(Nie)?wiarygodne zmartwychwstanie - Josh McDowell, Sean McDowell

Kup ebooka

22.50 zł

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Zmartwychwstanie Chrystusa - jedyna nadzieja świata

Wyobraź sobie inteligentnego kosmitę, który przybywa na naszą planetę, by spędzić tu kilka lat, podróżując, w celu poznania nas, zbadania naszej historii i poczynienia obserwacji o stanie życia na ziemi. Ale wyobraź sobie też, że jacyś ludzie, przewodnicy owego kosmity, rozmyślnie pozbawili go wszelkiego kontaktu z chrześcijanami, jakichkolwiek informacji o chrześcijaństwie i danych historycznych na jego temat. Co by wówczas zaobserwował na naszej planecie i jakie wnioski wyciągnął ze swych obserwacji?

Zwiedzając Amerykę i Europę Zachodnią, zobaczyłby podupadające kultury, podzielone społeczeństwa, ludzi goniących za własnym egoizmem, ignorujących potrzeby innych i rosnącą biedę wokoło, zanurzających się w przyjemnościach i rozrywkach, a niepotrafiących utrzymywać dobrych związków, coraz głębiej pogrążających się w niemoralność. Zobaczyłby świetne rezydencje w wydzielonych murem dzielnicach, których mieszkańcy ignorują morze slumsów, z panującymi w nich beznadzieją, brudem i nędzą. Dostrzegłby rosnące wskaźniki przestępczości i narastającą nieprawość we wszystkich warstwach społeczeństwa. Zobaczyłby narkomanię i plagę zabójstw w każdym mieście.

Podróżując po Afryce, kosmita odwiedziłby kraje, w których mnóstwo głodujących ludzi, także dzieci, umiera każdego dnia, podczas gdy ich przywódcy państwowi bogacą się na korupcji i łapówkarstwie. Zobaczyłby całe narody, których epidemie chorób, szczególnie AIDS, pozbawiły pokolenia młodych. Na Bliskim Wschodzie poznałby mordercze prześladowania religijne, represjonowane i torturowane kobiety, walczących pomiędzy sobą przywódców plemiennych, a wszystko to w społeczeństwach, dzięki ropie naftowej, niewiarygodnie bogatych. Na Dalekim Wschodzie ujrzałby tyrańskie rządy, represje i ludobójstwo na wielką skalę. W Indiach znalazłby skrajną nędzę i beznadzieję, narzuconą przez okrutny system kastowy, niepozwalający na poprawę losu nisko urodzonych.

Studiując przeszłość naszej planety, kosmiczny gość szybko odkryłby pewien cykl powtarzający się w historii świata. Narody powstają, wzrastają pełne idealistycznych nadziei, rozwijają wspaniałe prawo, sztukę i dobrobyt swoich obywateli, potem ulegają rozkładowi, gdy dostatek wiedzie do egoistycznych podziałów, korupcji i upadku, wreszcie popadają w ruinę. Zobaczyłby ten model powtarzający się we wszystkich wielkich cywilizacjach przeszłości i teraźniejszości - w Egipcie, Sumerze, Asyrii, Babilonii, Persji, Grecji, Rzymie, Bizancjum, Anglii i Ameryce. Nieustanne wojny, wielkie i małe, kosztujące życie niezliczonych ofiar i niszczące społeczeństwa na całe pokolenia. Epidemie chorób zakaźnych rozprzestrzeniające się na całe kontynenty, zmiatające wielką część ich populacji. Nienawiść i ludobójstwo na wielką skalę popełniane wciąż na nowo przez tyranów, takich jak Stalin, Hitler czy afrykańscy przywódcy plemienni.

Bez wątpienia kosmiczny gość nie widziałby żadnej nadziei dla naszej planety. Dostrzegłby w ludzkich sercach skazę zepsucia, która sprawia, że te fatalne wzory będą powtarzać się wciąż i wciąż na nowo, dotąd aż ludzkość zniszczy sama siebie lub słońce wygaśnie. Wsiadłby do swego pojazdu i wrócił na własną planetę, ubolewając nad nieszczęsną beznadzieją naszego świata.

Właściwie to nie musieliśmy zapraszać kosmity, żeby pokazać, jak beznadziejna byłaby sytuacja naszej planety, gdyby nie chrześcijaństwo. Zrobiliśmy to jedynie dla efektu dramatycznego. Równie dobrze mogliśmy spojrzeć na świat oczami licznych niewierzących, także widzących ból, zniszczenia i tragedie życia na ziemi, jako kończący się śmiercią cykl bezsensownej egzystencji. Rozważmy na przykład wypowiedź, którą niewierząca dziewczyna zamieściła na ateistycznej stronie internetowej:

"Nie chwytam tego... Zawsze myślałam, że nauka rozwiąże wszystkie moje problemy, ale nie wiem, czy zdołam się obyć bez życia wiecznego. Przypuszczam, że będę musiała po prostu przebrnąć przez to bezsensowne życie. Chciałabym znać jakąś instytucję, która potrafiłaby wskazać mi drogę do życia wiecznego. Jeśli nie nauka, to co w takim razie?... (westchnienie...) Czy nie wydaje się czasami, że musi istnieć jakaś siła wyższa? Cóż, nauka mówi, że nie istnieje, więc nie istnieje".1

Mamy tu cały problem w pigułce. Jeśli życie, jakie oglądamy na udręczonej niedolą planecie, jest wszystkim, co istnieje, to egzystencja rzeczywiście pozbawiona jest sensu. Człowiek musi znaleźć sobie własną drogę, albo, jak mówi dziewczyna, "przebrnąć". Ona zdaje sobie sprawę, że jest coś, co mogłoby nadać wszystkiemu sens: życie wieczne. Kiedyś sposobu na wieczne życie ludzi oczekiwała od nauki, ale doszła do wniosku, że nauka tego nie dokona. Chciałaby, żeby jakaś siła wyższa zapewniła jej życie wieczne, bo tylko niekończące się życie w bezgranicznym szczęściu uczyniłoby tę obecną, pełną trosk egzystencję sensowną.

Wielu ludzi znajdowało wytchnienie od niepokojów tego świata w marzeniach o idealnym społeczeństwie, gdzie panuje pokój i dobro, życie ma sens, ból i śmierć nie istnieją, a dobra przyszłość jest pewna na wieki. Wszyscy znamy nazwy Atlantydy, Arkadii, Utopii, El Dorado, a nawet [zamku Bractwa Okrągłego Stołu] Camelotu, gdzie przynajmniej przez mgnienie oka wszystko było dokładnie tak, jak być powinno. Jednak w jak bezmiernie wielu umysłach podobne marzenia to tylko myślenie życzeniowe. Nie ma żadnego takiego społeczeństwa i nawet historia Camelotu, który być może istniał naprawdę, ukazuje daremność takich marzeń.

W legendzie Camelotu król Artur i jego doradca, Merlin, stworzyli królestwo oparte na honorowym postępowaniu wobec siebie nawzajem, pomaganiu biednym, ratowaniu uwięzionych, obronie uciśnionych, okazywaniu sprawiedliwości i miłosierdzia oraz życiu w pokoju i harmonii. Jednak już wkrótce po ustanowieniu królestwa pojawiły się fatalne rysy: żądza, jedyna słabość szlachetnego Lancelota, oraz zazdrość i mściwość, niczym rak drążące serce wygnanego Mordreda. Camelot więc upadł, pożarty od wewnątrz przez te zgubne skazy, ukazując nam charakterystyczne cechy każdej cywilizacji, jaka kiedykolwiek istniała lub będzie istnieć na tej ziemi.

Ostatnia wielka nadzieja ludzkości

W pewnym momencie historii grupka wyznawców ufała komuś i żarliwie wierzyła, że naprawdę zmieni świat na lepsze. Garstka pobożnych Żydów uważała, że człowiek o imieniu Jezus jest Mesjaszem - Zbawcą, który rozerwie opresyjne więzy rzymskiego panowania i ustanowi trwałe i naprawdę Boże Królestwo na ziemi. Ich prorok Izajasz w dawnych pismach żydowskich przepowiedział, że Mesjasz przyjdzie i przywróci wszystko do stanu raju, gdzie nie będzie więcej walk, ucisku, strachu ani śmierci.2 Cała ziemia będzie znowu rajskim ogrodem, gdzie wszyscy na zawsze już będą żyli razem w pokoju.

Wyobraź sobie potworny stan umysłów i uczuć tej małej grupy uczniów, gdy stali i patrzyli, jak ich Zbawca oddaje ostatnie umęczone tchnienie, zawieszony na rzymskim krzyżu, by umrzeć jak pospolity przestępca. Oto sprawca cudów, który pokazał, że potrafi rozkazywać żywiołom, leczyć choroby, wskrzeszać umarłych i słowem lub gestem stwarzać pokarm. Porzucili wszystko, by pójść za Nim. Oto Król, który, jak myśleli, miał odbudować ich Królestwo. Teraz jednak był przybity do krzyża. Umierał, a wraz z Nim umierały wszystkie nadzieje, jakie w Nim pokładali. Zapewne czuli się tak jak biedna dziewczyna, którą cytowaliśmy powyżej. Życie jawiło się im jako pozbawione sensu. Beznadziejne. Wydawało się, że nie ma żadnego wyjścia z tej absurdalnej egzystencji, żadnej ścieżki wiodącej do idealnego, wiecznego życia.

Tamtego dnia na krzyżu zawisło o wiele więcej niż los uczniów czy nawet los Izraela. Los całej rasy ludzkiej, jej nadzieje na lepsze jutro i na życie po śmierci wisiały tam z Chrystusem. On był ostatnią nadzieją ludzkości. Bo człowiek, który umierał na krzyżu, był tym, którego przyjście i przeprowadzenie przez niego całej ludzkości z bólu i niedoli do wiecznego życia w bezgranicznym szczęściu obiecał sam Bóg. Teraz jednak, wraz z Jego śmiercią, wydawało się, że trzeba porzucić wszelką nadzieję. Życie wieczne było jedynie marzeniem. Śmierć miała królować na zawsze. Wiara, że obiecany Mesjasz wyzwoli ludzkość z oków ciemności, wydawała się stracona. Ten, który miał być Mesjaszem, umarł, a wszelka nadzieja zbawienia miała być pogrzebana wraz z Nim.

Największa niespodzianka świata

Maria Magdalena była wierna Chrystusowi do końca. Od kiedy wyrzucił z niej siedem demonów, szła za Nim, wdzięczna Mu z całego serca. Wspierała finansowo Jego posługę i wierzyła, że On jest tym, którego Bóg wybrał, by przyniósł wieczny pokój światu. Została pod krzyżem i była świadkiem niesprawiedliwej i okrutnej egzekucji swego Mistrza. Teraz jej życie pogrążyło się w zupełnym chaosie. Była jednym z najwierniejszych wyznawców Jezusa. Widząc Go pohańbionego, cierpiała katusze.

Rzymscy żołnierze, gdy już orzekli, że Jezus umarł, zdjęli Go z krzyża i oddali Jego ciało zamożnemu urzędnikowi żydowskiemu, który pochował je w nowym grobie. Maria opuściła tę ponurą scenę, zdecydowawszy, że odwiedzi grób po zakończeniu pochówku.

W niedzielę wczesnym rankiem poszła do grobu i tu jej plany znów zostały pokrzyżowane. Nie dość, że Jezusa niesprawiedliwie zabito, teraz jeszcze, ku jej przerażeniu, Jego grób był otwarty, a ciało - zabrane. Obawiając się, że ktoś ukradł ciało, pobiegła do Piotra i Jana i opowiedziała im, co widziała. Oni, całkiem jej nie dowierzając, pobiegli do grobu, żeby sami sprawdzić jej opowieść.

Zobaczyli płótna, w których złożono Go do grobu, nietknięte, ale ciała nigdzie nie mogli znaleźć. Przerażeni i zdezorientowani, dwaj uczniowie wrócili do domu. Maria jednak została w tyle za nimi. Cofnęła się, żeby raz jeszcze zajrzeć do grobu, a to, co ujrzała, zaskoczyło ją: we wnętrzu grobu siedziały dwie postacie w lśniąco białych szatach.

"Niewiasto, czemu płaczesz?" - zapytali ją aniołowie.

"Zabrano Pana mego - odpowiedziała im - i nie wiem, gdzie Go położono" (J 20,13).

Potem obróciwszy się, ujrzała coś bardziej jeszcze niezwykłego: Jezus stał przed nią, żywy! Co dziwne jednak, zamiast Go rozpoznać, wzięła Go za ogrodnika. Nigdy się nie dowiemy, czemu Go nie rozpoznała. Może oczy miała zalane łzami. Może jeszcze do końca się nie rozwidniło. Może nie spojrzała Mu w twarz. A może Bóg po prostu nie pozwolił jej zrozumieć, kim jest spotkany. Jezus zadał jej to samo pytanie, które wcześniej postawili aniołowie:

"Niewiasto, czemu płaczesz?".

Wciąż nie wiedząc, z kim rozmawia, powiedziała taktownie: "Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę" (J 20,15). Maria była najwyraźniej zmieszana i zrozpaczona. Kochała Jezusa serdecznie i chciała oddać Mu ostatnią posługę.

Wtedy jednak, w tej chwili niezwykłej tkliwości, Jezus zawołał ją po imieniu:

"Mario!" - powiedział.

"Nauczycielu!" - wykrzyknęła, nagle Go rozpoznając. Rzuciła się ku Niemu, obejmując Go w ekstatycznej radości.

Jezus stał przed nią żywy, cały i zdrowy, gdyż śmierć nie mogła zatrzymać obiecanego Mesjasza. Bóg wskrzesił Go, by wypełnił swą misję i przyniósł życie wieczne choremu, umierającemu światu.

Dlaczego zmartwychwstanie Chrystusa ma zasadnicze znaczenie

Kiedy Jezus był na krzyżu, wydawało się, że wszystko stracone, że śmierć zwyciężyła. Jednak po trzech dniach spędzonych w grobie bogatego człowieka, Jezus znowu pojawił się żywy. Była to nowina tak szokująca, że uczniowie nie chcieli w nią wierzyć, dopóki nie ukazał im się osobiście i nie pozwolił, żeby własnymi rękami dotknęli Jego ran. Potem Jezus dał uczniom wspaniałą obietnicę: w przyszłości ich ciała też zmartwychwstaną, jak Jego ciało teraz. Ciała te nigdy się nie zestarzeją, nie umrą, nie ulegną rozkładowi. Spełni się dla nich jedyna wielka nadzieja, która może nadać sens egzystencji, w innym wypadku bezsensownej. Będą mieli nowe życie, bez bólu i śmierci, w obecności kochającego Boga, na zawsze.

To jest ta wielka nadzieja, jaką chrześcijaństwo oferuje pozbawionemu nadziei światu - przyszłe życie z Bogiem, wolne od bólu i cierpienia, pełne bezmiernej radości. Właśnie tak, jak to później wyjaśnimy dokładniej, Biblia opisuje niebo - jako miejsce niewyobrażalnego błogosławieństwa, uniesienia i spełnienia. Kiedy tam dotrzemy, wszyscy powiemy: "Do tego właśnie zostaliśmy stworzeni!". Biblia mówi o życiu wiecznym z oczekiwaniem i radością. Chrześcijanie niecierpliwie wyczekują dnia, gdy wszystkie łzy zostaną otarte. Obietnica nieba nie jest mrzonką, serwowaną nam, żebyśmy lepiej czuli się w bezsensownym świecie, taką jak Utopia, Arkadia czy El Dorado; wiara w niebo jest zbudowana na nieodpartych dowodach, które przeanalizujemy w trzeciej części tej książki.

Kiedy nasze obecne cierpienia i zmagania ujrzymy w perspektywie życia wiecznego, będziemy w stanie wznieść się ponad beznadziejne, wydawałoby się, okoliczności. Jak mówiła dobitnie Matka Teresa: "Z nieba najmizerniejsze nawet ziemskie życie będzie wyglądało jak jedna marna noc spędzona w niewygodnym hotelu!". Dodać nam odwagi mogą słowa Jezusa, które wypowiedział, gdy Jego własna śmierć była już blisko: "Na świecie doznacie ucisku, ale odwagi! Jam zwyciężył świat!" (J 16,33). W trudnych czasach ucisku dobrze jest pamiętać, że nasze własne zmartwychwstanie jest tuż tuż.

Obietnica zmartwychwstania

"Ale" - zapytasz może - "co zmartwychwstanie Chrystusa oznacza dla mnie? Owszem, chciałbym mieć życie wieczne, ale w jaki sposób to, co podobno zdarzyło się Chrystusowi, ma mi je dać? On twierdzi, że został wskrzeszony z martwych, jeśli to prawda, to w istocie zadziwiające, ale ostatecznie - co z tego? Co śmierć i zmartwychwstanie jakiegoś człowieka dwa tysiące lat temu ma wspólnego ze mną teraz, w XXI wieku?".

Obietnica zmartwychwstania jest taka: To, co zdarzyło się Jezusowi, może zdarzyć się też nam. Tak jak On, umrzemy, ale Jego zmartwychwstanie jest obietnicą, że śmierć to nie koniec. Jego zmartwychwstanie zwiastuje nasze własne. On przetarł szlak przez śmierć do życia wiecznego i mówi nam, że możemy podążyć Jego śladami, a Jego dłoń będzie nas wiodła przez całą drogę. To zmartwychwstanie daje nam nadzieję na chwalebną przyszłość, wolną od cierpienia i śmierci. Marzenia o raju, Arkadii, Utopii, El Dorado i Camelocie mogą się ziścić w całej swej wyśnionej doskonałości. Nasze najbardziej nierealne sny o pokoju, miłości i harmonii mogą się spełnić.

Wiemy, że po przeczytaniu tego rozdziału wciąż masz mnóstwo pytań dotyczących znaczenia zmartwychwstania. Dlaczego śmierć Chrystusa i Jego zmartwychwstanie były konieczne? A przede wszystkim, dlaczego ten świat jest taki poplątany? Jeśli zmartwychwstanie miało rozwiązać wszystkie ziemskie problemy, to czemu wciąż jeszcze zmagamy się z cierpieniem, strapieniem i śmiercią? I co ze wszystkimi moimi osobistymi nadziejami? Czy stracę je, gdy umrę i znajdę się w niebie? Czy związki z bliskimi mi osobami będą na zawsze zerwane? I co z niebem? Opierając się na tym, co dotąd o nim słyszałeś, może nawet nie bardzo masz ochotę tam iść? Czy niebo rzeczywiście jest takie, jak pokazują to popularne obrazy i opisy? Czy w niebie będę rzeczywiście sobą, czy też, pochłonięty przez Boga, stracę swoje indywidualne, świadome ja? I te najważniejsze pytania: skąd mam mieć pewność, że wszystko to jest wiarygodne? Skąd mam wiedzieć na pewno, że zmartwychwstanie naprawdę się zdarzyło? Może to tylko jeszcze jedna projekcja naszych marzeń? Chrześcijanie twierdzą, że to prawda, ale w końcu wszystkie religie twierdzą, że ich wiara jest prawdą. Skąd mam wiedzieć?

Zachęcamy cię, byś czytał dalej. Celem tej książki jest pomoc w znalezieniu odpowiedzi na te rozstrzygające, najważniejsze w życiu pytania.

1 "Super Ninjette", www.atheistnetwork.com, zamieszczone 16 lipca 2007

2 Zob. Iz 11 i 35.

Rozdział I

Jak doszło do takiego zamieszania?

W filmie Runaway Jury, nakręconym na podstawie popularnej powieści Johna Grishama, Jacob Wood pewnego ranka żegna rodzinę i wychodzi do pracy, do swego biura prawnego w śródmieściu. Prosi sekretarkę o radę, jaki prezent urodzinowy kupić małemu synkowi. Nie może doczekać się wieczoru, żeby z rodziną obchodzić jego urodziny. Jednak plany Jacoba nie mają się spełnić. Tego ranka szalony uzbrojony bandyta włamuje się do jego biura i zabija go.

Jacob Wood, jak każdy z nas, budował swoje życie, mając nadzieję odnaleźć radość, szczęście, miłość, poczucie bezpieczeństwa i sensu świata dzięki rodzinie i swemu powołaniu. Jednak w mgnieniu oka wszystko to się rozpadło. Jego życie skończyło się, jego żona została wdową, synek - sierotą bez ojca, a wszystkie jego zamiary obróciły się wniwecz.

Zdarza się to każdego dnia. Ludzie próbują zbudować sobie godziwe życie, ale ich pomysły zostają unicestwione. Często przez śmierć, jak w wypadku Jacoba Wooda, ale jeszcze częściej przez niespodziewane zdarzenia, które wkładają kij w szprychy naszych pieczołowicie układanych planów, w jednej chwili je rujnując. Przydarza się to każdemu. Zdarzyło się i zdarzy się jeszcze nie raz tobie. Każdego człowieka spotykają nieoczekiwane lęki, bóle, rozczarowania i tragedie. Niemal każdy zmaga się z jakimś cierpieniem, którego nie da się usunąć: z nieuleczoną pamięcią dzieciństwa, trudnymi lub zerwanymi relacjami osobistymi, z jakąś dolegliwością fizyczną czy zawiedzionymi marzeniami. Uśmiechy zamieniają się w marsowe miny, a śmiech ustępuje miejsca łzom. Zdrowie i szczęście zastępują ból i cierpienie. Każdy z nas w jakimś momencie doświadcza utraty kogoś kochanego. Choć niektórym przypada w udziale więcej bólu i smutku, innym mniej, nikt nie zdoła umknąć ranom i lękom, jakie niechybnie każdemu przynosi życie na tej planecie.

Nawet sama ziemia odczuwa nieznośny ból konfliktów i śmierci. Jęczy pod naciskiem przeklętego przez grzech świata: tornada i huragany niszczą życie i własność, szemrzące strumyki, zmienione w rwące fale powodzi, zalewają brzegi, stając się niszczycielskim żywiołem, a przyjazne migotanie ogniska zmienia się w rozszalałe piekło pożaru lasu, pożerającego rośliny, zwierzęta i domy. Łagodne zwierzęta, które z początku zamieszkiwały ziemię w harmonii, teraz brutalnie wyniszczają się nawzajem, by przeżyć i obronić swoje terytoria. Góry, jak od wieków, wybuchają, bluzgając wulkanicznym popiołem, a trzęsienia ziemi przewracają domy. Słońce praży pola, niosąc suszę, ruinę i śmierć głodową.

Kiedy zmagamy się, by wieść dobre życie pośród całego tego bólu, cierpień i zniszczenia, coś wewnątrz nas mówi: "To wszystko nie ma sensu". Dostrzegamy piękno ziemi, cieszy nas miłość i satysfakcja z własnych osiągnięć i czujemy, że gdzieś w sposobie działania tego świata coś jest po prostu nie tak. Jest tyle piękna i dobra, że zastanawiamy się, czy w całym tym cierpieniu i destrukcji, jakie widzimy i jakich doświadczamy, nie kryje się jakiś sens. Obok tornada, huraganu czy pożaru lasu, widzimy też majestat gór, przepyszną wspaniałość zachodów słońca, rozległe pejzaże pełnych życia łąk i żywe cuda falujących mórz. Jesteśmy świadkami intrygującej równowagi w przyrodzie, doświadczamy radości przyjaźni, życia rodzinnego i kontaktów towarzyskich, i mówimy sobie: "Jest tyle dobra na tym świecie, czemu musi je psuć cały ten ból, tragedie i śmierć, które tak bezustannie w nas uderzają?".

Ideał stworzenia

Tego bólu, tragedii i śmierci nie było na początku w Bożym stworzeniu. Piękno, które widzimy w przyrodzie; radość, jakiej doświadczamy w związkach pełnych miłości; satysfakcja z dobrze wykonanej pracy i przyjemność, której doświadczamy na tyle różnych sposobów, są śladami, które pozwalają domyślać się, jaki był świat, gdy tylko Bóg go stworzył. Relacje wzajemne nie były zatrute przez pychę, żądzę, chciwość czy zazdrość. Przyroda była całkiem łagodna, bez niszczycielskich burz, bez suszy czy pożarów lasu. Praca dawała satysfakcję i poczucie spełnienia, i nie istniały prawa Murphy'ego1, które udaremniają nasze wysiłki. Nie było niczego takiego jak śmierć, ból i choroba. Ziemia była w stanie zupełnej doskonałości, wszystko działało właśnie tak, jak powinno, a niezakłócona radość i miłość były chlebem powszednim.

Wiemy, że dla wielu osób poprzedni akapit brzmi jak jakiś szalony, idealistyczny sen, zbyt piękny, żeby był prawdziwy. A jednak w najwspanialszych momentach, kiedy dostrzegamy ślady dobroci, w które wciąż obfituje nasz świat, myślimy, że musiała urządzić to wszystko jakaś życzliwa istota. A istota dość potężna, by wynaleźć przyjemność, miłość, szczęście i radość, z pewnością zdołałaby zapobiec złu, które teraz zatruwa stworzenie. Jak to wytłumaczyć? Jak mogło wszystko być doskonałe i wolne od bólu, jak w świecie, który właśnie opisaliśmy, a potem zdegenerować się w świat, jakiego teraz doświadczamy, pustoszony przez śmierć i cierpienie?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzyjmy się pokrótce naturze świata, takiego, jaki Bóg stworzył na początku. W relacji o stworzeniu, zarysowanej w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, Bóg stworzył świat, przyrodę i życie na naszej planecie w ciągu sześcioetapowego procesu, zaczynając od materii, dalej stwarzając światło, ryby, zwierzęta lądowe i wreszcie, ostatniego dnia, stworzył ludzi jako pierwszą parę, Adama i Ewę, mężczyznę i kobietę.

Ci pierwsi ludzie byli wyjątkowi spośród całego stworzenia przez to, że oni jedyni uczynieni zostali na obraz samego Boga. Znaczyło to, że posiadali kilka cech, jakich nie miały żadne stworzone przez Boga zwierzęta: stali wyprostowani; mieli ręce pomocne w kształtowaniu otoczenia; mieli rozum, samoświadomość i zdolność wyboru własnego losu. Najważniejszą jednak różnicą był fakt, że w mężczyznę i kobietę Bóg tchnął swego własnego Ducha. Podczas gdy zwierzęta jako mechanizm kontrolujący miały instynkt, istoty ludzkie miały Boga wszechświata, który zamieszkiwał w ich życiu, kierował ich krokami i kształtował ich decyzje.

Oznaczało to, że mężczyzna i kobieta byli zastępcami Boga na ziemi. Byli reprezentantami Boga, Jego przedstawicielami, którym dana była władza i odpowiedzialność za rządzenie światem w imieniu Boga, dbanie o zwierzęta, o środowisko, a także doskonałe zarządzanie swoim własnym, osobistym zachowaniem. Byli panami ziemi, rządzącymi całą naturą - w tym swoją własną, ludzką naturą - mocą samego Boga, żyjącego w nich.

Tak więc sprawy na ziemi dobrze się toczyły. Wszystko działało zgodnie z celem, dla którego było stworzone, według porządku, który Bóg tchnął we wszystko, gdyż mężczyzna i kobieta rządzili wszystkim życzliwą dłonią, kierowaną przez samego Boga, który żył wewnątrz nich.

Pierwszym twoim odruchem może być myśl, że Adam i Ewa nie byli wcale w lepszej sytuacji niż zwierzęta. Owszem, kierował nimi sam Bóg, a nie automatyzm instynktu, ale tak czy inaczej, byli sterowani. Może ci się wydawać, że nie byli wolni. Wyjaśnijmy jednak, że to nieprawda. Adam i Ewa byli całkowicie wolni. Zauważyliśmy powyżej, że jedną z cech, które odróżniały ludzi od zwierząt, była możliwość wyboru swego losu. A wybór był prosty. Musieliby tylko powiedzieć Bogu, żeby wycofał się z ich życia, a zrobiłby to. Byliby wtedy wolni od Boga, już nie pod Jego przewodnictwem i kierunkiem, a więc mogliby sami kierować swoim życiem w jakikolwiek sposób by zechcieli.

Byłby to jednak niemądry wybór, gdyż Bóg zaprojektował istoty ludzkie właśnie tak, by były zamieszkiwane przez Niego i rządziły całym stworzeniem Jego mocą. Ponieważ tak właśnie je zaprojektował, całe ich szczęście, radość, przyjemność, pochodziły z działania według tego projektu. Widzisz, Bóg serdecznie kochał mężczyznę i kobietę, i zaprojektował ich tak, by doświadczali wielkiej radości i przyjemności. Dał im wszystko, co tylko możliwe, by tę radość i przyjemność powiększać: wszystkie widoki, dźwięki, zapachy i smaki stworzenia, a także uczucia i uniesienia związane z miłością, stworzone zostały, by się nimi cieszyli.

Ponieważ Bóg serdecznie ich kochał i dał im ziemię ku ich radości, Adam i Ewa również kochali Boga całym sercem. On był ich główną rozkoszą. A żeby było jeszcze cudowniej, Bóg, którego kochali serdecznie, nie był odległym bóstwem, ale Istotą osobową, pełną ciepła, żyjącą wewnątrz nich, w relacji głębokiej bliskości, w każdej chwili, każdego dnia. Dla tej ludzkiej pary świat nie mógłby być lepiej urządzony. Wybrać swoją własną drogę, oddzielając się od Boga, a więc tracąc Jego wskazówki, przewodnictwo i bezpośrednią, żywą świadomość Jego nieustającej miłości, to byłaby największa lekkomyślność, jaką tylko mogli popełnić.

Tak się rzeczy miały na początku, gdy Bóg stworzył niebiosa, ziemię, zwierzęta i pierwszych ludzi. Wszystko było w doskonałym porządku, gdyż sam Bóg rządził wszystkim poprzez dobrowolną aktywność swoich ukochanych istot ludzkich. Ból, tragedie, zniszczenia i śmierć nigdy nie mogłyby tu wtargnąć, dopóki Adam i Ewa wybierali trwanie w przepełnionej miłością relacji z Bogiem.

Jak to się popsuło

Jest całkiem prawdopodobne, że Adam i Ewa nigdy nie wyszliby poza tę miłosną relację z Bogiem, gdyby nie zostali oszukani i skuszeni do zrobienia tego. Jednak wróg Boga, którego znamy jako Szatana, wtargnął w ich doskonały świat, oszukał kobietę, by dopuściła się wykroczenia wobec Bożej miłości, a ona z kolei skusiła mężczyznę, aby zrobił to samo. Postanowili iść własną ścieżką, zamiast drogą, jaką Bóg stworzył dla nich z miłości.

Adam i Ewa bez wątpienia nie wzięli pod uwagę niszczących konsekwencji swojego wyboru. Na skutek ich decyzji wszystko na świecie zmieniło się, i to nie na lepsze. Bóg, dawszy im możliwość wyboru własnej drogi, uszanował ich decyzję. Wycofał się z ich życia, aby nie zakłócać wolności i niezależności, którą wybrali. Jednak gdy Jego zabrakło w ich życiu, nagle nie stało im mocy i mądrości, niezbędnych, by wykonywać zadanie panowania nad naturą. W rezultacie natura wymknęła się spod kontroli, straciła równowagę. Nie można już było zapobiec burzom, trzęsieniom ziemi i innym klęskom żywiołowym. Ziemia przestała rodzić obfite plony, a wszędzie zaroiły się chwasty, rdza, zgnilizna, szkodliwe bakterie i pasożyty. Zwierzęta, które dotąd z miłością lgnęły do ludzi, teraz uciekały przed nimi, a nawet zwracały się przeciw nim ze strachu i głodu. Cierpienie i śmierć stały się trwałymi cechami środowiska.

Nawet natura ludzka wymknęła się spod kontroli. Gdy miłujący Duch Boga mieszkał w nich, Adam i Ewa żyli w harmonii, nie tylko z naturą, ale także ze sobą nawzajem. Ich związek zawsze pełen był miłości i troski wzajemnej. Kiedy jednak odrzucili Boga i wybrali własną drogę, skończyła się nawet harmonia życia domowego. Mężczyzna i kobieta nie byli już w stanie kontrolować swojej własnej natury. Egoizm, pycha i żądza wkroczyły do akcji, powodując napięcia, nieporozumienia i smutki; zatruwając nawet relacje między najbliższymi ludźmi.

To wydarzenie - wybór pierwszej ludzkiej pary, by odrzucić Boga i stać się panami samych siebie - nazywane jest grzechem. O grzechu zwykle myślimy w całej jego różnorodności: od drobnych, nic nieznaczących, zdawałoby się, wykroczeń, takich jak jazda z prędkością osiemdziesięciu sześciu kilometrów na godzinę, gdy dozwolone jest osiemdziesiąt, aż do potwornych zbrodni ludobójstwa. I rzeczywiście, jest wiele odmian grzechu i wiele stopni jego szkodliwości, ale wszystkie grzechy, od najlżejszych do najcięższych, mają ze sobą coś wspólnego: wszystkie wywodzą się z tego pierwszego odruchu Adama i Ewy, by obrać własną drogę zamiast tej, którą przygotował im Bóg. Wszystkie grzechy, od przekroczenia prędkości po ludobójstwo, wywodzą się z grzechu, który jest po prostu odrzuceniem woli Bożej na rzecz swojej własnej.

Następstwem każdego grzechu jest chaos, ból, tragedia, zniszczenia i śmierć, dlatego po prostu, że oddzielenie od Boga pozostawia nas bez mocy i mądrości, niezbędnych, by spełniać przeznaczoną nam funkcję: wprowadzać w stworzenie dobroczynny porządek Boży. To zredukowanie kondycji ludzkiej ze wspaniałego stworzenia, władającego Bożą mocą i wpływem, do bezsilnej istoty, która w swym własnym, próżnym wnętrzu szuka przewodnika, nazywane jest powszechnie Upadkiem. Upadek oznaczał stoczenie się rodzaju ludzkiego ze stworzonej doskonałości do tragicznego, niespokojnego i naznaczonego śmiercią świata, jaki dziś znamy.

Jeśli celem Szatana, gdy zwodził pierwszych ludzi, było wnieść w Boże stworzenie fatalny chaos, to zdaje się, że mu się udało. Musiał tylko odciągnąć tę pierwszą parę ludzką od Boga, by odtąd wszyscy ich potomkowie rodzili się w tej upadłej kondycji - wyobcowani od Boga poprzez wolny wybór swych pierwszych rodziców, Adama i Ewy.

Ponieważ Bóg jest źródłem wszelkiego życia, wyobcowanie od Niego oznacza śmierć. Adam i Ewa przeklęli nie tylko siebie samych, ale też wszystkich swoich potomków, dokonując wolnego wyboru odrzucenia Boga i uczynienia się panami samych siebie. Jak mówi nam święty Paweł: "przez jednego człowieka grzech wszedł do świata, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli" (Rz 5,12). Wraz z Upadkiem Adama i Ewy śmierć wkroczyła w doskonały świat Boży i dotknęła przekleństwem całą ludzkość.

Dlaczego Bóg nie może po prostu zignorować naszego grzechu?

Jeżeli Bóg naprawdę nas kocha, tak jak mówi, to dlaczego pozwala, by grzech oddzielał nas od Niego? W końcu jest Bogiem i jest wszechmocny, czyż nie? Może zrobić wszystko, cokolwiek zechce, czyż tak nie jest? Czemu nie może po prostu zapomnieć, że zgrzeszyliśmy, i mimo to nas uratować?

Na pozór to pytanie wydaje się rozsądne, ale gdy bardziej się w nie zagłębimy, odkryjemy tu pewne problemy. Odpowiedź na nie jest związana z bliźniaczymi pojęciami sprawiedliwości i świętości. Pomówmy najpierw o tym pierwszym.

Wszyscy jesteśmy poniżej doskonałych standardów Bożych. On, ponieważ jest moralnym władcą wszechświata, nie może patrzeć obojętnie na naruszanie Jego doskonałych standardów. My możemy być do tego zdolni, kiedy wykroczymy przeciw sobie nawzajem, ale Bóg nie może, bo tolerowanie czegokolwiek poniżej doskonałości w Jego doskonałym wszechświecie byłoby zaprzeczeniem doskonałej sprawiedliwości. Oburzające byłoby, gdyby sędzia na rozprawie nie wymierzył sprawiedliwości. Wyobraź sobie sędziego, który w procesie o brutalne morderstwo i gwałt postanawia winnego puścić wolno, gdyż chce postąpić miłosiernie! Co pomyśleliby bliscy ofiary o zignorowaniu tak oburzającej zbrodni? Oczywiście wołaliby o sprawiedliwość. Wypuszczenie mordercy trywializowałoby jego brutalny czyn i oznaczałoby zlekceważenie utraconego życia ukochanej przez nich osoby. W jakim żylibyśmy świecie, gdyby każdy sędzia chciał "postępować łagodnie i miłosiernie" i przebaczać zbrodnie, zamiast wymierzać sprawiedliwość? Możemy cię zapewnić, taki świat by ci się nie podobał.

Bóg jest moralnym władcą świata. Jest sędzią wszechświata. To On jest najwyższym Królem. Jego prawa nie są arbitralne, lecz wynikają z samej Jego natury i przymiotów, i są nam dane, by nas uczynić bardziej podobnymi do Niego. Wszystkie Prawa Boże są nam dane dla naszego własnego dobra. To On wymyślił istoty ludzkie, On wie, co nami powoduje i w jaki sposób możemy najwięcej zdziałać i osiągnąć największe szczęście. Jego Prawa działają tak jak instrukcja obsługi urządzenia podana przez jego wytwórcę. Jeżeli będziemy ich przestrzegać, zdołamy znacznie przybliżyć się do tego, czym Bóg sam zamierzył, żebyśmy się stali, a dzięki temu zbierzemy radość, satysfakcję i poczucie spełnienia.

Bóg jest prawdą, a Jego Prawa są słuszne. Błagając Boga, by zachował Sodomę i Gomorę od zniszczenia, jakie planował, Abraham wołał: "O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! O, nie dopuść do tego! Czyż ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?" (Rdz 18,25). Oczywiście Abraham trochę niewłaściwie rozumiał sytuację w Sodomie. Bóg wiedział, że nie było tam ludzi sprawiedliwych z wyjątkiem Lota i jego rodziny, a tych zamierzał uratować. Ale co najważniejsze, Abraham stwierdził słusznie: Bóg, jako władca i sędzia nad całą ziemią, jest przez swój własny charakter zobowiązany czynić to, co właściwe, a więc dokładnie wymierzać sprawiedliwość.

Grzech budzi gniew Boga. Nie jest tak, że Bóg w sposób irracjonalny traci panowanie nad sobą, bo Jego plany doskonałego świata zostają pokrzyżowane. Bóg nie ma w sobie nic impulsywnego, przypadkowego czy kapryśnego; nie jest złośliwy ani mściwy. Jego gniew nie jest irracjonalny ani tajemniczy. Jest całkowicie poddany zasadom i kontrolowany. Jego gniew jest zawsze sprowokowany przez nieprawość, i tylko nieprawość, i zawsze wynika ze zniszczeń, jakie nieprawość przynosi stworzeniom, które Bóg kocha serdecznie.

Drugim powodem, dla którego Bóg musi reagować na grzech, jest Jego świętość. To słowo jest w Biblii używane w odniesieniu do Boga częściej niż jakikolwiek inny Jego atrybut. Większość ludzi niewłaściwie pojmuje znaczenie świętości. Skłonni są uważać, iż świętość to bycie tak bardzo religijnym, że aż nieco oderwanym od rzeczywistości codziennego życia. Albo w sposób bardziej negatywny, myślą, że świętość to przekonanie o własnej nieomylności i religijnym wyniesieniu ponad zwyczajnych śmiertelników. Nie ma to jednak nic wspólnego z prawdziwym znaczeniem świętości. Świętość Boga to po prostu Jego niemożność pogodzenia się z grzechem. Oczy Boga są zbyt czyste, by patrzeć na zło, a ponieważ jest On doskonały, nie może znieść nieprawości (Ha 1,13).

Ponieważ Bóg jest święty, nie może odnosić się do grzechu obojętnie. Osądza grzeszników, gdyż tego wymaga Jego doskonałe usposobienie. Pismo Święte wskazuje w kilku zdaniach, dlaczego Bóg musi tak postępować. Po pierwsze, Bóg jest sprowokowany przez grzech. Biblia mówi nam, że Bóg rozgniewał się, gdy Jego lud przedłożył złe duchy i cudzych bożków ponad Niego (Pwt 32,16-21). Znaczy to po prostu, że doskonałość Boga sprawia, iż reaguje On silnie na nieprawość. Nie może tolerować bałwochwalstwa, niemoralności ani niesprawiedliwości. Gdyby je tolerował, nie mógłby być nazywany dobrym. Nie byłby święty.

Po drugie, Biblia mówi nam, że Bóg płonie gniewem na grzechy ludzkości (2 Krl 13,3). W Księdze Sędziów czytamy: "I znów zapłonął gniew Pana przeciw Izraelowi" (Sdz 3,8). Tak jak my nie możemy bez bólu patrzeć na słońce, tak w naturze Boga jest coś, co sprawia, że płonie On gniewem na widok zła. Bóg, ponieważ jest święty, po prostu nie może inaczej reagować na grzech.

Ponieważ Bóg jest święty i sprawiedliwy, zawsze będzie czynił to, co słuszne. Nie może przeoczyć naszych nieprawości, gdyż czyni jedynie to, co słuszne. Michael Green zauważył, że "gdyby Bóg po prostu wybaczał każdemu całkiem darmo, byłaby to czysta obojętność. Zacierałoby to wszelkie rozróżnienie pomiędzy dobrem a złem. Oznaczałoby to, że dobro jest nieważne, a wobec zła można być obojętnym".2

Jak widzisz więc, grzech Adama i Ewy i spowodowany nim Upadek, postawiły ludzkość wobec poważnego problemu. Adam i Ewa odwrócili się od Boga. Bóg w swej świętości i sprawiedliwości musiał wydać na nich sprawiedliwy i święty wyrok. Oznaczało to śmierć. Nie ma życia dla tych, którzy wyobcowują się ze źródła życia, a to właśnie zrobiła cała ludzkość poprzez grzech. Dokładniej omówimy ten problem w następnym rozdziale.

1 Rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe.

2 Michael Green, The Empty Cross of Jesus, Downers Grove, IL, InterVarsity Press, 1984, s. 73.

Tytuł oryginału:

The Credibile Resurrection

Przekład:

Ewa Małecka

Redakcja:

Skryptorium/Ewa Biernacka

Redakcja techniczna:

Małgorzata Biegańska-Bartosiak

Projekt okładki:

Radosław Krawczyk

Korekta:

Magdalena Geraga

Cytaty z Pisma Świętego według Biblii Tysiąclecia:

Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie z języków oryginalnych, wydanie piąte, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2005.

Copyright ? 2009 by Josh McDowell Ministry

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition ? 2009 by Oficyna Wydawnicza "Vocatio" .

All rights to the Polish edition reserved.

Wszelkie prawa do wydania polskiego zastrzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

W sprawie zezwoleń należy zwracać się do

Oficyny Wydawniczej "Vocatio" 02-798 Warszawa, ul. Polnej Róży 1, e-mail: [email protected]

Redakcja: fax (22) 648 63 82, tel. (22) 648 54 50, Dział handlowy: fax (22) 648 03 79, tel. (22) 648 03 78, e-mail: [email protected]

ISBN 978-83-7829-148-0