Nie pytaj, co się stało - Katarzyna Michalak

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

- To nie jest jej pogrzeb - odezwała się scenicznym szeptem Nela, która jak zawsze miała coś do powiedzenia. - Tylko nie wiem, czy się cieszyć, bo może ona jednak żyje, czy szukać tego dowcipnisia, który nas tutaj ściągnął, i natrzaskać mu po pysku.

- Nela! - syknęła Matylda, która zwykle wiedziała, kiedy najlepiej milczeć.

- No co? Gnałyśmy tu na złamanie karku, mało się nie rozbiłyśmy po drodze, bo dostałyśmy wiadomość, o tę... - Podetknęła przyjaciółce pod oczy telefon, jakby każda z nich nie miała takiego esemesa w swoim iPhonie.

Matylda odruchowo jeszcze raz prześlizgnęła się wzrokiem po ekranie. "Dziś o dwunastej pochowamy Aidę Dumną. Cmentarz komunalny w Sopocie, ul. Malczewskiego 31, druga aleja, miejsce 4A".

- Wysłać coś takiego w dniu pogrzebu?! - perorowała oburzona Nela. - Nie miałyśmy czasu, żeby się przebrać, kupić wieniec... Ukradłam wiązankę panny młodej, żeby nie sterczeć nad grobem z pustymi rękami! - Machnęła oskarżycielsko bukietem kremowych kwiatów. - A tutaj zamiast naszej Aidy...

Sandra, ta, która mówiła najmniej, oderwała wzrok od zamkniętej trumny. Na białej tabliczce wbitej przy grobie widniało nazwisko, które przeczytała już raz, ale zrobiła to ponownie, tym razem wolniej. Litera po literze. Ale one uparcie układały się w: ADA NOWACKA, a nie Aida Dumna.

Wyjęła telefon, rzuciła okiem na wiadomość, którą znała na pamięć. Godzina się zgadzała. Aleja także. Stały dokładnie przy miejscu 4A, obok kopca ziemi i dębowej trumny ozdobionej mosiężnym krzyżem.

- Może pomylili tabliczki? - rzuciła Matylda, sama nie wierząc w to, co mówi.

Nela spojrzała na nią z powątpiewaniem.

- Na cmentarzu?

- Ludzie wszędzie mylą nazwiska.

- W hotelu można pomylić karty do pokojów, w urzędzie PESEL, w przychodni nawet wynik moczu z morfologią, jeśli los szczególnie cię nienawidzi, ale przy grobie wypadałoby zachować odrobinę staranności!

- Nela!

- Co: "Nela"? Ustalam fakty. Przyjechałyśmy pożegnać Aidę, a tu leży jakaś Ada.

- Wasza przyjaciółka właśnie tak się nazywała - padło niespodziewanie za ich plecami.

Odwróciły się wszystkie trzy. Tuż obok nich stała starsza pani w czarnym wełnianym płaszczu. Beret osłaniał jej siwe włosy, a surowa, spokojna twarz nie pozostawiała złudzeń: kobieta nie należała do osób, które można było speszyć ostrym tonem albo zmusić do wycofania raz wypowiedzianych słów. Obok niej stała rudowłosa dziewczyna, najwyżej dwudziestoletnia. Zbyt obszerny płaszcz zsuwał jej się z ramion, piegi wyraźnie odcinały się od bladej skóry. W zaciśniętej dłoni gniotła mokrą od łez chusteczkę. Nie patrzyła na trzy kobiety z ciekawością. W oczach miała chłodną niechęć, jakby od dawna wiedziała, kim są, i miała powody, by nie cieszył jej ich widok.

- To pani wysłała wiadomość? - zapytała Matylda.

- Tak. Mam na imię Irmina. A to jest Milena.

Rudowłosa nawet nie drgnęła, by podać im rękę. Prześlizgnęła się spojrzeniem po Neli, zatrzymała je na Sandrze, po czym znów popatrzyła na trumnę.

- Napisała pani, że pochowamy Aidę Dumną - przypomniała Nela.

- Wy znałyście ją pod tym nazwiskiem, my... - Wskazała na tabliczkę przybitą do trumny.

Nela uniosła brwi w zdumieniu.

- Znała pani Aidę? To jest Adę. Od kiedy?

Irmina zerknęła na zegarek, a potem w stronę kaplicy. Ksiądz czekał już w pobliżu, gotowy rozpocząć ceremonię pochówku. Żałobnicy zbierali się w małych grupach, poprawiali parasole i kwiaty, rozmawiali przyciszonymi głosami. Matylda miała jednak wrażenie, że ci ludzie chowają zupełnie inną osobę niż one trzy, i nie chodziło tylko o imię i nazwisko.

- Przez ostatnie pół roku była dla nas Adą - odparła Irmina. - Ale nie będziemy się chyba spierać nad grobem.

Sens tych słów dotarł do Matyldy z opóźnieniem. "Przez ostatnie pół roku"? Więc Aida żyła! Od chwili, gdy zaginęła, aż do niedawna! Żyła, kiedy zgłaszały jej zaginięcie. Kiedy robiły wszystko, żeby ją znaleźć. Kiedy od zmysłów odchodziły ze strachu o nią. Kiedy paliły je wyrzuty sumienia. Przez cały ten czas Aida gdzieś tam była. Nie, nie gdzieś tam. Tutaj, w Sopocie.

- Wiedziała pani, że jej szukamy? - spytała Matylda ostrzej, niż zamierzała.

Irmina zawahała się.

- Nie od razu się o tym dowiedziałam.

- I nic pani nie zrobiła?! Nie mogła pani wysłać choć jednej wiadomości, chociaż paru słów... - Głos się jej załamał.

- To była jej decyzja, nie moja - ucięła kobieta. - Najwidoczniej miała powody.

Ksiądz ruszył w ich stronę. Za nim szedł mężczyzna niosący krzyż, a dwaj pracownicy cmentarza zajęli miejsca przy pasach do spuszczania trumny. Irmina spojrzała na pozostałych żałobników, a potem zwróciła się do trzech kobiet:

- Po ceremonii przekażę wam coś, co Ada dla was zostawiła. Pozostałe sprawy wyjaśnimy później.

- Co zostawiła? - Nela natychmiast była gotowa kończyć ceremonię, by dostać pożegnalny prezent od Aidy, ale Irmina pokręciła głową i odeszła z Mileną.

Dziewczyna obejrzała się przez ramię. Złość zniknęła z jej twarzy. Zostały zmęczenie oraz coś o wiele trudniejszego do zniesienia: niezachwiana pewność, że to ona miała większe prawo do opłakiwania zmarłej.

- Żyła jeszcze przez pół roku - wyszeptała Matylda.

Nela nie odrywała wzroku od Irminy.

- Nie wiemy, jak długo dokładnie.

- Wystarczająco długo, żeby znaleźć nowe nazwisko i nowe przyjaciółki.

Sandra poprawiła kołnierz płaszcza.

- Może Ada Nowacka to jej prawdziwe nazwisko?

- A Aida Dumna było czym? Pseudonimem artystycznym? - prychnęła Nela.

- Nie zaczynaj - upomniała ją Matylda.

- To ona zaczęła - obruszyła się Nela, wskazując na trumnę. - Ja tylko próbuję nadążyć.

Ksiądz otworzył modlitewnik. Rozmowy ucichły. Matylda wsunęła telefon do kieszeni, choć palce nie chciały go wypuścić. Od chwili zaginięcia Aidy nie rozstawała się z nim nawet pod prysznicem, bo bała się, że właśnie wtedy, kiedy z pianą spływającą do oczu będzie stała pod strumieniem wody, może się odezwać dzwonek. Ekran zgasł. Wiadomość zniknęła, pozostała niepewność. Ada Nowacka leżała w trumnie. Aida Dumna nie żyła. Oba zdania mogły być prawdziwe. Żadne nie mieściło się Matyldzie w głowie.

Stanęły obok siebie: Nela z lewej, Sandra z prawej. Nie objęły się ani nie wzięły pod ręce. Dawniej Aida natychmiast poprawiłaby ich ustawienie. Najwyższą wysłałaby pół kroku do tyłu, Nelę przestawiła tak, by wiatr nie rozwiewał jej włosów, a Matyldę umieściłaby pośrodku, jako najrozsądniejszą, która dopilnuje, by wszystkie zachowywały się odpowiednio. Sama stanęłaby odrobinę przed nimi. Niby przypadkiem, choć z pełną świadomością, że ludzie i tak najpierw spojrzą właśnie na nią. Bo Aidy Dumnej nie dało się przeoczyć. Jej uroda nie miała w sobie nic kruchego ani subtelnego. Natychmiast przykuwała uwagę. Powodowała, że mężczyźni prostowali ramiona i wciągali brzuchy, kobiety poprawiały włosy, a urzędniczki, które dla innych nie miały żadnego wolnego terminu, nagle znajdowały okienko po lunchu. Aida korzystała ze swojego piękna równie sprawnie jak z telefonu, pieniędzy i cudzych zobowiązań.

Ksiądz mówił o Adzie. "Ada to, Ada tamto", lecz imię brzmiało dla Matyldy obco. Zbyt krótko. Brakowało w nim jednej litery, która w "Aidzie" wydłużała pierwszą sylabę i zmuszała człowieka, by poświęcił jej odrobinę namysłu. Ada mogła stać w kolejce po chleb, podlewać pelargonie na balkonie i wejść do pokoju niezauważona. Aidzie chleb dostarczali pod drzwi, pelargonie były dla niej zbyt trywialne, a gdziekolwiek się pojawiła, natychmiast stawała się gwiazdą.

Matylda zerknęła na Milenę. Dziewczyna płakała otwarcie, nie zasłaniając twarzy i nie próbując uspokoić urywanego szlochu.

- Kochała ją - szepnęła Nela.

Sandra uśmiechnęła się smutno.

- Tak.

To jedno krótkie słowo ugodziło Matyldę boleśniej, niż powinno. One też kochały Aidę. Przynajmniej kiedyś nie miały co do tego żadnych wątpliwości. Później miłość obrosła innymi uczuciami: wdzięcznością, złością, poczuciem winy i pragnieniem, by wreszcie wziąć głęboki oddech, nie narażając się na krytykę. Przez sześć miesięcy tęskniły, a jednocześnie odczuwały ulgę, że nikt nie wchodzi do nich bez pukania, nie przestawia im planów i nie pyta: "Jesteś pewna?", takim tonem, że po chwili każda pewność zaczynała przypominać dziecinny upór.

- My również ją kochałyśmy - powiedziała cicho Matylda.

Nela spojrzała na trumnę i odrzekła:

- Ja kochałam Aidę tak samo mocno, jak jej nienawidziłam.

Sandra syknęła swoje: "Nela!", lecz ona tylko wzruszyła ramionami. W oczach miała żal, bunt i... bezbronność, której Matylda nie widziała od lat.

Grabarze zaczęli zsuwać trumnę do grobu.

Milena wyrwała dłoń z uścisku Irminy i podeszła bliżej. Z jej gardła wydobył się zduszony dźwięk. Przyglądała się tej scenie oczami pełnymi łez, a potem uklęk­ła przy rozkopanej ziemi i postawiła na niej niewielką ceramiczną figurkę.

Matylda poznała ją natychmiast: gliniany ptak, według Sandry przerośnięty wróbel, według Neli niewyględna kura. Aida lepiła je, kiedy musiała czymś zająć ręce, lecz nie chciała, by ktokolwiek nazwał to zdenerwowaniem. Każdy ptak różnił się od pozostałych. Jeden miał przesadnie duży dziób, drugi przekrzywioną głowę, innemu skrzydło unosiło się tak, jakby lada chwila miał odfrunąć, ale nie wiedział jak. Rozdawała je ludziom, których uważała za wymagających naprawy. Matylda dostała ptaka z pęknięciem biegnącym przez pierś.

- Nie wyrzucaj go, jest niedoskonały, lecz silny, jak ty. Złoto najlepiej trzyma się rys - rzekła Aida i wypełniła szczelinę połyskującą masą.

Ptak Mileny nie miał pęknięć ani złotych blizn. Był jasny, prosty i cały.

Po ostatniej modlitwie żałobnicy zaczęli podchodzić do grobu. Matylda wrzuciła garść ziemi. Nela położyła bukiet róż, który nazajutrz powinna trzymać panna młoda. Sandra przez chwilę stała bez ruchu, a potem dotknęła palcami tabliczki.

ADA NOWACKA.

- Nie znam cię - rzuciła cicho.

Odwróciła się i odeszła.

Irmina czekała, aż ostatni żałobnicy złożą kwiaty. Milena stała obok, mocno obejmując się ramionami. Kiedy Matylda, Nela i Sandra do niej podeszły, starsza kobieta otworzyła dużą czarną torbę i wyjęła z niej kilka eleganckich kopert. Na każdej z trzech mniejszych widniało imię i nazwisko zapisane znajomym, lekko pochyłym pismem. Nela Karpińska. Matylda Bielska. Sandra Radecka. Czwarta koperta miała rozmiar teczki na dokumenty. Na środku widniało jedno zdanie: OTWORZYĆ, KIEDY WSZYSTKIE TRZY POWIEDZĄ PRAWDĘ.

Nela pierwsza rozpoznała charakter pisma.

- Aida.

Milena drgnęła.

- Pani Ada - poprawiła ją odruchowo.

Nela lekko zmrużyła oczy, jakby chciała się odciąć, lecz ku zdziwieniu przyjaciółek, skinęła głową.

- Dla ciebie Ada.

Irmina wręczyła jej kopertę oznaczoną w prawym górnym rogu cyfrą jeden. Na kopercie Matyldy widniała dwójka, do Sandry trafiła ta z numerem trzecim.

- Osobiste listy macie otworzyć po kolei - wyjaśniła. - Wspólną kopertę dopiero później, gdy... - zawahała się, ale dokończyła: - Gdy powiecie prawdę. Nie pytajcie jaką i komu. Tego nie wiem.

- Kiedy je pani dostała? - zapytała Matylda.

- Nie pamiętam dokładnie. Ada powiedziała, że gdyby coś jej się stało, mam was zawiadomić i przekazać te listy.

Sandra nie odrywała od niej wzroku.

- Co w nich jest?

- Nie wiem.

- Naprawdę nie ma pani pojęcia, w co Aida próbuje nas wciągnąć?

- Wiem tylko, że zależało jej, abyście przyjechały wszystkie i odebrały koperty.

Nela prychnęła.

- No oczywiście.

- Co jest takie oczywiste? - nastroszyła się Milena.

- Nic. Stary rodzinny żart.

- Nie jesteście jej rodziną - wyrwało się dziewczynie.

Sandra zesztywniała. Nela spuściła wzrok na kopertę. Matylda poczuła na języku metaliczny smak krwi nieświadomie przygryzionego wnętrza policzka.

- Masz rację - odezwała się nieswoim głosem. - Rodzinę człowiek zazwyczaj zna pod właściwym nazwiskiem.

Milena cofnęła się, jakby ktoś ją spoliczkował. Matylda natychmiast zapragnęła przeprosić. Za swoje słowa, za cały ten pogrzeb, za spóźnioną złość, a może nawet za to, że w ogóle tu przyjechały. To był przez lata wypracowany odruch: brać na siebie wszystko, zanim ktokolwiek zdąży wskazać winnego. Aida potrafiła wykorzystywać go lepiej niż ktokolwiek.

- Wrócimy do tej rozmowy innym razem - przerwała Irmina. - Dzisiaj Milena pożegnała najbliższą sobie osobę. Wy, jak sądzę, także.

Nela wsunęła kopertę do torebki.

- Problem w tym, że nadal nie wiemy, kogo pożegnałyśmy.

Matylda odebrała swoją kopertę. Gruby papier był chłodny i idealnie gładki. Aida lubiła luksus i elegancję. Istotnych uwag nigdy nie zapisywała na przypad­kowych skrawkach. Nawet zwykła lista zakupów, która wyszła spod jej ręki, wyglądała jak list miłosny. Pełne imię i nazwisko na kopercie brzmiało niemal urzędowo. Nie było "Mati", jak zwracały się do niej Nela i Sandra, ani "Tyldzi", zdrobnienia, którego Matylda nie znosiła. To natychmiast przypomniało jej pierwszy opatrzony jej pełnym imieniem i nazwiskiem bezcenny przedmiot, który Aida wręczyła jej cztery lata wcześniej.

Nie była to koperta.

Był to klucz.

Na drzwiach sali w bibliotece miejskiej wisiała kartka, na której ktoś napisał: NIE MUSISZ ZE WSZYSTKIM RADZIĆ SOBIE SAMA. Matylda zatrzymała się przed nią dłużej, niż wymagało przeczytanie siedmiu słów. Za pierwszym razem uznała hasło za pretensjonalne. Za drugim stwierdziła, że jest kłamliwe. Za trzecim zauważyła, że ktoś źle wpisał godziny spotkań, więc wyjęła długopis i poprawiła cyfrę, zanim zdążyła się zastanowić, czy wypada poprawiać cudze ogłoszenia na drzwiach sali dla kobiet, które najwyraźniej przyszły tu właśnie dlatego, że zbyt długo kierowały się w życiu tym, co wypada.

Cudze błędy zawsze były łatwiejsze do naprawienia niż własne.

Na środku sali stały krzesła ustawione w krąg. Na parapecie czekały czajnik, pudełko najtańszej herbaty i talerz ciastek. Dziewięć kobiet zajęło już miejsca. Jedna z nich nie zdjęła ciemnych okularów, chociaż za oknami zapadał listopadowy zmierzch, a światło świetlówek nie miało w sobie niczego, przed czym trzeba chronić oczy.

Matylda usiadła naprzeciwko kobiety, która okupowała dwa krzesła: na jednym siedziała, na drugim trzymała torbę wypchaną dokumentami, katalogami ślubnymi i czymś, co wyglądało jak próbnik tkanin albo dowód rzeczowy w sprawie przeciwko dobremu gustowi. Miała ciemne włosy, duże kolczyki i twarz osoby, która lubi wygłaszać złośliwe uwagi. Nela Karpińska. Miejsce przy drzwiach zajęła wysoka, szczupła kobieta w czarnym swetrze. Siedziała na samym brzegu krzesła, stopy zwróciła ku wyjściu. Sandra Radecka.

Prowadząca miała miękki głos oraz irytujący zwyczaj czekania z odpowiedzią o sekundę dłużej, niż człowiek był w stanie spokojnie wytrzymać. Po kolei pytała każdą z kobiet, czego teraz najbardziej potrzebuje.

- Żeby mój były wspólnik odzyskał sumienie - oznajmiła Nela. - Ewentualnie może zapaść na wyjątkowo nieprzyjemną, ale nie śmiertelną chorobę weneryczną. Nie jestem drobiazgowa.

Kilka kobiet się uśmiechnęło. Trochę niepewnie, raczej na dowód, że nadal potrafią zareagować na cudzą bezczelność.

Ta spod drzwi, gdy przyszła jej kolej, odparła tylko:

- Spokoju.

Matylda zamierzała powiedzieć coś rozsądnego i umiarkowanego. Że przechodzi trudniejszy czas. Że szuka pracy. Że potrzebuje chwili, żeby stanąć na nogi. Ludzie lubili takie zdania, bo nie domagały się od nich zbyt wiele. Wystarczyło pokiwać głową, powiedzieć: "Rozumiem", i już można było wrócić do własnego życia z poczuciem, że okazało się społecznie oczekiwaną empatię.

Kiedy jednak wszystkie twarze zwróciły się ku niej, słowa potoczyły się jak korale z zerwanej tasiemki. Nie wspomniała o rozstaniu ani o wypowiedzeniu z hotelu. Nie powiedziała o siostrze, która uznała, że nie może jej dłużej gościć, bo mąż źle znosi "atmosferę porażki". Przemilczała walizkę pozostawioną w dworcowej przechowalni oraz wynajęty pokój, który opłaciła tylko do niedzieli.

- Łóżka, chyba - wydusiła.

Prowadząca przechyliła głowę.

- Potrzebujesz odpocząć?

Matylda pokręciła głową.

- Nie. Potrzebuję łóżka. Takiego... na dłużej.

Ostatnie słowa utknęły jej w gardle. Próbowała je przełknąć, ale było już za późno. Łzy nie popłynęły pięknie ani cicho. Wydarły się z niej gwałtownie, niemal brutalnie, ze szlochem, którego natychmiast się przestraszyła. Siedziała pośrodku kręgu obcych kobiet, przyciskając obie dłonie do ust, jakby mogła zatrzymać ciało, które nagle odmówiło współpracy.

Prowadząca nawet nie podniosła się z krzesła. Z chłodnym profesjonalizmem osoby, która wie, że nie należy przerywać procesu oczyszczenia, pozwoliła emocjom wybrzmieć. Pewnie widziała już w swoim zawo­dowym życiu niejedno. Lecz kobieta z torbą nie uznawała żadnych procesów. Zrzuciła katalogi z drugiego krzesła, przysiadła się obok i objęła Matyldę tak mocno, że dziewczynie przez chwilę naprawdę zabrakło powietrza.

- Tydzień temu ryczałam tak, że chcieli mnie nawadniać kroplówką - mruknęła jej do ucha.

- Nieprawda, nikt nie chciał - odezwała się kobieta spod drzwi.

- A powinien. Odwodnienie to nie żarty.

Matylda nie wiedziała, czy ten absurdalny dialog ją ratuje, czy dobija. Prawdopodobnie jedno i drugie. Płacz nadal szarpał jej krtanią, ale nie była już samotna. Kobieta przy drzwiach wstała i podała jej chusteczki. Nie przytuliła, nie poklepała po plecach, nie próbowała naruszać jej przestrzeni. Usiadła jednak obok, dostatecznie blisko, by zaznaczyć swoją dyskretną, wspierającą obecność.

- Przepraszam - wyjąkała Matylda, kiedy w końcu udało jej się nabrać tchu. - Zwykle potrafię nad sobą zapanować.

- Po co? - zapytała tamta.

To jedno pytanie zatrzymało kolejne przeprosiny.

Dopiero wtedy Matylda zauważyła kobietę przy czajniku. Nie siedziała w kręgu i nie wyglądała na uczestniczkę spotkania. Pomagała prowadzącej, nalewała herbatę, podsuwała chusteczki, odstawiała puste kubki, jakby od dawna znała porządek cudzych załamań. Przez niemal całe spotkanie milczała. Teraz podeszła i wyjęła z dłoni Matyldy kubek, który ta ściskała od kilku minut, choć dawno był pusty.

- Bez cukru - rzekła, bardziej do siebie niż do niej, i wróciła do stolika.

Matylda uniosła na nią zdumiony wzrok.

Kobieta sprawiała wrażenie osoby, dla której zapamiętywanie szczegółów dotyczących obcych ludzi było najzwyklejszą rzeczą na świecie. Po trzech miesiącach znała ich historie lepiej niż kobieta prowadząca spotkania. Wiedziała, który wierzyciel Neli dzwoni po godzinach. Pamiętała, jakiego zapachu nie znosi Sandra, bo używał go jej były partner. Znała daty rozmów kwalifikacyjnych Matyldy oraz nazwiska rekruterów, którzy zapewniali, że oddzwonią.

Nie wypytywała. Słuchała, a potem zapamiętywała wszystko.

Po jednym ze spotkań Nela pakowała do torby kruche ciastka, które zostały, przekonując, że fundacja powinna wspierać kobiecą przedsiębiorczość również za pomocą węglowodanów. Sandra stała przy parapecie z kubkiem nietkniętej herbaty w dłoni. Matylda pomagała składać krzesła, bo kiedy nie wiedziała, co zrobić z własnym życiem, lubiła robić porządki.

Aida oparła biodro o stół.

- Mam kamienicę.

Nela wsunęła do torby ostatnie ciastko.

- Ja mam komornika, migrenę i trzydzieści sześć organzowych kokard, których nie zamawiałam.

- Część budynku stoi pusta. Parter, mieszkania, sutereny. Wymaga remontu.

Sandra odwróciła głowę pierwsza. W jej spojrzeniu nie było zachwytu. Była ostrożność człowieka, który zna cenę prezentów podawanych zbyt pewną ręką.

- I co w związku z tym?

Aida popatrzyła na Matyldę. Nie na Nelę, która natychmiast zdominowałaby rozmowę. Nie na Sandrę, która umiała odrzucić pomoc, zanim ta zdążyła przybrać realne kształty. Na Matyldę, która potrzebowała łóżka i nadal udawała, że chodzi wyłącznie o mebel.

- Powinnyście ją obejrzeć.

- Dlaczego? - rzuciła Sandra.

Aida nie spieszyła się z odpowiedzią. Miała ten rodzaj spokoju, który drażnił i koił jednocześnie.

- Bo jedna z was potrzebuje łóżka - odparła w końcu. - A dwie pozostałe potrzebują miejsc, w których nikt nie będzie ich pytał, kiedy wreszcie się ogarną.

Tydzień później stały po drugiej stronie rynku.

Kamieniczka miała jasną, miejscami popękaną fasadę, wysokie okna i niewielki balkon z kutą balustradą. Na parterze znajdowały się trzy puste lokale. Największy wychodził na rynek, mniejszy był położony od bramy, a do sutereny prowadziło kilka wąskich, stromych stopni. Nad wejściem wisiała stara lampa, przekrzywiona tak mocno, że Matylda natychmiast zaczęła się zastanawiać, komu można by zlecić naprawę.

Drzwi kamieniczki otworzyły się, zanim którakolwiek z nich zdążyła się porządnie przyjrzeć budynkowi. Aida wyszła na chodnik w jasnej lnianej sukience, ciemnych okularach i z pękiem kluczy w dłoni. Za nią podążał mężczyzna z rulonem planów pod pachą. Miał twarz człowieka, który przed zaśnięciem, zamiast zmawiać pacierz, mamrocze kolejne paragrafy przepisów budowlanych.

- To Cezary - przedstawiła go Aida. - Pilnuje, żebym za bardzo nie popłynęła w kwestiach remontowo-budowlanych.

- Bez większego powodzenia - odparł, rozwijając plany na niskim zewnętrznym parapecie.

Aida wyjęła mu zza ucha ołówek i wsunęła go we własne włosy. Zrobiła to z taką swobodą, jakby nie był to pierwszy raz. Cezary nawet tego nie zauważył.

- Instalacje są stare, dach wymaga naprawy, suterenę trzeba osuszyć, a oficyna nie ma odbioru przeciwpożarowego - wyliczył.

Nela obejrzała fasadę.

- Czyli kosmetyka.

- Nie powiedziałbym - mruknął.

Sandra spojrzała na niego uważniej. Oceniała ludzi tak, jak kiedyś musiała oceniać partnera w tańcu: gdzie opiera ciężar, ile zajmuje miejsca, czy potrafi stać spokojnie, bez popisywania się. Cezary stał niewzruszenie.

Aida położyła rękę na klamce, ale Matylda zatrzymała ją, zanim zdążyła otworzyć.

- To musi być uczciwy układ.

- Umowy przygotowała kancelaria - odparła Aida. - Zwykły najem. Przez pierwszy rok czynsz obniżony, kaucja rozłożona na raty. Bez ukrytych darowizn, bez udziałów w waszych firmach, bez zapisów drobnym drukiem o zaprzedaniu duszy właścicielce kamienicy.

- No i dobrze - mruknęła Nela. - Duszę i tak oddałam już bankowi.

Matylda nadal patrzyła na Aidę.

- Nie przyjmę jałmużny.

- Tyldziu...

Cała krew w jednej chwili uderzyła Matyldzie do głowy.

- Nie nazywaj mnie tak - wycedziła przez zaciś­nięte zęby.

Przez krótką chwilę w twarzy Aidy coś znieruchomiało. Uśmiech pozostał, ale nie sięgał już oczu.

- Oczywiście. Próbowałam być miła.

- Właśnie dlatego wolę umowę.

Nela spojrzała na nie obie z zainteresowaniem osoby, która właśnie się zorientowała, że na jej oczach rozgrywa się darmowy uliczny spektakl.

Aida bez słowa otworzyła drzwi.

- Może najpierw wszystko obejrzycie - zaproponowała chłodno.

W sieni pachniało kurzem, starym drewnem i świeżą farbą. Kamienna posadzka była wytarta od setek kroków, żeliwna poręcz schodów chłodziła dłoń, a na półpiętrze stała wysoka donica z palmą. Prawie połowa liści zdążyła zbrązowieć.

Nela musnęła jeden z nich.

- Bidoku...

- Odżyje - rzuciła Aida niefrasobliwie.

Matylda spojrzała najpierw na roślinę, potem na klucze w dłoni kobiety.

- Skąd możesz to wiedzieć?

- Póki życia, póty nadziei.

Największy lokal od frontu był pusty, jeśli nie liczyć kilku krzeseł. Farba łuszczyła się na ścianach, a wpadające przez brudne szyby światło kładło się szerokimi smugami na wypłowiałej podłodze. Aida mówiła o recepcji, sali śniadaniowej, pokojach na pierwszym piętrze i dwóch większych na drugim, ale Matylda przestała słyszeć słowa. Patrzyła na gołe ściany, ale już widziała miękkie wykładziny, eleganckie tapety, lampy rzucające ciepłe światło, rząd kluczy, białe obrusy i ludzi odkładających walizki z ulgą, że przez kilka dni ktoś inny będzie się za nich zastanawiał, co podać na śniadanie i kiedy zmienić pościel.

Nigdy nie prowadziła własnego hotelu. Realizowała cudze pomysły, cudze standardy, cudze decyzje zebrane w segregatorach. Tutaj nie było jeszcze nic. Właśnie dlatego mogła zobaczyć wszystko.

- Nie mam pieniędzy - powiedziała, bardziej do siebie niż do Aidy.

- Najpierw zróbmy kosztorys.

- Nie mam zdolności kredytowej.

Cezary uniósł głowę znad planów.

- Znam kobietę, która świetnie się orientuje w unijnych dotacjach. To nie znaczy, że je dostaniecie, ale spróbować warto.

- Dostaniemy - odparła Aida bez wahania.

Cezary przyglądał jej się przez chwilę.

- Właśnie przed tym próbuję je ostrzec. Kiedy mówisz o przyszłości, brzmi to tak, jakby wszystko było już załatwione.

- I zwykle jest.

Matylda powinna była poczuć strach. Zamiast tego podeszła do okna i położyła palce na parapecie. Za szybą widziała rynek, stoliki kawiarni i kobietę prowadzącą za rękę małego chłopca. To miejsce było prawdziwe. Nie przypominało obietnicy rzuconej podczas rozmowy rekrutacyjnej. Miało ściany, adres i drzwi, które można było zamknąć.

Aida podała jej pierwszy klucz.

- Nie musisz podejmować decyzji od razu - zastrzeg­ła, choć obie wiedziały, że Matylda już ją podjęła.

Lokal Neli znajdował się od strony bramy. Jedną ścianę pokrywała cegła, na środku stał szeroki stół po poprzednim najemcy, a na tyłach zachowała się niewielka przymierzalnia. Nela obeszła pomieszczenie z miną kobiety, która w ciągu minuty zdążyła podliczyć koszt zasłon, lamp, czynszu i własnej porażki.

- Pracownia ślubna - oznajmiła Aida.

- Mam długi, wspólnika o moralności geszefciarza z Powiśla i trzy klientki, które najprawdopodobniej spalą mnie na stosie ze ślubnych dekoracji.

- Masz gust, kontakty i potrafisz rozbroić matkę panny młodej szybciej niż ochrona.

- To akurat prawda.

Aida podeszła bliżej, ale nie dała jej klucza od razu.

- Poza tym zawsze wiesz, kiedy kobieta kłamie, że jest szczęśliwa.

Uśmiech zniknął z twarzy Neli. Przez sekundę wyglądała, jakby ktoś gwałtownie odsunął zasłonę, za którą trzymała rzeczy zbyt osobiste, za bardzo należące do niej, by komukolwiek się nimi chwalić.

Aida wręczyła jej klucz.

- Śluby powinny być organizowane przez osoby, które rozumieją, że miłość nie zawsze jest bezpiecznym przedsięwzięciem.

Nela wzięła klucz od Aidy i przez chwilę obracała go między palcami. W końcu westchnęła głęboko.

- Jeżeli zginę pod stertą sztucznych róż, napiszcie na nagrobku, że walczyłam do końca.

- Napiszemy, że ten jeden raz nie zagoiło się do wesela - odparła Sandra.

Do sutereny zeszły na końcu. Panowała w niej wilgoć, ściany były zimne, a stary kaloryfer wyglądał, jakby od lat ogrzewał głównie własną rdzę. Na betonowej podłodze odznaczały się ślady po regałach. Sandra stanęła pośrodku pomieszczenia i zanim Aida zdążyła coś powiedzieć, rzuciła:

- Nie.

Aida oparła ramię o framugę.

- Jeszcze niczego nie zaproponowałam.

- Chcesz tu zrobić studio.

- Chcę, żebyś je zobaczyła.

- Widzę. Wilgoć, beton, grzyb pod farbą i schody, na których można skręcić kark.

- Oj, coś mi się zdaje, że widzisz coś innego...

Sandra odwróciła głowę. Przez chwilę nie było słychać nic poza odległym szumem rynku, przytłumionym grubymi murami. Jej twarz pozostała nieruchoma, ale prawa stopa przesunęła się po betonie i ustawiła lekko na zewnątrz - dokładnie tak jak przed pierwszym krokiem.

- Nie tańczę.

- Żyjesz, oddychasz, więc taniec to kwestia czasu.

Sandra zacisnęła palce na pasku torby.

- Nie potrzebuję ratunku.

Aida nie weszła głębiej. Nie dotknęła jej ramienia, nie obniżyła głosu, nie zrobiła żadnego z tych gestów, którymi ludzie potrafią zmienić pomoc w miękką przemoc.

- Potrzebujesz miejsca, w którym nikt nie uzna, że twoje ciało do niego należy.

Sandra odwróciła wzrok ku pustej sali. Matylda widziała, jak ocenia odległość między ścianami, wysokość sufitu, możliwość zamontowania luster, podłogę, która teraz nie nadawała się nawet do tego, by po niej chodzić. Ciało Sandry pamiętało rzeczy, których ona sama nie chciała nawet nazywać. Może właśnie dlatego odmówiło posłuszeństwa rozumowi, który krzyczał, żeby jak najszybciej opuścić ten lokal.

- Osuszenie będzie kosztowne - rzuciła.

Cezary zszedł dwa stopnie niżej.

- Bardzo.

- Podłoga musi amortyzować.

- Wiem.

- Nie zgodzę się na lustra z przypadkowej hurtowni.

- To też wiem.

Sandra spojrzała na Aidę.

- Wszystko już zaplanowałaś.

- Rozeznałam możliwości.

- Jakbyś wiedziała, że nasza zgoda to formalność?

W tej krótkiej wymianie zdań rysowało się coś, czego Matylda nie umiała jeszcze nazwać. Nie chodziło o jej nadmierny optymizm. Ani o niefrasobliwy stosunek do wydatków. Chodziło o sposób, w jaki Aida potrafiła zaplanować człowiekowi przyszłość z taką dokładnością, że choćby kwestionowanie jej pomysłów zakrawało na niewdzięczność.

- Wiedziałam, że muszę mieć argumenty - perswadowała Aida. - Inaczej usłyszałabym trzy razy "nie", zanim dobrze obejrzałybyście to miejsce - odparła.

- Czyli postanowiłaś oszczędzić nam podejmowania własnych decyzji.

Nela przestała rozglądać się po suterenie. Cezary podniósł głowę znad planów. Matylda miała wrażenie, że patrzy na pierwszą plamę na obrazie, który jeszcze przed chwilą wydawał się idealny.

- Postanowiłam dać wam wybór, którego wcześniej nie miałyście - odrzekła powoli Aida.

Sandra wyciągnęła rękę.

- Ale to jeszcze nie jest decyzja - zastrzegła, pozwalając, by Aida położyła klucz na jej dłoni.

Umowy czekały na poddaszu. Mieszkanie Aidy tonęło w świetle słońca. Wszędzie stały jakieś ceramiczne figurki, książki i przedmioty przywiezione z miejsc, o których nigdy nie opowiadała. Na parapecie ustawiono rząd małych ptaków. Niektóre miały uniesione skrzyd­ła, inne krzywe dzioby, jeszcze inne wyglądały, jakby zrobiono je w gniewie i potem pokochano właśnie za tę niezdarność.

Aida rozłożyła dokumenty na dużym stole pomiędzy dzbankiem jaśminowej herbaty, talerzem owoców i butelką wina, która nie powinna tam stać, bo przecież nie było jeszcze nawet siedemnastej. Nela uznała to za dobry znak. Sandra za brak rozsądku. Dla Matyldy był to kolejny szczegół, który później będzie umiała odtworzyć z absurdalną dokładnością.

Przeczytała każdą stronę. Czynsz rzeczywiście obniżono wyłącznie na pierwszy rok, kaucję rozłożono na raty, a właścicielka nie miała prawa do zysków z działalności najemczyń. Matylda nie znalazła niczego, co wyglądałoby podejrzanie. To jednak wcale jej nie ­uspokoiło.

- Naprawdę sprawdzasz nawet numer księgi wieczystej? - zapytała Nela.

- Tak.

- Jest tam jakiś paragraf o oddaniu pierworodnego dziecka?

- Nie mam dzieci.

- Właśnie dlatego pytam. Może zobowiązanie przechodzi na pierwszego psa.

Aida napełniła kieliszki. Piąty podała Cezaremu, który stał przy oknie z telefonem przy uchu i próbował przekonać wykonawcę, że środa nie jest terminem umownym.

- Pierworodne dzieci są hałaśliwe - stwierdziła. - Wystarczą mi punktualne przelewy.

Matylda wciąż trzymała długopis nad dokumentami. Mogła teraz wstać, podziękować i powiedzieć, że musi to przemyśleć. Mogła wrócić do wynajętego pokoju, do walizki w przechowalni i listy rekruterów, którzy pewnie nigdy nie zadzwonią. Mogła zachować godność w stanie nienaruszonym i nie mieć gdzie spać.

- A jeżeli nam się nie uda? - spytała tylko.

Aida oparła dłonie o stół.

- Wtedy wymyślimy coś innego.

- My?

- Nie zostawiam przyjaciół tylko dlatego, że pierwsza wersja planu zawiodła.

Matylda bez dalszych wahań sygnowała umowę. Nela zrobiła to chwilę później. Złożyła zamaszysty podpis, a pod nim narysowała serduszko. Sandra zwlekała najdłużej. Czytała dokument jeszcze raz, wolno, jakby szukała pretekstu, by odmówić. W końcu sięgnęła po długopis.

Aida zebrała umowy, starannie wyrównała ich brzegi i wsunęła je do teczki. Cezary wrócił do przerwanej rozmowy. Nela uniosła kieliszek. Sandra obracała w palcach klucz, a Matylda położyła dłoń na podpisanej kartce, nadal nie mogąc uwierzyć, że pod widniejącym na niej adresem naprawdę wolno jej zostać.

Aida przyjrzała się po kolei każdej z nich.

- No - rzekła cicho. - Teraz jesteście moje.

Dalsza część w wersji pełnej