ROZDZIAŁ 2
STRACH, jako jedna z najbardziej prymitywnych emocji, rodzi się w prymitywnej części naszego mózgu - w ciele migdałowatym. W chwilach niepokoju dobrze jest odwołać się do innych części mózgu, na przykład tych, gdzie rodzi się logika. Porozmawiać ze strachem. Zadać sobie pytanie: co naprawdę może się wydarzyć? Albo: co może wydarzyć się najgorszego? Poszukać źródła strachu i je usunąć. Pokonywać strach małymi kroczkami. Jesteś nieśmiały? Odważ się, powiedz coś. Jedno słowo lub zdanie. To tylko strach, część ciebie. Nie możesz go wyeliminować, ale możesz zaakceptować, a nawet pokochać.
- Wstawaj! - Ciotka zawisła nad Adamem jak wielki Muminek i ściągnęła z niego kołdrę. Poczuł wściekłość. Nie miała prawa wchodzić do jego pokoju i tak go traktować, jakby był jej synem! Sama była nadal w piżamie i wcale się tym nie przejmowała. Odpięły jej się dwa guziki na brzuchu i było widać kawałek bladego, tłustego ciała. Wyglądała jak figurka bogini płodności, którą kiedyś widział w jakimś muzeum na szkolnej wycieczce.
Dopiero teraz zauważyła nową fryzurę bratanka i załamała ręce.
- Jezus Maria, coś ty zrobił z włosami?
- Denerwowały mnie, były za długie - odparł Adam i ziewając, dotknął włosów. Albo raczej miejsca, gdzie kiedyś były. Poczuł pod palcami strzępki dawnej fryzury, jakby ktoś wystrzygł trawę tępą kosiarką.
- Nie możesz tak iść. Źle to wygląda. - Westchnęła. - Co to za pomysły? Do fryzjera się chodzi, żeby włosy ostrzyc, a nie tak. - Westchnęła jeszcze głośniej. Pewnie przypomniało jej się, że musi dziś Adama zabrać do swojej szkoły. I że z taką fryzurą na pewno będzie musiała się go wstydzić. - Poczekaj - zdecydowała. - Poprawię to. Ale najpierw zjesz śniadanie.
Nie minęło nawet dziesięć minut, a ciotka już miała umyte i wysuszone włosy, była umalowana i ubrana w opinający ciało kostium, jasną bluzkę i rajstopy. Stopy miała nadal wsunięte w pikowane szare kapcie wykończone różowym puszkiem, które przy tym formalnym stroju wyglądały dość zabawnie. Adam pognał do łazienki. Chyba jednak w tym domu nie wypadało jeść śniadania w piżamie.
Ciotka przygotowała jajecznicę, parówki i sałatkę jarzynową. Adam prawie nie mógł jeść, miał zupełnie ściśnięte gardło. Tylko z grzeczności odkrawał malusieńkie kawałki parówki i wsuwał do ust.
- Nie smakuje ci?
- Pyszne, ciociu, po prostu jestem zdenerwowany - odpowiedział i przełknął ślinę. Miał wrażenie, że między ustami a przełykiem jest krata, przez którą można przepchnąć tylko bardzo małe kawałki jedzenia.
- Zdenerwowany? - Ciotka była zdziwiona. Adam pomyślał, że ona pewnie nigdy się niczym nie stresuje. Nie dziwiło go, że tak szybko została dyrektorką i piastowała to stanowisko już od kilkunastu lat. - Kto to widział tak się denerwować. Kto to widział śniadania nie zjeść. Dam ci więcej kanapek do szkoły. - Westchnęła. Adam cały czas miał poczucie, że ciotka jest nim rozczarowana. Przez chwilę jej twarz była nieprzyjazna i sroga, ale na moment jakby się ociepliła. - Już nie jedz, jak nie możesz - powiedziała. - I nie masz się czym martwić. To bardzo dobra szkoła, a twoja klasa też jest przyjemna. Miłe dzieciaki.
Adam uśmiechnął się w duchu. Pomyślał, że taki Kris czy Franc to na pierwszy rzut oka też miłe dzieciaki.
- A teraz chodź.
Wyciągnęła z szafki maszynkę i ostrzygła Adama znacznie krócej. Przypominał rekruta, jakby szedł do wojska, a nie do liceum. Bez loków wydawał się sobie dziwny, jakby to nie był on. Przeciągnął dłonią po króciutkim jeżyku, było to nawet przyjemne. Ale i tak czuł się tak, jakby coś stracił.
- Świetnie wyglądasz - oceniła ciotka. - Tak bardziej... męsko.
"Czy ona coś wie? Czegoś się domyśla?" - zastanawiał się Adam. A może ojciec opowiedział jej, jak na niego mówili w szkole? Pedał. Pedzio. Pedalski. Ciota. Bambi. Dziewczynka. Co jeszcze? Coś na pewno by się znalazło.
-
Zawsze podejrzewał, że coś jest z nim nie tak. Pojawiły się też sygnały od innych. Tak jakby wiedzieli o tym wcześniej niż on sam.
- Pobawimy się lalkami? - zapytała kiedyś jego siostra. Miała całą kolekcję Barbie i ubranek, ale bawili się nimi wspólnie. Czasem nawet wyjmował te lalki, kiedy jej nie było, i przebierał w spódniczki, bluzeczki i sukienki. Lubił to, choć już wtedy wiedział, że to nie jest zabawa dla chłopaka, że musi się z tym kryć.
- Ja będę Stefanią, a ty Ellen.
Nigdy nie zaproponowała, żeby był Kenem. Ani razu. Zwykle był Ellen, koleżanką Stefanii, z którą chodziła do kawiarni i rozmawiała o facetach. Nigdy się nie sprzeciwił. Jego siostra była starsza tylko o rok, ale wydawało mu się, jakby była dwa razy starsza i dwa razy mądrzejsza.
- Zobacz, Ellen - powiedziała Stefania głosem Marysi. - To moja suknia ślubna. Jutro biorę ślub z Johnem.
- Uhm - odpowiedziała cienkim głosem Ellen.
- Taką suknię będę kiedyś miała, naprawdę! - powiedziała siostra teraz już normalnym głosem. - A ty będziesz miał żonę? - zapytała. - Nie, ty nie będziesz miał żony, co, Adaś? - Zachichotała.
Nie wiedział, co odpowiedzieć i o co jej w ogóle chodzi. Miał tylko dziewięć lat i przyszłość jeszcze go nie interesowała.
Nawet teraz niewiele rozmyślał o tym, co będzie za kilka czy kilkanaście lat. Bardziej zajmowało go to, jak przetrwać najbliższe miesiące.
-
Razem wyszli z bloku. Była dopiero siódma, ale ciotka, jako dyrektorka, musiała być w szkole wcześniej. Pojechali jej autem. Adamowi było trochę głupio. "Czy jeśli mnie z nią zobaczą, nie znienawidzą mnie?" - pomyślał. Nie wiedział, czy była w szkole lubiana, ale szkolnej kadry nie lubiło się przecież z zasady, a krewni dyrektora zawsze byli podejrzani.
- Dzisiaj wyjątkowo cię podwożę - powiedziała nagle ciotka, jakby odgadując jego myśli. - Będziesz jeździł autobusem, albo nawet możesz chodzić na piechotę, to nie jest daleko, jeśli pójdziesz przez park. Ale dziś nie chciałam cię tak zostawiać. Oprowadzę cię po szkole.
Nie do końca potrafił rozgryźć, jaka ciotka naprawdę jest. Wydawała się surowa, ale czasem miała przebłyski empatii. Nie chciała go tak zostawiać? To było naprawdę miłe.
Zaparkowała samochód i z trudem się z niego wygramoliła, zupełnie jakby był dla niej za mały. Zauważył, że nie wzięła płaszcza.
- Nie zimno ci, ciociu? - Spróbował być troskliwy.
- To tylko kawałek - odparła. - Nie zdążę zmarznąć.
"Pewnie ta tusza ją grzeje" - pomyślał. Bo jemu było chłodno, choć mieli do pokonania zaledwie kilkadziesiąt metrów. Może po prostu był niewyspany i dlatego tak drżał? Po obcięciu włosów długo przewracał się pod kołdrą i nie mógł zasnąć.
A może trząsł się nie z zimna, tylko ze strachu.
"Szkoła jak szkoła" - ocenił, kiedy już weszli do środka. Wszystkie szkoły były przecież takie same, nie projektował ich Gaudi ani nikt, kto miałby jakąś oryginalną wizję. To pudełka, prostopadłościany z oknami w równych rzędach, szatnią w piwnicy i korytarzami, po których niesie się echo. Było coś przygnębiającego w tych szkolnych budynkach, coś, czego nie znosił od maleńkości, odkąd po raz pierwszy, jako siedmiolatek, wszedł do podobnego prostopadłościanu. Trudno w nich było znaleźć piękno, estetykę, której szukał. To też odróżniało go od innych. Kiedyś lubił przytulne i starannie urządzone wnętrza, ładne ubrania, kosmetyki... "Lubiłem?" - pomyślał. Lubił? Nagle złapał się na tym czasie przeszłym. "To wszystko, co kiedyś lubiłem..." - mówił jakiś głos w jego głowie. To należało do przeszłości. Musiało zostać odsunięte jak najdalej. Zniszczone.
Dziś włożył zwykłe dżinsy, te luźniejsze, bluzę, którą kupił mu ojciec, i adidasy. Nie będzie odróżniał się od innych uczniów. Ale i tak czuł lęk. Może to ma się wypisane na twarzy? Tak jak zmiany skórne przy zakażeniu wirusem HIV? Zrobiło mu się zimno. Tak bardzo pragnął, żeby się nie dowiedzieli.
Ciotka na szczęście nie dostrzegła jego emocji, bo zajęła się oprowadzaniem go po szkole i gadała bez ustanku.
- Tam jest pokój nauczycielski, trzeba pukać, szatnie oczywiście na dole, zresztą chodźmy tam, przecież ty się nie rozebrałeś! Tam są też szafki, ale musisz poczekać na przydział. Tym korytarzem idzie się do stołówki. Mamy katering, już zamówiłam dla ciebie na cały miesiąc, całkiem dobre jedzenie, da się przeżyć. Tu jest strefa relaksu. Tam biblioteka. Mamy świetny księgozbiór.
To akurat Adama ucieszyło.
Czuł, jak coraz bardziej wypełnia go lęk, bo do szkoły wchodzili już pierwsi uczniowie. Wcisnął głowę w ramiona i spróbował być niewidzialny.
Nagle spostrzegł, że na jednej z sof w strefie relaksu siedzi dziewczyna. Była drobna, miała półdługie czarne włosy i duże, szare oczy. Ładna, potrafił to ocenić, choć dziewczyny przecież niespecjalnie go pociągały. Ale w tej było coś takiego, co przykuło jego uwagę. Wyglądała na samotną albo zagubioną. Zupełnie tak jak on. Adam lekko się do niej uśmiechnął, a ona spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem, jakby się bała. "Ciekawe, czego się tak boi" - pomyślał i popatrzył na nią z ciekawością, ale ona już wbiła nos w komórkę.
Zeszli do szatni, a ciotka pokazała Adamowi tabliczkę z napisem 2B. "Jeszcze półtora roku" - pomyślał. Półtora roku tej tabliczki, tej szatni, tego korytarza, tej szkoły. Może to jakoś wytrzyma. Tylko musi być twardy. Zebrał się w sobie, głęboko odetchnął, a potem wszedł do szatni, w której zobaczył kilka osób, zapewne z jego nowej klasy, i głośnym, pewnym głosem oznajmił:
- Cześć. Jestem Adam. Będę w waszej klasie.
Cały drżał. Udało mu się na chwilę pokonać strach. Ale na jak długo? Nagle poczuł się tak, jakby ktoś wypompował z niego całą energię. Tak jakby wypowiedzenie tego jednego zdania pochłonęło kilka tysięcy kalorii.
W szatni na razie nie było tłoczno, tylko kilka kurtek wisiało na wieszakach. Boksy, z pomalowaną na cytrynową żółć siatką, z okratowanymi nie tylko bokami, ale i sufitem, sprawiały wrażenie dziwnego, psychodelicznego więzienia. Adam nie wiedział, dlaczego szatnie we wszystkich szkołach muszą być takie. W poprzedniej szkole była taka sama, tyle że krata miała kolor beżowy, a nie żółty, ale jedno licho. Ohydne to było.
Udało mu się poznać kilka osób z nowej klasy. Wysoka blondynka, piękna jak po Photoshopie, druga dziewczyna w kosmicznych, okrągłych okularach i dwóch wysokich chłopaków, jeden strasznie pryszczaty, drugi z długimi włosami.
- Jak ferie? - zapytał ten długowłosy.
- Weź. Lepiej nie mówić. Pojechaliśmy na narty do Austrii, ojciec pierwszego dnia złamał nogę, skomplikowane to się okazało, a mieliśmy słabe ubezpieczenie, musieliśmy wracać. Do kitu - opowiadał pryszczaty.
- Ja za to całymi dniami siedziałem nad historią. Czasem się zastanawiam, co robię w tym humanie. Może trzeba było iść na mat-fiz, tam jest przynajmniej jakiś konkret. Te wszystkie daty nie wchodzą mi do głowy - odpowiedział tamten.
- A komu wchodzą? - skomentowała okularnica.
"To ciekawe, w jaki sposób postrzegamy osoby, które widzimy po raz pierwszy - pomyślał Adam. - Zwykle poprzez jedną wyrazistą cechę, która według nas taką osobę definiuje". Okrągłe okulary, kolor włosów, pryszcze, jakiś element ubrania. Ciekawe, co pomyśleli o nim. Chudy? Z jeżykiem na głowie? Oby nie pomyśleli od razu wiadomo czego.
Ale chyba tak nie było, bo na razie wszyscy wyciągali do niego ręce, przedstawiali się. Okularnica to Anka, blondynka - Lea, pryszczaty to Kuba, a ten długowłosy - Mirek. Poznał już cztery osoby. Może nie będzie tak źle. Ale nagle Lea zapytała, wlepiając w niego swoje intensywnie zielone oczy:
- Dlaczego przeprowadziłeś się w połowie roku?
Musiał coś zmyślić na poczekaniu. Szkoda, że nie przygotował się lepiej.
- Ojciec uważał, że tam jest za słaby poziom, w tej szkole, do której chodziłem. No wiesz... ma co do mnie wygórowane ambicje. Boję się, że jego ambicje mogą jednak nie wytrzymać zbyt wysokiego poziomu. Jak jest tutaj?
- Okropnie! - parsknęła śmiechem Lea i zaczęła przypatrywać się Adamowi z uwagą. Przygryzła wargi, otworzyła szerzej oczy, przeczesała włosy palcami. Zarumienił się. Chciał w jakiś sposób jej pokazać, że nie powinna, bo on nie jest taki, albo raczej "jest nie taki", ale pohamował się i obdarzył ją uśmiechem. "Tak postępują faceci - pomyślał - czyż nie? Im więcej lasek kręci się wokół nich, tym lepiej".
- Zaprowadzicie mnie do klasy? - poprosił z taką pewnością siebie, o jaką nawet się nie podejrzewał.
Z tyłu spojrzał na tego Mirka. On mógł mieć długie włosy i nikomu tu chyba to nie przeszkadzało. Ani to, że nosi wąskie spodnie. Nagle podbiegła do niego jeszcze jedna dziewczyna i pocałowała go prosto w usta. Potem oderwała się od niego i spojrzała na Adama.
- A ty to kto?
- Adam - przedstawił się.
- Będzie chodził z nami do klasy - objaśniła Lea. Adam pomyślał, że zachowuje się, jakby chciała go zawłaszczyć.
- Emilka - powiedziała tamta. Ją akurat trudno było określić jednym słowem. Dopiero po chwili Adam zauważył, że dziewczyna ma malutki kolczyk w nosie, brylancik. Emilka, brylancik w nosie - starał się zapamiętać.
I już weszli do klasy, ale Emilka jeszcze się do niego odwróciła.
- Ciekawe, jak znalazło się tu dla ciebie miejsce? Przecież mamy komplet. Moja przyjaciółka chciała się tu przenieść, ale podobno nie było takiej możliwości.
Pomyślał, że lepiej powiedzieć im od razu, bo i tak się dowiedzą.
- Dyrektorka szkoły to moja ciotka.
Wlepili w niego oczy.
- Faszystka to twoja ciotka? - zapytali prawie chórem.
"Nazywają ją Faszystką?" - zdziwił się Adam.
Rozejrzał się po klasie. Nie wiedział, gdzie może usiąść, bo jeszcze nie było wszystkich, ale i tak zauważył, że pomieszczenie pęka w szwach. Przez chwilę ogarnęły go wyrzuty sumienia. Był nadprogramowy. Albo zabrał miejsce komuś innemu. Może na to nie zasłużył?
Stanął przy tablicy, czuł się trochę głupio, nie wiedział, co dalej. Weszła nauczycielka od przyrody, tak było przynajmniej w planie lekcji, że pierwsza lekcja w poniedziałek to przyroda. Horror tak zaczynać tydzień, przyroda to połączenie czterech przedmiotów, za którymi nie przepadał: fizyki, biologii, chemii i geografii. Niby miała to być taka nauka dla humanistów, ale z jego doświadczenia wynikało, że trzeba się znać na tym wszystkim naraz.
Nauczycielka nie wyglądała zbyt sympatycznie. Z krótkimi włosami nieokreślonego koloru, ubrana w szary sweterek i wąską czarną spódnicę za kolano przypominała wychudzonego wróbla. Miała zaciśnięte usta, na których nie widać było nawet cienia uśmiechu. Adam nie wiedział, czy powinien coś do niej powiedzieć. Że jest nowym uczniem? Ale tuż za nią weszła ciotka i wszyscy nagle stanęli na baczność. Dopiero teraz zauważył, że wcześniej nie wstali, że właściwie nic sobie nie robili z obecności nauczycielki.
- Dzień dobry. Siadajcie - powiedziała ciotka Adama surowym głosem. - Witajcie po feriach. Mam nadzieję, że miło je spędziliście i macie teraz siłę do nauki. To jest wasz nowy kolega, Adam Pękalski. Gdzie może usiąść?
"Pękalski, Pedalski, Pękalski, Pedalski" - odezwało się coś w jego głowie. Nie znosił tego nazwiska.
- Koło mnie jest wolne miejsce. - Usłyszał cichy głos.
Z początku w ogóle jej nie zauważył. Była dość niska i pomyślał, że z takim wzrostem nie powinna siedzieć w ostatnim rzędzie. W każdym razie dopiero teraz spostrzegł, że to ta dziewczyna, która siedziała na sofie.
Usiadł przy niej i zauważył, że Lea, blondynka, jest zła. Ale przecież nie siedziała sama. Tylko z... - próbował sobie przypomnieć. Tak, z Emilką, brylancik w nosie to Emilka. Trudno, żeby usiadł jej na kolanach. Lea coś teraz szeptała do Emilki, Adam pomyślał, że na pewno go obgadują, i znowu to poczuł. Lęk. A przecież nie wydarzyło się nic złego, właściwie to nawet został tu miło przyjęty, dlaczego więc to czuł?
Na szczęście zaczęła się lekcja i oderwała go od tych myśli.
- Jestem Magda, jakby co - powiedziała cicho ta dziewczyna.
- Adam.
- Wiem - odpowiedziała. I potem już milczała.
"Wygląda, jakby próbowała się skupić na słowach Chudej Wróblicy - pomyślał Adam. - Kujonka?".
Magda wcale nie próbowała skupić się na słowach nauczycielki. Po prostu nie chciała, żeby Adam zauważył, że zwróciła na niego uwagę, dlatego w ogóle nie patrzyła na niego, tylko wpatrywała się w tablicę. I tak nie rozumiała nic z wykładu, ale to nie miało żadnego znaczenia. Przez skórę czuła jego bliskość, siedzieli tak niedaleko siebie.
Nauczycielka pisała tak szybko, że kreda wypadła jej z ręki. Magda podskoczyła w ławce.
- Wszystko w porządku? - zapytał Adam.
- Tak, sorry, przestraszyłam się.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, a ona wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. Ale nie było jej do śmiechu. Bo właśnie to jej zostało po tamtym - strach. Cokolwiek: nagły, głośniejszy dźwięk, jakiś ruch, wszystko, co niespodziane i gwałtowne, powodowało u niej natychmiastowe palpitacje serca.
- Na pewno w porządku?
To było miłe. Ten chłopak wydawał się inny. Było w nim coś takiego, co przypominało Magdzie ją samą. Od razu poczuła, że coś ich łączy, choć nie wiedziała jeszcze co.
- Sęk. - Usłyszała nagle. - O czym myślisz?
- Ja... - Pochyliła głowę, zupełnie zrezygnowana. Poszła do tablicy jak skazaniec.
- Założenia darwinizmu. Proszę.
- No... W teorii ewolucji przetrwają tylko najsilniejsi. Darwin popłynął na statku Beagle...
- Nie pytam cię o to, na czym i dokąd popłynął Darwin. Rozwiń poprzednie zdanie.
- Ewolucja... polega na tym, że słabsi giną, a zostają najsilniejsi.
- To już powiedziałaś. Dlaczego w takim razie mamy i tygrysy, i mrówki? Przecież mrówki są słabe.
"Dlaczego ona tak się na mnie wyżywa? - pomyślała Magda. - Chyba dobrze to streściłam".
- Bo we wszechświecie jest miejsce dla wszystkich stworzeń?
Ktoś się zaśmiał. Nauczycielka westchnęła.
- Cóż. Twoja druga szansa. Nadużycia darwinizmu.
- Słucham? - Magda nie miała pojęcia, o co jej chodzi.
- Sęk w tym, że Sęk pękł. - Usłyszała szept.
Lea. Boże, jak bardzo ta dziewczyna jej nie znosiła! No dobra, miała powody. Magda czasem pragnęła, żeby Lei po prostu przeszło. Nie musiały się przecież przyjaźnić. Ale taka nienawiść?
A teraz... Przypomniało jej się, jak Lea spojrzała na nią, kiedy powiedziała, że obok niej jest miejsce. Lei podobał się Adam, ale nie usiadł przy niej.
Więc to o to chodzi? Przez chwilę Magda poczuła się lepiej. I niespecjalnie przejęła się jedynką, choć nadal uważała ją za niesprawiedliwą.
- Przykro mi - powiedział Adam, kiedy wróciła na miejsce. - Dość surowo cię oceniła...
- Ty jesteś nowy - powiedziała nagle Chuda Wróblica. - Proszę. Sprawdźmy, co potrafisz. Może ty powiesz nam na temat darwinizmu coś mądrzejszego niż koleżanka? Tylko darujmy sobie Beagle, zięby i tak dalej. Dlaczego istnieją i mrówka, i tygrys? To naprawdę jest proste pytanie.
Adam wstał i spróbował zebrać myśli.
- Konkurencja... jest raczej wewnątrz gatunku niż pomiędzy gatunkami. Czyli zostaną najlepsze mrówki i najlepsze tygrysy.
- No tak. Tak to można ująć. Co jest najważniejsze z punktu widzenia ewolucji?
- Przekazanie genów?
- Tak. A nadużycia?
- Ja... nie przerabialiśmy tego jeszcze w starej szkole.
- No to pomyśl.
- Wydaje mi się, że z tego punktu widzenia jednostki słabe powinny być eliminowane. Bo są jakby... niepotrzebne. Na przykład chorzy albo starzy. Albo ktoś, kto nie może mieć dzieci. Są lepsi i gorsi. To zawsze jest niebezpieczne.
- Brawo. Właśnie o to chodzi. Hasłami darwinizmu posługiwali się rasiści, a nawet antyszczepionkowcy. Eugenika czy homofobia też może się nimi karmić. Taki na przykład homoseksualizm - nie ma racji bytu, prawda? Skoro chodzi tylko o przekazanie genów?
Adamowi zrobiło się gorąco. Starał się z całej siły nie okazywać zdenerwowania.
- Oczywiście - powiedział. - Z tego punktu widzenia jest zupełnie bez sensu.
Wygrana.
- Darwinizm to świetny przykład, jak różne teorie można wykorzystać do poparcia własnych racji. Ale to bzdura. Oczywiście dla społeczeństw przekazywanie genów, a więc rozmnażanie się, jest sprawą kluczową, ale nie jedyną. Oprócz interesu biologicznego jest też warstwa społeczna.
"Skąd on tyle wie? - pomyślała Magda. - Jest nie tylko przystojny, jest też mądry".
I miły.
W każdym razie wyglądał na takiego. Ale czy Dominik nie wyglądał?
Pomyślała, że szkoda, że nie ma takiego skanera, którym można by prześwietlać ludzi na wylot.
Antonina Sopot na dźwięk dzwonka lekko podskoczyła. Powiodła wzrokiem po klasie. Od razu wszyscy się zerwali. Nie było ani jednej osoby, która żałowała, że ta lekcja się skończyła. Dlaczego ich to nie interesuje? Przecież rozmawiają o tak ważnych sprawach! Mogła się założyć, że nikt, albo prawie nikt na tej sali nie zna słowa "eugenika". Specjalnie go użyła. I czy któreś z nich podniosło rękę, żeby zapytać, co to znaczy? Nie! Skończą liceum i o niczym nie będą mieli pojęcia.
Próbowała ich zmusić do myślenia, ale równie dobrze mogłaby mówić do swoich kotów. Te przynajmniej słuchały, zamiast wyjmować pod stołem komórki i przesuwać obrazki na Facebooku. Im wszystkim wydaje się, że szkołę trzeba po prostu jakoś przetrwać. A potem wyrastają z nich dorośli, którym Darwin kojarzy się tylko z tym, że człowiek pochodzi od małpy. I którym wszystko można wmówić. Nic w tym kraju się nie zmieni, jeśli ludzie nie zaczną myśleć. Sądząc po tych tutaj, uczniach dobrego warszawskiego liceum ogólnokształcącego, sprawa była więcej niż beznadziejna.
Może ten nowy? Wygląda na bystrego. Ale to towarzystwo nie będzie go stymulowało intelektualnie, tego Antonina Sopot była zupełnie pewna.
- Siadajcie - powiedziała nauczycielka historii, która była też wychowawczynią tej klasy. Adam przyjrzał się jej i pomyślał, że nie trafił najgorzej. Kobieta była dość młoda, miała kręcone włosy do ramion. Nazywała się Bolesława Bolączka. Pomyślał o niej z sympatią. Pewnie w szkole miała przerąbane z takim imieniem i nazwiskiem. - Słyszałam, że mamy nowego ucznia? Miło mi cię poznać, Adamie. - Uśmiechnęła się. - Mam nadzieję, że zaaklimatyzujesz się w nowej klasie. Tak... jak wiecie, mamy teraz lekcję wychowawczą. Nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat organizacji tego semestru, odbiłam wam na karteczkach wszystkie daty, święta i tak dalej. Chcecie o coś zapytać?
Emilka podniosła rękę.
- Czy będzie jakaś wycieczka?
Nauczycielka westchnęła.
- Miałam plan, żeby zabrać was do Krakowa i Oświęcimia. Na razie nie dostałam zgody, bo już zrobiliśmy jedną wycieczkę jesienią. Kłopot w tym, że zaraz matura...
- Za ponad rok!
- No tak, ale dla dyrekcji to brzmi jak zaraz. Więc na razie pani dyrektor mówi, że raczej nie. Może przesuniemy tę wycieczkę na wrzesień. Ale będę walczyć!
"Zaraz matura? - pomyślał Adam. - Oni wszyscy chyba powariowali".
- Hej. W którą stronę idziesz? - zapytał Adam Magdę. Był już ubrany i właśnie zawiązywał szalik.
- Do autobusu. Ale... muszę coś jeszcze załatwić.
- No to do jutra - rzucił i wyszedł z szatni.
Bzdura. Niczego nie musiała załatwiać. Zrobiło jej się przykro. A gdyby szedł w jej stronę? Nie wiedziała, gdzie mieszkał, może niedaleko i mogliby pogadać po drodze? Ale to było zbyt duże ryzyko. Musiała poczekać, aż wszystko się uspokoi.
Dzisiaj rano miała wrażenie, że ją śledził.
Już dawno nie dawał znaku życia. Nie wiedziała, czy to oznacza, że dał sobie spokój, czy raczej, że zbiera siły i czeka na dogodny moment.
Adam żałował, że Magda musiała zostać w szkole. Pomyślał, że na razie nie ma dużo nauki, więc się przejdzie. W końcu powinien trochę poznać Warszawę. Wstyd, ale nawet nie bardzo wiedział, gdzie właściwie się znajduje. Włączył Google Maps i wgapił się w ekran.
- Zgubiłeś się? - Usłyszał nagle głos, a kiedy się obejrzał, dostrzegł tę blondynkę. Leę.
- Nie, po prostu patrzę, gdzie jestem. - Roześmiał się. - Chciałem iść na spacer.
- Po parku?
- Niekoniecznie, raczej po mieście.
- Aha - powiedziała Lea i zrobiła pauzę, jakby na coś czekała. - Jak pójdziesz do góry, to wyjdziesz na Puławską. Potem możesz iść w prawo, w stronę placu Unii.
Znów pauza.
- No dobra, to ja lecę - powiedziała i zarzuciła na ramiona żółty plecak z okrągłą aplikacją przedstawiającą liska. Adam przez chwilę zawiesił na nim wzrok.
"A tej co? Powiedziałem coś nie tak?" - pomyślał.
Lea szła krokiem szybszym niż zwykle. Nie wiadomo z jakiego powodu ogarnęła ją złość. Dlaczego nie zaproponował, żeby poszli gdzieś razem? Miał przecież okazję. "Cholera - pomyślała. - A może on jest nieśmiały? W sumie to chłopak z prowincji". Co nie zmieniało faktu, że wydawał jej się dziwny. Wyciągnęła telefon. "Zaproszę go do znajomych - postanowiła. - Co mi szkodzi".
Adam wyszedł na Puławską. Co prawda zmarzł mu nos i przez chwilę pomyślał, że może to nie jest najlepsza pogoda na spacer, bo było chyba minus dziesięć, ale bardzo, bardzo chciał choć trochę poznać okolicę. Usłyszał sygnał powiadomienia. Lea zaprasza go do znajomych? Zaakceptował i po namyśle zaczął szukać Magdy. Nie było jej wśród znajomych Lei, co wydało mu się dziwne, ale w końcu ją znalazł i wysłał zaproszenie. A potem uznał, że obie dziewczyny będą się z niego śmiać, że ma tak niewielu znajomych. I jeszcze, że jest szczęśliwy, że wreszcie kogoś poznał.
Nie był taki zły ten pierwszy dzień. Babka od przyrody jest całkiem spoko, wychowawczyni też.
Raźnym krokiem ruszył w prawo, w stronę tego placu, o którym mówiła Lea. Jak to się nazywało? Sprawdził. Plac Unii. Minął wielki budynek, który nazywał się Plac Unii City Shopping. Przed nim stało coś, co wyglądało jak czarny obelisk i było upstrzone nazwami firm. Mohito, Home&You, Empik. Empik to księgarnia. Wszystko inne było zagadką. "To pewnie jakieś centrum handlowe. Lea by wiedziała" - pomyślał i przez chwilę pożałował, że nie zaproponował, by przeszła się z nim. Po lewej stronie minął jakąś kawiarnię. Green Caffe Nero. Zawrócił. Wejdzie do środka, zobaczy.
Wnętrze było całkiem przytulne. Za ladą leżały kanapki i jakieś ciasta. Tort bezowy dwanaście pięćdziesiąt. Quiche ze szpinakiem i serem dwanaście. Nie wiedział, co to, ale wyglądało smakowicie. Poczuł, jak ślinka napływa mu do ust. Tylko te ceny! Spojrzał na czarną tablicę. Americana z mlekiem też dwanaście pięćdziesiąt. Kurczę, ale drogo. Gdyby miał kupić kawę i coś jeszcze, musiałby wydać prawie trzy dychy! A dostawał stówę kieszonkowego na cały miesiąc.
Przy stolikach siedziało mnóstwo ludzi, większość wyglądała na studentów, ale byli też tacy w jego wieku. Mieli laptopy i zeszyty. Pewnie często tu przychodzą. Jak to możliwe, że ich na to stać? Przez chwilę się zawahał. Było tu tak ciepło i miło... Mógłby nawet tu posiedzieć i się pouczyć. Ale nie, szkoda forsy. Nie wiadomo, może będzie jej potrzebował na coś innego.
Na dźwięk jadącego Puławską tramwaju aż podskoczył. "Numer cztery - przeczytał. - Wyścigi". Wyścigi? Co to jest? Będzie musiał sprawdzić w domu. Mocniej otulił się szalikiem, zaczepiając o uszy. Hałas zaczynał go drażnić.
Pomyślał, że ludzie, którzy mieszkają w budynkach przy samej ulicy, chyba w ogóle nie śpią w nocy. Chociaż w nocy pewnie tramwaje nie jeżdżą.
Następny tramwaj. Metro Młociny. Hm. Metrem też jeszcze nie jechał. Tyle do zrobienia, tyle do nauczenia się. Po obu stronach Puławskiej ciągnęły się rzędy sklepików i knajpek. Znów czytał menu. Pho. Ramen. Chaczapuri. Caprese. Prosecco.
Poczuł się zmęczony, jak podróżnik w obcym kraju, który nie rozumie jego kultury ani języka. Równie dobrze mógłby pojechać do Chin. Wyciągnął notes, ten od siostry, i zaczął zapisywać. "Trzeba do tego podejść jak do słówek z hiszpańskiego - pomyślał. - Po prostu się tego wszystkiego nauczyć".
Wszedł pod jakieś wielkie kolumny i minął galerię. Przez chwilę zapatrzył się na wiszące w środku obrazy. Jeden z nich przedstawiał trzęsącego się na zimnie kloszarda. Uśmiechnął się i zrobił zdjęcie. Po namyśle przesłał je Lei. Wysłałaś mnie na biegun - napisał. LOL - odpisała. Zobaczył, że Magda zaakceptowała jego zaproszenie, więc i jej wysłał to zdjęcie. To ja. Właśnie poznaję Warszawę. Jestem pod jakąś galerią i znalazłem swój portret!
Po chwili odpisała: Fajnie. Tylko nie zamarznij na kamień!
Mocno biło mu serce i trzęsły mu się ręce. "Może to tak trzeba, małymi kroczkami" - pomyślał. A potem poczuł się naprawdę zmarznięty, więc znów odpalił Google Maps i zawrócił w stronę domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki