Nie szukaj mnie. Zabójca. Tom 3 - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

44.99 zł
34.59 zł (44,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Mgła oblepiła już wszystko: asfalt, nogi Kaśki i obiektyw kamery. Jesienny chłód wciskał się pod kurtki, a autostrada dudniła w tle, jakby chciała ich przekonać, że tutaj ważny jest pośpiech, nie postój. Samochody mijały ich z dużą prędkością, a podróżujący w nich ludzie przyglądali się - ale nie im, tylko policjantom. Oni sami stali na poboczu od dwudziestu minut. Kaśka walczyła z wiatrem, który rujnował jej misterną fryzurę, a Wiktor przygotowywał w głowie plan działania.

- Jak wyglądam?

- Lepiej. - Wiktor chciał powiedzieć, że lepiej nie będzie, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. - Przypudruj nos, bo masz czerwony jak jakiś ochlej.

- To z zimna. Za szybko zdjęłam kurtkę.

Dopiero teraz zauważył, że dziewczyna faktycznie aż się trzęsie. Stała tam, na tle barierek, w samej marynarce, a dzisiejsze warunki pogodowe - w końcu był dziewiąty października - nie pasowały do wizerunku pięknej polskiej jesieni. Szarobure niebo nie zwiastowało niczego dobrego. Temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni, a wiatr bezczelnie oznajmiał, że zima jest tuż-tuż.

Wiktor naciągnął kaptur na głowę i skierował obiektyw na stojący na poboczu samochód. Był piękny - elegancko czarny i kosmicznie drogi. Padające na niego światło idealnie podkreślało linię szerokiego tyłu z pasem świetlnym łączącym lampy. Poszerzone nadwozie, masywne tylne błotniki, charakterystyczna linia dachu oraz logo Porsche budziły w Wiktorze jednocześnie zachwyt i zazdrość.

W słuchawce odezwał się głos:

- Przygotuj się. Wchodzicie za pięć... cztery...

Przetarł obiektyw i skierował go na Kaśkę, a kiedy wyostrzył obraz, podmuch przejeżdżającej obok ciężarówki nim zachwiał. Gdy ponownie skontrolował kamerę, zamiast Kaśki zobaczył pobocze.

- Jesteście na antenie!

Wyprostował urządzenie i dał Kaśce znak. Błyskawicznie przestała zajmować się włosami. Spojrzała na niego, jakby był ucieleśnieniem milionów widzów: chłodno, profesjonalnie, obco. I nawet już nie dygotała z zimna.

- Jesteśmy na autostradzie A4 - rozpoczęła relację dramatycznym tonem. - To właśnie tutaj kilka minut po godzinie dziewiątej zatrzymała się pisarka Joanna Mazur. Jej auto uległo awarii i zadzwoniła po pomoc drogową. Ale kiedy fachowcy dotarli na miejsce, nie zastali jej. Kobieta zniknęła bez śladu. To specyficzny odcinek, na którym nie ma pasa awaryjnego, a mijające nas samochody pędzą z zawrotną prędkością. Policjanci już zabezpieczyli pojazd zaginionej i rozpoczynają poszukiwania.

*

Chłodne światło telewizora padało na szybę terrarium, w którym Romeo, żółw stepowy, usiłował dobrać się do liścia sałaty. Jaro siedział na wiktoriańskiej kanapie z kubkiem zimnej herbaty i poczuciem, że zamiast jesieni w Polsce nastała noc polarna.

Właściwie mógłby rano nie odsłaniać okien. W środku wcale nie zrobiłoby się jaśniej, a ciemnozielone zasłony stanowiły idealne tło dla starego, bogato zdobionego stołu, a także wygodnych i własnoręcznie odnowionych krzeseł. Lubił swoje mieszkanie i często czuł się w nim lepiej niż na zewnątrz. Może dlatego, że urządził je sam, wkładając w to mnóstwo pracy. Metalową beczkę przerobił na stolik kawowy, stare rury na steampunkowe lampy, a przedpokój i kuchnię pomalował na czarno. Nie wierzył bieli, wolał czerń.

Dziś niebo było szarobure, podobnie jak i wczoraj. Słońce miało zajść dopiero kilka minut po osiemnastej, ale najpierw musiałoby w ogóle wzejść. Temperatura również nie rozpieszczała, a w programie informacyjnym przekazywali same depresyjne wiadomości.

W tej sytuacji mogła go uratować tylko szklaneczka miodu pitnego. Z tą myślą wstał z kanapy, ale zanim wyszedł do kuchni, spojrzał na ekran telewizora. Potargana dziennikarka relacjonowała coś przejętym tonem, a na pasku newsowym pojawiło się nazwisko, którego wolałby tam nie widzieć.

"ZAGINĘŁA PISARKA JOANNA MAZUR".

- Zaginęła? - powtórzył, gdy dziennikarka zniknęła z wizji. - Kto ma w to uwierzyć? - rzucił Jaro w stronę żółwia. - Cwana Joanna miałaby się zgubić? Serio? Dobre!

Romeo głośno chrupał sałatę, jakby w ten sposób odpowiadał, że to nie jego problem. Jaro nalał sobie szklaneczkę miodu i wrócił na kanapę. W telewizji mówili już o Trumpie.

- Twoje zdrowie, Romeo. - Jaro wzniósł toast. - Założę się, że to promocja jej nowej książki. Liczy, że zrobi szum. Bo książki to nuda, wiesz? Pojawia się kolejna i wszyscy mają to gdzieś, szczególnie programy informacyjne. Ale zaginięcie człowieka? No, to co innego! Rozpala emocje i uruchamia w ludziach najgorsze instynkty. Społeczeństwo będzie dyskutować o tym, co tak naprawdę się zdarzyło i czy ktoś przypadkiem jej nie zabił. I część może nawet kupi książki, jeśli gdzieś w mediach pojawi się sugestia, że zabito ją przez to, co napisała. Albo jeszcze lepiej! - Parsknął śmiechem. - Może to współpraca z Porsche. Obiecali jej auto w zamian za zrobienie wielkiego halo, to zrobiła to w swoim kryminalnym stylu. Zaginięcie pisarki... Może i wyświechtane, ale na pewno sprzedażowe, nie uważasz?

Żółw nie przerywał posiłku. Jedynie powoli odwrócił głowę w stronę telewizora, jakby w końcu nawet on zainteresował się tematem.

- No dobra, Joanno, dość marketingowych zagrywek - mruknął, sięgając po telefon. - Romeo, patrz. Teraz ci pokażę, jak wygląda prawdziwa interwencja służbisty w sprawie głupot.

Wybrał numer Joanny i wstał. Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci.

Przez jego głowę przemknęła niepokojąca myśl, że kobieta będzie chciała oszukać także jego... ale szybko ją porzucił, bo Joanna w końcu odebrała.

- No cześć, cwaniaro! - przywitał się. - Co kombinujesz tym razem?

- Halo? Kto mówi? - odpowiedział nieprzyjazny męski głos.

Jaro aż zmarszczył czoło. Odsunął telefon od ucha i spojrzał na ekran, by upewnić się, czyj numer wybrał. Nie było pomyłki.

- Z kim rozmawiam? - dopytywał ktoś po drugiej stronie. - Proszę się przedstawić.

- Chcę mówić z Joanną Mazur.

- Kim pan jest?

- A pan? I czemu odbiera pan jej telefon?

- Aspirant Andrzej Dworniak, Komenda Wojewódzka Policji we Wrocławiu. Z kim rozmawiam?

- Co z właścicielką telefonu?

- Nie mogę udzielać takich informacji - odpowiedział Dworniak. - Proszę podać mi swoje dane osobowe.

- Komisarz Jarosław Borkowski, KWP Łódź - przedstawił się Jaro i jednym haustem opróżnił szklankę. - Czyli ona naprawdę zaginęła?

Naczynie wylądowało na stole z hukiem. Romeo cofnął łeb do skorupy, jakby przeczuwał, że teraz będzie już tylko gorzej.

*

Komenda Wojewódzka Policji we Wrocławiu stanowiła architektoniczne dzieło sztuki. Gdyby Jaro miał trochę więcej czasu, przyjrzałby się uważnie zielono-turkusowej szkliwionej ceramice pokrywającej ściany w holu i zachwyciłby się tym, że w środku jest obecny motyw z kolumnami, widniejący też na elewacji budynku. Zamiast tego skupił się na szklanych drzwiach uniemożliwiających wejście nieupoważnionym do środka.

Zlokalizował dyżurnego, machnął mu przed oczami legitymacją służbową i popchnął drzwi z nadzieją, że ustąpią. Jednak pozostawały zamknięte.

- Do kogo? - Dyżurny zmarszczył czoło.

- Do Dworniaka, jestem umówiony.

- Trzeba poczekać. Zadzwonię, niech pana odbierze.

- Czeka na mnie i wkurwi się, że mu dupę zawracamy. Trafię. Przypomnisz mi, które to piętro?

Dyżurny wahał się dłuższą chwilę, aż w końcu zwolnił zamek.

- Czwarte.

Jaro skinął głową i ruszył w stronę schodów. Determinacja napędzała go mocniej niż przepisy. W końcu zatrzymał się przed drzwiami wydziału kryminalnego i zdał sobie sprawę, że ma zadyszkę. Odsunął się na bok, by złapać oddech, ale wtedy z pokoju wyszedł drobny, blady mężczyzna.

- Zgubił się pan? - spytał nieprzyjaźnie.

Wyglądał, jakby mieszkał w piwnicy i rzadko kiedy widział światło dzienne - cienka skóra, podkrążone oczy, spojrzenie zmęczone sztucznym oświetleniem. Miał nie więcej niż trzydzieści pięć lat i twarz, która zastępowała policyjną odznakę. Wymalowany brak emocji od razu zdradzał, kto jest z firmy.

- Aspirant Dworniak? Rozmawialiśmy dwie godziny temu. Jaro. - Wyciągnął dłoń na powitanie. - KWP Łódź.

- Andrzej. - Dworniak zrobił to samo, a następnie uchylił drzwi. - Wejdź.

Jaro zdjął kurtkę, dostawił wolne krzesło do jedynego biurka i przysiadł. Nadal był spięty i zdyszany. Przez jego głowę przetaczało się tornado myśli. Przyjechał tu, by połączyć siły z Dworniakiem i odnaleźć Joannę, a pierwsze godziny po zaginięciu były kluczowe. To wiedział każdy, kto choć raz prowadził taką sprawę.

- To co macie? O której zaginęła?

- Zgłoszenie przyszło anonimowo chwilę przed dziesiątą, czyli - Andrzej spojrzał na zegarek - ponad pięć godzin temu. Patrol sprawdził podaną lokalizację i faktycznie zastał tam opuszczonego Porszaka. Nic nie wskazuje na to, że...

- Że co? - Jaro zmrużył oczy. - Że nie żyje? Że ktoś ją porwał? Że powinniśmy się ruszyć? Możesz, kurwa, konkretniej?! Bo lejesz wodę jak paniusia z telewizji!

- Spokojnie. Rozumiem, że to była twoja znajoma, ale ja prowadzę śledztwo, a ty jesteś z firmy, tylko...

- Tylko co? Podejrzany jestem?!

- Kurwa, pomóż mi, a nie atakuj! Powiedz, co was łączyło i gdzie według ciebie mogłaby się udać, gdyby auto zepsuło się na trasie.

- Od zgłoszenia minęło pięć godzin. Co ustaliliście? - Jaro zignorował prośbę.

- Co możesz mi o niej powiedzieć?

Przez dłuższą chwilę walczyli na spojrzenia. Jaro skapitulował tylko dlatego, że gdzieś tam Joanna czekała na pomoc. Pozycję w stadzie mogą omówić później.

- Co ustaliliście? - powtórzył i zerknął na zegarek.

- Wyluzuj, stary! Przyjęliśmy zgłoszenie, zweryfikowaliśmy jego prawdziwość, wypełniliśmy papiery...

- Papiery? Kurwa, Andrzej! - Jaro poczuł, że się w nim gotuje.

- Dobrze wiesz, jak działa firma. Czekamy na potwierdzenie z monitoringu. Pewnie zanim do nas dojdzie, babka się znajdzie. W większości przypadków zaginieni wracają w pierwszej dobie i...

- Statystyki zostaw sobie na szkolenia - uciął Jaro. - A to wkurwiające "stary" dla kumpli z podwórka. Osoba publiczna zniknęła z trasy szybkiego ruchu. Zostawiła samochód warty kupę siana na poboczu. To nie jest normalne. A telefon? Dzwoniłem, a odebrałeś ty. Gdzie go znalazłeś? W aucie? Na drodze?

- W aucie, razem z torebką. Podjęliśmy niezbędne czynności. Może wysiadła, bo bryka odmówiła współpracy, i poszła po pomoc? W pierwszej dobie...

- Człowieku, co ty do mnie mówisz?! Czy w dzisiejszych czasach ktoś się rusza bez komórki przy dupie?! Przecież tam musiało dojść do... - Słowa ugrzęzły mu w gardle. - Do czegoś dynamicznego, niespodziewanego i tragicznego. Żadna kobieta nie zostawia w aucie swojej torebki. Było zamknięte?

Dworniak zaczął przekładać papiery, jakby spodziewał się znaleźć odpowiedzi właśnie między nimi. Jaro patrzył na to z narastającą frustracją, aż po chwili zerwał się z krzesła.

- Prowadzisz to od pięciu godzin i zapomniałeś, czy było otwarte?! - Złapał się za głowę. - Czy tego nawet nie sprawdziłeś?! Byłeś w ogóle na miejscu zdarzenia?!

- Mam robotę. Trafisz sam do wyjścia? - Dworniak wskazał brodą drzwi. - Mógłbym cię oczywiście odprowadzić, ale wtedy zmarnuję cenne kilka minut, które mogę poświęcić na szukanie tej twojej dupy.

*

Eryk Kot wyszedł z budynku komendy w rozpiętej kurtce. Jesienne powietrze błyskawicznie zaatakowało jego rozgrzane ciało. Pół dnia próbował uspokoić charty, czyli swoją elitarną ekipę nagrzaną na zatrzymanie członków grupy handlującej kradzionymi samochodami, a jednocześnie podkręcić prokuratora, który musiał wyrazić zgodę na czynności.

Prokurator był niczym lodowiec, charty jak gorące powietrze napływające znad Afryki, a Eryk w tym wszystkim czuł się nie jak w Wydziale do Walki z Przestępczością Samochodową, ale jak w środku huraganu. Potrzebował chwili wyciszenia, najlepszej na świecie kanapki z tuńczykiem i kawy z ekspresu.

Sieciowa kawiarnia, która zapewniała to wszystko, znajdowała się tuż za rogiem. Ruszył w jej stronę, ale wtedy usłyszał za sobą szybkie, ciężkie kroki. Zatrzymał się i odwrócił.

Idący za nim mężczyzna też przystanął i niemal warknął:

- Eryk Kot?

- Kto pyta? - Eryk zmarszczył czoło i napiął mięśnie.

Łysol miał zaczerwienioną twarz i wkurzone spojrzenie. Palce jego prawej dłoni ruszały się nerwowo, jakby za sekundę miały sięgnąć po broń, a lewy but wystukiwał jakiś rytm.

- Przyjaciel. Daj mi adres Johna Doe! - zażądał.

- Co?! - Eryk instynktownie się rozejrzał, żeby sprawdzić, czy ktoś ich obserwował. Przed komendą jak zawsze kręciło się kilka osób, ale nikt nie zwracał na nich uwagi. - O co ci chodzi, człowieku? Co ja jestem? Książka adresowa?

- To ja ją do ciebie wysłałem! - warknął łysol z pretensją. - Miałeś ją ochronić! On jej groził, a ty nawet palcem nie kiwnąłeś! A teraz to, kurwa, co?! Będziesz udawał, że nie wiesz, o co chodzi?! - Zrobił krok do przodu, groźnie wymachując rękami.

- Może gdybyś mówił jaśniej, to bym, kurwa, wiedział! - wycedził Eryk. - Kogo wysłałeś?

- Jo... Joannę. - Głos łysola się załamał. Uciekł spojrzeniem i zamilkł, jakby próbował opanować emocje.

Eryk nareszcie miał chwilę, żeby zrozumieć, w czym właśnie uczestniczył. Jedyną znaną mu Joanną była ta pisarka.

- Mazur? A kim ty jesteś, że ją gdziekolwiek wysyłałeś? To raczej niezależna babka.

- Znajomym, policjantem i konsultantem. Wydział kryminalny, Łódź, komisarz Jaro Borkowski. To u mnie najpierw szukała syna. A potem pojechała do Wrocka. John Doe już raz zgarnął ją z ulicy i groził jej śmiercią. A teraz ona zniknęła. Potrafisz dodać dwa do dwóch?

- Stop! - Eryk uniósł ręce. - O czym ty mówisz? Jakie "zniknęła"?

- Nie oglądałeś telewizji? Zostawiła auto na autostradzie, a w środku torebkę z portfelem i komórką. Pięć... - Jaro zerknął na zegarek - ...nie, już prawie sześć godzin temu. Media o tym trąbią.

- Zawiadomili naszych?

- Proszę cię, kurwa! Dopóki nie wyświetlisz im filmu z monitoringu, na którym ktoś wciąga ją do swojego auta, to palcem nie kiwną. Dlatego muszę docisnąć Johna. Gdzie go znajdę? - Jaro podszedł i złapał Eryka za poły kurtki. - No gdzie?!

Szamotali się przez dłuższą chwilę, a kiedy Eryk cofnął rękę do ciosu wystarczająco mocnego, by zniechęcić przeciwnika, usłyszał znajomy głos:

- Szefie? Jakiś problem?

Na chodniku stał Ropuch i trzymał kanapkę z ulubionej kawiarni Eryka. Nie był to może najbardziej reprezentacyjny członek elitarnej grupy, ale na pewno najbardziej imponujący rozmiarowo. Gdyby położył się na napastniku, po prostu by go zgniótł. Jaro najwyraźniej stracił rezon, bo cofnął się i skulił.

- Z czym jest? - Eryk wskazał na kanapkę i powoli ruszył w stronę komendy.

- Miała być z szynką, ale dali z jakąś rybą. - Ropuch się skrzywił.

- Z tuńczykiem? Nie męcz się, zjem za ciebie. Kup sobie z szynką.

*

Eryk trzymał ostatni kawałek kanapki między dwoma palcami i przyglądał się chartom. Zgrywus i Lakmus jak zwykle się przekomarzali, Ropuch zapychał się Raffaello, chociaż przed chwilą pochłonął dwie kanapki z szynką, a Kurt wpatrywał się w telefon.

- Ciekawe, czy ten piździelec jeszcze tam stoi i krzyczy - zastanawiał się Ropuch z pełnymi ustami. - Byście widzieli szefa w akcji! Szkoda, że z prorokiem tak szef nie może gadać.

- Ej! - burknął Kurt, marszcząc brwi. - Piździelec nie kłamał. Pisarka naprawdę zniknęła. Wszędzie o tym piszą. Jest nawet zdjęcie jej Porszaka.

- Pokaż. - Zgrywus podjechał krzesłem do biurka kolegi i aż gwizdnął z wrażenia. - No ładnie, 911 Turbo S. Logo i obręcze w kolorze turbonite, opracowanym specjalnie dla tej serii. Zamiast porzucać, mogła podrzucić do mnie. Pokochałbym jak własne.

- To na pewno właśnie ta Mazur?

- Dokładnie ta, co nam akcję pod pocztą spierdoliła - potwierdził Kurt, obracając telefon, żeby pokazać szefowi nagłówek i zdjęcia.

Eryk i reszta chartów nachylili się nad ekranem.

- Polska pisarka i takie auto? Z książek go sobie nie kupiła.

- Może synalek jej skołował brykę?

- Pisarka nie pisarka, ale na pewno matka złodzieja. I to z grupy Bona. Może dostała je w zamian za milczenie?

- Przyjrzymy się sprawie. Czuję zorganizowane grupy przestępcze jak noszone przez miesiąc skarpetki!

Przekrzykiwali się i spoglądali na przełożonego jak stado psów czekających na komendę, by ruszyć w pościg. Eryk wyrzucił papier po kanapce do kosza, wytarł dłonie w dżinsy i wstał.

- Przypominam, że zaginięciami zajmuje się wydział kryminalny. A wy jeszcze kwadrans temu chcieliście zrobić nalot na wytypowane dziuple.

- Ale prorok podciął nam skrzydła! - Kurt nie odpuszczał. - A to jest dokładnie ten sam odcinek autostrady, którym Bono dojeżdża z Wrocka do swojej posiadłości. Może...

- Kurt, kurwa! - przerwał mu Eryk. - Ile razy mam ci powtarzać, że nie dopasowuje się faktów do hipotez? To, że pisarka zostawiła auto na trasie, na razie oznacza tylko tyle, że je zostawiła.

- A jeśli ona polazła do niego i wkurwiła go, bo wiemy, że ma w zwyczaju wkurwiać wszystkich, i on postanowił jej pokazać, jak bardzo nie warto wkurwiać właśnie jego?

- Szef ma rację. - Zgrywus wrócił do swojego biurka. - Ona tylko przepięła nas na odpowiedniego świadka. Zeznania pozwoliły na zatrzymania, ale Bono wywinął się koncertowo, całą winę zrzucając na Pikułę vel Johna Doe. John pewnie nadal rozkminia, jak to możliwe, że z prawnika grupy stał się oskarżonym. Ale w areszcie czasu ma aż nadto, więc może rozkminiać. Bono jest zajęty kampanią prezydencką, nie brudziłby sobie rąk.

- Na moje - Kurt wzruszył ramionami - pisarze nie bujają się takimi brykami. Ale jak tam sobie chcecie.

- Nie nasz problem. - Eryk poszedł do drzwi i złapał za klamkę. - Kryminalni się tym zajmują, a my mamy swoje bagienka. Idę znowu napastować proroka.

- To już czas na argument siły? - rzucił Kurt.

- Najpierw spróbuję argumentu kawy - mruknął Eryk i wyszedł.

*

Pokój widzeń był za mały, by pomieścić gniew Jara. Na stół padało ostre światło, które sprawiało wrażenie, że to mebel jest tutaj najważniejszą częścią wystroju. Borkowski najchętniej wyrzuciłby go przez okno. Zlikwidowałby wszelkie bariery i elementy, które mogły dawać więźniowi złudne nadzieje na zachowanie dystansu, a jemu utrudnić przesłuchanie.

Stół był jednak na stałe przykręcony do podłogi, okna miały kraty, a spojrzenie, które rzucił mu strażnik wprowadzający Pikułę, mówiło wprost, co się stanie, jeśli zacznie się tu rozróba.

Krzysztof Pikuła, znany w półświatku pod ksywą John Doe, usiadł na krześle. Splótł palce, wyprostował plecy i przymknął oczy, jakby przyszedł tu odpocząć.

- Jeśli spadnie jej choć włos z głowy, to wyrwę ci jaja przez gardło! - warknął Jaro.

Pikuła spojrzał rozmówcy w oczy. Uśmiechnął się triumfująco, jakby doskonale wiedział, o czym mowa, i to on miał przywilej decydować, czy w ogóle chce uczestniczyć w tej rozmowie.

- Groźby na dzień dobry? Od stróża prawa? Doprawdy świat zmierza ku upadkowi.

- Nie myśl teraz o świecie, tylko o sobie. Jesteś w czarnej dupie, a tak się składa, że ja mogę ci pomóc. Ty powiesz, gdzie ona jest, a ja pogadam...

- Ona?

- Teraz będziesz udawał, że jej nie znasz?! Groziłeś jej! - Jaro wstał od stołu i obszedł Pikułę. Gdy był już poza zasięgiem jego wzroku, nachylił się i szepnął mu jadowicie do ucha: - Groziłeś Joannie Mazur.

Pikuła zachichotał.

- Gdzie ona, kurwa, jest?! - ryknął Jaro, łapiąc więźnia za kark i dociskając do blatu.

- Oszalałeś? - spytał Pikuła niemal serdecznie. - Skąd miałbym wiedzieć?

- Co jej zrobiłeś?!

- Poskarżyła ci się? Niby taka inteligentna była, ale na żartach to się nie znała.

- Była?!

W pokoju pojawił się strażnik, a Jaro zdał sobie sprawę, że nie tylko dociska cwaniaka łokciem, ale wręcz na nim leży. Zwolnił chwyt, odszedł od stołu i zmusił się do krzywego uśmiechu.

- Wszystko gra! - zapewnił. - Prawda, Pikuła?

Więzień skinął głową, a klawisz niespiesznie opuścił pokój, krzywiąc się.

- Porwałeś ją. - Jaro uderzył dłońmi w blat.

- Niby jak? Siedzę tu grzecznie. Robię, co każą. Gadam z - posłał Jarowi zdegustowane spojrzenie - takimi jak ty.

- Komu to zleciłeś?

- Kto cię przysłał?

- Nikt mnie, kurwa, nie przysłał!

- Bono? - Pikuła świdrował policjanta wzrokiem.

Jaro otworzył usta, ale nie powiedział ani słowa. Pikuła to zauważył, odchylił się na oparciu i uśmiechnął triumfująco.

- Jeśli coś jej zrobiłeś... Ty albo któryś z twoich kolesi... - cedził Jaro.

- To co? - Więzień rozłożył szeroko ramiona. - Dostanę szlaban na spacerniak? Strażnik! - krzyknął, powoli wstając. - Koniec widzenia! - Pikuła uśmiechnął się jeszcze raz, już z przekąsem, i rzucił: - Wracaj na komendę, psiaku. I pozdrów swoich funfli.

*

Eryk zapisał ostatni plik, zgasił monitor i przeciągnął się ostrożnie. Chciał już tylko trzasnąć drzwiami, wrócić do siebie i zalec na kanapie. Był tak zmęczony, że nie potrafił przypomnieć sobie, jaki jest dzień tygodnia.

Już sięgał po kurtkę, kiedy do pomieszczenia wpadł Ropuch, w puchówce, z czapką w ręce, gotowy do wyjścia. Ale mina zdradzała, że coś leżało mu na wątrobie.

- Szefie, jeden szczegół... - zaczął, zatrzymując się tuż za progiem.

Eryk westchnął. Nie miał siły na żadne "szczegóły", ale ton podwładnego nie pozostawiał mu wyboru.

- Możesz mówić, gdy będziemy wychodzić?

Ropuch przytaknął i cofnął się na korytarz. Eryk zamknął drzwi gabinetu i ruszył w stronę schodów.

- Co cię dręczy?

- Pokopałem przy tej Mazur. - Ropuch się zatrzymał. - W mediach trąbią, że porzuciła auto. Sprawdziłem, faktycznie jest właścicielką samochodu. Ale Hondy, nie Porszaka.

Eryk zrobił jeszcze dwa kroki, ale podwładny wciąż stał i trzymał się poręczy. Wrócił więc do niego i spytał:

- No i?

- A to, co pokazują media, to Porsche 911 Turbo S, najnowsza generacja. Nikt o zdrowych zmysłach nie zostawia auta wartego ponad bańkę na drodze. Może go ukradła, a kiedy się zorientowała, że namierzają ją za pomocą GPS-a, to spierdoliła? Nie wiem. Media mówią...

- Media, media, media, kurwa! Media mówią też, że Bono jest czysty i został niesłusznie zatrzymany.

- Tym bardziej. Coś nie gra w tych komunikatach. Może warto to sprawdzić?

- Ropuch... - Eryk westchnął ciężko. - Żyj i daj żyć innym. Łeb mnie napierdala. Chcę już iść do chaty.

- Jasne. - Policjant ruszył schodami w dół.

Eryk również ruszył, ale szybciej. Zatrzymał się przy dyżurce, oddał klucz, pożegnał się i spojrzał na Ropucha, który właśnie dotarł do wyjścia. Co zaskakujące, nie szukał w kieszeni kolejnego Raffaello, jak miał w zwyczaju. Na jego czole pojawiła się bruzda, a to znaczyło, że nadal analizuje temat.

- Ropuch... - zagadnął Eryk na odchodne. - Już przestań, mówię serio. To nie jest nasza sprawa.

- A jeśli auto jest kradzione?

- To będzie nasza, ale na razie nie jest.

- Rozumiem. Czyli sprawdzę. Tylko dla siebie i nieoficjalnie! - zastrzegł szybko, widząc spojrzenie przełożonego. - Dobrego popołudnia, szefie.

Eryk odprowadził Ropucha wzrokiem, a potem ruszył do swojego auta, kręcąc głową. Charty niekiedy bywały nieustępliwe aż do przesady, ale to on sam dobierał ludzi do zespołu, więc jeśli miałby mieć do kogoś pretensje, to wyłącznie do siebie.

*

Jaro stał przed szarym, nijakim budynkiem, jednym z wielu takich we Wrocławiu. Chłodne powietrze wciskało mu się pod kołnierz, a adrenalina wciąż buzowała mu w żyłach, choć nie tak mocno jak kilka godzin wcześniej. Czuł się zmęczony, sfrustrowany i osamotniony - i to pewnie dlatego podjął taką, a nie inną decyzję.

Nigdy nie pałał pozytywnymi uczuciami do mediów. Z jednej strony był policjantem, a pismaki i reporterzy jak nikt inny potrafili mu psuć szyki. Z drugiej był też człowiekiem, na dodatek znajomym Joanny Mazur, i nie mógł nie skorzystać z szansy, jaką dawała telewizja. Ustalił nazwisko dziennikarki, która jako pierwsza donosiła o zniknięciu, i poprosił o spotkanie.

Katarzyna Idziorek była drobną blondynką z bujną i żyjącą własnym życiem czupryną. Mogłaby udawać anioła, ale stanowczość bijąca z jej oczu zdradzała, że lepiej z nią nie zadzierać. Ciemnowłosy operator nawet się z Jarem nie przywitał, tylko od razu przystąpił do ustawiania sprzętu.

- Dobrze, panie Jarosławie, zanim zaczniemy... - Dziennikarka położyła Jarowi dłoń na ramieniu, jakby chciała go oswoić ze swoją obecnością. - Muszę wiedzieć, jak pana przedstawić. Kim pan jest?

- To nie ma znaczenia - odburknął.

- Bynajmniej - skwitowała miękkim głosem, ale jej spojrzenie pozostawało ostre jak skalpel. - Ludzie chcą wiedzieć, kto jej szuka, kto się o nią martwi i jaki ma w tym interes. Zdaje sobie pan sprawę, że im bardziej emocjonalny będzie pana komunikat, tym więcej osób zaangażuje się w poszukiwania?

- Jestem policjantem. Nie posługuję się emocjami.

- Ale chce pan ją znaleźć? - spytała dobitnie.

Jaro zmrużył oczy. Jeszcze nie zaczęli nagrywać, a już pożałował swojej decyzji. Słowo "chce" wbiło mu się w żołądek. Nie odpowiedział, ale nie dlatego, że nie chciał - po prostu nie potrafił.

Operator kamery dał znak, że jest gotowy. Dziennikarka ustawiła się tuż obok obiektywu, patrząc na Jara z lekkim napięciem, jak trener, który za chwilę wypuści zawodnika na ring.

- Lepiej, żeby był pan teraz aktorem dramatycznym, a nie policjantem. Niech pan da z siebie wszystko, na pewno pan potrafi!

Jaro skinął głową i odchrząknął. Gdy czerwona dioda się zapaliła, już nie było odwrotu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przez ostatnie godziny działał na autopilocie i całkowitym spontanie, chociaż na co dzień wolał akcje zaplanowane, przemyślane i zgodne z regulaminami oraz procedurami. Jednak wiadomość o zaginięciu pisarki sprawiła, że przez chwilę nie potrafił być policjantem. Czuł się z tym dziwnie, jakby po raz pierwszy w życiu zdjął mundur.

- Joanna Mazur jest pisarką - zaczął. - Pisarką, która zawsze dbała o to, by jej kryminały były realistyczne. Rozmawiała z policją, bo chciała pokazywać wam prawdę o naszej robocie. Nigdy nie koloryzowała. I była moją znajomą. - Poczuł, że zaczyna brakować mu powietrza. - Dlatego teraz... my, policjanci... jej szukamy. Jeśli ktokolwiek z państwa przejeżdżał dziś, to znaczy dziewiątego października, autostradą A4 na odcinku między Kątami Wrocławskimi a Kostomłotami, pomiędzy siódmą a dziesiątą rano, proszę o skontaktowanie się ze mną lub z najbliższą komendą. Może widzieliście państwo Joannę, jej czarne Porsche lub byliście świadkami jakiejś dziwnej sytuacji. Może łapała stopa, może ktoś jej pomagał, może wasze kamerki samochodowe zarejestrowały coś, co pomoże nam odnaleźć zaginioną...

Właśnie zdał sobie sprawę, że kumple z firmy będą mieć z niego bekę. Gdy dostrzegł, że kamera zbliża się do jego twarzy, spojrzał groźnie na dziennikarkę. Nie umawiali się na to, by jego szpetna gęba zajmowała cały ekran.

Katarzyna Idziorek najwyraźniej zrozumiała, co chciał jej powiedzieć, bo dała operatorowi znak ręką, a ten zakończył nagranie.

- To było naprawdę dobre! - Aż zagwizdała z wrażenia. - No i co mnie pan stresuje, że nie używa pan emocji?!

- To ma pomóc ją odnaleźć, nie być dobre.

Jaro bez pożegnania ruszył w stronę swojego samochodu.

*

W mieszkaniu panował półmrok. Za panoramiczną szybą Sky Tower dopiero zapalały się wrocławskie światła. Pojedyncze okna rozbłyskiwały na tle ciemniejącego miasta, jakby ktoś włączał je po kolei na ogromnej planszy. Eryk siedział przy stole i próbował skupić się na życiu prywatnym. Renata opowiadała o sukcesach podczas dzisiejszego treningu, a zupa, którą właśnie przed nim postawiła, zachęcała zapachem kurczaka i imbiru.

- Spróbuj i powiedz, czy ci smakuje.

- Pyszna jest - odpowiedział, gdy przełknął pierwszą łyżkę.

- To dobrze - usiadła naprzeciw niego i również zabrała się do jedzenia - bo trochę poeksperymentowałam z przyprawami.

Z telewizora dobiegały odgłosy reklam. Renata lubiła go włączać tylko po to, by coś leciało w tle. Wtedy Eryk przechodził w tryb zombie. Był obecny w mieszkaniu ciałem, ale duchem i myślami wracał do firmy. Dzisiejsze wydarzenia solidnie go uwierały, ale kiedy tylko uświadomił sobie, że znowu słyszy wściekłego znajomego Joanny, otrząsnął się i rozejrzał.

- Joanna Mazur jest pisarką...

Głos Borkowskiego brzmiał tak głośno i wyraźnie, jakby gliniarz właśnie rozsiadał się na kanapie w ich salonie. Renata wstała od stołu, wpatrzona w telewizor.

- Dlatego teraz... my, policjanci... jej szukamy.

- Facet mówi o jakiejś pisarce. To nie jest przypadkiem ta twoja?

Na ekranie pojawiło się zdjęcie Joanny. Zaskoczony Eryk stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział jej tak mocno umalowanej.

- Tak, była u mnie, ale to tyle. - Wzruszył ramionami.

- Szukała syna, dobrze pamiętam? - Renata zerkała to na ekran, to na męża.

Skinął głową, a ona usiadła na kanapie po turecku i zmarszczyła czoło.

- Może znalazła i uciekli razem? Przed tobą - dodała żartobliwie.

- Ja do niej nic nie mam. Ale są tacy, którzy mają, i to całkiem sporo.

- Mafia? - spytała, prostując się.

- Ten gość z nagrania. - Eryk skinął brodą w stronę telewizora. - Dziwny jest. Czatował na mnie dziś przed komendą i kiedy wyskoczyłem po kanapkę, zaatakował mnie z pretensjami i łapami.

- Dlaczego nic nie mówiłeś?!

- Bo to nic wielkiego - odparł, choć dobrze wiedział, że to nieprawda. - Nie on pierwszy i nie ostatni. Wielu chce zrzucić na mnie winę.

- To znaczy?

- Nic nie znaczy, kochanie. - Pogłaskał ją po policzku. - Zniknięcie Mazur można rozpatrywać w trzech scenariuszach: samowolna ucieczka, nieszczęśliwy zbieg okoliczności lub celowe działanie przestępcze.

- I który jest według ciebie najbardziej prawdopodobny?

- Nie prowadzę tej sprawy, więc nie mam wystarczającej ilości informacji, by wyciągać wnioski.

- Eryk, nie proszę cię o raport na piśmie, tylko pytam z ciekawości. Przypominam ci, że jestem cywilem, a dokładniej to twoją żoną.

Bez słowa opadł na kanapę obok niej i położył dłonie na karku. Mięśnie miał twarde jak kamień. Wcisnął w nie palce i krzywiąc się z bólu, czekał, aż się rozluźnią.

- Zaraz. - Renata przyglądała mu się badawczo. - Znajomy pisarki przyszedł do ciebie, bo obstawia, że to ciąg dalszy waszej akcji? Wciągnąłeś ją w coś niebezpiecznego?

- Ja?! Jej syn jest członkiem grupy przestępczej, kradnie auta! Baba go szuka i próbuje wniknąć do grupy, ściemniając, że pisze książkę. Dlaczego pytasz, czy to ja ją wciągnąłem, a nie o to, czy przypadkiem to ona sama nie namalowała sobie na plecach celownika?

- Znam cię, Eryk - Renata pogłaskała go po głowie - i nie mam do ciebie pretensji, ale jeśli tak to odbierasz, to znaczy, że sam się nad tym zastanawiasz.

- Nad wszystkim się ostatnio zastanawiam - wypalił. - Jesteśmy na cenzurowanym. Prokurator Bosak to człowiek Bona, a sam Bono kandyduje na prezydenta Wrocławia. Jeden niewłaściwy ruch zagrażający jego wizerunkowi i zostanę dojechany. Ja i każdy blisko mnie. Charty potrzebują sukcesu, a góra kręci nosem i jest na NIE w każdym aspekcie.

Wtuliła się w niego całym ciałem, jakby chciała przejąć wszystkie złe emocje. Zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem. Renata pachniała słodko i owocowo. Powoli oddalał się myślami od firmy i zaginionej pisarki, a kiedy poczuł już całkowite rozluźnienie, żona odsunęła się od niego.

- Jesteś policjantem. - Spojrzała na niego twardo. - Ogarniesz to. Gdybyśmy mieli dziecko i ono by zniknęło, to wiem, że zrobiłbyś wszystko, żeby je znaleźć. Ja też. A gdybym je znalazła i coś by mu groziło, to uciekłabym z nim. - Wyłączyła telewizor i wyszła do łazienki.

W pokoju został Eryk, który właśnie podjął decyzję. Jeśli Joanna faktycznie znalazła syna, to miała powód, by uciekać przed policją, Bonem albo Johnem Doe.

A on musiał ją znaleźć i przesłuchać.

*

Nowy dzień wdarł się na komendę nieproszony. Był tak samo szary i chłodny jak poprzedni, a towarzysząca mu wilgoć wlewała się w płuca. Korytarz na czwartym piętrze pachniał kawą i kurzem leżącym na drukarkach. Eryk dogonił Dworniaka przy automacie z batonami.

- Andrzej!

Krymek powoli się odwrócił. Przez kilka sekund patrzył na kolegę z firmy tak, jakby rozważał, czy chce poświęcić Erykowi czas. W końcu podjął decyzję.

- O, czołem! Co tam słychać?

- Szukasz Joanny Mazur - bardziej stwierdził, niż zapytał, Eryk.

- Ano szukam. - Dworniak spojrzał na niego podejrzliwie. - A co ci do tego? Nie wyglądasz na miłośnika literatury.

- Jakiś czas temu miałem z nią krótką przelotkę. Co tam się stało na tej autostradzie?

- Chuj wie. - Dworniak wrócił do wybierania przekąski. Przesuwał palcem po witrynie jak dziecko, które nie potrafi się zdecydować na konkretny smak lodów. Ewidentnie albo chciał wszystkie batony, albo żaden nie wydawał mu się wystarczająco dobry. - Sam nie wiem... Może czekoladowego?

- Bierz, jest pyszny - potwierdził Eryk i od razu wrócił do poprzedniego tematu: - A foty masz? Z miejsca zdarzenia?

Dworniak wyjął smartfona z kieszeni, odblokował ekran i podał urządzenie Erykowi. Sam wrócił do podejmowania decyzji.

Dwupasmowa autostrada rozciągała się wśród pól jak policyjna taśma. Wąskie pobocze i zaparkowane przy barierce czarne Porsche. Karoseria bez skazy, wnętrze luksusowe i czyste, bez śladów walki, krwi czy innych pamiątek po nieprzewidzianych zdarzeniach. Torebka na fotelu pasażera, a obok niej telefon. Walizka kabinowa w bagażniku. Asfalt za autem czysty, bez smug po hamowaniu. Zero chaosu i mnóstwo różnych samochodów w tle.

- Przy takim ruchu - Eryk oddał koledze smartfona - nie sposób tak zniknąć. Ktoś musiał ją widzieć.

- Na to liczę.

- A auto? Zepsuło się?

- Ustalamy.

- Nie odpaliłeś go na miejscu?

- Po co?

- Po nic. - Eryk się zaśmiał, żeby rozluźnić atmosferę. - Porsche mają być bezawaryjne, zwłaszcza takie nowe. Tam nie ma pasa awaryjnego, więc miała tylko pobocze, czyli niezbyt bezpieczne miejsce. Musiało się stać coś takiego, że postanowiła zaryzykować i stanąć tam, gdzie wszyscy zapieprzają, ile fabryka dała. Zadzwoniła po pomoc? Do firmy czy znajomego? Ale czemu nie czekała? A może czekała i pojechali razem po części?

- Nie wiem, kurwa. Zgłoszenie przyszło - Dworniak spojrzał na zegarek - niecałą dobę temu. Ty swoje sprawy rozwiązujesz w jeden dzień? W tej firmie to nawet baton spada wieki! - warknął i uderzył w automat. Sekundę później słodkość znalazła się w szufladzie.