Wstęp. Sekretny język lęku
Wstęp
Sekretny język lęku
W ciemny czas wzrok powraca...
Theodore Roethke, In a Dark Time, tłum. Stanisław Barańczak
Książka ta jest owocem podróży, która zaprowadziła mnie na koniec świata
i z powrotem do domu, do korzeni, a także dała początek pracy, o jakiej
nawet mi się nie śniło, kiedy wyruszałem w drogę. Przez ponad
trzydzieści lat pracowałem z osobami cierpiącymi na depresję, stany
lękowe, choroby przewlekłe, fobie, obsesje, PTSD i inne zaburzenia.
Często trafiały do mnie osoby pozbawione nadziei i zawiedzione tym, że
mimo lat psychoterapii, przyjmowania leków i innych interwencji nie
udało się im odkryć źródła cierpienia ani go ukoić.
Dzięki moim doświadczeniom, szkoleniom i praktyce klinicznej nauczyłem
się, że odpowiedzi należy szukać nie tylko w swojej własnej historii,
lecz także w historiach rodziców, dziadków, a nawet pradziadków.
Najnowsze badania naukowe, które trafiają dziś na pierwsze strony gazet,
również mówią o tym, że efekty traumy mogą być przekazywane z pokolenia
na pokolenie. Spuścizna ta nazywana jest "dziedziczoną traumą rodzinną"
i pojawiają się coraz to nowe dowody potwierdzające istnienie tego
zjawiska. Ból nie zawsze przemija lub zmniejsza się z czasem. Nawet
jeśli osoba, która doświadczyła traumy, już nie żyje, a jej historię
skrywają lata milczenia, w jej potomkach mogą żyć wspomnienia i odczucia, które domagają się przepracowania i uwolnienia.
Jak to się dzieje? Z tej książki dowiesz się, że wspomnienia traumy
zostają utrwalone w plemnikach i komórkach jajowych naszych rodziców
oraz dziadków. Odczucia i doznania związane z traumą -?w szczególności
zaś reakcja na stres i sposób ekspresji genów -?mogą zostać przekazane
przedstawicielom następnych pokoleń i mieć na nich podobny wpływ, nawet
jeśli oni sami nie doświadczyli traumy. W rezultacie możemy przyjść na
świat ze zmodyfikowanymi mózgami, które biologicznie przygotowują nas do
radzenia sobie z traumami podobnymi do tych, które przeżyli rodzice i dziadkowie.
Książka ta jest syntezą obserwacji, które poczyniłem jako dyrektor
Family Constellation Institute w San Francisco oraz najnowszych odkryć
neurobiologii, epigenetyki i badań nad językiem. Jest również wynikiem
szkoleń, jakie odbyłem u Berta Hellingera, uznanego niemieckiego
psychoterapeuty, który w swoim podejściu do pracy terapeutycznej z rodziną pokazywał psychologiczny i fizyczny wpływ dziedziczonej traumy
rodzinnej na następne pokolenia.
Istotą mojej pracy jest zakończenie cyklu cierpienia powtarzającego się
w kolejnych generacjach i o tym opowiada ta książka. Znaczna jej część
poświęcona została rozpoznawaniu dziedziczonych wzorców -?lęków, uczuć,
zachowań -?które nieświadomie przejęliśmy od swoich przodków. Dlaczego
tak się dzieje? W moim przekonaniu dlatego, że historia, która
potrzebuje opowiedzenia, musi zostać opowiedziana. Pozwólcie, że
podzielę się własną.
Nie zamierzałem stworzyć metody, która pomoże wyjść z lęku i strachu.
Wszystko zaczęło się dnia, gdy straciłem wzrok. Wydarzyło się to podczas
mojego pierwszego ataku migreny ocznej. Nie doznawałem fizycznego bólu,
byłem pogrążony w przerażającej czarnej otchłani, która odebrała mi
wzrok. Miałem trzydzieści cztery lata i po omacku krążyłem po biurze,
szukając na telefonie numeru 911. Wkrótce przyjechała karetka.
Migrena oczna to ogólnie nic poważnego. Pogorszenie wzroku ustępuje
zwykle po godzinie. Nie zawsze jednak masz tego świadomość, kiedy cię
spotyka. W moim przypadku migrena oczna była dopiero początkiem. W kolejnych tygodniach zacząłem tracić wzrok w lewym oku. Twarze i znaki
drogowe wkrótce zupełnie się rozmazały.
Lekarze poinformowali mnie, że cierpię na centralną retinopatię
surowiczą -?chorobę, której nie można wyleczyć, a jej przyczyna nie jest
znana. Płyn zbiera się pod siatkówką, a potem zaczyna wyciekać, co
powoduje powstawanie blizn i rozmazywanie się obrazu. Znalazłem się
wśród pięciu procent osób, u których choroba przyjmuje postać chroniczną
i które w jej wyniku stracą wzrok. Powiedziano mi, że choroba dotknie
obojga oczu. Było to tylko kwestią czasu.
Lekarze nie potrafili mi powiedzieć, ani dlaczego tracę wzrok, ani jak
można to zatrzymać. Wszystko, czego próbowałem na własną rękę -
witaminy, diety składające się z samych soków, masaże medycyny
alternatywnej -?zdawało się tylko pogarszać sprawę. Byłem zupełnie
zagubiony. Mój największy strach właśnie się materializował, a ja nie
mogłem nic z tym zrobić. Niewidomy, pozbawiony możliwości zatroszczenia
się o siebie, zupełnie sam, rozpadłbym się na kawałki. Byłby to dla mnie
koniec. Czułem, że stracę wolę życia. Zostanę unicestwiony.
Przeżywałem ten scenariusz w głowie, ciągle do niego wracałem. Im więcej
o nim myślałem, tym mocniej uczucie bezradności zakorzeniało się w moim
ciele. Tonąłem w bagnie. Za każdym razem, kiedy próbowałem się z niego
wydobyć, powracały myśli, że będę żył samotny, bezradny, zniszczony i unicestwiony. Nie wiedziałem wtedy, że słowa "samotny", "bezradny",
"zniszczony" i "unicestwiony" są wyrazami mojego osobistego języka lęku.
Stanowiły echa traum, do których doszło w mojej rodzinie, zanim
przyszedłem na świat. Nieoswojone i nieokiełznane rozpędzały się w mojej
głowie i grzechotały w ciele.
Zastanawiałem się, jak to się stało, że nadałem myślom taką moc. Inni
cierpieli na trudności znacznie większe niż moje, a jednak nie poddawali
się im całkowicie. Co takiego było we mnie, że strach zupełnie mnie
pochłonął? Dopiero wiele lat później udało mi się odpowiedzieć na te
pytania.
Wtedy potrafiłem jedynie odejść. Odszedłem ze związku, odszedłem od
rodziny, odszedłem z pracy i z miasta, porzuciłem wszystko, co znałem.
Poszukiwałem odpowiedzi, których nie mogłem znaleźć w świecie, w którym
żyłem, świecie, gdzie wielu ludzi było zagubionych i nieszczęśliwych.
Miałem tylko pytania i niewiele chęci, żeby dalej żyć życiem, jakie
znałem. Przekazałem swoją firmę (dobrze prosperujące przedsiębiorstwo
zajmujące się organizacją eventów) komuś, kogo dopiero poznałem, i wyruszyłem na wschód -?tak bardzo na wschód, jak tylko się dało -?aż
dotarłem do Azji Południowo-Wschodniej. Poszukiwałem uzdrowienia. Nie
miałem pojęcia, jak będzie wyglądało.
Czytałem książki i uczyłem się od nauczycieli, którzy je napisali. Kiedy
tylko słyszałem o kimś, kto mógłby mi pomóc -?o starej kobiecie w chatce
lub roześmianym mężczyźnie w habicie -?szedłem na spotkanie. Dołączałem
do warsztatów i śpiewałem z guru. Jeden z nich powiedział nam, że chce,
by otaczali go wyłącznie "ci, którzy znaleźli". Poszukujący, powiedział,
będą zawsze tylko poszukiwać.
Chciałem być "tym, który znalazł". Codziennie godzinami medytowałem.
Odbywałem kilkudniowe głodówki. Przyrządzałem napary z ziół i walczyłem
z toksynami, które -?jak sobie wyobrażałem -?zalegały w moich tkankach.
Tymczasem mój wzrok cały czas się pogarszał, a depresja pogłębiała.
Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że kiedy próbujemy uniknąć odczuwania
bólu, często przedłużamy jego trwanie. Jest to świetna recepta na
niekończące się cierpienie. W samym akcie szukania jest też coś, co
odcina nas od tego, co chcielibyśmy znaleźć. Ciągłe poszukiwanie na
zewnątrz uniemożliwia zorientowanie się, że wartościowy proces toczy się
wewnątrz nas samych, przegapimy go jednak, jeżeli nie skierujemy uwagi
do środka.
"Czego nie chcesz zobaczyć?" -?ponaglali uzdrowiciele, domagając się,
żebym spojrzał głębiej. Skąd mogłem wiedzieć? Byłem pogrążony w ciemności.
Pewien guru w Indonezji trochę rozjaśnił ten mrok, gdy zapytał: "Za kogo
się uważasz, że miałbyś nie mieć problemów z oczami?". Ciągnął: "Być
może uszy Johana nie słyszą tak dobrze jak uszy Gerharda, a płuca Elizy
nie są równie silne jak płuca Grety. Dietrich nie chodzi równie sprawnie
jak Sebastian" (wszyscy uczestnicy tego treningu byli Holendrami albo
Niemcami i zmagali się z różnymi przewlekłymi chorobami). Coś do mnie
dotarło. Miał rację. Kim byłem, żeby nie mieć problemów z oczami?
Niezgoda na rzeczywistość była z mojej strony arogancją. Czy mi się to
podobało, czy nie, na siatkówce miałem blizny i widziałem nieostro, ale
w głębi -?w "ja", które było pod tym wszystkim -?zacząłem odczuwać
spokój. Powoli to, jak się czułem, przestało zależeć całkowicie od tego,
jak czuło się moje oko.
W celu pogłębienia nauki guru kazał nam przez siedemdziesiąt dwie
godziny -?trzy dni i trzy noce -?z zasłoniętymi oczami i zatkanymi
uszami medytować na małej poduszce. Każdego dnia dostawaliśmy niewielką
miskę ryżu i wodę do picia. Nie wolno nam było spać, wstawać, kłaść się
ani komunikować ze sobą. Żeby pójść do łazienki, trzeba było podnieść
rękę i było się eskortowanym w ciemności do dziury w ziemi.
Dzięki głębokiej obserwacji umysłu mieliśmy dostrzec, jak jest szalony.
Spostrzegłem, jak mój umysł nieustannie kpi ze mnie, podsuwając mi
najgorsze możliwe scenariusze oraz złudzenie, że jeżeli tylko będę się
wystarczająco intensywnie martwił, uda mi się uniknąć tego, czego
najbardziej się boję.
Po tym i podobnych doświadczeniach zacząłem w środku widzieć trochę
jaśniej. Jednak stan mojego oka wcale się nie poprawił, wyciekanie płynu
i bliznowacenie nie ustały. Kłopoty ze wzrokiem są wspaniałą metaforą na
wielu poziomach. W końcu zrozumiałem, że nie chodzi o to, co widzę, a czego nie widzę, tylko raczej o sposób, w jaki widziałem rzeczy. Ale to
nie wtedy wszystko się zmieniło.
Dopiero w trzecim roku "poszukiwania wizji" dostałem wreszcie to, czego
szukałem. Dużo wówczas medytowałem. Depresja prawie się skończyła.
Spędzałem niezliczone godziny na byciu ze swoim oddechem i doznaniami
płynącymi z ciała. To było łatwe.
Któregoś dnia czekałem w kolejce na satsang -?spotkanie z mistrzem
duchowym. Czekałem już kilka godzin, ubrany w białą szatę, którą nosili
wszyscy w świątyni. Wreszcie nadeszła moja kolej. Oczekiwałem, że mistrz
dostrzeże moje zaangażowanie. Zamiast tego spojrzał głęboko we mnie i zobaczył to, czego sam nie widziałem. "Wracaj do domu", powiedział.
"Wracaj do domu i zadzwoń do matki i ojca".
Co? Byłem wściekły. Aż zadrżałem ze złości. Najwyraźniej zupełnie mnie
nie zrozumiał. Nie potrzebowałem już przecież rodziców. Przerosłem ich.
Zostawiłem ich za sobą już dawno, zamieniłem na lepszych, boskich,
duchowych rodziców -?nauczycieli, guru, mądrych mężczyzn i kobiety,
którzy prowadzili mnie na drodze do oświecenia. W dodatku byłem
przekonany, że dzięki kilkuletniej terapii i podarciu kartonowych
figurek przedstawiających moich rodziców udało mi się "uleczyć" moją
relację z nimi. Postanowiłem zignorować więc radę mistrza.
A jednak coś we mnie utkwiło. Nie mogłem zapomnieć o tym, co powiedział.
Zacząłem wreszcie rozumieć, że żadne doświadczenie nie idzie na marne.
Wszystko, co się nam przydarza, ma wartość, nawet jeśli nie potrafimy
jej od razu docenić. Wszystko, co nas spotyka, w końcu dokądś nas
prowadzi.
Chciałem jednak nadal trwać w iluzji dotyczącej poczucia, kim jestem.
Byłem osobą zaawansowaną w praktyce medytacji i mocno się tego
trzymałem. Postanowiłem zatem spotkać się z innym mistrzem duchowym,
takim, który -?jak sądziłem -?będzie potrafił wszystko naprawić.
Inspirował setki ludzi dziennie swoją nieziemską miłością. Byłem pewien,
że zobaczy we mnie głęboko uduchowioną osobę, za jaką się uważałem.
Znowu czekałem cały dzień, żeby wreszcie znaleźć się na początku
kolejki. A potem stało się to samo. Znów. Raz jeszcze usłyszałem
dokładnie te same słowa: "Zadzwoń do rodziców. Wróć do domu i pogódź się
z nimi".
Tym razem usłyszałem, co zostało powiedziane.
Wielcy nauczyciele wiedzą. Wielkich nauczycieli nie obchodzi, czy
wierzysz w ich naukę, czy nie. Mówią o prawdzie, a potem zostawiają cię
samego, żebyś odkrył własną prawdę. Adam Gopnik w książce Through the
Children's Gate pisze o różnicy między guru a nauczycielami: "Guru
ofiarowuje nam siebie i swój system, nauczyciel daje nam lekcję i oddaje
sobie samym".
Wielcy nauczyciele rozumieją, że to, skąd przychodzimy, wpływa na to,
dokąd idziemy, i że nierozwiązane sprawy z przeszłości wpływają na naszą
przyszłość. Wiedzą, że rodzice są ważni, niezależnie od tego, jakimi
byli dla nas rodzicami. Nie da się tego obejść: historia rodziny to
nasza historia. Czy nam się to podoba, czy nie, nosimy ją w sobie.
Niezależnie od historii, jaką sobie o nich opowiadamy, nie możemy
rodziców wymazać ani wyrzucić z siebie. Są w nas, a my jesteśmy ich
częścią -?nawet jeżeli nigdy ich nie poznaliśmy. Odrzucenie rodziców
oddala nas tylko od samych siebie i zwiększa cierpienie. Tych dwóch
nauczycieli potrafiło to zobaczyć. Ja nie. Moja ślepota była
jednocześnie faktyczna i metaforyczna. Zacząłem się budzić i uświadamiać
sobie, jak wielki bałagan zostawiłem w domu.
Przez wiele lat byłem bardzo surowy w ocenie moich rodziców. Uważałem,
że jestem dużo bardziej ludzki i wrażliwy od nich. Winiłem ich za
wszystko, co nie podobało mi się w moim życiu. Teraz musiałem do nich
wrócić, żeby odzyskać to, czego mi brakowało -?wrażliwość. Zacząłem
rozumieć, że moja zdolność przyjmowania miłości od innych ludzi jest
powiązana z moją zdolnością przyjmowania miłości od mojej matki.
Przyjęcie jej miłości nie było jednak łatwe. Nasza relacja była bardzo
trudna, a gdy matka próbowała mnie objąć, czułem, jakby zaciskała mnie
pułapka na zwierzę. Moje ciało zwierało się, próbując stworzyć pancerz,
którego matka nie będzie w stanie przeniknąć. Ten ból wpływał na każdy
aspekt mojego życia, przede wszystkim na moją zdolność bycia otwartym w związku.
Matka i ja potrafiliśmy miesiącami nie rozmawiać ze sobą. Kiedy już
rozmawialiśmy, zawsze udawało mi się słowami albo przez język ciała
odrzucić ciepłe uczucia, które próbowała mi okazać. Byłem chłodny i zdystansowany. Oskarżałem ją o niezdolność widzenia i słuchania mnie.
Tkwiliśmy w emocjonalnym ślepym zaułku.
Postanowiwszy naprawić naszą relację, zarezerwowałem lot do domu, do
Pittsburgha. Nie widziałem matki od kilku miesięcy. Kiedy zbliżałem się
do celu, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Nie byłem pewien, czy naszą
relację da się naprawić, wypełniały mnie różne uczucia. Byłem
przygotowany na najgorsze i odgrywałem w myślach czarny scenariusz:
matka mnie przytuli, a ja, chociaż pragnąłem poczuć się miękki w jej
ramionach, zrobię coś zupełnie odwrotnego i zmienię się w kamień.
I tak się mniej więcej stało. Matka uścisnęła mnie, co zniosłem z trudem, ledwo mogłem oddychać. Poprosiłem jednak, żeby nie przestawała
mnie obejmować. Chciałem poznać od środka reakcję swojego ciała, poczuć,
gdzie zaczynały się opór i napięcie, odczuć, co się ze mną dzieje,
zobaczyć, jak się zamykam. Były to nowe informacje. Widziałem, jak to
samo działo się w moich związkach. Ale tym razem postanowiłem nie
odchodzić. Zamierzałem uleczyć tę ranę w miejscu, gdzie się otworzyła.
Im dłużej mnie obejmowała, tym bardziej czułem, że eksploduję.
Odczuwałem fizyczny ból. Po chwili zamienił się w odrętwienie, które
przeszło z powrotem w ból. A potem, po paru minutach, coś odpuściło. W klatce piersiowej i brzuchu poczułem drżenie. Zacząłem mięknąć i w kolejnych tygodniach miękłem coraz bardziej.
Podczas jednej z wielu rozmów, które w tamtym czasie odbyliśmy, matka
opowiedziała mi o wydarzeniu, do którego doszło, gdy miałem niecałe dwa
lata. Z powodu operacji pęcherza mama musiała iść do szpitala na trzy
tygodnie. Ta wiadomość pozwoliła mi ułożyć w całość fragmenty układanki.
Gdy matka i ja zostaliśmy rozdzieleni, w moim ciele zrodziło się
napięcie, którego nie byłem świadomy. Kiedy wróciła do domu, nie ufałem
już jej trosce. Zamknąłem się na nią. Odepchnąłem ją wtedy i odpychałem
przez kolejnych trzydzieści lat. Lęk przed samotnością w końcu zaczął
nabierać sensu.
Jeszcze jedno wydarzenie z wczesnego dzieciństwa mogło obudzić strach,
że moje życie może nagle zostać zrujnowane -?strach, który stale mi
towarzyszył. Matka opowiedziała mi, że mój poród był bardzo trudny i lekarz musiał użyć kleszczy. W rezultacie porodu kleszczowego skóra
mojej głowy była posiniaczona, a czaszka lekko odkształcona, co przy
tego typu porodach zdarza się często. Matka opowiedziała mi ze skruchą,
że przez to, jak wyglądałem, z początku trudno jej było mnie przytulić.
Ta historia wywołała we mnie głęboki oddźwięk i pomogła mi zrozumieć
uczucie rozpaczy, które tak głęboko we mnie tkwiło. Traumatyczne
wspomnienia z porodu, które zapisały się w moim ciele, wychodziły na
powierzchnię szczególnie wtedy, gdy sam musiałem "urodzić" jakiś nowy
projekt lub wystąpić przed publicznością.
A potem zdarzyło się coś, co wstrząsnęło mną do głębi. Z jednej z ostatnich rozmów z matką przed jej śmiercią dowiedziałem się, że przez
całą ciążę celowo staczała się ze schodów na brzuchu, licząc na
samoistne poronienie. Oniemiałem i nie byłem w stanie odpowiedzieć.
Powietrze w moich płucach nie chciało uformować się w słowa. Teraz
zrozumiałem, skąd wzięło się słowo "unicestwiony". Właśnie to działo się
ze mną w łonie matki.
Samo zapoznanie się z tymi zdarzeniami przepełniło mnie spokojem, a ponadto w zaskakujący sposób zbliżyło z moją matką.
Zbliżyłem się też do ojca, a stało się to tak: od rozwodu rodziców,
kiedy miałem trzynaście lat, ojciec mieszkał samotnie w małym,
zrujnowanym mieszkaniu, którego nigdy nie chciało mu się wyremontować,
chociaż był emerytowanym sierżantem marynarki i pracownikiem budowlanym.
Stare narzędzia, śruby, gwoździe, zwoje taśm elektrycznych i klejących
walały się jak zawsze po pokojach i korytarzach. Kiedy staliśmy obok
siebie pośrodku oceanu zardzewiałego metalu, powiedziałem mu, jak bardzo
za nim tęskniłem. Słowa rozpłynęły się w przestrzeni. Ojciec nie miał
pojęcia, co z nimi zrobić.
Zawsze pragnąłem bliskiej relacji z ojcem, ale żaden z nas nie potrafił
jej stworzyć. Jednak tym razem kontynuowaliśmy rozmowę. Powiedziałem mu,
że go kocham i że jest dobrym ojcem. Opowiedziałem mu o rzeczach, które
dla mnie robił, gdy byłem mały. Czułem, że mnie słucha, chociaż mogłoby
się wydawać, że jest inaczej, ponieważ wzruszał ramionami i próbował
zmienić temat. Przez kilka tygodni mówiłem do niego i dzieliłem się
wspomnieniami. Aż wreszcie któregoś dnia podczas lunchu spojrzał mi
prosto w oczy i powiedział: "Nigdy nie sądziłem, że mnie kochasz". Z trudem złapałem oddech. Jasne było, że w nas obu pojawił się wielki ból.
I nagle otworzyły się nam serca. Czasami serce musi pęknąć, żeby mogło
się otworzyć. W końcu zaczęliśmy okazywać sobie miłość. Zobaczyłem
skutki zaufania nauczycielom i powrotu do domu, gdzie pojednałem się z rodzicami.
Po raz pierwszy, odkąd sięgałem pamięcią, pozwalałem sobie na
przyjmowanie od rodziców miłości i troski -?nie takich, jakie
wyobrażałem sobie, że powinny być, tylko takich, jakie potrafili dawać.
Byli tymi samymi rodzicami co zawsze. Różnica była we mnie. Zacząłem ich
kochać.
Wczesne zdarzenia związane z moją matką i mną, w połączeniu z podobnymi
traumami, które odziedziczyłem wraz z historią rodzinną -?troje z moich
dziadków wcześnie straciło matki, zaś babcia w niemowlęctwie straciła
ojca (a wraz z nim uważność i troskę pogrążonej w żałobie matki) -
przyczyniły się do powstania mojego języka lęku. Słowa "samotny",
"bezradny", "zniszczony" czy "unicestwiony" i towarzyszące im uczucia
powoli traciły nade mną moc. Dostałem nowe życie, którego istotną
częścią była odmieniona relacja z rodzicami.
Moja matka odeszła jakiś czas po ukazaniu się pierwszego wydania tej
książki. Niemniej przez kilka ostatnich dekad jej życia udało się nam
odbudować ciepłą relację. Jej miłość, którą odbierałem kiedyś jako
inwazyjną i niewolącą, teraz przynosiła mi spokój i pokrzepienie.
Miałem również szczęście doświadczyć szesnastu lat bliskości z ojcem,
zanim zmarł. To od mojego ojca, który przez ostatnie cztery lata życia
cierpiał na demencję, nauczyłem się najwięcej o kruchości i miłości.
Udało nam się spotkać w tym miejscu, poza myślami, poza umysłem, gdzie
istnieje już tylko najgłębsza miłość.
Podczas podróży spotkałem wielu wybitnych nauczycieli. Jednak kiedy
patrzę w przeszłość, to moje oko -?moje zmęczone, przepełniające mnie
przerażeniem oko -?kazało mi odbyć podróż na drugi koniec świata, wrócić
stamtąd do rodziców i przez gąszcz rodzinnych traum dotrzeć do własnego
serca. To moje oko okazało się, ostatecznie, najlepszym ze wszystkich
nauczycieli.
Gdzieś po drodze przestałem się w ogóle zajmować okiem i tym, czy jest z nim lepiej, czy gorzej. Nie oczekiwałem już, że będę znowu wyraźnie
widział. Z jakiegoś powodu straciło to znaczenie. Niedługo później wzrok
powrócił. Nie oczekiwałem tego. Nawet nie było to mi już potrzebne.
Potrafiłem czuć się dobrze niezależnie od stanu mojego oka.
Dzisiaj mój wzrok dostaje 20 punktów w dwudziestopunktowej skali,
chociaż mój okulista zaklina się, że przy tej liczbie blizn na siatkówce
nie powinienem wcale widzieć. Kręci głową i twierdzi, że jakimś sposobem
światło musi iść rykoszetem i obchodzić dołek środkowy, centralne
miejsce siatkówki. Jak w wielu opowieściach o wyleczeniu i przemianie,
to, co początkowo wydawało się wrogiem, okazało się ostatecznie
największym sprzymierzeńcem. Chociaż szukałem odpowiedzi na najdalszych
krańcach ziemi, okazało się, że to, co miało mnie uzdrowić, nosiłem w sobie.
Zdrowienie to praca wewnętrzna. Na szczęście moi nauczyciele
zaprowadzili mnie z powrotem do rodziców i do siebie samego, do domu. Po
drodze odkryłem historie rodzinne, które przyniosły mi ukojenie.
Wdzięczność i uczucie bycia wolnym spowodowały, że postanowiłem uczynić
swoją misją pomaganie innym w odkrywaniu dla siebie tej wolności.
* * *
Do świata psychologii trafiłem przez język. Testy, teorie i modele
zachowań nie interesowały mnie ani na studiach, ani w pracy klinicznej.
Zamiast tego słyszałem język. Wypracowałem sposoby słuchania i nauczyłem
się słyszeć, co ludzie tak naprawdę mówią, kiedy narzekają i opowiadają
te same historie. Nauczyłem się pomagać im zidentyfikować słowa, które
prowadziły do źródła cierpienia. I chociaż niektórzy teoretycy twierdzą,
że język zanika w czasie traumy, wielokrotnie widziałem, że nie jest
stracony. Błąka się w podświadomości, czekając, aż zostanie z powrotem
odkryty.
Nieprzypadkowo uważam język za potężne narzędzie w leczeniu. Odkąd
sięgam pamięcią, język był moim nauczycielem, sposobem organizowania i rozumienia świata. Zacząłem pisać wiersze, gdy byłem nastolatkiem, i jestem skłonny rzucić wszystko (no, prawie wszystko), kiedy poczuję, że
jakiś nowy język potrzebuje się narodzić. Wiem, że dzięki mojemu oddaniu
językowi doświadczyłem rzeczy, których inaczej nie mógłbym doznać. Dla
mojego własnego procesu zidentyfikowanie słów "samotny", "bezradny",
"zniszczony" i "unicestwiony" było kluczowe.
Wychodzenie z traumy pod wieloma względami przypomina pisanie wiersza.
Obie czynności wymagają właściwego momentu, odpowiednich słów i obrazów.
Gdy spełniają się wszystkie warunki, pojawia się coś pełnego znaczenia,
co można odczuć w ciele. Do zdrowienia konieczne jest odpowiednie tempo.
Jeżeli zbyt szybko dojdziemy do obrazu, możemy nie być gotowi go
przyjąć. Jeżeli za wcześnie usłyszymy słowa, które mają nas ukoić,
możemy nie być gotowi, aby je usłyszeć. Jeżeli słowa nie są precyzyjne,
możemy je zlekceważyć albo po prostu nas nie poruszą.
W praktyce nauczyciela i prowadzącego warsztaty łączę metody i narzędzia, które poznałem w czasie szkoleń dotyczących dziedziczenia
traumy z wiedzą na temat kluczowej roli języka. Nazywam to pracą z wewnętrznym językiem (ang. core language approach). Za pomocą
konkretnych pytań pomagam ludziom odkryć głęboką przyczynę gnębiących
ich objawów fizycznych i emocjonalnych. Odnalezienie właściwego języka
nie tylko wydobywa traumę, lecz także daje narzędzia i obrazy potrzebne
do zdrowienia. Widziałem, jak dzięki tej metodzie głęboko zakorzenione
wzory depresji, lęku i pustki zmieniały się w chwili wglądu.
W podróży prowadzi nas język -?ukryty język naszych zmartwień i lęków.
Ten język może być z nami przez całe życie. Może pochodzić od naszych
rodziców lub jeszcze wcześniej, od pokoleń naszych pradziadków. Nasz
wewnętrzny język (ang. core language) domaga się wysłuchania. Kiedy
pójdziemy tam, dokąd prowadzi, i wysłuchamy jego opowieści, ujawni się
jego moc rozpraszania naszych najgłębszych lęków.
Prawdopodobnie spotkamy po drodze znanych i nieznanych członków rodziny.
Niektórzy nie żyją od lat. Z innymi nie jesteśmy nawet spokrewnieni, ale
ich cierpienie bądź okrucieństwo mogło zmienić losy naszej rodziny. Być
może odkryjemy dawno zapomnianą tajemnicę, albo i dwie. Jednak
niezależnie od tego, dokąd to nas zaprowadzi, z mojego doświadczenia
wynika, że dotrzemy do nowego miejsca w życiu z większym poczuciem
wolności w ciele i bardziej pogodzeni ze sobą.
W książce opieram się na historiach osób, z którymi pracowałem na
warsztatach, treningach i sesjach indywidualnych. Przypadki, które
opisuję, są prawdziwe, ale żeby chronić prywatność opisywanych osób,
zmieniłem ich imiona i inne szczegóły, które pozwoliłyby je
zidentyfikować. Jestem im głęboko wdzięczny za umożliwienie mi
podzielenia się sekretnymi językami ich lęków, za udzielone mi zaufanie
i zgodę na to, bym usłyszał to, co kryje się pod ich słowami.
Rozdział 1. Trauma zgubiona i odnaleziona
Rozdział 1
Trauma zgubiona i odnaleziona
Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością.
William Faulkner, Requiem dla zakonnicy, tłum. Wacław Niepokólczycki
Niezdolność nazwania tego, co się nam przytrafiło, jest dobrze opisaną i rozpoznaną cechą traumy. Nie tylko nie możemy znaleźć właściwych słów,
coś dzieje się również z pamięcią. Podczas traumatyzującego wydarzenia
może dojść do rozproszenia i dezorganizacji myśli, a to sprawia, że nie
daje się później połączyć wspomnień z tym, co naprawdę się stało.
Fragmenty wspomnień zapisane w obrazach, odczuciach ciała i słowach
zostają przeniesione do podświadomości i uaktywniają się pod wpływem
czegokolwiek, co w jakiś sposób przypomina traumatyzujące wydarzenie.
Wtedy, tak jakby ktoś nacisnął klawisz "przewiń do tyłu", traumatyczne
doświadczenie powraca w codziennym życiu. Podświadomie reagujemy na
pewne osoby, zdarzenia czy sytuacje w stary, znany sposób, który jest
echem przeszłości.
Zygmunt Freud opisał ten mechanizm ponad sto lat temu. Odtwarzanie
traumy lub "przymus powtarzania", jak nazywał je Freud, to czyniona
przez podświadomość próba ponownego przeżycia tego, co nie zostało
rozwiązane, tak żeby wreszcie to "naprawić". Ta podświadoma potrzeba
skutkuje powtarzaniem nieprzepracowanych traum w kolejnych pokoleniach
rodziny.
Carl Jung, żyjący w tym samym czasie co Freud, również uważał, że to, co
zepchnięte do podświadomości, nie znika, lecz powraca w naszym życiu
jako przeznaczenie lub los. Innymi słowy: istnieje duże
prawdopodobieństwo, że będziemy powtarzać nieuświadomione wzorce tak
długo, aż wyjdą na powierzchnię świadomości. Zarówno Freud, jak i Jung
byli przekonani, że to, co jest zbyt trudne do przyjęcia, nie rozpływa
się, ale przeciwnie, zostaje zapisane w nieświadomości. Obserwowali, jak
fragmenty zablokowanych i wypartych doświadczeń powracają w słowach,
gestach i zachowaniu pacjentów. Przez kolejne dekady terapeuci
poszukiwali w przejęzyczeniach, powracających zachowaniach i snach
swoich pacjentów wskazówek dotyczących tego, co dzieje się w tych
obszarach ich życia, o których tak trudno mówić i myśleć.
Ostatnie odkrycia diagnostyki obrazowej pozwoliły badaczom zobaczyć
reakcje mózgu i ciała na szokujące wydarzenia. Bessel van der Kolk jest
holenderskim naukowcem znanym ze swoich badań nad stresem
posttraumatycznym. Wyjaśnia, że podczas traumatycznego epizodu ośrodek
mowy zostaje wyłączony, podobnie jak fragment kory przedczołowej
odpowiedzialny za doświadczanie chwili obecnej. Opisuje horror utraty
mowy jako doświadczenie braku słów, które zdarza się często, gdy części
mózgu odpowiedzialne za pamięć zostają upośledzone w momencie zagrożenia
i niebezpieczeństwa. "Kiedy ludzie ponownie przeżywają traumatyczne
doświadczenie", twierdzi, "płat czołowy przestaje prawidłowo działać,
skutkiem czego trudno im myśleć i mówić. Tracą umiejętność precyzyjnego
wyjaśnienia sobie lub innym, co dokładnie się dzieje"1.
Cisza nie jest jednak zupełna: słowa, obrazy i impulsy, które rozpadają
się pod wpływem traumatycznego doświadczenia, przeobrażają się w sekretny język cierpienia, który nosimy w sobie. Nic nie jest na zawsze
stracone. Zmieniło się tylko położenie elementów.
We współczesnej psychoterapii coraz częściej wychodzi się poza
indywidualną traumę i w celu lepszego zrozumienia pacjenta poszukuje się
traumatycznych wydarzeń w historii rodziny lub całego społeczeństwa.
Tragedie o różnym charakterze i intensywności -?takie jak porzucenie,
samobójstwo, wojna, wczesna śmierć dziecka, rodzica czy rodzeństwa -
mogą wywoływać fale szoku i niepokoju przenoszące się z pokolenia na
pokolenie. Najnowsze odkrycia biologii komórkowej, neuronauki,
epigenetyki i psychologii rozwojowej dowodzą potrzeby sięgania co
najmniej trzy pokolenia wstecz, żeby zrozumieć mechanizmy rządzące
powtarzającymi się traumami i cierpieniem.
Chciałbym teraz zabrać cię ze sobą w przeszłość odległą o mniej więcej
trzy dekady, do czasów, gdy pracowałem z wieloma osobami uciekającymi
się do samookaleczeń. Jeden taki przypadek odmienił moje życie na
zawsze. To on nauczył mnie słuchać języka odziedziczonej traumy.
Dwudziestoczteroletnia Sarah okaleczała się od piętnastego roku życia. W odróżnieniu od wielu innych osób, z którymi pracowałem, raniła się w sposób, który można nazwać skrajnym -?kaleczyła żyletką ramiona, nogi i brzuch tak głęboko, że często przecinała żyłę i niemalże wykrwawiała się
na śmierć. Rodzice, przerażeni ryzykiem jej utraty, pędzili z nią po
takich epizodach do szpitala, gdzie trafiała na oddział psychiatryczny i pozostawała na nim przez trzy lub cztery tygodnie.
Zastanawiałem się, dlaczego Sarah to robi. Pracowałem z wieloma innymi
osobami, które się okaleczały, lecz zadawane przez nich rany były
zasadniczo powierzchowne. Dlaczego raniła się tak mocno? Co chciała w ten sposób przekazać?
Któregoś dnia, po wyjściu Sarah ze szpitala, poprosiłem ją, żeby
pokazała mi, w jaki sposób się tnie. Dałem jej długopis i zasugerowałem,
aby sobie wyobraziła, że trzyma żyletkę. Kiedy przeciągnęła nim po
bicepsie, jej oczy lekko się zaszkliły. Dostrzegłem objawy dysocjacji.
-?O czym teraz myślisz, Sarah? Co to za uczucie?
-?Ja... ja nie zasługuję na to, żeby żyć.
Na mgnienie oka osłupiałem. Patrzyłem na młodą kobietę, która dopiero
wchodziła w życie, lecz twierdziła, że powinna już umrzeć.
-?Co zrobiłaś, Sarah? Odebrałaś komuś życie? Spowodowałaś wypadek?
Zerwałaś z kimś, kto potem popełnił samobójstwo?
Pokręciła głową i wbiła wzrok w kolana.
-?Nie. Nic z tych rzeczy.
Byłem zdezorientowany. Pracowałem z Sarah już od kilku tygodni. Znałem
pełną historię jej choroby, a przynajmniej wszystko, co uznawałem
wówczas za godne uwagi. Nie dostrzegałem niczego szczególnego. Niczego,
co w moim odczuciu mogłoby skutkować takimi objawami.
Miała ciepłe relacje z obojgiem rodziców. Czuła się przez nich
wspierana, otoczona opieką, kochana i akceptowana. Mogła udać się do
nich obojga; poprosić którekolwiek z nich, by ją przytuliło albo
pocieszyło. Jej więź z matką była mocna. Bezpieczna i trwała. Rzadko
trafiał do mnie ktoś, kto wychowywałby się w tak opiekuńczym, kochającym
domu.
Nagle, jakby mnie coś tknęło, zapytałem:
-?Opowiedz mi o swoich dziadkach. Działo się u nich coś złego? -?Nie
byłem pewien, dlaczego o to pytam, lecz intuicja podpowiadała mi, że
może mnie to naprowadzić na właściwy trop.
Sarah znieruchomiała. Jej oczy się rozszerzyły. A potem zdetonowała
bombę.
-?Babcia... Matka mojego ojca. Była alkoholiczką. Prowadziła po pijanemu i uderzyła w słup telefoniczny. Dziadek siedział na miejscu pasażera.
Wyrzuciło go przez przednią szybę. Poharatał się o odłamki szkła i wykrwawił, zanim przyjechała karetka.
Poszarpany. Pocięty. Śmiertelnie wykrwawiony. Zasługiwać na śmierć...
Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca.
-?Jak sądzisz, kto czuł, że zasłużył na śmierć?
-?Babcia... To ona miała takie odczucia. -?W oddech Sarah wkradł się
niepokój. Miała nieobecny wzrok.
-?Właśnie. Chodziło o nią. Nie o ciebie. Twoja babcia czuła, że to ona
nie zasługuje, by żyć. Co się z nią potem stało? -?zapytałem. -?I ile
lat miał wtedy twój ojciec?
-?Po tamtym wypadku piła bez przerwy. Ojciec miał dwanaście lat. To było
dla niego straszne. Stracił tatę i właściwie także matkę. Znienawidził
ją. Zmarła, gdy miał dwadzieścia lat. Nigdy jej nie wybaczył.
W końcu wszystko nabrało sensu. Kiedy Sarah czuła, że nie zasługuje na
to, by żyć, na nowo doświadczała uczuć swojej babci, zasługującej na
śmierć za odebranie życia komuś innemu -?w tym przypadku ukochanemu
partnerowi.
A kiedy Sarah kaleczyła się do żywego, na nowo doświadczała tego, co
musiał przeżywać jej dziadek, poharatany szkłem i wykrwawiający się na
śmierć przed nadejściem pomocy. Potworność traumy -?makabryczna śmierć
dziadka, poczucie winy babci, odrzucenie matki przez ojca -?wszystkie te
ostre odłamki przeszłości pasowały do ponurego obrazu sytuacji.
Zarówno Sarah, jak i ja zyskaliśmy tego dnia wiele cennych spostrzeżeń.
Poznałem istotną prawdę o uzdrawianiu. Prawdę, która zmieniła mnie na
zawsze i stanowi filar tej książki. Cierpienie nie zawsze umiera wraz z nami. Może wypatrywać wrażliwych ofiar niczym myśliwy; może przenosić
się na następne pokolenia.
W swojej rodzinie to Sarah była tą wrażliwą. Za jej sprawą historia
ojca, który nie mógł pogodzić się z losem, w końcu znalazła swoje
dopełnienie.
Historia Sarah nie różni się znacznie od wielu innych, jakie nosimy w sobie. Ból przeszłości -?cierpienie innych ludzi, ich przerażenie, ich
rozpacz -?wyrażają się poprzez ciała osób żyjących w teraźniejszości.
Sarah musiała się przekonać, że poczucie niezasługiwania na życie nie
jest jej własnym i może coś z nim zrobić. W jednym z następnych
rozdziałów opowiem, jakie kroki poczyniła, by odnaleźć spokój.
Jeśli zaś chodzi o czytelników tej książki, zachęcam was do powrotu
myślami do zasłyszanych w dzieciństwie rodzinnych historii. Później
przekonacie się, że mogą one stanowić cenną wiedzę, ułatwiającą
uwolnienie się od traumy, która nie zaczęła się od was.
Naukowcy szukający wyjaśnienia dla przypadków takich jak Sarah potrafią
dziś przedstawić dowody na przekazywanie traumy z pokolenia na
pokolenie. Rachel Yehuda, profesorka psychiatrii i neurobiologii w Mount
Sinai Medical School w Nowym Jorku, jest jedną z najważniejszych
badaczek zajmujących się zespołem stresu pourazowego (PTSD) i prawdziwą
pionierką w tej dziedzinie. W wielu swoich pracach Yehuda zajmowała się
badaniem neurobiologii PTSD u ocalałych z Holokaustu i ich dzieci. Jej
badania nad kortyzolem (hormonem stresu, który pomaga ciału powrócić do
normalnego funkcjonowania po traumie) i jego wpływem na funkcjonowanie
mózgu zrewolucjonizowały sposób myślenia i leczenia PTSD na całym
świecie. (Osoby dotknięte zespołem stresu pourazowego przeżywają uczucia
i doznania związane z traumą, chociaż wydarzyła się ona w przeszłości.
Wśród symptomów znajdują się: depresja, lęk, nadmierna czujność,
otępienie, bezsenność, koszmary, przerażające myśli, nerwowość,
oszołomienie).
Yehuda i jej zespół odkryli, że dzieci osób ocalałych z Holokaustu,
cierpiących na zespół stresu pourazowego, rodziły się z podobnym jak u rodziców, obniżonym poziomem kortyzolu, co predysponowało je do
przeżywania objawów PTSD poprzedniego pokolenia. Odkrycie, że osoby,
które doświadczyły ciężkiej traumy, mają obniżony poziom kortyzolu,
wzbudziło kontrowersje, ponieważ było sprzeczne z dotychczasową wiedzą
łączącą stres z podwyższonym poziomem kortyzolu. Szczególnie w przypadkach chronicznego PTSD mogą wystąpić problemy z produkcją
kortyzolu skutkujące jego niskim poziomem u ocalonych z Zagłady i ich
potomstwa.
Yehuda odkryła obniżony poziom kortyzolu również u weteranów wojennych,
a także u kobiet, które będąc w ciąży, doświadczyły PTSD w wyniku ataków
na World Trade Center, i u ich narodzonych później dzieci. Yehuda
odkryła nie tylko, że uczestnicy jej badania produkują mniej kortyzolu i że cechę tę mogą dziedziczyć ich dzieci, lecz również, że niektóre
problemy psychiczne, takie jak PTSD, przewlekły ból, zespół chronicznego
zmęczenia, są związane z obniżonym poziomem kortyzolu we krwi2. Co
ciekawe, od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu procent osób dotkniętych
PTSD spełnia także kryteria diagnostyczne ciężkiej depresji lub innego
zaburzenia nastroju3.
Z badań Yehudy wynika, że jeżeli jedno z naszych rodziców miało PTSD,
jesteśmy trzy razy bardziej niż reszta populacji zagrożeni wystąpieniem
jego symptomów, a co za tym idzie -?jesteśmy narażeni na depresję i stany lękowe4. Badaczka uważa, że ten rodzaj międzypokoleniowego
PTSD jest wynikiem dziedziczenia, a nie bycia zanurzonym w opowieściach
rodziców5. Yehuda jako jedna z pierwszych w świecie nauki
pokazała, w jaki sposób potomkowie osób, które przeszły traumę,
doświadczają fizycznych i psychicznych symptomów traum, których sami nie
przeżyli.
Tak było w przypadku Cory'ego, szesnastolatka z rzadkim schorzeniem
neurologicznym. W wieku dziesięciu lat zaczęło mu dokuczać intensywne
pieczenie skóry. Zdawało mu się, że "płonie". Lekarze nie potrafili
określić, dlaczego tak się dzieje. Nie doszukali się żadnej pierwotnej
przyczyny i uznali jego przypadłość za idiopatyczną postać neuropatii.
Pacjenci z tak osobliwymi objawami często trafiają do mnie, skierowani
przez lekarzy próbujących się dowiedzieć, czy stwierdzone zaburzenia
mogą wynikać z traumy pokoleniowej.
Zapytałem rodziców Cory'ego o rodzinną historię. W szczególności
ciekawiły mnie dziesięcioletnie dzieci i wszelkie traumy związane z ogniem lub oparzeniem.
Wysłuchałem zdumiewającej opowieści. Ojciec Cory'ego, Bill, miał
dziesięć lat, gdy jego młodszy brat zginął w pożarze domu. Bill bawił
się zapałkami w swoim pokoju i podpalił zasłony, które w mgnieniu oka
zajęły się ogniem. Spanikowany wybiegł z domu. Chwilę później,
uświadomiwszy sobie, że wewnątrz są jego matka i brat, pobiegł z powrotem, żeby ich ostrzec. Matce udało się wydostać, lecz młodszy brat
zginął w gęstym dymie i szalejących już wtedy płomieniach. Bill nigdy
sobie tego nie wybaczył i dotąd nie opowiadał nikomu, co się stało.
Matka Cory'ego dowiedziała się o traumatycznym zdarzeniu od matki Billa.
Prawie czterdzieści lat później syn Billa, Cory, odczuwał pieczenie
skóry. Zadziwiające, że pojawiły się one w tym samym wieku, w jakim Bill
-?dziesięciolatek -?wzniecił pożar, w którym zginął jego brat.
Z moich spostrzeżeń po wielokroć wynika, że objawy często imitują lub
odtwarzają jakiś aspekt traumy, którą my, nasi rodzice lub dziadkowie
uważamy albo uważaliśmy za nie do zniesienia. Do tego stopnia, że o przedmiotowej sprawie właściwie się nie mówi. W rezultacie ten wymiar
traumy może powtarzać się w rodzinie, kładąc się cieniem na potomstwie.
Aby przerwać ów cykl cierpienia i złagodzić wpływ dawnych traum na nasze
dzieci, powinniśmy być gotowi nad tymi traumami się pochylić. W przypadku Billa oznaczało to gotowość do spojrzenia na swoje bolesne
uczucia -?nienawiść do samego siebie, gniew, poczucie winy i żal -?które
uniemożliwiały mu rozmowę o bracie.
Cory zdawał się na nowo przeżywać jeden z aspektów traumy Billa, do
której doszło jeszcze przed jego urodzeniem. Objawy ustąpiły dopiero
wtedy, gdy Bill opowiedział mu o zapałkach i pożarze domu; o bracie,
poczuciu winy i o tym, jak bardzo za nim tęsknił. W najgłębszym
znaczeniu symptomy Cory'ego były motorem napędowym zdrowienia Billa. Ból
syna stanowił wskazówkę, która doprowadziła ojca z powrotem do brata i pomogła przywrócić spokój na łonie ich rodziny.
Historia Gretchen stanowi kolejny przykład tego, jak wydarzenia z przeszłości mogą rzutować na bieg życia w teraźniejszości. Choć przez
lata zażywała leki antydepresyjne, uczestniczyła w sesjach psychoterapii
indywidualnej i grupowej, próbowała leczyć skutki stresu w kilku
podejściach poznawczych, jej depresja i lęki pozostały niezmienne.
Gretchen powiedziała mi, że nie chce się jej już żyć. Odkąd sięgała
pamięcią, zmagała się z emocjami tak silnymi, że nie dawało się ich
pomieścić w ciele. Kilka razy leczyła się w szpitalu psychiatrycznym,
gdzie zdiagnozowano u niej chorobę dwubiegunową i silne stany lękowe.
Przyjmowanie leków przyniosło jej pewną ulgę, nigdy jednak nie wygasiło
do końca intensywnych myśli samobójczych. Jako nastolatka okaleczała
się, przypalając papierosami. Teraz Gretchen skończyła trzydzieści
dziewięć lat i miała dość. Depresja i lęki powstrzymały ją przed
wyjściem za mąż i posiadaniem dzieci. Zaskakująco pewnym tonem
powiedziała mi, że zamierza odebrać sobie życie przed swoimi następnymi
urodzinami.
Kiedy słuchałem Gretchen, miałem wrażenie, że w historii jej rodziny
musiało dojść do silnej traumy. W takich przypadkach koncentruję się na
słowach używanych przez pacjenta i szukam w nich wskazówek, które
doprowadzą mnie do ukrytego traumatycznego doświadczenia.
Zapytałem Gretchen, jak chce się zabić, na co odpowiedziała, że zamierza
"wyparować". Choć dla większości z nas może to brzmieć niezrozumiale,
dokładnie taki był jej plan: chciała dostać się do kadzi z roztopionym
żelazem w fabryce, w której pracował jej brat. "Moje ciało spłonie w kilka sekund", powiedziała, patrząc mi w oczy, "zanim zdąży dosięgnąć
dna".
Uderzył mnie kompletny brak emocji w jej głosie. Uczucie, którego
doznawała, było ukryte głęboko wewnątrz. Jednocześnie słowa "wyparować"
i "spłonąć" rozbrzmiewały we mnie. Pracując z dziećmi i wnukami
ocalałych z Zagłady, nauczyłem się podążać za ich słowami. Chciałem,
żeby Gretchen opowiedziała mi więcej.
Zapytałem, czy w jej rodzinie byli Żydzi lub osoby dotknięte przez
Holokaust. Gretchen powiedziała, że nie, ale później przypomniała sobie
historię babci. Babcia urodziła się w rodzinie polskich Żydów, jednak w 1946 roku, kiedy emigrowała do Stanów Zjednoczonych i wzięła ślub z dziadkiem Gretchen, przeszła na katolicyzm. Dwa lata wcześniej cała
rodzina babci Gretchen spłonęła w krematoriach Auschwitz. Zostali
zagazowani i spaleni. Nikt w rodzinie Gretchen nie rozmawiał z babcią o wojnie ani o tym, co spotkało jej rodziców i rodzeństwo. Był to temat
całkowicie przemilczany, co zdarza się często w przypadkach tak
potwornych traum.
Gretchen nigdy nie połączyła tych faktów z własną depresją i lękami.
Było dla mnie oczywiste, że słowa, których użyła, i uczucia, które
opisuje, nie mają początku w niej samej, lecz w jej babci i innych
członkach rodziny zamordowanych w czasie wojny.
Kiedy jej to tłumaczyłem, słuchała bardzo uważnie. Jej oczy stawały się
coraz większe, a policzki zaróżowiły się. Widziałem, że to do niej
trafia. Po raz pierwszy w życiu Gretchen usłyszała wytłumaczenie swojego
stanu, które miało dla niej sens.
Żeby pomóc jej pogłębić to doświadczenie, zaproponowałem, aby weszła w buty babci, które reprezentowały ślady stóp z gumy piankowej położone na
dywanie pośrodku mojego gabinetu. Poprosiłem, żeby wyobraziła sobie, że
czuje to, co mogła czuć jej babcia, kiedy straciła wszystkich
najbliższych. Poszedłem jeszcze krok dalej i zapytałem, czy może stanąć
na śladach stóp jako swoja babcia i poczuć uczucia babci we własnym
ciele. Gretchen doznała obezwładniającego poczucia straty i żalu,
poczuła się samotna i odizolowana. Doświadczyła też głębokiego poczucia
winy, które dotyka wielu ocalałych -?cierpiących, że przetrwali, choć
ich bliscy zginęli.
Pacjentom pracującym z traumą często pomaga bezpośrednie doświadczenie
uczuć i odczuć, które zapisały się w ich ciałach. Kiedy Gretchen udało
się do nich dotrzeć, zdała sobie sprawę, że jej życzenie
samounicestwienia było głęboko powiązane z zamordowanymi członkami
rodziny. Zrozumiała też, że przejęła jakąś część pragnienia śmierci,
które czuła jej babcia. Gdy przyjęła ten wgląd i zobaczyła historię
swojej rodziny w nowym świetle, jej ciało zaczęło mięknąć, a coś w środku, co do tej pory pozostawało zaciśnięte, zaczęło odpuszczać.
Podobnie jak w przypadku Cory'ego i Sarah, uświadomienie sobie, że
cierpienie jest związane z przemilczaną historią rodziny, było dla
Gretchen zaledwie pierwszym krokiem na drodze do wyzdrowienia.
Intelektualne zrozumienie zazwyczaj nie wystarcza, by dokonała się
trwała zmiana. Bardzo często wiedzy towarzyszyć musi silne przeżycie. W dalszej części książki zajmiemy się sposobami na to, żeby zdrowienie
było naprawdę pełne, a rany przeszłych pokoleń mogły zagoić się
całkowicie.
Nieoczekiwany spadek
Tak jak chłopiec może mieć długie nogi po dziadku, a dziewczynka nos
swojej matki, Sarah odziedziczyła wspomnienie babci o potwornym wypadku,
Cory miał somatyczne objawy traumy ojca, a Gretchen w swojej depresji
niosła rodzinną historię Holokaustu. W każdym z nich uśpione były traumy
zbyt wielkie, żeby można było sobie z nimi poradzić w jednym pokoleniu.
Członkowie naszej rodziny mogli doznać potwornej traumy, poczucia winy
lub rozpaczy, z którymi nie byli w stanie się uporać. Unikanie bólu zbyt
trudnego do zniesienia jest częścią ludzkiej natury, jednak blokowanie
uczuć hamuje również procesy gojenia się ran i doznawanie ulgi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki