedzi. - Spotkałyśmy Wiktora. - dodała, a na jej twarz wypełzła satysfakcja.

Wiedziała, że Maciej ją wesprze i również będzie przekonywał upartą Emilię, żeby z nim porozmawiała.

Przez te wszystkie lata nie pisnął słowem, że jej były facet podpisał z nim umowę na usługi medyczne, i czuł, że teraz wszystko wyjdzie na jaw. Wprawdzie Wiktor nigdy nie kontaktował się w innych sprawach niż ich umowa, w obecnej sytuacji jednak na pewno się to zmieni.

- Nie będę o tym rozmawiać - powiedziała twardo. - Ani z wami, ani tym bardziej z nim.

Spojrzeli po sobie i jednocześnie westchnęli. Nie znali drugiej tak bardzo upartej baby. Przez lata obserwowali jej katorżniczą walkę ze samą sobą. Wciąż próbowała wszystkim wokół udowodnić, że nie cierpi, ignorując jednocześnie fakt, że w synu widzi mężczyznę, dla którego oddałaby życie.

- Dłużej tego nie ukryjesz. Kacper jest do niego podobny, czy tego chcesz, czy nie - powiedziała Marta.

- Mam. To. W. Dupie - wycedziła. - Temat zakończony. Kolejny raz - dodała.

Oddaliła się od nich i oparła o chłodną ścianę. Czuła, jak jej wnętrzności zaczynają skręcać się z nerwów. Tak dobrze znane jej niepokój i strach na nowo zagościły w jej życiu. Po śmierci Ostrowskich i Jana, a także po usłyszeniu wyroku skazującego Waltera na długie lata więzienia myślała, że bramy piekieł, w które początkowo sama się wpakowała, zostały już ostatecznie zamknięte. Przeczuwała jednak, że dopiero pozna, czym jest prawdziwe piekło. Tylko czy mogło być gorzej niż wtedy? Na samo wspomnienie czasów, kiedy odkrywała wszystkie tajemnice obłudnego świata, w którym przyszło jej żyć, na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, a wszystkie blizny, przypominające to, co przeszła, paliły żywym ogniem.

Czy ta miłość była warta cierpienia? Czy jakakolwiek miłość jest tego warta? Zarówno pozostanie z Wiktorem, jak i odejście niosły za sobą bolesne konsekwencje. Ona wybrała tylko te, które uważała za mniej raniące. Jedno spojrzenie jego czarnych oczu pozbawiło ją pewności, czy jej decyzja była słuszna.

- Wybacz. - Marta podeszła do niej i położyła dłoń na jej ramieniu. - Nie będziemy tego drążyć, ale po prostu to przemyśl.

- Myślę o tym od pięciu lat - odparła smutno.

- Widziałaś błysk w jego oczach, kiedy go zobaczył? - zmieniła front.

- Tak, a zaraz potem widziałam pogardę, obrzydzenie i nienawiść - skwitowała i otworzyła drzwi od sali, w której Kacper kończył zajęcia logopedyczne.

Po zamianie kilku zdań z logopedą wzięła syna za rączkę i rzuciła:

- Odwieź, proszę, Martę.

Wydawało im się, że już przywykli do jej nieprzejednanego zachowania i tego, jak bardzo zimna się stała. Tylko jedna istota na całym świecie potrafiła wzbudzić w niej ciepłe uczucia. Jej syn. Owoc prawdziwej miłości, której się wyparła i którą odrzuciła. Nie przyszło im jednak do głowy, że jej chłód jest sztuczny i starannie wyuczony. Tak naprawdę była strzępkiem nerwów płaczącym co noc.

***

Wszedł do klubu, który miał być otwarty dopiero późnym wieczorem, i ze wściekłością trzasnął drzwiami. Nie zwrócił nawet uwagi na wołającego go Grzegorza.

- Co ci znów odwaliło?! - Wparował za nim na zaplecze.

Wiktor odpalił papierosa i spojrzał na niego tak jak kiedyś, kilka lat wcześniej. Jego wzrok nie był już zimny i twardy. Wyglądał, jakby za moment miał rozpaść się na kawałki.

- Emilia ma dziecko. - Wypuścił dym z ust.

- Wiem. - Przyjaciel wzruszył ramionami.

- Co, kurwa?!

- Spotkałem ją kilka miesięcy temu u lekarza - zaczął powoli. - Pamiętasz, badania kontrolne. Była tam z małym chłopcem i rozmawiała z tym doktorkiem.

- Dlaczego mi nie powiedziałeś?!

- A co to ma do rzeczy? Minęło kupę czasu. Przecież miała prawo ułożyć sobie życie. Ty też się co chwilę z jakąś panienką spotykasz.

- Zdradziła mnie, jak jeszcze byliśmy razem.

Zgasił papierosa i odpalił kolejnego.

- Co ty pierdolisz? Oddałaby życie za ciebie, zapomniałeś?! - Grzegorz spojrzał na niego jak na idiotę. Czego jak czego, ale lojalności Emilii wobec Wiktora był pewien.

- W takim razie szybko się pocieszyła i pozwoliła, żeby ten patałach zrobił jej dzieciaka - skwitował i zaciągnął się mocno.

- Chyba wpadasz w paranoję. Weź znajdź jakąś chętną i upuść ciśnienia, bo ci odpierdala.

Nie odpowiedział, tylko zacisnął mocno szczęki. Znów obudziła się w nim chęć mordu. Nigdy nie wyzbędzie się swojego mrocznego oblicza.

Na co on właściwie liczył? Że będzie na niego czekać z otwartymi ramionami, aż w końcu zachowa się jak prawdziwy mężczyzna i będzie chciał ją odzyskać? Nie zrobił nic, nie kiwnął nawet palcem. Nie próbował naprawić tego, co zepsuł. A może wcale nie chodziło o błędy popełnione przez niego? Ten mały chłopiec był dowodem na to, że Emilia nie była wobec niego lojalna i szybko wymieniła go na wygodniejszą opcję. Miała swoją upragnioną stabilizację.

Pewnie ma mały domek z ogródkiem i męża cipę.

Wstał gwałtownie, niemal przewracając fotel, na którym siedział.

- Idę na urlop. Zastępujesz mnie - rzekł do Grzegorza i wyszedł równie szybko, co się zjawił.

To był ten moment, w którym przyjaciel zaczął się martwić. Od pięciu lat Wiktor ani razu nie zrobił sobie nawet dnia wolnego. Budował interes, polegając wyłącznie na sobie. Uczył się, rozwijał, spędzał długie godziny na kursach i szkoleniach. Cały czas udowadniał, że jest w stanie dojść do czegoś ciężką pracą, i udawał, że nie interesuje go nic oprócz biznesu. W rzeczywistości robił to, żeby zapomnieć. Jak widać - bezskutecznie.

Zaczął od marnej posady ochroniarza, skończył jako właściciel ogromnej siłowni z drużyną bokserską i szkołą samoobrony dla kobiet oraz jednego klubu nocnego. Kupił mieszkanie na jednym z lepszych osiedli. Odniósł sukces, a jednocześnie poniósł porażkę. Przegrywał własne życie, ponieważ żadne zajęcie nie było w stanie zastąpić mu prawdziwych uczuć.

Wszedł do mieszkania, które wciąż świeciło pustkami, i zamknąwszy drzwi, oparł się o nie plecami. Miał ochotę krzyczeć. Podszedł do ogromnego lustra wiszącego w przedpokoju i patrzył na człowieka, który w przeciągu kilku godzin stał się wrakiem. Jakby umarła jego dusza. Nie, jego dusza już dawno została ofiarowana diabłu. Teraz tylko egzystował, pozbawiony serca. Pustka, która panowała w jego wnętrzu, zaczęła się czymś wypełniać. Czymś, czego nie chciał dopuszczać do głosu.

Dlaczego jedno krótkie spotkanie z nią tak nim wstrząsnęło? To było jasne - jego męska duma kolejny raz została urażona. A może to wściekłość, że ktoś inny miał czelność tknąć jego kobietę? Przecież ona już zawsze będzie należeć do niego.

Zawsze.