Rozdział 1
Miesiąc później...
Coraz mocniej zaciskam spocone dłonie na kierownicy, gdy GPS informuje mnie, że zbliżam się do celu. Wjeżdżam na Hesperus Avenue, wijącą się wśród gęstego lasu, i po około dziesięciu minutach jazdy skręcam w boczną ścieżkę, gdzie kończy się asfalt. Jadę wolno, a samochód podskakuje na nierównościach leśnego podłoża.
Kiedy dostrzegam tabliczkę z napisem "teren prywatny", wiem, że jestem na miejscu. Parkuję. Dalej prowadzi zbyt wąska, leśna dróżka, aby zmieścił się na niej samochód. Wysiadam, po czym wyciągam z bagażnika torbę i ciągnąc ją za sobą, idę wyznaczoną drogą. Coraz wyraźniej słyszę szum oceanu, który przyciąga mnie do siebie, hipnotyzując swoim dźwiękiem. Przyspieszam kroku i w końcu wychodzę na sporych rozmiarów zielony plac. Na widok bezkresnego Oceanu Atlantyckiego wciągam głęboko powietrze, po czym powoli wypuszczam je z płuc, a minimalna część ciężaru opada z moich ramion. Zasłaniam dłonią oczy przed oślepiającym blaskiem słońca odbijającego się od tafli wody. Podchodzę bliżej krawędzi kamienistego klifu i spoglądam w dół, na rozbijające się o skały fale. Chłodny wiaterek łagodzi gorące promienie słońca muskające moją skórę. Ta chwila wystarczy, abym poczuła się orzeźwiona po długiej podróży.
Odwracam się w stronę wiktoriańskiego domu, stojącego dumnie w otoczeniu drzew. Z zewnątrz nie wygląda przyjaźnie. Fasada aż prosi się o renowację. Szara, wyblakła farba łuszczy się, odsłaniając drewno. Mimo to uśmiecham się, zachwycona jego wysokimi, półokrągłymi oknami i szpiczastym dachem, które tak uwielbiałam w dzieciństwie. Wspomnienia napływają falami, a serce bije coraz szybciej, jakby reagowało na powrót do miejsca, które zawsze pozostało dla mnie domem. Przez chwilę wydaje mi się, że drzwi się otworzą i mama wybiegnie z wyciągniętymi ramionami, a ja utonę w jej czułym uścisku, przekonana, że już niedługo wszystko znowu będzie dobrze - stanę na nogi i wrócę znacznie silniejsza.
Bardzo mi jej brakuje... Oddałabym wszystko, by cofnąć czas i wrócić do tych chwil, kiedy życie wydawało się znacznie prostsze. Jestem bardzo wdzięczna, że go nie sprzedała, tylko zostawiła mi - żartowała, że jak już spełnię swoje marzenia i zostanę znaną pianistką, to miejsce będzie dla mnie idealne. Wiedziała, że tęskniłam za ciszą i spokojem, a przeprowadzka do głośnego, tłocznego Nowego Jorku dla introwertycznej pianistki to bardzo stresujące doświadczenie.
Ostrożnie stawiam kroki na nieco spróchniałej werandzie. Deski trzeszczą pod naporem moich stóp. Z bliska mogę dostrzec resztki drewnianych detali zdobiących fasadę. Na werandzie stoją ławeczka, wiklinowy stolik kawowy i fotel bujany.
Z torby wyciągam ozdobny klucz i przekręcam zamek. Drzwi otwierają się, wydając z siebie skrzypnięcie. Od razu uderza mnie fakt, że wnętrze domu nie zostało zmienione, choć wiem, że przez lata - zanim prawnie stał się mój, gdy tylko skończyłam dwadzieścia cztery lata, czyli trzy tygodnie temu - był okresowo wynajmowany. Zajmował się tym mój wujek Henry, który również mieszka w miasteczku i jednocześnie był bliskim przyjacielem mojej mamy. Odkładała pieniądze z wynajmu i dawała po równo mnie oraz mojej młodszej siostrze, dzięki czemu teraz nie muszę się martwić, czym opłacę swoją przerwę od życia.
Wnętrze domu emanuje elegancją, właśnie taką, jaką pamiętam. Ciemnobrązowa boazeria i kinkiety zdobią ściany, a na wysokim suficie widnieje ozdobna sztukateria. Podłoga w holu jest wyłożona płytkami ceramicznymi. Zaglądam do salonu, którego punktem centralnym jest półkoliste okno, sięgające od podłogi do sufitu, z widokiem na ocean. Na ciemnej, dębowej podłodze leży perski dywan, a klasyczna, ciemnoniebieska sofa i dwa fotele zachowały swoją świetność, podobnie jak dębowy stolik kawowy. Mój wzrok zatrzymuje się na kamiennym kominku z rzeźbionymi zdobieniami, nad którym wisi obraz mężczyzny. To jedyna rzecz w tym domu, która wywołuje we mnie dreszcz. Jego zimne, niebieskie oczy patrzą na mnie bez krzty sympatii, a ciemne, niemal czarne włosy tworzą kontrast dla bladej cery. Wygląda majestatycznie i władczo. Jestem do niego bardzo podobna z wyglądu, a porównania zarówno do niego jako człowieka, jak i do niego jako pianisty drażniły mnie coraz bardziej z każdym rokiem, czy to w szkole muzycznej, czy na studiach.
Walter Hogan - mój pradziadek. Znany pianista, po którym odziedziczyłam talent muzyczny, słuch absolutny, introwertyczną, skrytą naturę oraz skłonności do stanów depresyjnych i podatność na uzależnienia. Podobno im więcej pił, tym lepsze utwory tworzył. Niestety, to alkohol zniszczył jego karierę, Walter umarł, mając opinię dziwaka i gbura, a przez to, że prowadził pustelniczy tryb życia, został znaleziony dopiero kilka dni po śmierci. To jego dom. Tutaj żył, tworzył i zmarł.
Odwracam wzrok od obrazu i przenoszę na pianino w kącie. Żelazna dłoń zaciska mi się na sercu, gdy wpatruję się w instrument. Oddech staje się płytki i urywany. Puszczam torbę i podchodzę bliżej. Przesuwam palcami po klapie pianina jak po skórze dawno niewidzianego kochanka. Nagły atak tęsknoty wyciska mi z oczu palące łzy. Wspomnienia uderzają we mnie z siłą rozpędzonych bawołów. Szybko zabieram dłoń i przygryzam mocno wargę, żeby odegnać niechciane uczucia. Robię dwa kroki w tył, zwiększając dystans między mną a instrumentem.
- Żadnego rozczulania - upominam się cicho.
Wychodzę z salonu i kieruję się na górę, gdzie znajdują się łazienka oraz trzy sypialnie. Wybieram tę, która dawniej należała do moich rodziców. Mój wzrok przykuwa wielkie łoże z baldachimem, na którym leży satynowa pościel. Mam ochotę rzucić się na nie z nadzieją, że ponownie zacznę przesypiać noce, choć to nie źle dobrany materac pozbawia mnie snu. Gdy rozlega się dźwięk telefonu, odwracam spojrzenie od widoku za oknem i odbieram.
- Cześć, Cass! - zaczyna dziarsko moja młodsza siostra. - Dojechałaś?
- Tak, niedawno.
- W jakim stanie jest dom?
- Naprawdę w dobrym, Sally. Wujek nic tu nie zmieniał.
- Chciałabym tam z tobą być - wyznaje - ale znam cię i wiem, że potrzebujesz wszystko przetrawić w samotności i po swojemu. Pamiętaj tylko, że jestem.
- Oczywiście, że pamiętam - odpowiadam łagodnie.
Przez chwilę trwa pomiędzy nami cisza, gdy nagle siostra pyta:
- Wrócisz do Nowego Jorku, prawda?
Pytanie mnie zaskakuje, a przede wszystkim nutka niepewności w jej głosie.
- Wrócę - odpowiadam stanowczo. - Dlaczego miałabym nie wrócić?
- Bo nigdy nie wiem, co się dzieje w twojej głowie i o czym naprawdę myślisz - rzuca żartobliwie, ale jest w tym odrobina żalu. - Może zaszyjesz się w tym domu i będziesz żyła jak pustelniczka z dala od świata zewnętrznego. Zamienisz się w szaloną, owładniętą obsesją pianistkę alkoholiczkę, cierpiącą na bezsenność i...
- Nie martw się, nic takiego się nie stanie - przerywam ze śmiechem jej ponure wizje.
Właściwie nie jest mi wcale do śmiechu, ale ona nie musi wiedzieć, że właśnie tak jawi mi się przyszłość, biorąc pod uwagę mój obecny stan psychiczny. Czuję się jak kupka popiołu. Zapewnienia, że z czasem będzie łatwiej, a ból zacznie słabnąć, nijak się mają do mnie. Wręcz przeciwnie. Gdy przebywałam w mieszkaniu, z którego wyrzuciłam Jasona, nic nie było dobrze, bo pomimo tego, jak bardzo mnie skrzywdził, głupie serce wciąż tęskniło. Mogłam skonfrontować się z Laurą i napluć jej w twarz, wytargać za kudły, może choć trochę by mi ulżyło. Jason po zabraniu z swoich rzeczy zostawił liścik, w którym napisał, że czeka na kolejną rozmowę ze mną, gdy już opadną emocje, ale wyjazd i odcięcie się od wszystkiego wydawały mi się lepszym rozwiązaniem.
- Oczywiście, że się martwię! Siostry już tak mają, a ty nie jesteś skłonna do zwierzeń.
- Przepraszam, taka już jestem - mruczę.
- Wiem. Nie mam żalu. Mam nadzieję, że uda ci się pozbierać. Ale przyznaj, że to świetne miejsce na nagranie kolejnej płyty, prawda? - rzuca z przesadną wesołością. - Solowej, tym razem. Jak wydobędziesz ze swojego niezgłębionego serca te wszystkie muzyczne skarby, to cały świat padnie ci do stóp, tylko więcej odwagi. Poważnie, Cass. Nie potrzebujesz tego dupka ani jego świty. Zawsze byłaś samotnym wilkiem i bez nich też jesteś świetna. Oni i tak byli tylko tłem.
- Jason nie - mówię z żalem. - Byliśmy duetem.
- Tak, ale on bez ciebie jest nikim, a ty sama w sobie jesteś cudowna.
Parskam ponuro, ale mimo wszystko się uśmiecham.
- Dzięki za wsparcie, Sally, ale...
- Tak, wiem. Ty nie lubisz rozmawiać o tym, co bolesne. Wolisz iść dalej i w jakiś sposób podziwiam cię za to. Wyszłaś z wielu dołków. Teraz też dasz radę. Zobaczysz, że wrócisz jeszcze silniejsza.
- Jasne, że tak. - Staram się wlać w swój głos jak najwięcej optymizmu.
- Tylko nie wątp w miłość, dobra? Ona naprawdę istnieje, Cass - mówi, jakby przekonanie mnie o prawdziwości tych słów nagle stało się jej życiowym celem.
Nie odpowiadam przez dłuższą chwilę, więc kontynuuje ostrożnie.
- Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o ideach wakacyjnych romansów...?
Przewracam oczami. Znowu się zaczyna.
- Tak, i powiedziałam wtedy, że to dla mnie bez sensu.
- Rany, tak samo, jak bez sensu było dla ciebie zakochiwanie się w czasach liceum!
- Tak, wiem. Jestem nudna - przyznaję pokornie.
- Bo jesteś! - Śmieje się. - Człowiek karmi się miłością, Cassie. Potrzebuje jej jak tlenu, inaczej usycha i gnije w środku, a uwierz mi, że przelotne znajomości potrafią dać więcej niż długie związki. Bez żadnych oczekiwań, tylko ta chwila, która trwa. Unika się wtedy rozczarowań.
- Naczytałaś się za dużo książek, Sally - mruczę z przekąsem.
- Może. Ale mam sporo doświadczenia jak na swoje krótkie dziewiętnastoletnie życie. I tak, pokazuję ci właśnie język.
- A ja się uśmiecham.
Gówno prawda, wcale się nie uśmiecham.
- Zrób zdjęcie, bo nie wierzę, moja marudo!
Zawsze była niepoprawną romantyczką, wierzącą w księcia z bajki. Jason miał potwierdzać, że tacy istnieją. Przynajmniej dzięki temu, że mnie zdradził, Sally trochę zwątpiła. Nie żeby mnie to cieszyło, ale mam nadzieję, że zacznie być rozważniejsza w doborze mężczyzny. W jej mniemaniu każdy jeden to ten już na zawsze. Doszło do tego, że miałam zapas chusteczek i czekoladek, aby poprawić jej humor, gdy kolejna miłość na wieczność okazywała się niewypałem.
- Co będziesz dzisiaj robić? - pyta, desperacko pragnąc podtrzymać rozmowę.
- Może wieczorem przejdę się do miasteczka.
- Doskonały pomysł! - Przyklaskuje z nadmiernym entuzjazmem.
Zastanawiam się, jak wyglądałam w ostatnich tygodniach w jej oczach.
- Zadzwoń do mnie na kamerkę, chętnie pozwiedzam z tobą stare kąty, chociaż mało pamiętam. Miałam sześć lat, jak się wyprowadziliśmy do Nowego Jorku. Zobaczysz się z wujkiem?
- Na pewno - wzdycham ciężko na samą myśl o rodzinnym spotkaniu z nim i ciotką Harriet.
Nie mam ochoty na żadne towarzystwo, lecz gdy zdecydowałam się przyjechać do Haven Cove i poinformowałam go o tym przez telefon, wyraził ogromną chęć zobaczenia mnie.
Nie miałam serca odmówić.
- No dobrze, odpoczywaj. Ucałuj wujka ode mnie. Ciotki lepiej nie, bo ci jeszcze twarz odgryzie, harpia jedna. Nie była zbyt miła.
Śmiejemy się, rozmawiamy jeszcze na nieistotne tematy, trochę wspominamy czas, gdy mieszkałyśmy w Haven Cove, po czym się rozłączamy. Jestem tak zmęczona, jakbym przebiegła maraton, mając płuca palacza z dwudziestoletnim stażem jarania.
Kładę się na łóżku z nadzieją, że tym razem uda mi się zdrzemnąć nieco dłużej niż cztery godziny czy złapać krótką drzemkę.